stycznia 20, 2008 - lutego 5, 2008

Studium pewnego przypadku - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 5, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

Springerowski "Dziennik" zamieścił w sportowym dodatku do poniedziałkowego wydania obszerną korespondencję z Izraela, opartą na wyznaniach Meira Granata, polskiego Żyda, który po wojnie wyemigrował do Palestyny. Opowieści Meira Granata stały się nagle medialne, gdyż jego syn Avram Granat został zatrudniony przez innego Żyda - Abramowicza na stanowisku trenera piłkarskiego klubu Chelsea. Oczywiście "Dziennik" zatytułował swoją korespondencję w duchu nowej polityki patriotycznej, czyli "polskie korzenie trenera Chelsea", ale to chyba tylko dla równowagi, gdyż swego czasu "GW" pisała o polskich korzeniach Kuby Rozpruwacza, podczas gdy z tekstu wynikało, że podejrzewany o morderstwa na angielskich prostytutkach niejaki Lis vel Silver był Żydem, który wyemigrował z ziem polskich będących zresztą wtedy pod zaborami.

Artykuł oparty na opowieściach Granata-seniora jest wart zwrócenia uwagi ze względu na toczącą się ostatnio dyskusję wokół "dzieła" J. T. Grossa pt. "Strach", a to dlatego, że niektóre fragmenty wspominków Granata mogłyby stanowić załącznik do książki Grossa. Meir Granat bez ogródek twierdzi, że jak tylko zmarł Piłsudski, Żydom w Polsce zaczęto robić przykrości, a po wojnie w Lublinie "było piekło", gdyż "w tym mieście było strasznie", a to dlatego, że "ludzie zaczepiali nas na ulicach i krzyczeli", wyrażając żal, że Hitler podczas wojny nie wytracił wszystkich Żydów.
Dlaczego jednakże opowieść Meira Granat może służyć jako przypadek wyjaśniający więcej niż autor wspomnień chciałby powiedzieć? Wynika to wprost z losów starego Żyda, który pomimo swoich obsesji potrafi jednak przyznać, że "przed wojną żyło nam się dobrze", a za jedyną zapamiętaną przez siebie przykrość z tego okresu przytacza, że po śmierci Piłsudskiego "ludzie mówili do nas: wasz dziadek nie żyje". Ciekawsze jest jednak to, co z rodziną Granata dzieje się później i z czego zacietrzewiony starzec nie stara się wyciągnąć zasadniczych wniosków. Otóż prawdziwych prześladowań rodzina ta doznała od sowieckich komisarzy, którzy aresztowali ich i wywieźli na Syberię, gdzie z głodu, chorób i wycieńczenia zmarło wielu najbliższych krewnych Granata. Na ucieczkę do "radzieckiego raju" namówił Granatów brat Meira, który według słów samego autora wspomnień był "komunistą i namawiał nas, żebyśmy uciekali do Sowietów, bo tam jest dobrze".
Bardzo to typowa historia, gdyż potwierdza to, do czego dochodzi każdy nieuprzedzony badacz dziejów, studiując dokumenty tamtego czasu, czyli do faktu, że bardzo wielu Żydów było nie tylko pod wypływem komunistycznej ideologii, ale aktywnie w ruchu komunistycznych uczestniczyło. Część z nich ginęła z rąk swoich towarzyszy, oskarżona o trockizm i inne odchylenia, a część zostawała po wojnie namiestnikami Sowietów w nowych demokracjach ludowych, tworzonych na terenach będących w radzieckiej strefie wpływów. Stawało się powodem uzasadnionej niechęci podbitych narodów, którzy w żydokomunie widzieli nowego okupanta i przyczynę dalszych represji. Oczywiście gdyby rodzina Granatów nie uciekła do radzieckiego raju, prawdopodobnie wyginęłaby przy likwidacji getta lub w obozach koncentracyjnych, jednakże Meir Granat zwierzając się dziennikarzom "Dziennika", stwierdza, iż po wojnie "w Niemczech czuł się bezpieczniej niż w Lublinie". Nie dodaje jednakże, że również wielu Polaków po wojnie bezpieczniej czuło się w Niemczech niż w Lublinie czy innych polskich miejscowościach, a to dlatego, że po wojnie w Niemczech nie było stalinowskiej bezpieki, której kierownictwo tak często - niestety - tworzyli rodacy pana Granata.
Haggada Meira Granta na temat relacji polsko-żydowskich przebiega według tego samego schematu jak haggada Grossa i innych obrońców żydokomuny, którzy niegodziwość swoich krewnych chcieliby przykryć polskim antysemityzmem i prześladowaniami "katoendecji". Jest to w istocie ucieczka od własnych życiorysów i szukanie winy w innych ludziach oraz narodach w celu odwrócenia uwagi od rzeczywistych przyczyn zaistniałych wydarzeń. Taka manipulatorska kazuistyka jest możliwa tylko dlatego, że do dnia dzisiejszego nie uznano komunizmu za takie samo zło jak hitleryzm, co więcej: od komunizmu znacznie gorszą reputację ma faszyzm, chociaż Mussolini z pewnością ma na sumieniu znacznie mniej ofiar niż Stalin, Trocki i Dzierżyński. Stąd też dzisiejsi antyfaszyści to bardzo często rodzone albo ideowe dzieci dawnych stalinowców, a to oznacza, że dialog z nimi nie jest w rzeczywistości możliwy.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


JAK ZNIEŚĆ VAT NA DOBROCZYNNE SMS-Y - Centrum im. Adama Smitha Wysłane poniedziałek, 4, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

W poniedziałek 4 lutego o godzinie 11.00 w siedzibie Centrum im. Adama Smitha przy ul. Bednarskiej 16 odbyła się konferencja prasowa z udziałem przedstawicieli:
Caritas Polska - ks. dr Mariana Subocza, Dyrektora;
Centrum im. Adama Smitha - Andrzeja Sadowskiego, Wiceprezydenta;
Diakonii Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP - Wandy Falk, Dyrektora Generalnego;
Polskiej Akcji Humanitarnej - Janiny Ochojskiej, Prezesa Zarządu;
Prawosławnego Metropolitalnego Ośrodka Miłosierdzia "Eleos" - ks. Doroteusza Sawickiego, Dyrektora;
Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - Jerzego Owsiaka, Prezesa Zarządu Fundacji.

Od co najmniej roku podmioty, które prowadzą działalność dobroczynną wielokrotnie apelowały o zwolnienie SMS-ów z podatku VAT. Do tej pory Ministerstwo Finansów twierdzi, że przepisów nie można zmienić. Tłumaczy, że zwolnienie charytatywnych SMS-ów z VAT jest niemożliwe.
Tymczasem rozwiązanie takie funkcjonuje od 1 stycznia 2006 roku w Czechach.
W dodatku rozciągnięto je na SMS-y wysłane w 2005 roku i podatek VAT zwrócono organizacjom społecznym, które za pomocą SMS-ów zbierały środki na cele dobroczynne.
Stawka podatku VAT na dobroczynne SMS-y w Czechach wynosi 0 procent. Jeżeli wysyłany jest SMS wartości 30 koron, to 3 korony stanowi koszt wysyłki SMS-a i jest on opodatkowany podstawową stawką VAT oraz 27 koron przeznaczanych na cele dobroczynne, które są opodatkowane zerową stawką podatku VAT. Dodatkowo umożliwiono tez posiadaczom telefonów na kartę (w systemie przedpłaconym), aby też mogli wysyłać SMS-y, które mają zerową stawkę VAT. Instytucje prowadzące działalność społeczną i zbierające środki w akcjach dobroczynnych otrzymują specjalne numery SMS-ów, na których przesłanie jest objęte zerową stawką VAT. Dzięki takiemu rozwiązaniu zaktywizowano młode pokolenie, które chętnie zaczęło wysyłać na cele dobroczynne SMS-y.
Rozwiązanie zastosowane w Czechach jest zgodne z Szóstą Dyrektywa Rady z dnia 17 maja 1977 r. W ślad za Czechami rozwiązanie umożliwiające przekazywanie drogą SMS-ową środków na cele społeczne wprowadzają Niemcy, Słowacja i Bułgaria. Z podobną inicjatywą wystąpił też jeden z brytyjskich parlamentarzystów.
Prawodawstwo Unii Europejskiej, jak widać, nie stoi na przeszkodzie, aby uwolnić pieniądze obywateli przekazywane na cele społeczne z podatku VAT. Pamiętajmy, że od tych pieniędzy zostały wcześniej zapłacone już inne podatki takie jak PIT, ZUS i różnego rodzaju składki. Polacy niezależnie od wyznania i poglądów politycznych są gotowi pomagać bliźnim i dają temu spontanicznie wielokrotnie wyraz. Nie ma najmniejszego powodu, aby odruch serca i chęć niesienia pomocy była obciążona jedną z najwyższych stawek podatku VAT w UE, jaką ma Polska.
Wprowadzenie stawki zerowej podatku VAT na SMS-y wysyłane na cele społeczne zależy tylko od decyzji politycznej. Rząd Czech podjął ją kilka lat temu. Nie ma najmniejszego powodu, aby niezwłocznie Premier i rząd RP nie przyjął analogicznego rozwiązania. Wystarczająco już długo rządzący w Polsce czerpią nienależne pożytki z okazywanego miłosierdzia.

Warszawa, 4 lutego, 2008 r.

Centrum im. Adama Smitha
Pierwszy Niezależny Instytut w Polsce
założony 16 września 1989 roku


Bestie (3) - Tadeusz M. Płużański Wysłane poniedziałek, 4, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

W latach 50. znęcali się fizycznie i psychicznie nad... dziećmi, działającymi w niepodległościowych organizacjach. Taki zarzut postawił dwóm funkcjonariuszom Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Piotrkowie Trybunalskim - Tadeuszowi Królowi i Tadeuszowi Molendzie łódzki IPN. Proces młodych patriotów odbywał się w 1951 roku Łodzi. W terenie dogorywało antykomunistyczne podziemie, z Konspiracyjnym Wojskiem Polskim na czele, a więźniowie pamiętali jeszcze twardą rękę byłego szefa miejscowej bezpieki - Mieczysława Moczara. Tablicę, poświęconą Żołnierzom Wyklętym, walczącym o wolną Polskę w latach 1944 - 1956 odsłonięto niedawno w Piotrkowie Trybunalskim.

Tadeusz Molenda, razem z innymi piotrkowskimi ubekami - Henrykiem Piętkiem i Eugeniuszem Gabrysiakiem - był już wcześniej sądzony, ale proces przed piotrkowskim sądem stanowił parodię wymiaru sprawiedliwości.
Dziesięć lat temu, na pytanie, czy proces uda się zakończyć w tym tysiącleciu, przewodnicząca składu sędziowskiego Elżbieta Poradowska odpowiedziała: "Myślę, że tak. Nie patrzę aż tak pesymistycznie".
Jerzy Biesiadowski, jeden z torturowanych członków piotrkowskich organizacji młodzieżowych, a w III RP oskarżyciel posiłkowy w procesie swoich oprawców, zapytany, czy sądowi nie zależy, aby winni ponieśli karę, stwierdził: - Kiedy poszedłem do sądu, sędzia Poradowska powiedziała mi, że są nowe dokumenty w naszej sprawie i musi je przeżuć.
Winnych do dziś nie udało się osądzić.

W BEZPIECE OD 1945 ROKU

Henryk Piętek - szef piotrkowskich ubeków, na pewno nie stanie przed sądem - w PRL był wiceministrem spraw wewnętrznych. Piętek, rocznik 1922, w resorcie dosłużył się stopnia generała brygady.
Droga Piętka do UB była typowa, prowadziła z Armii Ludowej. Służbę w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego rozpoczął 19 stycznia 1945 roku. Dwa lata przed przybyciem do Piotrkowa pracował w Końskich, gdzie szybko został kierownikiem sekcji śledczej UB. Potem Piętek płynnie przeszedł do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W latach 1962 - 1965 był zastępcą dyrektora Departamentu IV MSW, odpowiedzialnego za rozpracowywanie Kościoła. Jego przełożonym był płk Stanisław Morawski, widziany przy aresztowaniu Prymasa Stefana Wyszyńskiego. W latach 1965 - 1971 pełnił funkcję dyrektora Departamentu III MSW (do spraw walki z działalnością antypaństwową w kraju).
W 1971 roku, w czasach Gierka, Henryk Piętek został wiceministrem spraw wewnętrznych. Wtedy również dochrapał generalskich szlifów. Na stanowisku pozostawał ponad cztery lata. Odchodząc ostatecznie z MSW w 1974 roku, bezpiecznie wylądował w Ministerstwie Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego, też jako wiceminister. Na nowym stołku spędził kolejne sześć lat. Za zasługi dla "ludowego" państwa Henryk Piętek otrzymał Komandorię z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

W IMIĘ MARKSA

Już kilka lat temu sprawę Henryka Piętka sąd wyłączył do odrębnego postępowania, ze względu na zły stan zdrowia. Taką opinię o wystawił mu... zakład kosmetyczno-lekarski. Podobno leczył się w szpitalu MSW przy ulicy Wołoskiej w Warszawie.
Piętek uczestniczył jedynie w pierwszej fazie piotrkowskiego procesu, aby, jak mówił, "wyjaśnić sprawę". Jego wyjaśnienia ograniczyły się do trzech kwestii: w okresie objętym aktem oskarżenia nie było go w Piotrkowie, przedstawiony przez poszkodowanych rysopis nie odpowiada jego osobie, a w całej sprawie nie wyklucza zmowy.
Henryk Piętek zaprzecza, jakoby kiedykolwiek bił piotrkowskie dzieci. Tłumaczy, że jako szef powiatowego UB sam nie przesłuchiwał więźniów, bo miał do tego cały sztab ludzi. Odwrotnie - dbał o poprawę warunków w celach. Oskarżony musiał się jednak nieźle zasłużyć, skoro po służbie w Piotrkowie przeniesiono go na bardziej eksponowane stanowisko szefa bezpieki w Poznaniu, a potem we Wrocławiu. Pnąc się po szczeblach bezpieczniackiej kariery, trafił w końcu do Warszawy. Dalsze jego losy znamy.
Jerzy Biesiadowski: - Podczas pierwszego spotkania na UB chciał, abym przyznał się do winy i wydał kolegów. W zamian otrzymałem obietnicę, że puszczą mnie wolno. Ale ja, zamiast odpowiadać, oglądałem portrety wiszące na ścianie jego gabinetu. "Ten to Stalin, ten Bierut, a ten trzeci to kto?" - zapytałem. Piętek wściekł się i przyskoczył do mnie. Straciłem osiem zębów. Ten trzeci to był Marks.

"TAKIE ŚWIATŁO MNIE ZABIJA"

Sądzony razem z Henrykiem Piętkiem - Eugeniusz Gabrysiak - zeznawał przed sądem, że jako oficer UB prowadził działalność operacyjną "wobec band", a "Słoneczko" stało się "ugrupowaniem bandyckim". Według niego, ludzie ci "nie korzystali z dobrodziejstwa amnestii i chcieli łatwego chleba, dokonując bandyckich napadów".
Eugeniusza Gabrysiaka też nie było pod koniec 1950 roku w Piotrkowie: - Oczernia się mnie, a ja jestem uczuciowy. Za Niemców straciłem palec pod sieczkarnią.
Elżbieta Poradowska, przewodnicząca składu sędziowskiego: - Czy to jest znak szczególny, który powinien być widoczny dla więźniów?
Gabrysiakowi nie podobała się również obecność telewizyjnych kamer: - Takie światło mnie zabija. Mam rozbite oko.
Sędzia Poradowska: - Proszę nie kierować światła w ten sposób.
Kiedy prokurator zarzucił Gabrysiakowi bicie po pijanemu dzieci i używanie wulgarnych słów, były ubek odparł: - W życiu nie wypiłem nawet całej butelki piwa, a bluźnierstwa nie przeszłyby mi przez usta. Wychowałem się w rodzinie wielodzietnej, mieszkaliśmy obok kościoła.
Sędzia Poradowska: Proszę o spokój na sali, bo nakażę opróżnienie.
Gabrysiak: - Do UB trafiłem przypadkowo, dostałem przydział z wojska.
Podczas procesu nie przyznał się do winy, ale obciążył innego funkcjonariusza, nieżyjącego już Kazimierza Mrozińskiego, nazywanego w UB "Cysorzem":
- Zdarzało się, że podpisywałem mu protokoły przesłuchań, bo miał tylko cztery klasy podstawówki, a ja miałem ładny charakter pisma.

