listopada 10, 2007 - listopada 18, 2007

Za parawanem proporcjonalności, czyli dlaczego tygrys nigdy nie będzie jeść marchewki? - Nazar Bojko i Jerzy Przystawa Wysłane niedziela, 18, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Przywódczą i kierowniczą siłą społeczeństwa sowieckiego, jądrem jego systemu politycznego, organizacji społecznych i gospodarczych jest Komunistyczna Partia Związku Sowieckiego. KPZR istnieje dla narodu i służy narodowi. Partia komunistyczna, uzbrojona w naukę marksizmu-leninizmu, wyznacza ogólną perspektywę rozwoju społeczeństwa, kierunki wewnętrznej i zagranicznej polityki ZSRS, kieruje wielką twórczą pracą narodu sowieckiego, nadaje zaplanowany, uzasadniony naukowo charakter jego walce o zwycięstwo komunizmu. Wszystkie organizacje partyjne działają w ramach Konstytucji ZSRS"
Art 6. Konstytucja ZSRS z 7 października 1979

Przeszło 17 lat temu III Zjazd Delegatów Ludowych Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich uchylił ów sławny art. 6. Konstytucji ZSRS, który określał władczy monopol KPZR w ustroju politycznym państwa. Krok ten oznaczał nie tylko możliwość pojawienia się, oprócz "przywódczej i kierowniczej", innych organizacji politycznych, ale także możliwość ich aspirowania do udziału we władzy poprzez uczestnictwo w rywalizacji wyborczej.
Od tamtej pory większość państw byłego obozu socjalistycznego odrzuciło zasady "demokracji ludowej" na rzecz zasad "demokracji liberalnej". Jednakże, jak wiadomo, "uroda naszego życia - w teorii". Okazuje się, że nie tylko naszego.
Los tak chciał, że na Ukrainie i w Polsce, prawie jednocześnie, obyły się przedterminowe wybory parlamentarne. Naturalnie, sam fakt takiej koincydencji o niczym nie świadczy, jak również i niczego nie wyjaśnia. Niemniej jednak skłania nas do pewnej refleksji i - nolens-volens - prowokuje do poszukiwania podobieństw. Niezależnie od faktu przynależności Polski do Unii Europejskiej, a nawet do Układu z Schengen, przy bardziej starannej analizie okazuje się, że wybory ukraińskie z 30 września i polskie z 21 października 2007, mają wiele cech wspólnych.
Osądźcie sami.

Po pierwsze, przedterminowe wybory "wyskoczyły" w pierwszej połowie kadencji obu parlamentów.
Po drugie: przyczyny, które do nich doprowadziły, sprowadzają się głównie do braku kontroli społecznej nad "elitami partyjnymi" , a w konsekwencji do niespotykanych wcześniej rozmiarów korupcji.
Po trzecie: według miarodajnych ocen autorytatywnych organizacji międzynarodowych, wybory w obu naszych krajach w pełni odpowiadały ogólnie przyjętym wymaganiom i standardom demokracji.
Przyjmując te podobieństwa za punkt wyjścia, pojawia się, naszym zdaniem, w pełni uzasadnione i uprawnione pytanie: czy po tych wyborach możemy powiedzieć, że te przyczyny i uwarunkowania, które do nich doprowadziły, zostały usunięte?
Odpowiedź na to pytanie jest niezwykle ważna, w szczególności dla Ukrainy: już zaraz po wyborach szereg polityków mówiło o tym, że nic nie wskazuje na to, żeby wrześniowe wybory miały być ostatnimi wyborami przedterminowymi. Sam Włodzimierz Litwin (b. przewodniczący Rady Najwyższej - odpowiednik marszałka Sejmu), którego ostre komentarze i prognozy w ostatnich tygodniach dosłownie bombardują ukraińską przestrzeń informatyczną, ze szczerością godną proroka zapowiada, że "weszliśmy w pasmo przedterminowych wyborów".
W Polsce też nie wszystko idzie gładko. Zapewnienia liderów Platformy Obywatelskiej, zwycięzcy ostatnich wyborów, że w ciągu najbliższych czterech lat nikt im nie przeszkodzi w spokojnym sprawowaniu rządów, należy przyjmować z dozą uprawnionego sceptycyzmu. Przecież dopiero dwa lata temu, gdy zwyciężyła partia Prawo i Sprawiedliwość, jej lider, Jarosław Kaczyński, zapewniał, że PiS nie tylko utrzyma się przy władzy przez całą kadencję, ale także i po następnych wyborach będzie trzymał ster rządów.
Jeśli chcemy uzyskać odpowiedź na postawione wyżej pytanie, konieczne jest zwrócenie uwagi na jeszcze jedno podobieństwo pomiędzy wyborami w Polsce i na Ukrainie, a mianowicie na procedury wyborcze, w wyniku których tworzy się Rada Najwyższa Ukrainy i polski Sejm.
Na pierwszy rzut oka, porównując systemy wyborczy naszych dwóch krajów, możemy dojść do błędnego wniosku, że nie ma między nimi tak wiele wspólnego.
Po pierwsze, liczba i wielkość okręgów wyborczych: na Ukrainie - jeden ogólnonarodowy okręg wyborczy, z którego wyłania się 450 posłów; w Polsce - 41 regionalnych okręgów wyborczych, na każdy przypada od 7 do 19 mandatów.
Po drugie - wyborcza karta do głosowania: na Ukrainie - wyborca może oddać głos wyłącznie na całą listę partyjną; w Polsce - musi postawić krzyżyk przy nazwisku wybranego kandydata.
Po trzecie - inny jest sposób rozdziału mandatów pomiędzy poszczególne partie i koalicje partyjne: na Ukrainie obowiązuje metoda Hare, w Polsce - d'Hondta.
Po czwarte - próg wyborczy: na Ukrainie - 3%, bez względu na to czy jest to lista partii politycznej, czy koalicji; w Polsce - 5% dla partii i 8% dla koalicji wyborczych.
Jednakże, pomimo tych wszystkich oczywistych różnic, jest jedna cecha wspólna, która upodabnia do siebie, a nawet, można by powiedzieć tworzy wręcz rodzinne pokrewieństwo obu tych systemów wyborczych. Oba należą do rodziny systemów proporcjonalnych, co oznacza w praktyce, że ustrój polityczny państwa definiują pseudodemokratyczne struktury, które błędnie przyjęto uważać za partie polityczne. Dłuższe doświadczenie Polski, oraz nie tak długie, ale wyraziste i pod wieloma względami pouczające doświadczenie Ukrainy, wykazały, że przy tzw. proporcjonalnym systemie wyborczym tylko "partie" mają realną szansę na uzyskanie swojego przedstawicielstwa we władzach państwa.
Ujęliśmy celowo słowo "partie" w cudzysłów, ponieważ charakter tych organizacji, które zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie pretendują do tej nazwy, z punktu widzenia zasad demokracji, jest bardzo daleki od tego, co to słowo sygnalizuje, tak w treści, jak i w formie.
Jakość politycznego "przedstawicielstwa", które oferują te byty polityczne: nieustanne awantury, rozłamy, skandale korupcyjne, wzajemne oskarżenia, tak między konkurentami, jak i sojusznikami - to wszystko, do bólu, dało się poznać w takim samym stopniu Polakom, jak i Ukraińcom. W znaczenie mniejszym stopniu nasi obywatele mieli szansę uświadomić sobie to, co te "partie" starają się starannie ukryć przed ich oczami: proces wyłaniania kandydatów na posłów nie charakteryzuje się ani jasnością, ani przejrzystością, ani istnieniem ogólnie przyjętych kryteriów - z punktu widzenia obywateli to prawdziwa terra incognita.
Ale nawet nie wdając się w wyjaśnianie sekretów "formuły", według której układa się partyjne listy kandydatów, nie trudno wskazać na charakter zależności, jakie pojawiają się w trójkącie "lider partii - kandydat - wyborca"
Zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie, od ostatniego elementu tej triady zależy niezmiernie mniej niż od pierwszego. Obywatele, w rzeczy samej, wybierać mogą tylko spośród tych, którzy już zostali wybrani. Wobec tego "przedstawiciele narodu" doskonale rozumieją, że swój mandat przedstawicielski nie zawdzięczają swoim wyborcom, lecz - przede wszystkim - tym, którzy ich umieścili na partyjnej liście kandydatów. Aczkolwiek, wypada zaznaczyć, że ta świadomość nie zawsze automatycznie oznacza posłuszeństwo, gotowość podporządkowania się partyjnej dyscyplinie i woli lidera.
Jak to zauważyła niedawno, w jednym w wywiadów telewizyjnych, Julia Timoszenko, w frakcjach partyjnych grupują się "różni ludzie" i za każdego ręczyć nie można. Możemy jednak pozwolić sobie na uwagę, że "ludzie, za których, w konsekwencji, nie można ręczyć" nie znaleźli się w tych frakcjach sami, ani nie wybrani przez ślepy los, lecz w rezultacie konkretnych przyczyn, uwarunkowań i porozumień. Dlatego, niezależnie od tego, kto tych ludzi "polecał", całą odpowiedzialność za ich zachowanie się w zgromadzeniu ustawodawczym spoczywa na tych, którzy ich tam wprowadzili.
Nie można powiedzieć, że politycy obu naszych krajów traktują tę sytuację jako w pełni naturalną. Czy to dla uspokojenia swojego sumienia, czy nagłej potrzeby odegrania roli prawdziwych demokratów, niejednokrotnie wypowiadali się w sprawie potrzeby wprowadzenia zasady wyborów w okręgach jednomandatowych. Na Ukrainie potrzebę tę artykułowali publicznie np. wspomniany już Włodzimierz Litwin czy b. minister spraw wewnętrznych Jurij Łucenko. Włodzimierz Litwin, który ze sprawnością prawdziwego wirtuoza balansował na granicy progu wyborczego, na jednym z wystąpień w czasie kampanii wyborczej oświadczył: "Gdy ludziom mówi się, że ten system wyborczy trzeba zmienić, to oklaski są znacznie gorętsze niż w reakcji na jakąkolwiek inną inicjatywę społeczną".
Uczciwie mówiąc, chciałoby się wierzyć, że dzisiaj ta propozycja została odłożona na bok tylko z powodu obiektywnych trudności, jakie pojawiły się w procesie koalicyjnych uzgodnień. I że gdy tylko wszystkie sprawy się poukładają, wówczas Rada Najwyższa Ukrainy podejmie dyskusję nad obiecanym przez Litwina projektem ordynacji wyborczej z okręgami jednomandatowymi. Przecież najważniejsze to zacząć, a tam przecież tylko na to czeka Jurij Łucenko, który tylko marzy o aktywnym lobbingu na rzecz systemu większościowego.
Pamiętając o mądrości ludowej, że nie ma niczego nowego pod Słońcem, także politycznym, przyjrzyjmy się doświadczeniu Polski, w której sytuacja pod tym względem jest dużo bardziej określona, interesująca i wymowna.
W czerwcu 2004 r. Platforma Obywatelska, która w ostatnich wyborach zdobyła 41,5% głosów i już zakończyła rozmowy koalicyjne z PSL, wystąpiła z inicjatywą referendum pod hasłem "4 x TAK". Liderzy PO zaproponowali Polakom zreformowanie prawa wyborczego, likwidację Senatu, zmniejszenie liczby posłów do połowy i zniesienie immunitetu poselskiego. Istota reformy prawa wyborczego, która była głównym elementem tej inicjatywy referendalnej, miała polegać na przejściu do zasady wyborów posłów wyłącznie w okręgach jednomandatowych. Jednakże, gdy tylko zebrano ponad 700 tysięcy podpisów pod wnioskiem o takie referendum, partia Donalda Tuska zaczęła od razu wycofywać się z pomysłu.
Szybko się okazało, że partia po prostu wykorzystała poparcie, jakim ta idea cieszy się w społeczeństwie polskim dla podniesienia swoich wyborczych notowań i że o nic więcej nie chodziło. Od tej pory politycy PO wracali już do tego tematu bardziej ostrożnie i nie tak głośno. W tym przypadku najbardziej wymowne było zachowanie się PO w trakcie ostatniej kampanii wyborczej, w czasie której o JOW praktycznie się nie mówiło. Interesujące jest też coś innego, a mianowicie zachowanie się przeciwników i konkurentów Platformy! Logika podpowiadałaby, żeby jej konkurenci, obserwując zwycięski marsz PO, robili wszystko, aby to zwycięstwo ograniczyć i zminimalizować. Lepszej okazji, żeby przedstawić Donalda Tuska jako polityka niewiarygodnego i nie wywiązującego się z obietnic, trudno byłoby nawet wymyślić! Obiecywał przecież i referendum, i reformę prawa wyborczego, a wszystko to porzucił w pół drogi, nie doprowadzając do żadnego rozumnego końca. Z jakiegoś jednak tajemniczego powodu, jego polityczni przeciwnicy, nawet tak zagorzali jak politycy Prawa i Sprawiedliwości, wykazali się albo krótką pamięcią, albo brakiem woli zwycięstwa. Nikt w ogóle nawet nie usiłował zarzucić Tuskowi czy to rzucania obietnic bez pokrycia, czy to nie wywiązywania się z uroczystych zobowiązań. Nasuwa się naturalny wniosek, że wszystkim partiom politycznym znacznie bardziej na rękę jest zwycięstwo Platformy niż wywołanie publicznej dyskusji o jednomandatowych okręgach wyborczych. Dlatego, z ciężkim sercem, "wybaczyli" Donaldowi Tuskowi jego nieostrożne zabawy z tak wybuchową materią.
Na wyrękę Tuskowi przyszedł jego koalicyjny partner, Polskie Stronnictwo Ludowe, dostarczając mu politycznego alibi. Ujawniono więc opinii publicznej, że Platforma Obywatelska musiała odstąpić od swojego postulatu, bo zażądał tego koalicjant - PSL. Dzięki temu, Donald Tusk, po raz kolejny, nie realizując swojej obietnicy, nie tylko zrzuca odpowiedzialność za niedotrzymanie słowa na barki swojego koalicjanta, ale też, w dogodnym dla siebie momencie, może ponownie wypisać na swoich sztandarach hasło jednomandatowych okręgów wyborczych.
Oczywistym jest, że partie polityczne w Polsce, wyczuwając realne niebezpieczeństwo utraty monopolistycznej pozycji w procesie formowania władzy, na wszelkie sposoby przeciwstawiają się propozycji radykalnej reformy prawa wyborczego. Mówiąc obrazowo: tygrys nigdy nie będzie nigdy jeść marchewki. Może nam opowiadać o tym, jaka jest piękna, smaczna, słodka etc. malując przed naszymi oczyma wszystkie jej zalety, ale tylko dopóty, dopóki nie pojawi się realne zagrożenie, że dostanie ją na obiad. Możemy być pewni, że z niesmakiem ją wypluje. Taka jest naturalna kolej rzeczy.
Podobnie jest z partiami politycznymi. Mogą nam opowiadać o zaletach wyborów w okręgach jednomandatowych, ale kiedy pojawia się realne zagrożenie, że mogłoby do tego dojść, wówczas zrobią wszystko, aby się od tego uchylić. Nierozumne byłoby bowiem piłowanie gałęzi, na której się siedzi.

