grudnia 29, 2007 - stycznia 20, 2008

Manifestacja "studentów i licealistów" pod sztandarami Młodzieży Wszechpolskiej, Obozu Narodowo-Radykalnego i sekcji młodzieżowej UPR Wysłane niedziela, 20, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

Przedstawiamy Państwu relację TV ASME z wczorajszej manifestacji "studentów i licealistów" pod egidą Młodzieży Wszechpolskiej, Obozu Narodowo-Radykalnego i sekcji młodzieżowej UPR, którą reprezentowało kilkanaście osób.

Zebranie zostało przeprowadzone w celu zamanifestowania sprzeciwu wobec ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego, będącego faktycznie próbą ustanowienia konstytucji Unii Europejskiej tylnymi drzwiami, przeciw czemu już w zeszłym roku protestowała Unia Polityki Realnej, ogłaszając rozpoczęcie zbiórki podpisów pod obywatelską inicjatywą zwołania referendum w tej sprawie - więcej w nagraniu TV ASME z tego wydarzenia.
Demonstracja w formie przemarszu z warszawskiego pl. Zamkowego pod budynek Sejmu RP, gdzie odbyły się wystąpienia zaproszonego przez SM UPR redaktora Stanisława Michalkiewicza oraz byłego posła LPR Krzysztofa Bosaka (znanego głównie szerokim rzeszom odbiorców stacji TVN ze swojego uwielbienia dla tańców przed obiektywem kamery), zebrała około kilkudziesięciu osób, wśród których największą optycznie grupę stanowili młodzieńcy noszący obuwie ortopedyczne i relacjonowana była przez ekipy stacji telewizyjnych TVN/TVN 24, Puls (zasięg lokalny) oraz dziennikarzy stacji radiowych. W głównych internetowych serwisach informacyjnych nie odnotowano tego wydarzenia, zaś nagranie ekipy TVN posłużyło do okraszenia kilkusekundowymi przebitkami materiału w sobotnim wydaniu głównego dziennika tej stacji traktującego o "rewelacji" jednego z lewicowych tygodników mainstreamowych - powołaniu przez twórcę koncernu medialnego oo. redemptorystów, o. Tadeusza Rydzyka nowej formacji politycznej pod swoim patronatem: Partii Narodowej.
Jak wyglądał przebieg manifestacji - można przekonać się w nagraniu TV ASME, zawierającym dodatkowy wywiad ze Stanisławem Michalkiewiczem.

Warto przy tej okazji zwrócić uwagę na szkodliwą dla wizerunku Unii Polityki Realnej kontynuację współpracy z ugrupowaniami, którym zeszłoroczna weryfikacja wyborcza przyniosła kres faktycznej działalności politycznej.

Nagranie trwa ponad 24 minuty, jest dostępne w Sieci do 3 II 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Coraz bliżej prawdy - Antoni Zambrowski Wysłane sobota, 19, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

Na temat:

Gomułka wyparł się tej zbrodni - Antoni Zambrowski

Zajrzyj także:

Moje kolejne sprostowanie rodzinne - Antoni Zambrowski

Życiorys Romana Zambrowskiego

Dzięki publikacjom na łamach "Gazety Polskiej" odzywają się czytelnicy posiadający wiedzę o zatajonych przez komunistach zbrodniach.

Wkraczamy w rok 2008, co oznacza, że wkrótce będziemy obchodzili 40. rocznicę wydarzeń marcowych 1968 roku. Ponieważ nie wszyscy nasi czytelnicy pamiętają zamieszczone na łamach "Gazety Polskiej" wspomnienia bezpośredniego uczestnika tych wydarzeń Bohdana Urbankowskiego, przypomnę, że chodzi o studencki protest przeciwko zdjęciu ze sceny Teatru Narodowego dramatu Adama Mickiewicza - "Dziady". Zenonowi Kliszce - osobie nr 2 w ówczesnej hierarchii partyjnej nie spodobały się spontaniczne reakcje warszawskiej publiczności na zawarte tam opisy prześladowań polskich patriotów przez władze carskie, odbierane jako aluzje do PRL. Namówił więc tow. Wiesława, czyli Władysława Gomułkę, by w imię wieczystej przyjaźni polsko-radzieckiej zrezygnowano z dalszych przedstawień dramatu narodowego wieszcza. Po upływie dwóch lat tenże Zenon Kliszko stanie się winowajcą jeszcze większej tragedii. Pragnąc nie dopuścić robotników do stoczni "Komuna Paryska" w Gdyni w obawie przed ewentualnym sabotażem, zażąda w grudniu 1970 roku użycia przez wojsko broni palnej pod stacją kolejową koło stoczni. Zamiast najzwyczajniej skasować przystanek, strzelano do idących do pracy robotników. Pomysł tow. Kliszki odnośnie konfiskaty dramatu narodowego wieszcza nie miał aż tak tragicznych skutków, ale też spowodował ofiary wśród protestujących przeciwko tej skandalicznej decyzji studentów.

Anonimowe ofiary ZOMO

Bohdan Urbankowski pod wpływem wydarzeń 1968 roku w Warszawie poświęcił swój poemat anonimowej studentce zabitej przez siepaczy z moczarowego ZOMO. Władze komunistyczne z Władysławem Gomułką na czele bezczelnie wyparły się ofiar policyjnego terroru. Przez długie lata policyjni historycy zarzucali uczestnikom i przywódcom protestacyjnego ruchu studenckiego manipulowanie wymyślonymi przez siebie faktami śmierci pobitych przez ZOMO studentów. Szczególnie oskarżani o to byli tzw. przywódcy "Ruchu 8 marca", posadzeni przez SB na ławie oskarżonych w sprawie Karola Modzelewskiego i innych. Tymczasem to władze komunistyczne wykorzystując swój monopol na środki społecznego przekazu, z właściwym sobie cynizmem wmawiały społeczeństwu, że żadnych śmiertelnych ofiar nie było.
Przypomnę, że po artykule Bohdana Urbankowskiego w tej sprawie zabrałem głos na łamach "Gazety Polskiej" i witryny ASME, ujawniając, iż były co najmniej dwie ofiary śmiertelne ZOMO. Tak wynikało z krótkiej, telefonicznej rozmowy przeprowadzonej w mojej obecności przez dwie młode lekarki warszawskie. Jedna z nich Zosia Olszewska powiedziała mojej bratowej Anicie z Wazowskich Zambrowskiej, że w jej szpitalu były dwa zejścia śmiertelne, "ale to rozmowa nie na telefon". Gdyby za te dwa zgony nie odpowiadały władze komunistyczne, nic by nie stało na przeszkodzie, aby o ich przyczynach porozmawiać swobodnie.

Nowy trop w tej sprawie

Dzięki tym artykułom na łamach "Gazety Polskiej" mamy już pierwszy trop w omawianej sprawie. Mój wieloletni przyjaciel Emil Morgiewicz - znany działacz Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, a wcześniej członek- założyciel Komitetu Obrony Robotników opowiedział mi przed kilkoma dniami - pod wrażeniem lektury artykułów B. Urbankowskiego i mojego - historię studentki pobitej prawdopodobnie ze skutkiem śmiertelnym przy wejściu na Uniwersytet przez ZOMO-wców. Emil w czasie wydarzeń marcowych 1968 roku nie był już studentem Uniwersytetu, ale jako opozycyjny działacz niepodległościowy korzystał z każdej sposobności, aby z bliska przyglądać się wiecom studentów na Uniwersytecie. Korzystał w tym celu ze starej legitymacji studenckiej, którą okazywał przy wchodzeniu na teren uniwersytetu. I ani razu nie miał przy tym wpadki.

Takiego szczęścia nie miała pewna anonimowa studentka, zatrzymana przez ZOMO-wca przy furtce koło bramy głównej na Krakowskim Przedmieściu 8 marca 1968 roku już po rozpędzeniu wiecu studentów. Władze wprowadziły dla osób uprawnionych do wejścia na Uniwersytet specjalne przepustki, której nie miała owa studentka. Milicjant nie chciał jej wpuścić, lecz ona upierała się przy swoim prawie do wejścia, gdyż miała tego dnia egzamin poprawkowy. Choć nie stanowiła zagrożenia fizycznego dla owego milicjanta, została po dłuższej dyskusji przez niego brutalnie spałowana. Upadła na ziemię i, skopana po całym ciele, nie była w stanie wstać. Wówczas czworo obecnych przy tym studentów - w tym Jan Krasnowolski, Janusz Radziejowski i Anna Oleszczuk zaopiekowało się koleżanką i zaniosło ją na rękach do pobliskiego szpitala dziecięcego przy ul. Świętokrzyskiej (dziś izba przyjęć jest na tyłach Pałacu ks. Stanisława Staszica, wówczas była obok wejścia do Pałacu). Nieprzytomną dziewczyną natychmiast zajęli się lekarze z izby przyjęć, z których jeden z nich wypowiedział wobec Andrzeja Krasnowolskiego obawy, że dziewczyna po skopaniu przez milicjanta ma bardzo poważne obrażenia jamy brzusznej. Andrzej Krasnowolski miał też krewnych w Klubie Inteligencji Katolickiej przy ul. ks. Kopernika. Po wyjściu ze szpitala pobiegł tam i opowiedział o całym zdarzeniu, którego był świadkiem. Pod wpływem tych wrażeń napisał tam kilkanaście ulotek o pobiciu studentki. W wyniku donosu został następnego dnia zatrzymany przez SB, zabrany do Pałacu Mostowskich, gdzie mieściła się Komenda Stołeczna i tam przesłuchany przez SB-eków pod zarzutem rozpowszechniania fałszywych informacji godzących w istotny interes państwa. Mimo to Andrzej Krasnowolski nadal interesował się losami pobitej studentki. Gdy dowiedział się, że ofiary pobić milicyjnych są leczone w szpitalu wojskowym na Szaserów, namówił swą krewną lekarkę, by podczas najbliższej okazji dowiedziała się o losach dziewczyny. Ta lekarka wkrótce operowała w szpitalu na Szaserów i w rozmowie w cztery oczy zapytała towarzyszącego jej lekarza z tego szpitala, jaki jest stan owej studentki. Jego odpowiedź była krótka: "Pani doktor, tej rozmowy nie było. My musimy meldować o wszystkich przypadkach interesowania się tego rodzaju pacjentami".
Nie wykluczone, że ten incydent był jednym z powodów zgłoszenia interpelacji poselskiej przez katolicki klub "Znak" związany personalnie z warszawskim KIK-iem. Posłowie klubu w swej interpelacji do premiera Józefa Cyrankiewicza podkreślali: "Manifestująca młodzież była bita niesłychanie brutalnie, częstokroć w sposób zagrażający życiu. Widziano szereg wypadków znęcania się nad młodzieżą, w tym nad kobietami. Wszystko to rozjątrzyło niesłychanie społeczeństwo". Jak wiadomo, partyjna większość odpowiedziała na interpelacje klubu katolickiego inwektywami. Najbardziej celował w tym poseł Stanisław Kociołek - później w piosence o wydarzeniach grudniowych na Wybrzeżu określony jako krwawy kat Trójmiasta. Jak wiemy, zacieranie zbrodni na cywilnej ludności w grudniu 1970 roku odbywało się na jeszcze większą skalę niż w marcu 1968 roku. Trupy zabitych stoczniowców chowano potajemnie w nocy, wielu nawet nie w trumnach, lecz w workach ze sztucznego tworzywa. Takie praktyki tuszowania zbrodni stosowała SB również w stanie wojennym i po nim.
Dlatego należy zaapelować do historyków IPN, by nie dawali się wyprowadzać w pole przez SB-eckie matactwa i nie ustawali w poszukiwaniu prawdy o ofiarach komunistycznego bestialstwa.
Warto przypomnieć, że Episkopat Kościoła pod kierownictwem ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego już 21 marca 1968 roku potępił uciekanie się przez władze komunistyczne do przemocy. W Słowie Episkopatu Polski biskupi oświadczyli: "Wszelkie sprawy, jakie dzielą ludzi w świecie współczesnym, powinny być rozwiązywane nie przy pomocy siły, ale w drodze wnikliwego dialogu. Tylko taka metoda może prowadzić do unikania dyskryminacji, a nade wszystko do znajdowania prawdy i sprawiedliwości w stosunkach miedzy ludźmi. Tylko ta metoda odpowiada godności człowieka, w niej bowiem dochodzi do głosu jego siła moralna. Stosowanie środków przemocy fizycznej nie prowadzi do prawdziwego rozwiązywania napięć miedzy ludźmi ani miedzy grupami społecznymi. Brutalne użycie siły uwłacza godności ludzkiej i zamiast służyć utrzymaniu pokoju, rozjątrza tylko rany". Mądre te słowa nie docierały niestety do komunistycznych dostojników, stąd tyle bestialstwa w ich działaniach.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


"Międzynarodówka" śpiewna przez lewicowych nauczycieli, czyli PSL jest zdolne do wszystkiego - Stanisław Michalkiewicz o zaskakujących zbieżnościach w działaniach lewicowych ugrupowań Wysłane sobota, 19, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








"Międzynarodówka" śpiewna przez lewicowych nauczycieli, czyli PSL jest zdolne do wszystkiego - Stanisław Michalkiewicz o zaskakujących zbieżnościach w działaniach lewicowych ugrupowań Wysłane sobota, 19, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Wiele osób uważa, że co jak co, ale recydywa PRL-u już nie jest możliwa. Nie jest to wcale tak pewne, a pewną poszlakę wskazującą na taką możliwość właśnie mamy. Kto by pomyślał, że w 18. roku od przesławnej transformacji ustrojowej manifestujący w Warszawie w liczbie, podobno, 12 tysięcy - będą śpiewać »Międzynarodówkę«... »Myśl nowa blaski promiennymi dziś wiedzie na na bo, na trud« - i tak dalej, i tak dalej. Wszystko jest możliwe, wszystko jest przed nami i myślę, że ta scena, z »Międzynarodówką« śpiewaną przez demonstrujących nauczycieli jest wizytówką, symbolem nadchodzących czasów. Nie tylko mamy recydywę III Rzeczpospolitej ze wszystkimi tego elementami i konsekwencjami, ale być może recydywa III RP jest tylko etapem przejściowym do recydywy PRL-u. Dlatego, że ci nauczyciele śpiewający "Międzynarodówkę" uczą dzieci, a przecież te 12 tysięcy to nie są wszyscy członkowie Związku Nauczycielstwa Polskiego, ale jedynie to ci najbardziej aktywni i wytrwali. Są jeszcze ich rodziny i znajomi oraz sympatycy, i to właśnie oni indoktrynują młode pokolenie. Nic innego ich nie nauczą, poza tym co jest zapisane w tekście »Międzynarodówki«" - Stanisław Michalkiewicz, jedne z najlepszych publicystów prawicowych i stały współpracownik naszej witryny ASME, komentuje najświeższe wydarzenia ze scena teatru politycznego "polskiego regionu E".

Pan Broniarz, szef ZNP, jest oczywiście jeśli nie członkiem, to przynajmniej sympatykiem SLD i manifestacja przez niego zorganizowana najwyraźniej jest jednym z wielu elementów przygotowywania gruntu do zmiany sympatii tych, którzy zainwestowali w zwycięstwo Platformy Obywatelskiej. Owe zwycięstwo i uformowanie przez nią rządu jest tylko etapem przejściowym w procesie przywrócenia władzy "właściwym ludziom" i właściwym środowiskom", czyli osobnikom z lewicy. To nie nastąpi szybko, bo rząd Donalda Tuska musi się "odwdzięczyć", czyli załatwić wszystkie sprawy i czynności, dzięki którym "razwiedka" i środowiska z nią związane odzyskają pozycję w gospodarce i mediach, która została zachwiana na skutek działania rządu PiS - stwierdza SM. Warto zwrócić uwagę, że rząd Donalda Tuska przejął władzę w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z inflacją spowodowaną głównie przez wzrost cen żywności. Trzeba też pamiętać, że w Polsce 60% gospodarstw domowych nie ma żadnych oszczędności. Pamiętamy też, że tow. Gomułka został obalony w wyniku zarządzonej przez niego w grudniu 1970 roku podwyżki cen żywności. Podobnie było z tow. Gierkiem w roku 1980. Na razie minister gospodarczy, pan Władysław Pawlak mężnie unika spotkania z żonami górników, które przyjechały do Warszawy. W ten sposób w ogóle dowiedzieliśmy się, że jest rząd koalicyjny - bo jak dotąd o PSL było słychać bardzo mało. O ile wzrost cen przejściowo działa na korzyść rolnictwa, to jednak na dłuższą metę działa na niekorzyść w stosunku do całego rządu. Może funkcjonariusze PSL stroją się w piórka działaczy wallenrodycznych, myśląc, że w następnym sejmie też będą potrzebni jako koalicjant? - zastanawia się Stanisław Michalkiewcz.

Nagranie trwa ponad 8 minut, jest dostępne w Sieci do 31 I 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Strach ma wielkie oczy - prof. Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 18, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

Miałem nadzieję, że ominie mnie dyskusja o strachach i prowokacjach Grossa, że nie dam się wciągnąć w wir debat i komentarzy na temat jego książek. Obserwując to, co się wokół tej książki dzieje, dochodzę do wniosku, że abstrahując od zainteresowań i intencji Grossa oraz zawartości jego książek, mamy do czynienia z prowokacją polityczną skierowaną przeciwko Polsce i Polakom, przeciwko naszym interesom narodowym. Uważam, że prokuratura, zamiast zajmować się kwestią czy Gross nie obraził przypadkiem narodu polskiego, powinna raczej zająć się zbadaniem kto i dlaczego organizuje tego rodzaju antypolską kampanię propagandową, jak to się dzieje, że w tej kampanii biorą od razu udział wszystkie publiczne środki masowego przekazu, że temat leje się z mediów przez cała dobę, na okrągło, zupełnie tak, jakby w Polsce nie było tematów ważniejszych i bardziej podstawowych? Innymi słowy: komu służą te media, na które płacimy podatki i które, na mocy praw i obyczajów, służyć powinny nam i naszym interesom? Czy jest to tylko nadgorliwość naszych krajowych reprezentantów obcej racji stanu, czy też jest to kampania propagandowa orkiestrowana z zewnątrz, gdyż jest to ewidentnie antypolska kampania polityczna. Jeśli bowiem inicjatorów tej "humanitarnej i rozrachunkowej" akcji ma być problem antysemityzmu i odpowiedź na pytanie "dlaczego sąsiedzi mordowali sąsiadów", to wypada zapytać, dlaczego nie pisze się w Ameryce książek o antysemityzmie, na ten przykład, Rosjan lub Ukraińców?