DZIELNEMU CHŁOPU WSTYD

Eugeniusz Gabrysiak popełnił jeden błąd - potwierdził, że nadal korzysta z uprawnień kombatanckich. Po nagłośnieniu sprawy, Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych odebrał mu uprawnienia, które należą się przecież za szczególne zasługi dla Polski.
Wiesław Fijałkowski, członek młodzieżowej organizacji "Słoneczko" (siedem dni i nocy w karcerze): - Gabrysiak potrafił bić. Jak raz uderzył w prawe ucho, tak mi w głowie zaszumiało, jakbym dostał jakiś środek odurzający. Najbardziej bolało mnie to, że przesłuchiwał w mundurze oficera Wojska Polskiego.
Mecenas Mastalerz, obrońca oskarżonych, do jednego ze świadków: - Czy rzeczywiście miał pan jakikolwiek związek ze "Słoneczkiem", czy tylko sobie to dziś przypisuje?
Sędzia Poradowska do obrońcy oskarżonych: - Panie mecenasie, pan wychodzi? Zostawia pan biednego Gabrysiaka?
Mecenas Mastalerz: - Nie szkodzi, on i tak jest przygotowany.
Sędzia Poradowska: - Dobrze, dzielny chłop.
Wiesław Fijałkowski: - Podczas ostatniej rozprawy Gabrysiak podszedł do mnie i powiedział, że jest mu wstyd przed rodziną, dziećmi.
Eugeniusz Gabrysiak mieszka w Piotrkowie. Po wyjściu z UB był taksówkarzem, pracował też w inspektoracie ruchu.
Jan Pietrzak, inny członek "Słoneczka": - Kiedyś zatrzymał mnie na ulicy, gdy jechałem motorem. Powiedział, że mam niesprawny przedni hamulec i kazał wymienić.

REFERENCI PUBP BIJĄ

Obecne oskarżenie Instytutu Pamięci Narodowej zarzuca Tadeuszowi Królowi i Tadeuszowi Molendzie fizyczne znęcanie się nad uczniami ostatnich klas szkół średnich w Piotrkowie Trybunalskim i Wolborzu. Torturowali młodych patriotów, mimo iż działalność organizacji, do których należeli, miała charakter wyłącznie propagandowy i ograniczała się do rozpowszechniania ulotek o treściach niepodległościowych.
Kim są oprawcy? Tadeusz Król był w latach 1950 - 1951 referentem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Piotrkowie Trybunalskim. Następnie awansował na kierownika sekcji V, która zajmowała się m.in. ruchem młodzieżowym. W czasie wielogodzinnych, często nocnych przesłuchań, bił pokrzywdzonych pięściami, kawałkiem kabla, gumową pałką. Przywiązywał pokrzywdzonych do drążka głową w dół, po czym kopał ich po głowie i żebrach.
Tadeusz Molenda w tym samym okresie (czyli w latach 1950 - 1951) też był referentem piotrkowskiego PUBP. Podczas wielogodzinnych przesłuchań, prowadzonych najczęściej w nocy, przywiązywał pokrzywdzonych do drążka, po czym, wiszących głową w dół, bił kablem po pośladkach.
W toku śledztwa IPN ubecy do niczego się nie przyznali.

PIĘŚCIĄ W SZCZĘKĘ

Tadeusz Molenda kilka lat temu, podczas swojego pierwszego procesu, od początku w ogóle odmawiał składania wyjaśnień. Nie odpowiadał nawet na pytania swojego obrońcy. Uważał, że przedstawione mu zarzuty nie mają żadnych podstaw, a cała sprawa jest polityczną zemstą.
Zeznania składał jedynie podczas śledztwa, jeszcze jako świadek:
- Żadnych zbrodniczych czynów nie popełniłem, nad nikim się nie znęcałem się i nikogo nie torturowałem.
Jerzy Biesiadowiski: - Molenda wiedział, jak bić, robił to z satysfakcją. Jak uderzał pięścią, to w szczękę albo nos, jak kantem dłoni, to w kark poniżej czaszki. Do dziś mam ślady z tamtych dni.
Tadeusz Molenda twierdzi, że nie tylko nie bił, ale również nie słyszał, aby inni bili. Podobnie, jak Eugeniusz Gabrysiak, do dziś mieszka w Piotrkowie. Tu skończył szkołę średnią, z zawodu jest mechanikiem lotniczym.

Z TORNISTREM DO SZKOŁY

Jerzego Biesiadowskiego ubecy aresztowali w 1950 roku, kiedy szedł z tornistrem do szkoły. Miał 17 lat i był zastępcą komendanta organizacji antykomunistycznej "Mała Dywersja". Należało do niej 30 uczniów Liceum im. Batorego w Piotrkowie.
Prócz "Małej Dywersji" UB rozpracował jeszcze dwie grupy, które działały w okolicy - piotrkowską "Młodzieżową Organizację AK", znaną bardziej pod nazwą "Słoneczko" i bełchatowską "Partyzantkę Podziemną". Ich założyciele mieli od 13 do 16 lat. Nie zgadzali się na likwidację polskiego harcerstwa i przerobienie ich na radzieckich pionierów.
W 1990 roku Jerzy Biesiadowski złożył dokumenty swojej sprawy u poprzedniczki IPN - Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi. Od tego czasu trwało śledztwo, które do dziś nie zakończyło się skazaniem winnych.
Z akt sprawy: "Członków tajnych organizacji bito rękoma i kopano nogami po całym ciele, krępowano im ręce w nadgarstkach uprzednio przełożywszy je pod nogami, a po przełożeniu kija pod ręce podwieszano (...) między dwoma biurkami, kneblowano ich, po czym wlewano wodę do nosa. Bito ich również prętem po całym ciele, ponadto znieważano ich słowami wulgarnymi, powszechnie uznanymi za obelżywe". To tylko część metod stosowanych w piotrkowskim UB. Większość przesłuchań odbywała się w nocy.

CZERWONY SĘDZIA

Latem 1951 roku młodzi antykomuniści stanęli przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi.
Jerzy Biesiadowski wspomina: - Sędzia Bronisław Ochnio, który przewodniczył rozprawie, zdziwił się, dlaczego zeznaję inaczej, niż w śledztwie. Wytłumaczyłem, że na UB byliśmy bici. Ochnio zrobił się czerwony, kazał mi zamilknąć i w końcu przemówił: "A co, mieli was masłem smarować?".
Większość nastolatków skazano. Długoletnie wyroki odsiadywali w obozie "reedukacyjnym" w Jaworznie, którego komendantem był słynny Szlomo Morel (oprawca zmarł niedawno w Tel-Awiwie, wcześniej Izrael odmówił Polsce jego ekstradycji). Po wyjściu na wolność zostali obywatelami drugiej kategorii, przez wiele lat nie mogli znaleźć pracy.
Sędzia Elżbieta Poradowska: - Ze względu na pozostawanie pod stałą opieką poradni zdrowia psychicznego, trzeba rozważyć możliwość przesłuchania świadków w obecności biegłego psychologa, gdyż w tym zakresie ich zeznania mogą budzić uzasadnione wątpliwości.
Korzystanie z pomocy neurologa nie podważało, zdaniem sądu, wiarygodności jednego z oskarżonych - Henryka Piętka.

WINNI BEZKARNI

Kim był sędzia Bronisław Ochnio? To wieloletni (od stycznia 1947 roku do maja 1953 roku) przewodniczący Wojskowego Sądu Rejonowego w Łodzi. Urodzony w 1908 roku w Krasewie (powiat Radzyń Podlaski), w 1932 roku absolwent Wydziału Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Przed wojną kancelista, uczestnik kampanii wrześniowej. Podczas niemieckiej okupacji aplikant sądowy. 30 sierpnia 1944 roku wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego. Do lutego 1946 roku sędzia i p.o. szefa Wojskowego Sądu 1 Dywizji Piechoty.
16 grudnia 1946 roku (po kilku dniach procesu) jako przewodniczący składu sędziowskiego łódzkiego WSR wydał osiem haniebnych wyroków śmierci na żołnierzy jednej z największych organizacji niepodległościowego podziemia - Konspiracyjnego Wojska Polskiego, w tym ich dowódcę - kapitana Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca". Dwóm skazanym zmniejszył potem wyroki Bierut. Czterech żołnierzy KWP dostało mniejsze kary (od roku do 15 lat pozbawienia wolności).
"Warszyc", razem z pięcioma swoimi podkomendnymi, został stracony 19 lutego 1947 roku - egzekucję przyspieszono ze względu na zbliżającą się amnestię. Komunistom (a szczególnie bezpiece, której KWP mocno dawało się we znaki) zależało na pozbyciu się groźnego przeciwnika politycznego. Do dziś nie wiadomo, gdzie został pochowany.
Jeden z prokuratorów ze sprawy kpt. Sojczyńskiego - zmarły niedawno ppłk Czesław Łapiński (wówczas był szefem Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Łodzi), kilka lat temu dał się namówić na rozmowę o procesie KWP. Jego zdaniem, jednym z winnych wydania kary śmierci na "Warszyca" był właśnie Bronisław Ochnio.
- Nie chciałbym tylko, aby wyglądało to tak, że usprawiedliwiam się, oskarżając zmarłych kolegów - wyznawał "szczerze" były stalinowski prokurator. - To był mój teren, ale na proces ściągnięto prokuratora z Naczelnej Prokuratury Wojskowej w Warszawie Kazimierza Graffa. On był głównym oskarżycielem. Grupę Sojczyńskiego podzieliliśmy między siebie na pół. Graff "obsługiwał" tych od góry, ja pozostałych, którzy popełnili mniejsze przestępstwa (głównym zarzutem była chęć obalenia siłą nowego ustroju - TMP). Wnosiłem o kary od pięciu do dziesięciu lat - tłumaczył się Łapiński.
Czesław Łapiński nigdy nie odpowiedział za sprawę "Warszyca". Inne osoby winne morderstwa na Stanisławie Sojczyńskim żyją jednak do dziś, np. wspomniany prokurator Kazimierz Graff. W 1939 roku Graff ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim, był żołnierzem września, potem w Armii Czerwonej i LWP. W "ludowej" Ojczyźnie sprawował funkcję zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego (w randze pułkownika), a następnie szefa Prokuratury Warszawskiego Okręgu Wojskowego.
Kazimierz Graff mieszka na warszawskim Mokotowie, przez nikogo nie ścigany. Kilka lat temu nie wstydził się mówić, że nie żałuje swojego udziału w procesie "Warszyca". Konkluzja jest smutna - śledztwo, prowadzone przez Instytut Pamięci Narodowej w sprawie mordu sądowego na Stanisławie Sojczyńskim, nie doprowadziło do skazania winnych.

ZBRODNICZY NAUCZYCIEL

Czesław Łapiński, wzorem Kazimierza Graffa, nie czuł się winny zamordowania legendarnego dowódcy KWP. "Najciekawsza" była jego opinia o samym "Warszycu". Nawet w latach 90. uważał go za bandytę i mordercę:
- Sojczyński prowadził regularną wojnę z twórcami nowego ustroju. Jego droga była naznaczona krwią. To był łódzki fragment bratobójczych walk. Przykłady? Na jednym z urzędów powiatowych była tablica z nazwiskami ponad 30 funkcjonariuszy UB, których zamordował. A za zbrodnie trzeba ponieść karę - mówił mi emerytowany prokurator.
Stanisław Sojczyński - według Czesława Łapińskiego - bandyta i morderca, przed wojną był nauczycielem języka polskiego i historii. W czasie okupacji hitlerowskiej na czele oddziału AK rozbił więzienie w Radomsku, uwalniając 40 więźniów. 3 maja 1945 roku, po wkroczeniu Sowietów, wydał rozkaz kontynuowania walki. Powołał organizację SOS (Samoobrona i Ochrona Społeczeństwa), której zadaniem była m.in. obrona ludności przed aresztowaniami i likwidacja sowieckich kolaborantów. 19 stycznia 1946 roku, w pierwszą rocznicę rozwiązania Armii Krajowej "Warszyc" stworzył Konspiracyjne Wojsko Polskie. Wkrótce skupiało ponad 3 tys. żołnierzy (niektórzy szacują, że nawet 6 tys.), najwięcej na terenie łódzkiego i kieleckiego. Oddziały KWP przeprowadziły wiele spektakularnych akcji - m.in. dwukrotnie zajęły Radomsko, rozbijając placówki MO i UB, uwalniając więźniów i rozprawiając się z miejscowymi kapusiami.

"ROZSTAWIANIE AKOWCÓW
PRZECIWKO SOBIE"


- Czy mogłem nie uczestniczyć w tym strasznym systemie? Czy mogłem nie wydawać wyroków i miałem się zbuntować? - ciągnął w rozmowie ze mną Łapiński. - Wyobraża pan sobie prokuratora, który przechodzi na stronę wroga? Dostałbym kulę w łeb (bzdura, funkcjonariuszy stalinowskiego systemu bezprawia nie skazywano w sowieckiej Polsce na śmierć, mogli co najwyżej trafić do więzienia - TMP). Ponieważ byłem akowcem (Łapiński pracował w wywiadzie ZWZ-AK, był dowódcą zgrupowania AK na Ochocie, działał w partyzantce na Zamojszczyźnie, drugiego dnia Powstania został ranny w rękę - TMP), bezpieka deptała mi po piętach, byłem podsłuchiwany, inwigilowany. Moje nazwisko znalazło się na liście do MBP.
- Dlaczego oskarżał pan swoich dawnych kolegów organizacyjnych?
- To była celowa gra, polegająca na rozstawianiu akowców przeciwko sobie. Sojczyńskiemu mogłem tylko współczuć, że też należał do Armii Krajowej. Po jej rozwiązaniu tylko nieliczni, tak jak "Warszyc", podjęli walkę zbrojną. Największa grupa akowców przystosowała się do nowych warunków, zachowując większy czy mniejszy stopień dezaprobaty (u Łapińskiego stopień ten był zdecydowanie mniejszy - TMP).
Zdaniem Łapińskiego, pojęcie "solidarności akowskiej" było po wojnie niewystarczające, stało się zużytym hasłem. W jego miejsce pojawiła się "solidarność narodowa", myślenie o Polsce:
- Dla mnie najważniejszą dewizą było to, aby nie szkodzić drugiemu Polakowi, robić wszystko, aby mu pomóc - Łapiński lubił uderzać w takie wysokie tony. - To było wyższe zobowiązanie moralne niż poczucie przynależności do organizacji, której już nie było.

PROKURATORSKI DOROBEK

- Dlaczego objął pan stanowisko szefa Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Łodzi? - pytałem dalej Czesława Łapińskiego.
- To był zupełny przypadek. Zaważył fakt, że miałem dobre rozeznanie w wojsku. Moja wcześniejsza praca została zauważona.
Co to była za praca i czy też robił w niej wszystko, aby pomóc rodakom? Co takiego zauważyli jego przełożeni? Swoją powojenną historię przedstawia tak: w lutym 1945 roku zgłosił się do ludowego wojska, ale zamiast do artylerii dostał przydział do prokuratury wojskowej. Początkowo (już w randze majora) był wiceprokuratorem w Białymstoku - w ramach nadzoru prokuratorskiego jeździł po jednostkach wojskowych, oskarżał jedynie w sprawach o dezercję i niewłaściwe obchodzenie się z bronią.
W rzeczywistości ów "nadzór prokuratorski" to nic innego jak... praca w Wydziale do Spraw Doraźnych białostockiego Sądu Okręgowego. W okresie swojego funkcjonowania - od lutego do czerwca 1946 roku, wydział ten skazał na śmierć co najmniej 151 niewinnych osób - najwięcej ze wszystkich wydziałów doraźnych w kraju (sądziły one w trybie przyspieszonym, bez możliwości obrony i ułaskawienia oskarżonego, podstawą był na ogół dekret z 16 listopada 1945 roku "o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa").
To tylko fragment jego działalności na rzecz bliźnich w imię wyższego zobowiązania moralnego. Niecałe dwa lata po "przypadkowej" sprawie Stanisława Sojczyńskiego, 15 marca 1948 roku przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie żądał kary śmierci dla rotmistrza Witolda Pileckiego - dobrowolnego więźnia Oświęcimia i trójki współoskarżonych - Tadeusza Płużańskiego, Makarego Sieradzkiego i Marii Szelągowskiej. Ci żołnierze Andersa mieli być płatnymi szpiegami imperializmu. 25 maja 1948 roku Pilecki został stracony w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Tylko za tę sprawę Łapiński był sądzony (IPN zarzucał mu podżeganie do mordu sądowego na rotmistrzu), ale oskarżony zmarł w trakcie swojego procesu.
Taki jest (cały?) dorobek prokuratorski Czesława Łapińskiego. W 1948 roku, pracując w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej, uzyskał awans na podpułkownika. Po odejściu z prokuratury został cenionym adwokatem. Kilka lat temu, doceniając jego "zasługi", Warszawska Izba Adwokacka skreśliła go ze swej listy.