Jerzy Przystawa, Nazar Bojko

PS. W Polsce, 16 listopada, zaprzysiężony został koalicyjny rząd PO i PSL.

Artykuł opublikowany, w języku rosyjskim, 16 listopada na portalu "Ukrayinska Pravda"

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


UE: Referenda w Wielkiej Brytanii i we Francji nad tzw. Traktatem Reformującym - BYŁYBY PRZEGRANE! Wysłane niedziela, 18, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

Referenda nad nowym "Traktatem Reformującym" UE byłyby "niebezpieczne" i byłyby przegrane we Francji i w Wielkiej Brytanii - przyznał prezydent Francji Mikołaj Sarkozy.

Brukselski korespondent "The Telegraph" ujawnił wczoraj, że Mikołaj Sarkozy przyznał wobec grupy parlamentarzystów UE podczas zamkniętego spotkania co następuje: "Referenda w sprawie nowego traktatu są "niebezpieczne" i miałyby wyniki negatywne we Francji, Anglii i w innych krajach. Istnieje przepaść miedzy społeczeństwami a władzą".
W związku z referendum z roku 2005, Sarkozy powiedział: "Francja tylko po prostu wyprzedziła innych, glosując na »nie«. Do tego samego doszłoby we wszystkich krajach-członkach UE. Referendum doprowadziłoby w Europie do niebezpieczeństwa. Nie będzie Traktatu, jeśli urządzimy referendum we Francji, które byłoby znowu poprzedzone referendum w Wielkiej Brytanii".
"Podobnie - jeśli by miały być organizowane referenda obecnie - skończyłyby sie tymi samymi rezultatami. Referendum dziś postawiłoby Europę w obliczu niebezpieczeństwa. Jeśli referendum miałoby miejsce we Francji - nie będzie traktatu. To samo dotyczy skutków ewentualnego referendum w Anglii".
Nigel Farage, lider brytyjskiej Partii Niepodległości, oskarżył Mikołaja Sarkozy'ego i Gordona Browna, o "wyjątkowo cyniczny polityczny plan". "Nie tylko ma on uniemożliwić wypowiedź jego własnego narodu, ale także ma na celu zablokowanie w Wielkiej Brytanii referendum na ten temat, które zostało już przyrzeczone wcześniej przez rząd".

Za "The Telegraf"


Ambasador Rumunii dziękuje Polakom za poparcie Wysłane piątek, 16, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Ambasador Rumunii dziękuje Polakom za poparcie Wysłane piątek, 16, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

W południe 15 listopada warszawscy działacze Ruchu JOW zorganizowali pikietę poparcia dla zarządzonego przez Prezydenta Rumunii Traiana Basescu referendum w sprawie wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych.

