grudnia 13, 2007 - grudnia 28, 2007

Rzecznik niepodległości Polski - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 28, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Całe swe życie Andrzej Czuma poświęcił walce o niepodległość Polski. Zapłacił za to wysoką cenę, ale jego ofiarność została doceniona.

Gdy w marcu 1977 roku Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela ogłosił "Apel do społeczeństwa polskiego", redaktor "Trybuny Ludu" Józef Barecki określił jego działaczy jako postacie z rodzimego gabinetu figur woskowych oraz jako ludzi wyrzuconych przez historię na boczny tor. Dziś już nikt oprócz zawodowych historyków PRL nie pamięta tow. Józefa Bareckiego, natomiast dawny rzecznik Ruchu Obrony Andrzej Czuma jest wciąż człowiekiem z krwi i kości, i jako poseł na Sejm nadal gra istotna rolę na narodowej scenie. To jego ówczesny adwersarz został wyrzucony - nie tyle na boczny tor, ile po prostu na przysłowiowy śmietnik historii.

Z rodziny o patriotycznych tradycjach

Andrzej Czuma urodził się w Lublinie 17 grudnia 1938 roku. Jak napisał o sobie, troska o Ojczyznę - to jego rodzinna tradycja. Jego ojciec - prof. Ignacy Czuma był posłem na Sejm II Rzeczypospolitej i współautorem Konstytucji Kwietniowej, zaś stryj - gen. Walerian Czuma dowodził obroną Warszawy we wrześniu 1939 roku. Jan Józef Lipski w swej książce o Komitecie Obrony Robotników dodaje, że jeszcze w czasach przedwojennych rodzice Andrzeja byli zaprzyjaźnieni z ks. prof. Stefanem Wyszyńskim - późniejszym Prymasem Tysiąclecia, dziś - Sługą Bożym oczekującym rychłego wyniesienia na ołtarze.
W 1963 roku Andrzej ukończył wydział prawa Uniwersytetu Warszawskiego, uzyskując stopień magistra. W czasie studiów działał w duszpasterstwie akademickim. W owym czasie zaprzyjaźnił się ze studentem tegoż roku na wydziale prawa Emilem Morgiewiczem, z którym łączyły go wspólny pokój w akademiku na Jelonkach oraz wspólne zainteresowanie tradycjami niepodległościowymi. Obok nauki prawa na UW Andrzej studiował historię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Można się domyślać, że ze studiami w duchu marksistowskim na Uniwersytecie Warszawskim nie chciał mieć nic wspólnego. Po studiach pracował jako radca prawny w Ministerstwie Komunikacji, a następnie w Dyrekcji Okręgowej Polskich Kolei Państwowych w Warszawie. Wtedy po raz pierwszy trafił w pole obserwacji SB jako czytelnik prasy emigracyjnej w bibliotece Dyrekcji PKP.

Swej córce powiem - nie byłem bierny

Były to lata gomułkowskiej małej stabilizacji, w której uczciwy Polak dusił się z braku wolności myśli i słowa. To uczucie popchnęło go do straceńczej, zdawałoby się, antykomunistycznej konspiracji. Toteż w 1965 roku wraz ze swym młodszym o trzy lata bratem Benedyktem - w owym czasie studentem Wydziału Mechaniki Precyzyjnej Politechniki Warszawskiej oraz Emilem Morgiewiczem, Marianem Gołębiowskim i Stefanem Niesiołowskim zawiązał konspiracyjną organizację antykomunistyczną, która przeszła do historii jako "Ruch".
Marian Gołębiewski wymaga kilku osobnych zdań: był to przedwojenny nauczyciel, żołnierz Września '39, cichociemny, oficer AK i powojenny działacz WiN. Skazany w lutym 1947 roku w procesie I Zarządu WiN na karę śmierci, zamienioną na szczęście na dożywocie. Uwolniony w 1956 roku, podejmował kilkakrotnie próby wznowienia konspiracyjnej działalności antykomunistycznej, m.in. u boku prof. Ignacego Czumy. Stąd jego akces do organizacji założonej przez znacznie młodszych od niego działaczy niepodległościowych. Później był niezmiennie współpracownikiem i doradcą Andrzeja.
Stefan Niesiołowski - absolwent Uniwersytetu Łódzkiego do konspiracji braci Czumów trafił poprzez duszpasterstwo akademickie prowadzone w Łodzi przez o. Huberta Czumę - najstarszego z synów prof. Ignacego Czumy. W roku 1967 - już po przeżyciach obchodów Milenium Chrześcijaństwa w Polsce - Andrzej wraz z Emilem Morgiewiczem oraz Stefanem Niesiołowskim opracowali programową deklarację ruchu niepodległościowego rozpoczynającą się od słów "Mijają lata". "Bez niepodległego istnienia nie potrafimy się rozwijać społecznie, ekonomicznie i kulturalnie. Będziemy wartościowym uczestnikiem rodziny ludzkiej tylko jako naród mówiący swoim głosem i podejmujący swoje decyzje. Jako atrapa na usługach obcego sowimperializmu nic pożytecznego nie możemy wnieść do trwałych wartości wspólnoty ludzkiej. Pozostając biernymi możemy tylko zhańbić się popieraniem niszczącego człowieka totalitaryzmu". Deklaracja została ostatecznie przyjęta na konspiracyjnym zjeździe "Ruchu" w roku 1969, zwołanym w okresie kompletnej beznadziei po upadku ogólnopolskiego protestu studentów na wiosnę 1968 roku. Na jesieni 1969 roku uruchomiono wydawanie miesięcznika "Biuletyn", redagowanego przez Emila Morgiewicza. Andrzej współpracował z "Biuletynem" jako autor artykułów publicystycznych, ponadto odpowiadał za jego konspiracyjne powielanie i kolportaż. W sumie ukazało się sześć numerów pisma, dla zmylenia SB numerowanych nie od zera. W raportach SB TW "Sławek" (czyli student Politechniki Gdańskiej Sławomir Daszuta) otrzymał od Andrzeja Czumy w październiku 1969 roku nr 8. "Biuletynu", zaś w styczniu i lutym 1970 roku - numery 9. i 10. 14 stycznia informację o wrogiej działalności organizacji "Ruch" otrzymał sam tow. Mieczysław Moczar (wł. Nikołaj Diomko) - sekretarz KC PZPR i zastępca członka Biura Politycznego KC.
Na wiosnę 1970 roku świat komunistyczny obchodził z niezwykłą pompą 100. rocznicę urodzin Lenina. W reakcji na te obchody na wniosek Stefana Niesiołowskiego przygotowywano podpalenie Muzeum Lenina w Poroninie. Wniosek w tej sprawie przegłosowano na nieformalnym spotkaniu kierownictwa "Ruchu" w końcu kwietnia 1970 roku. Akcję zaplanowano na 21 czerwca 1970 roku. W tym celu Andrzej zwrócił się do Daszuty z prośbą o wypożyczenie samochodu, który TW "Sławek" otrzymał do dyspozycji z wydziału transportu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Tuż przed akcją - 18 czerwca SB uzyskała rewelacyjną informację o szykującej się akcji z podsłuchu zainstalowanego w mieszkaniu Andrzeja. Następnego dnia kierownictwo MSW podjęło decyzję o likwidacji organizacji "Ruch". Nazajutrz, czyli na dzień przed planowaną akcją, SB wkroczyła, aresztując działaczy "Ruchu" z Andrzejem Czumą na czele. Śledztwo toczyło się przez kilka miesięcy.
W trakcie śledztwa w grudniu 1970 roku Polską wstrząsnęły protesty robotnicze na Wybrzeżu, które obaliły rządy Władysława Gomułki. Na jego miejsce przyszedł Edward Gierek. Latem i jesienią 1971 roku zorganizowano w Łodzi i Warszawie sześć procesów działaczy "Ruchu". Andrzej, który mimo straszenia go karą śmierci zachowywał się niezmiernie dzielnie i w śledztwie odmawiał wszelkich zeznań, otrzymał wyrok siedmiu lat więzienia (podobny wyrok otrzymał pomysłodawca podpalenia Stefan Niesiołowski). Dzięki zmianom w Polsce wywołanym przez wydarzenia grudniowe 1970 roku na procesie "Ruchu" obecni byli jako obserwatorzy społeczni prof. Edward Lipiński, poeta Antoni Słonimski oraz znany pisarz Melchior Wańkowicz.
Emil Morgiewicz, który - podobnie jak Benedykt Czuma - miał krytyczny stosunek do akcji podpalenia muzeum, a na procesie został skazany na cztery lata więzienia, wspomina postawę Andrzeja odrzucającego hańbę bierności: "Pamiętam, że podczas rozprawy Andrzej Czuma, któremu właśnie urodziła się córka, powiedział, że kiedyś ona zapyta go: »Tato, a jak ty się zachowałeś«. A on odpowie: »Nie byłem bierny«". Emil dodaje: "W tamtych czasach już samo zdobycie się na czynne wystąpienie przeciwko systemowi - pomijając to, że nasze metody mogły być dyskusyjne, albo cena, którą zapłaciliśmy, zbyt duża - to było coś ważnego." Wyrok Andrzej odsiadywał w zakładzie karnym w Barczewie koło Olsztyna. Amnestia 1974 roku zmniejszyła mu wyrok do pięciu lat pozbawienia wolności, zaś naciski opozycyjnych intelektualistów, a zwłaszcza kardynałów Stefana Wyszyńskiego oraz Karola Wojtyły na zabiegającego o poparcie społeczne Edwarda Gierka przyniosły Andrzejowi zwolnienie z więzienia we wrześniu tegoż roku.

Po wyjściu z więzienia - znowu konspiracja

Po wyjściu na wolność nie zawiesił rękawic na kołku. Nadal był zwolennikiem działań konspiracyjnych. Na wiosnę 1976 roku nielegalne środowiska niepodległościowe opracowały wspólną deklarację "U progu". W czerwcu 1976 roku przez całą Polskę przeszła fala strajków robotniczych w proteście przeciwko planowanej przez rząd Piotra Jaroszewicza podwyżek cen żywności. W podwarszawskim Ursusie oraz w Radomiu robotnicy podjęli manifestacje protestacyjne. W Radomiu spalono nawet siedzibę Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Zaskoczone władze partyjne wycofały się z zamiaru podwyżek cen, ale jednocześnie odpowiedziały na protesty represjami policyjnymi. W znak solidarności z represjonowanymi robotnikami Ursusa i Radomia w Warszawie 23 września 1976 r. powstał działający jawnie Komitet Obrony Robotników. Członkiem KOR został wkrótce przyjaciel ideowy Andrzeja Emil Morgiewicz, który od października 1976 roku współredaguje nowe pismo "U progu". Na winiecie pisma redaktorzy umieścili orła w koronie, wydrapanego na matrycy przez Janusza Krzyżewskiego. Adam Wojciechowski komentuje: "Korona była symbolem suwerenności Polski zgodnie ze średniowieczną zasadą Corona Regni Poloniae".
W tym samym czasie zostaje powołany tajny "Romb", czyli nieformalne kierownictwo tajnej organizacji Nurt Niepodległościowy. W jego skład wchodzą Andrzej Czuma, Jan Dworak, Maciej Grzywaczewski oraz Leszek Moczulski. Ruch Niepodległościowy powołano ostatecznie do życia 12 marca 1977 roku. 26 marca ogłoszono powołanie z kolei Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. W jego imieniu na konferencji prasowej został przedstawiony apel "Do społeczeństwa polskiego". Konferencja prasowa odbyła się w prywatnym mieszkaniu Antoniego Pajdaka - jednego z dawnych przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, porwanych do Moskwy i skazanych tam w procesie pokazowym, od września poprzedniego roku członka-założyciela KOR. Zaproszeni dziennikarze z urzędowych gazet jak jeden mąż wchodzili do mieszkania, rzucali na stół zaproszenia (roznoszone wcześniej do różnych redakcji przez Adama Wojciechowskiego) i oświadczali: "To jest prowokacja!", po czym demonstracyjnie wychodzili. Zostali jedynie korespondenci zagraniczni oraz przedstawiciel "Biuletynu Informacyjnego KOR" Janek Lityński. Rzecznikami Ruchu Obrony zostali Andrzej Czuma oraz Leszek Moczulski.
30 kwietnia 1977 roku ukazał się w tzw. drugim obiegu pierwszy numer organu Ruchu Obrony "Opinia", opracowany przez Leszka Moczulskiego. Andrzej był od początku członkiem zespołu redakcyjnego - wpierw anonimowo, od kwietnia 1978 roku w sposób otwarty. Zamieszczał też w "Opinii" swoje artykuły podpisywane nazwiskiem lub inicjałami A. Cz. Wtedy go poznałem, wizytując w jego mieszkaniu we Włochach pod Warszawą. Zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, którym podzieliłem się z Adamem Michnikiem. Powiedziałem do Adama o Andrzeju: "Wiesz, to taki dobry, szczery Polak". Michnik aż się żachnął na takie określenie.
Henryk Wujec, który jako członek KSS KOR redagował "Biuletyn Informacyjny" oraz "Robotnika", odnotował z uznaniem, że ukazanie się "Opinii" poszerzyło obszar obywatelskiego nieposłuszeństwa w PRL. "Biuletyn Informacyjny" podawał komunikaty KOR z nazwiskami i telefonami podpisujących je członków Komitetu. "Opinia" poszła o krok dalej, podając również adresy redaktorów. Redakcja "Robotnika" musiała, idąc za tym przykładem, uczynić to samo.
Niestety, wkrótce doszło do rozłamu w Ruchu Obrony, który został ujawniony na zjeździe Ruchu Obrony w Zalesiu Górnym w czerwcu 1978 roku. Wówczas zwolennicy Andrzeja Czumy przejęli kierownictwo "Opinii", zaś Leszek Moczulski założył własne pismo "Droga".
Trzeba tu stwierdzić, że w Komitecie Samoobrony Społecznej KOR różnice zdań pomiędzy grupą "Głosu" (z Antonim Macierewiczem i Piotrem Naimskim na czele) a zwolennikami Jacka Kuronia były z pewnością głębsze niż w Ruchu Obrony, ale do rozłamów nie doszło. Może było to zasługą mitygujących spory młodych starszych wiekiem członków KOR.
11 listopada 1978 roku opozycja niepodległościowa obchodziła 60. rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. Po mszy świętej w katedrze św. Jana na Starym Mieście w Warszawie, odprawionej przez ks. bp. Bronisława Dąbrowskiego, tłumy zgromadzone w katedrze i okolicznych ulicach ruszyły w kierunku Grobu Nieznanego Żołnierza. Tam odbyła się wielka manifestacja patriotyczna, której przewodził Andrzej Czuma. W swej książce o KOR Jan Józef Lipski odnotował ze wzruszeniem, że Andrzej wzniósł m.in. okrzyk na cześć KOR-u.
W grudniu 1978 roku Andrzej został wybrany do Prezydium Rady Sygnatariuszy Ruchu Obrony i stał na czele Ruchu Obrony aż do grudnia 1981 roku. Natomiast 1 września 1979 roku podczas wiecu na placu Zwycięstwa w Warszawie Nina Milewska w imieniu siedzącego w areszcie Leszka Moczulskiego ogłosiła powołanie Konfederacji Polski Niepodległej.

Mimo represji - dalsze akcje niepodległościowe

Na jesieni 1979 roku w następstwie pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do ojczyzny powstała złożona w większości ze współpracowników KSS KOR Akcja wiernych "Chrystus w środkach przekazu społecznego". Andrzej Czuma nawiązał ścisłą współpracę z uczestnikami Akcji zbierającymi podpisy pod warszawskimi kościołami pod petycją do Sejmu PRL o mszę świętą w Polskim Radiu oraz TVP. Spotkał się kilkakrotnie z nami i zaprosił na zbieranie podpisów pod apelem pod kościołem we Włochach pod Warszawą - koło swego domu. W zbieraniu podpisów uczestniczyli wtedy członkowie jego rodziny.
W październiku 1979 roku wziął udział w głośnej głodówce polskich opozycjonistów w kościele św. Krzyża w Warszawie w obronie represjonowanych przez władze komunistyczne w Czechosłowacji działaczy Karty 77. Było to wspólne przedsięwzięcie współpracowników KSS KOR oraz Ruchu Obrony, z ramienia którego w głodówce udział wzięli Andrzej Czuma oraz Kazimierz Janusz. 11 listopada 1979 roku Andrzej Czuma poprowadził liczącą 2 tys. uczestników manifestację niepodległościową aż pod Grób Nieznanego Żołnierza, za co został skazany 10 grudnia przez kolegium do spraw wykroczeń z Włodzimierzem Barelem na czele na trzy miesiące wiezienia. Wraz z nim zostali skazani Wojciech Ziembiński - również na trzy miesiące pozbawienia wolności, oraz Bronisław Komorowski i Józef Janowski - na miesiąc aresztu. Skazani odwołali się od wyroku do sądu, który wyroki zatwierdził, skracając jedynie wyrok Ziembińskiego do półtora miesiąca pozbawienia wolności. Sądowi przewodniczył sędzia Andrzej Kryże. Wyroki musieli odsiedzieć do końca. W maju 1980 roku odbyła się wspólna głodówka protestacyjna działaczy Ruchu Obrony oraz współpracowników KSS KOR w kościele parafialnym w Podkowie Leśnej, gdzie proboszczem był ks. Leon Kantorski. Głodówka była protestem przeciwko więzieniu przez reżym Gierka działaczy niepodległościowych, m.in. wymienionego w oświadczeniu wstępnym Andrzeja Czumy. Bezpośrednim skutkiem głodówki było uwolnienie założyciela podziemnej oficyny wydawniczej NOW-a Mirosława Chojeckiego.
W czasie solidarnościowego "karnawału" Andrzej Czuma został stałym doradcą Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ "S" w Katowicach, gdzie wkrótce założył i redagował dziennik Zarządu Regionalnego "S" "Wiadomości katowickie". Internowany 13 grudnia 1981 roku, był przetrzymywany w więzieniu w Białołęce, gdzie siedział w jednej celi z Emilem Morgiewiczem, następnie w Jaworzu i Darłówku. Na wolność wyszedł w grupie ostatnich internowanych działaczy "S" 23 grudnia 1982 roku. Witałem go wtedy na dworcu w Warszawie. W latach 1983 - 85 współpracował z podziemną "S" w regionie śląsko-dąbrowskim. W roku 1985 wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie w Chicago przez pierwsze dwa lata pracował jako robotnik fizyczny. Tam też prowadził następnie własny program radiowy.
W poprzednich wyborach parlamentarnych ubiegał się bez powodzenia o mandat poselski w Warszawie z ramienia Platformy Obywatelskiej. Po zwolnieniu miejsca w Sejmie przez prezydent stolicy Hannę Gronkiewicz-Waltzową został posłem, zaś w nowych wyborach utrzymał swój mandat.
Za swe zasługi wobec wolnej Polski został odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Wcześniej prezydent Polski na uchodźstwie Kazimierz Sabbat odznaczył go Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
W swej ulotce wyborczej Andrzej przytoczył taką wypowiedź Jana Pawła II: "Otrzymałem książkę »Wspomnienia z PRL« i pragnę serdecznie podziękować czterem Braciom bohaterskiej Rodziny Czumów za dedykacje dla mnie na pierwszej stronie z datą 3 maja 1997. Jest to historia rodziny, w której miłość Boga i Ojczyzny była dewizą życia".
16 marca 2007 roku Sejm Rzeczypospolitej uchwalił deklarację w 30. rocznicę powstania Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Wyraził w niej: "uznanie i szacunek dla jego inicjatorów i uczestników, którzy w warunkach państwa niesuwerennego i niedemokratycznego stawili opór narzuconemu Polsce systemowi komunistycznemu i podjęli działania na rzecz przestrzegania naturalnych praw ludzkich i praw obywatelskich.
Mimo utrwalonego pojałtańskiego podziału Europy, działacze Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela mieli odwagę wyrazić niepodległościowe aspiracje naszego Narodu, wyrastające z wielowiekowych tradycji walki Polaków o wolność oraz chrześcijańskich korzeni naszej tożsamości. (...)
W Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela znaleźli się również ludzie, którzy od początku istnienia systemu komunistycznego podjęli walkę o niepodległość Polski i zapłacili za swój patriotyzm utratą wolności.
Swoim istnieniem i działalnością Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela przyczynił się do rozbudzenia aspiracji wolnościowych u progu »Solidarności«. Był znaczącą inicjatywą obywatelską na drodze uzyskania niepodległości i budowy społeczeństwa respektującego prawa człowieka.
Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela dobrze zasłużył się Ojczyźnie".
Te wszystkie słowa uznania dotyczą również rzecznika Ruchu Obrony Andrzeja Czumy.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Politycy "w kulki lecą". Studenci mówią DOSYĆ!!! - Marek Kobylarski Wysłane piątek, 28, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Każdy z posłów dba o swoich wyborców, w każdy weekend jest obecny w swym terenowym biurze, w konkretnym, małym okręgu. Zabiega o każdy głos i każdy obywatel jest dla niego bardzo ważny. Bez względu na to, jakie ma wpływy. Poseł boi się być nieuczciwym, bo wie, że w każdej chwili może zostać przez swych wyborców odwołany przez zwykłe referendum lokalne. Jedyne co go motywuje do działania i pracy, to dobro obywateli, swoich "drogich wyborców". Marzenia? Nie. To jest realna możliwość, o którą dziś walczy Niezależne Zrzeszenie Studentów.