ŻOŁNIERZ I PROFESOR

Wracając do sędziego Bronisława Ochnio - sądowego mordercy "Warszyca". Ponad dwa lata po wyeliminowaniu Sojczyńskiego - 14 marca 1949 roku, jako szef łódzkiego WSR, zawiadomił tamtejszy Urząd Stanu Cywilnego o zgonie kpt. Jana Małolepszego "Murata", kolejnego po "Warszycu", a zarazem ostatniego dowódcy Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Wiadomo jednak, że "Murat" nie zmarł śmiercią naturalną - zamordowali go śledczy, podczas wznowionych już po procesie przesłuchań. Wyrok na Małolepszego - 4 marca 1949 roku - wydał WSR w Łodzi, tym razem nie pod przewodnictwem Ochnio, ale sprowadzonego specjalnie z Krakowa innego krwawego sędziego: Juliana Polana-Haraschina. W procesie zapady trzy wyroki śmierci: na "Murata" oraz dwóch księży z diecezji częstochowskiej: ks. Mariana Łososia i ks. Wacława Ortotowskiego, oskarżonych o współpracę z oddziałem Małolepszego. Trzeci ksiądz, Stefan Faryś, dostał 12 lat więzienia. W tej sprawie Ochnio powierzono jedynie funkcje administracyjne, ale jako przewodniczący łódzkiego WSR, który wydał wyrok, za morderstwo na Janie Małolepszym ponosi przecież odpowiedzialność moralną.
Ale Ochnio, przez kilka lat pracy w Łodzi, nie tylko nadzorował pracę sądu, ale sam cały czas wyrokował. Np. w listopadzie 1946 roku orzekał w procesie członków łódzkiego okręgu Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Po kilku dniach od ich złapania przez bezpiekę, WSR miał już gotowy, kłamliwy, akt oskarżenia. Czytamy w nim m.in.: "Obok zbrojnych wystąpień i gwałtów obóz reakcji prowadzi akcję propagandową, najbardziej podstępną i zakłamaną, opartą na najpodlejszych wzorach hitlerowskich. Przez zespół akcji zbrojnej i propagandowej reakcja usiłuje zagarnąć przemocą władzę w Polsce i zmienić w gwałtownej drodze ustrój państwa polskiego (...). Organizacja WiN, której głównym zadaniem było prowadzenie oszczerczej propagandy i wywiadu, posiadała również oddziały leśne i bojówki". Sędzia Ochnio nie miał wątpliwości. Na podstawie tych spreparowanych oskarżeń skazał na śmierć dwóch członków WiN. Wobec kolejnych trzech wydał wyrok od pięciu do 10 lat pozbawienia wolności. Wśród nich znajdował się Stanisław Gorzuchowski - profesor Uniwersytetu Łódzkiego. Prośby jego studentów, jak również rektora UŁ kierowane do Bieruta o ułaskawienie skazanego na pięć lat profesora - nie przyniosły efektu. Stanisław Gorzuchowski zmarł w więzieniu we Wronkach.

64 KARY ŚMIERCI!

Bronisław Ochnio do Łodzi trafił z Wrocławia. Jako przewodniczący tamtejszego WSR (maj - grudzień 1946 roku), 31 maja 1946 roku orzekł pięć wyroków śmierci, a także wieloletniego więzienia na członkach poakowskiego oddziału Stanisława Panka "Rudego".
W nocy z 17 na 18 lutego 1946 roku, w miejscowości Czastary (położonej między Wieluniem a Kepnem) partyzanci zatrzymali pociąg nr 33 relacji Poznań - Katowice, a następnie rozstrzelali kilku jadących nim żołnierzy radzieckich. Akcja nie była bandyckim wybrykiem, ale odwetem za przestępstwa i rozboje, dokonywane przez Sowietów. Nagminną praktyką, której się dopuszczali, były gwałty na bezbronnych kobietach, właśnie w pociągu relacji Poznań - Katowice. Kilku pijanych żołnierzy radzieckich na próbie gwałtu zatrzymali nawet - w końcu stycznia 1946 roku - funkcjonariusze wieluńskiego PUBP.
Zasądzone przez Ochnio kary śmierci zostały wykonane.
Swoje krwawe żniwo późniejszy ppłk Ochnio rozpoczął już wcześniej. Po odejściu z Wojskowego Sądu 1. Dywizji Piechoty, między lutym a kwietniem 1946 r. przewodniczył Wydziałowi do Spraw Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach. Ile osób posłał do piachu - dokładnie nie wiadomo - ale można przypuszczać, że był równie "efektywny", jak Czesław Łapiński.
Prócz kierowania Wojskowymi Sądami Rejonowymi we Wrocławiu i w Łodzi, Bronisław Ochnio przewodniczył też - w latach 1953 - 1955 - lubelskim WSR. W sumie - w całej swojej karierze stalinowskiego sędziego - skazał na śmierć co najmniej 64 osoby! Ten "wynik" lokuje go na drugim miejscu pod względem ilości orzeczonych KS-ów (palmę pierwszeństwa dzierży zmarły w ubiegłym miesiącu w Warszawie sędzia Mieczysław Widaj - co najmniej 105 wyroków!). Na fali "odwilży" Bronisław Ochnio został przeniesiony do rezerwy. Znalazł pracę - jak wielu jego kolegów - w Sądzie Najwyższym.

WYMIAR MORALNY

Więzione w piotrkowskim UB dzieci, dziś dorośli ludzie, nie chcą zemsty:
- Proces naszych prześladowców ma dla nas wymiar moralny. Stalinowskich oprawców trzeba osądzić, aby stanowili przestrogę dla przyszłych pokoleń.
Prócz Tadeusza Molendy i Tadeusza Króla przed sądem powinni ponownie stanąć inni ubecy z Piotrkowa Trybunalskiego: Henryk Piętek i Eugeniusz Gabrysiak, jak również warszawski prokurator Kazimierz Graff, jeden z winnych mordu sądowego na dowódcy Konspiracyjnego Wojska Polskiego - Stanisławie Sojczyńskim "Warszycu".

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Męskie słowa i figowy liść - prof. Jerzy Przystawa Wysłane sobota, 2, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Rzeczpospolita" z dnia 31 stycznia 2008 donosi w tytule "Premier chce jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach samorządowych". Jeśli ma być demokracja, to muszą być wybory. Jak muszą być wybory, to musi być ordynacja. To oczywiste. Ale jeśli ma być ordynacja, to musi ona być taka, żeby zawsze było tak, jak sobie tego życzą koryfeusze demokracji, czytaj: liderzy partii politycznych, którzy z woli sił wyższych są powołani do sprawowania władzy.

W demokracji ludowej, takiej np. jaka obowiązywała w Polsce do roku 1989, też musiały być wybory i wybory te, na dodatek, odbywały się równo co cztery lata (mniej więcej!). Zgodnie z art. 80. Konstytucji PRL "wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym". Były to święte zasady demokracji i, jak sięgam pamięcią, nigdy nie kwestionował ich żaden polski autorytet prawa konstytucyjnego, ani tez nigdy nie czytałem w opracowaniach doktorów i profesorów, żadnych zastrzeżeń co do tego, że odbywające się co cztery lata wybory mogłyby być z tymi zasadami niezgodne.
Ale, jak na filmie "Sami swoi" - demokracja demokracją, wybory wyborami, ale wynik musi być taki, jak trzeba! Dlatego nasi ówcześni "demokraci" zagwarantowali prawidłowy wynik wyborów (większościowych!) w ten sposób, że była tylko jedna lista, a kto na tej liście, to już wyłącznie od nich zależało. Jeszcze i dzisiaj, w dalekiej Korei (Północnej, oczywiście) wybory odbywają się nawet w jednomandatowych okręgach wyborczych, z tym wszelako zastrzeżeniem, że kandydatów zgłaszać może tylko i wyłącznie jedna i jedyna partia. Ale i tamte wybory, według konstytucji, są - jak najbardziej - powszechne, równe i bezpośrednie.
W roku 1989 nastały takie czasy, że w Polsce zapanował PLURALIZM. Pytanie o to, jak w warunkach demokratycznego pluralizmu zagwarantować, żeby do Sejmu wchodzili ci, którzy powinni, a nie jakieś niepożądane i przeszkadzające demokracji indywidua, było pytaniem nie lada i wymagało potężnego namysłu. Nie był ten namysł na głowy miłościwie nam oddających władzę PT Generałów i Sekretarzy, więc był pewien problem. Problem ten - jak wiemy z opracowania politologów irlandzkich Kennetha Benoita i Jacquelin Hayden pomogli im rozwiązać wybitni profesorowie, w tym wypadku Andrzej Werblan i Stanisław Gebethner. Stanowczo odradzili oni Generałom i Sekretarzom pójście tropem koreańskim, a więc jakichkolwiek jednomandatowych okręgów wyborczych, lecz tylko listy partyjne, czyli, jak się to w dialekcie politologów nazywa, "PR" - Proportional Representation. Oczywiście, nie zaraz takie PR jak, powiedzmy, w Szwecji czy Szwajcarii, ale taki PR, "żeby wyszło na nasze". Bo w Szwecji czy Szwajcarii nie zawsze wychodzi "na nasze". Np. od ponad pół roku w Belgii nie można wyłonić rządu i jest pewien problem. W przypadku Belgii to mały problem, bo tam jest pełna unijna cywilizacja, a nawet jest tam sama Bruksela, więc jakoś się poradzi. Ale w Polsce roku 1989 to był poważny problem i nie można było tego puścić na jakiś demokratyczny żywioł.
Warto pamiętać, jak genialnie rozwiązali to nasi prawodawcy, dzieląc pięknie całą Izbę Poselską na dwie, nierówne połowy i w ogóle było świetnie. Z jednym wszakże wyjątkiem: dali straszną plamę z tą nieszczęsną listą krajową, bo jakoś nie przyszło im do głowy, że ciemny naród weźmie i całą tę listę odrzuci. I to w taki sposób, że przy pomocy najznakomitszych nawet autorytetów moralnych nie da się tego ukryć i tej niedoróbki zaszpachlować!
No, ale jakoś to przeszło, pozmieniano w trakcie wyborów, co trzeba było zmienić i powstała nasza nowoczesna, i pluralistyczna elita polityczna. I rządzi.
Jak rządzi, tak rządzi, ale z tą ordynacją ciągle są kłopoty. Bo wprawdzie szefowie partii mogą wpisywać na listy partyjne kogo chcą, ale ponieważ jest "pluralizm" i szefów jest kilku, i nie zawsze mogą się dogadać, więc próbują to jakoś poprawić, żeby zawsze na wierzchu było tego, kogo trzeba, a nie akurat tego drugiego czy trzeciego. Pobity więc został w Polsce rekord świata w częstotliwości zmian ordynacji wyborczej, ale, oczywiście na tym nie koniec i niebawem będą dalsze zmiany. Wprawdzie Polska w tym rankingu głupoty przoduje, ale nie jest żadnym wyjątkiem. Podobne problemy z demokracją mają wszystkie inne kraje, które - za naszym przykładem - zdecydowały się wejść na drogę demokratycznego pluralizmu i we wszystkich mamy podobną sytuację.
Wspólną cechą tych wszystkich sytuacji i podejmowanych prób, i popełnianych błędów jest to, że kraje te słyszeć nie chcą o tym, żeby w którymś z nich wprowadzić ordynację taką, jaka funkcjonuje w najstarszych demokracjach współczesnego świata, a więc w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, w Kanadzie, czy - nie daj Boże - w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej! Wszystko, tylko nie to! Pod żadnym pozorem. Nie przypominam sobie, żeby w ciągu ostatnich 19 lat jakiś profesor prawa konstytucyjnego ośmielił się powiedzieć, że skoro Anglicy czy Amerykanie od ponad 200 lat stosują u siebie taki system wyborczy, to nie może on być tak całkowicie głupi i bezsensowny, że może, kto wie, gdyby choć raz, dla odmiany, spróbować nie list partyjnych, ale właśnie jednomandatowych okręgów wyborczych, to może coś by się tu pozytywnie zmieniło? Mowy nie ma!
To stanowisko autorytetów ustrojowych i konstytucyjnych rozchodzi się całkowicie ze stanowiskiem przeciętnego obywatela. Polacy, niejako z natury rzeczy, odczuwają jakąś irracjonalną sympatię czy podziw w stosunku do Anglików, Amerykanów czy Kanadyjczyków. W odróżnieniu od profesorów, którzy uczą polskie dzieci, zwykli zjadacze chleba nie uważają Brytyjczyków za durniów, którzy nie są w stanie nawet wyborów porządnie przeprowadzić. Nic więc dziwnego, że w tej ciemnej polskiej masie propozycja jednomandatowych okręgów wyborczych - na wzór brytyjski czy amerykański - od razu znajduje sympatię i aprobatę. Dowodzą tego wszelkie badania opinii publicznej. Pomimo blokady medialnej tego tematu, pomimo oczywistej i nie maskowanej niechęci klasy politycznej, idea JOW Polakom się podoba.
Politycy, a przynajmniej ci, którzy na to miano zasługują, muszą brać pod uwagę nastroje społeczne i uwzględniać jakoś w swoich rachubach to, czego oczekuje od nich społeczeństwo. W szczególności, kiedy szykują się do wykolegowania swoich kolegów i muszą udawać demokratów. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że nowa partia, jaką parę lat temu była Platforma Obywatelska, zdecydowała się przejąć, ze względów taktycznych, postulat JOW w wyborach do Sejmu i wypisać je tu i tam, aby się nim, od czasu do czasu, pochwalić. Przeprowadziła nawet wielką akcję zbierania podpisów o referendum w tej sprawie. Nie wiem, być może rezultaty przeszły oczekiwania - zebrano w krótkim czasie ponad 750 tysięcy podpisów - a może liderzy PO zdali sobie sprawę, że takie igranie z ogniem jest zbyt niebezpieczne, tak czy owak zebrane podpisy zostały wyrzucone do kosza i cała ta wielka akcja nie miała żadnego dalszego ciągu.
Jednakże idea JOW zapadła już w świadomość społeczną i postulat ten powraca, i straszy naszych demokratów. Teraz jeszcze, jak się okazuje, postulat podjęła najmłodsza część naszego "społeczeństwa obywatelskiego", nasza młodzież akademicka. A tu akurat 40. rocznica młodzieżowego buntu z roku 1968 i licho wie, co w tych gorących i nie rozumiejących życia głowach może się zalęgnąć?!
Pan Premier to ten sam wicemarszałek Sejmu Donald Tusk, który podczas Sesji w dniu 9 stycznia 2003 r. oświadczył: "Jeśli Polacy dzisiaj tak nisko cenią własne przedstawicielstwo, także naszą Izbę, to nie tylko ze względu na jakość pracy, ale także z tego pierwotnego powodu, jakim jest poczucie niepełnego uczestnictwa, często fałszywego, zafałszowanego uczestnictwa obywateli w akcie wyborczym. Polacy od lat mają przekonanie - i to przekonanie narasta - że dzień, w którym wybierają swoich parlamentarzystów, jest tak naprawdę dniem wielkiego oszustwa polskiego wyborcy przez aparaty partyjne".
Od stycznia 2003 minęło już pełnych pięć lat i w ciągu tych pięciu lat można było - będąc szefem wielkiej i wpływowej partii politycznej - co nieco w tej sprawie zrobić. No, zebrano prawie milion podpisów i trzy lata temu złożono je w Sejmie. Pan Premier ma więc pełne poparcie społeczne i legitymację do wprowadzenia JOW, i doprowadzenia do tego, żeby dzień kolejnych wyborów nie był kolejnym "dniem wielkiego oszustwa poleskiego wyborcy przez aparaty partyjne".
Zamiast tego Pan Premier oferuje nam reformy na poziomie gminy! Panie Premierze! Jedyne co rząd i Pan Premier może zrobić dla gmin, to - by tak rzec delikatnie - zostawić je w spokoju i pozwolić samym wybierać swoje władze bez ingerencji rządu. Gminy te, niczym kanie dżdżu, potrzebują stabilnego, solidnego rządu, który będzie w stanie prowadzić jakąś sensowną politykę. Dzięki takim wyborom parlamentarnym mamy dzisiaj - licząc od roku 1989 - nie tylko 14. premiera, ale 17. ministra edukacji, 21. ministra zdrowia, a 24 ministra rolnictwa. W innych resortach nie jest inaczej. Oczywiście, naturalnie, że Pan wierzy, iż Pańska partia będzie rządzić co najmniej przez dwie kadencje. Ale w to samo wierzył np. Pański Wielki Poprzednik. Mieszkańcy polskich gmin już w to od dawna nie wierzą, bo wiedzą, nauczeni przykrym doświadczeniem 19 lat, że w systemie wyborczym, jaki Pan podtrzymuje, tak musi być, bo taka jest LOGIKA partyjnych wyborów.