Kilkunastoosobowa grupa z transparentami propagującymi JOW oraz z okrzykami poparcia i uznania dla Rumunów i ich prezydenta manifestowała około godziny przed siedzibą Ambasady Rumunii w Warszawie przy ulicy Chopina. W swoich wystąpieniach i okrzykach (np. "Najwięcej demokracji w jednomandatowej ordynacji!") podkreślali odwagę i zdecydowanie Rumunów oraz wagę i wartość systemu jednomandatowego.
W imieniu uczestników pikiety prof. Andrzej Czachor, Mariusz Wis i Remigiusz Zarzycki udali się do ambasady z podpisaną przez wszystkich petycją. Zostali przyjęci przez Ambasadora Rumunii w Warszawie, Gabriela Constantina Bartaşa. Podczas niezaplanowanego wcześniej, ponad godzinnego, spotkania ambasador serdecznie podziękował za wsparcie i uznanie. Podziękowania złożył zarówno przedstawicielom manifestujących, jak i bezpośrednio im samym - wyszedł przed ambasadę i każdemu osobiście uścisnął dłoń. Poinformował, że wszystkie listy, jakie napływają do ambasady w tej sprawie, przekazywane są bezpośrednio do Kancelarii Prezydenta Traiana Basescu. Zapewnił, że ambasada przygotuje też specjalną informację o manifestacji oraz przeprowadzonych rozmowach i przekaże ją do Bukaresztu. Szeroko opowiedział o tym, co dzieje się obecnie w Rumunii. Zapewnił także, że ambasada będzie udzielała wszelkich informacji naszym działaczom o przebiegu i konsekwencjach przeprowadzanego wkrótce referendum.
Tę historyczną decyzję Rumunia podejmie w następną niedzielę, 25 listopada. Jeśli większość obywateli tego kraju powie "tak", to już w najbliższych wyborach parlamentarnych będą głosowali na konkretne osoby, a nie na listy partyjne.
W związku z tym uczestnicy postanowili kontynuować manifestację w kolejny czwartek - 22 listopada również o godzinie 12.00 - na trzy dni przed referendum rumuńskim.

Zapraszamy wszystkich zwolenników JOW do udziału w tej manifestacji, jej organizatorem jest Remigiusz Zarzycki, koordynator warszawskiej grupy JOW.
tel. 0601217818.
e-mail: r.zarzycki@fokuspr.pl

Nagranie trwa ponad 4 minuty, jest dostępne w Sieci do 30 XI 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.



Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Korona i Ukraina: zawiłości naszej wspólnej historii - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 16, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

Nasza wiedza o historii Polski jest zaśmiecona mitami, ponieważ słabo ją znamy.

Wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy z tego, że Wielkie Księstwo Litewskie było w gruncie rzeczy państwem białoruskim. Najlepszym dowodem takiej ignorancji jest były prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, który na obchody rocznicy bitwy pod Grunwaldem regularnie zapraszał prezydenta Litwy, zapominając o licznym udziale w tej bitwie rycerstwa białoruskiego i nawet pułków smoleńskich. W gruncie rzeczy rycerstwo litewskie pod Grunwaldem w większości składało się z Białorusinów.
A czy państwo domyślają się, w jakim języku rozmawiali ze sobą królewscy małżonkowie Jadwiga i Władysław Jagiełło? Wszak on był wielkim księciem litewskim, zaś ona księżniczką węgierską. Język węgierski nic a nic nie przypomina języka litewskiego. Otóż można przypuszczać, że wychowana od dziecka na dworze krakowskim Jadwiga doskonale mówiła po polsku, zaś Jagiełło równie biegle mówił po białorusku. Nawet teraz są to języki zbliżone do siebie, w Średniowieczu były jeszcze bliższe sobie. A skąd Litwin znał język białoruski? Ponieważ był on językiem urzędowym Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Wszystko się stało przez najazd Mongołów w XIII wieku, zakończony klęską polskiego rycerstwa pod Legnicą. Wychowani na stepie mongolscy wojownicy gorzej wypadali podczas walk w lesie i ustępowali pola oddziałom litewskim. Dzięki temu w XIV wieku Litwini wyzwolili spod ucisku mongolskiego wielkie połacie ziem ruskich i tak powstało Wielkie Księstwo Litewskie z litewskim i tradycyjnie pogańskim księciem na czele, rządzącym znacznie rozleglejszymi terenami ruskimi, sięgającymi aż po Smoleńszczyznę. Były to tereny chrześcijańskie, w odróżnieniu od Polski - prawosławne, znacznie bardziej ucywilizowane niż żyjący w borach Litwini.

Litwa czy Białoruś?

Można więc przypuszczać, że Aleksander Kwaśniewski nie zdawał sobie sprawę, że Unia Lubelska zawarta pomiędzy Polską a Wielkim Księstwem Litewskim była w gruncie rzeczy unią pomiędzy Polakami a Białorusinami. Nawet polska nazwa herbu Litwy "Pogoń" jest słowem białoruskim (po białorusku "Pogonia" oznacza pościg). Litwini mają na swój herb odrębną nazwę, zresztą również o słowiańskim brzmieniu.
Urodzony na terenie dzisiejszej Białorusi Adam Mickiewicz pisał: "Litwo, ojczyzno moja", gdyż historyczna Litwa sięgała aż do Smoleńska (Stąd w składzie wojska litewskiego pod Grunwaldem owe pułki smoleńskie, które padły jak jeden mąż, a nie oddały pola Krzyżakom). Na Litwę dzisiejszą w dawnej Polsce mówiono Żmudź i mój dobry znajomy, a znany białoruski działacz niepodległościowy Zianon Poźniak w prywatnych rozmowach ze mną na Litwinów zwykł był mówić "Żemajty", czyli Żmudzini. W jego bowiem przekonaniu właściwymi Litwinami są właśnie Białorusini.
Podobny spór o nazwę kraju i herby toczą w Europie z Grekami słowiańscy Macedończycy, podzieleni pomiędzy trzy państwa: niepodległą dziś Republikę Macedońską ze stolicą w Skopije, Grecję, gdzie na terenie północnej Macedonii żyje pozbawiona swych praw narodowych mniejszość słowiańska nazywająca siebie Macedończykami, oraz Bułgarię. W Bułgarii Macedończycy są traktowani jako Bułgarzy z określonego regionu, a nie jako mniejszość narodowa. W odróżnieniu od Grecji bułgarskim Macedończykom nie grozi wynarodowienie, ponieważ język bułgarski, nauczany w szkołach, jest bardzo podobny do macedońskiego. Z narodową oświatą dla Macedończyków w greckim szkolnictwie jest niestety znacznie gorzej, ale to jest odrębne zagadnienie przestrzegania praw człowieka w Unii Europejskiej.

Kto zawinił?

Pomiędzy Litwinami a Polakami toczy się od dawna spór o naszą wspólną historię. Litwini mają do Polaków żal o żywiołową polonizację litewskich elit w dobie Kontrreformacji. Wskutek tego litewskie rody magnackie i liczne rody szlacheckie spolonizowały się, zaś Litwini przetrwali jako odrębny naród dzięki swym chłopom, którzy przechowali swój język ojczysty. Z chłopów wyrosła nowa inteligencja litewska, twórczyni nowożytnej literatury i sztuki.
Podobne zjawisko żywiołowej polonizacji elit obserwowaliśmy w owych czasach również na Białorusi i na Ukrainie. Prawosławna młodzież szlachecka w dobie reformacji w poważnym stopniu uległa modzie na protestantyzm (najczęściej w odmianie kalwińskiej), zaś w dobie Kontrreformacji - na poważnie odnowiony i dzięki temu bardzo modny katolicyzm.
Nawiązując do pokazywanego ostatnio w naszej TV serialu Jerzego Hoffmana "Ogniem i mieczem" według powieści Henryka Sienkiewicza, chciałbym zwrócić uwagę, że nagminnie odbiera się tzw. wojny kozackie na Ukrainie z czasów Bohdana Chmielnickiego jako wojnę pomiędzy Ukraińcami a Polakami. Nic bardziej mylącego. Była to ukraińska wojna domowa na tle religijnym pomiędzy prawosławnymi kozakami i wspierającym ich ludem ukraińskim a ukraińskimi rodami magnackimi, nawróconymi na katolicyzm. Przecież główny przeciwnik Chmielnickiego Jarema Wiśniowiecki sam pochodził ze starego ruskiego (czyli ukraińskiego) książęcego rodu prawosławnego Wiszniowieckich.
Wojnę na Ukrainie po obu stronach toczyli ukraińscy w większości kozacy i obie strony starały się przeciągnąć (jak to podczas wojny domowej) żołnierzy strony przeciwnej na swoją. Prawdziwy konflikt zbrojny polsko-ukraiński rozegrał się dopiero podczas walnej bitwy polskiego pospolitego ruszenia szlacheckiego przeciw kozakom i Tatarom pod Beresteczkiem. Przedtem na Ukrainie walczyli głównie Ukraińcy przeciwko Ukraińcom.
Rzeczpospolita była państwem Obojga Narodów i dopiero podczas ugody hadziackiej podjęto (niestety nieudaną) próbę przekształcenia jej w Rzeczpospolitą Trojga Narodów. Po prostu szlachta ukraińska zbyt ochoczo przyłączyła się do Korony podczas Unii Lubelskiej, nie zabezpieczając swych interesów na wzór szlachty litewsko-białoruskiej tworzącej odrębne organa państwowe Wielkiego Księstwa Litewskiego. Dlatego rewolta kozacka na Ukrainie była silniejsza i bardziej destrukcyjna niż na Litwie, czyli Białorusi.
Innym czynnikiem konfliktogennym była sprawa finansowania przez skarb koronny liczebności wojsk kozackich. Obok kozaków rejestrowych na żołdzie były liczne rzesze kozaków nierejestrowych, dla których nie starczało pieniędzy. Politycy Rzeczypospolitej nie znaleźli tak prostego rozwiązania jak moskiewscy carowie, którzy ze swych kozaków strzegących kresów państwa uczynili straż graniczną, obdarowaną własną ziemią i niczym wolni kmiecie stającą w razie potrzeby z własnym koniem i bronią do walki. A ziemi na Ukrainie było aż za dużo. Brakowało tylko pomyślunku.