A wszystko zaczęło się w styczniu tego roku. Do granic wkurzony poziomem naszej "polityki" postanowiłem zorganizować konferencję na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II o ordynacjach wyborczych. Od lat działam w Ogólnopolskim Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, którego prezesem jest p. Janusz Sanocki. Skontaktowałem się z radnym Wojtkiem Wójcikiem z Nysy - ówczesnym członkiem Zarządu Krajowego NZS. Wspólnie z Małogosią Kamińską - członkinią Zarządu Krajowego NZS z UMCS w Lublinie - pomogli mi w uzyskaniu poparcia Komisji Uczelnianej NZS KUL. Uzgodniliśmy, że NZS należy zainteresować sprawą najwyższej wagi, jaką jest ordynacja wyborcza.
W kwietniu 2007 roku na KUL-u odbyła się Międzynarodowa Konferencja "Jakiej ordynacji wyborczej potrzebuje Rzeczpospolita?", na której zostało odczytane stanowisko Zarządu Krajowego NZS o poparciu wprowadzenia w Polsce 460 jednomandatowych okręgów wyborczych. O dziwo, nie było najmniejszego problemu, aby na katolickiej uczelni zorganizować konferencję, która jednoznacznie kojarzy się z polityką. Spotkaliśmy się z serdecznym poparciem Jej Władz, które wiedzą, że polityka to roztropna troska o dobro wspólne, która jest zadana każdemu obywatelowi RP.
Pozyskując poparcie pracowników Wydziału Prawa, Prawa Kanonicznego i Administracji KUL, często spotykałem się ze słowami, "proszę pozdrowić ode mnie p. Janusza Sanockiego". Jak się, ku mojemu zdziwieniu okazało, Janusza Sanockiego zna i ceni wielu pracowników WPPKiA KUL.
Na konferencji zostały podjęte decyzje o włączeniu się NZS w tematykę JOW i podjęciu działań zmierzających do zmiany ordynacji wyborczej.
W listopadzie wrocławscy studenci rozpoczęli Akcję NZS "jednomandatowe.pl - poseł odpowiedzialny przed wyborcami".
Powstała strona internetowa: www.jednomandatowe.pl - na której można złożyć podpis pod naszym postulatem.
Od listopada pozyskaliśmy już patronaty honorowe: dr. Janusza Kochanowskiego - Rzecznika Praw Obywatelskich, Marka Goliszewskiego - prezesa Business Centre Club, prof. Jadwigi Staniszkis, prof. Witolda Kieżuna, JM prof. Tadeusza Lutego - Rektora Politechniki Wrocławskiej, dr. Rafała Dutkiewicza - Prezydenta Wrocławia, Hrabiego Marcina Zamoyskiego - Prezydenta Zamościa.
Prof. Witold Kieżun, najwybitniejszy teoretyk zarządzania w Polsce, powiedział o Akcji NZS: "Inicjatywa jest niesłychanie ważna i trafia w sedno. Jednomandatowe okręgi wyborcze są najważniejszym postulatem dla usprawnienia zarządzania publicznego w Polsce. Wyrażam wysokie uznanie dla inicjatorów tej studenckiej akcji". Do Wojtka Kaźmierczaka - doktoranta PWr i Pawła Drążka - przewodniczącego NZS PWr, inicjatorów akcji, płyną wyrazy poparcia z całego świata.
Naszą akcję poparł Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy. Na stronie internetowej wpisało się już blisko 1000 osób.
W przyszłym semestrze roku akademickiego planujemy działania w całej Polsce. Nawiązaliśmy współpracę z organizatorami "Kulturaliów", dorocznej imprezy studentów Bydgoszczy i Torunia. W dniach 5 - 11 maja odbędą się tam koncerty m.in. T. Love, Bony M., Perfekt, Lady Pank, Ira, SDM i wielu innych. Więcej na stronie: www.kulturalia.eu. Regionalne eliminacje odbędą się w kilku miastach w Polsce, również w Nysie. Koncerty mają odbyć się pod patronatem naszej Akcji i postulat JOW będzie słyszany ze scen. Poprosimy artystów o poparcie i pomoc w nagraniu przeboju promującego okręgi jednomandatowe.
Na uczelniach w całym kraju odbędą się również konferencje, happeningi, akcje informacyjne. Chcemy poruszyć świat kultury, nauki i przedsiębiorców, by wywarli nacisk na elity władzy, by te, wreszcie, zajęły się tematem ordynacji wyborczej, która jest fundamentem każdej demokracji.
Apelujemy również do Państwa. Los Polski jest w naszych rękach. Polacy nie muszą wyjeżdżać do Wielkiej Brytanii, mogą nacisnąć na polityków, by ci podjęli decyzję o zmianie ordynacji na taką, jaka jest w Wielkiej Brytanii, USA, Japonii i wielu innych krajach świata, które nie bez kozery są bogate. Swój dostatek zawdzięczają przede wszystkim dobrym reprezentantom, wybieranym w jednomandatowych okręgach wyborczych. Na początek proszę wpiszcie się Państwo na stronie www.jednomandatowe.pl pod listą poparcia dla Akcji NZS.
Politycy zapomnieli, że "być pierwszym, to znaczy służyć innym". Czują się bezkarni, a cały ich potencjał i działanie są skierowane na partię i jej lidera z Warszawy, a nie na swoich wyborców w regionach. Należy jak najszybciej przełożyć akcent działań z centrali warszawskiej i partii wodzowskiej na społeczeństwo "na dole", społeczeństwo obywatelskie. Politycy są dla nas, a nie my dla nich! Najwyższy czas przeciwstawić się partyjniactwu i powiedzieć mu stanowcze DOSYĆ!
Ogłaszam z tego miejsca, że czas nieuczciwych, niekompetentnych, zapatrzonych w siebie i w lidera, a nie w swych wyborców, polityków nieuchronnie dobiega końca. Jednomandatowe okręgi wyborcze to nie postulat pieniaczy, tylko ludzi, którym leży na sercu troska o każdego człowieka. JOW to przyszłość Polski. JOW to szansa, by polityka na nowo stała się, nie jak jest dzisiaj, hermetyczną enklawą dla wybranych "przydupasów", lecz roztropną troską o dobro wspólne, troską o byt każdego, najmniejszego Człowieka.

Skorumpowanym i biernym, miernym, ale wiernym liderom swych scentralizowanych partii, politykom mówimy - VAFFANCULO!!! Idąc doświadczeniem Włoch z 1994 roku, gdzie udało się w taki sam sposób wprowadzić JOW, my studenci, dzisiaj krzyczymy głośno: VAFFANCULO!!!

Marek Kobylarski
Autor jest studentem III roku prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II (jowstudent@wp.pl).

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Virtuti Civili - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 27, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Józef Teliga, 9 IX 1914 - 26 XII 2007


Spotykamy w życiu ludzi, na wspomnienie których robi się ciepło koło serca, na twarzy wykwita uśmiech, stajemy się lepsi i życzliwsi wobec naszych bliźnich. Jednego z nich spotkałem w czerwcu 1989, na plebanii kościoła św. Katarzyny na Służewcu, dokąd przywiodła mnie perspektywa reaktywowania Polskiego Stronnictwa Ludowego. Był to czas intensywnego przemalowywania najróżniejszych formacji, grup, struktur, ideologii i koncepcji politycznych, czas, w którym wczorajsi sekretarze komunistyczni zmieniali skórę, przeistaczając się z dnia na dzień w prawdziwych Polaków, patriotów, niepodległościowców od kołyski. Łakomym kąskiem była spuścizna po Stanisławie Mikołajczyku i jego Polskim Stronnictwie Ludowym, żyli jeszcze ludzie PSL-u, żyła pamięć, w Ruchu Ludowym lat osiemdziesiątych działali nawet bliscy współpracownicy Mikołajczyka. Do przejęcia tej spuścizny przygotowywała się komunistyczna agentura, zorganizowana w ZSL, dysponująca majątkiem i strukturami terenowymi.

Próba uratowania PSL nie powiodła się ani na Służewcu, ani w innych miejscach - siła złego na jednego - podobnie jak wyprowadzono sztandar PZPR, by na jej miejscu powstały kolejne mutanty, SdRP, SLD, SUPL, tak i sztandar Mikołajczyka nie dostał się w ręce patriotów o niekomunistycznym rodowodzie. Starszy, pogodnie uśmiechnięty, życzliwy ludziom pan, którego wtedy miałem zaszczyt poznać, okazał się być Józefem Teligą, najstarszym więźniem politycznym PRL, który swoje 70. urodziny obchodził w więzieniu na Rakowieckiej. Józef Teliga, legenda AK-owskiego podziemia Kielecczyzny, szef wywiadu AK w Okręgu Radomsko-Kieleckim w latach 1943 - 1945 ("Habdank"), a po rozwiązaniu AK żołnierz i szef wywiadu WiN na Kielecczyźnie; potem założyciel i członek władz krajowych "Solidarności Wiejskiej", potem jeden z twórców Ogólnopolskiego Komitetu Oporu Rolników, współpracownik Kornela Morawieckiego. To więcej niż władza ludowa mogła znieść, więc w grudniu 1983 zamknęła go, jako szpiega i terrorystę, w więzieniu na Rakowieckiej i stamtąd, na dobre, dopiero po dwóch latach, wypuściła na mocy amnestii.
Nie udało się z PSL, więc płk Teliga przyłączył się do grupy działaczy NSZZ "Solidarność", którzy usiłowali przeciwstawić się magdalenkowo-okrągłostołowym uzurpatorom i uratować Związek "Solidarność", doprowadzić do zjazdu zjednoczeniowego, w którym wziąć mogliby udział wszyscy ci, którzy przez te długie lata walczyli w podziemiu, wysiadywali po więzieniach i internatach. Większość członków Komisji Krajowej powołała "Porozumienie na rzecz Demokratycznych Wyborów w NSZZ »Solidarność«" ("Porozumienie Szczecińskie") i jeżdżąc od miasta do miasta, od regionu do regionu, próbowała przywrócić do życia Związek, który wprawdzie prezentował się na zewnątrz jako wielki historyczny zwycięzca, a w rzeczywistości był tylko mizerną swoją imitacją. Ruszył z nami Józef Teliga. Pamiętam, w szczególności, wspólną nocną podróż z Będzina do Wrocławia, po kolejnym zjeździe w Kopalni "Grodziec", a potem długie rozmowy, w których Pułkownik dzielił się z nami swoim doświadczeniem i wiedzą.

Nie udało się uratować "Solidarności", tak jak nie udało się uratować PSL. Mimo odwagi i determinacji wielu ludzi, sprytnie stosowana metoda "kija i marchewki" pozwoliła skruszyć te ruchy, a wielu z ich znanych działaczy przeciągnąć na stronę "stolarzy". Nie udało im się to z Józefem Teligą. Stary lis AK-owskiego wywiadu nieczuły był na kuszące propozycje, pozostał wierny sobie i tym zasadom oraz ideałom, które kazały mu, pół wieku wcześniej, wejść na drogę walki podziemnej i naziemnej. Może zresztą wierzył, że mundur pułkownika Wojska Polskiego do czegoś zobowiązuje, a dobre imię i cześć nie są do kupienia, że trzeba na nie zapracować całym życiem, a jak się zapracowało, to wypada ich strzec.
Pułkownik Józef Teliga szansę dla Polski dostrzegł w powstającym Ruchu Obywatelskim na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych i był członkiem-założycielem Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "JOW". Był nie tylko urodzonym konspiratorem i wywiadowcą, był historykiem wykształconym przed wojną na Uniwersytecie Jagiellońskim i nauczycielem. Pamiętał, to co mówił na Zjeździe Legionistów kryzysów Kaliszu Józef Piłsudski:
"Podczas kryzysów - powtarzam - strzeżcie się agentur. Idźcie swoją drogą, służąc jedynie Polsce, miłując tylko Polskę i nienawidząc tych, co służą obcym".

Józef Teliga zrozumiał od razu, że droga do wyzwolenia Polski spod wpływów agentury wiedzie poprzez uczciwy system wyborczy, który prawo kandydowania i wyłaniania posłów zabiera partyjnym koteriom i oddaje w ręce wyborców. Dlatego niestrudzenie, mimo swoich lat, jeździł z nami po Polsce, zachęcał, wspierał, przekonywał. Ostatni raz miałem przyjemność maszerować razem z Pułkownikiem, w galowym mundurze, na czele III Marszu na Warszawę. Weszliśmy razem do Pałacu Prezydenckiego, aby w imieniu Ruchu przedstawić Prezydentowi RP nasze żądanie.
I wierzę, że teraz, kiedy jest już po Tamtej Stronie, Józef Teliga będzie nam stale towarzyszył. A my możemy, za Poetą i jego "Modlitwą do Matki Boskiej Królowej Korony Polskiej" prosić, aby Józef Teliga był tym, do którego przede wszystkim odnoszą się te słowa:

"Policz wszystkich na cmentarzach skwerów.
Tam krzyż każdy kwiatem Ci się schyli.
Na schylone krzyże bohaterów
Zawieś order - Virtuti Civili".

Wrocław, 27 grudnia 2007

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Jak zginął gen. Okulicki "Niedźwiadek"? - Tadeusz M. Płużański Wysłane czwartek, 27, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Generał brygady Leopold Okulicki "Niedźwiadek", ostatni dowódca Armii Krajowej, nazwany przez Mołotowa "jawnym wrogiem Związku Radzieckiego" w kapturowym procesie 16 Przywódców Polskiego Państwa Podziemnego został skazany na 10 lat więzienia. To jednak nie wystarczyło sowieckim katom. Okulicki musiał zginąć. Zmarł w Wigilię, 24 grudnia 1946 r. w moskiewskim więzieniu na Butyrkach. Okoliczności jego tragicznej śmierci do dziś nie zostały do końca wyjaśnione, a miejsce pogrzebania generała jest nieznane.

Oficjalna, sowiecka wersja śmierci Leopolda Okulickiego od lat brzmi: zmarł na atak serca po operacji w szpitalu więziennym Butyrki. Wiele wskazuje jednak na to, że generał został zamordowany. Mówią o tym rosyjskie dokumenty, do których w latach 90. uzyskała dostęp strona polska. Nie wiadomo natomiast, jak wyglądały jego ostatnie chwile. Jeden z więźniów z sąsiedniej celi moskiewskiej katowni relacjonował, że 24 grudnia 1946 r. gen. Okulicki został siłą wyciągnięty z celi, słychać było odgłosy stawiania oporu i krzyk nadzorców więziennych.
Z całą pewnością wiadomo jedno: bohater Polski Podziemnej, odznaczony czterokrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Niepodległości, Orderem Virtuti Militari V i IV Klasy, zginął na zlecenie władz ZSRS.

"NIE" DLA KOMUNISTÓW

Przypomnijmy najważniejsze wydarzenia z życia Leopolda Okulickiego. Urodził się w 1898 r. Od 1914 r. służył w Legionach Polskich, a od 1918 r. - w Wojsku Polskim. Walczył w kampanii wrześniowej 1939 r. 18 września przeprowadził jedyny w historii oblężonej Warszawy wypad zaczepny w kierunku Puszczy Kampinoskiej, aby nawiązać łączność z Armią "Pomorze".
Jako jeden z pierwszych żołnierzy wolnej Polski przeszedł do konspiracji. Już 28 września podporządkował się gen. Michałowi Tokarzewskiemu-Karaszewiczowi, wstępując do tworzącej się Służby Zwycięstwu Polski. Od października 1939 r. Okulicki - w randze podpułkownika - objął komendę Okręgu Łódzkiego SZP. Po przekształceniu się organizacji w Związek Walki Zbrojnej pozostał na stanowisku dowódcy Okręgu Łódzkiego ZWZ. 1 lipca 1940 r. został awansowany na stopień pułkownika i mianowany Komendantem Okupacji Sowieckiej (obszar Nr 2 Białystok i Obszar Nr 3 Lwów). W nocy z 21 na 22 stycznia 1941 r. aresztowały go rosyjskie władze bezpieczeństwa. Przetrzymywany w więzieniu na Łubiance, a następnie w więzieniu lefortowskim, był przesłuchiwany przez zastępcę szefa NKWD Berii, Iwana Sierowa. Upokarzanemu i torturowanemu groziła kara śmierci.
12 września 1941 r. z sowieckich kazamatów Okulickiego uwolnił układ, zawarty między Premierem Rządu RP Władysławem Sikorskim a ambasadorem ZSRR w Wielkiej Brytanii Iwanem Majskim. Razem z armią gen. Władysława Andersa został ewakuowany do Iranu. 22 maja 1944 r., mianowany na stopień generała brygady - uzyskawszy akceptację Naczelnego Wodza, gen. Kazimierza Sosnkowskiego - został przerzucony do okupowanej Polski, aby kontynuować swoją konspiracyjną pracę.
27 lipca 1944 r. otrzymał nominację na komendanta organizacji "NIE" (Niepodległość), zorganizowanej przez gen. Augusta Emila Fieldorfa, "Nila", ściśle zakonspirowanej struktury, mającej przygotować polskie podziemie niepodległościowe na trudne czasy okupacji sowieckiej. Jednocześnie gen. Tadeusz Komorowski, "Bór", komendant Armii Krajowej, wyznaczył go na swojego następcę w sytuacji, gdyby sam nie mógł pełnić tej funkcji. Gen. Okulicki, używając już pseudonimu "Niedźwiadek", opuścił Warszawę 2 października 1944 r. wraz z ludnością cywilną. W terenie odtwarzał struktury Armii Krajowej.

KAŻDY SOBIE DOWÓDCĄ

12 stycznia 1945 r. Armia Czerwona rozpoczęła wielką operację ofensywną wiślano-odrzańską, w ramach której 1. Armia Wojska Polskiego zajęła 17 stycznia 1945 r. Warszawę. 19 stycznia 1945 r. gen. Leopold Okulicki podpisał ostatni rozkaz, w którym oficjalnie rozwiązał Armię Krajową i zwalniał z przysięgi jej żołnierzy. Dziękując im za ofiarną służbę, w krótkich słowach zawarł wezwanie do przekazania dziedzictwa ideowego AK przyszłym pokoleniom. Rozkaz gen. "Niedźwiadka" zamykał dzieje Armii Krajowej tylko formalnie. Wielu walczyło dalej, zgodnie z zaleceniem, że teraz każdy ma być sobie dowódcą.

"Żołnierze Armii Krajowej!
Daję Wam ostatni rozkaz. Dalszą swą pracę i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości Państwa i ochrony ludności polskiej przed zagładą. Starajcie się być przewodnikami Narodu i realizatorami niepodległego Państwa Polskiego. W tym działaniu każdy z Was musi być dla siebie dowódcą. W przekonaniu, że rozkaz ten spełnicie, że zostaniecie na zawsze wierni tylko Polsce oraz by Wam ułatwić dalszą pracę - z upoważnienia Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zwalniam Was z przysięgi i rozwiązuję szeregi AK.
W imieniu służby dziękuję Wam za dotychczasową ofiarną pracę.
Wierzę głęboko, że zwycięży nasza Święta Sprawa, że spotkamy się w wolnej i demokratycznej Polsce.
Niech żyje Wolna, Niepodległa, Szczęśliwa Polska.