Jednomandatowe okręgi wyborcze w wyborach samorządowych to dzisiaj nic innego, jak listek figowy, przykrywający partyjne pożądanie władzy niekontrolowanej i nie liczącej się z obywatelami. Może czas wreszcie przestać pozorować demokrację i wprowadzić w czyn męskie słowa, które z taką swadą głosił Pan z trybuny sejmowej pięć lat temu?

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Agenci na państwowe stołki - Tadeusz M. Płużański Wysłane piątek, 1, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Kto jest szefem doradców strategicznych premiera Donalda Tuska? Były tajny współpracownik PRL-owskiej bezpieki Michał Boni. Kiedy ponad miesiąc temu Boni przyznał się publicznie do swojej niechlubnej przeszłości, Tusk mówił, że nie powoła go na "pełnowymiarowego członka rządu". Potem najwyraźniej zmienił zdanie. Do służby publicznej garnęły się też inne osoby, utrzymujące w przeszłości kontakty z SB. Tak jak dwaj panowie D.

    Szczere wyznanie Boniego potwierdziło tylko wcześniejsze informacje. W 1992 roku pojawił się na tzw. liście Macierewicza, jako TW "Znak". Teraz doszły do tego tylko kulisy całej sprawy. Ten późniejszy działacz KLD i Unii Wolności oraz spec od pracy i polityki socjalnej miał zostać w 1985 roku zmuszony do podpisania deklaracji współpracy szantażem. Milicjanci grozili mu, że ujawnią jego zdradę małżeńską, a trzyletnie dziecko zamkną w milicyjnej izbie dziecka.
    Michał Boni - z wykształcenia polonista po Uniwersytecie Warszawskim i specjalista od zarządzania zasobami ludzkimi, mimo iż na wiele lat zataił przed światem swoją współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, teraz z namaszczenia i w imieniu premiera zarządza zasobami polskiej gospodarki.

    "EPIZOD Z SB"

    Kandydatem koalicyjnego PSL na stanowisko szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych był Adam Dobroński, kierownik tego resortu w latach 1993-97. Kandydatura tego zasłużonego profesora (od ponad 30 lat wykładowca historii najpierw na białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego, a następnie na Uniwersytecie w Białymstoku, autor wielu prac naukowych i popularnonaukowych) jednak upadła, gdy ktoś przypomniał sobie, że we wrześniu 2006 r. - startując z ramienia ludowców do sejmiku województwa podlaskiego - w oświadczeniu dla komisji wyborczej przyznał, że był tajnym i świadomym współpracownikiem organów bezpieczeństwa. Już wówczas, będąc szefem podlaskiego PSL, dążył do ścisłej współpracy z PO. Strategicznym celem politycznym było odsunięcie od władzy "wstrętnego PiS".
    Po ujawnieniu jego przeszłości, prof. Dobroński zmiękczał sprawę. W jednym z wywiadów mówił: "To nieporozumienie. Najpierw wypełniłem pierwszą część formularza w komisji wyborczej i zaznaczyłem w nim, że nie byłem współpracownikiem. Ale ponieważ niczego nie zamierzałem ukrywać, postanowiłem wspomnieć o moim epizodzie z SB. Sędzia przyjmująca oświadczenie uznała, że należy je inaczej wypełnić: najpierw przyznać się do współpracy, a później dopiero wyjaśnić. I tak naiwnie zrobiłem. Wpadłem w sidła. Nikt nie zbadał moich wyjaśnień odnośnie tej rzekomej współpracy, nigdzie ich nie umieszczono".

    ZGUBNE SKUTKI
    PICIA WÓDKI


    Adam Dobroński przyznał jednak, że w połowie lat 70. chciał wyjechać na stypendium Fundacji Kościuszkowskiej do USA. Wtedy nawiązał z nim kontakt znajomy żony, aby ułatwić mu zdobycie paszportu. Zaprosił go do knajpy, panowie pili wódkę. Profesor pamięta, że dopiero wtedy okazało się, że człowiek ten był funkcjonariuszem SB, że coś mu tam w stanie niepełnej świadomości podpisał, ale co dokładnie - tego już nie potrafi sobie przypomnieć. Z dokumentów wynika, że został wówczas zwerbowany. Dobroński przypomniał sobie również, że (mimo zmęczenia) zgodził się zdać raport z wyjazdu do Ameryki, ale ten wyjazd nie doszedł do skutku. Potem z SB-kami spotkał się "dwa, czy trzy razy".
    Dobroński uważa jednak, że mimo, iż podpisał zobowiązanie do współpracy - nie był TW, gdyż nie pisał raportów ani na nikogo nie donosił. Bardziej niż za współpracownika, uważa się za ofiarę SB. W stanie wojennym został - jak mówi - z powodów politycznych odwołany ze stanowiska prodziekana wydziału humanistycznego.
    W połowie br. roku, przeciwko udziałowi Dobrońskiego w jednej z naukowych konferencji o wywózkach Polaków na Sybir protestowały ofiary komunizmu. Krzysztof Wasilewski z Klubu Więzionych Internowanych i Represjonowanych w Białymstoku mówił: - Nie mam zastrzeżeń do prof. Dobrońskiego jako naukowca. Niech sobie prowadzi badania historyczne i nie zakłamuje historii, ale IPN nie powinien go zapraszać jako Tajnego Współpracownika Bezpieki.
    Kandydatura Adama Dobrońskiego na szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych upadła.

    RAPORTY ZA KONIAK

    Kandydatem PSL na szefa Urzędu Regulacji Energetyki był z kolei Stanisław Dobrzański - minister obrony w rządach Józefa Oleksego i Włodzimierza Cimoszewicza. Kompetencje do objęcia stanowiska oczywiście posiadał - przez ostatnie lata sprawował (oczywiście z politycznego klucza; o braku kwalifikacji Dobrzańskiego obszernie informowała prasa; z zawodu jest historykiem) funkcję prezesa państwowej firmy Polskie Sieci Elektroenergetyczne. Kandydatem na szefa URE był, dopóki tygodnik "Wprost", na podstawie materiałów IPN, nie napisał niedawno, że w stanie wojennym Dobrzański współpracował z bezpieką jako kontakt operacyjny "Równy" (zarejestrowany pod numerem 38165). W latach 1982-85, jako zastępca dyrektora Biblioteki Narodowej, z własnej woli, donosił na swoich kolegów z pracy, a także na działaczy Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, którego był członkiem. W zamian za swoje usługi nie przyjmował od SB pieniędzy, ale drogie alkohole (w przeciwieństwie do Dobrońskiego, Dobrzański wolał koniak). W pracę był bardzo zaangażowany. Pierwszy raport "Równego" dotyczył zachowań pracowników Biblioteki Narodowej przed wizytą Jana Pawła II w 1983 r. Współpraca Dobrzańskiego z SB miała zakończyć się w połowie 1988 r.
    - Jestem zaskoczony, że zachowały się jakieś papiery w IPN na mój temat. Nie podpisałem żadnego zobowiązania do współpracy z SB. Miałem kontakty z funkcjonariuszami, ale wyznaczył mnie do nich dyrektor [Biblioteki Narodowej - przyp. TMP] Czajka - mówił "Wprost" były minister.
    Ta kandydatura ludowców na państwową posadę też nie znalazła zrozumienia. Ale w świetle nominacji Michała Boniego właściwie żadnych przeszkód być nie powinno. A może chodzi o to, że - parafrazując znane polskie przysłowie - co wolno PO, to nie PSL?

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Chciałem nauczyć Rosjan sprzeciwu - z Władimirem Bukowskim rozmawia Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 1, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Antoni Zambrowski: Jak pozbawiono cię prawa ubiegania się o urząd prezydenta Federacji Rosyjskiej?
    Władimir Bukowski: Przeszliśmy całą procedurę składania wniosku. Grupa inicjatywna, która zgodnie z przepisami powinna liczyć pięćset osób, w moim przypadku liczyła osiemset. Następnie należało złożyć w Centralnej Komisji Wyborczej masę wszelakich dokumentów i zaświadczeń. Spełniliśmy wszystkie warunki. Centralna Komisja odbyła posiedzenie i oddaliła moją kandydaturę na tej podstawie, że mam podwójne obywatelstwo. Według rosyjskiego ustawodawstwa, osoba posiadająca podwójne obywatelstwo lub nawet kartę osiedleńczą w innym kraju nie może kandydować nie tylko do Dumy Państwowej, ale nawet do lokalnych samorządów. Poza tym w Konstytucji Federacji Rosyjskiej jest artykuł 81., na mocy którego kandydat w przeciągu ostatnich dziesięciu lat nie może stale przebywać poza Rosją.

    Przecież zarówno gen. Lebied', jak i sam Putin naruszali ten przepis, zgłaszając swój udział w wyborach prezydenckich, lecz mimo to nikt nie wysunął żadnych zastrzeżeń.
    Oczywiście, i myśmy zwracali na to uwagę, lecz odpowiedziano nam, że to nie ma żadnego znaczenia w tej sprawie. W internecie można przeczytać zapis tej rozmowy. Jeden członek Centralnej Komisji Wyborczej zgłosił zdanie odrębne, nie było więc w tej sprawie jednomyślności. W trakcie rozmów z Centralną Komisją Wyborczą wypłynęła zabawna kwestia zaświadczenia o mojej pracy zawodowej. Komisja domagała się dokumentu poświadczającego, że jestem pisarzem. Moi mężowie zaufania powołali się na moje książki, które można nabyć w wielu moskiewskich księgarniach. Ale to nie zadowoliło komisji. Kwestia jest tak zabawna, że rozśmieszyła publiczność obecną na rozprawie przed komisją. Kojarzyła się z perypetiami bohatera "Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa. Warto dodać, że przepisy nie wymagają dostarczenia dokumentów odnośnie zatrudnienia. Mimo to członkowie komisji przyczepili się do tej sprawy. Widać z tego, że to ludzie radzieccy.

    No i otrzymali odgórne wytyczne.
    Jasne, że mieli rozkaz z góry. Sędzia, która wyłamała się z ich dyscypliny, reprezentowała opozycyjną partię "Jabłoko" (partia ta zrezygnowała z udziału w wyborach swego przywódcy Grigorija Jawlińskiego, uznając, że najlepszym kandydatem na prezydenta będzie W. Bukowski - przyp. AZ).
    Po tej decyzji wróciłem do Anglii, ale moi mężowie zaufania oraz adwokat zgłosili się do Sądu Najwyższego.

    Jak w oceniasz wybory w Rosji?
    Żadnych wyborów nie ma. Teraz się odbyły tzw. wybory do Dumy Państwowej. To był jeden wielki skandal. Ludzi zmuszano na siłę do brania udziału w głosowaniu. Grożono usunięciem z pracy lub ze studiów. Musieli przynosić do pracy fotokopie swoich kart wyborczych z krzyżykiem we właściwej rubryce. Stosowano przymus w całym kraju. Stronnictwa opozycyjne nie miały możliwości docierania do wyborców. Nie miały dostępu do środków przekazu, nie było nawet szans na wynajęcie sal. Milicja zabierała opozycji materiały informacyjne.

    W Czeczenii i Inguszetii frekwencja oraz wyniki głosowania na stronnictwo rządowe Jedna Rosja były jak za władzy sowieckiej - 99 proc. A wiadomo, że tam głosuje mniejszość. W Czeczenii ok. 10 proc., w Inguszetii 25 proc.
    Były tereny, gdzie głosowało ponad 109 procent uprawnionych.

    Co chciałeś osiągnąć, decydując się na kandydowanie w takich warunkach?
    Wraz z Garrim Kasparowem oraz Borysem Niemcowem pragnęliśmy zachęcić ludzi do udziału w wyborach, żeby nie tracili ducha, by stawiali opór władzy. To było głównym celem mojego działania. Można było przewidzieć, że nie zostanę zarejestrowany jako kandydat, ale trzeba było dać przykład wyborcom odpowiedniej postawy - czynnej. Tę zmianę atmosfery daje się teraz wyczuć. Da się zaobserwować ustępowanie zwyczajowej potulności wobec władzy, zwłaszcza wśród młodzieży. Coraz częstsze są incydenty wynikające ze sprzeciwu wobec rządzących. Ludzie organizują pikiety, wiece. Łamanie praworządności podczas wyborów spowodowało ostre reakcje wśród ludzi. A więc nasza działalność miała sens.

    Co dalej z Rosją?
    Żadnych perspektyw. Jeśli ludzie nie przeciwstawią się czynnie, żadnych zmian nie będzie. Musi być reakcja jak na Ukrainie. Ludzie muszą się zebrać tłumnie, jak na Majdanie w Kijowie. Bez tego nie będzie poprawy warunków życia. Inflacja jest olbrzymia, sięga 12 proc. Przewiduję, że w przeciągu dwóch-trzech lat skończy się tendencja zwyżkowa cen ropy. Dochody z jej sprzedaży się zmniejszą. Wówczas władza upadnie. Rosja rozpadnie się na kawałki.

    Współpraca Maciej Marosz

    Władimir Bukowski (ur. 1942) - od 18. roku życia aktywny działacz opozycji demokratycznej w ZSRS. W 1963 roku aresztowany i skazany za "antysowiecką propagandę". Po ekspertyzie uznany za niepoczytalnego, skierowany do leningradzkiego szpitala psychiatrycznego, gdzie spędził 15 miesięcy. Ponownie aresztowany w 1965 roku za organizowanie manifestacji. Przymusowo hospitalizowany kolejno w trzech szpitalach psychiatrycznych, gdzie wreszcie zostaje uznany za niepoczytalnego. Pod naciskiem światowej opinii publicznej zostaje zwolniony w 1966 roku. W 1967 roku został aresztowany i skazany na trzy lata więzienia za przygotowanie manifestacji w obronie sądzonych przyjaciół-dysydentów. W 1971 roku wysłał na Zachód pierwszy raport i apel do psychiatrów o nadużywaniu psychiatrii w Związku Sowieckim do celów politycznych. Aresztowany w 1971 roku, został skazany na 12 lat więzienia. W 1976 roku znalazł się na Zachodzie na skutek układu Pinochet - Breżniew. Wymieniono go na sekretarza Chilijskiej Partii Komunistycznej Luisa Corvalana. Bukowski początkowo mieszkał w Szwajcarii, po kilku latach przeprowadził się do Anglii, gdzie mieszka do dziś.