Czytam "Historię Imperium Rosyjskiego" Michaiła Hellera i dowiaduję się z niej, że pogromy żydowskie były w Rosji tradycją sięgającą XI - XII wieku, a więc czasu, gdy w Polsce powstawało "Paradisus Iudeorum" - autonomia żydowska, w której Żydzi posiadali swoją odrębną administrację, swoje sądownictwo, swój własny system edukacyjny. W tym samym czasie, w sąsiednich krajach antysemityzm stanowił istotny składnik życia społecznego i politycznego. Na Ukrainie dzisiaj stawia się pomniki i ogłasza bohaterami narodowymi ludzi, którzy nie tylko stworzyli ideologię nienawiści etnicznej, ale jak najbardziej wcielali ją w życie, kierując formacjami zbrojnymi, które dokonywały zaplanowanej i zorganizowanej eksterminacji ludności żydowskiej. Ulica, po której chodziłem do szkoły we Lwowie, nosi dzisiaj imię Stiepana Bandery, nieopodal stoi jego pomnik. Kto jak kto, ale Bandera ma niepodważalne zasługi w mordowaniu nie tylko Polaków, ale i Żydów. Historycznych "zasług" Bohdana Chmielnickiego, którego imię nosi dziś wielkie ukraińskie miasto, w mordowaniu i eksterminacji Żydów nie da się przecenić, bo na jego konto historycy zapisują wymordowanie ok. 100 tysięcy Żydów, co jest chyba osiągnięciem niebanalnym, zważywszy ówczesną gęstość zaludnienia tych ziem. No i, oczywiście, nie powinno się zapominać, że większość majątku polskich Żydów przeszła po wojnie w ręce niezwyciężonego Związku Sowieckiego i do dziś pozostaje w rękach jego spadkobierców. Jakoś jednak nie słyszymy, żeby światowe organizacje żydowskie TAM kierowały swoje żądania rekompensat i restytucji mienia, i TAM przeprowadzały swoje badania na temat psychologicznym uwarunkowań i motywacji antysemityzmu.
Ze słowem "Żyd" zetknąłem się po raz pierwszy jako dziecko we Lwowie, kiedy nasza Mama trafiła pod sąd, bo powiedziała o kimś, czy do kogoś, że jest Żydem. Być może sędzia (czy prokurator?) ulitował się nad samotną matką dwóch maluchów, których ojciec w tym czasie balował na wczasach gdzieś pod Buchta-Nachodką i jedynie pogroził jej i kazał zapamiętać na całe życie, iż "w Sawieckom Sajuzie niet Żydow, tolko Jewreji" i że za powiedzenie o kimś "Żyd" można trafić do więzienia. Wtedy się dowiedziałem, że słowo "Żyd" jest słowem pejoratywnym i obelżywym, a prawidłowe określenie to "Jewrej".
Kiedy Władza Ludowa wyzwoliła nas od naszego mieszczańskiego dorobku i dobrowolnie przetransferowała na Ziemie Odzyskane, uczęszczałem do wielu szkół, w Szprotawie, Sławie Śląskiej, Oławie, Jeleniej Górze. Z tych lat nauki szkolnej nie przypominam sobie żadnych dzieci żydowskich, antysemickich dowcipów i w ogóle "problemu żydowskiego". Może nie tylko mojej Mamie udzielono lekcji wychowawczej i inni rodzice też wiedzieli, że o Żydach głośno się nie mówi? Pozostaje jednak faktem, że z Żydami zetknąłem się dopiero na studiach na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego. Wśród Żydów, jak się wydaje, zdolności matematyczno-fizyczne są dość powszechne, więc moi żydowscy koledzy byli prawie bez wyjątku bardzo uzdolnionymi i wyróżniającymi się studentami, a ponieważ fizyka i matematyka były moją pasją, więc stosunki między nami układały się jak najlepiej. Niektórzy z nich wyjechali z Polski w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, gdy Władza zaczęła werbować wojowników do wojen na Bliskim Wschodzie i zaczęła zachęcać do wyjazdu do Izraela.
Na całym Wydziale stosunek do Żydów był bardzo pozytywny, ponieważ pracowali na nim wybitni żydowscy matematycy, jak Hugo Steinhaus, Edward Marczewski, Bronisław Knaster, Stanisław Hartman. Cieszyli się oni ogromnym szacunkiem i autorytetem .
Tak się złożyło, że do mieszkania, w którym mieszkaliśmy, dokwaterowano w latach pięćdziesiątych rodzinę rosyjskich Żydów, świeżo przybyłych z bezkresnych rejonów "ojczyzny proletariatu". Aczkolwiek w owym czasie na przydział mieszkania czekało się nieskończoną liczbę lat, ludzie ci dostali mieszkanie bez czekania. Nie mówili oni nawet po polsku, a głowa tej rodziny dostała pracę w koszernej jatce, gdyż był z zawodu rzeźnikiem. Pomimo wspólnego korytarza i ubikacji, pomimo smakowitych zapachów kuchni żydowskiej wypełniających źle wentylowane mieszkanie, nasze współżycie układało się harmonijnie i bezkonfliktowo. W roku 1969 rodzina moich współlokatorów skorzystała z oferty i wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Jestem pewien, że wyjechali pod wielkim wrażeniem polskiego antysemityzmu, gdyż opowiadali mi o szykanach, jakim zostali poddani podczas odprawy celnej i przeprawy przez granicę. Władza Ludowa zadbała, żeby świadomość polskiego antysemityzmu pozostała w ich pamięci.
Podczas urządzonej nam antysemickiej hecy roku 1968, moja Rada Wydziału była jedną z bodajże dwóch czy trzech rad akademickich, które zaprotestowały przeciwko szykanom i prześladowaniom, jakim poddano niektórych Żydów. W rezultacie tych szykan i represji niektórzy z moich żydowskich kolegów wyjechali z Polski, ale inni pozostali i kontynuowali pracę i karierę naukową w Polsce. Dzisiaj są znanymi i powszechnie szanowanymi profesorami.
Problem żydowski nie istniał i nie pojawiał się w czasie stanu wojennego, i podczas naszej wieloletniej podziemnej walki. Moi żydowscy koledzy i przyjaciele, razem ze mną, działali aktywnie w podziemiu, zajmując się drukiem i kolportowaniem podziemnych wydawnictw, pisząc artykuły i robiąc wszystko to, co w podziemiu robić wypadało. Nigdy też nie przychodziło mi do głowy, żeby patrzeć na nich inaczej jak na innych, nieżydowskich towarzyszy broni.
Problem żydowski pojawił się dopiero w kilka lat po upadku PRL-u. Jako radny Rady Miejskiej Wrocławia ze zdumieniem patrzyłem, jak pojawiają się, w polskim Wrocławiu, żądania rewindykacyjne, jak narasta problem restytucji mienia żydowskiego, którego przecież nie odebrali wrocławskim Żydom ani polscy mieszkańcy, ani polskie władze tego miasta. Pomimo, że nowo powstała Gmina Żydowska liczy sobie kilkuset członków, i są to w większości młodzi ludzie, nagle się okazało, że Gminie tej należą się jakieś budynki, że trzeba oddać jej wielki miejski szpital, budować synagogę itd., itp. Na Sesji Rady Miejskiej wystąpił nieoczekiwanie Prezydent Wrocławia i zażądał uchwalenia budowy pomnika tzw. Nocy Kryształowej i powiedział, że nie życzy sobie jakiejkolwiek dyskusji tego tematu: Rada ma po prostu taką decyzję podjąć i szlus! Ponieważ nie należałem do zdyscyplinowanej partyjnej większości, więc pozwoliłem sobie zaprotestować i zapytać w "Liście Otwartym" co to takiego jest ta "Noc Kryształowa" i skąd się ona wzięła w historii mego kraju i dlaczego my, Wrocławianie, mamy budować tu jakieś pomniki? Nie trzeba dodawać, że na ten List nikt do dzisiaj nie udzielił odpowiedzi. Zamiast tego, na uroczystość otwarcia pomnika zjawili się karnie premier polskiego rządu Jerzy Buzek, metropolita wrocławski ksiądz kardynał Henryk Gulbinowicz, ambasadorowie: amerykański, niemiecki, izraelski. I inni notable.
Nie wierzę w dobre i przyzwoite intencje organizatorów tej kampanii medialnej wokół "Strachu" Grossa. Nie wierzę, że chodzi im o "dotarcie do prawdy", o "naukę" i "refleksję". Nie wierzę, że chodzi o sprawy fundamentalne, bo 17 lat temu napisałem książkę na temat bulwersujący opinię publiczną w Polsce, książkę w której przedstawiłem mechanizm i przebieg tzw. afery FOZZ. Z powodu tej książki przez 14 lat stałem przed Sądem Okręgowym w Warszawie, zanim ten sąd zdecydował się oddalić powództwo. Podczas tych wielu lat nie tylko nikt się za mną nie ujął, nie wołał o gwałceniu wolności słowa itp., ale nie przypominam sobie nawet jakiegokolwiek zainteresowania tą sprawą mediów publicznych. Nie zostałem nigdy zaproszony do publicznej telewizji czy radia, nie odbyła się żadna debata, żadne "Warto rozmawiać" żadna "Kropka nad I". Świadkami w tym procesie byli tacy dygnitarze jak Jarosław i Lech Kaczyńscy, ale nawet i ten fakt nie przyciągnął jakiegokolwiek dziennikarza zainteresowanego tematem. Owszem, pamiętam, jak rektor pewnej wielkiej uczelni zabronił studentom zorganizowania spotkania z autorami "Via bank i FOZZ". Podobnie przedstawia się sprawa z książkami i artykułami, jakie napisałem na temat ordynacji wyborczej do Sejmu i postulatu jednomandatowych okręgów wyborczych.

Strach, także "Strach" Grossa, ma wielkie oczy i proponuję pewien dystans oraz ignorowanie tej zadymy, która ma nas skłócić i zaprezentować przed światem, że Polacy to naród ksenofobów, antysemitów, nienawistników i morderców. Pan Gross może sobie tak myśleć i pisać, jestem za wolnością słowa. Nie dawajmy się wciągać w te proste kanały socjotechniczne. Zajmijmy się naszymi, poważnymi sprawami. Zajmijmy się sprawą ordynacji wyborczej, bo wprowadzając jednomandatowe okręgi wyborcze, sprowadzimy tzw. problem żydowski do jego właściwych proporcji.

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    W polskim życiu medialnym nastąpiła recydywa: "kto wygrywa wybory, przejmuje publiczną telewizję", a teraz do skoku na TV szykuje się koalicja PO-PSL - Łukasz Perzyna o cyklicznych konwulsjach sceny politycznej "polskiego regionu UE" Wysłane czwartek, 17, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    W polskim życiu medialnym nastąpiła recydywa: "kto wygrywa wybory, przejmuje publiczną telewizję", a teraz do skoku na TV szykuje się koalicja PO-PSL - Łukasz Perzyna o cyklicznych konwulsjach sceny politycznej "polskiego regionu UE" Wysłane czwartek, 17, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Kiedy w Polsce przegrała »rewolucja moralna« jako hasło sztandarowe ugrupowania niepodzielnie dzierżącego władzę w latach 2005 - 2007 - Prawa i Sprawiedliwości, mającego stanowiska prezydenta, premiera, wszystkie najważniejsze instytucje krajowe od członków Krajowej Rady Radia i Telewizji po Najwyższą Izbę Kontroli? Czy w momencie, kiedy LPR i Samoobrona, partie w jakimś sensie gorszące w swoim sposobie działania, odwołujące się do swoich elektoratów pozostałych poza obrębem polskiej transformacji, przez nią poszkodowanych - zostały dopuszczone do rządów? Chyba jednak nie wtedy, bo przecież Samoobrony i LPR już nie ma - Jarosławowi Kaczyńskiemu przypada historyczna zasługa wyeliminowania tych ugrupowań ze sceny politycznej poprzez dopuszczenie ich do głosu i rządów, a więc tym samym pozbawienia uroku nowości czy inności, i wydrenowanie ich elektoratów. Czy w momencie, kiedy ledwie co trzeci Polak wskazał ugrupowanie, które ją ucieleśniało, które uczyniło ją okrętem flagowy swojej polityki? Przecież liczba wyborców PiS wcale nie zmalała - w liczbach bezwzględnych miało ich w roku 2007 więcej niż w roku 2005. Po prostu zagłosowało więcej Polaków - także i ci, młodzi, wykształceni, znużeni retoryką PiS i nieskuteczną »rewolucją moralną«. Gdyby jakiś magistrant czy doktorant szukałby klinicznego przykładu niepowodzenia »moralnej rewolucji« - to nie co innego jak telewizja dostarcza odpowiedniego egzemplum. W 2005 przed PiS otworzyła się dość szczególna perspektywa: posady prezydenta, premiera, cała władza skupiona w rękach jednego ugrupowania... i natychmiastowa chęć »przejęcia« telewizji publicznej, do której Jarosław Kaczyński miał swoje pretensje od zawsze, także za jej postawę w trakcie ówczesnej kampanii przedwyborczej" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje powody klęski byłego ugrupowania rządzącego.

    Pierwszą operacją polityczną PiS po wygranych wyborach była właśnie operacja medialna: zmniejszanie liczebności KRRiTV wiążące się z powoływaniem jej od nowa miało się odbyć w takim czasie i trybie, by obaj liderzy-bliźniacy mogli dostać jako prezent pod choinkę prezent w postaci znowelizowanej ustawy. Miarą zaś osławionego już profesjonalizmu PiS było tylko natychmiastowe odrzucenie przez Trybunał Konstytucyjny przygotowanej ustawy. Prezesura PiS-owskiego nominata Bronisława Wildsteina zapisała się natychmiast urządzeniem studia wyborczego, które w bezprecedensowy sposób było przygotowane wespół ze szpringerowskim "Dziennikiem", co tak naprawdę było reklamówką tej prywatnej gazety, w tamtym okresie basującej rządzącej koalicji. Z kolei Andrzej Urbański z pewnością nie szukał w telewizji okazji do rywalizacji, szerokiej debaty - tego, co macherzy od mediów z poręki PiS obiecywali w trakcie przedwyborczych fajerwerków. Dane z medialnej oceny: oglądalności ściągalności reklam wskazują na pogorszenie się standingi TVP na korzyść oligarchicznych stacji prywatnych. Jednym słowem - rządy nominatów PiS paradoksalnie wsparły nadawców prywatnych, wzmocniły osławiony "Układ" poprzez deprecjację wizerunku publicznej stacji i wyrobienie wśród widzów odruchu "ruchu ręki z pilotem", kiedy nadawane są w niej programy publicystyczne. PiS nie umiało także stworzyć na bazie współpracowników TVP swoistego "think tanku", forum niezależnej i sympatyzującej z tym ugrupowaniem myśli politycznej, choć głosiło nawet niegdyś projekty stworzenia "niezależnych" uniwersytetów czy instytucji społeczno-politycznych...
    PiS powtórzyło scenariusz wcześniej ćwiczony przez PZPR/SLD, AW"S"/UD i PSL: kto przejmuje telewizję - przegrywa wybory... Czy będzie i tak z Platformą Obywatelską? - zastanawia się Łukasz Perzyna.

    Nagranie trwa ponad 16 minut, jest dostępne w Sieci do 31 I 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Czy w wyniku coraz intensywniejszego "dialogu z judaizmem" wystarczy funduszy na budowę Świątyni Opatrzności? - Stanisław Michalkiewicz o ocknięciu się polityków obecnego gabinetu rządzącego ze świąteczno-noworocznej nirwany Wysłane piątek, 11, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Czy w wyniku coraz intensywniejszego "dialogu z judaizmem" wystarczy funduszy na budowę Świątyni Opatrzności? - Stanisław Michalkiewicz o ocknięciu się polityków obecnego gabinetu rządzącego ze świąteczno-noworocznej nirwany Wysłane piątek, 11, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Proszę Państwa - mamy problem. Rząd, jak się okazuje, nie potrafi wymyślić prochu w sprawie reformy ochrony zdrowia. Wprawdzie pani minister Kopacz jest jedyną ministerką w rządzie Donalda Tuska, która należała do osławionego »rządu cieni«, który miał znaleźć stosowne remedium na wszystkie bolączki, ale okazało się, że pani minister chyba kijem obijała gruchy w czasie tego stażu, bo nawet na posiedzeniu rządu, które miało być poświęcone naprawie służby zdrowia, o ile mi wiadomo, nie przedstawiła zadowalających pana premiera pomysłów, w związku z czym pan premier odformalizował te posiedzenie i było to nieformalne spotkanie ministrów, a nie posiedzenie Rady Ministrów. Na taką sytucję pan prezydent zaprosił do siebie wszystkich szefów ugrupowań parlamentarnych i stanął na nieubłaganym stanowisku zwołania »okrągłego stołu«, nie tylko z udziałem polityków, ale także z przedstawicielami związków zawodowych lekarzy, a przynajmniej jednego - Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. Jak wiemy, zwoływanie okrągłych stołów na pewno przyniesie jakieś rezultaty, przynajmniej takie, że niezależne media już nie będą o problemach ochrony zdrowia pisały, a czego nie ma w telewizji - to nie istnieje. I prawdopodobnie na tym będzie polegał »efekt okrągłego stołu«, bo na żadną reformę nie ma co liczyć z tego prostego powodu, o jakim już Państwu mówiłem poprzednio, cytując Bertolda Brechta: »Toć raj na ziemi stworzyć każdy chce, ale czy forsę ma - niestety nie«. Wszystko polega na tym, że nie wiadomo, skąd wziąć »szmalec« na poprawę sytuacji ochrony zdrowia" - Stanisław Michalkiewicz, wyśmienity publicysta prawicowy i stały współpracownik naszej witryny ASME, komentuje najnowsze wydarzenia w "establiszmencie".