Zawodne kryteria rasowe

Rozmawiałem kiedyś o tych sprawach ze znanym ukraińskim historykiem z Kijowa, prof. Kowalem, który z prawowiernego historyka sowieckiego przekształcił się w piewcę ukraińskiego nacjonalizmu i OUN-UPA. Zgodnie atoli z sowiecką modą traktował on spór ukraińsko-rosyjski oraz ukraińsko-polski jako konflikt na podłożu rasowym. Powiedziałem więc mu, że w Polsce nie myślano w tych kategoriach. Przecież polska w większości szlachta wybrała podczas wolnej elekcji w głosowaniu viritim Michała Korybuta Wiśniowieckiego na króla Polski. Według kryteriów rasowych głoszonych przez prof. Kowala, wybrano zatem na polskiego króla polskimi w większości głosami rodowitego Ukraińca i to pod hasłem "wybieramy Piasta", czyli swojaka.
Pan Kowal nie mógł zrozumieć, że przeciwstawianie polskiej szlachty ukraińskim chłopom również nie ma sensu, gdy wprowadza się kryteria rasowe. Przecież obszarnicy sprowadzali do swych majątków na Ukrainie z Mazowsza polskich chłopów pańszczyźnianych, którzy dzięki powszechnej na wsiach ukraińskiej oświacie (w prowadzonych przy cerkwiach szkołach) ukrainizowali się w ciągu kilku pokoleń. A zatem obok polonizacji elit mieliśmy równoległe procesy ukrainizacji polskich chłopów. Tę powszechną ukraińską oświatę zlikwidowali rosyjscy carowie po rozbiorach Polski, dlatego też twierdzę, że rozbiory były - wbrew twierdzeniom rosyjskiej propagandy - jeszcze większą klęską cywilizacyjną dla Ukrainy, jak dla Polski.
O zawodności kryteriów rasowych w dzieleniu Polaków i Ukraińców świadczą ukraińskie nazwiska u ludzi nieraz nie zdających sobie sprawy z niepolskiego brzmienia. Tak posłanka Anita Błochowiakówna, pochodząca spod Łodzi, nie zdaje zapewne sobie sprawy, że nosi ukraińskie nazwisko o charakterystycznym dla ukraińskich chłopskich nazwisk ironicznym wydźwięku ("Błochowiak" oznacza bowiem kogoś zapchlonego). Takich ukraińskich nazwisk wiele jest wśród posłów w Sejmie.
Koleżanka z "Naszego Dziennika" zapytała mnie kiedyś, jak mogę być takim zapalonym ukrainofilem, jeśli pomiędzy naszymi narodami było całe morze nienawiści. Odpowiedziałem, że to niestety prawda, ale przecież było i morze wzajemnej miłości. Przecież tyle było na Kresach mieszanych małżeństw. Czasem rodzeni bracia dzielili się według kryteriów narodowościowych, gdy jeden czuł się Polakiem, zaś drugi Ukraińcem, jak to było dla przykładu w rodzinie Szeptyckich. Tam jeden z braci - Stanisław był polskim generałem i nawet ministrem w polskim rządzie, zaś dwóch braci Ukraińcami i unickimi zakonnikami, bazylianami. Jeden z nich Andrij mimo ewidentnego polskiego pochodzenia odgrywał rolę przywódcy duchowego galicyjskich Ukraińców w okresie międzywojennym i podczas II wojny światowej. Dlatego też głoszone przez nacjonalistów ukraińskich hasła krwawych antypolskich czystek były nie tylko zbrodnicze, ale wręcz głupie.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Szkoda, że zmarnujemy znów kawałek życia na tkwienie w rozrastającej się biurokracji "unijnej" - Janusz Korwin-Mikke o konsekwencjach wyboru koalicji PO-PSL do rządów w "polskim regionie UE" Wysłane piątek, 16, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |









Szkoda, że zmarnujemy znów kawałek życia na tkwienie w rozrastającej się biurokracji "unijnej" - Janusz Korwin-Mikke o konsekwencjach wyboru koalicji PO-PSL do rządów w "polskim regionie UE" Wysłane piątek, 16, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Entuzjazm związany powołaniem nowego rządu PO i PSL jest jakby mniejszy niż oczekiwano, bo już od kilku dni wiemy, że nic się w Polsce nie zmieni. Tym co myśleli, że będą jakieś zasadnicze zmiany, pragnę przypomnieć, że przed 16 laty doszedł do władzy Kongres Liberalno-Demokratyczny - w takim samym składzie, ci sami ludzie, co teraz - nazywany »Kongresem Aferałów«. Tak samo wiązano z nim wielkie nadzieje, a zaczęli od przymusu zapinania pasów w samochodach, potem wprowadzili koncesje na obrót paliwem i na kilkanaście innych rzeczy - i na tym się marzenia o liberalizmie skończyły, teraz będzie dokładnie tak samo. Już wiemy: tu podwyżki, tam podwyżki - podatków, porozmawiajmy zatem o osobach tego rządu, bo nie jest obojętne, KTO jest w rządzie" - Janusz Korwin-Mikke, założyciel UNII POLITYKI REALNEJ i znakomity publicysta prawicowy, analizuje pierwsze chwile powstającego właśnie rządu koalicji PO-PSL.

Trzeba powiedzieć, że jest tam kilka osób bardzo ciekawych. Otóż będzie minister finansów, pan. Jacek Rosołowski, teraz wiemy, że nazywa się inaczej - naprawdę ma na imię "Jan", jest absolwentem London School Of Economics - która jest od dawna bastionem lewaków... Choć On sam niekoniecznie musi być lewakiem, mimo, że jest wielkim entuzjastą "euro", bo można skończyć kurs przyspieszony u bolszewików i być anty-bolszewikiem... Warto jednak wiedzieć, że strefa "euro" jest naznaczona MNIEJSZYM wzrostem niż w państwach nie znajdujących się w jej zasięgu.
"Radek Sikorski - bardzo się cieszę, że zostanie ministrem zagranicznym - może nawet wystarczy Mu tylko rok ministrowania" - mówi JKM (Czyż nie jest to wspaniały przykład kariery wymagającej znakomitych sponsorów na poziomie wyższym niż rządy oficjalne, a więc prawdziwych Władców Marionetek? - przyp. ASME).
Następnym jasnym punktem jest pani minister Kopacz, która i tak nie będzie miała ŻADNEJ możliwości zmiany systemu finansowania tzw. służby zdrowia w "polskim regionie UE"...
"Gospodarkę obejmuje PSL, wiec wiemy, co będzie - będą afery..." - uważa JKM. Jest mu jednak szkoda zmarnowanych szans i naszego życia na tracenie go na walkę z coraz silniejszą biurokracją.

Nagranie trwa ponad 7 minut, jest dostępne w Sieci do 30 XI 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Gdyby premier Jarosław Kaczyński nie dał się namówić przez swoich trenerów na nieudaną debatę, dzisiaj komentowałbym tworzenie się nowego, drugiego rządu PiS - Łukasz Perzyna o "miłych i sympatycznych" osobistościach rządu Platformy Obywatelskiej Wysłane czwartek, 15, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Gdyby premier Jarosław Kaczyński nie dał się namówić przez swoich trenerów na nieudaną debatę, dzisiaj komentowałbym tworzenie się nowego, drugiego rządu PiS - Łukasz Perzyna o "miłych i sympatycznych" osobistościach rządu Platformy Obywatelskiej Wysłane czwartek, 15, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Donald Tusk zaczyna swoją rolę premiera-elekta tak, by jak najmniej stracić. To widać zarówno w negocjacjach koalicyjnych, gdzie PO odpuściła wszystko, co było w jej programie akcentowane, ale było sprzeczne z projektem politycznym PSL. Bardziej Donald Tusk dba o koalicjanta, by był on stabilny politycznie i wystarczył na trzy-cztery lata, tak długo, jak ten parlament potrwa - niż o publicznie składane wcześniej deklaracje. Wszystko wskazuje na to, że niezależnie od trwałości tej większości, która wygląda stabilnie, bo sama PO ma 209 szabel w sejmie - to jest największy klub w historii najnowszej w polskim parlamencie, ale gdyby nawet koalicjanci się zbuntowali - to może ona jeszcze rozmawiać z »buntownikami z PiS«, którzy być może po grudniowym kongresie tej partii ją opuszczą. Może też rozmawiać z »demokratami« z LID, choć spora część PO jest w sposób oczywisty antykomunistyczna. Platforma ma jednak pełen komfort - nawet za cenę porzucenia idei wyborów jednomandatowych, na co się nie chce godzić PSL, bo nie chce popełnić politycznego samobójstwa, zwłaszcza gdy jest to partia, która chlubi się swoją »120-letnią tradycją«, może przez pewien czas zyskiwać w oczach tzw. opinii publicznej" - Łukasz Perzyna, komentator polityczny "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia minionego, kolejnego powyborczego tygodnia.