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Telewizja "PiS-owska", telewizja "Platformerska" - wszystko jedno, abonenci głosują nogami - Łukasz Perzyna o kosztach "państwowości" stacji telewizyjnej Wysłane piątek, 1, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Telewizja "PiS-owska", telewizja "Platformerska" - wszystko jedno, abonenci głosują nogami - Łukasz Perzyna o kosztach "państwowości" stacji telewizyjnej Wysłane piątek, 1, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Niezawodnym elementem kalendarza politycznego jest konsumowanie zwycięstwa w wyborach parlamentarnych w ciągu kilku miesięcy przy przejmowaniu mediów elektronicznych. Tak działo się w czasach rządów PiS: jesień 2005 roku to zwycięstwo podwójne, zaskakujące, bo podwójne w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Pierwsza, najbardziej optymistyczna wersja zakładała, że Bracia Kaczyńscy mają dostać prezent »pod choinkę« od swoich posłów nowelizację ustawy o KRRiTV, pozwalająca na powołanie jej w nowym składzie, co miało później przełożyć się na zmiany w mediach elektronicznych, głównie w TVP. Pośpiech jednak jest przydatny głównie przy łapaniu pcheł, o czym niegdyś przypomniał zapomniany już rzecznik zapomnianej już AW»S« Piotr Żak. Domorośli nowelizatorzy z PiS tak bardzo się śpieszyli, że Trybunał Konstytucyjny z łatwością oprotestował znaczną część zmian. Można powiedzieć, że tak jak PiS zaczęło swoje rządy w mediach zaczęło od kiksu, tak je kończy z symbolem swoich rządów - biustem Patrycji Koteckiej jako głównym dylemacie moralnej rewolucji, głoszonej na sztandarach walki wyborczej" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, po raz kolejny pochyla się nad "państwowym" rynkiem medialnym.

    Z Patrycją Kotecką na czele jako Marianną rewolucji PiS-owskiej dyskusja o metodach realizacji osławionej rewolucji moralnej" sięgnęła więc już bruku, a nawet - brukowców - zauważa Łukasz Perzyna. Drugą sztandarową przedstawicielką "telewizji PiS-owskiej" jest Anita Gargas, prowadząca program publicystyczny "Misja specjalna" programu "śledczego" ponoć, choć głównie bazującego na wycinkach ze starych gazet. Niedawno były minister rządu PiS Janusz Kaczmarek ogłosił swoją "spowiedź" w formie niedużej książeczki, gdzie opisał pewne spotkanie w Pałacu Prezydenckim, w którym brał udział m.in. Zbigniew Ziobro, a na którym omawiano propozycje obsady stanowisk w "państwowej" stacji telewizyjnej. Minister Ziobro ponoć miał naciskać, by właśnie pani Gargas została szefową jednego z programów TVP. Na takie przedstawienie sprawy zareagował Antoni Macierewicz, który sprzeciwił się temu pomysłowi słowami: "Proszę zostawić tę osobę, tę panią - on jest w moich zasobach...". Każda ekipa rządząca ma taką aferę, na jaką ją stać - stwierdza Łukasz Perzyna.
    Za chwilę parlament będzie decydować o kolejnej nowelizacji ustawy o KRRiTV - Platforma powtarza tę samą ścieżkę, którą szło PiS. Teraz PO opowiedziała się za POWIĘKSZENIEM stanu osobowego Rady - choć w 2005 roku jej przedstawiciele domagali się jej zmniejszenia, o ile nie likwidacji... Choć widać, że obecny premier Donald Tusk obawia się kolejnego najazdu górników na Warszawę i walk pod sejmem oraz budynkami rządowymi, to z pewnością nie wierzy, by abonenci zbuntowali się i przyszli w Aleje Ujazdowskie z trzonkami od kilofów w rękach.
    Abonenci jednak mogą się zbuntować: przestać płacić "podatek od telewizora"...

    Nagranie trwa ponad 13 minut, jest dostępne w Sieci do 15 II 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Między PO, PSL, PiS i LiD już większych różnic nie ma - Stanisław Michalkiewicz o pełnych blasku oraz zakulisowych działaniach kasty politycznej Wysłane czwartek, 31, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |






    Między PO, PSL, PiS i LiD już większych różnic nie ma - Stanisław Michalkiewicz o pełnych blasku oraz zakulisowych działaniach kasty politycznej Wysłane czwartek, 31, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Co tu dużo ukrywać - nie da się ukryć, że premierowi Tuskowi się nie wiedzie. Właśnie dzisiaj celnicy zerwali rozmowy, co oznacza, że blokada granicy będzie się utrzymywać - kolejki są już trzydziestokilometrowe, stoi w nich ponad 1500 ciężarówek, największe w skali europejskiej, co rodzi już konsekwencje międzynarodowe. Celnicy domagali się 1500 zł podwyżki i zaliczenia ich zawodu do służb mundurowych również pod względem uprawnień emerytalnych, co Rząd oferował im jedynie 500 zło podwyżki, a więc 1/3 tego, czego się domagali, a sprawę objęcia ich formą służby mundurowej całkowicie odmówił. Być może takie stanowisko rządu wynikło z tego, że przed paroma dniami wicepremier gospodarczy Pawlak anulował karę dla spółki »J&S« w wysokości pół miliarda złotych, w której dwaj »ukraińscy muzykanci z korzeniami« monopolizują dostawy ropy dla rafinerii Orlen, no i »Eureko« zażądało do państwa polskiego 35-miliardowego odszkodowania za brak możliwości przejęcia PZU. Trudno jak widać rządowi znaleźć pieniądze dla celników w takiej sytuacji czy podwyżki dla nauczycieli. Ale mniejsza o tę merytoryczną stronę konfliktu, bo tylko patrzeć, jak ze »słusznymi« postulatami wystąpią pielęgniarki" - Stanisław Michalkiewicz, jeden z najlepszych felietonistów prawicowych, analizuje wydarzenia z ostatnich dni.

    Warto spojrzeć na politycznych kontekst tych wydarzeń. Otóż Lewica i Demokraci właśnie przedstawiły projekt ustawy o abolicji podatkowej dla Polaków pracujących za granicą, głównie w Wielkiej Brytanii i Irlandii. A przecież pamiętamy, że zanim Platforma Obywatelska dorwała się do władzy, właśnie taki projekt - krzyczała - że MA JUŻ PRZYGOTOWANY, a jak obejmie władzę - to natychmiast . A tu pan premier Tusk został przyłapany na bladze: dziennikarka stacji TVN Kolenda-Zalewska zaskoczyła ministra Gomółkę pytaniem o tę ustawę, który odpowiedział z wahaniem, że jest ona dopiero w "stadium przygotowywania". To może oznaczać, że opinia tzw publiczna jest przygotowywana do momentu zwinięcia parasola ochronnego nad rządem i pokazaniem alternatywy dla "skłóconych, niekompetentnych i kłamliwych" - Lewicy i Demokratów, które to oczywiście jeszcze trochę bezie się musiało przegrupować...
    Wtedy PO stanie się niepotrzebna, a ambicje prezydenckie premiera Tuska będzie można włożyć między bajki. Dodatkowo kreowany przez samych zainteresowanych wizerunek swarliwych i maglarskich ugrupowań może być parawanem dla pokątnej ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego, bo jak widać - większych różnić między PO, PSL, PiS i LiD - nie ma...

    Nagranie trwa prawie 9 minut, jest dostępne w Sieci do 13 II 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Zmarły, nieosądzony - Tadeusz M. Płużański Wysłane środa, 30, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Rodzina chciała pochować go na cmentarzu parafialnym kościoła św. Katarzyny na warszawskim Służewcu. I nie było by w tym nic dziwnego - w końcu pogrzeb należy się każdemu śmiertelnikowi - gdyby nie jeden "drobiazg". Na tej samej nekropolii leżą ofiary denata. Zmarły - Mieczysław Widaj, okazał się krwawym stalinowskim sędzią, który skazał na śmierć przynajmniej 100 żołnierzy i działaczy powojennego podziemia niepodległościowego.

    Pogrzeb został wstrzymany dzięki protestowi, jaki na ręce metropolity warszawskiego Kazimierza Nycza złożył wicemarszałek Senatu Zbigniew Romaszewski. Kuria interweniowała następnie u proboszcza św. Katarzyny, księdza Józefa Maja.
    - Zbrodniarz, którzy ma tyle krwi na rękach, nie może być chowany na cmentarzu katolickim. Od tego są cmentarze komunalne - argumentował senator.
    Nie miała być to zresztą zwyczajna, kameralna uroczystość. Plan był taki, aby oprawca miał pogrzeb ze specjalną oprawą. Zadbali o to jego towarzysze, skupieni w organizacji komunistycznych weteranów. To była druga sprawa, którą oprotestował Zbigniew Romaszewski, a razem z nim rodziny ofiar Widaja.
    Wojskowe honory powinny być należne przecież li tylko bohaterom. Na Służewcu - według wiarygodnych poszlak - został zagrzebany gen. August Emil Fieldorf "Nil", jeden z przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, a także inne ofiary stalinowskiego terroru. W wielu przypadkach ofiary Mieczysława Widaja.

    Tu jest Służewiec, to są nasze Termopile

    Widaj co prawda bezpośrednio nie sądził gen. Fieldorfa, ale miał udział w jego późniejszej kaźni. W lutym 1951 r. wydał postanowienie o zatrzymaniu "Nila" w więzieniu mokotowskim (o co zresztą wnioskowała prokuratorka Naczelnej Prokuratury Wojskowej, płk Helena Wolińska), co doprowadziło do śledztwa, procesu i skazania generała.
    Zamordowanych w katowni na Rakowieckiej komunistyczni siepacze przywozili po cichu na Służewiec. Ciała zasypywano potem śmieciami, ziemią, a całość przykryto grubą warstwą betonu. Ślady zostały zatarte tak skutecznie, że do dziś miejsce pochówku naszych narodowych bohaterów jest nieznane.
    "Przechodniu, pochyl czoło, wstrzymaj krok na chwilę
    Tu każda grudka ziemi krwią męczeńską broczy
    Tu jest Służewiec, to są nasze Termopile
    Tu leżą ci, którzy chcieli bój do końca toczyć
    Nie odprowadzał nas tu kondukt pogrzebowy
    Nikt nie miał honorowej salwy ani wieńca
    W mokotowskim więzieniu krótki strzał w tył głowy
    A potem mały kucyk wiózł nas do Służewca...".
    Ten tekst, autorstwa Tadeusza Porayskiego, więźnia Mokotowa, został wyryty na symbolicznym pomniku upamiętniającym ofiary stalinowskiego terroru, stojącym przed kościołem św. Katarzyny. Szacuje się, że po wojnie pogrzebano tu ponad 2 tys. żołnierzy Wolnej Polski.

    Wolna Polska upamiętnia i rozlicza

    Z tym tragicznym miejscem związana jest relacja, złożona w 1988 r. przez wdowę po jednym z majorów. Wynika z niej, że w latach 50., zaraz po egzekucji męża, udało jej się odkopać jego ciało. Pod spodem rozpoznała zwłoki gen. Fieldorfa, który był przyjacielem rodziny.
    Dopiero niedawno Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa rozpoczęła na Służewcu badania geodezyjne. Tylko dlaczego dopiero teraz? I dlaczego w innym, niż wskazane miejsce? Otwieranie przez ROPWiM polskich cmentarzy wojennych na Wschodzie to jedno. Ale przecież generał August Emil Fieldorf też zasłużył na pochówek, o co przez lata - bezskutecznie - stara się jego rodzina. Bohaterowi Polski Podziemnej należy się coś więcej - pogrzeb z wojskowymi honorami, który stałaby się patriotyczną manifestacją przeciw sowieckiemu zniewoleniu Polski przez 50 lat i trwającej niestety do dziś niepamięci o bohaterach walki z komunistycznym terrorem.
    Wracając do Mieczysława Widaja. Ostatecznie pogrzeb oprawcy odbył się w parafii św. Zofii Barat w Grabowie na Ursynowie. Nieopodal Toru Wyścigu Konnych, gdzie też mordowano polskich patriotów i ul. Rotmistrza Witolda Pileckiego - innego żołnierza Wolnej Polski, dobrowolnego więźnia Auschwitz, ofiary ubeckich katów (po skazaniu na karę śmierci, podobnie jak Fieldorf został zamordowany na Rakowieckiej; miejsce pogrzebania do dziś nie jest znane).
    Przez lata, do końca życia stalinowski sędzia mieszkał w centrum Warszawy, przy ul. Koziej. Zaraz obok budynku prokuratury (byłej siedziby Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu) i dzisiejszej centrali Instytutu Pamięci Narodowej na Placu Krasińskich. Tak wygląda do dziś rozliczanie komunistycznych zbrodniarzy.

    Sprawy z dowodami

    Czym przez lata zajmował się Mieczysław Widaj? Wielu żołnierzy niepodległościowego podziemia skazał na wielokrotną karę śmierci, m.in., w listopadzie 1950 r., członków "bandy" słynnego majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", dowódcy Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, który wcześniej przez 2,5 roku był maltretowany w śledztwie w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Wielokrotnie "sądził" w tzw. procesach kiblowych w więzieniu (nazwa "sądu" wzięta od kibla w rogu celi, na której oskarżony, z braku innego miejsca, musiał siedzieć podczas "rozprawy"). Czasami okazywał łaskawość - podpułkownika Jana Mazurkiewicza "Radosława" skazał 16 listopada 1953 r. "tylko" na karę dożywotniego więzienia.
    W 1956 r. w ramach próby rozliczania stalinowskich "błędów i wypaczeń", Widaj mówił: "Taka w tym czasie obowiązywała ocena dowodów, jaka była zastosowana przeze mnie czy przez innych sędziów. Do skazania, jak wiemy, nie wystarczy przekonanie sędziowskie, potrzebna jest odpowiednia ocena dowodów. To nie były sprawy bez dowodów - to były sprawy z dowodami, które należało tylko właściwie ocenić".

    Były AK-owiec

    Mieczysław Widaj urodził się 12 września 1912 r. w Mościskach (woj. lwowskie). W 1934 r. ukończył wydział prawa na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie, a rok później Szkołę Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. Do 1939 r. był aplikantem sądowym.
    W kampanii wrześniowej dowódca plutonu artylerii. Jak większość Polaków, wychowanych w II RP wstąpił do Armii Krajowej, gdzie przyjął pseudo "Pawłowski" i został oficerem łączności Obwodu Mościska, należącym do lwowskiego okręgu AK. Pod koniec wojny awansowany na stopień kapitana. W lutym 1950 r. skazał na 15 lat Jana Władysława Władykę, jednego z kierowników lwowskiego AK i swojego przełożonego. Sądzenie dawnych organizacyjnych kolegów stało się jego specjalnością. Był jednym z najkrwawszych funkcjonariuszy stalinowskiego systemu bezprawia.
    Z komunistyczną władzą nawiązał flirt 15 marca 1945 r., kiedy został zmobilizowany do LWP. Po latach zarzekał się, że nie chciał iść do sądownictwa wojskowego (wolał artylerię), ale musiał. Już po miesiącu orzekał w sprawie ppłk. Edwarda Pisuli, ps. Tama - szefa Kedywu Okręgu Tarnopol, który wskutek śledztwa zmarł w więzieniu UB przy ul. 11 Listopada na Pradze w Warszawie.

    "Przeniesiony wbrew swojej woli"

    Widaj był najpierw sędzią w Łodzi. Stamtąd trafił do Warszawy, gdzie wkrótce miał zostać szefem Wojskowego Sądu Rejonowego, jednego z najkrwawszych wojskowych sądów ówczesnej Polski. W 1956 r. wyjaśniał, że do stołecznego WSR (podobnie, jak do sądownictwa wojskowego w ogóle) "był przeniesiony wbrew swojej woli": "W Łodzi dopiero w styczniu 1949 r. dostałem mieszkanie, męcząc się od 1946 r. po hotelach i cudzych kątach. I właśnie już w maju byłem w Warszawie, by znów zacząć od braku mieszkania, od kwaterowania na sali sądowej, tuż obok celi, do której wprowadzano więźniów aresztantów. A rozprawy odbywały się i po nocach. (...) Mnie i żonę będącą w ciąży budził gwar i tupot dochodzący z zadymionego korytarza, na który prowadziły mieszkalne drzwi. To były warunki pracy i warunki życia, jakie były mi postawione do dyspozycji. (...) Mieszkałem w tak ciężkich warunkach w budynku, w którym szczury wyprawiały harce pod podłogą i po podłodze, gdy groziło, że po przyjściu na świat dziecka pieluszki będą musiały być suszone na sali rozpraw. (...) Gdy inni "po praktyce" w Wojskowym Sądzie Rejonowym odchodzili na szefów innych sądów, ja pozostawałem na czarnej robocie, nie byłem przesuwany do klasy menedżerów. (...) Mnie - a zresztą w ogóle nami - przesuwano jak pionkami po szachownicy, nie pytając nas o zdanie".
    W 1948 r. Widaj - jak twierdził - prosił o zwolnienie z wojska, ale jego wniosek odrzucono. Zamiast tego, w tym samym roku - został... zastępcą szefa WSR w Warszawie, a w 1952 r. szefem tegoż sądu. Na słuszność wydawanych przez siebie wyroków lubił przywoływać fakt, że były one zatwierdzane przez sąd II instancji, czyli Najwyższy Sąd Wojskowy. W 1956 r. mówił: "Dla mnie zawsze druga instancja była gwarancją, że jeżeli ja się pomylę, to zostanie to naprawione, że ja nie jestem sędzią ostatecznym".
    W 1954 r. Widaj sam trafił do Najwyższego Sądu Wojskowego, awansując na zastępcę szefa. Od 1948 r. należał do partii. W 1955 r. został pułkownikiem.