    Oczywiście ten "szmalec" w szacowanej wysokości 40 mld zł i tak się weźmie od biednych podatników, ale jeszcze nie wymyślono pretekstu, pod jakim będzie się ich łupić. Na pewno jakiś pomysł się trafi, bo wiadomo, że pomysłowość ludzka, a nawet takiego człowieka, jakim jest pani minister Kopacz, jest niewyczerpana. Tymczasem to nie koniec naszych bolączek: media podały, że w ciągu najbliższych pięciu lat ZUS-owi może zabraknąć 200 mld złotych na wypłatę rent i emerytur - roczny przychód budżetu. Trzeba było słuchać się prezydenta CAS-u, pana doktora Andrzeja Sadowskiego, który mówił o tym już dawno, sugerując, że trzeba zacząć liczyć już tylko na siebie. To nie koniec naszych kłopotów, wygląda bowiem, że nasz "dialog z judaizmem" wchodzi w następną, decydującą fazę: 17 stycznia przypada kolejny, 11. już Dzień Judaizmu w Kościele katolickim. Tym razem centralne dożynki, czyli obchody, odbędą się w Zamościu - jużci Ekscelencja przebiera nóżkami, nie mogąc się doczekać, by tam zabłysnąć. Niezależnie od tego akurat w najbliższych dniach na rynek wychodzi książka pana Grossa, która jest praktyczną realizacją zalecenia Zakonu Synów Przymierza, czyli loży B'nai B'rith, której przewodniczący zapowiedział Polakom, że należy zacząć realizować roszczenia majątkowe wysuwane przez organizacje żydowskie w stosunku do Polski. Wartość tych roszczeń wynosi około 65 mld dolarów - znowu w przybliżeniu jest to równowartość rocznego budżetu państwa polskiego. Dodajmy te kwoty: 40 mld zł na poprawę sytuacji w służbie zdrowia, 200 mld zł na pokrycie deficytu ZUS-u, 200 mld dla Żydów - wygląda na to, że może już nie wystarczyć na budowę Świątyni Opatrzności, bo społeczeństwo polskie może dojść do wniosku, że na tacę "dialogu z judaizmem" może mu zabraknąć... - zastanawia się Stanisław Michalkiewicz.

    Nagranie trwa prawie 8 minut, jest dostępne w Sieci do 25 I 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Bestie (2) - Tadeusz M. Płużański Wysłane czwartek, 10, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    W poprzednim odcinku ("Mordercy narodu polskiego" - przyp. ASME) opisaliśmy morderców narodu polskiego z Rzeszowszczyzny. Dziś przyjrzymy się innemu rejonowi Polski - Lubelszczyźnie. Tu niepodległościowe podziemie po wojnie było szczególnie silne, i aby je zlikwidować, komuniści uruchomili cały dostępny na tym terenie aparat przemocy. Mimo podjęcia zaciętej walki żołnierze WiN i z innych oddziałów wyrosłych z ideałów II RP i kontynuujących dzieło Armii Krajowej oraz Polskiego Państwa Podziemnego nie mieli szans z okupacyjnymi szwadronami NKWD, KBW i UB.

    Jednym z bardziej "zasłużonych" utrwalaczy władzy "ludowej" w Lubelskiem był Stanisław Szot. Za wydawanie żołnierzy II konspiracji w ręce Sowietów powinien być sądzony. Tymczasem w wolnej Rzeczypospolitej ten komunistyczny partyzant, po wojnie szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie, jest ekspertem od najnowszej historii Polski. Stanisław Szot jeździ po kraju, wygłaszając referaty o heroizmie Armii Ludowej i sowieckiej partyzantki. Jest oklaskiwany i przyjmowany z honorami przez lokalne władze, dostaje medale.
    Z największą estymą Stanisław Szot jest traktowany właśnie na Lubelszczyźnie. W czerwcu 2004 r. wydawany przez postkomunistyczny Związek Kombatantów RP miesięcznik "Polsce Wierni" z dumą informował, że Stanisław Szot - członek prezydium ZKRP - dostał srebrny "Medal Opiekuna Miejsc Pamięci Walk i Męczeństwa". Zasłużonemu kombatantowi przyznał go ówczesny wojewoda lubelski Andrzej Kurowski, który w przemówieniu podkreślił "wysoki wkład lubelskich AL-owców w walce z okupantem hitlerowskim, a w okresie powojennym zaangażowanie dla kraju, a także dzisiejszą aktywność społeczną". O jakie zaangażowanie dla kraju może chodzić? Właśnie na Lubelszczyźnie, w najgorętszym powojennym okresie utrwalania komunistycznej władzy Stanisław Szot przygotowywał dla Sowietów listy proskrypcyjne AK-owców, którzy byli następnie wywożeni na Syberię.

    Zjednoczeni z ludnością

    O tym samym "wydarzeniu" rozpisywało się także pisemko dawnych "ludowych" partyzantów - "Głos Kombatanta Armii Ludowej" (czerwiec/lipiec 2004 r.), drukując "wystąpienie płk. Stanisława Szota 16 maja 2004 r. podczas uroczystej 60 rocznicy bitwy partyzanckiej pod Rąblowem". Szot mówił o "potędze" partyzantki GL-AL i partyzantki radzieckiej na Lubelszczyźnie i ich heroicznych, "trwających dzień i noc" bojach z Niemcami. O ZWZ-AK i BCh wspomniał tylko oględnie, że takie organizacje... były. Szot podsumował: "Jeżeli walki zbrojne na Lubelszczyźnie i konspiracyjna działalność Lubelskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej w tamtych czasach nabrały tak szerokiego zasięgu, że dziś, po 60 latach dostrzegamy w nich zasięg ogólnonarodowy, to było to możliwe jedynie dlatego, że ludność wsi i miast Lubelszczyzny gorącymi sercami i ofiarnie wspierała nasza walkę. Była z nami zjednoczona". A więc GL-AL, tak jak później PPR-PZPR - przewodnią siłą narodu, cieszące się ogromnym społecznym poparciem.
    W kolejnym numerze "Polsce Wierni" (wrzesień 2004 r.) mogliśmy przeczytać: "W dniu 22 lipca br. [w 60. rocznicę walk partyzanckich - TMP] w Lasach Parczewskich spotkały się dwie liczne grupy kombatantów Armii Ludowej z Lublina i Warszawy. (...) Z zadowoleniem można powiedzieć, że była to wielka patriotyczna manifestacja kombatancka, wyrażająca najwyższe uznanie dla walczących wówczas żołnierzy polskich i radzieckich oraz dla miejscowej ludności, dzięki której baza partyzancka mogła powstać i od 1942 r. istnieć i rozwijać się. (...)". Wygłaszający referat o walkach partyzanckich w Lasach Parczewskich, płk Stanisław Szot powiedział w zakończeniu swego wystąpienia: "Składam hołd i wyrazy najwyższego uznania tym wszystkim mieszkańcom, którzy tak jak i my dożyli chwili radości i chwały, jak również tym, których już wśród nas nie ma". Ciekawe, czy Stanisław Szot dziękował również tym, których wysłał na białe niedźwiedzie?

    Z partyzantki do bezpieki

    Stanisław Szot, syn Mateusza, urodził się w 1917 r. w Opoce, powiat Kraśnik. Po szkole podstawowej, na której skończył swoje kształcenie, został magazynierem. W czasie okupacji niemieckiej najpierw organizował konspiracyjną Robotniczo-Chłopską Organizację Bojową, a potem PPR i GL na Lubelszczyźnie. Piotr Gontarczyk w książce "PPR. Droga do władzy 1941 - 1944" (Warszawa 2003 r.) napisał, że Lubelszczyzna była jednym z niewielu terenów w Polsce, gdzie komunistom udało się stworzyć własne siły zbrojne: "Siatka PPR-GL w rejonie Kraśnika należała do najsprawniejszych i najliczniejszych struktur komunistycznej konspiracji w kraju". Wśród czterech czołowych działaczy wymienił Stanisława Szota "Michała". Szot, jako oficer propagandowo-oświatowy, był odpowiedzialny m.in. za "edukację". Tym samym zajmował się po przekształceniu GL w AL. Przypomnijmy: zmiana ta miała przede wszystkim charakter propagandowy, słowo "armia" brzmiało bardziej swojsko, sprawiało wrażenie siły - Armia Ludowa miała być poważną przeciwwagą dla Armii Krajowej. Szot zmienił pseudonim na "Kot".
    Wobec zbliżającej się "wolnej" Polski Stanisław Szot nie mógł być obojętny. Podobnie, jak wielu kolegów z "ludowej" partyzantki płynnie przeszedł do "ludowej" bezpieki. Karierę w resorcie rozpoczął od wysokiego "C", czyli stanowiska zastępcy kierownika Wydziału Personalnego Resortu Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie. Już po miesiącu (w październiku 1944 r.) został szefem lubelskiej bezpieki. Mimo, iż funkcję tę pełnił tylko do stycznia 1945 r. zdołał solidnie dać się we znaki niepodległościowemu podziemiu.
    Jeden z niezłomnych żołnierzy II konspiracji, Zdzisław Broński "Uskok" w swoim pamiętniku pisał o obławie w listopadzie 1945 r.: "UB mogłoby nam wyrządzić duże szkody. Gdyby miała o nas trochę rzeczowego wywiadu, bo była ona dla nas bądź co bądź niespodzianką. Objęła teren więcej niż dwóch gmin i brało w niej udział kilkuset ludzi (UB i KBW). Obławą dowodził kierownik wojewódzkiego UB, nazwiskiem, zdaje się, Szot".

    "Pracować ponad siły i uczyć się"

    Podczas odprawy kierowników powiatowych urzędów bezpieczeństwa (w dniach 2-3 grudnia 1944 r.) w siedzibie Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie Stanisław Szot (już w randze podpułkownika) mówił: "Sytuację obecną można zaliczyć do bardzo poważnych. Wróg nasz odwieczny - Niemiec - jest rozbity, ale jeszcze nie dobity. Grupy reakcyjne spod znaku AK, NSZ tak samo zainteresowane są wewnętrznym naszym rozbiciem. Celem ich jest obalenie obecnego demokratycznego rządu państwa polskiego. Oni byli sprawcami niewoli chłopa i robotnika. Oni strzelali w czasie okupacji [do] patriotów polskich, walczących z nienawistnym okupantem. Reakcja stacza się na dno upadku. Dowódca AK poddaje się Niemcom, za Wisłą NSZ i AK połączone współpracą z Niemcami w mordowaniu ludzi z przeciwnych ugrupowań polit[ycznych]. [Stanisław] Mikołajczyk ustąpił miejsca, jego [miejsce zajął] ozonowiec [Jan] Kwapiński. AK stosuje terror, terror właśnie jest oznaką ich słabości. Dla takich ludzi jak panowie z Londynu miejsca w Polsce nie ma. Oni powinni być wszyscy sądzeni jako zdrajcy narodu polskiego".
    Po tej analizie sytuacji Szot pouczał swoich podwładnych: "W sprawozdaniach kierowników PUBP przeważnie zauważyłem tylko stwierdzenie terroru AK, nie widać jednak zdecydowanego działania przeciwko terrorowi. Podczas okupacji nie daliśmy tak hulać reakcji, jak dzisiaj, gdy posiadamy władzę i siłę. My nie zajmujemy swych stanowisk dla dobrych posad, my nie możemy ulęknąć się terroru, my musimy stać na straży demokracji. Milicja O[bywatelska] jest organem pomocniczym U[B]. Dlatego też musimy spec[jalną] uwagę zwrócić na kadry. Kadry nasze w przeważającej ilości są niewykwalifikowane, gdyż ludzie nasi, synowie chłopa i robotników, nie mogli w okresie rządów sanacyjnych chodzić do szkół i uniwersytetów, dlatego też powinniśmy pracować ponad siły i uczyć się, by móc należycie spełniać swoje ważne zadania - zapewnienie bezpieczeństwa w odrodzonym, demokratycznym państwie polskim".

    Szot wydaje rozkaz

    Historyk Rafał Wnuk w książce "Lubelski Okręg AK DSZ i WiN 1944 - 1947" pisze: "W ostatnim kwartale 1944 r. na AK spadły represje o niespotykanej wcześniej skali. Organa terroru zrezygnowały z metody wyłuskiwania dowódców i rozpoczęły politykę prześladowania wszystkich ludzi związanych z podziemiem. Na początku października 1944 r. do Lublina skierowano zbiorczą dywizję NKWD liczącą 8850 ludzi. Dowódcy NKWD w celu zharmonizowania działań nawiązali kontakt z resortem Bezpieczeństwa Publicznego oraz organami kontrwywiadu WP".
    Co z tymi represjami miał wspólnego Stanisław Szot? Jako kierownik lubelskiego WUBP 14 listopada 1944 r. (jeszcze jako major) wydał rozkaz: "Aresztowanych członków AK, NSZ i OUN za działalność przeciw PKWN i Armii Czerwonej, a którzy z różnych względów nie mogą być sądzeni, należy za okazaniem niniejszego rozkazu wydać przedstawicielom Armii Czerwonej. Ile i kogo konkretnie z aresztowanych wydać, należy uzgodnić na miejscu z przedstawicielem Armii Czerwonej".

    Szot gwarantuje

    Rafał Wnuk pisze dalej: "W krótkim czasie więzienia i obozy wypełniły się żołnierzami podziemia. Od powołania PKWN do 31 grudnia 1944 r. Powiatowe Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego województwa lubelskiego aresztowały 4954 osoby [połajanki Szota podczas ubeckiej narady przyniosły jednak efekt - TMP]. Około połowy uwięzionych zatrzymano pod zarzutem »członkostwa w AK«. Nie wiemy, czy w tej liczbie uwzględniono ludzi przekazanych Sowietom. Według danych sowieckich na zapleczu 1. Frontu Ukraińskiego, a więc przede wszystkim na Lubelszczyźnie, NKWD aresztowało, a następnie wywiozło w głąb ZSRR 3375 osób. Natomiast według Andrzeja Chmielarza w pierwszym półroczu ludowej władzy na Lubelszczyźnie aresztowano 20 tys. ludzi, z czego połowę wywieziono do ZSRR".
    Stronę wcześniej Rafał Wnuk ujawnił, że mjr Stanisław Szot z ramienia WP został wydelegowany przez PKWN do rozmów z przedstawicielami AK w Krasnymstawie: "Rozmowy doprowadziły do podpisania deklaracji, według której żołnierze AK uznawali władzę PKWN i zobowiązywali się oddać broń, natomiast przedstawiciele PKWN gwarantowali członkom AK pełne bezpieczeństwo i uznanie stopni oficerskich akowcom wstępujących do WP". Po spotkaniu kpt. "Jeż" - Jan Wojtal, komendant Obwodu Krasnystaw AK, wydał rozkaz o uznaniu PKWN i zdaniu broni. Część żołnierzy podporządkowała się...

    Radziecki wywiadowca

    Po odejściu z WUBP w Lublinie Stanisław Szot został kierownikiem WUBP w Poznaniu i szefem grupy operacyjnej na woj. poznańskie (styczeń - kwiecień 1945 r.), a następnie zastępcą kierownika Wydziału do Walki z Bandytyzmem MBP (kwiecień lipiec 1945 r.).
    Jak większość ubeków Szot należał do partii. W latach 1945 - 1948 był I sekretarzem KW PPR w Lublinie. Co działo się z nim później - w latach 50., nie wiadomo. Były ubek odnalazł się w następnej dekadzie, jako attache wojskowy przy ambasadzie PRL w Rumunii, a potem w Chinach.
    I jeszcze jeden przyczynek do biografii Stanisława Szota, bez którego trudno zrozumieć jego ubecko-partyjną karierę. W czerwcu 1944 r. antykomunistyczna komórka AK "Antyk" uzyskała informacje, że został aresztowany przez Gestapo jako jeden z radzieckich wywiadowców, pracujących w Warszawie. Zwolniono go po tym, gdy okazało się, że współpracuje z niemieckim agentem Bogusławem Hrynkiewiczem (Hrynkiewicz był jednocześnie współpracującym z PPR agentem sowieckim). To kolejny dowód na kolaborację NKWD i polskich komunistów z Gestapo wymierzoną przeciwko Polskiemu Państwu Podziemnemu i jej sile zbrojnej - Armii Krajowej. Kto więc - cytując jeszcze raz słowa Stanisława Szota z narady w lubelskim WUBP w grudniu 1944 r. - "strzelał w czasie okupacji do patriotów polskich"? "Polska reakcja" czy raczej komuniści?