Dowódca Sił Zbrojnych w Kraju (..) Niedźwiadek"

"NOTORYCZNY DYWERSANT"

27 marca 1945 r. gen. Okulicki "Niedźwiadek" udał się do Pruszkowa na spotkanie z przedstawicielami Armii Czerwonej. Zdawał sobie sprawę, że może być to podstęp, ale uważał, iż nie należy uchylać się od rozmów, bo Sowieci tylko to wykorzystają. Owo "zaproszenie" na rozmowy rzeczywiście okazało się podstępem i 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego aresztowano. Inicjator "rozmów" - "Generał Iwanow" okazał się Iwanem Sierowem, znanym dobrze Okulickiemu z przesłuchań w 1941 r. Razem z innymi aresztowanymi Okulicki trafił na też dobrze mu znaną Łubiankę.
ZSRS przyznał się oficjalnie do gwałtu na Polakach dopiero 4 maja 1945 r. Stalin w depeszy do Churchilla pisał m.in.: "Grupa 16 Polaków została aresztowana przez wojskowe władze sowieckie. (...) Wszyscy lub część z nich, w zależności od wyników śledztwa, oddani zostaną pod sąd". 18 maja, w odpowiedzi na pytanie dziennikarza "The Timesa", Stalin cynicznie stwierdził: "Notoryczny dywersant gen. Okulicki i inni zostali aresztowani w Polsce na zasadzie prawa zabezpieczającego tyły Czerwonej Armii przed dywersantami. (...) Nie jest prawdą, jakoby aresztowani Polacy zostali zaproszeni w celu przeprowadzenia rokowań z władzami sowieckimi. Władze sowieckie bowiem nie prowadzą i nie będą prowadzić rokowań z ludźmi, którzy łamią prawo w zakresie bezpieczeństwa tyłów Armii Czerwonej".
16 czerwca 1945 r. sowiecka agencja prasowa TASS ogłosiła, że rozpocznie się proces przeciwko grupie 16 Polaków. Komunikat głosił jednocześnie, iż w najbliższym czasie przybędą do Moskwy na rozmowy ze Stalinem przedstawiciele władz reprezentujących "cały polski naród": Bierut, Gomułka, Osóbka-Morawski, Mikołajczyk, aby debatować nad utworzeniem polskiego rządu jedności narodowej.

OSKARŻACIE CAŁY NARÓD POLSKI

Po trwającym prawie trzy miesiące intensywnym śledztwie, prowadzonym przez NKWD - Berię i jego zastępców - Sierowa i Mierkułowa, oraz nadzorowanym bezpośrednio przed Stalina, 18 czerwca 1945 r. oskarżeni stanęli przed Kolegium Wojskowym Sądu Najwyższego ZSRR w Moskwie. Było to jawne bezprawie. Pokazowy proces zakładał - też z pogwałceniem reguł prawa - sądzenie obywateli polskich na podstawie radzieckiego kodeksu karnego. Oskarżali: gen. Afanasjew i radca państwowy Rudenko, który niebawem przed Trybunałem w Norymberdze będzie zarzucał Niemcom odpowiedzialność za Katyń. Okulicki został oskarżony o: szpiegostwo, terror, dywersję, wrogą propagandę, tworzenie tajnych organizacji przestępczych, przechowywanie broni, radiostacji i drukarni.
Generał Leopold Okulicki nie skorzystał z przysługującego mu sowieckiego obrońcy, na którego niezależność trudno było liczyć. Do winy się nie przyznał.
W ostatniej mowie, przez prawie półtorej godziny, mówił po rosyjsku: "Proces ten ma charakter polityczny. Nie możecie dowieść, że nie walczyliśmy z Niemcami w ciągu 5 lat, ale jak w każdym takim procesie politycznym pragnęlibyście pozbawić nas argumentu. (...) Oskarżacie nas o współpracę z Niemcami, godząc w nasz honor. Oskarżając 300 tysięcy żołnierzy Armii Krajowej, oskarżacie cały Naród Polski. (...) Powstanie Warszawskie to bohaterska walka i nie daje ona podstaw do politycznych represji. (...) W bitwie warszawskiej walczyliśmy z Niemcami przez 63 dni i pomagaliśmy tą drogą Armii Czerwonej. (...) Naród Polski ma wiele wad, ale ma jedną wyrównującą je zaletę - umiłowanie wolności. Chcę przyjaźni z Rosją, ale pod jednym warunkiem - jest nim utrzymanie niepodległości Polski".

PERFIDIA SOWIETÓW

21 czerwca 1945 r. o godz. 4.30 nad ranem sowiecki sąd ogłosił wyrok. Generała Leopolda Okulickiego skazano na dziesięć lat więzienia, Jana Stanisława Jankowskiego - delegata Rządu RP na Kraj na osiem lat, Adama Bienia - zastępcę Delegata Rządu i Stanisława Jasiukowicza - zastępcę Delegata Rządu na pięć lat. Stanisław Michałowski - wiceprzewodniczący Zjednoczenia Demokratycznego, Kazimierz Kobylański - członek Rady Jedności Narodowej i Józef Stemler-Dąbski - pracownik departamentu informacji i prasy Delegatury Rządu zostali uniewinnieni. Kazimierz Pużak - przewodniczący Politycznego Komitetu Porozumiewawczego dostał osiemnaście miesięcy więzienia, Kazimierz Bagiński - zastępca przewodniczącego Rady Jedności Narodowej dwanaście, Aleksander Zwierzyński - zastępca przewodniczącego Rady Jedności Narodowej osiem, Eugeniusz Czarnowski - przedstawiciel Stronnictwa Pracy w RJN sześć i po cztery miesiące: Stanisław Mierzwa - członek centralnego kierownictwa ruchu ludowego, Franciszek Urbański - Stronnictwo Pracy, członek RJN, Józef Chaciński - prezes Komitetu Wykonawczego Stronnictwa Pracy, przedstawiciel Stronnictwa Pracy w RJN, Zbigniew Stypułkowski - prezes Stronnictwa Narodowego na Podlasiu.
Wyrok był ostateczny i nie podlegał kasacji. Tego samego dnia, czyli 21 czerwca 1945 r., Kreml perfidnie ogłosił, że w Polsce powołany został Rząd Jedności Narodowej. Prawdziwi przywódcy narodu polskiego, mimo niskich - jak na sowiecką Rosję - wyroków - i tak zostali wyeliminowani. Taki był pierwotny i ostateczny cel nowego okupanta Polski.
Prócz gen. Leopolda Okulickiego "Niedźwiadka" w sowieckich więzieniach zginęli jeszcze dwaj spośród 16. przywódców Polskiego Państwa Podziemnego: Jan Stanisław Jankowski i Stanisław Jasiukowicz. Trzeciego - Kazimierza Pużaka NKWD przekazało "polskiej" bezpiece, która zamordowała go w więzieniu w Rawiczu 30 kwietnia 1950 r.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Odszedł na wieczną służbę - płk. Józef Teliga, członek-założyciel Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze" Wysłane czwartek, 27, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

26 grudnia 2007, w wieku 93 lat, zmarł we Włoszczowej płk. Józef Teliga,
członek-założyciel Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze".
Pogrzeb odbędzie się w sobotę 29 grudnia o godz. 12.00 w kościele Chrystusa Króla w Kielcach (ul. Sobieskiego 51).

Cześć Jego Pamięci!


Manifestacja w obronie wolności słowa - w obronie redaktorów "Gazety Polskiej" - notacja TV ASME Wysłane poniedziałek, 24, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |










Manifestacja w obronie wolności słowa - w obronie redaktorów "Gazety Polskiej" - notacja TV ASME Wysłane poniedziałek, 24, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

13 grudnia każdego roku pozostaje pamiętną datą w dziejach narodu i społeczeństwa polskiego. Jest to dzień pamięci o hańbie polskich kolaborantów sowieckich okupantów Polski. Taką datę wyznaczył niezawisły sąd w Warszawie na dzień kolejnego przesłuchania redaktorów tygodnika "Gazeta Polska" w sporze ze stacją telewizyjną TVN, tzw. walterownią - w sprawie o ujawnienie współpracy jej pracownika z PRL-owskimi służbami specjalnymi. W obronie wolności słowa przy siedzibie sądu przy jednej z głównych ulic w Warszawie zebrało się około półtora tysiąca sympatyków tygodnika, by w czuwaniu - pikiecie na zewnątrz murów sądu uczestniczyć w wydarzeniu obrony wolności słowa w cały czas obecnej PRL-bis.

Przedstawiamy Państwu zapis TV ASME z tej manifestacji poparcia dla dziennikarzy cały czas trzymających wysoko w górze sztandar niezawisłości słowa drukowanego - wbrew coraz częstszym przypadkom prób kneblowania niezależności wolnych mediów.

Nagranie trwa prawie 17 minut, jest dostępne w Sieci do 7 I 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.






Niebezpieczna to rzecz - zbyt mało nauki - Antoni Zambrowski Wysłane niedziela, 23, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Felietonista "Naszej Polski" podpisujący się De-Ha ostro zareagował na oświadczenie mieszkającej w Oxfordzie Heleny Wolińskiej-Brusowej, iż Europejski Nakaz Aresztowania czyni z niej kozła ofiarnego i że jest to nagonka antysemicka. Sprawa ta ciągnie się od wielu lat i kilkakrotnie wypowiadałem się o niej na łamach prasy prawicowej, również na łamach "Naszej Polski", dlatego poczuwam się do ponownego zabrania głosu na ten temat. Rzecz w tym, że po raz pierwszy polski wymiar sprawiedliwości w osobach prokuratorów prokuratury wojskowej wystąpił o wydanie pani Leny przed wielu laty za rządów Unii Wolności, gdy ministrem sprawiedliwości była pani Hanna Suchocka, zaś ministrem obrony narodowej Janusz Onyszkiewicz. Jak wiadomo, Unia Wolności była stronnictwem wolnym od antysemickich przesądów, więc oskarżanie Hanny Suchockiej oraz Janusza Onyszkiewicza o organizowanie antysemickiej nagonki na byłą stalinowską prokurator wojskową zdawałoby się rzeczą absolutnie bezpodstawną. Niestety, rzecz nie jest tak jednoznaczna.

Jak wiem od córek gen. Nila, czyli Augusta Emila Fieldorfa, podejmowały one wielokrotnie zabiegi o to, by ukarano osoby mieszkające w kraju i nie wymagające ekstradycji, a uwikłane w mord sądowy na naszym bohaterze narodowym. Te wieloletnie zabiegi nie dały niestety żadnego skutku w wyniku sabotażu ze strony odpowiednich organów III RP. Przed laty opisywałem wielokrotnie ich starania w tym względzie, po pewnym czasie temat ten przejął i do tej pory prowadzi mój kolega redakcyjny Tadeusz Płużański. Przedmiotem naszych opisów były m.in. starania córek gen. Nila o ukaranie mieszkającego w Warszawie ubeckiego śledczego Kazimierza Górskiego (nie mylić z śp. K. Górskim - trenerem naszej drużyny piłkarskiej), który przesłuchiwał gen. Nila, a następnie napisał akt oskarżenia w jego sprawie. Ten ubol do tej pory mieszka sobie spokojnie w Warszawie, przez nikogo oprócz Tadeusza Płużańskiego nie niepokojony. Nie zostały też ukarane inne osoby zamieszkałe w kraju i uwikłane w ten mord sądowy (Opowiadał mi podwładny gen. Nila w Kedywie KG AK, dr Józef Rybicki, że w czasie przewodu sądowego generał wołał do skazujących go na karę śmierci sędziów, iż jest to mord na niewinnym człowieku, oskarżonym o nie popełnione przez niego zbrodnie. Wszyscy oni mieli tego świadomość).
Nie wykluczone więc, że pani Lena została istotnie wybrana z grona osób odpowiedzialnych za mord sądowy jako ktoś pozostający poza zasięgiem polskiego wymiaru sprawiedliwości dla pozorowania działań celem ukarania winnych.
Wyjaśnię tu PT odbiorcom ASME, że celowo piszę o pani Wolińskiej-Brusowej familiarnie "pani Lena", gdyż nie chcę ukrywać znajomości z nią przed laty, gdy była najpierw żoną gen. Franciszka Jóźwiaka - "Witolda" - znanego mi osobiście członka Biura Politycznego KC PZPR, a następnie żoną mego promotora naukowego na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Włodzimierza Brusa. Z racji tej znajomości z panią Leną apelowałem do niej przed laty, by powróciła do kraju i oddała się w ręce polskiego wymiaru sprawiedliwości w naiwnym przekonaniu, iż w III Rzeczypospolitej sądy są niezawisłe i sprawiedliwe.
Tyle co do meritum sprawy. Teraz w sprawie felietonu De-Ha. Budzi uśmiech politowania wypominanie żonie członka Biura Politycznego KC PZPR w okresie stalinowskim, że jeździła specjalnym samochodem, przydzielanym tylko zasłużonym. Po prostu De-Ha ma słabe pojęcie o ówczesnych przywilejach materialnych właścicieli Polski Ludowej.
Dalej De-Ha na zasadzie jakiegoś skojarzenia przypomina sobie o amerykańskim prof. Janie Tomaszu Grossie i sprawie mordu na Żydach w Jedwabnem. Wyjaśnię przy sposobności, iż niedawno zamieściłem także na łamach "Naszej Polski" artykuł o krzywdzie uczynionej mieszkańcom tego bohaterskiego miasteczka nie tyle przez prof. Grossa (o którym w Warszawie mówi się "łże jak Gross"), ile przez ówczesnego prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego, który dla rozgrywek z rządem AW"S" prof. Jerzego Buzka zorganizował przy współudziale ówczesnego szefa SLD Leszka Millera, paradującego po Jedwabnem w żydowskiej mycce, obchody 60. rocznicy mordu jedwabieńskich Żydów. Nadużycie w tej sprawie polegało na tym, że wytykając nam mord w Jedwabnem, słowem nie wspomniano o znacznie większych mordach na Żydach, popełnionych w owym właśnie czasie przez litewskich, ukraińskich czy białoruskich kolaborantów z niemieckim okupantem, względnie przez samych Niemców. W ten sposób prezydent Polski postawił nas samotnie przy pręgierzu, mimo że byliśmy jedynym w okupowanej przez Hitlera Europie krajem, w którym państwo podziemne stworzyło specjalną organizację dla ratowania Żydów z rąk hitlerowskich ludobójców. Dla wynagrodzenia tej krzywdy mieszkańcom miasteczka proponowałem, by na rynku Jedwabnego postawiono pomnik ku czci miejscowych bohaterów zbrojnego ruchu oporu przeciwko sowieckim i niemieckim okupantom oraz powojennej władzy komunistycznej. Moja propozycja przeszła niestety bez echa.
W odpowiedzi na kłamstwa Grossa i naciągane przez niego fakty De-Ha proponuje: "Pozostając w prawdzie historycznej, należy teraz wypunktować wszystkie żydowskie sprawki przeciw Polakom. Dość kładzenia uszu po sobie!". I postuluje, by w ramach tych działań: "Pora wyjaśnić rolę np. Lampego, Bermana, Minca, Grosza, Sommersteina, Zambrowskiego, Ochaba, Drobnera, Borejszy, Bristigerowej, Szyra, Szenwalda, Naszkowskiego, Wągrowskiego, Mietkowskiego, Werfla i Modzelewskiego (niektórzy zmienili nazwiska!)"
Wyjaśnię, że jest to zbiór przypadkowych nazwisk w większości komunistów - o różnym składzie etnicznym, bo Żydów, Polaków żydowskiego pochodzenia oraz rodowitych Polaków i o zupełnie różnym stopniu uwikłania w zbrodnie reżymu komunistycznego. Dla przykładu Lucjan Szenwald był komunistycznym poetą, który zginął w czasie walk nad Wisłą w 1944 roku jako piewca armii gen. Berlinga, do której zgłosił się jako ochotnik. W swoim czasie De-Ha, zbulwersowany jakąś żydowską wypowiedzią, również sypnął garścią nazwisk domniemanych Żydów, uwikłanych w zbrodnie bolszewickie. Podobnie jak i teraz był to przypadkowy zestaw nazwisk, wśród których było wiele nazwisk ludzi dalekich od bolszewizmu oraz nie mających żydowskich przodków, jak znana działaczka rosyjska z przełomu XIX i XX wieku Wiera Zasulicz - rodowita Rosjanka i przeciwniczka ideowa bolszewizmu. De-Ha demonstruje tu słuszność angielskiego powiedzenia, że too little learning is the most dangerous thing (zbyt mało nauki jest niezmiernie niebezpieczną rzeczą).
Poruszony wypisywanymi przez De-Ha głupstwami i w trosce o autorytet gazety, w której sam pisuję, zapytałem pana Piotra Jakuckiego, kto się kryje pod tym pseudonimem. Zgodnie z ewangeliczną nauką, chciałem na osobności zwrócić uwagę autorowi na jego historyczne błędy. Pan Piotr nie chciał ujawnić autora tych głupot, więc nolens volens jemu wytłumaczyłem nieuctwo De-Ha w omawianym przez niego przedmiocie. Podejrzewam, że tej krytyce zawdzięczam obecność mego nazwiska w powyższym zestawie. Gdyby De-Ha podał imię owego Zambrowskiego, wiedziałbym, czy chodzi o mnie, czy też o mego ojca - istotnie działacza komunistycznego z różnych epok PRL. Wyznam przy sposobności, że byłbym wdzięczny jakiemuś historykowi komunizmu w Polsce za rzetelne opisanie prawdziwej roli Romana Zambrowskiego. W czasie kampanii marcowej 1968 roku oraz później wypisywano bowiem o nim tyle ewidentnych kłamstw w prasie komunistycznej i PAX-owskiej, że ujawnienie prawdy byłoby dobrodziejstwem nie tylko dla czytelników, ale i dla rodziny. Rzecz w tym, że prawica ma swoich własnych bohaterów, zaś SLD nie interesują komuniści, którzy zbuntowali się przeciwko komunistycznemu totalitaryzmowi.
Opowiadał mi kiedyś pułkownik Wincenty Heinrich, że w latach 1967-68 gen. W. Jaruzelski wraz z sowieckim politrukiem, gen. Urbanowiczem na polecenie Kremla usuwali wojska w ramach akcji przeciwko syjonistom autentycznych Żydów, Polaków żydowskiego pochodzenia, rodowitych Polaków ożenionych z Żydówkami lub Polkami tegoż pochodzenia, a przede wszystkim rodowitych Polaków o poglądach uznanych w Moskwie za nieprawomyślne. Coś podobnego kojarzy mi się w felietonie De-Ha.
Pisze on bowiem: "Warto przypomnieć, że wymienione osoby, będące na terenie ZSRR w czasie szalejącego u nas terroru niemieckiego, działały przeciw Polsce i to wbrew woli Stalina; naraziły się Stalinowi i miały być deportowane na Syberię. Ale po wstawiennictwie u generalissimusa pułkownika Berlinga zostały ocalone". Tak De-Ha pod pokrywka obrony prawdy historycznej głosi chwałę wielkiego dobroczyńcy Polaków Józefa Stalina oraz jego najmity, gen. Zygmunta Berlinga - dezertera z armii gen. Andersa. Są to wszystko bzdury wyssane z palca. Dalej De-Ha pisze: "W »podzięce« grupa ta »odwzajemniła« się Berlingowi nader gorzko, a na Polakach mściła się potem szczególnie perfidnie". Tu wyłażą spod przykrywki ośle uszy króla Midasa: De-Ha czerpie swą wiedzę z zakłamanych pamiętników gen. Berlinga, pisanych w nadziei na wsparcie ze strony zorganizowanej pod protektoratem Kremla grupy narodowo-komunistycznej "Grunwald". O wartości historycznej tych pamiętników świadczą wymownie słowa polsko-sowieckiego generała o Niemcach jako sprawcach mordu katyńskiego, podparte świadectwem jego protektora z NKWD, gen. Mierkułowa. Gen. Zygmunt Berling nie poznał się na podwójnej grze marszałka (wtedy jeszcze nie generalissimusa) Stalina, który przez Wandę Wasilewską sterował polskimi komunistami w Rosji, zaś przez NKWD podpuszczał na nich gen. Zygmunta Berlinga. Temu ostatniemu przyśniła się rola, która w przyszłości przypadła gen. Jaruzelskiemu, ale nie zdawał sobie sprawy, że Stalin bardziej zaufa Bierutowi i Gomułce. Wysłał nawet do niego z Lublina depeszę z donosem, oskarżając Gomułkę i Bieruta o trockizm, ale tamci byli silniejsi i usunęli go do sowieckiej akademii wojskowej, zaś na czele swego wojska postawili sowieckiego szpiega Michała Rolę-Żymierskiego.
Ideowe źródła swej nauki zdradza De-Ha w następnym zdaniu, gdy mówi o nieoszacowanej jeszcze liczbie krzywd Polaków "z ręki syjonistów". Jest to język zakłamanej propagandy PRL. Dziś w Polsce można śmiało mówić wprost, bez antysyjonistycznego kamuflażu, o żydowskich winach, zaś nasze państwo ma mimo to normalne stosunki z syjonistycznym państwem Izrael (Warto dodać, że w przeciwieństwie do PRL, w II Rzeczypospolitej polskie władze popierały ruch syjonistyczny w ewidentnym interesie obydwu narodów).
De-Ha swoje felietony kończy łacińskim słowem: Dixi! Mnie jako katolikowi kojarzy się to z łacińskim powiedzeniem: Dixi et animam meam salvavi (Rzekłem i zbawiłem swą duszę). De-Ha nie może atoli powiedzieć tego o sobie, gdyż zbyt wiele wypowiedział fałszywych świadectw o bliźnich. Korzystając z adwentu, mógłby wyspowiadać się z tego grzechu u zaprzyjaźnionego z redakcją i zarazem wykształconego w zakresie nauk społecznych ks. Stanisława Małkowskiego. Gorąco go do tego zachęcam. Jednocześnie zachęcam go w ramach pogłębionej nauki dziejów ojczystych do przeczytania świetnej książki Daniela Bargiełowskiego o gen. Berlingu pt. "Konterfekt zdrajcy".