    Proces trwał pół godziny

    Nad Stanisławem Skalskim, asem polskiego lotnictwa (w czasie II wojny światowej strącił 22 niemieckie samoloty) znęcało się wielu oprawców: Humer, Kobylec, Midro, Serkowski, Szymański. Zmarły kilka lat temu Skalski wspominał: "I rzeczywiście przekonywali mnie... Pięścią, kopniakami, drutem po nogach, stójkami, karcerem. Na zmianę, przez kilka miesięcy, z przerwami na odzyskanie sił. Ciągle jedno i to samo: mówcie o swojej działalności szpiegowskiej, kto z oficerów dostarczał wam informacje, komu je przekazywaliście... Już nie miałem siły zaprzeczać".
    Po dwóch latach takich "badań" podpisał akt samooskarżenia. 7 kwietnia 1950 r. w więzieniu na Mokotowie odbył się proces kiblowy. "(...) Pamiętam, był akurat Wielki Piątek. Jak mnie wywoływali z celi, akurat oddziałowy wydawał obiad. Zdążyłem go wziąć, ale nie zdążyłem zjeść. »Prędzej, prędzej«, ponaglał strażnik. Nawet nie wiedziałem, że idę na swój proces. Wróciłem, to jeszcze zupa była ciepława. Dokończyłem jeść. Ile więc mógł trwać cały proces - pół godziny maksimum. Sądził mnie mjr Widaj. Do niczego w śledztwie, jak i na rozprawie się nie przyznałem. Jedyny świadek, jakiego wezwano - Władysław Śliwiński - też zaprzeczył, abym przekazywał mu jakieś wiadomości lub orientował się w jego szpiegowskiej działalności...".
    Mimo to Widaj zawyrokował: "Sąd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej uznaje Stanisława Skalskiego, byłego majora WP, za winnego działalności szpiegowskiej na rzecz Anglii i St. Zjednoczonych i za to skazuje go na - karę śmierci...". Skalski - w przeciwieństwie do wielu innych więźniów stalinowskich - miał szczęście: został "ułaskawiony" przez Bieruta, ale nikt nie raczył go o tym poinformować. Sześć lat czekał na wykonanie wyroku. Na wolność wyszedł w kwietniu 1956 r. i został całkowicie zrehabilitowany.

    Doprowadzony do stanu przedagonalnego

    Ordynariusz kielecki Czesław Kaczmarek był poddawany konwejerowi (przesłuchania przeprowadzane dzień i noc przez zmieniających się śledczych). W przypadku księdza trwały one non stop przez 30-40 godzin. Biskup kielecki był notorycznie pozbawiany snu i jedzenia. Odmówiono mu prawa do widzeń, listów i paczek. Ubecy podawali mu środki odurzające. "Przekonywali go", że jest zdrajcą i jako takiego wszyscy się go wyrzekli. Śledztwo, z przerwami, trwało przez dwa lata i osiem miesięcy. W rezultacie bp. Kaczmarek został doprowadzony do stanu przedagonalnego.
    Proces bp. Kaczmarka i jego "współpracowników" odbywał się w dniach 14-21 września 1953 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie (nawet w PRL-u sądzenie duchownego przed wojskowym trybunałem było ewenementem). Sądził Mieczysław Widaj. Akt oskarżenia - jak czytamy w stenogramie - dotyczył: "działalności w antypaństwowym ośrodku" w interesie "imperializmu amerykańskiego i Watykanu" w celu "obalenia władzy robotniczo-chłopskiej" drogą "działalności dywersyjnej i szpiegowskiej".
    Na sali sądowej przewodniczący Widaj "nie zauważył", że w pewnym momencie ów pokazowy proces został przerwany. Cóż takiego się stało? Otóż bp Kaczmarek przestał czytać przygotowany mu przez "oficerów" śledczych maszynopis. Uwadze Widaja umknęło również, jak czerwony (sic!) ze wściekłości dyrektor departamentu śledczego MBP Jacek Różański (Józef Goldberg) wyszedł nagle z salki obok i upominał Kaczmarka: "Ja już skułem mordy obrońcom [biskupa bronił słynny adwokat Mieczysław Maślanko, który pełnił de facto rolę jednego z oskarżycieli - TMP] i przestrzegam księdza biskupa, aby nie poważył się więcej na podobne postępowanie". Cóż, to właśnie Różański wydał wcześniej wyrok na biskupa, podobnie jak czynił to w przypadku wielu innych "wrogów ludu".
    Wobec biskupa Kaczmarka Widaj ogłosił karę 12 lat więzienia. Nawet po wyroku władze PRL-u nie dały spokoju księdzu - w celi śmierci spędził kolejne osiem lat. Wyszedł z więzienia w maju 1956 r. Ubeckie metody sprawiły, że zmarł w sierpniu 1963 r.

    Bezkarny w wolnej Polsce

    W 1956 r. Mieczysław Widaj został zwolniony z zawodowej służby wojskowej i przeniesiony do rezerwy. Komisja Mazura, badająca "przejawy łamania praworządności" przez stalinowskich funkcjonariuszy, nie pociągnęła go do odpowiedzialności. Stwierdziła jedynie ogólnikowo, że jego "działalność powinna być przedmiotem śledztwa", którego - rzecz jasna - nie było.
    Widaj został radcą prawnym Centralnego Laboratorium Chemicznego w Warszawie, potem Centralnego Zarządu Konsumów i w końcu (od 1964 r.) Komendy Garnizonu m. st. Warszawy.
    W wolnej Polsce Instytut Pamięci Narodowej chciał go nawet postawić przed sądem, ale okazało się, że Widaj jest chory. Dopiero niedawno Ministerstwo Obrony Narodowej zmniejszyło mu resortową emeryturę. Podstawą była ustawa o wojskowych emeryturach, która mówi, że osobom, które w latach 1944 - 1956 służyły w wojskowej informacji, sądownictwie i prokuraturze - a stosowały represje - nie zalicza się tego okresu do służby.
    Widaj przepracował w MON 19 lat, z tego jako wojskowy sędzia - 11 lat. Po odebraniu mu wojskowej emerytury, czyli 4 tys. zł, nadal miał prawo do 5300 zł "cywilnej" emerytury.

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Propagatorzy zboczeń ponoszą klęskę w północnej Polsce Wysłane środa, 30, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Szumnie zapowiadana w zeszłym roku kampania wizerunkowa, przygotowana przez lewackich cyników żerujących na zboczeńcach, ponosi w północnej Polsce klęskę.

    Jak donosi jeden z serwisów internetowych zajmujących się branżą reklamiarską, metoda "sprzedaży" zboczeń w północnych regionach "polskiego regionu UE" przyniosła spektakularną klęskę tzw. Kampanii Przeciw Homofobii, która organizacyjnie jest powiązana z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, spadkobiercami politycznymi po stalinowskiej wersji tzw. PRL.
    "Pomysłodawcy kampanii, toruński oddział stowarzyszenia KPH, przedstawili na plakatach wizerunki lekarza, nauczycielki czy emeryta z podpisami »jestem gejem« lub »jestem lesbijką«. (...).
    - Plakaty mogłyby wzbudzić dezaprobatę przechodniów - tłumaczyła »Gazecie Wyborczej« jedna z przedstawicielek toruńskiej agencji ReMedia. Jej firma odmówiła wywieszenia plakatów KPH już w grudniu. Na podobne przeszkody autorzy kampanii natrafili w Bydgoszczy. W Trójmieście rozwieszanie plakatów przerwała Szybka Kolej Miejska.
    - Mamy dość codziennej agresji, rozbitych szyb i gablot - mówi »Polityce« pracownik SKM w Gdańsku. - Ludziom nie podobała się nawet kampania zachęcająca do adopcji psów, tym bardziej obawialiśmy się takiej akcji. Staramy się być apolityczni i nie wchodzić w żadne drażliwe społecznie projekty (...)".

    Propagacja zboczeń miała się odbyć kosztem wizerunku sylwetek pozytywnie w polskim społeczeństwie odbieranych w rodzaju osób kojarzonych z zawodami tzw. zaufania społecznego lub podlegających cywilizacyjnie otoczonych powszechnym szacunkiem i opieką, w postaci osób w wieku senioralnym. Wykazywane przez przedstawicieli firm rynku reklamiarskiego zdroworozsądkowe podejście do tej bezczelnej akcji promocji lewackiego punktu widzenia na nieszczęście osób ogarniętych brakiem opanowania swojego popędu seksualnego doprowadziło do porażki tej metody wkupienia się w coraz to bardziej mniejszościowe grupy środowiskowe przedstawicieli lewicowych ugrupowań z Sojuszem Lewicy Demokratycznej (eks-KPP/PPR/PZPR/SdRP...) na czele, którego prominentnym przedstawicielem jest niejaki Biedroń Robert, działacz SLD. Tworzący duet przewodniczący obecnie tej schyłkowej formacji post(?)komunistów, tow.tow. Niepierniczak i Olejarski nie będą raczej zadowoleni, choć może teraz zechcą zająć się (za własne pieniądze) adopcją "homosiów"?


    Zagłada Żydowskiego Komitetu - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 28, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    W znanej przedwojennej sowieckiej komedii filmowej "Cyrk" reżysera Grigorija Aleksandrowa amerykańską cyrkówkę (graną przez jego żonę Lubow' Orłową) szantażuje biały rasista, który grozi jej ujawnieniem kompromitującej ją tajemnicy: ma ona dziecko z Murzynem. W ostatniej scenie urzeczywistnia swą groźbę, ale postępowi ludzie radzieccy przyjmują małego Mulacika jak swego i po kolei śpiewają mu kołysankę. Jednym z nich jest Żyd śpiewający kołysankę w jidysz. Zagrał tę rolę znany aktor żydowski Solomon Michoels - dyrektor teatru żydowskiego w Moskwie.

    W czasie wojny radziecko-niemieckiej stanął on na czele Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego, który kwestował w USA na rzecz Armii Sowieckiej, zbierając pieniądze wśród Żydów amerykańskich. Niestety, dawne zasługi w myśl stalinowskiej dialektyki łatwo zamieniały się w winę. Nawiązane przez Michoelsa i towarzyszącego mu w tej misji poetę piszącego w jidysz Icka Fefera kontakty z amerykańskimi Żydami stały się obciążeniem dla Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego, gdy po klęsce Hitlera stosunki pomiędzy dawnymi aliantami przerosły w "zimną wojnę". Sowieckie służby specjalne otoczyły swymi agentami zarówno S. Michoelsa, jak i cały jego Komitet, i gromadziły przeciwko niemu kompromitujące materiały, tzw. kompromat. Zresztą członek prezydium Komitetu, poeta Icek Fefer sam został po powrocie z USA zwerbowany przez sowiecką bezpiekę na tajnego współpracownika i pisał raporty na swych kolegów z Komitetu.

    Chcieli zmienić Krym w żydowską autonomię

    Szczególnie zaszkodziły im zapożyczone w USA pomysły na przekształcenie półwyspu Krym w nową, autonomiczną republikę żydowską w składzie Federacji Rosyjskiej. Przed niemiecką okupacją Krym również posiadał status autonomii, ale obok Rosjan i Ukraińców podstawową grupą etniczną byli tam krymscy Tatarzy (nie należy ich mylić z bliskimi im etnicznie i językowo, ale odległymi geograficznie Tatarami kazańskimi, którzy do dziś posiadają swoją republikę autonomiczną nad rzeką Kamą). Wizytujący w 1943 roku USA przywódcy ŻKA od jednego z amerykańskich milionerów nazwiskiem James N. Rosenberg, finansującego żydowską organizację dobroczynną "Joint" (pełna nazwa American Jewish Joint Distribution Committee), dowiedzieli, że już w latach 20. i 30. zainwestował on w żydowską kolonizację północnego Krymu 30 mln dol. i że wciąż marzy on o przekształceniu Krymu w "żydowską Kalifornię". Ponieważ po wypędzeniu niemieckich okupantów z Krymu NKWD na rozkaz Stalina usunęło stamtąd całą ludność tatarską do Kazachstanu, a przy sposobności mieszkających tam od wieków Bułgarów, Greków, Ormian i rosyjskich Niemców, przywódcy Komitetu dość naiwnie wyobrażali sobie, że w ten sposób został oczyszczony teren dla żydowskiej kolonizacji. Wysiedlenie oprócz Tatarów innych mniejszości narodowych nie podziałało na nich jako dzwonek ostrzegawczy. Myślenie życzeniowe było tak silne, że przywódcy Komitetu już przymierzali dla siebie stanowiska kierownicze w przyszłej republice żydowskiej. Solomon Michoels miał być prezydentem republiki, znany dziennikarz i krytyk literacki Szachno Epsztein - premierem rządu, zaś Icek Fefer - ministrem spraw zagranicznych. Wygląda na to, że ci poważni ludzie zupełnie zapomnieli, na jakim świecie wypadło im żyć i jak smutne są skutki takich dziecinnych zabaw w kraju rządzonym przez Stalina. Jest to o tyle dziwne, że przywódcy Komitetu wciąż otrzymywali sygnały o panującym w Kraju Rad antysemityzmie, szerzącym się nie tylko wśród ludności, ale i we wszystkich ogniwach władzy różnych szczebli. Ponieważ usiłowali protestować wobec władz w tych sprawach, coraz bardziej narażali się Stalinowi i jego otoczeniu.
    W warunkach zimnej wojny mrzonki o żydowskiej autonomii Krymu u podejrzliwego Stalina przekształciły się w antysowieckie działania mające na celu oderwanie Krymu od ZSRR i przekształcenie go w przyczółek ekspansji amerykańskiego imperializmu. Takie podejrzenia jeszcze bardziej się pogłębiły po bolesnej dla Stalina porażce w nowo powstałym państwie żydowskim Izrael.
    Związek Sowiecki popierał Żydów w Palestynie w ich walce z autochtoniczną ludnością arabską, traktując to jako walkę z brytyjskimi wpływami na Bliskim Wschodzie. Bez wsparcia dyplomatycznego, a zwłaszcza bez dostaw broni od satelitów Moskwy, jak Polska i Czechosłowacja, Żydzi nie byliby w stanie pokonać swych arabskich sąsiadów i obronić swą państwowość. Tymczasem po zwycięstwie państwo Izrael nie stało się kolejnym państwem "demokracji ludowej", co więcej: opowiedziało się po stronie amerykańskim rywali Kraju Rad. Takiej czarnej niewdzięczności Stalin nie mógł darować ani państwu Izrael, ani sympatyzującym z nim Żydom sowieckim.

    Pierwszy cios w rodzinę

    Pierwszy cios zadał Stalin swojej własnej rodzinie - swojej szwagierce Annie Redensowej z domu Aliłłujew (Stalin miał z Nadieżdą Aliłłujew, zmarłą tragicznie w 1932 roku, dwoje dzieci). Stanisław Redens - polski komunista i szef moskiewskiego NKWD został aresztowany w 21 listopada 1938 roku podczas czystki w dużym stopniu skierowanej przeciwko Polakom i rozstrzelany 21 stycznia 1941 roku. Pani Anna naraziła się Stalinowi, wydając w 1946 roku "Wspomnienia". Wraz z nią ofiarą gniewu wodza stała się jej siostra Jewgienija wraz z mężem Nikołajem Mołoćnikowem. Ich uwięzienie pociągnęło za sobą aresztowanie wielu ich znajomych, w tym i naukowca z Instytutu Ekonomiki Akademii Nauk I. Goldszteina. Ten z kolei znał osobiście Solomona Michoelsa. Michoels i Goldsztein poznali się w 1945 roku na wieczorze ku czci znanego żydowskiego pisarza Icchoka Pereca w 30. rocznicę jego śmierci. Goldsztein był bowiem siostrzeńcem Pereca. Aresztowany 19 grudnia 1947 roku przez MGB i poddany okrutnym torturom, Goldsztein obciążył Michoelsa, iż ów wykazywał przestępcze zainteresowanie sprawami rodzinnymi Stalina, m.in. pożyciem małżeńskim jego córki Swietłany z jej pierwszym mężem Grigorijem Morozowem. Stalin był przeciwnikiem tego związku ze względu na żydowską narodowość swego zięcia i wkrótce wymusił na córce rozwód. Wścibstwo Michoelsa oceniono jako działania na rzecz syjonistycznych agentów amerykańskiego wywiadu.