    Mordy sądowe prokuratora Langego

    Stanisławem Szotem - z niewiadomych powodów - nie zainteresował się wymiar sprawiedliwości RP. Inaczej było z lubelskim prokuratorem Wacławem Lange. Instytut Pamięci Narodowej oskarżył go o kilka mordów sądowych w czasach stalinowskich. Prokurator IPN zarzucił Langemu m. in., że "w dniu 24 grudnia w Kamieńczyku, pow. Sokołów Podlaski, woj. podlaskie, jako funkcjonariusz państwa komunistycznego, pełniąc funkcję prokuratora Wojskowej Prokuratury Rejonowej, chcąc pozbawić życia członka organizacji walczącej na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego, (...) wnosząc o wymierzenie niewspółmiernej do czynu kary, podżegał skład orzekający do wymierzenia wobec oskarżonego Aleksandra Florczuka kary śmierci, która została orzeczona z pogwałceniem elementarnego poczucia sprawiedliwości, a następnie wykonana w jego obecności przez rozstrzelanie bezpośrednio po ogłoszeniu w dniu 24 grudnia 1946 r.".
    W materiałach IPN czytamy o Langem, że w latach 1945 - 1953 "pełniąc funkcję podprokuratora Wojskowych Prokuratur Rejonowych w Białymstoku, Lublinie i w Warszawie, skierował do Wojskowych Sądów Rejonowych w Warszawie, Białymstoku i Lublinie akty oskarżenia, a następnie zażądał wymierzenia niewspółmiernych do czynów kar śmierci w stosunku do 15 osób [żołnierzy AK i ludzi jej pomagających - TMP]." Cała 15-tka została stracona. Dodatkowo, wobec czterech skazanych zażądał natychmiastowego wykonania kary, uniemożliwiając im tym samym złożenie - przysługującej z mocy prawa - prośby o ułaskawienie. Zostali zastrzeleni na sali sądowej seriami z pepeszy. Jednego, który jeszcze żył, dobił strzałem z pistoletu "oficer", który wstał zza stołu sędziowskiego. Egzekucję oglądała miejscowa ludność, która została ściągnięta na "rozprawę", aby nabrać respektu dla "ludowej" władzy.
    Prokurator Andrzej Witkowski z IPN w Lublinie ustalił, że procesy trwały kilkanaście minut, odbywały się bez akt i spisywania protokołów. Dokumentacja została potem nieudolnie antydatowana. Czy było to zgodne nawet z ówcześnie obowiązującym prawem?
    Inne "rozprawy" z udziałem Wacława Langego odbywały się w "terenie", np. na polu, gdzie ustawiano stół i krzesła, "sędziowie" coś tam odczytywali i kazali skazanemu iść przed siebie. Padały strzały. Komuniści nazywali to "wyjazdową sesją sądu", a w praktyce były to doraźne "sądy na kółkach". Decyzja o wyeliminowaniu "wroga ludu" zapadała wcześniej, a "sąd" był tylko przykrywką dla zbrodniczych praktyk.

    Ogólne bezprawie

    Jak Wacław Lange (rocznik 1924) stał się stalinowskim mordercą? W bardzo prosty sposób - ten przedwojenny kancelista po "wyzwoleniu" Polski przez Sowietów zaliczył krótki kurs prokuratorski. Tyle wystarczyło (była to praktyka powszechna), aby oskarżać niewinnych ludzi tylko dlatego, że zagrażali importowaniu do Polski komunistycznej zarazy. Po zakończeniu kariery prokuratorskiej roczny kurs prawniczy na UMSC w Lublinie wystarczył Langemu do zdobycia uprawnień adwokackich. Szanowanym prawnikiem był aż do początku lat 90. Ostatni udokumentowany wyrok śmierci, do wydania którego podżegał, nosi datę 12 stycznia 1954.
    W sądzie III RP, przed który trafił - jak już pisaliśmy - z oskarżenia IPN - twierdził oczywiście, że jego praca polegała wyłącznie na wypełnianiu polecenia przełożonych. Tłumaczył się również, że postępował niezgodnie ze swoim sumieniem i ubolewał nad losem niesłusznie represjonowanych. W kraju panowało przecież ogólne bezprawie - zarówno organy bezpieczeństwa, jak i sądy i prokuratura nie przestrzegały obowiązujących przepisów, stosowały je instrumentalnie "w celu pozbycia się niewygodnych osób".
    Co prawda za czyny zarzucane Wacławowi Langemu groziła kara dożywocia (sąd zdecydował się nawet aresztować go na trzy miesiące; za kratami spędził jednak tylko kilka dni, gdyż postanowienie to uchylił sąd wyższej instancji), ale sędziowie... nie podjęli się rozpatrzenia sprawy i przekazali ją z powrotem prokuratorowi IPN. Powód? Wyroki wydane ponad 50 lat temu na podstawie oskarżenia Langego do dziś są prawomocne i dopóki nie zostaną uchylone - byłego prokuratora nie można sądzić. Ponadto na korzyść oskarżonego miało świadczyć to, że... nie został pouczony, iż miał prawo - mimo prowadzenia postępowania w sądzie wojskowym - domagać się udziału w składzie orzekającym ławników-cywili.

    Kat Zamojszczyzny skazany

    Wacławowi Langemu - jak większości stalinowców - w wolnej Polsce upiekło się. Sprawiedliwość dopadła natomiast innego funkcjonariusza komunistycznego systemu bezprawia - Mieczysława Wybrańca. Co prawda nie był prokuratorem, ale "oficerem" śledczym Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Zamościu. Mieczysław Wybraniec, nawet przez swoich kolegów-ubeków zwany katem, został skazany na sześć lat więzienia.
    Oskarżyciel, prokurator IPN Andrzej Witkowski domagał się dla byłego "śledzia" wyższej kary - osiem lat pozbawienia wolności: - W postawie oskarżonego trudno doszukać się choćby cienia skruchy wobec ogromu cierpień fizycznych i psychicznych zadanych pokrzywdzonym i ich rodzinom. Zarzucane mu czyny pozostają czynami osoby fizycznej, ale zarazem funkcjonariusza państwa, które samozwańczo nazywając się odrodzonym i demokratycznym, od samego zarania przez lata wychowywało swoich funkcjonariuszy w duchu nienawiści, pohańbienia ludzkiej godności, praw człowieka, a nawet prawa pozytywnego, które samo stanowiło. Zabezpieczało im przez lata bezkarność za popełnione zbrodnie.

    Syn legionisty

    Mieczysław Wybraniec urodził się 82 lata temu we wsi Bzowiec w powiecie krasnostawskim. Syn handlowca, żołnierza Legionów Piłsudskiego, w czasie wojny wstąpił do Gwardii Ludowej. W 1945 r., po ucieczce z wojska złapany przez NKWD, rozpoczął pracę w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Zamościu (najpierw jako wartownik, wkrótce "oficer" śledczy). Strach wzbudzał samym wyglądem (był potężnie zbudowany). Wobec wrogów "ludu" był tak okrutny, że przełożeni zamknęli go w świetlicy (nie w celi) Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Lublinie. Powód? Jeden z więźniów Wybrańca, podejrzany o współpracę z WiN, zmarł w czasie śledztwa. Jednak już po trzech miesiącach śledczy został zwolniony, a jako oficjalną wersję śmierci jego ofiary podano zawał serca.

    Pięścią i pałką

    O co Wybraniec był oskarżany? Lubelski prokurator IPN przedstawił mu 27 zarzutów stosowania wyjątkowo brutalnych metod śledczych wobec członków niepodległościowego podziemia i osób podejrzanych o kontakty z nimi. Cóż takiego robił schorowany dziś i szykanowany Wybraniec (wzorem innych uboli oczywiście nie przyznał się do winy)? Śledztwo Instytutu potwierdziło tylko niektóre jego przestępstwa, popełnione w okresie od sierpnia do listopada 1946 r. Wtedy to bezprawnie aresztował i przetrzymywał w nieludzkich warunkach (zamiast dozwolonych prawem 48 godzin nawet przez pół roku, bez przedstawienia nakazu zatrzymania i zarzutów) 23 AK-owców i WiN-owców oraz osoby, które miały im pomagać.
    Z akt IPN: "Mieczysław W. w trakcie wielogodzinnych przesłuchań, często prowadzonych w porze nocnej, w celu wymuszenia żądanych wyjaśnień i przyznania się do nie popełnionych przestępstw, znęcał się fizycznie i psychicznie nad pokrzywdzonymi, groził im pozbawieniem życia (między innymi przy użyciu służbowego pistoletu "TT"), bił po całym ciele rękoma, drewnianą i drucianą pałką i kopał obutymi nogami. (...) W przypadku czterech pokrzywdzonych tortury przeprowadzał z użyciem prądu elektrycznego". Śledczy uderzał ich ponadto kolbą karabinu i wyrywał paznokcie u rąk.

    Zdenerwowany krętactwami

    Z zeznań świadków wynikało, że Wybraniec wielokrotnie wykonywał na więźniach wyroki śmierci, ale prokuratorzy nie znaleźli na to wystarczających dowodów. W 1946 r. zabił m.in. niepełnoletniego AK-owca Leonarda Kalmusa. Wcześniej aresztował go i brutalnie przesłuchiwał. Kalmus został zamordowany mimo tego, że podczas rozprawy sądowej odwołał swoje zeznania, stwierdzając, że zostały one wymuszone biciem. Bierut nie skorzystał z prawa łaski. 50 lat później dzięki tej sprawie przestępstwa Wybrańca wyszły na jaw. Były podkomendny Kalmusa w aktach procesu rehabilitacyjnego znalazł nazwisko "śledzia".
    Przełożony z zamojskiego PUBP określił Wybrańca jako wzorowego służbistę, który "posiada zdolność wyciągania prawdziwych zeznań z zatwardziałych przestępców". Wybraniec, przyznając się do pracy w UB: "zdarzyło się, że ręką uderzyłem przesłuchiwanego, kiedy zdenerwowałem się jego krętactwami". Wynikało to pewnie z przemęczenia "oficera", bo przecież w życiu nikogo nie skrzywdził, a nawet nie miał takiego zamiaru.

    Spółdzielca i handlowiec

    W zamojskim UB Wybraniec pracował do 1947 r., kiedy skierowano go do Szkoły Oficerskiej MBP w Łodzi, którą - po kilku miesiącach - ukończył jako chorąży (wcześniej przyjęty do bezpieki bez żadnego, nawet krótkiego przeszkolenia). Został starszym referentem UB we Włodawie; działał również w grupie operacyjnej Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Lublinie. W grudniu 1949 r. zwolniony ze służby, został "spółdzielcą", obejmując kierownicze stanowiska m.in. w Powszechnej Wielobranżowej Spółdzielni Pracy, Wojewódzkiej Spółdzielni Mleczarskiej, Powszechnej Spółdzielni Spożywców. W tym czasie ukończył studia ekonomiczne na UMCS w Lublinie. Przed przejściem na emeryturę był zastępcą dyrektora w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Handlu Wewnętrznego w Zamościu. Może tam nabawił się choroby, która do niedawna uniemożliwiała mu stanięcie przed sądem?

    Chory na rozprawy

    Procedura ścigania Wybrańca trwała trzy lata. Były "śledź", który utrzymywał, że "śledziem" nie był, a jedynie szeregowym funkcjonariuszem UB, robił wszystko, aby nie doprowadzić do procesu. W końcu zamojscy sędziowie zdenerwowali się i nakazali aresztować Wybrańca. Na proces w przed Sądem Rejonowym w Zamościu był dowożony karetką z Warszawy. Wynikało to z faktu, że właśnie w stolicy jest najbliższy Zakład Karny, posiadający oddział szpitalny (a tego wymagały zalecenia lekarskie).
    W III RP stalinowski śledczy już raz trafił za kraty - w czerwcu 2001 r. Spędził tam tylko 21 dni (sąd pozytywnie rozpatrzył jego zażalenie, motywowane złym stanem zdrowia), ale to wystarczyło, aby prokurator IPN mógł postawić mu zarzuty.
    Przez dłuższy czas proces nie mógł się jednak rozpocząć, gdyż kat Zamojszczyzny ani razu nie pojawił się na sali sądowej, przedkładając zaświadczenia lekarskie, że jest chory (objawy niedokrwienia mózgu). Co charakterystyczne - zdrowie ubeka szwankowało szczególnie w okresie, kiedy sąd wyznaczał kolejne terminy (w sumie było ich już 11). W sprawie powołano kilka komisji lekarskich (nie na wszystkie Wybraniec był łaskaw przyjść), ale żadna nie potwierdziła, aby stan zdrowia podejrzanego wykluczał prowadzenie czynności procesowych z jego udziałem. W końcu jednak udało się doprowadzić kata Zamojszczyzny przed oblicze Temidy i skazać go.
    Podczas, gdy sąd III RP przez dwa lata pozwalał Wybrańcowi bawić się prawem, kilka poszkodowanych przez niego osób przestało przyjeżdżać na rozprawy (po co uczestniczyć w farsie?), kilka zmarło. Niektórzy odeszli już wcześniej, jak np. Aleksander Panas w 1978 r., którego choroba była wynikiem "badań" byłego stalinowskiego śledczego. Wyroku doczekał tylko jeden z maltretowanych przez Mieczysława Wybrańca - Zygmunt Adamczuk.

    Tadeusz M. Płużański

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Liche, "lichockie" osobowości telewizyjne u kiepskiego prezesa TVP - Łukasz Perzyna o zarządzonej przez Andrzeja Urbańskiego karuzeli gwiazdorsko-medialnej Wysłane środa, 9, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Liche, "lichockie" osobowości telewizyjne u kiepskiego prezesa TVP - Łukasz Perzyna o zarządzonej przez Andrzeja Urbańskiego karuzeli gwiazdorsko-medialnej Wysłane środa, 9, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Tomasz Lis i Bronisław Wildstein - co łączy tych dwóch facetów? Połączyła ich niejako paradoksalnie rewolucja moralna, jeśli ktoś woli - rewolucja mocherowa. Bronisław Wildstein ogłosił się pierwszym męczennikiem tej rewolucji, bo od czasów rewolucji francuskiej czy październikowej wiemy, że każda rewolucja pozera swoje dzieci. I właśnie Bronisław Wildstein w "nagrodę" za opublikowanie listy swojego nazwiska i pobudzenie debaty nad lustracją osobistości publicznych - został prezesem "publicznej" stacji telewizyjnej w czasie rządów PiS, a później był przez hunwejbinów rewolucji moralnej z tego stołka usunięty. I wtedy nie było już w Warszawie żadnej demonstracji ulicznej w jego obronie. W odróżnieniu od wielkiego zwolennika rewolucji moralnej (do czasu oczywiście, kiedy go pożarła...) Tomasz Lis równie konsekwentnie - był tej rewolucji w PiS-owskim wydaniu radykalnie i fundamentalistycznie przeciwny i ogłosił się jej pierwszą (i ostatnią) ofiarą. Wersja Tomasza Lisa jak zawsze została kupiona przez kulturę popularną, której ten przez chwilę bezrobotny prezenter został już dawno bohaterem. Tak jak niegdyś politologowie nie traktowali poważnie kandydatury Lisa do urzędu prezydenckiego, tak w brukowcach szpryngierowskich typu "Fakt" było to teza rozważana na prawo i lewo we wszystkich możliwych aspektach. Wersja Tomasza Lisa nie trzyma się jednak kupy dla człowieka wykształconego" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i stały współpracownik naszej witryny ASME, opisuje pląsy i figury medialnego kadryla w "polskim regionie UE".

    Na Zbigniewa Solorza miały być wykonywane jakieś tajemnicze telefony i tajemnicze naciski, by wyrzucić Lisa z anteny jego stacji telewizyjnej. Taka jest wersja Tomasza Lisa. Ten sam Solorz, który dość zdecydowanie wygrał pierwszą batalię o wydanie ogólnopolskiej koncesji dla prywatnego nadawcy, akcję, po której do dymisji został zmuszony ówczesny przewodniczący KRRiTV; ten sam nadawca, który miał tzw. partię Solorza we wszystkich klubach poselskich, nawet w mało biznesowym PSL-u; miałby teraz ugiąć się przed politycznymi naciskami? Raczej Solorz zapragnął pozbyć się Lisa ze względu na jego znaną konfliktowość, miał dość już małomiasteczkowej, fryzjerskiej elegancji prezentera, wizerunku, który może przemawiał do odbiorców Polsatu, w momencie kiedy była to stacja ubogich widzów z małych miasteczek i wsi. A to jest jednak kiepski "target" dla reklamodawców, którzy poszukują odbiorców swoich produktów wśród przedstawicieli klasy średniej. Raczej to było przyczyną rozbratu w do tego momentu dość kordialnej współpracy pomiędzy Lisem a Solorzem - uważa Łukasz Perzyna.
    Tomasz Lis - pierwsza i ostatnia ofiara rewolucji, Bronisław Wildstein, męczennik rewolucji. Te dwie osobistości połączyła ona w pewien paradoksalny sposób. Dwaj "gwiazdorzy" telewizyjni zostali docenieni przez... obecnego prezesa TVP Andrzeja Urbańskiego. Obaj w "jego" telewizji będą mieli programy - publicystyczne.
    Publicystyka w obecnej TVP jest kiepska. Po staropolsku można powiedzieć: licha, a nawet - "lichocka" - ocenia Łukasz Perzyna. Nie bardzo jest na czym oko zawiesić, nieliczne osoby ratują podstawowy sznyt informacyjno-publicystyczny, który jest przecież podstawowym celem jej osławionej "misji": przyzwoity poziom, elegancja i profesjonalizm połączony z kręgosłupem Doroty Wysockiej, dobry poziom publicystyki w TVP Info - to jednak nie ratuje stacji z Woronicza i Jasnej przed ruchem ręki z pilotem telewidza. Przeciętny Polak o dominujących gustach politycznych, więc raczej spokojnych, docenia raczej starania Kamila Durczoka, przeciętniaka z telewizji "kwiatkowskiej", później z "walterowskiej", ale takiej, minimalnej charyzmy Łukasz Perzyna nie dostrzega u nowych nabytków prezesa Urbańskiego. Szef stacji "publicznej" wie, że nie będzie nim już długo - tymi kandydaturami gra jedynie o prolongatę terminu wśród nowych włodarzy, o ostatnie pięć minut, by móc ładniej skomponować CV dla kolejnego pracodawcy.
    Tylko - co z tego wszystkiego ma płacodawca - przeciętny abonent? Za co płacą Kowalscy i Nowakowie?

    Nagranie trwa ponad 16 minut, jest dostępne w Sieci do 23 I 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Rok Lisa - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 9, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    W "Nocnej zmianie", firmowanej przez Jacka Kurskiego, jest taka scena, w której młody, pryszczaty, ale już brylujący po korytarzach telewizji publicznej dziennikarz, niejaki Tomasz Lis dość nerwowo improwizuje do stojących obok koleżanek i kolegów po fachu (m.in. Moniki Olejnik, której ówczesna powierzchowność czyni z ministerki Fotygi Miss Universum), aby dodać otuchy przechodzącemu prezydentowi Wałęsie okrzykami typu: "Panie prezydencie, niech pan ratuje Polskę!". Widać już wtedy obiektywność dziennikarska była dominującą cechą wymienionego gwiazdora telewizyjnej publicystyki, któremu posadę w telewizji publicznie załatwił obecnie prezes Urbański.

    W Chinach kończy się wiec "rok świni", a u nas ciągle trwa już druga dekada Lisa. Prezes Urbański został prezesem TVP dzięki tzw. kaczystom, a przeciw "kaczystowskiemu" reżimowi na pierwszym froncie walczył, a nawet walczy nadal właśnie Tomasz Lis. To już wszyscy wiemy, natomiast tym, co zawsze w przypadku podobnych wolt jest najciekawsze, to sposób, w jaki ich bohaterowie tłumaczą się ze swoich decyzji. Są tutaj zresztą różne szkoły, gdyż można zachować się np. Tak, jak to czynili prominentni politycy Platformy Obywatelskiej po posiedzeniu rządu, którego nie było. A konkretnie, najprościej jest - jak to czynił przewodniczący Chlebowski: zaprzeczyć - wbrew wcześniejszym oświadczeniom innych polityków - aby takie posiedzenie w ogóle miało się odbyć, czyli obrać strategię męża, który wróciwszy podpity w nocy do domu, oświadcza małżonce, że naprawiał zepsuty samochód i takiej wersji będzie się trzymał do końca. Można też obrać inną metodę polegającą na pozornie intelektualnym wywodzie, którego sens sprowadza się do tego, by dużo mówiąc i tłumacząc, nie wyjaśnić niczego, pozostawiając jednakże wrażenie, jakby się coś takiego uczyniło. I właśnie redaktor Lis zapytany jak to jest, że przyjął ofertę telewizji publicznej opanowanej przez reżim "kaczystów", a dziennikarzy tam zatrudnianych oskarżający o lizusostwo, jak gdyby nic odparł, że powodem jego decyzji był fakt, że telewizyjna "dwójka" zaproponowała mu swobodę w tworzeniu autorskiego programu. Skoro głównym powodem była swoboda tworzenia, a nie np. materialne zachęty, to wynika z tego, że inne niepubliczne stacje, które dotychczas miały być oazą wolności, takiej wolności tworzenia nie mogły jednak naszemu gwiazdorowi zaproponować. Ergo, redaktor Lis doskonale wiedział już wcześniej, jaki rodzaj pluralizmu reprezentują stacje typu TVN, z której przecież odszedł przymuszony przez Walterów po tym, jak objawił swoje aspiracje polityczne kolidujące z wczesnymi planami osadzenia na tronie prezydenckim Joli Kwaśniewskiej, czy Polsatu, który całkiem niedawno opuścił w podobnych okolicznościach. Ale oczywiście żadne takie bezpośrednie powody nie zostały podane, słynny redaktor nie przyznał również, że obecny wybór jest zaprzeczeniem jego wcześniejszych tez, wyszło natomiast na to, że tak jak zawsze tym co Lis ceni sobie najbardziej, jest... wolność i niezależność. Trudno tylko powiedzieć, jak obecnie w publicznych mediach jest realizowana ustawa lustracyjna, bo wypadałoby, aby wreszcie każdy wybitny redaktor zatrudniający się w telewizji publicznej poddał się wspomnianej procedurze, a jak pokazują losy trzech wiceministrów, którzy ostatnio - ledwo po przekroczeniu progów swoich urzędów - podali się do dymisji, czasami sama konieczność wypełnienia oświadczenia lustracyjnego skłania kandydata do zmiany kierunku ścieżki kariery.
    Zresztą co do prawdziwych motywów pewnych zachowań, to można snuć rozmaite przypuszczenia, dla przykładu prezes telewizji pan Urbański właśnie teraz, kiedy ogłoszono, że nowa koalicja zamierza jednak w trybie nagłym dokonać skoku na media publiczne, przypomniał sobie (i tak znacznie szybciej niż Adam Michnik o korupcyjnej propozycji Rywina), że pewien znany polityk PO dzwonił i przychodził do niego z tzw. propozycjami nie do odrzucenia. Być może prezes Urbański wykombinował sobie, że wprowadzając do telewizji pluralizm, reprezentowany przez państwa Lisów, przynajmniej na pewien czas zaspokoi apetyty polityków żądających jego głowy, widząc zaś, że sępy nadal krążą, próbuje ich zniechęcić metodą publicznego szantażu. Na sugestię, że każda osoba, a tym bardziej tak wysoko postawiony funkcjonariusz, ma obowiązek powiadomić prokuratora nawet o możliwości popełnienia przestępstwa, póki co prezes telewizji publicznej przyjmuje pozycję wyczekującą, deklarując gotowość stanięcia przed specjalną komisją sejmową. Swoją drogą, to o najnowszych odsłonach kolejnych RP bardziej niż ich numery mogą świadczyć przedmioty zainteresowania kolejnych komisji śledczych i rodzaje korupcyjnych afer. SLD padł na aferze Rywina, poprzedni rząd wywróciła afera z "odrolnianiem", obecnie póki co musimy zadowolić się wiedzą, ile ratusz za rządów Kaczyńskiego wydał pieniędzy na alkohol serwowany podczas konferencji nt. ubóstwa i niesprawiedliwości - oczywiście niesprawiedliwości społecznej. A wydano 700 zł, co wcale nie jest bagatelną kwotą wziąwszy pod uwagę, że na konferencji o ubóstwie zapewne podstawowym rodzajem napitku były wina owocowe po 3 zł za sztukę netto, czyli bez kaucji za butelkę. Ale owe 700 zł "na przelew" chyba nie będzie decydującą sygnaturą obecnego etapu, natomiast w związku z tym, że niektórzy prorokują poważną rekonstrukcję rządu już za kilka miesięcy, stąd też wyraźnie widać, że powtarzamy idealnie już przerabiany schemat rządzenia, z tą różnicą, że tam - parafrazując genialnego stratega - gdzie dawniej stał PiS, obecnie mamy PO i na odwrót. W sumie to nawet dobrze, że obie te partie poróżniły się wcześniej i rządziły oddzielnie, przynajmniej nikt nie będzie mógł tłumaczyć, że nie widział, co poszczególni gracze sobą reprezentują. Inny problem, czy ta wiedza zostanie wykorzystana przez coraz bardziej otumanionych wyborców.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    "Gazeta Wyborcza" kieruje się w swych wystąpieniach żydowskim szowinizmem, by nie powiedzieć: kryteriami rasistowskimi, ewokując w Polsce nastroje antysemickie, potrzebne do działań wrogich polskiemu społeczeństwu i próby realizacji tzw. roszczeń żydowskich - Stanisław Michalkiewicz o kolejnych objawach akcji "odwdzięczania się" rządu Platformy Obywatelskiej Wysłane poniedziałek, 7, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    "Gazeta Wyborcza" kieruje się w swych wystąpieniach żydowskim szowinizmem, by nie powiedzieć: kryteriami rasistowskimi, ewokując w Polsce nastroje antysemickie, potrzebne do działań wrogich polskiemu społeczeństwu i próby realizacji tzw. roszczeń żydowskich - Stanisław Michalkiewicz o kolejnych objawach akcji "odwdzięczania się" rządu Platformy Obywatelskiej Wysłane poniedziałek, 7, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Proszę Państwa, ponieważ po raz pierwszy spotykamy się w nowym roku, dlatego też chciałbym złożyć wszystkim »telewidzom« życzenia wszelkiej pomyślności, no i przechodzimy do prognoz na najbliższy okres, gdzieżby tam na rok - jest tak długi, że wszystko może się wydarzyć... Jeszcze najwyraźniej rząd nie ocknął się z nirwany, najdłużej w niej pozostaje pani minister Kopacz, bo niedawno wyraziła ukontentowanie, że może ruszać rękami i nogami - chciała pewnie w ten sposób udowodnić, że rząd nie jest sparaliżowany. Owszem, może i ruszać rękami, i nogami, ale najwyraźniej - nie głową. Prawdopodobnie rząd czeka pierwszy kryzys - z lekarzami, potem pewnie przyjdą górnicy - cena węgla skoczyła o 11%, co w zestawieniu ze 100 dolarami za baryłkę ropy wskazuje, że rok może być ciężki. Wszystko wskazuje na to, że rząd nie będzie miał innego wyjścia niż dalsze zadłużanie państwa" - Stanisław Michalkiewicz, jeden z najwybitniejszych publicystów prawicowych i stały współpracownik naszej witryny ASME - zajmuje się wróżbami politycznymi na najbliższy czas...

    Dług będzie sięgał wysokości 600 mld złotych, a jego obsługa sięgnie ponad 30 mld złotych, co oznacza 5% więcej niż przychody z przedsiębiorstw. Jesteśmy więc w sytuacji wesołej - już nam się nie bilansuje. Rząd być może jeszcze nie odczuwa, bo na razie jest zajęty realizacją programu odwdzięczania się - doszło do tego, że były prokurator Kaczmarek zażądał śledztwa w sprawie ujawnienia Jego rozmów z komendantem policji i prokuratura takie śledztwo wszczęła - widać, że potraktowała je poważnie. Jak tak dalej pójdzie, to Michnik będzie musiał przyjść do Rywina z propozycją korupcyjną. Program odwdzięczania się najwyraźniej obejmuje także diasporę żydowską. Oto bowiem pan minister zagraniczny Sikorski zakazał polskim dyplomatom kontaktować się z panem Janem Kobylańskim. A najsmutniejsze jest to, że pan minister w swoim dekrecie powtarza za "Gazetą Wyborczą" nieudokumentowane zarzuty "antysemityzmu" - czerpiąc z tego źródła mądrości, źródła zatrutego - niedługo się nim zatruje - spodziewa się Stanisław Michalkiewicz.
    Jest to realizacja linii "mafii drogiego Bronisława", czyli Bronisława Geremka - o którego specjalnym zachowaniu wobec byłego prezesa KPA Edwarda Moskala warto przypomnieć: udało się Mu zebrać 9 milionów podpisów Polonii za apelem do Kongresu USA o poparcie przystąpienia Polski do NATO - wtedy ówczesny minister zagraniczny w Warszawie rozpoczął kampanię dyskredytacji Prezesa KPA, właśnie na gruncie "antysemityzmu"...

    Uzupełnieniem tego "programu odwdzięczania się" jest wydanie przez diasporę amerykańską książki "światowej sławy historyka", a tak naprawdę - "nadymanego profesora" - bo On nawet żadnym historykiem nie jest, tylko socjologiem - Jana Tomasza Grossa, w której kładzie On nacisk na tezę, że po wojnie Polacy mordowali Żydów, żeby zatrzymać majątki. Jest to to idealnie pasujące uzasadnienie na rzecz zgłoszonego już przez lożę B'nai B'rith, reaktywowaną w Polsce na terenie Ambasady USA w zeszłym roku, jej programu na najbliższe lata: po pierwsze - rewindykacja majątków, tzw. roszczeń żydowskich, po drugie - pacyfikacja Radia Maryja...

    Nagranie trwa ponad 10 minut, jest dostępne w Sieci do 21 I 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Qui pro quo przy internowaniu majora Antoniego Hedy
    (Opowieść córki Teresy) - Antoni Zambrowski
    Wysłane czwartek, 3, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Mój ojciec został zatrzymany celem internowania późnym popołudniem w pamiętną mroźną niedzielę 13 grudnia 1981 roku w Kaniach koło Warszawy, gdzie mieszkał. Wcześniej ojciec przebywał w Gdańsku. Tam przy okazji zebrania Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność" powołał konkurencyjną wobec ZBOWiD "Solidarność" kombatantów AK.

    Milicyjne perypetie z zatrzymaniem


    Moja młodsza siostra Marysia na wieść o stanie wojennym wyjechała rano w niedzielę z Kań kolejką WKD do Warszawy. W tym czasie ojciec wrócił po długiej podróży z Gdańska do domu, położył się spać i nie reagował na dobijanie się milicyjno-esbeckiej ekipy, która zjawiła się, aby go zatrzymać i dostarczyć do Warszawy. Ja z kolei na wieść o stanie wojennym, nie będąc w stanie dodzwonić się do ojca w Kaniach, ponieważ telefony zostały wyłączone od północy, wyjechałam tam kolejką WKD i minęłam się w ten sposób z Marysią. Gdy zbliżyłam się do furtki rodzicielskiego domu, podjechała od pobliskiego lasu milicyjna "warszawa" o brudno-bordowej barwie z trzema funkcjonariuszami w środku. Po ustaleniu mojej tożsamości, usiłowali oni wraz ze mną dodzwonić się od furtki do domu. Zamknięte w domu psy zachowywały się, jak gdyby dom był pusty, gdyż szczekały na milicjantów i jednocześnie skamlały na mój widok. Ponieważ siostry nie było, a ojciec - w mym przekonaniu - nie powrócił jeszcze z dalekiej podróży, postanowiłam zasięgnąć języka u miejscowego proboszcza, ks. Leona Kantorskiego w pobliskiej Leśnej Podkowie. Tam dowiedziałam się, że ks. Kantorskiego jako kapelana "Solidarności" zabrała w nocy podobna ekipa milicyjna, odprowadzana przez wiernych biciem w dzwony. Na szczęście po przesłuchaniu księdza Leona Kantorskiego przywieziono z powrotem do Leśnej Podkowy.
    Gdy wróciłam pod dom, zauważyłam, że w nim jest ojciec, ubrany tylko w bieliznę. Na mój widok włożył on coś na siebie i wyszedł do furtki, by ją otworzyć. Wówczas podjechali czekający pod lasem funkcjonariusze. Wieść o internowaniu ojciec przyjął bardzo spokojnie, postawił jednak warunek, że muszę sprowadzić sąsiada, który weźmie pod opiekę dom i gospodarstwo, tj. szklarnie, na czas jego nieobecności. Gdy sprowadziłam owego sąsiada - pana Stanisława Czerwińskiego, ojciec za zgodą zatrzymujących go milicjantów udzielił mu szczegółowych instrukcji odnośnie ogrzewania domu oraz szklarni, stanowiących źródło utrzymania naszych rodziców. Następnie ojciec ubrał się ciepło niczym na zesłanie na Sybir. Ja powiedziałam, że wracam do Warszawy, na co funkcjonariusze MSW zaproponowali mi wspólną podróż. Wobec tego wsiedliśmy do "warszawy" - ojciec w środku na tylnym siedzeniu, z jednego jego boku funkcjonariusz, zaś z drugiego boku usiadłam ja. Ojciec, ubrany jak na Sybir, zajął w samochodzie tyle miejsca, że drugi milicjant by już się koło niego nie pomieścił. Usiadł wobec tego niezbyt przepisowo na przednim siedzeniu obok kierowcy. Tak zajechaliśmy na Ochotę pod komendę MO, gdzie pożegnałam się z ojcem, zachowującym cały czas olimpijski spokój. Z placu Narutowicza wróciłam do domu tramwajem i jak się okazało, znowu rozminęłam się z Marysią, która po odwiedzeniu naszej mamy, kurującej złamanie ręki i przez to unieruchomionej w moim mieszkaniu w Warszawie, wróciła znowu do Kań. Tam przeżyła szok, gdyż po wejściu do domu zastała w nim zamiast ojca obcego mężczyznę, czyli owego sprowadzonego przeze mnie sąsiada - pana Stanisława Czerwińskiego. Wszystko to wskutek wyłączenia przez generała Jaruzelskiego telefonów. Dodam, że pan Czerwiński obsługiwał w ramach pomocy sąsiedzkiej gospodarstwo rodziców przez wiele miesięcy, aż do zwolnienia ojca z więzienia w Białołęce. I była to ciężka praca.
    Dziś wiem, że ojciec został wytypowany do internowania już w połowie października 1980 roku, a zatem w kilka tygodni po uroczystym podpisaniu porozumień sierpniowych. W Urzędzie do spraw Kombatantów wyjaśniono mi, że ojciec był jednym z pierwszego rzutu wytypowanych przez SB do internowania w liczbie 400 osób. Kilka tygodni po podpisaniu porozumień sierpniowych Moskwa już szykowała Polakom stan wojenny i internowania bez sądu.

    Zawał wskutek nieporozumienia

    Nieporozumienia związane z zatrzymaniem mego ojca dotknęły również w dramatyczny sposób pana Józefa Regenta w pobliskich Otrębusach. Mieszkał on w małym domku przy ul. Słowackiego 5 i podobnie jak ojciec miał obok domu malutką (w porównaniu do naszej) szklarnię. Nie znający terenu, ubole minęli Kanie i trafili na ul. Słowackiego w Otrębusach. Nazwa ulicy im się zgadzała (choć nie numer domu) i pasowała do opisu owa malutka szklarnia. Pan Józef nie dał się jednak aresztować, gdyż nie miał pewności, czy ma istotnie do czynienia z władzą, a nie podszywającymi się pod nią bandytami-przebierańcami. Wziął więc do ręki siekierę i zagroził, że stawi im czynny opór.
    Gdy na nocne hałasy zaczęli wyglądać z domów sąsiedzi, ubole się wycofali i wrócili do Warszawy po posiłki. Po ich powrocie nastąpił szturm, jeden z uboli zmylony zaspami śniegu na szklarni, wspiął się na jej dach, a gdy szkło załamało się pod jego ciężarem, wpadł do środka. Na dachu została jedynie jego czapka. Ostatecznie pan Józef skapitulował i dał się zabrać ubrany jedynie w sportowy dres do samochodu. Dodam, że był starszym panem w wieku lat 73 i miał sztuczną szczękę, która zgubił podczas walki. Ponieważ pochodził z Kresów, dokładnie z Tarnopola, gdzie jako kolejarz miał jakieś porachunki z władzą sowiecką, uznał, że nadszedł kres jego życia i że za chwilę zostanie zastrzelony w tym lesie. Szczęśliwie jednak milicyjne samochody wyjechały z lasu i obawy pana Józefa okazały się przedwczesne.
    Na komendzie na Ochocie pana Józefa wsadzono najpierw do celi, wypełnionej już przez znacznie młodszych od niego działaczy legalnej do tej pory "Solidarności". Wiedzieli oni już o wprowadzeniu stanu wojennego, ale nie umieli wytłumaczyć panu Józefowi przyczyny jego zatrzymania. Dopiero po wezwaniu go na przesłuchanie sprawa się wyjaśniła. Ubecy cały czas upierali się, że mają do czynienia z jakimś nieznanym mu Antonim Hedą. On im wyjaśniał, że to jakieś nieporozumienie. Pomocą w tych wyjaśnieniach posłużyły policyjne fotografie ojca, do których na szczęście nie pasował. Po powrocie do celi pan Józef zasłabł i został odwieziony na Pogotowie, gdzie - kolejny zbieg okoliczności - położono go na łóżko, na którym przedtem leżał znany warszawski dziennikarz red. Jerzy Zieleński. Miał on być redaktorem legalnego pisma "Solidarności", "Mazowsze". Pod wpływem szoku na wieść o wprowadzeniu stanu wojennego red. J. Zieleński wyskoczył przez okno i zginął. W szpitalu pan Józef przebywał ponad miesiąc, a gdy wrócił do domu, wciąż na dachu szklarni wisiała czapka milicjanta, który go chciał internować.

    Zanotował Antoni Zambrowski

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Profesor z przeszłością - Tadeusz M. Płużański Wysłane czwartek, 3, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    W zeszłym roku zmarł wybitny, zasłużony profesor, prawy człowiek w latach próby. Mniej więcej takiej treści nekrologi mogliśmy przeczytać w prasie. Pamięci Włodzimierza Brusa tekst pod znamiennym tytułem: "Ucieczka od końca świata" napisał w "Gazecie Wyborczej" sam Adam Michnik.

    Dwustronicowy artykuł Michnika nie był biografią Brusa, ale kolejnym politycznym manifestem: "To, co obserwuję w polskiej polityce, nie przypomina końca świata. To raczej sceny z filmu amerykańskiego - najpierw jest pożar w burdelu, a potem akcja nabiera tempa. Nie mam umiejętności strażaka, by gasić ten pożar. Chciałbym spojrzeć nań z pewnej perspektywy - ileż to już było takich pożarów...". Tą perspektywą jest książka Jacka Bocheńskiego "Pożegnania z panną Syngilu", opowiadającą o podróży pisarza po Afryce, spętanej dyktaturami. Bocheński - analizuje dalej Michnik - ucieka od tego złego świata: "Panna Syngilu, kolorowa stewardesa, stała się fascynacją erotyczną narratora, co dzisiejszego czytelnika przekonuje, że nasze życie nie sprowadza się do walk z »układem«, »wykształciuchami«, »partią białej flagi« i innymi tego rodzaju fantomami". Co z tym wszystkim miał wspólnego profesor Brus? Michnik - za Bocheńskim - chce najpewniej powiedzieć, że też miał zdrowy stosunek do rzeczywistości, wolny od fantomów. A może nawet gasił pożary?
    W tej samej "GW" sylwetkę zmarłego ("Profesor Brus - mój mistrz") przedstawił Waldemar Kuczyński, magistrant Brusa z 1965 r. na Wydziale Ekonomii Politycznej Uniwersytetu Warszawskiego (w wolnej Polsce doradca premierów Mazowieckiego i Buzka): "Największy popłoch budził profesor Włodzimierz Brus. Egzamin u niego uważano za kataraktę śmierci, kto ją przebył, miał magisterkę w kieszeni". Ja mam inne, oczywiście nieprawomyślne skojarzenie. Jeśli już o śmierci mowa, to może tak: podpis Heleny Wolińskiej nie był kataraktą śmierci, tylko jej przedsionkiem. Wymieniona pani to stalinowska prokuratorka, żona Brusa, budząca nie mniejszy popłoch, ale nie studentów, tylko Bogu ducha winnych ludzi, których pod dyktando bezpieki kazała aresztować. Jej podpis to nie zaliczenie w indeksie, ale przepustka na tamten świat.

    PO PROSTU NIE

    Kilka lat temu uczczono - oczywiście w "Gazecie Wyborczej" - 80-lecie Włodzimierza Brusa, wybitnego przedstawiciela środowiska rewizjonistów i "odważnego ekonomisty". Prezes Fundacji Batorego Aleksander Smolar, wymieniając zasługi profesora, napisał wówczas: "jaka szkoda, że nie ma go tutaj". Przede wszystkim szkoda, że do Polski nie wróciła przed oblicze Temidy jego żona. Kiedy wybuchła sprawa działalności Wolińskiej w stalinowskim aparacie represji, zadzwoniłem do oksfordzkiego mieszkania państwa Brusów. Był 11 października 1999 r. W słuchawce odezwał się męski głos:
    - Czy rozmawiam z panem profesorem Brusem?
    - Tak, a o co chodzi?
    - O pana żonę, Helenę Wolińską-Brus. Do 15 października powinna się stawić na przesłuchanie w warszawskiej prokuraturze w sprawie bezprawnego aresztowania generała Fieldorfa.
    - Żona nie będzie rozmawiała z prasą. Ja też nie.
    - Dlaczego?
    - Po prostu nie.
    Gdzie się podziała tak wychwalana odwaga pana profesora?

    CIEMNA PRZESZŁOŚĆ
    JASNE JUTRO


    W 1921 r. w Płocku w rodzinie Abrama Zylberberga i Heleny z domu Askanas urodził się syn Beniamin. "Chociaż sytuacja mojej własnej rodziny była relatywnie dobra (mój ojciec - pracownik umysłowy ochotniczej organizacji żydowskiej - zachował pracę w całym okresie międzywojennym), zestawienie nieczynnych fabryk i marnowanych produktów obok armii ludzi desperacko poszukujących pracy i walczących o swe przetrwanie rodziło pytania, których nie można było zlekceważyć" - tak młody Zylberberg zdawał się tłumaczyć swoją drogę do komunizmu (strona Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, rozdział "Ekonomiści polscy w świecie", tekst: "Zmora reformowania socjalistycznego systemu ekonomicznego", bez daty, podstrona witryny PTE - ASME).
    Potem przyszły książki - wedle określenia samego Brusa (wówczas jeszcze Zylberberga) - "ojców założycieli": "Ekonomia polityczna" Bogdanowa, "Nauki ekonomiczne" i "Manifest komunistyczny" Marksa: "Wszystko to wywarło na mnie wielkie wrażenie, jako przekonujące wyjaśnienie procesu historycznego wskazujące obecnie na socjalizm z jego planową gospodarką jako jedyne realistyczne lekarstwo na ewidentnie nieuleczalne choroby kapitalizmu".
    Waldemar Kuczyński we wspomnieniu: "Niski, metaliczny baryton, sylwetka energiczna, wojskowa, służył chyba u Berlinga". Rzeczywiście, po ukończeniu studiów w Saratowie (ZSRR) w 1944 r. Włodzimierz Brus rozpoczął służbę w aparacie polityczno-wychowawczym LWP. Sam tak to wspominał: "Moim przydziałem w armii stał się wkrótce wydział publikacji Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego, gdzie byłem głównie zaangażowany w pisanie i publikację materiałów wykładowych na tematy socjoekonomiczne dla oficerów politycznych, zajmując się zarówno przedwojenną przeszłością (ciemną), jak i perspektywami powojennej odbudowy oraz przyszłym rozwojem Polski w jej nowych - znacznie przesuniętych na zachód - granicach i w warunkach radykalnie zreformowanego systemu ekonomicznego (jasnego)".
    W maju 1945 r. por. Włodzimierz Brus (jeszcze jako Beniamin Zylberberg) alarmował centralę o sytuacji na Opolszczyźnie: "Milicja jest b. słaba, źle uzbrojona i na niesłychanie niskim poziomie moralnym. (...) Milicjanci biorą udział w rabunkach, są często w cichej zmowie z »szabrownikami«. (...) Kierownictwo MO i UB odnoszą się z największym pobłażaniem do rabunków i gwałtów".
    Brus: "W kampaniach wyborczych roku 1946 (najpierw referendum, później wybory do parlamentu) wojsko jako całość, a w szczególności jego zarząd polityczno-wychowawczy, były silnie zaangażowane po stronie kierowanej przez komunistów koalicji przeciw siłom opozycji. Na początku 1947 roku zostałem zwolniony z wojska, aby zostać młodszym redaktorem teoretycznego dwumiesięcznika Polskiej Partii Robotniczej - polskiego odpowiednika partii komunistycznej (zostałem członkiem partii jeszcze w wojsku)".

    "OKRUCIEŃSTWA
    BEZPODSTAWNYCH PRZEŚLADOWAŃ"


    Włodzimierz Brus podjął pracę naukową w Instytucie Nauk Społecznych przy KC PZPR, SGPiS i na Wydziale Ekonomii Politycznej UW. Miał przyczynić się do "umocnienia pionu ideologicznego i wziąć udział w obalaniu nauki burżuazyjnej". Robił to z powodzeniem. Wtedy z uczelni musiały odejść takie tuzy przedwojennej profesury jak Kotarbiński, Tatarkiewicz, Ossowscy.
    W swoich publikacjach wychwalał "demokrację" w Związku Sowieckim, a w Polsce ekonomię marksistowsko-leninowską (przeciwną kapitalistyczno-obszarniczej) oraz jej mentorów - Bieruta i Minca, równocześnie atakując niepodległą Polskę - zgniłą i umierającą pod rządami "bezwzględnej faszystowskiej dyktatury sanacji".
    W połowie lat 50. Brus zmienił front: ortodoksyjny marksista - jak wielu jemu podobnych - został rewizjonistą. O 1956 r. pisał: "Wkrótce zaczęło się zwalnianie z więzień i obozów koncentracyjnych, początkowo powoli, a następnie szybciej i szerzej, milionów rzekomych »wrogów ludu«, odsłaniając prawdziwą skalę i okrucieństwa bezpodstawnych prześladowań. Wszystko to obnażyło fałsz nie tylko mistyczno-absolutystycznych roszczeń do uniwersalnej ważności tego, co było przedstawiane jako fundamenty teorii marksizmu-leninizmu, lecz również wersji racjonalno-relatywistycznej ("konieczne w swoim czasie")". Jakoś zapomniał prof. Brus, że już wówczas żył pod jednym dachem z osobą odpowiedzialną za "okrucieństwa bezpodstawnych prześladowań".
    W 1957 r. tak chciał zmieniać socjalizm: "program zmian w modelu gospodarczym powinien zawierać - jako jeden z zasadniczych punktów - zadanie pogłębienia planowania centralnego". Należał m.in. do Klubu Krzywego Koła, razem z Władysławem Bartoszewskim, którego Helena Wolińska przetrzymywała bezprawnie w więzieniu przez 18 miesięcy bez przedstawienia aktu oskarżenia.

    CZEREZWYCZAJKA
    I SAMOOKREŚLENIE


    Dla Włodzimierza Brusa marzec 1968 r. zaczął się w styczniu. W akcie protestu przeciwko zdjęciu "Dziadów" Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym wystąpił z PZPR. Skupiła się na nim antysemicka nagonka. 19 marca, na spotkaniu aktywu partyjnego w Sali Kongresowej Gomułka (towarzysza "Wiesława" przed "odwilżą" Wolińska chciała wsadzić do więzienia, tak jak to zrobiła z jego najbliższym współpracownikiem - Zenonem Kliszką) zaatakował literatów, m in. Stefana Kisielewskiego i Pawła Jasienicę, i naukowców - obok Brusa także Bronisława Baczkę, Zygmunta Baumana i Leszka Kołakowskiego: "zwalczając od lat politykę naszej partii z pozycji rewizjonistycznych - świadomie i z premedytacją sączyli wrogie poglądy polityczne w umysły powierzonej ich pieczy młodzieży".
    Rozpowszechniano ulotki:
    "Bauman z Brusem i Baczką ta podstępna szajka
    Pastwiła się nad Polską jak czerezwyczajka".
    I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego w Lublinie, niejaki Kozdra, na wiecu 21 marca 1968 r. przemawiał: "Mamy prawo żądać wyraźnego samookreślenia się tych Żydów, obywateli naszego państwa, którzy jeszcze się nie samookreślili". Na łamach "Walki Młodych" Brus został postawiony w jednym rzędzie z Bermanem, Różańskim i Światłą. Prowokacja wobec profesora zawierała jednak źdźbło prawdy - komunistyczny politruk Brus przybył razem z nimi z ZSRR, żeby instalować w Polsce nową władzę, a rewizjoniście Brusowi jakoś nigdy nie przeszkadzało, że prywatnie związał się ze stalinowską inkwizytorką.
    Jego koledzy-naukowcy - Leszek Kołakowski, Bronisław Baczko i Zygmunt Bauman - marksistowscy ortodoksi i walczący ideologowie stalinizmu - też zostali rewizjonistami. Najbardziej "zasłużony" jest ostatni z nich - od 1944 r. służył w moskiewskiej milicji, potem oficer polityczno-wychowawczy LWP i KBW (zwalczał szabrowników, ale także antykomunistyczne podziemie), jako agent "Semjon" przez lata współpracował ze zbrodniczą Informacją Wojskową.

    CHWILOWY ODPOCZYNEK

    Włodzimierz Brus został wyrzucony z UW 25 marca 1968 r. To najbardziej znany fakt z jego biografii, często przytaczany w rewizjonistycznych i politycznie poprawnych publikatorach. Ta sama decyzja, którą podpisał minister oświaty i szkolnictwa wyższego Henryk Jabłoński dotyczyła również innych, wspomnianych już akademików, m.in.: Baczki, Baumana, Kołakowskiego. Przez kolejne lata PRL-u na Brusa istniały "zapisy cenzorskie".
    Brus o marcu 1968 r.: "Pomimo wysoce niepomyślnych perspektyw, podjąłem decyzję nic opuszczania kraju i przyjąłem jedyną dostępną mi pracę (żadna instytucja nie ośmieliłaby się zatrudnić mnie bez bezpośredniego polecenia z Komitetu Centralnego Partii) w Instytucie Ekonomiki Budownictwa Mieszkaniowego. Panująca tam atmosfera była bardzo pobudzająca intelektualnie, prawdopodobnie również z uwagi na to, że wśród personelu były ofiary wcześniejszych (i często ostrzejszych) fal prześladowań. Pracowałem tam prawie cztery lata". Znów ani słowa o Wolińskiej i jej ofiarach.
    Ponieważ jednak - kontynuuje Brus - "nie było żadnych widocznych perspektyw dla podjęcia jakiejkolwiek otwartej pracy akademickiej w Polsce (...), gdy nadeszło zaproszenie na jednoroczny pobyt na University of Glasgow, zbiegające się z pilną potrzebą rozwiązania za granicą rodzinnych problemów zdrowotnych, wybraliśmy wyjazd na chwilowy odpoczynek. Nie tak rzadki przypadek najdłuższego żywota rzeczy tymczasowych potwierdził się w naszym przypadku: po owocnym roku w Glasgow nadarzyła się sposobność kontynuowania pracy w mojej dziedzinie na długoterminowych zasadach w Oksfordzie".
    Państwo Brusowie, zachowując polskie obywatelstwo, zamieszkali w spokojnej, willowej dzielnicy tego uniwersyteckiego miasteczka. Profesor wykładał ekonomię, ale też filologię rosyjską i środkowoeuropejską w Wolfson i Saint Anthony's College. Jego żona uczestniczyła w sympozjach naukowych, udzielała się towarzysko, ostentacyjnie manifestując swoje poparcie dla "Solidarności" i potępiając stan wojenny...

    RENTGENOWSKIE PRZEŚWIETLENIA
    I WSPÓŁPRACA ZE STASI


    Nie za sprawą Włodzimierza Brusa Helena Wolińska była w latach 1945 - 1955 jedną z bardziej wpływowych osób na szczytach komunistycznej władzy. Wysokie miejsce w aparacie partyjnym i państwowym zawdzięczała zażyłej znajomości z Franciszkiem Jóźwiakiem, przedwojennym działaczem WKP(b) i KPP. Jako "Lena" pracowała najpierw w jego sztabie GL i AL, potem w Milicji (Jóźwiak był twórcą i pierwszym komendantem MO), a następnie w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej (od marca 1945 do marca 1949 Jóźwiak był wiceministrem bezpieki).
    Z Brusem, z którym wzięła ślub jeszcze w 1940 r., zeszła się ponownie w 1956 r., dając kosza Jóźwiakowi. Kiedy trzy lata wcześniej Wolińska aresztowała AK-owca Juliusza Sobolewskiego, jego żona Krystyna wywalczyła u Jóźwiaka złagodzenie wyroku śmierci.
    Janusz Kozłowski, podkomendny Sobolewskiego: - Nie była to łaskawość czy obudzenie się sumienia Jóźwiaka. Po prostu chciał zrobić na złość kobiecie, która zrobiła dzięki niemu karierę, a w końcu go zostawiła.
    Wkrótce po wyjściu na wolność Sobolewski zmarł. Rentgenowskie prześwietlenia płuc, jakim go poddano na Rakowieckiej, były w praktyce wielokrotnymi naświetleniami.
    Już w wolnej Polsce, kiedy organa sprawiedliwości zaczęły ścigać Helenę Wolińską - wydały nakaz jej tymczasowego aresztowania, a do władz Wielkiej Brytanii skierowały wniosek o jej ekstradycję, Krystyna Sobolewska powiedziała mi: - Dziś nie życzę Wolińskiej więzienia, kary śmierci, szubienicy. Marzę tylko o jednym - żeby została uznana za inkwizytorkę, człowieka podłego i przestała żyć w chwale żony profesora Oksfordu.
    Franciszek Jóźwiak zmarł w 1966 r., porzucony przez Wolińską i odsunięty od stanowisk, kończąc swoją karierę 10 lat wcześniej jako prezes NIK i wicepremier. W połowie lat 70. Włodzimierz Brus został przyłapany z kochanką w hotelu. Aby ukryć ten fakt przed zaborczą żoną, podjął tajną współpracę ze wschodnioniemiecką Stasi. Jako pierwszy dokumenty na ten temat ujawnił kilka lat temu dwumiesięcznik "Arcana".
    W czerwcu ub. r., po ośmiu latach (!!!) od rozpoczęcia przez Polskę procedury ekstradycyjnej, Brytyjczycy odmówili nam wydania Heleny Wolińskiej-Brus. Teraz IPN chce zastosować wobec tej stalinowskiej inkwizytorki ENA (europejski nakaz aresztowania).
    Waldemar Kuczyński kończy wspomnienie o swoim mistrzu: "Potem spotykałem się z nim rzadko, ostatni raz w Polsce na początku lat 90. Nie był Brus, jak wielu reformatorów socjalizmu, entuzjastą polskiej transformacji. Uważał ją za zbyt kapitalistyczną".

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    AKTUALIZACJA WITRYNY KARY ŚMIERCI Wysłane niedziela, 30, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Historia kary śmierci na ziemiach polskich

    Opis wykonywania Kary Śmierci w PRL
    SMAK OSTATNIEGO PAPIEROSA

    Po raz ostatni wyrok kary śmierci wykonano w Poznaniu we wrześniu 1987 roku. Wówczas to powieszono gwałciciela i mordercę ośmioletniej
    dziewczynki. Od września tego roku obowiązywać będzie nowy kodeks. Zgodnie z nim nawet najniebezpieczniejszy przestępca nie będzie mógł być skazany na śmierć. (...)

    Nowa podstrona Witryny Kary Śmierci:
    Spór o Europejski Dzień przeciwko Karze Śmierci

    Polska za Dniem przeciw Karze Śmierci
    Polska nie sprzeciwia się już Europejskiemu Dniu przeciwko Karze Śmierci. Decyzję o wycofaniu polskiego weta podjął osobiście premier Donald Tusk. (...)

    Spór o projekt ustawy autorstwa ugrupowania PiS o przywróceniu KS do kodeksu karnego

    Prawo karne | Wątpliwa jakość badań o skuteczności kary śmierci
    Nie można badać na wyrywki

    Autorzy projektu wprowadzającego do polskiego systemu prawnego karę śmierci powoływali się w Sejmie na amerykańskie badania potwierdzające skuteczność tej kary. Takie badania rzeczywiście istnieją. Polscy eksperci podważają jednak ich jakość. (...)

    Wypowiedzi polskich abolicjonistów

    Kwaśniewski przeciwny przywróceniu kary śmierci
    Prezydent Aleksander Kwaśniewski powiedział na konferencji prasowej w Wiśle, że jest "zdecydowanie przeciwny" przywróceniu w Polsce kary śmierci. Dodał, że mówienie o przywróceniu kary śmierci jest czymś, "czego on nie rozumie". (...)

    Kara śmierci w Stanach Zjednoczonych Am. Północnej

    Niewidomy 76-latek stracony w Kalifornii
    Clarence Ray Allen, skazany na śmierć za zlecenie morderstwa, był prawie głuchy i poruszał się na krześle inwalidzkim. Na wykonanie kary śmierci czekał 23 lata (...)

    Stracono tysięcznego więźnia w USA
    Sąd Najwyższy USA i gubernator Karoliny Pół nocnej odrzucili apelację skazanego na śmierć Kennetha Lee Boyda. W piątek Boyda stracono. (...)

    Dyskusja w USA nt. kary śmierci - artykuły prasowe i polemiki (prasa polska i zagraniczna)

    Kara śmierci w odwrocie
    New Jersey zamierza znieść karę śmierci. To pierwszy taki przypadek od jej przywrócenia w 1976 roku (...)

    Kara śmierci jednak odstrasza potencjalnych morderców
    Jak wykazało kilkanaście badań przeprowadzonych w ostatniej dekadzie przez naukowców w USA, kara śmierci pełni funkcję odstraszającą, a
    tym samym ratuje życie potencjalnych ofiar morderstw - podał "New York Times". (...)

    Koniec egzekucji niepełnosprawnych umysłowo
    Sąd Najwyższy USA orzekł w czwartek, że wykonywanie wyroków śmierci na niedorozwiniętych umysłowo łamie konstytucyjny zakaz stosowania okrutnych kar. (...)

    Francja - UnioEuropejska wolność od kary śmierci

    "Kara śmierci to obraza ludzkiej godności"
    Na zakończenie III Światowego Kongresu przeciwko karze śmierci, który obradował w Paryżu, odczytano w sobotę przesłanie od papieża, który nazwał ten rodzaj kary "obrazą godności człowieka". (...)

    Dramatyczny apel skazanych na dożywocie
    Więźniowie proszą o śmierć

    Dziesięciu więźniów z zakładu karnego w Clairvaux odsiadujących dożywocie wezwało do przywrócenia kary śmierci, zniesionej we Francji w 1981 r. Żywcem zamurowani - jak piszą o sobie - nie mają nadziei na przedterminowe zwolnienie; wolność może im przynieść tylko śmierć. Dramatyczny apel skazanych wywołał falę krytyki francuskiego systemu penitencjarnego. (...)

    Więźniowie domagają się kary śmierci
    Dziesięciu więźniów, odsiadujących we Francji wyrok dożywocia, wystąpiło z żądaniem przywrócenia kary śmierci. Domagają się, aby kara ta została zastosowana wobec nich samych. (...)

    Bezrobotny aresztowany za zamordowanie trojga swych dzieci
    36-letni bezrobotny został aresztowany w Marsylii na południu Francji jako podejrzany o zabójstwo swoich trojga dzieci, w tym noworodka - poinformowały
    w niedzielę francuskie źródła sądowe. (...)

    Kara śmierci w Pakistanie

    Pakistan: Prawo o bluźnierstwie młotem na chrześcijan
    Kolejny chrześcijanin padł w Pakistanie ofiarą ustawy o bluźnierstwie. Sąd w Lahaurze skazał na karę śmierci i wysoką grzywnę Younisa Masiha. Obrońcy podkreślają, że wyrok został zasądzony bezprawnie, na podstawie zeznań niewiarygodnych świadków. (...)

    Dania - UnioEuropejska wolność od kary śmierci

    Honorowe zabójstwo - cała rodzina skazana
    Na kary od ośmiu lat do dożywocia skazał sąd w Danii dziewięcioosobową rodzinę za zamordowanie 19-letniej dziewczyny. (...)

    Nieformalne wyroki kary śmierci w Polsce AD 2005

    Mafijni egzekutorzy na ławie oskarżonych
    Przed warszawskim sądem rozpoczął się dziś proces kilkunastu bandytów, z których każdy ma na sumieniu co najmniej kilka ludzkich istnień. To wynik jednego
    z większych śledztw prowadzonych przez stołeczny wydział zabójstw. Policjanci zatrzymali młodych przestępców w 2006 i na początku 2007 r. Niektórym z nich grozi dożywocie. (...)

    Do sądu trafiły akty oskarżenia w sprawie gangu nowodworskiego
    Zabójstwa, porwania ze szczególnym okrucieństwem, rozboje, przemyt i obrót narkotykami to tylko niektóre z zarzutów, które znalazły się w dwóch aktach oskarżenia wobec członków tzw. grupy nowodworskiej, w tym jej szefa Dariusza K. ps. Kary. Prokuratura Okręgowa Warszawa Praga przesłała je do sądu. (...)

    Morderstwo 4 osób w Nowym Dworze Mazowieckim - 06.2000

    Gang? Jaki gang?
    "Twierdza Modlin" to mit - przekonywał Grzegorz K., uznawany za szefa gangu i zleceniodawcę zabójstwa członków konkurencyjnej tzw. grupy nowodworskiej. (...)

    Morderstwo matki w Margoninie – 11.05.2001

    Poznań: Dożywocie dla matkobójcy
    Na karę dożywotniego więzienia Sąd Okręgowy w Poznaniu skazał dzisiaj Romana Maślaka, który w maju 2001 dla 50 zł brutalnie zabił własną matkę. (...)

    Potrójne morderstwo w podkrakowskich Jurczycach - 8 września 2000

    Bestie wciąż są na wolności
    Tajemnica potrójnego zabójstwa

    To była egzekucja. Bandyci zapędzili ofiary do łazienki i uśmiercali strzałami w głowę. Z zimną krwią zastrzelili trzy osoby. Chociaż od tego zabójstwa w
    podkrakowskich Jurczycach upływa 5 lat, mordercy są na wolności. (...)

    Morderstwo dwóch konwojentów w Sosnowcu - kwiecień 2002 r.

    To są zabójcy
    Prokuratura ujawnia twarze poszukiwanych listami gończymi bandytów, którzy zabili konwojentów w Sosnowcu (...)

    Morderstwo 4 osób w warszawskim banku 3 marca 2001 r.

    SN: dożywocie dla zabójców z Kredyt Banku - ostateczne
    Kary dożywotniego więzienia dla Grzegorza Szelesta i Marka Rafalika, którzy w 2001 r. zabili w warszawskiej filii Kredyt Banku ochroniarza i trzy kasjerki,
    są już ostateczne. Dziś Sąd Najwyższy oddalił kasacje obrońców skazanych, którzy chcieli złagodzenia kar. (...)

    Morderstwo 12-letniej Ani w Górze Kalwarii

    Akt oskarżenia w sprawie zabójstwa dwunastolatki
    Epilog jednej z najokrutniejszych zbrodni ostatnich lat

    Właśnie trafił do sądu akt oskarżenia w sprawie Piotra M. Mężczyznę oskarżono o zamordowanie 12-letniej Ani. Pierwszą rozprawę zaplanowano na styczeń. (...)

    Morderstwo 2-letniej córki Weroniki w Srokowie

    Zwyrodnialec zadźgał córeczkę
    To miała być zemsta na żonie... "Zostałaś sama i baw się sama, ha! ha!" - napisał niedbale na kartce papieru Sławomir M. Chwilę wcześniej zadźgał swoją 2-letnią córeczkę Weronikę. List napisał do matki dziewczynki, dla której śmierć dziecka miała być karą za wcześniejszą kłótnię. (...)

    Morderstwo 14-letniej Natalii w Szczecinie - 06.2003 r.

    Szczecin: 25 lat za zabójstwo gimnazjalistki
    Na kary 25 lat więzienia skazał Sąd Okręgowy w Szczecinie poniedziałek 20-letniego Mirosława D. i 17-letniego Przemysława Ż. za gwałt i brutalne zamordowanie 14-letniej gimnazjalistki Natalii O. Wyrok nie jest prawomocny. (...)

    Witryna Kary Śmierci


    Poczty sztandarowe: Salut! - prof. Jerzy Przystawa Wysłane niedziela, 30, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    W sobotę, 29 grudnia 2007, przy pięknej zimowej pogodzie, na Cmentarzu Nowym w Kielcach, złożyliśmy do grobu ciało Józefa Teligi, pułkownika Armii Krajowej. Zabrakło nad Jego trumną trąbki sygnałowej Wojska Polskiego, zabrakło salwy honorowej. Może i dobrze. Wojsko Polskie ma dzisiaj inne zmartwienia, gdy żołnierze w polskich mundurach strzelać muszą do kobiet i dzieci, na dodatek w krajach, z którymi Polska, w całej swojej długiej historii, nie miała nigdy najmarniejszego konfliktu. Nad prochami polskich żołnierzy grywa się dzisiaj sygnał honorowy armii Stanów Zjednoczonych - zapewne Pułkownik Józef Teliga za taki zaszczyt by podziękował.

    Zamiast Kompanii Honorowej przemówił nad grobem Antoni Kopaczewski, beznogi, legendarny przywódca "Solidarności" Regionu Podkarpacia, który z cywilem - Józefem Teligą, zakładał rolnicze związki zawodowe i tworzył Ruch Ludowy na Podkarpaciu i w Polsce. A "Jeszcze Polska nie zginęła" i "Nie rzucim ziemi" zaintonowała nieugięta Pani Janina Piekarz, która razem z nimi tworzyła "Solidarność Wiejską" na Ziemi Opolskiej. Odśpiewaliśmy je ze wzruszeniem, fałszując niemiłosiernie, jak zawsze, jak przystało na naród, który stracił słuch.
    Gdy jedyny obecny tam żołnierz AK i podkomendny Józefa Teligi rzucił komendę: "Poczty sztandarowe: salut!" - pochyliły się na Józefem Teligą jedynie Sztandar Solidarności Walczącej i flagi Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych - z którymi Józef Teliga był najbliżej związany przez ostatnie ćwierćwiecze i do końca swoich dni. Solidarność Walcząca przysłała na pogrzeb Pułkownika swój pierwszy garnitur, z Kornelem Morawieckim, Hanką Łukowską-Karniej, Andrzejem Kołodziejem, Heleną i Romkiem Lazarowiczami, z wielką polską artystką - Ludwiką Ogorzelec, Edkiem Wóltańskim, Piotrem Medoniem i wieloma innymi, których tylko twarze utkwiły mi w pamięci. Pięknie i wzruszająco przemówił Kornel Morawiecki, w imieniu Ruchu JOW pożegnał Pułkownika Jerzy Gieysztor.
    Odszedł od nas człowiek, którego bogaty życiorys starczyłby na co najmniej trzy inne. W tym wszystkim był cichy i skromny, prawie niezauważalny, jak cicha i niezauważalna była Jego walka, jako szefa podziemnego wywiadu Armii Krajowej na Kielecczyźnie, jak pułkownikowska rogatywka ukryta wśród pysznych bukietów na Jego trumnie.

    Dziękujemy Ci, Pułkowniku, za Twoje ciche, piękne i ofiarne życie!

    Wrocław, 30 grudnia 2007

    Jerzy Przystawa

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

    Informacja o pogrzebie płk. Józefa Teligi z dziennika "Życie Warszawy" (29.12.2007):

    Kielce pożegnały bohatera Solidarności

    W Kielcach pochowano 93-letniego pułkownika Józefa Teligę, byłego żołnierza AK i działacza Solidarności Walczącej. Jadwiga Chmielowska, która współpracowała z pułkownikiem Teligą w Solidarności wspomina, że był niezwykle energicznym człowiekiem.
    Jak mówi, Teliga to człowiek, który był jednym z największych autorytetów.
    - Dlatego z bolącym sercem żegnaliśmy jednego z najtrwalszych i najbardziej bezkompromisowych polskich żołnierzy - powiedziała Chmielowska.
    Pułkownik Józef Teliga był szefem wywiadu Armii Krajowej w dystrykcie kielecko-radomskim, tuż po wojnie działał w organizacji Wolność i Niezawisłość. W 1980 roku przystąpił do Solidarności Rolników Indywidualnych.
    W stanie wojennym był poszukiwany litem gończym. Przez prawie dwa lata ukrywał się przed aresztowaniem i w tym czasie założył organizację OKOR - Ogólnopolski Komitet Oporu Rolników. W 1984 roku został aresztowany i dwa lata spędził w więzieniu.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


    Na Nowy Wspaniały Rok 2008: czy się leży (z PiS-em), czy się stoi (z PO) - podatnika i czytelnika "GW" się doi - Krzysztof Pawlak Wysłane sobota, 29, grudnia 2007 przez Krzysztof Pawlak

    Nowy rząd okrzepł już trochę od wyborów, dlatego możemy spodziewać się coraz śmielszych enuncjacji jego prominentnych przedstawicieli o prawdziwych, nie zaś spreparowanych na użytek kampanii propagandowej, pomysłach, z którymi szli szeroką ławą po władzę. Wzrost ducha i coraz to lepsze samopoczucie zwycięskich "leberałów", podpierających się werbalnym konserwatyzmem, skutkuje wyciąganiem zza pazuchy iście "leberalnych" konceptów, skrzętnie tam odłożonymi z czasów poprzedniej chłeptanki u koryta w okresie rządów AW"S, którymi doświadczają swój i nie tylko elektorat oraz tzw. opinię publiczną, czyli oficerów frontu merdialnego, jak ich określa Stanisław Michalkiewicz,".

    Nic tak lepiej nie ekscytuje przeżuwaczy papki merdialnej, jak podawanie w umiarkowanych, ściśle odmierzonych dawkach, enuncjacji na tematy "zagrożeń", jakim raz po raz ponoć to podlegają szczególnie eksponowane osobistości. Jest to swoisty odpowiednik towarzyskiej kroniki z życia "wyższych sfer", do których obecnie zaliczani są przez instruktorów frontu propagandy - z powodu unicestwienia fizycznego przedstawicieli starożytnych rodów arystokratycznych, szlacheckich i mieszczańskich - biurokratyczni robotnicy tudzież uwłaszczeni w wyniku nomenklaturowego rabunku majątku państwowego nuworysze z PRL-owską licencją na bogactwo. Warto przy tej okazji przypomnieć, że nadal istnieje kontrola ewentualnych konkurentów do zaledwie stanu średniego, sprawowana zakulisowo niezmiennie od tego, kto w danym momencie odgrywa rolę oficjalnie rozdającego karty w państwowej administracji. Dla podsumowania "walki wyborczej" rozgrywanej na użytek gawiedzi w tym roku pomiędzy Wysoko Umawiającymi się Stronami, zobrazujmy to na przykładzie najnowszej zwycięskiej ekipy politycznej, Krajowej Rady Radia i Telewizji, szanowanego przez ekipy administracyjne wszystkich odmian politycznych Biznesmena, mniej już szanowanego, lecz cały czas prominentnego byłego wysokiego aparatczyka politycznego oraz jednej z redakcji prasowych...

    Liberalizm i kłopoty?

    Oczywiście, że liberalizm (gospodarczy) ma kłopoty w przebiciu się do świadomości Polaków, sowietyzowanej przez 40 istnienia PRL, a wcześniej epatowanej polskimi odmianami socjalizmu w wydaniu PPS-owskim, w czasie II RP. Nie ma jednak żadnych kłopotów "leberalizm" ("Towarzysze, ja mogę być i liberałem, tylko wy mi to powiedzcie!"), upowszechniany przez środowisko byłego KLD, obecnie przemalowanego na PO przy wydatnej pomocy niejakiego SS-mana PRL-owskich służb, o kryptonimie TW "MUSK". I tak mamy do czynienia z najnowszym, "unijno-europejskim" rozumieniem liberalizmu gospodarczego w wykonaniu Platformy Obywatelskiej, czyli wprowadzeniem koncesji na obrót wyrobami tytoniowymi w kawiarniach, restauracjach i sklepach. Oczywiście - wspartym szczytną ideą ochrony młodocianych przez zgubnym nałogiem palenia tytoniu. Towarzysz "leberał" Michał Szczerba, obecnie zatrudniony na etacie poselskim, proponuje, by - tak jak przy zezwoleniu na sprzedaż alkoholu - właściciel sklepu albo baru występował o pozwolenie do wójta, burmistrza lub prezydenta miasta, na którego terenie prowadzi działalność gospodarczą. Po otrzymaniu zgody przedsiębiorca będzie musiał kupować papierosy wyłącznie w koncesjonowanych hurtowniach, o czym doniósł dziennik "Życie Warszawy". Jednak by być w miarę rzetelnym, żurnalista dziennika nie przypisuje pełnej odpowiedzialności za unijno-neoliberalne rozumienie wolnego rynku jedynie przedstawicielom PO, swoją działkę dostają również nadzorowani przez etatystyczne Prawo i Sprawiedliwość biurokraci: "Ministerstwo Finansów już we wrześniu (czyli za rządów ekipy PiS - przyp. KP) rozważało wprowadzenie licencji na sprzedaż papierosów. Mówiło się wówczas nieoficjalnie, że to inicjatywa największego producenta papierosów w Polsce Philipa Morrisa". Jak widać, wpływ międzynarodowych firm i skuteczność lobbingu na ich rzecz nadal w "polskim regionie UE" jest na wysokim poziomie, choć pewnie suma 2,5 miliona dolarów za przeprowadzenie korzystnej dla zainteresowanych ustawy przez polski parlament (podana w połowie lat 90. ub. wieku przez merdia jako dowód na korupcję na najwyższych stanowiskach obecnej PRL-bis) nie jest już aktualna.

    KRRITV i kłopoty?

    Jak "elektorat" dobrze pamięta - Platforma ratunkowa dla Obywateli na swych pierwszorzędowych sztandarach niosła hasło likwidacji KRRiTV oraz abonamentu radiowo-telewizyjnego jako niezgodnego z ustawami parapodatku pobieranego od właścicieli odbiorników radiowych i telewizyjnych, którzy "za komuny" zaliczani byli przez aparat fiskalny do zbioru posiadaczy dóbr luksusowych, i tak zostało do dziś. Nikt przytomny na umyśle oczywiście nie spodziewał się po "leberałach" realizacji tych pokrzykiwań, mając w pamięci dokonania jej przedstawicieli w minionych latach. Tym nie mniej - dla kronikarskiego obowiązku - warto przytoczyć najświeższą wypowiedz towarzysza "leberała" Bogdana Zdrojewskiego, prominenta tej formacji, który w "państwowej" stacji Program I PR, w porannej audycji "Sygnały Dnia" w dn. 28.12.2007 r. zapewnił, że "projekt ustawy medialnej trafi w styczniu pod obrady Sejmu. Minister kultury dodał, że w tym projekcie utrzymany zostanie abonament radiowo-telewizyjny". Skoro mówi to sam najwyższy urzędnik "od kultury", to nie wypada się z tym sprzeczać, co ma być - będzie. Czyli tzw. misja będzie dalej wypełniana przez oficerów frontu ideologicznego, opłacanych przez podatników - pod przymusem świadczących określoną daninę na KRRiTV, "państwowe" stacje radiowe i telewizyjne. Jednakże zostały zapowiedziane ustami ministra "drobne korekty", być może chodzi o rozszerzenie "abonamentu" na "państwowe" witryny internetowe. "Leberalizm unijny" - pełną frazesów gębą. Nie od rzeczy będzie przypomnienie, że w czasie rządów poprzedniej ekipy solidarystów narodowych "nie było woli politycznej", by dokonać pogrzebu abonamentu RTV ani likwidacji KRRiTV. A jednak sama tylko myśl o możliwości "odzyskania" przez PO rządowych stacji nadawczych spowodowała gęsią skórkę u prominentów minionej koalicji PiS-SO-LPR, którzy wyznaczali swoich reprezentantów do KRRiTV, do tego stopnia, że nie powstrzymali się przed dogadaniem się ze swoimi superwygodnymi sparringpartnerami z teoretycznie przeciwnej strony - LiD, z którymi wspólnie umówili się zablokować przeforsowanie projektu Platformy w sejmie. A więc wszyscy: antykomunistyczny werbalnie PiS i post(?)komunistyczny LID wespół-zespół, by wszystko zostało po staremu...

    Krauze i kłopoty?

    Znany, wieloletni przyjaciel obecnego lokatora Wielkiego Pałacu Ryszard Krauze, biznesmen, którego wyjątkowy talent do zarabiania dużych pieniędzy znany jest wszystkim ekipom rządzącym "polskim regionem UE" - od tzw. przełomu społeczno-politycznego końca lat 80. ub. wieku, czyli umowy magdalenkowo-okrągłostołowej pomiędzy PRL-owskimi służbami specjalnymi a wytypowanymi przez tow. "gienierała" MO Czesława Kiszczaka "odpowiedzialnymi opozycjonistami" - ma mieć według doniesień merdialnych jakieś drobne incydenty na styku z prokuraturą, która zarzuca mu "składanie fałszywych zeznań dotyczących przecieku z akcji CBA w resorcie rolnictwa oraz o utrudnianie śledztwa w sprawie przecieku" w ramach osławionego i wykrytego wreszcie we własnych szeregach przez poprzednio rządzącą ekipę narodowych solidarystów Prawa i Sprawiedliwości "układu", który tworzyli m.in. były szef koalicyjnego ugrupowania PiS Andrzej L. oraz były szef MSWiA Janusz Kaczmarek (z nominacji PiS). Szczególnej wielkości i operacyjności biznesmen Krauze czuje się na tyle zaszczuty przez hordy wrażych prokuratorów, że nakazał pod groźbą wytaczania procesów o zniesławienie - żurnalistom, by ci opisując jego perypetie, używali pełnej formy nazwiska, zamiast zwyczajowej w przypadku kogoś postawionego w kręgu oficjalnego podejrzenia - jego pierwszej litery. Obecny minister Sprawiedliwości i jednocześnie Prokurator Generalny, a do niedawna - mecenas Zbigniew Ćwiąkalski, który - akurat tak się złożyło: wystawiał pozytywne dla biznesmena Krauzego opinie w toczącym się postępowaniu jako rzeczoznawca, dość solennie zapewniając w nich o nieadekwatności zarzutów stawianych temu wyjątkowemu przedsiębiorcy - ze zdziwieniem dowiedział się, że podwładni mu funkcjonariusze już przed paroma dniami zdołali przesłuchać szefa firmy Prokom, ale nie mieli czasu, by o tym powiadomić tzw. opinię publiczną, która w swej aktywnej części np. spekuluje na giełdzie warszawskiej, gdzie walory spółki zajmującej się tworzeniem oprogramowania dla strzyżenia klientów urzędów fiskalnych są w jej różnych odmianach firmanckich wysoko notowane. Biznesmen Krauze zapewne ma poczucie takiego zaszczucia administracyjno-merdialnego, że jedynie kolejnym "szczęściem w nieszczęściu" i fartem w swojej karierze może określić posunięcie odpowiednich organów rządowych (w postaci wydzielonej jednostki - ZUS), która od 21.07.2008 r. wprowadza "taką małą zmianę", iż do obsługi programu "Płatnik" trzeba będzie mieć certyfikat kwalifikowany, ale aby móc z niego korzystać, trzeba będzie wydać około 450 zł, gdyż dotychczasowa sytuacja, że wydawany jest DARMOWY certyfikat klucza publicznego - jest już po prostu nie do wytrzymania dla urzędników administracji rządowej. Dla odmiany oczywiście: używanie ODPŁATNEGO certyfikatu kwalifikowanego do obsługi "Płatnika" od 21 lipca 2008 r. ma być OBOWIĄZKOWE. No i za tak drastycznie pogorszone warunki prowadzenia działalności gospodarczej przez szefa informatyzującej od ...nastu lat Zakład Ubezpieczeń Społecznych firmy Prokom będą musieli zapłacić... inni podatnicy, z której każdej 450-złotowej daniny jakąś tam "maluśką" część dostanie firma biznesmena Krauzego. Pan Prezydent, profesor prawa pracy, skonstruowanego dla potrzeb pracobiorców-obywateli "polskiego regionu UE", tylko będzie mógł przyklasnąć, bo oto z pozostałej do dyspozycji administracji rządowej zapewne 1/3 części z 450 zł - będzie można po wielu przeliczeniach, dokonywanych przez legiony specjalistów od przeliczeń m.in. w Ministerstwie Finansów, przekazać kilkanaście złotych na "dofinansowanie programów walki z bezrobociem". Można się spodziewać, że i przez pozostały dwuletni okres prezydentury "Brata Mniejszego" w "polskim regionie UE" Szanowany Biznesmen będzie doświadczał jedynie tak szalonych represji, jak wyżej zostały przypomniane...

    Piskorski i kłopoty?

    Niegdysiejszy kompan Donalda Tuska, obecnie premiera koalicji PO-PSL, były prezydent Warszawy, obecnie unioposeł Pawełek Piskorski wyraził ongiś, przed kampanią wyborczą 2007 chęć założenia nowej partii z tow. Andrzejem Olechowskim (ksywa operacyjna "MUST"), a potem zadeklarował, że chętnie współtworzyłby ruch zakładany przez b. prezydenta "wszystkich ubeków", tow. Aleksandra Kwaśniewskiego i dlatego podejrzewał, że sprzysięgli się przeciw niemu polityczni konkurenci, którzy popędzali prokuratorów, by szczególnie dociekliwie przyjrzeli się jego fenomenalnym umiejętnościom gry na giełdzie w jej początkowym okresie działania oraz wyjątkowemu fartowi w transakcjach antykami na wolnym rynku, który werbalnie wspierali wespół-zespół z Donaldem Tuskiem w ramach "aferałów z ukradzionym pierwszym milionem", jak warszawska, i nie tylko, ulica określała nieistniejący już od dawna Kongres Liberalno-Demokraktyczny. Jeden jest tylko szkopuł: "Szukamy majątków liderów grupy pruszkowskiej i osób, których nazwiska pojawiły się w materiałach ze śledztwa dotyczącego wątku ekonomicznego »Pruszkowa« - wyjaśniła w rozmowie z »Newsweekiem« Katarzyna Szeska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie", o czym poinformował swoich odbiorców serwis internetowy walterowskiej stajni telewizyjno-newsowej TVN24, a to oznacza tylko, że pierwotny konflikt pomiędzy PRL-owskimi SS-manami z UB/SB i IW/WSW/WSI odżył w swojej częściowej krasie. Co prawda uniposelski Pawełek dzięki swojemu małżeństwu z panną Szurmiejówną może liczyć na wsparcie prawdziwych i przyszłych zarządców upadającym majątkiem RP (choć i tu "walterowcy" mają coś niecoś do powiedzenia...), no i choć według skądinąd znanej, starotestamentowej zasady "pomsta moja będzie do siódmego pokolenia" można się spodziewać lekkiego ograniczenia aktywności wolnorynkowej tego odłamu byłych "leberałów", przynajmniej w Warszawie, to widząc wzrastające zaangażowanie rodaków panny Szurmiejówny (jak i jej samej) w inwestycje deweloperskie w mieście stołecznym, które podlegało kiedyś Pawełkowi - czyż można spodziewać się pełnego krachu wyjątkowo udanych inwestycji i transakcji wyjątkowo zdolnego unijnoposelskiego (z poręki Platformy Obywatelskiej) "leberała-biznesmena"?

    Skoro mowa o coraz bardziej aktywnych przyszłych właścicielach "polskiego regionu UE":

    "GW" i kłopoty? Gdzież tam - szyderstwa z chrześcijaństwa na całego!

    Czymże byłoby Zło, gdyby nie istniało Dobro? Cóż by porabiał o. Dyrektor, gdyby nie było redakcji "Gazety Wyborczej"? Jak by się określał "kościół łagiewnicki", gdyby nie było koncernu medialnego, stworzonego przez o. Tadeusza Rydzyka? Gdzież by się sytuował "kościół postępowy", posoborowy w rycie, któremu wróżono w wyniku akcji ujawniania współpracowników Służby Bezpieczeństwa PRL wśród duchownych kościoła polskiego, działań podjętych zaledwie przez kilka osób, m.in. ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego i kilku publicystów związanych z Instytutem Pamięci Narodowej - klęskę pod "walcem PiS-owskiej sprawiedliwości"? Koncernowi AGORY wróżono już rychły upadek, tymczasem...
    Dodatkiem "intelektualno-refleksyjnym" i szpicą postępu "GW" jest jej magazyn "Wysokie Obcasy": "Ten cotygodniowy organ lesbijek, feministek, gejów i katolików-wierzących-inaczej po demaskacji rodziny Robrojków i jej autorki pani Musierowicz (żenią się, chodzą do kościoła, nie ma wśród nawet jednego ped..., przepraszam, geja), postanowił dać początek nowej świeckiej tradycji - wigilii z Krystianem Legierskim, gejem obsadzonym w roli anioła. Na zdjęciach Jana Zamoyskiego (a stylizowanych przez Klarę Kochańską) Wigilia zlała się z Ostatnią Wieczerzą (widać redaktor Turnau, etatowy katolik "GW", nie zrobił wykładu). Przy stole siedzi więc 12 osób. Chrystus, to chłopiec pod stołem oglądający telewizję. W pobliżu migdalą się geje, ksiądz wpatruje się w rudą, cycatą panienkę w czerwonej sukni. Pozostałe osoby siedzą znudzone" - ten wyczerpujący opis wizji "redaktorów" z okolic dolnomokotowskiej ulicy Czerskiej, sprzedawanej za kilka złotych odbiorcom "kościoła postępu", został rozpowszechniony w polskiej części Sieci i bynajmniej nie był jedynym krytycznym obrazem publikacji, zaserwowanej przez janczarów "postempu" i "antymocheryzmu", przygotowanej dla chrześcijan z okazji świąt Bożego Narodzenia. Popierana przez "kościół łagiewnicki" (termin ukuty przez "GW") formacja PO z pewnością doznała w swej okazałej części ukontentowania z okazji wyjątkowo trafnego przybliżenia pojmowania metafizycznej Tajemnicy Boskich Narodzin do zachodnioeuropejskich i unijnych wytycznych o "nieustająco postępującej" laicyzacji życia społecznego wszystkich "regionów UE". Jakiego więc zagrożenia doznały AGORA SA, "Gazeta Wyborcza", wspierana przez nie formacja Platformy Obywatelskiej i "kościół postępu" w mijającym roku?

    Nowy Wspaniały Rok 2008 - pod ideowym przywództwem antychrześcijan i propagatorów dewiacji z "gazety robionej przez półinteligentów dla ćwierćinteligentów", jak określa te środowisko prawicowy publicysta i współpracownika naszej witryny ASME Stanisław Michalkiewicz, za której światłym przewodnictwem podążają "unioeuropejsczycy" z Platformy Obywatelskiej, wspierani przez "realistów unijnych" z Populizmu i Socjalizmu - przywita nas przyspieszoną do maksymalnych obrotów próbą ratyfikacji przez parlament "polskiego regionu UE" Traktatu Lizbońskiego, kładącego kres suwerenności politycznej RP. Suwerenność terytorialną już utraciliśmy w ostatnich dniach grudnia 2007 - wraz z dopuszczeniem działania "Schengenstreifen", mających prawo zatrzymać każdego obywatela RP pod pretekstem "działania w pościgu" na terenie całego kraju i np. żądaniem okazania Ausweisu, przepraszam - tzn. dokumentu identyfikacyjnego zgodnego z Układem Schengen.
    Niewątpliwie wyjątkowo rozczulająco będzie wyglądać scena wtargnięcia do np. hurtowni wyrobów tytoniowych atandy folksojrów (© KP) z okrzykiem "Schengenkontrolle!", zwłaszcza w Warszawie, która po 60 latach romantycznej, typowo polskiej ułudy została "przywrócona" do Wielkiej Rodziny Unii Europejskiej, zaprojektowanej przez architektów narodowo-socjalistycznych w latach 40 ubiegłego wieku. Wszystko zaś będzie nagrywane i transmitowane "on-line" przez "państwowe" Radio i Telewizję, które już niedługo zapewne będą realizować nie tylko "misję kulturalno-społeczną" pod dyrekcją lokalnej administracji w Warszawie, ale - przede wszystkim, jak to już było w okresie poprzedzającym "akcesowanie Polski do UE" i referendum nad Anszlussem Polski przez UE - misję cywilizacyjną Nowej Wspaniałej Europy od Lizbony po Tel Awiw, w której jak zwykle - "tak wolno dyszet' czeławiek"...

    Do Siego roku!

    Krzysztof Pawlak