Nie będzie więc następnych wyborów w systemie Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, bo Donald Tusk doszedł do wniosku, że nie warto za nie politycznie umierać. Podobnie jest z pomysłem wprowadzenia podatku liniowego - który na obszarze byłych państw okupowanych przez Sowiety ewidentnie przyczynił się do zwiększenia zamożności ich społeczeństw, oczywiście też promując ludzi bogatszych. W tych sprawach działania przywództwa PO wyglądają źle, ale w innych dziedzinach, np. reklamy i marketingu swojego ugrupowania - niemal doskonale. Jest to zasługą nie samego Donalda Tuska, lecz wręcz tragicznych zaniedbań ze strony ustępującego premiera Jarosława Kaczyńskiego. Dziennikarze nie wygrywają wyborów, ale ich sympatia wielce pomaga wyborcom podjąć decyzję, a niechętne kroki kierownictwa PiS, wymierzone m.in. w grupę żurnalistów sejmowych (np. odebranie przez marszałka Dorna przepustek do kuluarów), nie pomogły mu w przedwyborczym zadaniu, o czym przypomina Łukasz Perzyna.
W nowej ekipie administracji rządowej warto docenić nowe, miłe i sympatyczne twarze, zwłaszcza kobiet. Będzie tak w ministerstwie polityki regionalnej, ale też tak będzie w ministerstwie pracy, gdzie zagości "miły i sympatyczny Wielki Niemowa polskiej polityki", czyli Waldemar Pawlak, były premier, który tym razem ma odpowiadać za "dialog społeczny". Jaki będzie w Jego wykonaniu - trudno prorokować, ważne, że jeśli nie będzie doskonały, to na pewno będzie przynajmniej "miły i sympatyczny", bo współczesnym odpowiednikiem niegdysiejszej mało kompetentnej rzeczniczki, byłej Miss Polonia, p. Wachowicz, będzie oczywiście inna kobieta - "miła i sympatyczna"...

Nagranie trwa ponad 14 minut, jest dostępne w Sieci do 29 XI 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Rumunia: Mamy przeterminowaną klasę polityczną - Prezydent Traian Basescu Wysłane czwartek, 15, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

(Avem o clasa politica expirata)

Prezydent Traian Basescu, występując w niedzielę, 11 listopada 2007, w mieście Iasi, skrytykował rumuńską klasę polityczną, która "nie jest w stanie służyć interesowi publicznemu, lecz realizuje jedynie interesy grupowe".

Prezydent przybył do Iasi na spotkanie zorganizowane przez lokalny oddział Partii Liberalno-Demokratycznej (Partidul Liberal Democrat), w celu poparcia idei jednomandatowych okręgów wyborczych (votul uninominal). Prezydent Rumunii określił klasę polityczną jako "przeterminowaną" (expirata), zarówno w sensie politycznym jak i instytucjonalnym, która kieruje się wyłącznie interesami partyjnymi. "Mamy przeterminowaną klasę polityczną, której wprawdzie nie można zarzucić, że nie spełniała do tej pory powierzonego jej mandatu, ale która nie jest w stanie spożytkować możliwości i atutów, jakimi dysponowała Rumunia w okresie transformacji. Zadania przed nią stojące nie były łatwe, ale to nie ona powinna być sędzią we własnej sprawie. Należy oddać jej sprawiedliwość, że wprowadziła Rumunię do NATO i do UE oraz udało jej się przekształcić gospodarkę nakazową w gospodarkę rynkową. To wszystko jednak nie wystarcza, żeby Rumuni byli spokojni o swoją przyszłość w kraju o wyższej stopie życiowej i mieli uzasadnioną nadzieję na bezpieczny dalszy rozwój Rumunii i rumuńskiego społeczeństwa".
Prezydent Basescu podkreślił, że jest wiele żywotnych spraw, których ta klasa polityczna nie załatwiła nie tyle z powodu braku kompetencji, ile głównie dlatego, że na przeszkodzie stanęły jej interesy grupowe. Dotyczy to przede wszystkim takich dziedzin, jak reforma służby zdrowia, rolnictwo, edukacja i sprawiedliwość. "Mamy bardzo dobrych prokuratorów, którzy znakomicie pracują, kiedy prowadzą śledztwa dotyczące osób nie powiązanych politycznie, ale którzy nagle zaczynają popełniać proste i znaczące błędy proceduralne, gdy chodzi o polityków lub magnatów finansowych. Doszło do tego, że interesy grupowe stały się ważniejsze od interesów narodu. Widziałem szereg praw i ustaw wydanych w interesie różnych wpływowych koterii" - powiedział Traian Basescu.
W jego opinii, w życiu społecznym przewagę uzyskały interesy międzypartyjne, potworzyły się najróżniejsze „sitwy” (cardasii) w spektrum zarówno politycznym, biznesowym jak i w mediach. "Istnieją sitwy łączące ludzi biznesu i polityki z bossami mediów. Dwa niedawne przykłady: pierwszy raz, po 17 latach, miałem okazję zobaczyć, jak minister otrzymuje kopertę z pieniędzmi za płatną protekcję. W ostatnich dniach również do opinii publicznej przedostały się wiadomości, jak funkcjonują sitwy łączące ludzi zarządzających pieniędzmi publicznymi i magnatów medialnych. To jedynie kilka przykładów. (...) Istnienie tych sitw nie tylko powoduje ubożenie społeczeństwa, ale i hamuje rozwój, powoduje, że Parlament uchwala prawa wbrew interesowi społecznemu, a także powoduje pojawienie się nienaturalnych sojuszy politycznych.. Wszystko jedno czy mówimy o PSD, PNL, UDMR, PRM, czy mówimy o ludziach takich, jak Iliescu, Hrebenciuc czy Tariceanu (szefowie partii politycznych - wyj. tł.). Są to całkowicie nienaturalne sojusze polityczne, które mają tylko jedno uzasadnienie: korupcję i stawianie interesu grupowego przed interesem publicznym. Prezydent podkreślił, że ta sytuacja jest spowodowana przez brak reform w ramach rumuńskich formacji politycznych. "Dla przeprowadzenia niezbędnych reform konieczna jest zmiana prawa wyborczego i wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych (votul uninominal)".

(c.c.* Tekst opublikowany 11 listopada 2007 w dzienniku "Romania Libera". Zob. http://www.romanialibera.ro/a111051/basescu-avem-o-clasa-politica-expirata.html)

Tłum. Jerzy Przystawa

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Koalicyjna kombinatoryka - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 15, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

Genialny plan "genialnego stratega” był taki, że PiS wygrywa - chociażby i niewielką liczbą głosów - wybory parlamentarne, co daje mu pierwszeństwo we wskazaniu kandydata na premiera, ale może mieć za mało głosów do stworzenia większości, gdyż nie może wiązać się z LiD-em lub PO, a PSL mogłoby być za słabe. Z kolei po raz trzeci przegrana Platforma ma do wyboru pozbyć się Tuska i Schetyny oraz próbować tworzyć PO-PiS na warunkach PiS-u lub podzielić się od środka, przy czym część PO chcąc połączyć Rokitów i tak przystałaby do PiS, dając tak czy owak przynajmniej namiastkę owego POPiS-u. Jak już wiemy, ten genialny plan nie tylko nie sprawdził się co do szczegółów, ale nawet zawiódł na całej linii, przy czym trzeba przyznać, że ostateczne poparcie, jakim wyborcy obdarzyli PO oraz wysoka frekwencja sięgająca np. w części obwodów w Warszawie 80 proc., była raczej dość nadzwyczajną okolicznością zmieniająca istotnie rezultat wyborczych zmagań.

Ale obecna sytuacja, kiedy rządzi PO, a PiS jest w "twardej" opozycji, ma także swoje dobre strony. Przecież mogło być tak - a wariant ten zakładało w 2005 r. wielu wyborców - że po poprzednich wyborach powstałaby koalicja PO i PiS, której efekty łatwo przewidzieć, tzn. nie wydarzyłoby się nic, co się nie wydarzyło dotychczas, po czym po dwóch-trzech latach wspólnego rządzenia PO lub PiS opuściłoby taką koalicję, a obie partie przerzucałby się oskarżeniami co do winy swoich oponentów, zwalając na nich blokowanie koniecznych reform. Rząd wzorem rządu Belki dryfowałby do kolejnych wyborów w 2009 r., które wygrałby znowu zamiennie PiS lub PO, po czym mielibyśmy kolejne cztery lata rządzenia jednej z tych partii plus przystawki, czego przykład mieliśmy np. w ostatnich dwóch latach, a w wyborach 2013 roku na przemian wygrałaby ta z dwóch partii, która trwała w tym okresie w opozycji. Oczywiście, kolejne cztery lata znowu mielibyśmy z głowy, tracąc je na przekonywanie się, że także drugi człon dawnego POPiS-u nie ma nic szczególnego do zaoferowania. W ten sposób testując na przemian POPiS lub samodzielne rządy PO i PiS z ich przystawkami, moglibyśmy strawić dwanaście lat, a nawet gdyby wzorem poprzedniego parlamentu miało to trwać nieco krócej, to z pewnością kilka lat zostałoby i tak zmarnowanych na pozbywanie się kolejnych złudzeń.
Wychodząc więc z założenia, że Polacy muszą wszystkiego dotknąć, aby się sparzyć, obecna sytuacja rządowo-parlamentarna wydaje się całkiem korzystnym rozwojem wypadków. Oto koalicja PO i PiS skończyła się, zanim w ogóle powstała i stąd wiemy, że nawet gdyby powstała, to też nie miałaby sukcesów, a to już jest "zaoszczędzona” jedna rządowo-parlamentarna kadencja. PiS rządząc bez Platformy, poddał tyły już po dwóch latach, a przecież mógł trwać, rządzić i dzielić jeszcze co najmniej przez dwa lata. Jakby tak jeszcze zrządzeniem Opatrzności Platformie nakręconej ponad 50-procentowymi notowaniami przyszło do głowy skrócić kadencję tego parlamentu, to przez powiedzmy cztery lata polscy wyborcy mogliby zobaczyć to, co w mniej sprzyjających warunkach mogliby testować przez trzy pełne kadencje sejmu. Czyż w związku z tym nie można uznać za całkiem szczęśliwy zbieg okoliczności skrócenie nam do niezbędnego czasowego minimum konieczności znoszenia rządów POPiS-u, PiS i PO?
Oczywiście powyższe rozważania są podszyte nutą optymizmu przy jednym dość ryzykownym założeniu, a mianowicie takim, że Polscy wyborcy wyciągają wnioski z przeszłości i potrafią łączyć pewne fakty w logiczną całość. A historia ostatnich lat dowodzi, że jest to hipoteza wątpliwa, stąd też całkiem możliwe, że po raz kolejny sprawdzi się nasza starożytna mądrość, pouczająca, że Polak tak przed szkodą, jak i po szkodzie głupi.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Rozważania o współczesnym patriotyzmie - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 14, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

Obchodzimy w sierpniach kilka rocznic, kojarzących się z ofiarowaniem życia w obronie Ojczyzny i jej niepodległego bytu. Składamy wieńce, uczestniczymy w mszach świętych, w apelach poległych. To nasz obowiązek wobec bohaterów, którzy padli na polu walki. Poprzez hołd wobec nich wyrażamy swą miłość do Ojczyzny, swój patriotyzm. Ale miłość Ojczyzny ma różne wymiary, w zależności od jej potrzeb. Dziś jednym z poważniejszych problemów narodowych jest sprawa demografii. Chodzi o to, że z roku na rok jest coraz mniej Polaków. Niegdyś Prymas Tysiąclecia głośno marzył o coraz liczniejszym narodzie polskim - czterdziesto-, a może pięćdziesięciomilionowym. Dziś grozi nam, że wkrótce liczba Polaków skurczy się do trzydziestu milionów.

Jest to problem nie tylko gospodarczy, rzecz nie tylko w tym, że wkrótce zabraknie w Polsce rąk do pracy. Musimy spojrzeć nań i pod kątem samego istnienia państwa polskiego, którego nie będzie, jeśli nie będzie wystarczającej liczby Polaków, by zamieszkiwać nasze ziemie. Bez żadnych zmagań zbrojnych możemy utracić to, o co walczyli i ginęli nasi najbliżsi przed laty.
Z tego dramatu narodowego jest tylko jedno wyjście. Młode Polki muszą rodzić coraz więcej dzieci, aby liczba Polaków przestała się kurczyć, a zaczęła rosnąć. Wzorcem życia powinna stać się rodzina i to rodzina wielodzietna. Rozumowanie nie jest zbyt złożone: dwoje dzieci - to dopiero odtworzenie stanu dotychczasowego, czyli reprodukcja prosta. Reprodukcję rozszerzoną rodziny daje natomiast troje lub więcej dzieci. Z punktu widzenia społecznego, a o taki nam chodzi, może to być zresztą zbyt mało, gdyż nie wszystkie pary małżeńskie są zdolne do prokreacji. Można je namawiać, aby adoptowały dzieci z sierocińców i zapewniły im normalne wychowanie w rodzinie, ale nowych dzieci oni nie urodzą wskutek przyczyn zdrowotnych. Muszą ich zastąpić rodziny zdolne do prokreacji, czyli do posiadania dzieci. I jest to ich obowiązek patriotyczny. A nasz - wspomóc ich w tym zbożnym dziele.
Na Bałkanach naród serbski przeżywa dziś dramat godny współczucia, gdyż w Kosowie, który jest kolebką serbskiej państwowości, wskutek dynamicznej rozrodczości ludność albańska w przeciągu kilkudziesięciu lat wypierając Serbów, uzyskała większość w tym regionie. Teraz Albańczycy w Kosowie domagają się niepodległości od Serbii. Jeśli w Polsce nie nastąpi przełom demograficzny, to takie rozterki i dramaty możemy przeżywać i my. Uczmy się lepiej na cudzych błędach.
Dlatego wspomaganie wielodzietnych rodzin musimy traktować jako nasz obowiązek narodowy. Wiadomo, ze chowanie dzieci wymaga pracy, co bardzo często utrudnia karierę zawodową. Obowiązkiem państwa i społeczeństwa jest rekompensowanie wielodzietnym rodzinom tych strat. Inaczej czeka nas niechybnie poważny dramat. Maria Konopnicka pisała na początku ubiegłego stulecia w imieniu milionów Polaków: "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy...". Jeśli na polskiej ziemi zabraknie polskich dzieci i w skutek tego polskich rodzin - nie będzie miał kto u nas mówić po polsku. Dziś to brzmi może jak strachy na Lachy, ale historia zna już wiele narodów, które istnieją wraz ze swym językiem jedynie na łamach specjalistycznych podręczników. A zatem dziś patriotyzm wymaga posiadania dzieci i wychowywania ich na Polaków.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Polityczka Platformy "dostraja się" do zmienionej sytuacji politycznej - Stanisław Michalkiewicz o meandrach życia robaczkowego polskiej polityki Wysłane środa, 14, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Polityczka Platformy "dostraja się" do zmienionej sytuacji politycznej - Stanisław Michalkiewicz o meandrach życia robaczkowego polskiej polityki Wysłane środa, 14, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Zakończyły się już rozmowy koalicyjne. Donald Tusk zamierza przedstawić Prezydentowi skład rządu. Zakończyły się też »rozmowy programowe« - taką deklaracją, że żaden z partnerów koalicyjnych nie będzie nic próbował forsować WBREW partnerowi koalicyjnemu. Rozumiem, że oznacza to, że Polskie Stronnictwo Ludowe komunikowało Platformie Obywatelskiej, czego rząd nie będzie mógł przeprowadzić. Podsumujmy więc: rząd nie będzie w stanie przeprowadzić podatku liniowego, prywatyzacji sektora publicznego, bonu edukacyjnego, no i nie będzie mógł dokonać zmiany systemu wyborczego, krótko mówiąc - nie będzie w stanie przeprowadzić żadnego programu priorytetowego, których to próbą przeprowadzenia Platforma tak kokietowała rzesze swoich zwolenników w wyborach. Na tym polega »nędza demokracji«, że na co innego się głosuje, a co innego później jest realizowane... Jak partia mówi, że da - to mówi..." - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik naszej witryny ASME i wyśmienity prawicowy publicysta "polskiego regionu UE", analizuje najnowsze wydarzenia na scenach teatru politykierskiego.

Natomiast w wielu środowiskach obudziły się rozmaite nadzieje i takim spektakularnym wyrazem tych nadziei jest aresztowanie pana Henryka Stokłosy - podobno dał się sam dobrowolnie aresztować, by Niemcy go odstawili do kraju, bo skądinąd wie, że niezawisły sąd nic specjalnego mu nie zrobi. Nawet słynny lobbysta, pan Dochnal, się ożywił. Nawet inni znamienici osobnicy też się ożywili... bo mają być powołane specjalne sejmowe komisje śledcze, które będą kanonizować symbole III RP - panie Barbarę Blidę i Beatę Sawicką... Okazało się też, że posłanka Julia Pitera zmieniła swój pogląd na to, co jest przestępstwem, bo przed rokiem głosowała za ustawą o CBA, w której był zapis o "prowokacji policyjnej" - teraz zapowiedziała, że będzie przeciwna takiemu zapisowi...