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Mordercy narodu polskiego - Tadeusz M. Płużański Wysłane niedziela, 23, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Razem z wkraczającą na tereny Polski Armią Czerwoną powstawała sieć podległych obcemu mocarstwu urzędów bezpieczeństwa. Tak było również na Rzeszowszczyźnie. Dziś większość odpowiedzialnych za zbrodnie na polskich patriotach już nie żyje. Zdążyli umrzeć, zanim dosięgła ich karząca ręka sprawiedliwości. Ci, którzy żyją, na ogół pobierają wysokie emerytury, za lata utrwalania władzy ludowej dosłużyli się stopni oficerskich. Nielicznych - z różnym skutkiem - ściga Instytut Pamięci Narodowej. Cykl, który właśnie rozpoczynamy, ma przybliżyć sylwetki komunistycznych oprawców i oddać pamięć ofiarom tego strasznego systemu zniewolenia.

Najbardziej znanym ubekiem, działającym na tych terenach jest Stanisław Supruniuk, nieprzypadkowo zwany katem Rzeszowszczyzny. Po wojnie, jako szef UB w Nisku i Krośnie katował AK-owców i wydawał ich na pewną śmierć w ręce NKWD, którego był agentem. Z jego krwawą przeszłością nie poradziły sobie organa sprawiedliwości wolnej Polski. Sądy przez kilka lat przerzucały się sprawą, nie mogąc (czy raczej nie chcąc) osądzić ubola.

WZÓR PATRIOTYZMU

Zamiast tego Supruniuk został doceniony. W 1999 r. prezydent Kwaśniewski odznaczył go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Prezydent wszystkich Polaków, wręczając Supruniukowi (i innym odznaczonym) krzyż w Pałacu Namiestnikowskim, mówił: "Jesteście wzorem odwagi i patriotyzmu, przykładem dla młodego pokolenia". Postkomunistyczna "Trybuna" cytowała słowa głowy państwa: "Ojczyzna, Rzeczpospolita Polska, mówi Wam: dziękuję".
Po ujawnieniu skandalu Kancelaria Prezydenta RP napisała: "Przedłożony wniosek [Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych - spadkobiercy ZBoWiD-u; po 1989 r. Supruniuk odpowiadał w nim za "kontakty międzynarodowe" - TMP] przedstawiał zasługi położone w służbie państwu i społeczeństwu, które uzasadniały przyznanie orderu tej klasy. Możliwość odebrania orderu istnieje wtedy, jeżeli przyznający go został wprowadzony w błąd lub jeśli odznaczony popełnił czyn niegodny orderu lub odznaczenia. Przesądzić o tym może prawomocny wyrok sądu". Kwaśniewski w końcu zreflektował się i odebrał ubekowi krzyż.
Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. O Supruniuku zrobiło się głośno, a ofiary rozpoznały w nim swojego kata (na dźwięk jego nazwiska do dziś dostają białej gorączki). Do Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu wpłynął wniosek o ściganie Supruniuka za zbrodnie przeciwko Narodowi Polskiemu. Podobnie było ze śledczym Głównego Zarządu Informacji Mikołajem Kulikiem, którego sprawa wypłynęła na szersze wody po tym, jak oskarżył o kłamstwo historyka prof. Jerzego Poksińskiego. Proces Kulika nie zakończył się, gdyż ubol przeniósł się na tamten świat.

SWOJAK

Kim jest Stanisław Supruniuk? Gdy wybuchła wojna, miał skończone cztery klasy gimnazjum (później komunistyczni mocodawcy pomogli mu nadrobić braki). W latach 1942 - 1943 był nauczycielem w jednej ze szkół w ZSRS (czy wtedy zwerbowało go NKWD?).
Późniejszy okres jego działalności znamy z papierów ZBoWiD-u, który wymieniał "zasługi" Supruniuka:
1) przynależność do partyzantki sowieckiej (gen. Iwana Gregorowicza w okolicach Pińska), a potem Armii Ludowej (nazwane przez ZBoWiD "działalnością w ruchu oporu"), od lipca 1943 do sierpnia 1944,
2) służbę w LWP, październik 1944 - maj 1945,
3) walkę zbrojną o utrwalanie władzy ludowej, maj 1945 - kwiecień 1949.
Uściślając, kiedy zbliżał się radziecki front, oddział gen. Grygorowicza przeniósł się na Lubelszczyznę. Wyłoniono z niego trzy grupy: Leona Kasmana, do zadań specjalnych i oddział kadrowy, do którego przydzielono Supruniuka.
"Zasługi" te stały się podstawą do przyznania Supruniukowi (w 1976 r.) uprawnień kombatanckich. Podczas uroczystej dekoracji w Pałacu Prezydenckim ubol nie miał już jednak tych uprawnień (czyżby prezydenckie służby nie wiedziały o tym?). W 1993 r. odebrał je, rządzony wówczas przez antykomunistów, Urząd ds. Kombatantów (dwa lata później NSA odrzucił skargę ubeka). Gdy do władzy doszedł SLD, urząd zmienił swój stosunek do utrwalacza. W końcu to "swojak" ze ZboWiD-u... Supruniuk stał się stałym bywalcem urzędowych korytarzy, opowiadając wszem i wobec historie swoich heroicznych czynów. Celu częstych wizyt nie krył, a nawet się z nim obnosił - chciał owe uprawnienia kombatanckie odzyskać. Tego jednak nie udało mu się załatwić (czasem trudno obejść kwestie formalne; ustawa kombatancka nie przewiduje uprawnień dla utrwalaczy), ale uzyskał więcej - zrozumienie i wsparcie (w końcu swój swego kryje). Jeszcze częściej zaczął się pojawiać w urzędzie, kiedy rządy ponownie objął SLD z ministrem Janem Turskim na czele.

GORSZY OD HUMERA

O czym Supruniuk oficjalnie nie mówił? Ano o tym, że po wkroczeniu "wyzwolicielskiej" Armii Czerwonej należał do najbardziej gorliwych utrwalaczy władzy ludowej na Rzeszowszczyźnie. Z ramienia Sowietów organizował PUBP w Nisku i został jego szefem (potem przeniesiono go na to samo stanowisko do Krosna).
Swój krwawy plon rozpoczął już we wrześniu 1944 r., kiedy w ścisłej współpracy z NKWD aresztował kilkudziesięciu żołnierzy AK z oddziału Franciszka Przysiężniaka (ze względu na swój ojcowski stosunek do miejscowej ludności nazywanego "Ojcem Janem"). Następnie 70. z nich przekazał NKWD - zostali wywiezieni w głąb ZSRS.
Taki los spotkał m.in. Stefana Sęka. Po przesłuchaniach trafił do obozu w Burowiczi. Co piąty wywieziony tam Polak pozostał tam na zawsze. Sęk miał szczęście - wrócił schorowany po półtora roku.
To jedna z wielu "zasług w służbie państwu i społeczeństwu" Supruniuka, tyle tylko, że nie polskiemu, ale sowieckiemu. "Przyszłe pokolenia" na pewno docenią ten "wzór odwagi i patriotyzmu".
Na sumieniu (jeśli takie w ogóle ów utrwalacz posiada), Supruniuk ma również wielu innych "bandytów". Na jego rozkaz aresztowano żonę Przysiężniaka. Kobietę, która była w siódmym miesiącu ciąży, ubecy wywieźli do lasu i zamordowali strzałem w plecy.
29 października 1944 r. aresztował, skatował i też przekazał NKWD Tadeusza Sochę, uczestnika akcji "Burza", szefa Kedywu Armii Krajowej obwodu Nisko - Stalowa Wola. Sochę skazano następnie na osiem lat więzienia, ale dość niski (jak na ówczesne warunki) wyrok i tak nic nie znaczył, gdyż AK-owiec został zamordowany strzałem w tył głowy (razem z nim zginęło czterech członków komendy obwodu AK).
- Supruniuk nienawidził Polaków i Armii Krajowej. To bestia, szatan w ludzkiej skórze. Humer przy nim był aniołem - wspominał pułkownik Skarbmir Socha, brat Tadeusza Sochy, żołnierz AK, który w ubeckiej katowni w Nisku spędził po wojnie pół roku, a po "badaniach" Supruniuka dostał pourazowej padaczki, w III RP autor książki "Czerwona śmierć, czyli narodziny PRL-u" i oskarżyciel posiłkowy w procesie swojego oprawcy.
Tak więc Supruniuk nie tylko wydawał Sowietom ludzi walczących o wolną Polskę, ale przedtem "przygotowywał" ich osobiście do wyjazdu na białe niedźwiedzie. Jego ofiary pamiętają, że na przesłuchania potrafił wzywać... 50 razy dziennie. Bił pałkami, rzemieniami lub kolbą karabinu. Wzorem i za przyzwoleniem szefa to samo robili jego podwładni.
Na tym nie koniec. Supruniuk nie tylko katował złapanych przez siebie "bandytów", ale naciskał na Sąd Garnizonowy w Przemyślu, żeby wydawał surowsze wyroki (na tych, których nie udało mu się wysłać do Sowietów). Władzę posiadał niemal absolutną, był faktycznym panem życia i śmierci na Rzeszowszczyźnie. Nie byłoby to możliwe bez sowieckich "pleców".
W listopadzie 1944 r. Supruniuk podjął kolejną dużą akcję przeciw "bandom" - jego ludzie przeprowadzili pacyfikację Ulanowa i Prędzela, aresztując 171 AK-owców i sympatyków rządu RP w Londynie, którzy następnie zostali wywiezieni na Syberię.
Niepodległościowe podziemie w Nisku i Krośnie (niezależnie od siebie) wydało na Supruniuka wyrok śmierci. Podjęte próby zamachów - w ramach akcji o kryptonimie "Morderca" - nie powiodły się jednak (w jednym z nich ubol został ranny w rękę).

W SPÓŁDZIELNI "UCHO"

Na początku 1947 r. biuro personalne Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, w trosce o bezpieczeństwo Supruniuka, przeniosło go do Gdyni, na stanowisko zastępcy, a potem szefa miejscowej bezpieki. Tam dalej utrwalał władzę ludową, likwidując niepodległościowe organizacje, m.in. Ruch Oporu Armii Krajowej i Polską Armię Podziemną. To kolejne jego "zasługi położone w służbie państwu i społeczeństwu", za które "Ojczyzna mówi: dziękuję".
W latach 50., w uznaniu zasług, został skierowany do Centralnej Szkoły Partyjnej im. Marchlewskiego, którą ukończył w 1954 r. Otworzyło mu to drogę do dalszej kariery, tym razem w komunistycznej dyplomacji. Po rocznej pracy w MSZ Supruniuk wyjechał na zagraniczne placówki. W latach 1955-58 i 1973-75 był kierownikiem wydziału konsularnego ambasady PRL w Berlinie, a w latach 1965-70 na tym samym, strategicznym stanowisku "spółdzielni »ucho«" w Pradze. W drugiej połowie lat 70. wrócił do Berlina, by zostać tam pierwszym sekretarzem Misji Wojskowej PRL. Awansował do stopnia pułkownika.

KALISZ OBSERWUJE

W czerwcu 2000 r. Prokuratura Okręgowa w Tarnobrzegu skierowała akt oskarżenia przeciwko Supruniukowi do Sądu Rejonowego w Nisku. Zebrane akta liczyły ponad tysiąc stron. Wydawało się, że przy tak ogromnej dokumentacji nie będzie kłopotów z pociągnięciem do odpowiedzialności ubeka. Sprawa jednak praktycznie stanęła w miejscu, kiedy prezydent Kwaśniewski przydzielił do jej "obserwacji" swojego prawnika Ryszarda Kalisza. Niski sędzia nie musiał tracić cennego czasu na studiowanie zgromadzonego materiału dowodowego również z innego powodu. Niespodziewanie został wyręczony przez Sąd Najwyższy, który przekazał sprawę do rozpoznania Sądowi Rejonowemu dla Warszawy Śródmieście. Uzasadnienie brzmiało: "z uwagi na dobro wymiaru sprawiedliwości". To "dobro" pomogłoby może w przesłuchaniu oskarżonego, który mieszka w Warszawie (ekskluzywny ubecki blok przy ul. Koszykowej), ale już na pewno nie jego ofiar, mieszkających w Nisku, Krośnie, Rudniku i Łodzi. Zabieg był jednak przemyślany. W rzeczonym sądzie rejonowym (Wydział V) na rozpoznanie czekało wówczas kilka tysięcy spraw. Supruniuk mógł spać spokojnie. Na wszelki wypadek przedłożył jednak papiery, mówiące m.in. o nadciśnieniu tętniczym i zaawansowanej chorobie wieńcowej. Biegły sądowy orzekł, że może on uczestniczyć w rozprawach zaledwie trzy godziny w tygodniu, a po każdej godzinie należy zarządzić 10-minutową przerwę. W każdej chwili proces mógł zostać przerwany, jeśli tylko oskarżony poczułby się gorzej. Zdrowiem jego ofiar, a dziś świadków oskarżenia, oczywiście nikt się nie zainteresował. Choroba nie przeszkodziła Supruniukowi przychodzić do wspomnianej już ochronki - Urzędu ds. Kombatantów, wówczas, gdy rządzili nim postkomuniści.
Szanse osądzenia emerytowanego pułkownika bezpieki odżyły, gdy śledztwo przejął rzeszowski oddział Instytutu Pamięci Narodowej. Akt oskarżenia przeciwko Supruniukowi trafił do Sądu Rejonowego dla Miasta Stołecznego Warszawy. Załączono do niego siedemnaście tomów akt, które - zdaniem prokuratora - nie pozostawiały cienia wątpliwości co do winy ubeka. Zarzucono mu popełnienie 80 zbrodni komunistycznych. Wszystkie dotyczyły znęcania się nad aresztowanymi członkami niepodległościowego podziemia. Za popełnione przestępstwa kara była względnie surowa - do 10 lat więzienia. W październiku 2004 r. media informowały, że wkrótce rozpocznie się proces kata Rzeszowszczyzny. Do dziś jednak sprawy nie udało się zakończyć.

RZESZÓW STARA SIĘ ROZLICZAĆ

Rzeszowski IPN ściga też innych stalinowskich funkcjonariuszy - śledczych Floriana M. i Józefa S. Obaj pracowali w miejscowym Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego i znęcali się fizycznie i psychicznie nad członkami organizacji niepodległościowych. W celu wydobycia "prawdziwych" zeznań obaj bili więźniów gdzie i czym popadło (pałkami, kablami, kolbami karabinu, zamykali w karcerze itd.). W sprawie obu oskarżonych sporządzono akt oskarżenia i skierowano go do Sądu Rejonowego w Rzeszowie.
Prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Rzeszowie zarzucił Florianowi M. popełnienie ośmiu zbrodni komunistycznych. W okresie od 28 kwietnia 1946 r. do 15 maja 1950 r. katował on osadzonych w areszcie WUBP w Rzeszowie i PUBP w Łańcucie żołnierzy AK, działaczy WiN, PSL i Młodzieżowej Organizacji Niepodległościowej "Demokratyczna Armia Krajowa". Używając niebezpiecznych narzędzi, w tym m.in. linek powleczonych gumą, gumowych pałek, skórzanych pasów z metalowymi sprzączkami, pejcza, a także kolby karabinu, zadawał ciosy w różne części ciała. Pobitych umieszczał w małej, ciemnej, zimnej i niskiej celi, w której nie mogli stać ani się położyć. Jednemu z przesłuchiwanych - Janowi S. - złamał kilka żeber. Podczas przesłuchań zmuszał też zatrzymanych do skakania tzw. żabek, robienia przysiadów, wielogodzinnego stania z podniesionymi rękami, do siedzenia na nóżce od taboretu, a także porażał ich prądem. Florian M. nie przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów, które są zagrożone karą pozbawienia wolności do lat pięciu.
Dziewiętnaście zbrodni komunistycznych zarzucił prokurator rzeszowskiego oddziału IPN drugiemu z rzeszowskich ubeków - Józefowi S. W latach 1946-48 znęcał się on psychicznie i fizycznie nad 20 członkami organizacji niepodległościowych. Bijąc i kopiąc przetrzymywanych posługiwał się kablami, drewnianymi i gumowymi pałkami oraz kolbą karabinu. Prokurator zarzucił także oskarżonemu pozbawianie więźniów jedzenia i picia, umieszczanie ich po kilka dni w porze zimowej nago w karcerze, a także znieważanie wulgarnymi i obraźliwymi słowami. Trzykrotnie przesłuchany w sprawie oskarżony też do niczego się nie przyznał. Podobnie jak w przypadku Floriana M. prawo przewiduje za takie czyny do pięciu lat więzienia.
Z kolei do Sądu Rejonowego w Jarosławiu rzeszowski IPN skierował akt oskarżenia przeciwko Stanisławowi W., byłemu funkcjonariuszowi Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w tym mieście. Ten też nie słynął z delikatności. Zarzuty dotyczą popełnienia w dniach 5 i 6 września 1950 r. w miejscowościach Chłopice i Jarosław zbrodni komunistycznej polegającej na znęcaniu się fizycznym i psychicznym nad działaczem ruchu ludowego Stanisławem S. Według ustaleń śledztwa, oskarżony chcąc zmusić pokrzywdzonego do podpisania przez niego "Apelu Pokoju", a także zobowiązania do współpracy z organami bezpieczeństwa publicznego, w trakcie wielogodzinnych przesłuchań wielokrotnie uderzał go pięściami i pałką w różne części ciała, a także kopał go nogami po całym ciele. Stanisław W. - wzorem kolegów - również nie przyznał się do winy. Sprawy tych trzech zwyrodnialców nie mogą jednak znaleźć sądowego finału.

KOTLETY, KIEŁBACHY I CZEKOLADY

Jeszcze gorzej wygląda sprawa z Ryszardem Młynarskim. Ojcem polskiej uniokomisarki Danuty Hübner nawet nie zainteresowały się organa ścigania wolnej Polski. Jego zdjęcia można natomiast oglądać na wystawach. Nie jest to jednak ani Muzeum Powstania Warszawskiego, ani inne miejsce, ukazujące bohaterów niepodległościowej walki. Fotografie Ryszarda Młynarskiego wiszą natomiast wśród wizerunków innych ubeckich oprawców.
W oficjalnych życiorysach pani komisarz znajdziemy informacje o błyskotliwej karierze naukowej (stypendystka Fulbrighta, profesorka ekonomii SGH, wykładowczyni wielu zachodnich uczelni), publicznej (po 1989 r. m.in. wiceministerka przemysłu i handlu, szefowa UKIE, wysoka urzędniczka ONZ i Unii Europejskiej) i wielu prestiżowych nagrodach (np. "Europejski Mąż Stanu 2003" - według brukselskiego tygodnika "European Voice"). Nie przeczytamy natomiast ani słowa o przodkach Danuty Hübner. A jest to jedna z historii dzieci, wychowanych w komunistycznych rodzinach, które robiły kariery w PRL-u, a potem po 1989 r.
Z bardziej nieprzyjemnych rzeczy w biogramach Danuty Hübner jest mowa tylko o kilkunastoletnim członkostwie w PZPR, z której wystąpiła w 1987 r., gdyż - jak sama tłumaczyła - "do żadnej partii nigdy się nie nadawała" i "miała dość fikcji". Z wypowiedzi pani komisarz można odnieść wrażenie, że jest wyłącznie bezpartyjną fachówką. Tylko dlaczego, w latach 1997 - 1998, pełniła funkcję szefowej kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego? Polityczne wybory Danuty Hübner nie są jednak przypadkowe, jeśli bliżej przyjrzymy się przeszłości jej ojca, a także dziadka. Ciekawe zresztą, czy dziś - tłumacząc się ze swojego zaangażowania w komunizm (dodać trzeba, że dużo większego, niż Danuta Hübner - w końcu budowali w Polsce podstawy nowej władzy) - też mówiliby, że brali udział w "fikcji"?
W "Wysokich Obcasach", dodatku do "Gazety Wyborczej" z 8 czerwca 2002 r., Danuta Hübner wspomniała o patriotycznej tradycji swojej rodziny, o ojcu, który był członkiem Armii Krajowej. Obok dodała, że w dzieciństwie "jadła podobno same kotlety i kiełbachy bez chleba, doprawiając je czekoladami". Tylko czy AK-owskim rodzinom tak dobrze powodziło się w powojennej Polsce?
Gwoli ścisłości - ojciec Danuty Hübner - Ryszard Młynarski - faktycznie należał do AK i nosił pseudonim "Aleksander", ale w jego życiu fakt ten był jedynie krótkim, kilkumiesięcznym (od października 1943 r. do maja 1944 r.) epizodem. Potem - jako członek Stronnictwa Ludowego - przez moment był związany z Batalionami Chłopskimi, by ostatecznie przejść na stronę jedynych słusznych przedstawicieli "ludowej" władzy. Poszedł zatem w ślady Józefa Młynarskiego - swojego ojca, a dziadka Danuty Hübner.

RODZINNA TRADYCJA

Rodzina Młynarskich pochodzi z okolic Niska - powiatowego miasteczka na Podkarpaciu, położonego nad Sanem. Tu, 8 kwietnia 1948 r., przyszła na świat Danuta Młynarska. Jej dziadek od dwóch lat już nie żył. Przyznać trzeba, że Józef Młynarski (rocznik 1897), przed większość swojego życia nie miał ciągotek komunistycznych, a przynajmniej historii nic o tym nie wiadomo. W latach 1917 - 1920 służył jako ochotnik w Wojsku Polskim, by w II Rzeczypospolitej zatrudnić się w policji - pracował m.in. w Wydziale Śledczym w Równem i w Kowlu. Ten kancelista z zawodu (edukację zakończył na IV klasie gimnazjum) do komunistów przystał 1 października 1944 r., wstępując do bezpieki, a konkretnie do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nisku. Szybko awansował. Już półtora miesiąca później był kierownikiem tamtejszej Sekcji Śledczej.
Przełożonym Józefa Młynarskiego w niżańskiej bezpiece był nie kto inny jak wspomniany już kat Polaków - Stanisław Supruniuk.
- Młynarski odznaczał się, obok Supruniuka, największym okrucieństwem - mówi AK-owiec Skarbimir Socha. - Nade mną znęcał się Supruniuk, ale moich kolegów brał w obroty Młynarski. Zapamiętali go jak najgorzej.
Błyskotliwą karierę Józefa Młynarskiego w niżańskim UB przerwała śmierć 5 marca 1946 r. Jego bestialstwo nigdy - rzecz jasna - nie zostało rozliczone. Jednak przykład dyspozycyjnego i okrutnego ubeka nie poszedł na marne - rodzinną tradycję kontynuował syn.

Z NISKA DO GENEWY

Ryszard Młynarski (rocznik 1923 r.), po ukończeniu gimnazjum w Kowlu, w czasie wojny - od 1940 do 1943 r. - pracował w tartaku w Zarzeczu, a następnie w Zarządzie Drogowym w Nisku. We wrześniu 1944 r. - po wcześniejszych epizodach w AK i BCh - wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Z jej ramienia organizował posterunek MO w Pysznicy koło Niska. Następnie, przez prawie rok - od listopada 1944 r. służył w LWP. W lipcu 1945 r. Ryszard Młynarski trafił pod skrzydła ojca, zatrudniając się jako "oficer" śledczy PUBP w Nisku. W lipcu 1946 r., czyli już po śmierci Józefa Młynarskiego, przejął obowiązki szefa niżańskiego UB, zastępując przeniesionego do PUBP w Krośnie Stanisława Supruniuka. Po latach jego córka - Danuta Młynarska-Hübner została honorową obywatelką miasta Nisko. To właśnie wówczas, kiedy była szefową kancelarii Aleksandra Kwaśniewskiego, prezydenccy urzędnicy przygotowywali wniosek o przyznanie Supruniukowi Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski. Niewiele brakowało, aby dawnego przełożonego swojego dziadka i ojca spotkała podczas uroczystości odznaczenia w Pałacu Prezydenckim w czerwcu 1999 r. Wtedy pracowała już jednak w biurze ONZ w Genewie.
Po rocznym kierowaniu PUBP w Nisku, w październiku 1947 r. Ryszard Młynarski został przeniesiony do PUBP w niedalekim Jarosławiu, też na stanowisko "oficera" śledczego. Z niewiadomych powodów nie dostał jednak awansu i - w maju 1948 r. - zrezygnował ze "służby". Dwa miesiące wcześniej urodziła się córka Danuta. Być może ten właśnie fakt - a nie względy ambicjonalne, jak utrzymują niektórzy - był powodem jego odejścia z bezpieki? Tak, czy inaczej rodzina przeniosła się do Warszawy - Ryszard Młynarski do dziś mieszka na Służewcu. IPN nie miałby zatem problemu z ustaleniem adresu byłego ubeka, przesłuchaniem go i postawieniem zarzutów.

NAJWIĘCEJ ARESZTOWANYCH

W III RP Ryszardem Młynarskim, ze względu na jego powojenne "zasługi", interesował się już wymiar sprawiedliwości. W kwietniu 2000 r. Prokuratura Okręgowa w Tarnobrzegu wystąpiła do MSWiA o udostępnienie jego akt osobowych, tak jak czterech innych funkcjonariuszy niżańskiego PUBP. Dwa miesiące później Ministerstwo zgodziło się przekazać dokumenty. Przygotowywany akt oskarżenia był związany ze wspomnianym już śledztwem w sprawie Stanisława Supruniuka. O pozostałych ubekach Temida jakoś zapomniała. Podobno nie połączono ich spraw ze sprawą Supruniuka ze względu na... brak czasu.
Nazwisko Młynarskiego pojawia się m.in. w książce Zbigniewa Nawrockiego "Zamiast wolności. UB na Rzeszowszczyźnie 1944 - 1949", Rzeszów 1998. Autor przytacza sprawozdanie z działalności PUBP w Nisku za pierwsze miesiące 1947 r., czyli bezpośrednio po sfałszowanych przez komunistów wyborach do Sejmu. P.o. szefa niżańskiego UB, czyli właśnie Ryszard Młynarski, meldował do Rzeszowa: "Likwidacja PSL nastąpiła na skutek akcji tut. Urzędu, jaka trwała od m-ca listopada 1946 r. 75 proc. byłych członków PSL przeszło do SL".
W książce znajdujemy też ponurą statystykę działalności PUBP w Nisku: w 1944 r. aresztowano w tym powiecie 93 osoby, w 1945 r. - 185 osób, w 1946 r. - 200, w 1947 r. - 131, a w 1948 r. - 147 osób. Jak widać, najwięcej aresztowanych przypada na rok 1946, kiedy tamtejszym UB kierował Ryszard Młynarski.

BEZKARNOŚĆ UBEKÓW

Skarbimir Socha, ofiara ubeków z Niska, przez lata domagał się osądzenia swoich oprawców. Prócz Stanisława Supruniuka, IPN oskarżył innego "oficera" śledczego niżańskiego PUBP - Edwarda P., kierując sprawę do Sądu Rejonowego w Nisku. Zarzucono mu, że w latach 1949 - 1950 w Nisku dopuścił się ośmiu zbrodni komunistycznych. Czyny te polegały na fizycznym i psychicznym znęcaniu się nad członkami niepodległościowych organizacji: Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i Młodzieżowej Organizacji Niepodległościowej "Orlęta". W toku śledztwa ustalono, że Edward P., chcąc zmusić aresztowanych do składania obciążających wyjaśnień, wielokrotnie zadawał im ciosy pięściami oraz kopał w różne części ciała. W czasie wielogodzinnych przesłuchań (głównie w nocy) znieważał ich wulgarnymi i obraźliwymi słowami oraz uderzał drewnianą pałką, taboretem, a ponadto topił w beczce napełnionej wodą do momentu utraty przez nich przytomności. Umieszczał ich również na wiele dni w nieoświetlonej i nieogrzewanej celi, pozbawionej miejsca do spania, głodził ich, a także zmuszał do wykonywania tzw. żabek oraz miażdżył palce nóg podkutymi butami. Oskarżony Edward P. - oczywiście - wszystkiemu zaprzeczył.
Zarzut popełnienia (bagatela!) kilkudziesięciu zbrodni komunistycznych ze szczególnym okrucieństwem otrzymał jeszcze jeden ubek - Ignacy P., były funkcjonariusz Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie i Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łańcucie. Akt oskarżenia w jego sprawie trafił do Sądu Rejonowego w Rzeszowie.
Prokurator rzeszowskiego IPN zarzucił mu, że od września 1946 r. do maja 1951 r. podczas przesłuchań, po uprzednim skrępowaniu rąk kajdankami, wielokrotnie bił swoje ofiary, uderzając w różne części ciała drewnianą pałką, rózgą, metalowym prętem, rękojeścią pistoletu, gumowym wężem, a także raził je prądem elektrycznym oraz zmuszał do długotrwałego siedzenia na nodze odwróconego stołka. Dochodziły do tego słowne zniewagi.
Wśród pokrzywdzonych przez Ignacego P. są członkowie Armii Krajowej, Zrzeszenia WiN oraz Młodzieżowej Organizacji Niepodległościowej "Orlęta". Ten ubek też utrzymuje dziś, że jest niewinny jak baranek.
Za popełnienie zbrodni komunistycznych powinni odpowiadać również inni kaci Polaków - wśród nich Stanisław Supruniuk i Ryszard Młynarski. Najwyższy czas, aby - po latach zaniedbań - zostali skazani prawomocnymi wyrokami sądu niepodległej Polski.

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Nie wolno honorować terrorystów, atakujących naród poddany zniewoleniu przez zwierzchników bandytów, gdyby działo się to w innym kraju, to zakończyło by się karą śmierci - Łukasz Perzyna o rocznicy Grudniów 1970 i 1981 Wysłane sobota, 22, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |









Nie wolno honorować terrorystów, atakujących naród poddany zniewoleniu przez zwierzchników bandytów, gdyby działo się to w innym kraju, to zakończyło by się karą śmierci - Łukasz Perzyna o rocznicy Grudniów 1970 i 1981 Wysłane sobota, 22, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"Znane powiedzenie mówi, że my, Polacy najlepiej potrafimy obchodzić rocznice i przepisy. Pewnie nawet nie wypadało by odnosić takiej dykteryjki do rzeczy tak poważnej rocznicy Grudnia 1970, ale i Grudnia 1981, gdyby nie politycy, politycy z obozu posierpniowego, obozu »Solidarności«, postarali się, by ta rocznica nie była zbyt poważna, by nie była obchodzona w takim klimacie, na jaki zasługuje, który np. Francuzów zwykł skupiać 14 lipca pod Łukiem Triumfalnym, który Amerykanów ogarnia w dniu 4 lipca z własnej i nieprzymuszonej woli, także i tych, którzy nie pracują w administracji państwowej, która nie jest tak rozbudowana jak polska, gromadzi ich w tym w dniu w różnych rodzaju pochodach i festynach, choć nikt ich doprawdy do tego nie zmusza, jak kiedyś - Polaków na 1 maja czy 22 lipca. W tym roku, trzeba przyznać - na szczęście - nie słyszeliśmy głosów tzw. generałów, chociaż żyje i ma się dobrze »generał LWP« Jaruzelski, »gen. MO« Kiszczak i »gen. LWP« Tadeusz Tuczapski, a więc ci główni reżyserzy stanu wojennego, również Mieczysław F. Rakowski czy Jerzy Urban - czyli główni ideologowie ówczesnej władzy, którzy dawali ideologiczną wykładnię stanu wojennego. Jeden ma wysoko nakładowy tygodnik brukowy, drugi jest zapraszany jako publicysta na łamy wielu czasopism i komentuje bieżącą działalność polityków, ba!, w wielu momentach kryzysowych dla LiD-u nie zawahali się udzielać rad temu ugrupowaniu w nowej, demokratycznej rzeczywistości, mimo tego, że przed laty robili wszystko, by do tej demokratycznej rzeczywistości i demokracji - nie dopuścić. Tym razem generałowie nie byli potrzebni, bo wszystko załatwiły wewnętrzne spory w obozie posierpniowym, postsolidarnościowym" - Łukasz Perzyna, komentator "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia z minionego tygodnia, w którym tak wiele ponoć mówiono o barbarzyństwie stanu wojennego.

Najpierw prezydent RP Lech Kaczyński, przy okazji obchodów Grudnia 1970 podkreśla, że nie ukarano sprawców maskary na Wybrzeżu, bo nowa władza dogadała się zaraz po roku 1990 z władzą "ancient regime'u". Zaraz Mu replikuje Lech Wałęsa, zweryfikowany negatywnie przez polskie społeczeństwo na poziomie 1% w wyborach 1995 roku - wchodząc w rolę mędrca, co najciekawsze, w tej roli "mędrca" wybrany w najnowszym czasie przez biurokrację brukselską - wchodzi w tę rolę "mędrca", co byłoby może i śmieszne, gdyby nie wymiar tragedii grudniowej. A tu trzeba wreszcie policzyć uczciwie ofiary komunistycznego reżimu. Może w tym dziele pomóc telewizja publiczna, która grzmi o swojej "misji publicznej", co powinno polegać m.in. na popularyzowaniu historii polskiego społeczeństwa. Jak na razie wszystkie policzenia polegają na społecznym dziele min. Ośrodka "KARTA", które być może ma zastąpić działania ośrodków państwowych. W tym czasie medialnym - przedgrudniowej rocznicy - Telewizja Polska TVP serwuje Teatr Telewizji o morderstwie sierżanta MO Karosa, przeprowadzonego przez nastolatków w całkiem zadziwiających okolicznościach - mimo odżegnywania się przez ruch "Solidarności" od walki zbrojnej... A przecież odpowiedź na proste pytanie; "z czego słynęła »Solidarność« w świecie i za co była podziwiana triada triada: »Solidarność« - Jan Paweł II - Lech Wałęsa" - przynosi wykład o niezbrojnym dziele zwycięstwa pewnego społeczeństwa nad komunizmem - przypomina publicysta Łukasz Perzyna.

Wciąż czekają prawdziwi bohaterowie ruchu antykomunistycznego, wciąż czekają rodziny ofiar bandytów komunazistycznych, wciąż czekamy po prostu na prawdę historyczną...

Nagranie trwa prawie 17 minut, jest dostępne w Sieci do 2 I 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Ciekawe życie Bułata Okudżawy - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 19, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

W Związku Sowieckim istniał - jak wiadomo - system monopartyjny i młodzież należała do jednej organizacji - do Komsomołu. Natomiast zwolennicy piosenki zaangażowanej dzielili się w latach 60. na dwie frakcje: na zwolenników Władimira Wysockiego oraz na zwolenników Bułata Okudżawy. W Rosji przeważali ci pierwsi, natomiast w Polsce od samego początku przeważali fani Okudżawy. Nie stanowiłem pod tym względem wyjątku. Mój kult Okudżawy był o tyle głębszy, że dobrze znałem rosyjski i nie potrzebowałem do słuchania jego piosenek ani czytania jego wierszy pośrednictwa naszych tłumaczy, skądinąd znakomitych.

Pamiętam swoje zdumienie, gdy wizytując na wiosnę 1963 roku Tbilisi w rozmowach z podejmującymi mnie gruzińskimi znajomymi stwierdziłem, że nie podzielają oni moich zachwytów nad swoim sławnym krajanem. Różnili się tym od moich rosyjskich kolegów, których spotkałem w owym czasie w Moskwie. Ci podzielali moje zachwyty. Natomiast moi świeżo upieczeni przyjaciele w Tbilisi z wyjątkową gruzińską gościnnością przekazywali mnie z rąk do rąk niczym pałeczkę sztafetową tak, że każdego wieczoru byłem zapraszany na wystawne przyjęcie do coraz to nowych ludzi. Było w tym wiele fascynacji Polską, która w październiku 1956 roku odniosła spektakularne zwycięstwo nad Kremlem, na które nie stać było Gruzinów. Natomiast nie podzielali mych zachwytów nad Okudżawą, traktując go z dystansem jako Moskala.
Bułat istotnie urodził się w Moskwie i był patriotą swej "małej ojczyzny" (tego co Niemcy nazywają Heimat), czyli moskiewskiej ulicy w śródmieściu o tatarskiej nazwie Arbat. Mimo urzędowego zapisu w dowodzie osobistym o narodowości gruzińskiej, nie miał zbyt głębokich więzi kulturowych z ojczyzną swoich rodziców. Wychowany był w kulturze rosyjskiej i nie znał gruzińskiego. Być może zawiniła w tym okoliczność, że jego ojciec Szałwa Okudziawa (tak bowiem Gruzini wymawiają to nazwisko) został ofiarą stalinowskiej czystki i Bułat jako nastolatek wyrastał w środowisku rosyjskim.
Ostatnio FSB ujawniło archiwalne dokumenty NKWD o aresztowaniu jego rodziców w roku 1937. Stwarza to sposobność do przypomnienia ich dramatycznych losów. Szałwa Okudziawa był wybitnym komunistą gruzińskim. Podczas wojny domowej w Rosji władzę w Gruzji objęli niepodległościowi socjaliści z Nojem Żordanija na czele. Podobnie jak Polska niepodległa, mieli oni orientację prozachodnią. W 1921 roku rosyjska Armia Czerwona wtargnęła do Gruzji, przepędziła legalny rząd, który udał się na emigrację do Francji, i przekazała władzę gruzińskim komunistom (Gruzja była zbyt małym krajem, by mogła stawić zbrojny opór bolszewikom na wzór Polski). Gdy Stalin chciał w 1922 roku zorganizować Związek Sowiecki, część gruzińskich komunistów z Budu Mdiwanim na czele broniła niepodległości sowieckiej Gruzji. Wówczas Stalin doprowadził do połączenia sowieckich republik Zakaukazia - Azerbejdżanu, Armenii, Gruzji i Abchazji w Federację Zakaukaską. Szałwa Okudziawa jako internacjonalista poparł plany Stalina i temu zawdzięczał dalszą karierę partyjną najpierw w Gruzji, a później w Rosji. Encyklopedia "Gazety Wyborczej" podaje (tom 12.), iż Bułat Okudżawa urodził się 9 maja 1924 roku w Moskwie. Świadczy to, że jego ojciec co najmniej w roku 1924 został przeniesiony na stanowisko partyjne w centrali. Z ujawnionych przez FSB akt sprawy dowiadujemy się, że w roku 1931 rodzina Bułata przeniosła się na Ural w związku z mianowaniem tow. Okudziawy partorgiem, czyli etatowym sekretarzem partyjnym WKP(b) na budujących się wielkich zakładach produkcji wagonów kolejowych w mieście Niżnij Tagił. W roku 1935 Okudziawa awansował na I sekretarza Komitetu Miejskiego WKP(b) w tymże mieście, natomiast jego partyjna żona Aszchen Nabałdian została etatową sekretarzycą jednego z komitetów dzielnicowych WKP(b) (Dla polskiego czytelnika warto wyjaśnić, że Aszchen Nabaldian - to typowe ormiańskie imię i nazwisko. Bułat pochodził zatem z mieszanego gruzińsko-ormiańskiego stadła, zaś narodowość podawał według narodowości ojca).
18 lutego 1937 roku podczas krwawej czystki stalinowskiej Szałwa Okudziawa został aresztowany przez NKWD. Podczas przeszukania mieszkania zarekwirowano rewolwer gospodarza mieszkania, jego korespondencję oraz dwa tomy wierszy Siergieja Jesienina - zmarłego tragicznie w 1925 roku poety, źle widzianego przez władze na owym etapie rozwoju socjalizmu. Wcześniej zostali aresztowani wszyscy dalsi jego krewni. Okudziawę przewieziono do stolicy obwodu - Swierdłowska, gdzie przesłuchano po raz pierwszy 2 marca 1937 roku. Zarzucono mu udział w trockistowskiej organizacji terrorystycznej, co było wtedy standardem śledczym. Stawiano mu zarzuty zupełnie w duchu socjalistycznego surrealizmu: o przygotowywanie zamachu na Siergieja Kirowa w 1934 roku oraz próbę zamachu na narkoma (ministra) Sergo Ordzionikidze. Szałwa Okudziawa mimo okrutnych tortur do niczego się nie chciał przyznać, mimo to został skazany 4 sierpnia 1937 roku zaocznie w myśl stalinowskiej procedury pozasądowej na karę śmierci. Wyrok wykonano tego samego dnia.
Jego wdowa Aszchen Nabałdian została aresztowana przez NKWD w roku 1939 i wysłana do łagru w okolice Karagandy w Kazachstanie. Po upływie 10 lat już po wojnie została ona zesłana na Sybir do Krasnojarskiego Kraju. W roku 1954 po śmierci Stalina odzyskała ona wolność.
Jej dwaj synowie: Bułat oraz Wiktor po utracie rodziców chowali się u ciotki w Tbilisi, przekonani, że rodzice zostali wysłani w tajnej misji zagranicę. Gdy wybuchła wojna, Bułat zgłosił się na ochotnika na front. Swe doświadczenia frontowe młodego i naiwnego idealisty opisał w głośnej powieści "Bud’ zdorow, szkolar", co się tłumaczy "Bądź zdrów, żaku" (wydanej w 1961 r.), lecz ukazało się w polskim tłumaczeniu pod tytułem "Jeszcze pożyjesz". Polska TVP nadała na początku lat 60. inscenizację tej powieści i wtedy po raz pierwszy usłyszałem wraz z innymi polskimi telewidzami nagrania jego piosenek, poświęconych wojnie.
Spotkanie z uwolnioną z zesłania matką opisał on w jednym ze swych opowiadań. Było to w Tbilisi w 1954 roku i Bułat znakomicie opisał w nim zderzenie dwóch obcych sobie światów - świata zwyczajnego sowieckiego chłopaka, w dodatku rosyjskojęzycznego w gruzińskim Tbilisi oraz zupełnie obcego mu świata jego gruzińskiego sublokatora oraz jego ormiańskiej, ale władającej swobodnie gruzińskim, matki. Matka oraz sublokator wrócili z łagru i ci obcy sobie ludzie lepiej rozumieli się ze sobą, niż on i jego własna matka. Wkrótce matka otrzymała prawo zamieszkania w Moskwie. Te przykre doświadczenia nie przeszkodziły Bułatowi w wstąpieniu w 1955 roku w szeregi KPZR. Opuścił szeregi partyjne dopiero w ślad za Borysem Jelcynem podczas jego politycznego konfliktu z Michaiłem Gorbaczowem. Mimo to uchodził za pieśniarza opozycyjnego i tak był traktowany przez władze.
Bułat Okudżawa wielokrotnie bywał w Polsce i poświęcił jej kilka swoich piosenek (m.in. poświęconą Agnieszce Osieckiej). Podczas jego pobytu w lecie 1967 roku poznałem go na przyjęciu ku jego czci, wyprawionym przez zwolnionego właśnie z więzienia Jacka Kuronia. Całe towarzystwo zajadało się agrestem, przywiezionym przez moją ślubną żonę z ogródka swoich rodziców w Żyrardowie. Bułat żartował wtedy, że agrest - to rosyjskie winogrona. Sprawił mi wówczas zawód, gdyż nie chciał zaśpiewać. Zamiast niego jego piosenki śpiewali chórem wychowankowie Jacka Kuronia Po wydarzeniach marcowych, gdy uczestnicy tego spotkania powędrowali do więzienia mokotowskiego, miał Bułat przejściowe, na szczęście, kłopoty z KGB.
Później wielokrotnie bywał w Polsce, szczególnie po odzyskaniu przez nas niepodległości. Zmarł w Paryżu 12 czerwca 1997 roku. Trzy lata wcześniej na Uralu miał możliwość zapoznania się z aktami sprawy swego ojca. Wtedy też odwiedził Niżnij Tagił, gdzie mieszkał za młodu z rodzicami. Jego żona opowiadała, że był tam przez trzy dni i cały ten czas nie był w stanie powstrzymać łez.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


O alternatywach - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 18, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Od pewnego czasu intryguje mnie ewolucja sposobu pojmowania demokracji przez zwolenników tego sposobu wyłaniania rządów i sprawowania władzy. Zgodnie z tym co już dawno przepowiadali rzeczywiście profetyczni myśliciele i politycy, demokratyczne państwa prawa coraz bardziej zmierzają w kierunku ustroju określanego najczęściej mianem dyktatury, nie jest to zresztą żadna nowość - już demokracje ludowe były przecież dyktaturą proletariatu, w imieniu którego decyzje podejmowały odpowiednie komitety centralne. Zresztą sama demokracja była już wcześniej nazywana "dyktaturą większości", pewnie też spora część Czytelników zapoznała się już z opinią profesora Marcina Króla o usuwaniu poza teren reguł demokratycznych tych, których poglądy nie pasowałyby do większości. Wielokrotnie również sam wskazywałem na działania polskiej klasy politycznej zmierzające do wyeliminowania ze sceny tych partii i polityków, którzy burzyliby prosty podział na zwolenników PiS i PO czy ich wcześniejszych inkarnacji.

Dotychczas zastosowano już trzy elementy takiego wykluczenia, tj. próg wyborczy, uchwalony w 1993 r., wprowadzone kilka lat później finansowanie partii politycznych przekraczających określone progi wyborcze, a ostatnio - przyśpieszone wybory parlamentarne, których procedury umożliwiły rejestrację list praktycznie jedynie siedmiu komitetom. Co ciekawe, wydaje się całkiem prawdopodobne, że następne wybory zostaną przełożone na wiosnę 2011 r., co oznacza, że także mogą przebiegać pod znakiem skrócenia kadencji sejmu i znacznie skróconych terminów wyborczych. Jest bardzo charakterystyczne, że za ograniczaniem różnorodności poglądów i dyskursu publicznego najczęściej opowiadają się właśnie zadeklarowani demokraci, dla których demokracja stanowi sens politycznej aktywności.
To nieco przydługie wprowadzenie było konieczne dla lepszego zrozumienia sensu opinii, którą na łamach "Rz" przedstawił cyklicznie się ostatnio produkujący politolog, p. Marek Migalski. Pan Migalski nie jest sobie jakimś tam prostym chłopkiem-roztropkiem, którego przy urnie wyborczej zaczyna boleć głowa od konieczności podjęcia czynności zmierzających do podjęcia jakiejś decyzji. Jest on doktorem nauk w dziedzinie nauk o polityce, wykładowcą uniwersyteckim, zagranicznym stażystą, wygadanym komentatorem radia i telewizji oraz publicystą ogólnokrajowych dzienników, a pewnie długo by jeszcze wymieniać jego zalety. I tenże doktor-politolog we wspomnianym komentarzu pisze, że "aby zdobyć narzędzia do realizacji tego zbożnego zadania (tzn. tego co uważa się za dobre dla Polski - przyp. KM), trzeba zagryźć zęby, zrezygnować z części siebie i pozostać w jednej z dwóch najważniejszych partii w naszym kraju. W Polsce kto ma prawicowe poglądy i chce realizować się w polityce, winien polubić Kaczyńskiego albo Tuska".
Owa dobra rada uczonego politologa bierze się oczywiście z troski o nasze dobro, aby nam się w głowach nie pomieszało od obfitości wyboru, ale przecież dla niektórych i dwie opcje mogą okazać się zbyt dużym wysiłkiem. Taki przypadek przedstawił już niegdyś Aleksander Fredro opisując jak to "Osiołkowi w żłoby dano -/ W jeden owies, w drugi siano/ Uchem strzyże, głową kręci/ I to pachnie, i to nęci...". O tym, że polski wyborca jest już traktowany jak ów osiołek, świadczy chociażby kolejny z cyklu "dylematów wyborczych" artykuł zamieszczony w "Rz", tym razem autorstwa Piotra Gabriela, do niedawna redaktora naczelnego "Wprost" a od niedawna czołowego redaktora "Rzepy". Redaktor Gabriel, który jak twierdzą internetowe encyklopedie, wstąpił do PZPR w 1980 r. (mając lat 19), w którym to roku nawet najbardziej zatwardziali partyjniacy składali legitymacje, a wystąpił z PZPR w 1990 (wtedy to nawet Rakowski już myślał o wyprowadzeniu sztandaru), przez większość swojego dzieła słusznie ubolewa nad zaprzepaszczeniem przez polityków PO idei podatku liniowego. I wszystko było w porządku, gdyby nie - podobnie jak w publikacji politologa Migalskiego - końcowe wnioski, w których autor zaczyna "śnić", pytając, czy "jedyną nadzieją dla zwolenników podatku liniowego pozostawałaby więc teraz Partia Demokratyczna, która konieczność stworzenia w naszym kraju takiego systemu podatkowego ma zapisaną w programie?". Ależ oczywiście, wiadomo że jedynymi partiami, które konsekwentnie głosiły uproszczenie, radykalne obniżenie i spłaszczenie podatku dochodowego - to PO i PD!? Stąd też skoro PO porzuciło ideę podatku liniowego - pozostaje śnić, że może stanie się cud i ideę ową wygrzebie dla ludu partia będąca w kolacji Lewicy i Demokratów. Leszku Millerze, wróć! A jeżeli nie, to zobacz Donaldzie Tusku do jakich tęsknot doprowadziłeś.
Ot, osiołku-elektoracie - taka jest i twoja alternatywa: albo PO, albo LiD, pewne jest zaś, że konsekwencja takiego wyboru będzie podobna jak ta dla osiołka z wiersza hrabiego Fredry.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Pacyfikacja mediów w Polsce będzie postępowała, gestapo nie próżnuje, samochód pani poseł Pitery spłonął, ale dokumenty - ocalały cudem, który zapowiedział pan premier Tusk - Stanisław Michalkiewicz o zadziwiającej sekwencji wydarzeń w dramacie wystawianym przez polityczną trupę na deskach "polskiego regionu UE" Wysłane wtorek, 18, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |









Pacyfikacja mediów w Polsce będzie postępowała, gestapo nie próżnuje, samochód pani poseł Pitery spłonął, ale dokumenty - ocalały cudem, który zapowiedział pan premier Tusk - Stanisław Michalkiewicz o zadziwiającej sekwencji wydarzeń w dramacie wystawianym przez polityczną trupę na deskach "polskiego regionu UE" Wysłane wtorek, 18, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

"No i już sie stało, co się miało stać, co »było niebieskim poprzedzone cudem i uprzedzone głuchą wieścią między ludem«... Pan premier Tusk, pa premier Sikorski podpisali w Lizbonie traktat, juz nie Reformujący, bo od tej pory będzie nazywany Lizbońskim. Pan Prezydent się przyglądał - gdyby Mu pozwolili, to też by podpisał, ale mu na to nie pozwolili. Na tym polegał »straszliwy konflikt« między Pałacem Dużym a Pałacem Małym, bo tak to się określa - rząd jako Pałac Mały, a Prezydenta - jako Pałac Duży; nie wiem, dlaczego, takie chyba są proporcje architektoniczne... Początkowo wydawało sie, ze jakieś rezonanse w Polsce będą, ale nie. Zostało to przyjęte bardzo spokojnie, właściwie bez żadnej reakcji wśród opinii publicznej, za wyjątkiem jakiś małych grupek młodzieży na ulicach, które coś tam protestowały, ale protesty te utonęły raz: we wspominkach 13 Grudnia 1981 roku, bo to akurat była rocznica wprowadzenia stanu wojennego, a także - w komentarzach, które omawiały, co to właściwie się stało i co to będzie... Już dnia następnego w mediach dała się odczuć fala radości, zgodnie z rozkazem - bardzo się radujemy... Dziennik »Dziennik« raduje się chyba najbardziej - zresztą trudno się dziwić: pan każe, sługa musi" - Stanisław Michalkiewicz, nasz stały współpracownik i wyśmienity publicysta prawicowy, komentuje najnowsze wydarzenia z "polskiego regionu UE".

W dzienniku "Dziennik" Jan K. Bielecki napisał, że Prezydent Europy nie będzie mógł niczego nakazać panu prezydentowi Kaczyńskiemu, za to minister spraw zagranicznych UE będzie musiał się konsultować za każdym razem z ministrem spraw zagranicznych, panem Sikorskim. To ogromna radość - widać dopiero, jak Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją coraz dostatniej - raduje się Stanisław Michalkiewicz. Te wybuchy radości trochę przypominają jednak inne wybuchy radości, z 1940 roku, kiedy we Lwowie redaktorzy "Czerwonego Sztandaru" świętowali "przyłączanie się" do trochę innej "rodziny narodów", ale sam mechanizm jest podobny... Do pełnej wiedzy jednak brakuje nam odpowiedzi na pytanie - z kim będzie musiał się konsultować pan minister Sikorski: z "drogim Bronisławem", czy z ambasadorem Pelengiem bezpośrednio. A z kim musi uzgadniać swoje posunięcia pan premier Tusk? Czy z generałem Gromosławem Czempińskim, czy z jakimś "razwiedczykiem" niemieckim, czy bezpośrednio z panią kanclerz Merkel?

Wyjaśnia się też powoli na naszych oczach, czy auto pani poseł Pitery podpalił jakiś maniak-piroman, czy może był to jakiś mściciel polityczny? Odpowiedzi dostarczają niezawodni "dziennikarze śledczy" z "Gazety Wyborczej", którzy wskazują, że w podpalonym aucie pani Pitery były dokumenty traktujące o tym, jak o. Rydzyk chce przejąć tereny portu drzewnego w Toruniu. Samochód spłonął, ale dokumenty - cudem - nie, i jest to jeden z zapowiedzianych cudów przez pana premiera Tuska...
W pacyfikację największego niezależnego medium na rynku polskim, ośrodka związanego z o. Tadeuszem Rydzykiem, są zaangażowane najsilniej dwie redakcje: żydowskiej gazety dla Polaków, czyli "Gazety Wyborczej", oraz niemieckiej gazety dla Polaków, czyli "Dziennika" - zauważa Stanisław Michalkiewicz. Widać wyraźnie, że obok strategicznego partnerstwa rosyjsko-niemieckiego mamy medialne partnerstwo niemiecko-żydowskie i to pokazuje na ewolucję wydarzeń na polskiej scenie politycznej - jeszcze nie teraz, ale niezadługo, jak już Traktat Lizboński zostanie ratyfikowany i jak Trybunał w Strasburgu przystąpi do rozpatrywania wniosków Powiernictwa Pruskiego, i jak zostanie przeprowadzone referendum w "polskim regionie UE" nad zmianą stolicy, do której będą odprowadzane podatki...

Nagranie trwa ponad 10 minut, jest dostępne w Sieci do 1 I 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Za dwa miesiące Wolińska wyląduje na Okęciu? - Tadeusz M. Płużański Wysłane wtorek, 18, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Europejski Nakaz Aresztowania, który wojskowy sąd wydał wobec byłej prokuratorki Naczelnej Prokuratury Wojskowej, pułkowniczki Heleny Wolińskiej-Brus, jest niezaskarżalny. Teraz wniosek będzie przetłumaczony, a następnie przesłany do Wielkiej Brytanii. Jeśli nastąpi to szybko, brytyjski sąd (a nie władze administracyjne, jak w przypadku zwykłej ekstradycji) będzie miał niewiele ponad dwa miesiące na zajęcie stanowiska.

Łączny czas podjęcia decyzji - 90 dni - liczy się bowiem od momentu wydania nakazu aresztowania. W ENA, które obowiązuje w Polsce i w UE od 2004 r., chodzi właśnie o sprawne przekazywanie obywateli Unii, którzy są podejrzani o przestępstwa.
Wszystko to wygląda bardzo ładnie, ale pamiętać należy, że cała procedura ścigania Wolińskiej trwa już prawie... 10 lat. Pierwszy nakaz aresztowania stalinowskiej prokuratorki wydał wojskowy sąd w 1998 r. Wobec faktu, że Wolińska nie stawiała się na przesłuchania, uruchomiono proces ekstradycyjny. Pierwszy wniosek został wysłany do Londynu w 1999 r., kolejny - uzupełniony - dwa lata później.
W tym czasie zarzuty wobec Wolińskiej rozszerzono. Początkowo była podejrzana tylko o bezprawne aresztowanie Augusta Emila Fieldorfa "Nila" (co w konsekwencji doprowadziło tego bohatera Polski Podziemnej na szubienicę), potem o zastosowanie aresztu wobec 23 innych osób - m.in. bp Czesława Kaczmarka, komunisty Zenona Kliszki i wielu AK-owców.

NIEUPRZEJMA ODPOWIEDŹ

W czerwcu 2006 r. Brytyjczycy (a konkretnie Home Office, czyli odpowiednik naszego MSWiA) odmówili Polakom wydania Wolińskiej, bo jest stara (miała 87 lat), chora i ma problemy osobiste (tzw. przesłanki natury humanitarnej). Niedawno IPN ujawnił, że odpowiedź była "oględnie mówiąc, nieuprzejma", bo przyszła faksem i nie zawierała informacji o sposobach odwołania się od niej. Polscy śledczy mają nadzieję, że teraz się uda. - Gdybyśmy nie widzieli szans, nie kierowalibyśmy tego wniosku - mówi prokurator IPN Bogusław Czerwiński.
Przeszkodą może być - prócz humanitaryzmu - zasada, że Wielkiej Brytanii nie wiąże nasze prawo o nieprzedawnianiu zbrodni komunistycznych oraz brytyjskie obywatelstwo Wolińskiej - kraj ten zastrzegł, że może nie wydawać swoich obywateli. Dochodzi do tego fakt, że już raz Brytyjczycy odmówili nam ekstradycji byłej prokuratorki. Na korzyść polskich organów ścigania świadczy z kolei, że zarzucany Wolińskiej czyn jest obciążony karą większą niż rok wiezienia (grozi jej do 10 lat odsiadki).