    Rozkaz: zabić

    Ponieważ aresztowanie tak znanego w świecie, wybitnego aktora żydowskiego nie wchodziło w rachubę, Stalin polecił więc skrytobójczy mord. W tym celu Michoelsa zaproszono do Mińska dla oceny przedstawień miejscowego teatru, pretendującego do Nagrody Stalinowskiej. Towarzyszył mu w podróży agent MGB Władimir Gołubow-Potapow, z zawodu krytyk literacki.
    Kierownictwo akcją objął z racji swego urzędu szef MGB Białorusi L. Canawa. Na jego polecenie obydwu przyjezdnych wywołano późnym wieczorem z hotelu, na ulicy porwano do samochodu i w podmiejskiej willi Canawy zamordowano. Następnie zgodnie z planem wywieziono zwłoki na odludną ulicę, gdzie zostały one przejechane przez ciężarówkę. Tak mord upozorowano jako wypadek drogowy. Dla dobra sprawy MGB poświęciło życie towarzyszącego Michoelsowi agenta. Córka Stalina Swietłana Aliłłujew w swych wspomnieniach opisuje, jak była mimowolnym świadkiem rozmowy telefonicznej swego ojca, odbierającego meldunek o wykonaniu zadania i potwierdzającego komunikat, iż był to tragiczny wypadek samochodowy.
    Później odbył się w Moskwie uroczysty pogrzeb, opisany m.in. we wspomnieniach znanego pisarza sowieckiego Ilji Erenburga, który nie poznał się na mistyfikacji. Później jednak prawda wyszła na jaw. Najpierw w ślad za aresztowaniami wśród członków Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego oskarżono tragicznie zmarłego Michoelsa o "żydowski nacjonalizm". 20 listopada 1948 roku Biuro Polityczne KC WKP(b) poleciło Radzie Ministrów natychmiastowe rozwiązanie przez MGB Żydowskiego Komitetu z następującą motywacją: "ponieważ jak wykazują fakty ten Komitet jest ośrodkiem antyradzieckiej propagandy i regularnie dostarcza informacje antyradzieckie organom obcego wywiadu".

    Tajne represje przerastają w głośne

    24 grudnia 1948 roku aresztowano pierwszych dwóch działaczy Komitetu Icka Fefera oraz Wieniamina Zuskina. Za nimi poszli inni. Okrutne śledztwo trwało do 1952 roku. 8 kwietnia 1952 roku rozpoczęła się tajna sprawa sądowa Icka Fefera i innych (łącznie 15 osób) przed kolegium wojskowym Sądu Najwyższego ZSRR. Wyrok skazujący zapadł 18 lipca tegoż roku, wszyscy zostali skazani na śmierć, jedynie panią prof. Linę Sztern skazano na 3,5 roku więzienia i na pięć lat zesłania do Kazachstanu. Wyrok (w tym i na kobietę - Czajkę Watenberg-Ostrowską) wykonano12 sierpnia 1952 roku. Wkrótce po tym tajnym procesie rozpoczęła się głośna sprawa żydowskich lekarzy z lecznicy kremlowskiej oskarżonych o celowe uśmiercanie swych prominentnych pacjentów. Wówczas czytelnicy sowieckich gazet dowiedzieli się o istnieniu złowieszczej organizacji szpiegowskiej "Joint". Na szczęście 5 marca 1953 roku zmarł Stalin i Ławrenti Beria w ramach kremlowskich rozgrywek doprowadził do rehabilitacji żydowskich lekarzy oraz zwolnienia z więzienia tych, którzy przeżyli śledztwo.

    Antoni Zambrowski

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    CASE JOW a Sprawa Polska - prof. Jerzy Przystawa Wysłane sobota, 26, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Trwa trzydniowa żałoba narodowa, flagi opuszczone, Sejm, Prezydent i Rząd zawieszają najważniejsze sprawy, z wież hejnałowych rozlega się znana wszystkim trąbka buglera z prasłowiańską melodią "TAPS". We wszystkich mediach publicznych i niepublicznych zasiada ten sam niekompletny tuzin głównych konstruktorów mody opinii publicznej, rozkładając temat na czynniki pierwsze, drugie i trzecie. Akurat słucham radia publicznego, a tam znani nam wszystkim redaktorzy S., Z., W., R. i K... zastanawiają się nawet nad tym czy to dobrze, czy niedobrze, że tyle uwagi poświęcamy tragedii CASA? Dowiaduję się od nich (chwała, chwała!) że w słynnym Salonie24 red. Fołtyn wyraża jakieś wątpliwości. Zaglądam na Stronę Główną, a tam - och, cała strona naszpikowana tekstami dotyczącymi CASA i jest tego więcej nawet (jak to jest w ogóle możliwe?) niż na temat GROSSA! Redaktorzy R., S., W., Z. itd... pochylają się nad sprawą i dochodzą nawet do wniosku, że media są dzisiaj dwudziestoczterogodzinne (coś tam 24?), więc cóż mają, biedne robić: muszą czymś te 24 godziny wypełnić, a skoro nie ma tematów, no to... itd.
    Ponieważ zajmuję się tematem "niszowym" i drugorzędnym (w porównaniu z CASA, naturalnie), ale jednak, więc nieśmiało zapytam Panów Redaktorów Z., W., S., R. i K.: Panowie tak dla jaj, czy na serio? Czy wypada tak wybitnym kreatorom mody udawać głuchych, ślepych i niemych?
    Parę tygodni temu studenci głównych uczelni Wrocławia wyszli na Rynek domagać się jednomandatowych okręgów wyborczych. Nie ustają w wysiłku docierania do opinii publicznej. Na ten temat ani słowa nie padło w żadnym medium, nawet wrocławskim, pomimo, iż nawet sam Pan Prezydent (Wrocławia, naturalnie) był łaskaw ich zaszczycić. Studenci piszą apele, do RPO, do Premiera, do Prezydenta. Głucha cisza.
    A cóż to za banalny temat i niegodny uwagi podnoszą ci młodzi ludzie?
    W tym temacie, trzy lata temu, rządząca dzisiaj partia polityczna zebrała prawie milion podpisów, domagając się referendum. Media 24-godzinne solidarnie milczały.
    W październiku 2006 odbyło się w tej sprawie referendum w Kanadzie. Media 24-godzinne milczały.
    W listopadzie 2006 odbyło się w tej sprawie w Rumunii referendum narodowe. Ditto.

    Wczoraj upadł rząd włoski. Rząd ten powstał w wyniku wprowadzonej dwa lata temu przez Berlusconiego ordynacji wyborczej o dźwięcznej nazwie "Porcato" - która bardzo się podobała Jarosławowi Kaczyńskiemu. Dzisiaj jest mowa o konieczności zmiany ordynacji wyborczej. Tak dzisiaj, jak i dwa lata temu, w mediach 24-godzinnych ani słowa. Daremnie szukam chociażby wzmianki na ten temat w najważniejszych opiniotwórczych gazetach.
    Wybory z nową ordynacją odbyły się, dopiero co, na Ukrainie. W Belgii od ponad pół roku nie ma rządu.
    Media dwudziestoczterogodzinne milczą i patrzą w las, szukając czarnych skrzynek. Dyktatorzy mody pochylają się nad problemem dwudziestoczterogodzinnych mediów.

    Panowie i Panie, Panie i Panowie: czy czekacie, aż ci młodzi ludzie wyjdą na ulice, paląc wasze gazety i rozbijając skrzynki z dwudziestoczterogodzinnym programem? Pamiętam czasy, kiedy studenci chodzili po ulicach z transparentami: "Robotnicy! Prasa kłamie!", "Telewizja kłamie!". Czy czekacie aż wyjdą na ulice z transparentami: "Redaktor R. kłamie!", "Redaktor S. kłamie" itd. itp? Rzucam przykładowo, bo studenci, jak to ludzie gmerający po bibliotekach, mogą znaleźć i inne wzory.

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Spotkania z jednym liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW - prof. Jerzym Przystawą: Warszawa i Białystok Wysłane czwartek, 24, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Zapraszamy na spotkania z prof. Jerzym Przystawą:

    1. W środę, 30 stycznia 2008, o godz. 11.00, w Warszawie, w Wyższej Szkole Menadżerskiej przy ul. Kawęczyńskiej 31 (na Pradze, obok Bazyliki Prawosławnej), w sali F403. Organizatorem spotkania jest NZS Wyższej Szkoły Menadżerskiej.

    2. W czwartek, 31 stycznia 2008, o godzinie 19.00, w Białymstoku, w kawiarni Elida przy ul. Św. Rocha 14, pt. "Jednomandatowe okręgi wyborcze - konieczność i perspektywa".

    Obywatelski Ruch na rzecz JOW

    UWAGA!



    Planowane na środę, 30 stycznia 2008, spotkanie z prof. Jerzym Przystawą w Wyższej Szkole Menadżerskiej w Warszawie zostało odwołane.

    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Pragmatyzm wg zasady "my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych" w stosunkach: rząd PO - Kreml? - Stanisław Michalkiewicz o najnowszych sukcesach "liberalnego" rządu Donalda Tuska Wysłane czwartek, 24, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Pragmatyzm wg zasady "my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych" w stosunkach: rząd PO - Kreml? - Stanisław Michalkiewicz o najnowszych sukcesach "liberalnego" rządu Donalda Tuska Wysłane czwartek, 24, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Jak Państwo pamiętacie, podstawową zasadą, która została przy tzw. okrągłym stole przyjęta, była: "my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych". Czasami się zdarzały od niej wyjątki, np. wtedy, gdy z inspiracji tej część razwiedki, która złożyła wizytę Lechowi Wałęsie, a on odpowiedział jej "stanę w Waszej obronie z całą mocą", zdarzyła się wtedy »afera Olina«, kiedy pan minister Spraw Wewnętrznych oskarżył premiera własnego rządu, tow. Oleksego, o szpiegowanie na rzecz Rosji. I tak się do dzisiaj złożyło, a minęło od tamtej pory lat 12, że żaden z nich, ani tow. Milczanowski, ani tow. Oleksy - nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności, a przecież któryś z nich - na logikę - kłamał. I to pokazuje, że mimo wyjątków zasada ta jest cały czas stosowana. Drugi moment, kiedy doszło do »nieporozumień«, był za rządów Prawa i Sprawiedliwości, kiedy najpierw był premierem pan Marcinkiewicz, potem pan Kaczyński, ale okazało się, że pan Kaczyński był politykiem nieskutecznym i stracił władzę, no i teraz rząd Platformy Obywatelskiej przywraca do życia tę zasadę. Dzisiaj okazało się, że niezawisła prokuratura w Białymstoku oświadczyła, że żadnej »grupy trzymającej władzę« nie było, a sprawa się przedawniła. Co prawda wcześniej też niezawisły sąd skazał Lwa Rywina na podstawie jakiś dowodów, ale »wtedy były inne czasy«, a teraz są już inne..." - Stanisław Michalkiewicz, jeden z najlepszych publicystów prawicowych, omawia najnowsze wydarzenia ze sceny teatru politycznego "polskiego regionu UE".

    Niezależnie od tego, co się dzieje w niezawisłych sądach, prokuraturach czy Ministerstwie Sprawiedliwości, krajem wstrząsają niepokoje i protesty. Np. w takiej kopalni "Budryk" strajkują pewne związki zawodowe, chociaż inne - nie. Skoro taki towarzysz związkowiec Broniarz "od nauczycieli" zarabia 9 tysięcy złotych, to rozumiemy, dlaczego tak wiele w jednym państwowym przedsiębiorstwie jest związków zawodowych, każdy ze swoim zarządem i komisją rewizyjną. Związkowców nie wolno zwolnić z zatrudnienia, co nie jest do pogardzenia argumentem w obecnych czasach. Protestują celnicy, protestują grzesznicy, protestują lekarze, protestuję pielęgniarze, ale już ratownicy medyczni - nie, zapewne wzięli sobie do serca aple pana premiera Tuska o 60 dni spokoju. Jak widać - postęp jest, bo takiemu generałowi LWP Jaruzelskiemu potrzeba było aż dni 90, aby wprowadzić stan wojenny. Popularność Platformy zaczęła gwałtownie spadać, zaś - rosnąć Prawu i Sprawiedliwości. Dlatego być może pan premier Tusk postanowił przyspieszyć "kurację przeczyszczającą" w tzw. służbach. Mianował pana Macieja Hunię i Krzysztofa Bondaryka - pan Bondaryk został szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, pan Hunia - szefem Służby Wywiadu Wojskowego, pan Ananicz ma zostać szefem Agencji Wywiadu, zaś pan Cichocki ma zostać następcą pana Grasia z PO, który z zagadkowych przyczyn opuścił kancelarię premiera, gdzie zajmował się - jakżeby inaczej - tzw. służbami. Widzimy też, że tym zmianom towarzyszy utrzymanie się na stanowisku szefa CBA pana Mariusza Kamińskiego, po "rozmowie z premierem", zaś poseł Palikot przeprowadził w telewizji "pokajanie" według klasycznych, bolszewickich wzorów samokrytyki. Można zadać sobie więc pytanie, czy nie oznacza to pewnego rozejmu między służbami, razwiedkami i "strategicznymi partnerami"...
    Pan generał Maciej Hunia to jest ten sam generał Hunia, który "pojmał" straszliwego szpiega, asystenta pana posła Gruszki, który po tamtych wydarzeniach do dziś nie może dojść do siebie. Stało się to akurat w momencie, kiedy sejmowa komisja, której przewodniczył poseł Gruszka, zaczęła się dobierać do skóry cypryjskiej spółce "J&S", której frontowymi właścicielami są "ukraińscy z korzeniami" wspólnicy pan Smokołowski i Janukowycz, która to spółka dysponuje zagadkowym monopolem na dostawy rosyjskiej ropy do rafinerii w Płocku... Czyżby więc mamy do czynienia z "pragmatyzmem" w stosunkach polsko-rosyjskich, o których podczas swej wizyty w Moskwie mówił pan minister zagraniczny Sikorski? - zastanawia się Stanisław Michalkiewicz.

    Nagranie trwa prawie 11 minut, jest dostępne w Sieci do 6 II 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Kibice w Związku Rad - od przywódców do bandytów - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 23, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Najpopularniejsze dziedziny sportu w Rosji - to niewątpliwie piłka nożna oraz hokej na lodzie, zwany tam kanadyjskim. Znany rosyjski satyryk i filozof Aleksandr Zinowjew opisywał w swej głośnej powieści o życiu w sowieckiej Rosji za czasów Brieżniewa konflikt pomiędzy zięciem-intelektualistą a teściową. Ta szanowała tylko mężczyzn grających w hokeja.

    Zanim po II wojnie światowej za zgodą samego Józefa Stalina wprowadzono w Kraju Rad kanadyjską odmianę hokeju, w którą grają na całym świecie, w Rosji cieszył się popularnością hokej rosyjski. Różni się on od kanadyjskiego konstrukcją kija oraz tym, że gra się w nim piłeczką, a nie krążkiem. Rosja jest krajem północnym i ci sami ludzie w lecie kibicują piłkarzom, zaś w zimie hokeistom.