Nagranie trwa ponad 6 minut, jest dostępne w Sieci do 28 XI 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Pikieta rotacyjna Grupy Warszawskiej JOW przed Ambasadą Rumunii - początek 15.11.2007 Wysłane wtorek, 13, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

Konkluzje spotkania Grupy Warszawskiej Ruchu Obywatelskiego JOW w dn. 7 XI 2007

Motto: votul uninominal

Prowadził koordynator grupy Remigiusz Zarzycki

1. Uznano, że inicjatywa Prezydenta Rumunii Traiana Basescu wprowadzenia JOW w Rumunii na drodze ogólnonarodowego Referendum w dn. 25 listopada jest wydarzeniem wielkiej wagi dla Polski i całej Europy. Narasta dynamizm tych wydarzeń, a więc partiom i mediom coraz trudniej będzie przemilczać temat JOW. Najbliższe tygodnie stanowią więc unikalną wręcz okazję do nagłośnienia niezbędności ordynacji JOW w Polsce. Uczestnicy naszego Ruchu powinni na wszystkie dostępne sobie sposoby wspomagać inicjatywę Pana T. Basescu. Przypominamy o możliwości wysyłania listów do Ambasadora Rumunii w Polsce oraz do Prezydenta, procetatean@presidency.ro

2. Grupa warszawska planuje zorganizowanie pikiety rotacyjnej pod Ambasadą Rumunii, ul. Szopena w Warszawie, wyrażającej poparcie dla ww. inicjatywy rumuńskiej. Pierwsza odbędzie się 15 listopada "w samo południe", godz. 12 00 - 12.30. Mimo pory trudnej dla osób pracujących zawodowo zapraszamy wojowników, a także sympatyków Rumunii.
Zapraszamy z naciskiem - przyjdźcie, taka okazja to raz na stulecie.
Organizuje Remigiusz Zarzycki, tel. 601 217 818

3. Przy Radzie Dzielnicy Wola powstał Zespół Programowy PO ds. JOW pod wodzą radnego Mariusza Wisa. Działając z ramienia burmistrza, w oparciu także o możliwości Fundacji Madisona, M. Wis podejmie próbę reaktywowania przed 25 listopada Seminarium Parlamentarnego dla posłów i innych pod tytułem "Referendum w Rumunii a sprawa JOW w Polsce".
Szczegóły za parę dni.

4. W dalszym terminie (styczeń, luty), wg zasady "kropla drąży skałę", chcemy zorganizować ogólnopolską "pełnowymiarową" konferencję JOW w Sali Kolumnowej Sejmu

5. Odczytano list P. Strzembosza z propozycjami poczynań strategicznych Ruchu na najbliższy okres:
a. List do Premiera D. Tuska
b. Ankieta nt. JOW wśród nowych posłów
c. Powołanie i "rejestracja" (?) grupy lobbystycznej JOW przy Sejmie

Zebrał A. Czachor

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Kiedy 5 milionów Polaków, więcej niż w poprzednich wyborach, oddało głos na PiS, to głosowali na partię Jarosława Kaczyńskiego, czy na partię Ludwika Dorna, Kazimierza Ujazdowskiego i Jerzego Polaczka? - Łukasz Perzyna o przetasowaniach po "lewej, patriotycznej" stronie sceny polskiej polityki Wysłane wtorek, 13, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






Kiedy 5 milionów Polaków, więcej niż w poprzednich wyborach, oddało głos na PiS, to głosowali na partię Jarosława Kaczyńskiego, czy na partię Ludwika Dorna, Kazimierza Ujazdowskiego i Jerzego Polaczka? - Łukasz Perzyna o przetasowaniach po "lewej, patriotycznej" stronie sceny polskiej polityki Wysłane wtorek, 13, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Wiele lat temu, prawie dziesięć, kiedy większość AW»S«-UW sporządziła ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej jako strażniku »teczek«, i dzięki współdziałaniu z PSL udało się weto Aleksandra Kwaśniewskiego odrzucić, główne siły polityczne zgłaszały swoich kandydatów na prezesa nowej instytucji, wtedy AW»S« zgłosiła Jerzego Polaczka, młodego polityka ze Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego, wcześniej samorządowca z jednego mniejszych miast, polityka zdecydowanie z drugiego szeregu. Nie był postrzegany prze koalicjantów jako wielka postać, rzecznik UW Andrzej Potocki, chodził wtedy po sejmowych kuluarach z pytaniem: »To jak się nazywa kandydacik do tego instytuciku?«. Ta anegdota sprzed dziesięciu lat ustawia we właściwych proporcjach dzisiejszą atmosferę i debatę wokół przyszłości PiS. Z historii znany paradoks stosu. Od ilu kamieni stos się zaczyna? Od ilu posłów, którzy porzucą swój klub macierzysty zaczyna się rozłam? A od ilu secesjonistów możemy zaledwie mówić o »odprysku«?" - Łukasz Perzyna, komentator polityczny "Tygodnika Solidarność" oraz naszej witryny ASME, analizuje najnowsze wydarzenia na lewej stronie teatru politycznego "polskiego regionu UE".

Kiedy Artur Zawisza występował z klubu parlamentarnego PiS, odrzucając pryncypialnie i fundamentalistyczne argumenty zarówno prezydenta Lecha Kaczyńskiego jak i premiera Jarosława Kaczyńskiego o ochronie życia poczętego i poszedł na ostrą nowelizację ustawy - przegrał i zdecydował się po zarzutach, że służy siłom wcześniejszego porządku, kreować własną siłę polityczną - liczono, "ile szabel im zabierze". Okazało się, że AŻ pięć-sześć... Teraz wyborcy zweryfikowali w ostatnich wyborach jego sojusz z Romanem Giertychem oraz z trzymającym się swoich pryncypiów Januszem Korwin-Mikkem - okazało się że wyborcy wolą jednak większość, a nie mniejszość. Na razie złożono rezygnację ¾ wiceprezesów Prawa i Sprawiedliwości. Został się jeden - Adam Lipiński, który jest teraz jedynym zastępcą Jarosława Kaczyńskiego w PiS.
Czym niby Ludwik Dorn, niegdyś "trzeci bliźniak" - określenie, które samo musiało wyjść ze stron skłonnego do megalomanii samego posła - zapisał się w pamięci wyborców i kampanii wyborczej? Tym, że paradował po sejmie z psem Sabą? Nie pomogło to w kampanii PiS...
Jakaś dziwna polityka "stu kwiatów" przyświeca tym politykom-rozłamowcom. Nawet Eryk Mistewicz, uważany przez Łukasza Perzynę za znakomitego konsultanta politycznego, wskazuje, że jeśli Jar-Kacz pobędzie się tych rozłamowców, to tylko zyska - bo wtedy nie będą stanowić kłopotu dla PiS, ale będą stanowić kłopot dla PSL i PO, którym będą basować...

Nagranie trwa ponad 13 minut, jest dostępne w Sieci do 19 XI 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Na 11 listopada - Legendy i prawda - Stanisław Michalkiewicz Wysłane niedziela, 11, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

Szanowni Państwo! Znane porzekadło głosi, że sukces ma wielu ojców. Trafność tego spostrzeżenia sprawdza się na naszych oczach, kiedy widzimy, ile środowisk przypisuje sobie dzisiaj zasługę w zwycięstwie Platformy Obywatelskiej.

Naturalnie najgłośniej mówią o tym ci, którzy byli zaledwie mięsem armatnim tego zwycięstwa. Prawdziwi jego autorzy, w osobach funkcjonariuszy tajnych służb polskich i zagranicznych, siedzą cicho i się nie chwalą, bo i tak wiedzą, że przyszły rząd będzie musiał się im odwdzięczyć.
Sukces ma zatem wielu ojców, ale oczywiście nie każdy, kto przypisuje sobie ojcostwo, jest autorem sukcesu naprawdę. Tak jest teraz i tak samo było kiedyś, gdy Polska po wiekowej niewoli, odzyskiwała niepodległość.
Jak wiadomo, rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości obchodzimy 11 listopada. Warto przy tej okazji przypomnieć postać nieżyjącego już Wojciecha Ziembińskiego, który przywrócenie tego święta, można powiedzieć, wychodził i wysiedział.
Jeszcze za głębokiej komuny, 11 listopada przychodził złożyć kwiaty na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie, gdzie jak wiadomo, spoczywa anonimowe Orlę Lwowskie. Najpierw przychodził sam, potem dołączali do niego kolejni, ale nie tak znowu liczni, patrioci.
Dzisiaj jest ich oczywiście nieporównanie więcej, ale wtedy milicja za każdym razem Ziembińskiego zatrzymywała, a kolegia, a nawet niezawisłe sądy, skazywały go na różne kary. Tak było przez całe lata, aż wreszcie 11 listopada znowu stał się świętem narodowym.
Przypominam postać Wojciecha Ziembińskiego, bo ostatnio można odnieść wrażenie, że do rangi bohatera pozytywnego i autorytetu moralnego urasta pan Michał Boni, co to w latach 80. zobowiązał się do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, a po ponad 20 latach się do tego przyznał, za co różni patrioci nie mogą się go wprost nachwalić. Ale takie widać nadchodzą czasy, że kto nie był kiedyś agentem, patriota być nie może.
Wracając do 11 listopada, to warto przypomnieć, że akurat tego dnia w 1918 roku nic szczególnego się nie stało. Tego dnia bowiem Rada Regencyjna, która istniała od września 1917 roku, przekazała Józefowi Piłsudskiemu dowództwo nad wojskiem.
Mogła to zrobić po pierwsze dlatego, że wcześniej wojsko to zorganizowała, po drugie dlatego, że 7 października 1918 roku ogłosiła niepodległość Polski i wreszcie dlatego, że 12 października 1918 roku pozbawiła generała-gubernatora Beselera naczelnego dowództwa nad Polska Siłą Zbrojną. Dopiero 14 listopada 1918 roku rozwiązała się, a na podstawie jej dekretu całą władzę w Królestwie Polskim przejął Józef Piłsudski, który w dniu 22 listopada przyjął tytuł Naczelnika Państwa.
Co to znaczy, że Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu "władzę"? Co konkretnie mu przekazała? Ano - gotowy aparat państwowy, który wcześniej skonstruowała. Aparat, który zbierał podatki, wydawał zarządzenia, rozstrzygał spory, aprowizował wojsko - i tak dalej. Tak się jednak złożyło, że o tych zasługach Rady Regencyjnej mało kto dziś pamięta. Wszyscy za to pamiętają o Józefie Piłsudskim - że przyjechał do Warszawy i Polska odzyskała niepodległość.
W rezultacie wielu ludzi naprawdę myśli, że wszystko zaczęło się 11 listopada, bo Józef Piłsudski uczynił cud. Stąd też powszechna wiara w cuda, jaka ujawniła się choćby przy ostatnich wyborach. Może i dobrze to świadczy o sile wiary, ale już znacznie gorzej - o poczuciu rzeczywistości, a zwłaszcza - o elemencie siły w polityce.
Poza tym historia ze świętem 11 listopada poucza nas, jak ważna jest propaganda. Może ona wytworzyć tak zwana legendę, czyli kompletnie fałszywy obraz rzeczywistości. Kiedy jednak wszyscy, albo przynajmniej większość, w legendę uwierzą, staje się ona wersją oficjalną, w którą nikomu nie wolno wątpić, ani tym bardziej podważać, bez wywołania zgorszenia. Dlatego kandydaci na mężów stanu nie tyle dbają o interes własnego narodu i państwa, co o propagandę, która zawczasu przygotuje im odpowiednią legendę.
Stąd też 11 listopada usłyszymy mnóstwo pochlebnych słów na temat niepodległości - jakim to ona jest skarbem i ile ofiar warto dla niej ponieść. Zanim jednak się wzruszymy tymi deklamacjami, zwróćmy uwagę, że będą o tym mówić politycy, którzy 13 grudnia podpiszą w Lizbonie Traktat Reformujący Unię Europejską, a następnie będą próbowali ratyfikować go bez pytania Narodu, czy chce zrezygnować z suwerenności politycznej, czy nie.
Sukces ma wielu ojców i widzimy, jak to pragnienie ojcostwa krystalizuje się w legendę - dzisiaj już nie do podważenia. Ale tak jak sukces ma wielu ojców, to klęska jest sierotą.
Ciekawe w jaki sposób i przy pomocy jakich legend będą się bronić ci, którzy 13 grudnia w imieniu Polski złożą podpis pod Traktatem Reformującym, a następnie będą próbowali pokątnie go ratyfikować. Warto już dzisiaj zwrócić na to uwagę, a może nawet udokumentować w jakiejś specjalnej księdze na wieczną rzeczy pamiątkę.

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Lustracja jest zablokowana, w strukturach państwa polskiego jest agentura, środowiska zainteresowane w utrzymanie układu "okrągłego stołu" zainwestowały w Platformę Obywatelską - Stanisław Michalkiewicz, jeden z liderów UNII POLITYKI REALNEJ, analizuje sytuację powyborczą w "polskim regionie UE" Wysłane sobota, 10, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |






Lustracja jest zablokowana, w strukturach państwa polskiego jest agentura, środowiska zainteresowane w utrzymanie układu "okrągłego stołu" zainwestowały w Platformę Obywatelską - Stanisław Michalkiewicz, jeden z liderów UNII POLITYKI REALNEJ, analizuje sytuację powyborczą w "polskim regionie UE" Wysłane sobota, 10, listopada 2007 przez Krzysztof Pawlak

"W stanach Zjednoczonych byłem już po raz drugi, ale nie był to taki pobyt typowy, nie miałem do czynienia wiele z takimi zwykłymi Amerykanami, bo obracałem się w środowiskach polonijnych, niewiele potrafię więc powiedzieć, co się dzieje naprawdę w Ameryce, poza takim spostrzeżeniem potwierdzanym przez moich tamtejszych znajomych, że zakres wolności w Stanach się bardzo skurczył. Wskazuje na to moja wizyta na Statule Wolności, gdzie w odróżnieniu od np. lotnisk, byłem poddany kontroli osobistej dwa razy, a nie jak wszędzie - raz. Wszyscy się tym procedurom pokornie poddają, więc tresura podawania się »cęgom reżymu«, zanim można zaznać »trochę wolności« - jest coraz bardziej skuteczna. Poza tym wojna w Iraku oraz Afganistanie jednak chyba coraz bardziej wpływa negatywnie na gospodarkę Stanów, bo coraz więcej jest widocznych domów i mieszkań na wynajem »do sprzedania«, które zostały zajęte posiadaczom za raty hipoteczne przez banki, co oznacza, że nawet podejmowanie drugiej pracy nie wystarcza Amerykanom na wywiązanie się z zobowiązań. Obecnie do zapełnienia tzw. koszyka dóbr już nie wystarcza praca dwóch osób - co wskazuje na powiększenie się obszaru bezwzględnego zubożenia (oczywiście na tle amerykańskim...) - jest to termin z literatury ekonomicznej ukuty na potrzeby pomiarów społecznych" - rozpoczął swoje wystąpienie w cyklu "spotkań środowych" Oddziału Stołecznego i Okręgu Mazowieckiego UPR Stanisław Michalkiewicz, jeden z najwybitniejszych współczesnych prawicowych publicystów polskich.

Z naszego punktu widzenia jest sygnałem niepokojącym deklaracja kandydatki na prezydentkę USA, p. Hilarii Clintonowej, że zamierza ograniczyć amerykańską obecność wojskową w Europie. Oznacza to, że daje przyzwolenie Niemcom na ukształtowanie polityki wewnętrznej UE według własnych celów - a to pociąga za sobą kształt polskiej polityki europejskiej - na "bardziej europejską" niż jak dotychczasową - pro-amerykańską w wykonaniu ugrupowania PiS. Stanisław Michalkiewicz zastanawia się poważnie, czy w ogóle można prowadzić jakąkolwiek politykę - nie będąc czyimś agentem? Polityka europejska w obecnym okresie i w dającej się przewidzieć przyszłości jest ufundowana na "strategicznym partnerstwie niemiecko-rosyjskim" a te państwa nie mają w stosunku do Polski w zasadzie żadnego innego interesu poza jednym: byśmy się jak najszybciej poddali - na wszystkich możliwych polach aktywności. I po to jest szykowany tzw. Traktat Reformujący, który ma polegać na formalnym zrzeczeniu się suwerenności państwowej w postaci powołania formalnego nowego bytu politycznego w Europie - Unii Europejskiej...
Do sejmu przedostało się mniej partii niż w poprzednich wyborach, mimo większej frekwencji, co świadczy o zawężaniu się sceny politycznych, a to daje powód do snucia domysłów o oligarchizacji tej sceny: coraz mniejsza liczba tzw. polityków rządzi naszym państwem. Być może nie ma już skutecznych polityków, którzy "nie byliby nakręcani" - zastanawia się Stanisław Michalkiewicz. Obecnie - właściwie od 2005 roku - są już tylko dwie siły polityczne: obóz III RP i obóz IV RP. Początkowo Platforma Obywatelska udawała, że należy do "obozu IV RP", ale po niedługim czasie "czar prysnął", gdy okazało się, że jej trzon polityczny stanowią beneficjanci tzw. okrągłego stołu. Zaś prawdziwym programem PiS, a raczej - samego Jarosława Kaczyńskiego - był program wysadzenia z posad beneficjantów "okrągłego stolika" i zastąpienie ich swoimi ludźmi. Początkowo nawet tak minimalistyczny program PiS Stanisław Michalkiewicz popierał, bo każda następna grupa u władzy byłaby znacznie płycej ukorzeniona niż środowisko byłych UB-owców/PZPR-owców - a za nim i środowisko Unii Polityki Realnej - choć nic np. nic nie wskazywało, że grupa PiS byłaby na jakimś wyższym poziomie moralności publicznej, ale po pewnym czasie okazało się, że nawet taki minimalistyczny program był zbyt ambitny, obóz "okrągłego stołu" okazał się znacznie szerszy, a nawet wykraczał po za granice Polski, budząc wrogość zwłaszcza "strategicznych partnerów" z Europy...

Nagranie trwa ponad 1,5 godziny (!) minut, jest dostępne w Sieci do 19 XI 2007 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.