KRETYŃSKA, ANTYSEMICKA SPRAWA

Na okoliczność wydania ENA Wolińska była przepytywana przez brytyjskiego "Guardiana". Z wrodzoną sobie szczerością oświadczyła (a właściwie powtórzyła to, co kłamliwie twierdzi od lat), że ta "kretyńska sprawa" jej "nic, a nic nie obchodzi". Że ma ona charakter polityczny i antysemicki: - To, co się dzieje, to cyrk. Jestem kozłem ofiarnym.
Wygadana, jak widać, staruszka pozwoliła sobie również na stwierdzenie, że nie wierzy polskiemu wymiarowi sprawiedliwości, a w Polsce nie może liczyć na sprawiedliwy proces. Łaskawie dodała: - Jeśli prokuratorzy w Polsce nie mają niczego innego do roboty, to niech rozkręcają tę sprawę.
Jej zdaniem, obiektywne w sprawie byłyby sądy brytyjskie. - Jeśli brytyjska policja zechce zadać mi kilka pytań, odpowiem. Jestem tak samo obywatelką brytyjską, jak polską.
Wolińska przyznała, że straciła najbliższego człowieka - nie chodzi oczywiście o gen. Fieldorfa, ale o jej zmarłego przed kilkoma miesiącami męża - profesora marksistowskiej ekonomii Włodzimierza Brusa (w czasie wojny politruk Beniamin Zylberberg).
- Podpis ppłk Wolińskiej figuruje na moim akcie oskarżenia czerwonym ołówkiem. Zatwierdzając akt oskarżenia wobec mnie, wiedziała, że jestem współzałożycielem "Żegoty" (podziemnej Rady Pomocy Żydom) - skomentował Bartoszewski. - Jestem przykładem, że tłumaczenia pewnych ludzi wokół Wolińskiej i jej samej, że trwa wokół niej jakaś antysemicka akcja, są bzdurą.

FAKTYCZNY WYROK ŚMIERCI

W wywiadzie Wolińska podkreśliła także, że sprawa Fieldorfa wydarzyła się dawno temu, dodając, że było to co prawda "przestępstwo, którego nie powinno się zapominać", ale ona "jako Żydówka, zna rzeczy, o których nie powinno się zapominać". Odnośnie Fieldorfa stwierdziła jeszcze: "Nie byłam prokuratorem w tej sprawie. (...) skąd mogłam wiedzieć, co się stanie?". To kolejna nieprawda. 21 listopada 1950 r., na wniosek por. Zygmunta Krasińskiego z Departamentu III MBP (walka z podziemiem), wydała nakaz tymczasowego aresztowania Fieldorfa. Jej decyzja była bezprawna, gdyż usankcjonowała aresztowanie "Nila" dopiero po 11 dniach od jego zatrzymania, nie przedstawiając do tego żadnych dowodów winy. Drugi raz Wolińska złamała prawo 15 lutego 1951 r. przedłużając areszt Fieldorfowi - podobnie jak poprzednio ex post (poprzedni nakaz obowiązywał do 9 lutego) i również bez opisania czynu, który był mu zarzucany. Przychylili się do niego sędziowie Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie: płk Aleksander Warecki, mjr Mieczysław Widaj i mjr Zygmunt Wizelberg. Z tej trójki żyje w Warszawie Widaj. Mimo, że ma na koncie wydanie wielu wyroków śmierci na polskich patriotów, organa sprawiedliwości RP w ogóle się nim nie interesują.
- Mój ojciec jest uznanym w świecie polskim patriotą, który walczył szlachetnie w obronie kraju przed nazistami. Kobieta ta, sama prześladowana przez Niemców, której rodzina zginęła z ich rąk, nakazując aresztowanie ojca, faktycznie podpisała na niego wyrok śmierci - powiedziała tygodnikowi "Sunday Telegrach" 82-letnia córka gen. "Nila" Maria Fieldorf-Czarska. - Dla dobra mojego taty, mojego bohatera, do końca życia będę walczyć o jej ekstradycję, by stanęła w obliczu sprawiedliwości. Sprawiedliwości, której mojemu tacie odmówiono. Podkreśliła, że jej zdaniem Wolińska "ani nie poczuwa się do winy, ani nie czuje wstydu".

USUNIĘTA I PRZYJĘTA

W 1956 r. na fali odwilży specjalna komisja uznała, że Wolińska ponosi odpowiedzialność za łamanie "socjalistycznej praworządności" - m.in. za aresztowanie bez dowodów winy i niereagowanie na skargi o przestępczych metodach śledczych. Została usunięta z prokuratury. Po 1968 r. wyjechała wraz z Brusem z Polski i osiadła w Oxfordzie, przyjęta z otwartymi ramionami przez tamtejsze, lewicowe i w dużej mierze "marcowe" środowisko naukowe.
W 2006 r. MON zawiesiło wypłatę Wolińskiej 1,5 tys. zł wojskowej emerytury - ustalono, że od początku brakowało jej do tego odpowiedniej wysługi lat. Z kolei prezydent RP Lech Kaczyński pozbawił ją Krzyża Komandorskiego i Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski. W tym samym roku prezydent odznaczył pośmiertnie gen. Augusta Emila Fieldorfa Orderem Orła Białego.

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Pikieta Okręgu Mazowieckiego UPR "»NIE« dla utraty suwerenności Polski" - Pałac Prezydencki, Warszawa 13 XII 2007 r. Wysłane poniedziałek, 17, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

W związku z działaniami przedstawicieli administracji Rzeczypospolitej Polskiej, które doprowadziły do aktu podpisania Traktatu Reformującego, informujemy Państwa o naszych wystąpieniach, które mają na celu podkreślenie sprzeciwu wobec kroków, które uważamy za szkodliwe dla przyszłości naszego państwa i obywateli RP. W dniu 13 grudnia 2007 r. struktury Okręgu Mazowieckiego UPR zorganizowały pikietę przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie przy ulicy Krakowskie Przedmieście w formie palenia zniczy, połączoną z odczytaniem Apelu struktur UPR wystosowanego do Prezydenta RP, JE Lecha Kaczyńskiego.
Mimo powiadomienia mediów, zarówno tzw. elektronicznych, jak i redakcji prasowych, na pikietę nie przybył ŻADEN ich przedstawiciel. Dokonana przez TV ASME rejestracja tego wydarzenia pozostaje więc jedynym zapisem sprzeciwu stołecznych i mazowieckich struktur UNII POLITYKI REALNEJ w stosunku do aktu podpisania Traktatu Reformującego UE.

---------

APEL DO PREZYDENTA RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
LECHA KACZYŃSKIEGO


W dniu 13 grudnia 2007 r. ma nastąpić podpisanie tzw. Traktatu Reformującego UE, będącego zaledwie kosmetycznie poprawioną wersją tzw. Traktatu Konstytucyjnego UE - odrzuconego w referendach powszechnych przez kilka narodów Europy. Powrót do idei utworzenia paneuropejskiego państwa stawiającego się ponad dotychczasowymi państwami Europy oceniamy jako wysoce szkodliwy dla samostanowienia społeczeństw europejskich poprzez ustanowienie niekontrolowanej społecznie warstwy biurokracji paneuropejskiej, od lat dążącej do ograniczenia podstawowych elementów wolności społeczeństw i poszczególnych ludzi.

Uważamy, że podpisanie Traktatu Reformującego przez Prezydenta RP i późniejsza jego ratyfikacja w drodze głosowania sejmowego nie ma upoważnienia konstytucyjnego ze względu na wagę zawieranej umowy międzypaństwowej, która prowadzi do zrzeczenia się elementów suwerenności państwowej, politycznej, co nie może nastąpić w drodze decyzji opartej o głosowanie delegatów społecznych, a jedynie poprzez ogólnonarodowe referndum, gdyż jedynie naród może stanowić o likwidacji swojego najgłębszego prawa, jakim jest moc suwerena.

Traktat Reformujący zawiera szereg postanowień potwierdzających, wzmacniających i rozszerzających dotychczasowe negatywne tendencje zawarte w Traktacie Ustanawiającym Wspólnoty Europejskie (TWE) oraz Traktacie o Unii Europejskiej (TUE).

W części dotyczącej unifikacji instytucjonalnej są to przede wszystkim:

- nadanie osobowości prawnej UE jako podmiotowi prawa międzynarodowego (art. 32 TUE);
- pozatraktatowe i dokonane wyłącznie na mocy deklaracji utrzymanie zasady pierwszeństwa prawa unijnego nad prawem państwowym bez rozróżniania ustawodawstwa konstytucyjnego i zwykłego (deklaracja 27 TWE);
- zmniejszenie liczby obszarów podejmowania jednogłośnych decyzji i poprzez to ograniczenie prawa veta państw narodowych (poszczególne rozdziały TWE)
- wprowadzenie ponadnarodowego urzędu Przewodniczącego Rady Europejskiej (Prezydenta UE) o autonomicznych kompetencjach (art. 9b.6 TUE );
- ujednolicenie polityki zagranicznej poprzez stworzenie urzędu wysokiego przedstawiciela do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa ( art. 9e TUE);
- umieszczenie jednolitej waluty jako zasady ogólnej oraz traktowanie unii gospodarczej i walutowej jako jednego z celów UE (art. 3.4 TUE);
- nadanie Karcie Praw Podstawowych waloru prawnego równorzędnego Traktatom UE (art. 6.1 TUE);
- podtrzymanie formuły obywatelstwa Unii nadające UE cechy państwa (art. 17b TWE);
- potwierdzenie zasady wzmocnionej współpracy niektórych państw jako formy presji na pozostałe państwa unijne (art. 10 TUE);
- naruszenie dotychczasowej równowagi europejskiej poprzez wzmocnienie największych państw unijnych w wyniku zniesienia nicejskiego systemu głosowania (art. 9c. 4 TUE)
- internacjonalizacja partii politycznych jako tworów paneuropejskich oderwanych od korzenia narodowego (art. 8a.4 TUE);

W części dotyczącej inwazji ideologicznej są to przede wszystkim:

- zafałszowanie prawdy o dziedzictwie chrześcijańskim jako fundamencie cywilizacji europejskiej (preambuła TUE);
- sprowadzenie Kościołów i Wspólnot chrześcijańskich do statusu identycznego ze statusem organizacji światopoglądowych i niewyznaniowych (art. 15b TWE);
- ujęcie w prawie traktatowym tzw. orientacji seksualnej i zrównanie jej np. z religią (art. 10 TWE);
- nadanie szczególnego statusu zapobieganiu wyłącznie rasizmowi i ksenofobii rozumianym jako naczelne zagrożenia dla wolności, bezpieczeństwa i sprawiedliwości (art. 61.3TWE);

Wzywamy zarówno prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jak i premiera Donalda Tuska do zgłoszenia polskiego sprzeciwu wobec Traktatu.

Przypominamy o konstytucyjnym obowiązku, jaki dobrowolnie nałożył na siebie Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, zawartym w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej:

Rozdział V
PREZYDENT RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

Art. 126.

1. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej.

2. Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium.

Apelujemy do Prezydenta RP o niepodpisywanie Traktatu Reformującego ze względu na ciążący na nim obowiązek strzeżenia suwerenności społeczeństwa polskiego w każdym jej aspekcie. Szczególna data podpisania tego dokumentu - 13 grudnia, kojarzona do dziś z narodową tragedią, jaką było wprowadzenie stanu wojennego przez polskich kolaborantów sowieckich okupantów Polski, powinna wystarczyć jako memento dla wszelkich działań prowadzących do ograniczeń suwerenności narodu i społeczeństwa polskiego. Nie chcemy, by data ta była w przyszłości kojarzona przez wyzutych ze swych podstawowych praw obywateli Rzeczypospolitej - z aktem rozpoczęcia likwidacji ich państwa, Tradycji, organizacji narodowych i podstawowych praw obywatelskich.

Jednocześnie informujemy o rozpoczęciu akcji zbierania podpisów pod wnioskiem do parlamentu polskiego o zwołanie referendum w sprawie ratyfikacji tzw. Traktatu reformującego.

Unia Polityki Realnej
Okręg Mazowiecki

Dariusz Wieczorek, prezes Okręgu
Krzysztof Pawlak, wiceprezes Okręgu
Tomasz Dalecki, wiceprezes Okręgu

Warszawa, AD 12 XII 2007





Zapraszamy do zapoznania się z notacją TV ASME z tego wydarzenia.

Nagranie trwa ponad 10 minut, jest dostępne w Sieci do 31 XII 2007 r.

Odpal klip



Skrzywdzone miasteczko - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 17, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Miasteczko Jedwabne było ośrodkiem antysowieckiego i antykomunistycznego oporu. Dorobiono mu jednak antysemicką gębę.

Gdyby zapytać kogokolwiek o to, co wie o położonym na Podlasiu miasteczku Jedwabne, odpowie, że tam 10 lipca 1941 roku polska i katolicka połowa ludności wymordowała w okrutny sposób drugą - żydowską połowę. Wiemy o tym z głośnej książki pochodzącego z Polski, amerykańskiego prof. Jana Tomasza Grossa. Później wyszło na jaw, iż wszystko wyglądało inaczej, że nie wszystkich miejscowych Żydów, lecz mniej więcej trzystuosobową grupę starozakonnych mieszkańców zamordowali po wypędzeniu dotychczasowych sowieckich okupantów niemieccy żandarmi przy pomocy grupy miejscowych wyrzutków. Jak wskazywał znany historyk, śp. prof. Tadeusz Strzembosz w licznych wypowiedziach dotyczących tej sprawy, historia opowiedziana przez prof. Jana Tomasza Grossa była co najmniej nieprawdopodobna, gdyż półtora tysięczna grupa nieuzbrojonych mężczyzn nie da rady wymordować równej sobie liczebnie grupy ludzi. Wszak ci stawiliby napastnikom skuteczny opór. Później o autorze książki "Sąsiedzi" ukuto powiedzenie "łże jak Gross" i rzecz by ucichła do kolejnej antypolskiej sensacji jego pióra.

Prezydent Kwaśniewski po raz kolejny kompromituje Polskę

Na nieszczęście dla mieszkańców Jedwabnego do sprawy wtrącił się ówczesny prezydent RP Aleksander Kwaśniewski. Ponieważ rządy w Polsce sprawował z ramienia Akcji Wyborczej "Solidarność" premier prof. Jerzy Buzek, opozycyjny SLD postanowił wykonać anty-AW"S"-owską dywersję. Postkomunistów nie powstrzymało nawet ostrzeżenie prof. Zbigniewa Brzezińskiego, że w Stanach Zjednoczonych szykuje się na tej kanwie cała antypolska kampania medialna. Korzystając z kontroli nad elektronicznymi środkami przekazu, postkomuniści - wbrew uchwale Sejmu i Episkopatu poświęcającej rok 2001 pamięci Prymasa Tysiąclecia księdza Stefana kardynała Wyszyńskiego - uczynili ów rok w czas piętnowania Polski i Polaków za mord w Jedwabnem. Opowiadał mi wtedy wspomniany wyżej prof. Tomasz Strzembosz, że młoda dziennikarka z popularnego radia błagała go o kilka słów do mikrofonu na ten temat i przyznała się, iż w jej rozgłośni panowała wtedy żelazna zasada: ani dnia bez głośnej wypowiedzi w sprawie wydarzeń w Jedwabnem. Kulminacja nastąpiła w rocznicę mordu jedwabieńskich Żydów, gdy prezydent Aleksander Kwaśniewski zorganizował uroczyste obchody tej rocznicy z udziałem gości z zagranicy. Tak prezydent RP dla antyrządowej dywersji postawił przed międzynarodowym pręgierzem Polskę - czyli kraj, w którym Polskie Państwo Podziemne zorganizowało jako jedyne w Europie okupowanej przez Niemcy hitlerowskie specjalną komórkę dla ratowania przed zagładą Żydów. Ludzie, oburzeni ostatnią antypolską wypowiedzią postkomunistycznego eksprezydenta w niemieckim wydaniu amerykańskiego wydawnictwa "Vanity Fair", powinni sobie uprzytomnić, że to nie jedyny taki przejaw zdrady, lecz kolejny krok w konsekwentnej polityce budowania swej pozycji osobistej kosztem Polski.
Pisałem wtedy w prawicowych gazetach, że mord w Jedwabnem był małym epizodem podczas letniej kampanii hitlerowskiego Wehrmachtu na sowieckim froncie wschodnim. Takich epizodów w owym czasie były tysiące na olbrzymim terenie od Morza Bałtyckiego po Czarne. Żydowska krew lała się wtedy z rąk Niemców i ich miejscowych kolaborantów w tysiącach miejscowości na skalę nieraz nieporównywalną do wydarzeń w Jedwabnem. Historycy przed prof. Janem Tomaszem Grossem opisywali znane i głośne przypadki masowych mordów Żydów, jak wielki antyżydowski pogrom, poprzedzony powstaniem zbrojnym przeciwko cofającym się Sowietom w dawnej litewskiej stolicy Kownie czy też zorganizowane przez ukraińskich nacjonalistów w zdobytym przez Niemców Lwowie antyżydowskie "dni Petlury", które pochłonęły ponad sześć tysięcy śmiertelnych ofiar. Wojska królewskie Rumunii pod wodzą marszałka Iony Antonescu wkraczając do okupowanej poprzednio przez Stalina Besarabii, zalały ją krwią miejscowych Żydów, oskarżanych o zdradę narodową. To, że prof. Jan Tomasz Gross w swym opisie mordu w Jedwabnem pominął tak głośne przypadki mordowania Żydów w sąsiednich krajach świadczy bądź o jego ignorancji, bądź o antypolskim zacietrzewieniu. Przywódcy państwowi Rosji, Ukrainy, Białorusi, Litwy i Rumunii powinni byli stanąć wraz z Aleksandrem Kwaśniewskim przy pomniku ku czci jedwabieńskich Żydów, aby wraz z nim złożyć hołd pomordowanym przez Niemców i ich kolaborantów milionom Żydów sowieckich i rumuńskich. Oczywiście żaden z tych przywódców krajów ościennych nie poczuwał się do takich działań i prezydent Kwaśniewski wystąpił w Jedwabnem sam. Jedyne co pozostało biednym mieszkańcom Jedwabnego, to zbojkotować SLD-owską imprezę, w której obok prezydenta wystąpił jego wewnątrzpartyjny rywal Leszek Miller, paradujący po Jedwabnem w żydowskiej jarmułce na głowie. Nawiasem mówiąc, już wtedy tow. Leszek darł koty z tow. Olkiem i zwolennicy Leszka mówili już o nowym wydaniu partyjnego konfliktu pomiędzy "Chamami" i "Żydami", ale to nie przeszkadzało Leszkowi Millerowi tanim kosztem odstawiać filosemitę.

Prof. Tomasz Strzembosz głosił chwałę Jedwabnego

Wbrew zamierzeniom organizatorów tej antypolskiej akcji medialnej, cała sprawa spaliła na panewce, gdyż atak arabskich terrorystów na Nowy Jork i Waszyngton odwrócił uwagę świata od małej, podlaskiej mieściny. Jedynie ludność Jedwabnego pozostała pochlapana błotem tej kampanii. I ten stan trwa.
Tymczasem według ustaleń prof. Tomasza Strzembosza jako historyka polskiego ruchu oporu, małe miasteczko Jedwabne zasługuje na inne potraktowanie, gdyż jego mieszkańcy odznaczyli się licznym udziałem w antysowieckim, antyniemieckim, a później - antykomunistycznym ruchu partyzanckim. W rzeczywistości jest to miasteczko godne odznaczenia za swą patriotyczną postawę. Pamięć o pomordowanych jedwabieńskich Żydach wcale tego nie wyklucza. Wszak wiedza o ukraińskich nacjonalistach mordujących we Lwowie swych żydowskich sąsiadów nie wyklucza naszej pamięci o dzielnych żołnierzach AK przeprowadzających w tym samym mieście pomyślne powstanie zbrojne w ramach planu "Burza" przeciwko cofającym się w lecie 1944 roku Niemcom (w podzięce za pomoc wyświadczoną jednostkom Armii Sowieckiej zostali oni wyłapani po wkroczeniu do miasta Rosjan przez "Smiersz" oraz NKWD i wysłani "na białe niedźwiedzie"). Kto inny zasłużył na hańbę, a kto inny na chwałę.
Lwów ma bogatą historię i pamiętamy o nim jako o mieście z przydomkiem "Semper fidelis". Ludzie pochodzący z niego, a przesiedleni na Ziemie Odzyskane, nadal są dumni ze swego miejsca urodzenia. Małe Jedwabne nie ma tak bogatego dorobku, ale jego dokonania w czasie II wojny światowej i w pierwszych latach antykomunistycznego oporu zasługują na wdzięczną pamięć Polaków. Warto by było dać jego mieszkańcom satysfakcję i postawić na miejskim rynku ładny pomnik ku czci miejscowych bojowników o niepodległość naszego kraju. Żeby ludzie z Jedwabnego mogli powiedzieć z dumą o sobie, że są z bohaterskiego miasteczka.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


V-Day na Rynku Wrocławia - Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 14, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

W noc wigilijną 13 grudnia 2007, w białych koszulkach z napisem "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze", z białymi flagami z charakterystycznym liternictwem "JOW", w rozłożonym na wielkie litery hasłem "jednomandatowe.pl" - na Rynek Wrocławski wyszli studenci wrocławskich uczelni. Wszyscy za młodzi, żeby pamiętać wydarzenia Tamtej Nocy, która dla nich jest tylko odległą historią, może, czasem do znudzenia, przypominaną przez kombatantów w różnych patriotycznych wspominkach. Historię na tyle jednak bliską, żeby to nowe pokolenie, zaczęło uświadamiać sobie, że sprawa, przeciwko której 13 Grudnia na ulice polskich miast wyszły czołgi i transportery opancerzone, nie została załatwiona. I że nie załatwią jej kombatanci tamtych walk, ani, tym bardziej, tamtych walk kibice i obserwatorzy. Muszą ją załatwić ci, którzy dzisiaj studiują na uczelniach Wrocławia, Krakowa, Warszawy. I że nikt ich w tym nie wyręczy. Albo - albo.

A jakaż to sprawa nie załatwiona czeka na nowe pokolenie Polaków?

Ta sama o której pisał wielki Polak ze Lwowa:
"By wnuk, zrodzon w wolności,
wiedział, co to znaczy
Być wolnym. Być u siebie.
Być Polakiem w Polsce".

Być podmiotem polityki, nie popychlem tych i owych, być obywatelem, którego prawa obywatelskie nie sprowadzają się tylko do prawa pójścia do urny w dniu głosowania. Ich nie interesuje Polska, która jest tylko wygodnym żerowiskiem dla wygłodzonych poszukiwaczy kariery i zarobku. Dlatego skandują "Polska silna, Polska zdrowa - to ordynacja jednomandatowa!", "Zdrowo! Zdrowo! Jednomandatowo!"

Tamto Wielkie Wydarzenie zbiega się bowiem w kalendarzu z historyczną uroczystością podpisywania dzisiaj, w dalekiej Lizbonie, Traktatu Reformującego. Traktat ten stanowi znaczący krok w procesie ograniczania, by nie powiedzieć likwidacji, państwowej suwerenności Polski. Dla bardzo wielu Polaków jest to decyzja, z którą trudno się pogodzić. Wiedzą o tym sprawujący władzę, dlatego nie życzą sobie obywatelskich referendów, nie mają odwagi zapytania, co o tym sądzi większość obywateli. Nie tylko Polski, ale i innych krajów europejskich. Początek XXI wieku to znaczące odejście od myśli i tradycji demokratycznych, jakie rozwijano na kontynencie europejskim od czasów I Rzeczypospolitej, tradycji, które potem zawędrowały za Ocean, aby tam budować demokrację amerykańską czy kanadyjską. Od dzisiaj Głowa Państwa Polskiego nie będzie już zasiadać z głowami innych państw, jak "Równy między Równymi", od dzisiaj taka możliwość należy już do przeszłości. Widzieliśmy, jak z uśmiechem podpisywał Traktat obecny Prezydent RP. Może, gdyby widzieli ten podpis Józef Piłsudski, Gabriel Narutowicz, Stanisław Wojciechowski, Ignacy Mościcki, a w ślad za nimi ich Następcy na Obczyźnie, przewracaliby się w grobie.
Stała się data 13 Grudnia datą podwójnie symboliczną i już całkowicie niejednoznaczną. Wielu Polaków, młodych i starych, udało się więc w różne miejsca, aby zaznaczyć swoją niezgodę na to, co pod tą datą się wydarzyło. Demonstracja NZS na wrocławskim Rynku poszła jednak w innym kierunku. Studenci Wrocławia mówią nam tak: "Polacy w Europie mogą coś znaczyć wtedy tylko, gdy znaczyć coś będą Polacy w Polsce!". Kiedy Polacy w Polsce będą korzystali z pełni praw obywatelskich, wtedy ich głos w Europie może być brany pod uwagę. Uporządkujmy najpierw sprawy krajowe! Przywołują więc myśl Wielkiego Księcia Polskich Poetów:

"- Jeśli ma Polska pójść nie drogą mléczną
W cało-ludzkości gromnym huraganie,
Jeżeli ma być nie demokratyczną,
To niech pod carem na wieki zostanie!

Jeśli mi Polska ma być anarchiczną,
Lub socjalizmu rozwinąć pytanie,
To już ja wolę tę panslawistyczną,
Co pod Moskalem na wieki zostanie!".

W niedzielę 9 grudnia, przed kamerami TV, pewien warszawski profesor socjologii podzielił się z widzami informacją o tym, że wszystkie parlamentarne partie polityczne w Polsce nie liczą więcej niż 60-70 tysięcy członków. I oto ta garstka partyjniaków rozdziela między siebie, z wyborów na wybory, wszystkie posady parlamentarne, rządowe, administracyjne, zarządzanie całym majątkiem Państwa, decyduje praktycznie o wszystkim! I wmawiają nam na okrągło, że tak jest dobrze, że tak właśnie być powinno, że na tym polega demokracja! Biorą, bez pytania, nasze pieniądze, dzielą je między sobą, wpisują swoich na partyjne listy, każą nam iść głosować i jeszcze mówią nam, że to są właśnie wolne i demokratyczne wybory!
Studenci Wrocławia mówią tej manipulacji: NIE! Wołają "Chodźcie z nami!" do swoich kolegów z Krakowa, Warszawy czy Płocka... Domagajmy się przywrócenia nam konstytucyjnego biernego prawa wyborczego, chcemy głosować na "naszych kandydatów", nie na króliki wyciągane z partyjnego kapelusza. Może wtedy Polska wreszcie będzie polską!
Partyjniacy wiedzą, o co chodzi. Uzmysłowiły im to doskonale wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, które okazały się prawdziwą rzezią partyjniactwa: zaledwie 18 procent - mniej niż 1 na 5 partyjnych kandydatów uzyskało mandat w wyborach, w których obywatele - nie zrzeszeni w partie - mogli wystawić swoich kandydatów!

Dlatego studenci wrocławscy wołają do swoich rówieśników w Polsce, do ich młodszych kolegów, do swoich kolegów starszych, do rodziców i dziadków: chodźcie z nami! Zróbmy im, śladem naszych rówieśników we Włoszech:
V- Day! Vafanculo Day!

Jerzy Przystawa



  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    WARSZAWA: Wielce frapujące działania i kontrdziałania związane z wigilią podpisania przez IIEE Prezydenta RP i Pierwszego Ministra RP tzw. Traktatu Reformującego UE - Krzysztof Pawlak Wysłane czwartek, 13, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Dzień 12 grudnia 2007 r. przyniósł kilka mało znaczących w skali wielkiej sceny aktorskiej polityki, choć frapujących skądinąd wydarzeń. Pozwalają one na chwilę zadumy nad sprawności socjotechniczną "środowisk pro-unijnych" w naszym kraju.

    Po pierwsze - nastąpił kolejny z serii blamaży mało znaczącego w skali krajowej, choć obecnie prominentnego polityczka (jedynie) w kręgu warszawskiej struktury Platformy ratunkowej dla Obywateli, obecnego burgekingrmajstra dzielnicy Śródmieście stołecznego miasta - Wojtusia Bartelskiego, który zasłynął niegdyś w niesławnej pamięci tzw. kolidUPR-ze ze swych kilku wyjątkowo nudnych i usypiających wystąpień (do wglądu: rejestracja TV ASME z tej okazji sprzed lat na naszej witrynie), co było jednym z powodów kompletnej degrengolady tego środowiska karierowiczów szukających za pomocą wykorzystania dorobku jedynej partii konserwatywno-liberalnej okazji do rozpoczęcia kariery w różnych miejscach administracji państwowej i samorządowej. Potwierdzeniem znanych "umiejętności inaczej" tego typowego przedstawiciela "polskich niedołężnych japiszonów" była akcja otwarcia tzw. Hyde Parku w okolicach pałacu im. Stalina, gdzie został w wyniku niedołęstwa własnego i swoich podopiecznych biurokratów nie mniej, ni więcej - został zatrzymany przez policję za "zakłócanie porządku publicznego" w wyniku niezalegalizowania "demonstracji publicznej". Młodziutki burgerkingmajster dzielnicy Śródmieścia po prostu zapomniał poinformować warszawską policję o utworzeniu miejsca, gdzie mają się odbywać publiczne wystąpienia obywateli RP, nie wymagające zgłoszenia do administracji jakiegokolwiek szczebla. Ten passus po raz kolejny świadczy o jakości młodego pokolenia "działaczy politycznych" w głównych ugrupowaniach "polskiego regionu UE".
    Po drugie - niestety przy tej samej okazji "zaliczyła" swój blamaż tzw. sekcja młodzieżowa Unii Polityki Realnej, która była obecna na ww. otwarciu tzw. Hyde Parku, występując tam - mimo zastrzeżeń władz Okręgu Mazowieckiego UPR - z tezami o szkodliwości podpisywania tzw. Traktatu Reformującego, co spowodowało spodziewane przez Zarząd OM UPR działanie wyjątkowo nam niechętnych mediów, oczywiście wyczekujących tylko okazji do kolejnej kompromitacji środowiska konserwatywnych liberałów. Takiej okazji dostarczyła właśnie "młodzieżówka UPR", która została sportretowana z tej okazji JEDYNIE przez wrogie nam medialnie środowisko "Gazety Wyborczej" (pozostałe media gremialnie zlekceważyły ów doniosły akt wystąpienia tzw. sekcji młodzieżowej UPR), które w artykule wydania "on-line" z dnia 12.12.2007 i z papierowego wydania gazety z dnia 13 grudnia 2007 zamieszczając opis zdarzenia - oczywiście okrasiło je zdjęciem znanego mało stabilnego psychicznie uczestnika wielu wystąpień "anty-UE", głównie organizowanych przez - podlegającego z przyczyn oczywistych i zawodowych wieloletniej mojej bezpośredniej obserwacji życia robaczkowego "warszawki" - agenturalne środowisko tzw. Stowarzyszenia "NIE dla UE", którego działalność od dawna polega głównie na kompromitacji argumentacji antyunijnej. Proszę zauważyć: w związku z tym JEDYNYM wspomnieniem po tym wydarzeniu pozostanie w annałach polskiej "żurnalizdyki" zdjęcie trzymającego jak zawsze wykonany własnym sumptem tablicę z kawałka kartonu z rysunkiem skrótu "UE" z równaniem do dziecięco naiwnego wizerunku trupiej czaszki. Co najlepsze (najgorsze?) - ktoś podpisujący się "Gazeta Stołeczna (Wyborcza)" na Witrynie Głównej UPR uznał za wartościowe rozpowszechnić te wyjątkowo kompromitujące skojarzenie, ułożone przez "żurnalizdów" gazety "robionej przez półinteligentów dla ćwierćinteligentów", poprzez poświęcenie mu specjalnej adnotacji w serwisie informacyjnym WG UPR. Czyli skuteczność socjotechniczna wrogów konserwatywnych liberałów została wsparta zachłannością na "newsy" wyjątkowo "zdolnego inaczej" redaktora tego serwisu.
    Pozostając przy serwisie Witryny Głównej UPR w jej wydaniu Strony Głównej, do której dostęp redaktorski od czasów minionej kampanii mają tylko władze najwyższe Unii Polityki Realnej (już prezesi Okręgów - nie!), warto zanotować kolejną wpadkę z zamieszczeniem wyjątkowo mało udanego z powodu nagromadzenia słów uważanych za "ekspresywne", wykorzystywanych głównie przez grafomanów i osobników napędzanych żółcią wątrobową, a nie rozumem - autorstwa skądinąd zacnego, bo od wielu lat jednego z głównych liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, kol. Janusza Sanockiego, którego wiele artykułów, lecz o niebo lepszej jakości (!), zamieszczał nasz serwis ASME. Tekst, którego tytuł "U steru mamy d**ka" już dyskwalifikuje sam przez się, został zapożyczony (oczywiście domniemywam, że z poszanowaniem praw autorskich, bo jakże by inaczej, prawda!) z witryny stanowiącej od kilku lat pole działalności dość niechętnej Unii Polityki Realnej i we własnym mniemaniu - konkurencyjnej - grupki frustratów wyrzuconych takoż w różnych okresach z UPR, jak będących "sierotami" po czasach rządów AW"S" i różnych kanapowych ugrupowań "prawicawych", jednakże spojonych jednym ogniwem: podkreślających STALE swój krytyczny stosunek do działań UPR. Cytowanie i dawanie odnośnika do takiego miejsca w Sieci jest już nie tylko ciężką nieudolnością polityczną - jest po prostu BŁĘDĘM.
    Warto zapamiętać wyjątkowo "ciekawe" fragmenty tego tekstu: "Już rozłożył nóżki na wschodzie [Donald Tusk - przyp. ASME] w sprawie OECD i bałtyckiej rury, teraz nadstawił się na zachodzie (...)", "Albo u steru mamy aroganta, który nas lekceważy jawnie [Jarosław Kaczyński - przyp. ASME], albo dupka [Donald Tusk - przyp. ASME], którego obietnice są nic nie warte. (...)".
    Po drugie i pół: niestety DO KWADRATU - na tej osobliwej imprezie pojawił się nasz, znany ze swych niekonwencjonalnych wielu wystąpień, jeden z założycieli UPR - Janusz Korwin-Mikke, którego konterfekt został ze skwapliwością oczywiście TEŻ zamieszczony przy zdjęciu "oszołoma z trupią czaszką - przeciwnika UE". Ale to już mnie od lat - nie wzrusza. Przywykłem do wystąpień Patrona UPR, jako i przywykli do nich sympatycy UPR.
    Po trzecie - w ostatnich godzinach dnia 12 grudnia 2007 r. serwis informacyjny Witryny Głównej UPR przyniósł kolejną "rewelację" związaną z wigilią podpisania przez czołowych administracyjnych reprezentantów RP tzw. Traktatu Reformującego, który jak wiemy z dawien dawna - ma stanowić kolejny "milowy krok" w dziele likwidacji państwa polskiego. Otóż ktoś podpisujący się "UPR Centrala" zamieścił ni mniej, ni więcej, tylko wyjątkowej ekspresji "państwowotfurczy" wiersz autorstwa Franciszka Dionizego Kniaźnina, który zapewne w zamierzeniu redaktora "UPR Centrala" miał skłonić do zadumy i refleksji chyba na modłę młodopolskiej (tak, wiem, że inny okres literacki...) egzaltyki nad stanem zagrożenia naszej Ojczyzny. Trzeba jednak wyjątkowej indolencji, by taki manewr uznać za trafiony na pierwszoplanowym miejscu samoprezentacji poważnej partii politycznej, która powinna raczej przedstawiać racjonalną i wyważoną argumentację przeciwną działaniom politycznym z jej punktu widzenia niekorzystnym. Jednak ów redaktor widocznie doznał chwilowej "pomroczności jasnej", być może - to wyjątkowo przyjazne tłumaczenie, proszę zwrócić uwagę (!) - z winy późnych i zapewne zakropionych znanym od wielu pokoleń obywateli Rzeczypospolitej "wspomagaczem romantyzmu"... Krótko pisząc: partyjna Witryna Główna UPR zaczęła stanowić wygodne miejsce dla twórczości poetycznej, co zapewne ma stosowną akceptację stosownych władz najwyższych Unii Polityki Realnej, że tak białym wierszem spod Częstochowy okraszę się...
    Pozwalam sobie na mały cytat z tego wiekopomnego "dzieła", zaprezentowanego na "łamach" Witryny Głównej UPR - ku chwale i przestrodze tzw. potomności:
    "(...) OJCZYZNO! na cóż nam przeszyte mieczem
    Piersi otwierasz? my nie twoje dzieci.
    Straciwszy czułość, tam kajdany wleczem,
    Gdzie pędzi przemoc, lub mamona świeci.
    Oto na sam brzęk i krótki blask złota,
    Troskliwym uchem czatuje niecnota.

    Skądkolwiek chytra zabłyśnie intryga,
    Leci tam nędza i co urwać pragnie.
    Chełpi się zdrada, że ją gwałt podźwiga;
    Klaszcze mu podłość i kark jarzmu nagnie.
    Jakże się z twojej wydźwigniesz ruiny,
    MATKO! takimi otoczona syny?".

    Najzupełniej kłóci się taka autoprezentacja jednego z redaktorów WG UPR z zalecanym przez obecnego Prezesa UPR, kol. Wojciecha Popielę, umiarkowaniem w używaniu ekspresyjnych form propagandy antytraktatowej i unikaniu górnolotnych, lecz i łatwo zbijalnych fraz zawierających odwołania do "zdrady narodowej", "tonów żałobno-pogrzebowych"...

    Wracając do działań Okręgu Mazowieckiego UPR w tym dniu - mieliśmy w planach zorganizowanie pierwszej z cyklu DWÓCH pikiet przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, polegających na zapaleniu zniczy przed siedzibą Prezydenta RP przypominających o zakończeniu suwerenności państwa polskiego w wyniku zapowiedzianego na dzień - jakże pamiętnej dla obywateli RP daty (!) - 13 grudnia, daty, która dla Strażnika suwerenności jakim jest przecież Majestat Prezydenta RP, powinna stanowić memento przestrzegające przed podejmowaniem takiego kroku. Z niepojętych jak dotąd przyczyn - O TEJ SAMEJ GODZINIE, W TYM SAMYM MIEJSCU, pojawili się przedstawiciele znanego skądinąd właśnie od lat tzw. Stowarzyszenia "NIE dla UE", którzy, w liczbie siedmiu (!) osób, ciągnąc ze sobą na wózku okrytą flagą narodową trumnę - ustawili się przed Pałacem Prezydenckim i po chwili zaczęli wykrzykiwać swoje zwyczajowe, choć z przyczyn oczywistych nie do przyjęcia dla normalnego odbiorcy, hasła w rodzaju "Precz z Targowicą!", "Żydzi - sprawcami nieszczęść Polski!", "Matko Boska patrz na nas, cierpiących za Polskę!", trzymając ręcznie i mało schludnie wyglądający transparent z napisem "Rada Mędrców w UE. Mędrcy do Syjonu!"... i tak dalej... Ponieważ natychmiast podjęliśmy decyzję o zaniechaniu urządzenia naszej pikiety w tym dniu - nie mogło dojść do utożsamienia działań przedstawicieli Unii Polityki Realnej z tak odrażającym towarzystwem, które - oczywiście przypadkiem (!) - w tych samych okolicznościach chciało zademonstrować swój "sprzeciw" wobec ratyfikacji aktu zrzeczenia się suwerenności przez administratorów "polskiego regionu UE".

    Żyję na tym świecie jakiś czas - dlatego wyceniam szarżę dowódcy takiego działania na najwyżej kapitana, jak uczy mnie doświadczenie z lat "zadym" Niezależnego Zrzeszenia Studentów...

    Proszę Państwa - póki mogę - zapraszam na już dzisiejsze, "musztarda po obiedzie" co prawda, spotkanie przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, na legalnej pikiecie Okręgu Mazowieckiego UPR polegającej na odczytaniu "Apelu UPR do Prezydenta RP" i zapaleniu zniczy stanowiących memento dla odchodzącej suwerenności Rzeczypospolitej Polskiej. Rozpoczęcie o godz. 19.00, lepiej przyjść o 18.30! Ogłaszamy na niej zbiórkę podpisów za zwołaniem referendum w sprawie ratyfikacji tzw. Traktatu reformującego UE!

    Krzysztof Pawlak
    redaktor naczelny ASME
    sygnatariusz UPR
    wiceprezes Okręgu Mazowieckiego UPR