    Szalapin futbolu

    Wielu zresztą zawodników, jak dla przykładu legendarny napastnik, a później trener Wsiewołod Bobrow w lecie grało w piłkę, zaś w zimie - w hokeja (Później, gdy kontuzje nóg w skutek wielu fauli na polu karnym uniemożliwiły mu dalszą grę w piłkę nożną, popularny zawodnik grał wyłącznie w hokeja. Choć hokej wygląda na grę bardziej męską, czyli bardziej brutalną niż piłka nożna, paradoksalnie dawał większe możliwości bezpiecznej gry. Bobrow nie był jednak zbyt szczęśliwy po tej zamianie. Tłumaczył żonie, że w hokeju trzeba więcej się nabiegać, ale w piłce nożnej trzeba więcej pomyślunku).
    Wszyscy przywódcy sowieccy od czasów stalinowskich byli zapalonymi kibicami. Gdy wypadało spotkanie piłkarskie lub hokejowe z udziałem Bobrowa, podobno przekładano na inny termin lub przynajmniej godziny posiedzenia instancji partyjnych i państwowych wszystkich szczebli od najwyższych do terenowych. O, miłości jaką budził u kibiców, niech świadczy fakt, że znany poeta rosyjski Jewgienij Jewtuszenko poświęcił mu wiersz, sławiący go jako Szalapina futbolu. Przyjaźnił się z nim jego sąsiad z tego samego domu, marszałek Nikołaj Bułganin, który często zapraszał go na wspólne przechadzki, na których wypytywał o sprawy klubowe. Swoje względy okazywali mu również przedstawiciele niższych warstw społecznych, a nawet tzw. marginesu. Pewnego razu jakiś młody cham chciał poza kolejką zabrać się taksówką. Gdy piłkarz czekający wraz innymi zwrócił mu ostro uwagę, wyszedł z samochodu i przeprosił go z ostentacją. W zimie 1946 roku Bobrow wracał w nocy od swych znajomych mieszkających pod Moskwą. Po drodze grupa bandytów zabrała mu jego atrakcyjny płaszcz skórzany, czapkę futrzaną oraz zegarek. By nie zamarznąć po drodze, piłkarz pobiegł wzdłuż ulicy. Po chwili usłyszał tupot nóg. Bandyci dopędzili go, upewnili się, czy istotnie mają do czynienia ze sławnym sportowcem i następnie zwrócili mu zabrane rzeczy.

    Klub WWS, czyli Wataha Wasilija Stalina

    Do dnia dzisiejszego zawodnicy i trenerzy pamiętają zainteresowanie i opiekę, jakimi otaczali "swoje" kluby różni dostojnicy sowieccy najwyższego szczebla, jak premier Nikołaj Bułganin lub premier Aleksiej Kosygin. Jako kibic moskiewskiego "Spartaka" odznaczył się I sekretarz moskiewskiej organizacji WKP(b) Nikita Chruszczow. Opiekunem swego resortowego klubu "Torpiedo" był minister przemysłu zbrojeniowego Dmitrij Ustinow.
    Przeszła do legendy wojna toczona przez dwóch wpływowych kibiców: opiekuna klubu "Dynamo" Ławrentiego Berii oraz opiekuna klubu lotniczego Wasilija Stalina. Klub lotniczy nazywał się klub WWS (po rosyjsku: wojenno-wozdusznyje siły, czyli lotnictwo wojskowe) i złośliwi rozszyfrowywali te inicjały jako wataha Wasilija Stalina. Syn przywódcy sowieckiego był po wojnie generałem lotnictwa i dowódcą sił lotniczych moskiewskiego okręgu wojskowego. Dzięki temu mógł on przeciągać do swej drużyny zawodników, obiecując w razie transferu do klubu WWS mieszkanie, stopień wojskowy i związane z tym oficerskie wynagrodzenie. Ławrenti Beria miał podobne możliwości, co młody Stalin, jeśli chodzi o zachęty. Jako komisarz ludowy spraw wewnętrznych, czyli szef NKWD posiadał on dodatkowe atuty represyjne. W czasie wojny, dokładnie w 1942 roku, NKWD wpakowało do więzienia na 10 lat czterech braci Starostinowów: Nikołaja, Aleksandra, Andrieja i Piotra oraz dwóch ich kolegów klubowych - Jewgienija Archangielskiego i Stanisława Leutę, oskarżając ich wszystkich o próbę zatrucia wodociągu moskiewskiego cyjankiem potasu. Każdy rozumiał, że wszechwładnemu Berii chodzi o ukaranie znakomitych piłkarzy, stanowiących trzon drużyny moskiewskiego "Spartaka" uniemożliwiających swą wspaniałą grą zwycięstwo moskiewskiego klubu "Dynamo" w mistrzostwach ZSRR. Powiadają, że już w 1939 roku usiłował on w ten sposób ukarać braci-piłkarzy, ale uniemożliwił to ówczesny premier Związku Rad Wiaczesław Mołotow. Córka Nikołaja Starostina chodziła do tej samej klasy, co córka Mołotowa Swietłana, więc premier nie chciał podcyfrować wniosku o uwięzienie piłkarzy. Wobec tego Beria odczekał parę lat i mimo wszystko sfabrykował absurdalne oskarżenie przeciwko popularnym piłkarzom.
    Wszechwładza tak uderzała Berii do głowy, że pewnego razu już po wojnie wtargnął on po zakończonym meczu do pokoju sędziowskiego i zwymyślał najgorszymi "bluzgami" sędziego za to, że swymi decyzjami uniemożliwił zwycięstwo "dynamowców". Do tej pory kibice opowiadają sobie dowcipy o tym, co proponował Beria sędziemu uczynić z gwizdkiem i gdzie go ma sobie wsadzić.

    Młody Stalin przeciwko Berii

    Młody Stalin - ufny w poparcie ojca - jako jedyny w całym Kraju Rad miał odwagę przeciwstawiać się bezeceństwom Berii. Potrafił on wysłać wojskowy samolot na Syberię, by sprowadzić stamtąd z powrotem do Moskwy podpadniętego Berii piłkarza Nikołaja Starostina. Wasilij chciał, by ten trenował mu drużynę piłkarską WWS. I tak się stało. Wdzięczni zawodnicy jeszcze dziś powtarzają, że interwencja młodego Stalina u ojca uratowała od skazania na pobyt w łagrze na Kołymie piłkarzy reprezentacji ZSRR po występach na olimpiadzie w Helsinkach w 1952 roku. Spotkali się oni dwukrotnie z reprezentacją Jugosławii, czyli kraju, który przez obóz komunistyczny był traktowany jako parszywa owca. W pierwszym spotkaniu Jugosłowianie prowadzili, ale Sowieci zdołali wyrównać na 5:5. W spotkaniu rewanżowym wygrali jednak Jugosłowianie z wynikiem 3:1. Ponieważ trzon reprezentacji ZSRR tworzyli zawodnicy moskiewskiego klubu CDSA, czyli wojskowi konkurenci moskiewskiego klubu "Dynamo", Beria doprowadził do ukarania "winowajców". Drużynę rozpędzono na cztery wiatry. I tylko wstawiennictwo młodego Stalina uratowało najbardziej podpadniętych Berii zawodników przed uwięzieniem na Kołymie. Przez dwa lata wojskowi nie brali udziału z życiu sportowym Kraju Rad. Dopiero po aresztowaniu Berii w czerwcu roku 1953 minister obrony Nikołaj Bułganin odważył się jesienią tegoż roku odtworzyć sekcję piłkarską klubu CDSA.

    Po pewnym czasie Wasilij zaczął zdawać sobie sprawę, że otoczenie generalissimusa nie daruje mu takiej postawy i że tyle jego młodego życia, ile będzie żył jego niemłody i schorowany ojciec. Wobec tego zalewał robaka alkoholem. Swemu przyjacielowi wytłumaczył, że ma do wyboru: samobójczą kulę w łeb lub alkohol. I rzeczywiście w kilka tygodni po pogrzebie Stalina w marcu 1953 roku Wasilij został zdegradowany, aresztowany i skazany na osiem lat pozbawienie wolności z artykułu o antysowieckiej propagandzie. W akcie oskarżenia dopisano mu również niezgodne z planem wydatkowanie środków finansowych na zbudowane z jego inicjatywy, a użytkowane do dnia dzisiejszego w Moskwie obiekty sportowe. Przy sposobności rozpędzono na cztery wiatry drużynę piłkarską WWS. Dwaj zawodnicy - napastnicy Wiktor Fiodorow oraz Siergiej Korszunow trafili do odtworzonej przez marszałka Bułganina drużyny CDSA. Wprawdzie nastąpił czerwcowy zamach stanu na Kremlu i na ławie oskarżonych zasiedli Beria oraz inni jego oprawcy, m.in. zaangażowani w śledztwo przeciwko młodemu Stalinowi. Jemu to w niczym nie pomogło i pozostał przez siedem lat w ciężkim więzieniu, w mieście Władimir. Po zwolnieniu z więzienia nakazano mu przebywać na zesłaniu w mieście Kazań, gdzie zmarł przedwcześnie w marcu 1962 roku, czyli w dziewięć lat po śmierci swego ojca.
    Tak kremlowska elita rozwiązywała spory zrodzone na boisku piłkarskim. Jeśli przywódcy wielkiego kraju dawali taki przykład traktowania zasady "fair play", czego można wymagać od zwyczajnych kibiców.

    Scena na stadionie

    Przed laty jako młody chłopak przeżyłem chwile grozy na stadionie w Łużnikach w Moskwie. Było to w lecie 1963 roku podczas mego pobytu w tym mieście. Przypadkiem w hotelu "Ukraina" spotkałem dawnego kolegę ze studiów na Uniwersytecie Moskiewskim, który zaprowadził mnie na spotkanie z innymi kolegami z roku akademickiego. Po sutym obiedzie obficie zakropionym alkoholem udaliśmy się na Łużniki, gdzie grała reprezentacja Moskwy (równorzędna zapewne reprezentacji całego kraju) z jakąś znakomitą drużyną brazylijską. Brazylijczycy cały czas przeważali, co moskiewscy kibice przyjmowali z wielkim bólem. W tak trudnej psychologicznie sytuacji pod wpływem wypitego do obiadu koniaku odważyłem się solo dopingować Brazylijczyków. Znałem kilka słów po portugalsku, resztę uzupełniałem angielskim. Ponieważ ze swymi kolegami porozumiewałem się płynną ruszczyzną, sąsiedzi na trybunie brali mnie za miejscowego zdrajcę z jakichś względów dopingującego obcokrajowców. Gdybym miał na sobie jakiś znak świadczący, że również jestem cudzoziemcem, być może ich reakcja nie była tak gwałtowna. A tak wołano do mnie, bym zatkał swój pysk, bo cenę biletu na stadion już odszczekałem. Gdyby nie obecność licznej grupy moich kolegów pewno by mnie tam zlinczowano. Na usprawiedliwienie wyklinających mnie kibiców moskiewskich można powiedzieć, że słownictwo tow. Berii sztorcującego sędziego i doradzającego mu gdzie ma wsadzić gwizdek było mimo wszystko wulgarniejsze. A zatem chamstwo moskiewskich kibiców wobec mnie nie osiągnęło kremlowskich szczytów.

    Antoni Zambrowski

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Zdobywając "białe szczyty" - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 22, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Wprawdzie śniegu jak na lekarstwo, ale białych szczytów nam ostatnio nie brakuje. Bodajże najsławniejszy odbył się dotychczas z udziałem prezydenta i premiera, ale jak się okazało, był on tylko pretekstem do posprzeczania się obu Ekscelencji o zakres swoich władczych uprawnień.

    Na rzeczonym spotkaniu pan prezydent zadał obecnej pani minister ds. zdrowia trzy pytania, po czym, niezadowolony z odpowiedzi, demonstracyjnie przerwał obrady Rady Gabinetowej. Wydaje się, że nawet gdyby pani Kopacz i reszta rządu składnie, i na temat odpowiadała na prezydenckie pytania, to i tak prezydent byłby "naburmuszony", a to dlatego, że zarówno prezydent, jak i PiS-owska opozycja już wcześniej krytykowali - za ich rzekomy liberalizm - założenia reformy służby zdrowia, które miała zgłaszać PO. Jest to o tyle dziwne, że sam premier i jawny tym razem współpracownik rządu, pan Boni, po tzw. nieformalnym posiedzeniu Rady Ministrów przyznali, że ministerstwo zdrowia nadal nie przygotowało dokumentów mogących stanowić pretekst do rozpoczęcia inicjatywy ustawodawczej, a skoro rząd nie ma tych dokumentów teraz - to tym bardziej nie miała ich PO przed wyborami.
    Ale jeszcze ciekawsze jest to, co twierdzą niektórzy prominentni politycy PiS-u, jak chociażby były minister zdrowia Zbigniew Religa. Otóż profesor Religa kilkakrotnie publicznie powtórzył, że obecne założenia reformy zdrowia przedstawiane przez panią Kopacz są kopią programu naprawy służby zdrowia przygotowanego przez jego zespół z okresu, kiedy kierował ministerstwem zdrowia. Ostatnio słuchałem tej wypowiedzi w audycji panów Sekielskiego i Morozowskiego, w nagraniu którejm naprzeciw byłego ministra Religi siedziała obecna minister, pani Kopacz, nawet nie próbująca specjalnie zaprzeczać tak śmiałym hipotezom wysuwanym przez jej poprzednika.
    W tej sytuacji powstaje chyba uzasadnione pytanie, dlaczego prezydent Kaczyński tak bardzo przeciwstawia się proponowanym przez PO reformom, skoro są one wypisz wymaluj kopią pomysłów przygotowanych przez ministra z rządu Jarosława Kaczyńskiego? Z drugiej strony, politycy PiS-u mogliby być bardziej konsekwentni, gdyż albo powinni twierdzić, że obecna ekipa nie ma programu na reformę lecznictwa, albo ma... program, który jest kopią programu zespołu ministra Religi. A skoro jest tak, jak chciałby to widzieć minister Religa, to chyba PiS powinno taki projekt natychmiast poprzeć, gdyż należy rozumieć, że przyjęcie przez panią Kopacz rozwiązań przygotowanych przez poprzedników dezaktualizuje założenia słynnej reklamy z okresu kampanii wyborczej, na której bezduszny dyspozytor odkłada słuchawkę telefonu, gdyż wzywający pomocy pacjent nie uiścił rachunku za leczenie.
    A tak naprawdę wszyscy dokładnie wiemy, o co naprawdę w tym całym widowisku chodzi, a chodzi o to, która strona skuteczniej przekona wyborców, że ich los leży im na sercu. Mamy kolejne odsłony medialnego cyrku, który nie rozwiązuje żadnych problemów, a jedynie coraz więcej kosztuje ogłupionych podatników. A że spory są bardzo gwałtowne, to trudno się dziwić, gdyż podobno najtrudniejsze są właśnie kłótnie w rodzinie. Ot, wystarczy spojrzeć na skład osobowy takiej partyjki jak SKL za czasów rzędu AW"S". Partyjka ta łączyła wtedy takie znane postaci obecnego życia publicznego jak np. poseł Bronisław Komorowski i poseł Tadeusz Cymański (poseł Cymański w czasach studenckich zapisał się nawet do ZSMP, gdyż, jak tłumaczył, chciał jeździć na turnieje szachowe), jak Jan Rokita i Kazimierz Ujazdowski czy Zbigniew Chlebowski i Zbigniew Religa, który mandat senacki w 2001 r. uzyskał właśnie jako reprezentant SKL-u.
    Zarówno obecnie rządzący, jak i ich poprzednicy pozostający teraz w opozycji nie wywodzą się znikąd, a raczej wywodzą się z III RP, którą wielu z nich wspólnie aktywnie współtworzyło. Mieli czas i możliwości, aby przygotować nie jeden, ale wiele wariantów programów reformy służby zdrowia, szkolnictwa etc. Ale tego nie zrobili, gdyż zapewne nie chcieli i nie umieli. Płonne są dlatego nadzieje, aby chcieli i umieli to zrobić obecnie. Stąd trudno się dziwić, że jedynym pewnikiem, który otrzymaliśmy po słynnym spotkaniu w ramach Rady Gabinetowej, jest informacja, że w obecnym roku oddamy na służbę zdrowia kilka miliardów złotych więcej, nie otrzymując w zamian nic, czego nie mielibyśmy dotychczas. Czas więc chyba najwyższy, aby nie zjedzone jeszcze przez inflację skromne oszczędności zainwestować chociażby w malutką filiżaneczkę Rosenthala.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Manifestacja "studentów i licealistów" pod sztandarami Młodzieży Wszechpolskiej, Obozu Narodowo-Radykalnego i sekcji młodzieżowej UPR Wysłane niedziela, 20, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |