lutego 6, 2008 - lutego 25, 2008

Pożegnanie generała AK Antoniego Hedy "Szarego" Wysłane poniedziałek, 25, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

W czwartek, 21 lutego 2008, na cmentarzu w Podkowie Leśnej pożegnaliśmy Generała Antoniego Hedę - "Szarego". Rzeczpospolita pożegnała Go z pełnym ceremoniałem wojskowym, nad grobem przemawiali przedstawiciele Ministra Obrony Narodowej i Wojska Polskiego. Hołd Generałowi składali przedstawiciele wielu organizacji społecznych i kombatanckich. W imieniu Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych wystąpił prof. Andrzej Czachor:

"Szanowny Panie Generale Heda!

Naczelny Komendancie Polskich Drużyn Strzeleckich, bohaterze ruchu oporu przeciw niemieckiej i sowieckiej okupacji, legendarny partyzancie »Szary« Armii Krajowej - Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych składa dziś hołd i podziękowanie. Jesteśmy dumni, że chciałeś być z nami.

Naszym celem jest uświadomienie Obywatelom, jak fundamentalnym narzędziem mocy państwa może być system wyborczy gwarantujący odpowiedzialność posła przed wyborcami. Gdy jeszcze kiełkowaliśmy w latach 90., gdy nikt jeszcze nie dawał nam szans przetrwania sukcesu, na wielu naszych konferencjach - jakże często setki kilometrów od Warszawy - zjawiał się wysoki starszy pan, by silnym głosem piętnować te siły, które niszczą Polskę suwerenną, by imieniem środowisk Armii Krajowej poprzeć nasz postulat JOW - jako warunek sine quo non naprawy państwa.

Niewiele lat temu, podczas jednej z demonstracji naszego Ruchu pod Sejmem, służby porządkowe nie pozwoliły nam skontaktować się z Prezydium Sejmu - »Nie uzgodniliście tego wcześniej«. To nie był argument na miarę »Szarego« z Gór Świętokrzyskich. »Chodźmy tam - wołał, - racja jest po naszej stronie! Nie będą do nas strzelać. Przecież to są nasze dzieci!«.

Żegnaj, Panie Generale! Etos Polski suwerennej, któremu poświecił Pan całe swoje życie, chwieje się teraz niebezpiecznie. Będzie nam Pana szczególnie brakować w ten trudny czas. Ale zachowamy Pana w naszych sercach i w naszym działaniu jako wzorzec energii, odwagi i patriotyzmu. Patriotyzmu bez kompromisów".

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Wojna chwalebna z Żydami - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 21, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Sam król monarcha w złotej koronie pisze takimi słowamy: »Przybądź rycerzu, zaprzęgaj konie, wojna chwalebna z Żydamy«" - napisał znany satyryk w tekście dla przedwojennego warszawskiego kabaretu, opisując dzieje wojny krzyżowej z Saracenami, dla efektu humorystycznego przemienionymi w Żydów. Te słowa przypomniały mi się podczas spotkania prof. Jana Tomasza Grossa z warszawskimi czytelnikami jego książki "Strach" wydanej przez wydawnictwo katolickie "Znak".

Powiadomiony dzięki szczęśliwemu przypadkowi o tym wydarzeniu, wziąłem udział w spotkaniu autorskim 22 stycznia br. w dużej auli Szkoły Wyższej im. Koźmińskiego na Żeraniu. Choć przyjechaliśmy z Krzysztofem Pawlakiem z ASME ze znacznym wyprzedzeniem, w sali był już duży tłok, miejsca siedzące pozajmowane, ludzie stali w przejściach lub siedzieli na podłodze. W większości przeważała młodzież studencka. Przed wejściem do gmachu stała pikieta Narodowego Odrodzenia Polski z transparentem przeciwko antypolonizmowi, zaś pracownicy Bubla rozdawali wchodzącym jego pismo "Tylko Polska" z dużym artykułem przeciwko Grossowi. Mimo to wielu obecnych miało przed sobą książkę "Strach". Kolega, który ofiarował mi miejsce koło siebie, też miał przed sobą tę książkę i chwalił się z wyraźną dumą, że był sąsiadem Janka i chodził z nim do przedszkola. Natomiast moja sąsiadka z prawej strony zwierzyła mi się, że ma niezmiernie krytyczny stosunek do Grossa jako polakożercy.

Jak do Gołdy Meir

Ostatnio studiowałem materiały dotyczące powojennej stalinowskiej kampanii antysemickiej. Wynika z nich, że moskiewscy Żydzi narazili się na represje NKWD poprzez tłumne przybycie pod moskiewską synagogę w związku z odwiedzeniem jej przez panią Gołdę Meir - ambasadora nowego państwa żydowskiego Izrael. Stąd moje skojarzenia, gdy ujrzałem na sali wielu swych znajomych, niektórych demonstrujących swe żydostwo przez siedzenie w czapce na głowie. Oczywiście w III RP demonstrowanie żydostwa jest - mimo obaw Bolesława Szenicera - zajęciem całkowicie bezpiecznym, o czym świadczy ów snobizm na bycie Żydem wśród osób o mocno pomieszanym pochodzeniu rasowym (jedna 1/4 czy 1/8 domieszki tzw. krwi żydowskiej). Ale widać, że zjawienie się Janka Grossa w Polsce działa na wielu Żydów i żydowskich krewnych niczym przybycie Gołdy Meir do Moskwy.
Promocja książki "Strach" pomyślana została jako dyskusja panelowa pod przewodnictwem prof. Feliksa Tycha - dawnego wybitnego historyka ruchu komunistycznego, a później dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego. Brali w niej ponadto udział red. Zbigniew Nosowski z miesięcznika katolickiego "Więź", prof. Marcin Kula i prof. Barbara Skarga. Choć niektórzy z nich odcinali się od przesady w oskarżeniach zawartych w promowanej przez nich książce, widać było, że to sami znajomi królika. O zaproszeniu do debaty nad tak kontrowersyjną książką bardziej zdecydowanych jej krytyków jak dr Jan Żaryn z Instytutu Pamięci Narodowej, przebywający właśnie w kraju prof. Marek Jan Chodakiewicz z USA lub obecny na sali i domagający się odpowiedzi na bardziej dociekliwe pytania prof. Jerzy Robert Nowak - nie było mowy. Wszak jeszcze tow. Stalin uczył, że nie należy udostępniać trybuny wrogom ludu.
Co więcej: jeden z panelistów tak przejął się zadaniem reklamowania wydanej przez "Znak" książki Grossa, że zaprotestował przeciwko promowaniu przez IPN w tym samym czasie książki prof. Marka Jana Chodakiewicza "Po Zagładzie - Stosunki polsko-żydowskie 1944 - 1947" (gdy następnego dnia udałem się do najbliższej księgarni na Bródnie, gdzie mieszkam, można tam było nabyć bez przeszkód "Strach", ale dostarczenie pracy prof. Chodakiewicza zapowiedziano dopiero po upływie dwóch tygodni).

Nie ma wolności dla wrogów wolności

Po zakończeniu pierwszej serii wystąpień panelistów ludzie chcieli zadać pytania Grossowi, ale dowiedzieli się, że nie będzie żadnych możliwości zabrania głosu pod groźbą wydalenia z sali przez licznych ochroniarzy. Pozostawało jedynie zadawanie pytań na kartkach. Dało to możliwość przebierania w pytaniach i unikania pytań nazbyt dociekliwych. Poza tym odpowiadający zamiast Janka Grossa paneliści najwyraźniej wykonywali zwody i korzystając ze stworzonych im okoliczności sprzyjających odpowiadali wyraźnie nie na temat. Na pytanie o projekt Judeo-Polonii, czyli powołania na terenie zaboru rosyjskiego po wyparciu stamtąd wojsk carskich żydowskiego państwa pod niemiecką kuratelą, padła odpowiedź sugerująca, iż chodziło o plany nadania ludności żydowskiej w II RP tzw. autonomii narodowo-kulturalnej, tj. podniesienia języka jidysz do rangi języka urzędowego. Do jawnej nieprawdy zniżył się panelista, gdy przyznając nadreprezentację żydowską w organach ścigania wczesnej PRL, sugerował, iż dotyczy to wyższych struktur MBP, zaś w terenie "to Maćki torturowali Janków". Jest ewidentny fałsz. Siedziałem w więzieniu mokotowskim ze Ślązakiem Ewaldem Szymiczkiem z Wodzisławia, który z przejęciem opowiadał nam, jak bił go po twarzy oficer śledczy UB narodowości żydowskiej. Ewald był tak przejęty tym faktem, iż był bity przez Żyda, że zapomniał nawet o tym, że bicie go przez rodowitego Polaka też byłoby łamaniem prawa. Również mój teść śp. Zygmunt Malarecki ps. Szczerb, żołnierz oddziału Kedywu AK majora "Ponurego", opowiadał mi, że w więzieniu UB w Kielcach w 1945 roku bili go Polacy, Żydzi i Rosjanie. Gdy zapytałem, czy to byli Żydzi rosyjscy czy polscy, odpowiedział, iż nie umiał wówczas odróżnić Rosjan od Żydów rosyjskich.
W tych warunkach do głosu w dyskusji przebijali się ludzie o wysokiej motywacji, ale mniejszej wiedzy. Pewien przywódca grupy narodowców zabierał mimo zakazów kilkakrotnie głos i oświadczył m.in. (ku uciesze sprawozdawców z "Gazety Wyborczej"), że żona przewodniczącego Mao, tow. Jiang Qing również była Żydówką, co jest oczywistym hitem informacyjnym nawet dla Chińczyków. Była to jego odpowiedź na tezę, iż w Chinach socjalizm był okropny, mimo że nie psuli go Żydzi. Natomiast ludzie o większej wiedzy w dyskutowanych tematach do głosu się przebić nie mogli. A szkoda.

Mój głos poza dyskusją

Po zakończeniu dyskusji zostałem rozpoznany jako dziennikarz "Gazety Polskiej" i poproszony o kilka słów komentarza przed kamerą TV. Odpowiedziałem, zaskoczony zaproszeniem, że gdyby Janek Gross chciał istotnie poruszyć sumienia Polaków, a nie obszczekać Polskę i Polaków przed całym światem, wówczas polska wersja książki "Strach" byłaby bardziej ostra, zaś wersja anglojęzyczna dla Amerykanów - bardziej łagodna. Jest, jak wiadomo, na opak.
Poza tym opowiadał sam podczas tej promocji, iż pochodzi z rodziny mieszanej polsko-żydowskiej i że to jego matka uratowała przed śmiercią z rąk okupantów jego ojca, czemu zawdzięcza on swe narodzenie. Słyszałem, iż matka Janka pochodziła z rodziny ziemiańskiej. Gdyby Janek zastanowił się nad tragedią, która podczas okupacji hitlerowskiej, a następnie w PRL dotknęła rodziny ziemiańskie, nie sprowadzałby ludzkiej podłości i pazerności tylko do antysemityzmu. W powojennej Polsce takie same tragedie obok Żydów przeżyli Ślązacy, Warmiacy i Mazurzy, ziemianie, kułacy, AK-owcy, narodowcy i wiele innych kategorii obywateli. Strach w Polsce nie jedno miał imię. To nie Polacy Żydom, lecz - jak to ujęła Zofia Nałkowska w "Medalionach" - ludzie ludziom sprawili ten los. Szkoda, że Janek Gross ma wyłącznie żydowskiego zeza.
Istotnym warunkiem dialogu pomiędzy Żydami a Polakami jest obustronne przyznanie się do win względem siebie, a nie ustawianie Polaków jako wyłącznych winowajców, zaś Żydów jako wyłączne ofiary polskiego antysemityzmu. Weźmy i w tej sprawie przykład z postawy polskich biskupów wobec Niemców ze słynnego listu podczas Soboru w 1965 roku.
Potwierdziłem też w odpowiedzi na pytanie w tej sprawie fakt, iż Janek Gross - zaliczany do przywódców marcowych "komandosów" - załamał się w śledztwie jako jeden z nielicznych uczestników Ruchu 8 marca, którzy w większości odmawiali zeznań. Mało, że obciążył w zeznaniach swych kolegów, ale wygadywał do protokółu obrzydliwe rzeczy o Basi Toruńczykównie i o jej zachowaniu na Zachodzie. Nie miało to związku z problematyką śledztwa i świadczyło jedynie o chęci podlizania się ubekom. Dlatego po wyjściu z więzienia był poddany przez kolegów ostracyzmowi i przed tym uciekł z Polski do USA. Dlaczego środowisko "Gazety Wyborczej" tak go dzisiaj wspiera, nie bardzo jestem w stanie zrozumieć.
Rzecz znamienna: ks. kardynał Stanisław Dziwisz wyraził swą dezaprobatę wobec kłamstw Grossa, ale wydawnictwo "Znak" ma najwyraźniej dziś innych mocodawców.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Trwa festiwal wyrównywania zamiast konkurencji - Łukasz Perzyna o przekształcaniu się "prawicowych" z nazwy ugrupowań PO i PiS w populistyczne Wysłane czwartek, 21, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Trwa festiwal wyrównywania zamiast konkurencji - Łukasz Perzyna o przekształcaniu sie "prawicowych" z nazwy ugrupowań PO i PiS w populistyczne Wysłane czwartek, 21, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Sondaże wśród internautów polskich, dotyczące wyborów w Stanach Zjednoczonych, wskazują, gdyby oni w tych wyborach decydowali, to wygrałby Barak Obama z Hillary Clinton. Oczywiście reguła jest taka, że w wyborach amerykańskich spotykają się przedstawiciel Partii Demokratycznej i Partii Republikańskiej, mamy do czynienia z rozbudowany systemem dwupartyjnym. Tylko praktycznie raz, w najnowszej historii, w 1993 roku do rywalizacji wmieszał się, ale tylko w kampanijno-marketingowej formie, Ross Perot, efemeryczny kandydat populistyczny, który i tak nie traktował poważnie swoich szans. W USA, jak się to zza wielkiej wody i za pośrednictwem internetu śledzi, to rzeczywiście największe znaczenie ma rywalizacja dwojga kandydatów demokratycznych, zresztą o takim opisie, jakiego jeszcze w historii wyborów amerykańskich nie było. Barak Obama - czarnoskóry kandydat, z przodkami spoza USA, Hillary Clinton - Pierwsza Dama w stawce poważnych kandydatów mających szansę na nominowanie do bycia reprezentantką Partii Demokratycznej, żona byłego prezydenta Billa Clintona. Co charakterystyczne, ten wyścig skupia główną uwagę mediów i obserwatorów z całego świata. A przecież jest jeszcze John McCain, najpewniej reprezentant Partii Republikańskiej, kandydat ucieleśniający tradycyjne, amerykańskie wartości, pewną zaściankowość, prowincjonalizm, choć starający się odrzucać te cechy. Jeśli spojrzeć na polską scenę polityczną - z perspektywy amerykańskiej, to można by dojść do równie nieuprawnionego wniosku, jak dla USA: że tylko Demokraci tam »panują« - że w »polskim regionie UE« panuje zupełnie prawica. No bo Platforma Obywatelska - ugrupowanie »liberalne«, »konserwatywne«, sformowane na gruzach Unii Wolności, którego przywódca Donald Tusk skupia poparcie około połowy społeczeństwa i rządzi, ale bardziej trzeba powiedzieć: administruje. Bo gdzie są jego liberalne postulaty, choćby podatek liniowy, wybory jednomandatowe z ordynacją większościową?" - zastanawia się Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, opisując uwiąd ideowy prawicowych z nazwy jedynie, głównych partii parlamentarnych.

PO odchodzi od swojego programu liberalnego, obywatelskiego, ale także od swoich postulatów z czasów kampanii wyborczej, co skutkuje protestami kolejnych grup zawodowych w Polsce, gdzie społeczeństwo przestaje być zadowolone z obiecywanych podwyżek i wyrównania dystansu pomiędzy wciąż niskimi zarobkami i coraz bardziej podobnymi do zachodnioeuropejskich cenami. Prawo i Sprawiedliwość, ugrupowania określające się samo jako "prawicowe", skupia się ostatnio nad rzeczami naprawdę zdumiewającymi: lamentem o zabranie państwowej ochrony BOR-owskiej dla byłego premiera Jarosława Kaczyńskiego czy ministerki zagranicznej Annie Fotydze. Zwłaszcza ta ostatnia z całą pewnością nie jest osobistością, której cokolwiek czy ktokolwiek mógłby zagrażać, będąc zwykłą, nie wybijającą się, szarą urzędniczką państwową. Żadne z tych ugrupowań "prawicowych" nie koncentruje się chociażby nad rzeczywiście prawicowymi postulatami - uważa Łukasz Perzyna. Gdzie dbałość o obniżanie podatków, zapewnienie międzynarodowego bezpieczeństwa dla państwa, kwestia niezależności i suwerenności państwowej - o czym stale mówi kandydat amerykański John McCain? W Polsce mamy na razie do czynienia z niepoważna dyskusją o "utopionych laptopach" i zniszczonych gadżetach urzędniczych...
PO rządzi i dzieli: wiadomo już o przyznaniu środków finansowych na najbardziej ostatnio i w najbliższej przyszłości prestiżowy projekt, sytuujący Polskę na arenie międzynarodowej: Euro 2012. Wiemy już, że bardzo gospodarny i dobrze operujący swoimi samorządowymi pieniędzmi Poznań został "ukarany" za swoją oszczędność: dostał zaledwie 33% pokrycia kosztów rozbudowy stadionu klubu piłkarskiego Lecha, zaś Warszawa, gdzie rządzi prezydentka z PO Hanna Gronkiewicz-Waltz, dostanie pełne, 100% dofinansowanie pełnej budowy nowego stadionu. Władza więc jak Robin Hood - populistycznie odbierze "bogatym" i rozda "ubogim" - co to ma wspólnego z liberalizmem gospodarczym? - zastanawia się Łukasz Perzyna.

Nagranie trwa prawie 19 minut, jest dostępne w Sieci do 7 III 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




"Dwa w jednym", czyli nowa "inżynieria wyborcza" - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 20, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

Politologia Polska w sposób bezapelacyjny wysunęła się na czoło Polskich Nauk, o czym świadczy nie tylko fakt, że zdania politologów zasięga się dzisiaj przy rozwiązywaniu wszystkich żywotnych problemów polskiego państwa i społeczeństwa, ale jeszcze bardziej dowodzi tego niesamowity run na wszelkie dostępne studia politologiczne, które otwarto nie tylko przy wszystkich polskich uniwersytetach, politechnikach i akademiach, ale w ogóle wszędzie, gdzie tylko się da. Na Uniwersytecie Wrocławskim, na którym studiują tysiące politologów, na jedno miejsce, jak się dowiaduję, wciąż czeka prawie 20 kandydatów. Nie ulega wątpliwości, że uzasadnieniem tej sławy i chwały musi być uznanie całego świata za epokową transformację od komunizmu do demokracji, w której Polska dała wzór umęczonej ludzkości, jak pokojowo rozwiązywać historyczne problemy polityczne i społeczne. Jasne jest, że przy opracowywaniu koncepcji i strategii tych przemian udział polskich politologów był niebagatelny, a może nawet "wiodący".

Wśród plejady gwiazd polskiej politologii na czoło wybija się młody uczony z Katowic, dr Marek Migalski, czego dowodem jest jego ciągła obecność we wszystkich możliwych stacjach radiowych i telewizyjnych, gdzie komentuje, doradza, wskazuje drogę i poucza. "Rzeczpospolita" z 19 lutego 2008 r. przynosi artykuł M. Migalskiego "Jak się pozbyć SLD", w którym przedstawia scenariusz "inżynierii wyborczej", który wreszcie, nareszcie, pozwoli nam (? Kto to jest "my"?) wyplenić z naszego życia publicznego ten pokomunistyczny chwast, co się jakoś nie udało pomimo już prawie dwudziestoletnich zmagań. Mówiąc najkrócej, propozycja dr. Migalskiego sprowadza się do "wprowadzenia elementów większościowych" do dzisiejszej ordynacji proporcjonalnej (np. zmiana metody liczenia głosów, zwiększenie liczby okręgów wyborczych, podniesienie progu do wyborczego do 10 i 15 procent). Można by więc powiedzieć, że jest to inaczej nazwana propozycja Jarosława Kaczyńskiego "wyostrzenia systemu proporcjonalnego".
Ponieważ ja też odbierałem w szkołach nauki materializmu dialektycznego, i to na długo przed dr. Migalskim, więc mam lepsze rozwiązanie, które w tym duchu uważam za godne polecenia. Po co mieszać system proporcjonalny z większościowym, trochę tego, trochę tamtego? Już Władysław Gomułka pouczał nas, że z takiego mieszania wyjść może najwyżej "ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra". Najlepiej w ramach tej "inżynierii" stworzyć od razu system, który byłby jednocześnie i całkowicie proporcjonalny, i w pełni większościowy. Zamiast wprowadzać jakieś "metody Imperiali", jakieś "progi", bawić się w podziały na duże i małe okręgi - co tylko komplikuje niepotrzebnie życie wyborcom i rachmistrzom, zróbmy inaczej: niech obywatele głosują - jak na Ukrainie, w Izraelu czy Holandii - na krajowe listy wyborcze partii politycznych, a w ordynacji zapiszemy, że do Sejmu wchodzą tylko dwie pierwsze partie! W ten sposób nie tylko będzie wilk syty i koza cała, ale zachowane będą wszystkie standardy demokracji z obu stron Oceanu. Wszystko będzie świetnie: będą tylko dwie partie u steru, pełna proporcjonalność i pełna większościowość.
Gdyby ktoś uważał, że ja tu manipuluję pojęciami, to nie bardziej niż się to mieści w ramach Polskiej Szkoły Politologii, której egzemplum daje dr Migalski. Przypomina on (i słusznie!), że wybory w roku 1989 były większościowe i dały w pełni "dwupartyjną" scenę polityczną. Nie były jednak "proporcjonalne", a to jest przecież standard polskiej demokracji (no i europejskiej, niewątpliwie, też). Wprowadzano więc od roku 1991 poprawki, które - jak pisze dr Migalski - "dobrze służyły polskiej demokracji". Od takiego zresztą stwierdzenia zaczyna swój artykuł. Tu jednak można mieć pewne wątpliwości: przecież w wyniku tych "dobrze służących procedur" do Sejmu dostawały się STALE i NIEZMIENNIE tylko dwie partie, tj. SLD i PSL, których akurat dr Migalski chce się teraz pozbyć, a wszystkie inne partie były typowymi partiami sezonowymi! A te sezonowe partie nawet bywały u władzy i to z przewagą wcale nie mniejszą niż dzisiaj. No, ale ta sprzeczność rzeczywistości z opisem dr. Migalskiego świadczy najwyżej o tym, że przechodząc od jednej audycji do drugiej, od artykułu do artykułu, nie miał możliwości skorygowania swoich, absolutnie poza tym słusznych, wywodów.
Bezwzględnie bowiem słuszne jest stwierdzenie dr. Migalskiego: "Dyskusje nad tym, jaka ordynacja jest dobra, są bezsensowne. Każda z nich ma swoje zalety i wady. Dlatego nie należy pytać o to, która ordynacja jest dobra, lecz dla kogo?".

Zwolennicy jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) argumentują, że ordynacja proporcjonalna jest dobra dla partyjnych oligarchii, a JOW są dobre dla wyborców. A o czyje dobro zabiega swoim tekstem dr Migalski?

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Kosowo: pocałunek Almanzora na czole Europy, złożony przez USA. Gdzie są Olin, Minim i Kat? Na Kubie nie ma jeszcze MichniKuronia - Stanisław Michalkiewicz o najnowszych wydarzeniach na świecie i w Polsce Wysłane środa, 20, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |









    Kosowo: pocałunek Almanzora na czole Europy, złożony przez USA. Gdzie są Olin, Minim i Kat? Na Kubie nie ma jeszcze MichniKuronia - Stanisław Michalkiewicz o najnowszych wydarzeniach na świecie i w Polsce Wysłane środa, 20, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Dzisiaj zaczniemy od spraw międzynarodowych, bo rzeczywiście wytworzyła się sytuacja nadzwyczaj osobliwa: w sobotę Kosowo, które do tej pory było częścią Serbii - ogłosiło niepodległość. Znaczy, zebrała się tak jakaś grupa, nazwała się parlamentem i proklamowała niepodległość państwa, dlatego że Stany Zjednoczone zachęciły tych Kosowiaków do jej ogłoszenia wbrew stanowisku Serbii, co jest oczywiste, ale także wbrew stanowisku wielu państw. Jako pierwsze Kosowo zostało uznane przez.... Afganistan, a więc i my - też musimy oczywiście jako słynny ORMO-wiec Europy, nie możemy pozostać zbyt daleko w tyle za państwem, które jest znane w świecie jako najbardziej z demokracji, praworządności, no i z samodzielności. Ale - żarty na bok. Moje podejrzenia, że Stany Zjednoczone wycofują się całkowicie z aktywnej polityki w Europie - okazały się nietrafne. Przykład Kosowa właśnie pokazuje, że nie wycofują się z aktywnej polityki w Europie. Wydaje się mi, że popieranie i forsowanie przez nie niepodległości Kosowo jest pocałunkiem Almanzora złożonym przez USA na czole zjednoczonej Europy. Przypominam, że przed laty przewodniczący Komisji Europejskiej Jacques Delors złożył publicznie oświadczenie, że celem powstania zjednoczonej Europy jest wypowiedzenie wojny ekonomicznej Stanom Zjednoczonym. A skoro tak - to Stany wyciągnęły z tej lekcji odpowiednie wnioski i proszę przypomnieć sobie, że Kosowiacy w dniu proklamowania niepodległości wymachiwali flagami Albanii, choć Kosowo ma swoją flagę, ale o żadne tam Kosowo nie chodzi... Nie jest one zdolne do niezależnej egzystencji, nie ma tam żadnego przemysłu, Kosowiacy utrzymują się z handlu narkotykami i żywym towarem, jest tam parę rodzin mafijnych, które »kręcą« tą »młodą demokracją«. Proklamowanie niepodległości jest tylko etapem pośrednim w procesie wszczepiania w ciało Europy wielkiego państwa muzułmańskiego, jakim jest Wielka Albania i Stany forsują ten pomysł - z tego będą tylko w przyszłości problemy. To jest jeden aspekt tej sprawy. Drugim jest to, że sposób, w jaki niepodległość ta została przeforsowana, otwiera puszkę Pandory w Europie. Po tym uderzeniu w stół nożyce się natychmiast odezwały - kilka państw Europy oświadczyło, że tej nowej niepodległości nigdy nie uzna" - Stanisław Michalkiewicz, wyśmienity publicysta prawicowych pism i stały współpracownik naszej witryny ASME, dokonuje przeglądu ostatnio granych kupletów na scenach międzynarodowej oraz krajowej teatrów politycznych.

    Hiszpania, Włochy, Belgia, nawet Francja - mogą mieć w przyszłości spore kłopoty. Przynależność do Francji Sabaudii, Lotaryngii i Alzacji były wielokrotnie podważana. Separatyzm Walonów i Flamandów jest powszechnie znany i ostry. Liga Północna w północnej części Italii już raz nawet podjęła próbę oderwania jej od Włoch i stworzenia tam "Padanii". W Rumunii efekty traktatu z Trianon też mogą mieć przykre konsekwencje. W Polsce legalnie działa Ruch Autonomii Śląska, który już raz podał ją do Trybunału Człowieka w Strasburgu, że nie chce uznać praw i istnienia "narodu śląskiego". Ale najważniejszy dla RP problem będzie z byłymi Prusami Wschodnimi, co do których Rosja ustami Żyrinowskiego (co u Putina w sercu, to u Żyrinowskiego na języku) wypowiedziała się przy okazji groźby kolejnego rozbioru rosyjsko-niemieckiego. Istnieje też w końcu Ogólnoświatowy Związek Ukraińców z siedzibą w Toronto, w Kanadzie, który stale podkreśla "ukraińskość" ziem aż do Nowego Sącza...
    Dlatego Stanisława Michalkiewicza zaskakuje entuzjazm ministra zagranicznego Radosława Sikorskiego, z jakim ten urzędnik dąży do jak najszybszego uznania niepodległości Kosowa. Nawet tak "spolegliwy" dla zagranicy polityk, jakim jest Tadeusz Mazowiecki, "zaleca wstrzemięźliwość" w tej sprawie.
    Ze spraw krajowych - Stanisław Michalkiewicz zajmuje się "aferą", jaką "Der Dziennik" "ujawnił" zaledwie w dzień po wyroku, który po 13 latach wydał niezawisły sąd w sprawie byłego ministra wewnętrznego Andrzeja Milczanowskiego. Proces dotyczył oskarżenia byłego ministra o "ujawnienie tajemnicy państwowej", czyli o postawienie zarzutu szpiegowania ówczesnego premiera z byłej PZPR-erii, obecnie SLD, Józefa Oleksego - na rzecz Sowietów/Rosjan. A przecież pamiętamy, że w tamtejszym raporcie, który został publicznie ogłoszony, było TRZECH agentów rosyjskich na najwyższych stołkach władzy w Warszawie: OLIN, MINIM i KAT. A więc istnienie czy nieistnienie kontrwywiadu - czy to wojskowego, czy cywilnego - do tej pory, a w związku z tym - ich ochrona interesów polskich - była iluzoryczna. Dlatego tak piętnowane przez prominentów PO "dokonania" ministra Macierewicza w kontrwywiadzie wojskowym - nie były żadnym "spustoszeniem", bo i pustoszyć nie było czego... - stwierdza Stanisław Michalkiewicz.
    Co do ustąpienia towarzysza Fidela z zaledwie JEDNEJ z wielu funkcji - to SM zauważa, że nie pojawił się na Kubie jak dotąd żaden MichniKuroń, a więc sprawa "transformacji ustrojowej" nie wchodzi na razie w grę, będzie to jedynie przejście do wygodniejszej pozycji przy korycie dla tamtejszej razwiedki.

    Nagranie trwa ponad 17 minut, jest dostępne w Sieci do 5 III 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Manipulacja celem prowokacji - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 20, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Czytelnik "Gazety Polskiej" przysłał do redakcji informację potwierdzoną przez witrynę internetową www.portal.pl. Otóż nowy rosyjski telewizyjny kanał informacyjny dla zagranicy "Russia Today" podjął sprawę zbrodni katyńskiej. Tym razem Rosjanie nie zaprzeczają faktom, iż sprawcami zbrodni było stalinowskie NKWD. Dla równowagi wysuwają jednak przeciwko Polsce wymyślone za rządów Michaiła Gorbaczowa kłamstwa o rzekomym wymordowaniu przez Polaków dziesiątków jeńców sowieckich po polskim zwycięstwie nad bolszewikami w 1920 roku. Fetowany do dziś na Zachodzie jako liberał i destalinizator Michaił Gorbaczow został już oczyszczony z krwi młodzieży kazaskiej, gruzińskiej i litewskiej - przelanej na jego rozkaz w obronie spoistości Związku Rad w Ałma-Acie, Tbilisi i Wilnie.

    Kłamstwo zlecone przez Gorbaczowa


    Nie pamięta mu się również antypolskich kłamstw wymyślonych ad hoc w chwili, gdy staraniami rosyjskich historyków z prof. Natalią Lebiediew na czele ujawniono prawdę o zbrodni katyńskiej. Gdy dawnej sowieckiej wersji o niemieckiej zbrodni nie dało się już obronić, wówczas na jego rozkaz wysunięto kontroskarżenie o rzekomym wymordowaniu przez Polaków dziesiątków tysięcy sowieckich jeńców. Dowodem na to była okoliczność, że wielu z nich nie wróciło do domu z Polski. Rosyjscy propagandyści nie chcą przyjąć do wiadomości, że większość z nich wolała pozostać w Polsce, z dala od sowieckiego raju, zaś część zmarła w obozach jenieckich (a nie w obozach koncentracyjnych, jak twierdzi rosyjska propaganda) od panujących w owym czasie epidemii chorób zakaźnych, do których zwalczania polska służba zdrowia nie była przygotowana. Przypomnijmy, że działo się to po latach krwawych walk I wojny światowej, które spustoszyły tereny Polski.
    Wbrew twierdzeniom rosyjskiej propagandy, Polska stała się wręcz azylem dla wielu Rosjan o antybolszewickim nastawieniu. Wystarczy wymienić słynnego poetę i pieśniarza Aleksandra Wiertińskiego i jego popularny romans o pięknej Polce Irenie. W Polsce do dziś mieszkają potomkowie tych rzekomo wymordowanych Rosjan, którzy włączyli się w polskie życie społeczne, spolonizowali się, zachowując jednak rosyjskie nazwiska i pamięć o swych korzeniach. Dobrze by było, by odezwali się w polskich mediach, zadając kłam rosyjskiej postsowieckiej propagandzie o polskich obozach koncentracyjnych dla Rosjan. Prawda jest taka, że obozy koncentracyjne dla Rosjan i przedstawicieli innych narodów Związku Rad zakładali właśnie w owym czasie bolszewicy, o czym pisał Aleksander Sołżenicyn w swoim "Archipelagu GUŁAG". Przedwojenna sowiecka propaganda, tak wroga wobec II Rzeczypospolitej, takich zarzutów wobec Polski nie wysuwała, gdyż Stalin zdawał sobie sprawę z następstw wysuwania tak bezpodstawnych oskarżeń. Pozwolił sobie na to dopiero "destalinizator" Gorbaczow.

    Ani słowa o setkach rosyjskich Jedwabnych

    Mówiąc o mordowaniu rosyjskich jeńców, rosyjscy propagandyści z kanału "Russia Today" nie zapominają również o "polskim antysemityzmie", wyciągając ponownie sprawę mordu w Jedwabnem. w lecie 1941 roku. "Do dziś ludność miasteczka nie chce mówić o morderstwie, jakiego dokonali Polacy na swych żydowskich sąsiadach". Chciałoby się powiedzieć, że bierze przykład z Rosjan, którzy do tej pory nie ujawnili tysięcy takich przypadków z terenu Rosji podczas letniej ofensywy Wehrmachtu w 1941 roku. Rosjanie nie tylko nie ujawnili przypadków mordowania Żydów przez rosyjskich sąsiadów, ale w swoim czasie Stalin oraz jego antysemicki aparat uniemożliwił wydanie przez Żydowski Komitet Antyfaszystowski "Czarnej księgi" o masowych mordach na Żydach przez hitlerowskich okupantów. O pomnik ku czci kijowskich Żydów zamordowanych w 1941 roku w Babim Jarze przez Niemców oraz ich ukraińskich kolaborantów toczono wieloletnie boje już po śmierci Stalina, a poetę Jewgienija Jewtuszenkę, który się upomniał o to w słynnym wierszu "Nad Babim Jarom pamiatnika niet" poddano publicznej nagonce. Znane rosyjskie przysłowie powiada: "Czyja krowa by nie ryczała, twoja mogłaby pomilczeć".

    To Żydy zabiły Wodza

    Powiadomiony przez naszego czytelnika o rewelacjach witryny www.pardon.pl, znalazłem tam inną ciekawostkę, tym razem o okolicznościach śmierci Stalina 5 marca 1953 roku. Red. Magda Hartman podaje, iż FSB udostępniła osobistą teczkę Stalina Nikołajowi Dobriusze, który w wyniku tej lektury wydał książkę "Jak zamordowano Stalina". Dalej otrzymujemy relację z zawartości tej książki, w której pomieszane są rzeczy już znane badaczom tego przedmiotu oraz informacje wręcz bałamutne. Nie jest prawdą, że dopiero podczas wielogodzinnego konania Stalina aresztowano szefa laboratorium trucizn NKWD Grigorija Majranowskiego. Siedział on już od dłuższego czasu w więzieniu w ramach głośnego, antyżydowskiego śledztwa prowadzonego przez podpułkownika bezpieczeństwa Michaiła Riumina. Z tego prostego powodu "żydowski Mengele" nie mógł przyczynić się do zgonu Wodza Narodów. Owszem, podobno zamordował znanego szwedzkiego dyplomatę Raoula Wallenberga, który uratował tysiące węgierskich Żydów. Ale Stalina z całą pewnością - nie otruł.
    Następnie N. Dobriusza (czy też ktoś relacjonujący treść książki) sugeruje, iż bezpośrednią przyczyną zgonu Stalina był zastrzyk z adrenaliny wykonany przez pielęgniarkę nazwiskiem Mojsiejew (imienia nie podano). O zastrzyku wiadomo z jej wpisu do historii choroby. Zastanawiający jest natomiast komentarz do tej informacji: "Stalina zabiła żydowska pielęgniarka z zemsty za plany deportacji Żydów?". Ta sugestia rodzi wiele wątpliwości. Skąd ustalono żydowską narodowość pielęgniarki? Jej nazwisko jest wbrew pozorom rosyjskie. Wszak nazwiska Abramow, Mojsiejew, Isakow noszą rodowici Rosjanie, a nie Żydzi. Nie sposób w dodatku wyobrazić, by w czasie głośnej, antyżydowskiej kampanii czujności w otoczeniu Stalina mogli pozostawać żydowscy lekarze, a tym bardziej pielęgniarki. Poza tym ktoś ze sław medycyny musiał jej zlecić ów zastrzyk.
    Ta informacja wygląda mi na manipulację i to celem prowokacji, tym razem nie antypolskiej, lecz antyżydowskiej. Tak czy owak współczesna propaganda sterowana przez FSB nie brzydzi się półprawdami dla uzyskania pełnego kłamstwa.

    Antoni Zambrowski

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Do przyjaznego państwa droga przez mękę - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 18, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Podobno do najciężej pracujących posłów (o ile pracujący poseł nie jest jakimś wewnętrznie sprzecznym terminem) obecnej kadencji należą ci, którzy mieli pecha zapisać się do komisji "Przyjazne państwo" kierowanej przez posła Janusza Palikota. Taki zawodowy poseł zwykle przyjeżdża do Warszawy dwa razy w miesiącu na dwu, trzydniowe sesje parlamentu, podniesie parę razy do góry swoją spracowaną prawicę lub lewicę i już może wyjeżdżać na Kanary lub co biedniejsi - w Alpy, aby odpocząć od znoju reprezentowania narodu.

    Jak wynika z terminarza posiedzeń sejmu, posłowie obecnej kadencji w listopadzie musieli pracować sześć dni, w grudniu pięć, w styczniu i lutym po sześć dni, co odbiją sobie w świątecznym marcu, kiedy to zostały zaplanowane dwie sesje w łącznym wymiarze pięciu dni. A poseł z komisji "Przyjazne państwo" nie dość, że musi wypełniać te zwykłe trudy, to jeszcze Palikot goni go do roboty między sesjami. I to do jakiej roboty, gdyż posłowie z tej komisji muszą debatować nad kretyńskimi przepisami, które utrudniają nasze codzienne życie i które często sami wcześniej uchwalili! Dla niektórych posłów praca we wspomnianej komisji może przypominać męki czyśćcowe, gdyż nie ma nic trudniejszego niż uznawać za knoty efekty własnej twórczości.
    Niektórzy nawet próbują się jeszcze buntować, jak np. jeden z posłów, który na widok Palikota stojącego na stercie - zbędnych według niego aktów prawnych - zagrzmiał z oburzenia nad profanowaniem urzędowych aktów, jakby - nie przymierzając - Palikot co najmniej deptał flagę narodową lub profanował święte relikwie. I pomimo takich potknięć i wygłupów, może to i miałoby jakiś sens, gdyby przynajmniej było wiadomo, jaką mocą sprawczą wspomniana Palikotowa Komisja władała. Bo wiele wskazuje, że komisja wypichci obszerny raport i wskaże 100 albo nawet 1001 jeden przepisów, których wymazanie z systemu prawnego ułatwiłoby wszystkim życie, po czym sejm i tak będzie nadal zajmował się tymi samymi sprawami, którymi zajmowałby się bez wysiłku posłów z komisji "Przyjazne państwo". Jedne sprawy pójdą do przodu, inne zostaną zatrzymane, a w jeszcze innych obszarach nastąpi regres, czyli będzie tak samo jak dotychczas z poprawkami na folklor nowej ekipy.
    Nie jest np. wcale powiedziane, że nowy sejm, którego członkowie w większości tak zgodnie wyśmiewali wypowiedzi pani Sowińskiej nt. teletubisia Tinky Winky, tym razem jak najbardziej poważnie potraktują apel rzeczniczki praw dziecka o prawnym zakazie stosowania przez rodziców wobec własnych dzieci nawet lekkich kar cielesnych. A swoją drogą, słuchając kolejnych pomysłów pani rzecznik, jak tu nie przyznać racji łacińskiej maksymie "strzeż mnie Panie przed przyjaciółmi, z wrogami poradzę sobie sam"? To prawicowe totalniactwo wychodzi coraz szerszym strumieniem, bo jak nie redaktor Semka w "Rz" zruga nowego szefa MON za decyzję o powołaniu do rady WAM p. Ryszarda Majdzika, który według internetowej wyszukiwarki ma być straszliwym antysemitą, to znowu p. Sowińska kładzie podwaliny pod wychowanie nowych Pawlików Morozowów. Nie wspominając oczywiście tych "prawicowych" idiotów, głównie z PiS-u, którzy krytykują obecny parlament za to, że nie produkuje nowych ustaw, tak jakby naprawdę uwierzyli, że jakość parlamentu należałoby mierzyć liczbą stron opublikowanych w Dzienniku Ustaw.
    A wracając do sprawy komisji nt. "Przyjaznego państwa", to mój brak wiary w skuteczność jej wskazań bierze się z dość prostych przesłanek. Otóż gdyby nowej władzy rzeczywiście tak zależało na likwidacji systemowych bubli, to najzwyczajniej w świecie krok po kroku takie przepisy byłyby zmieniane lub usuwane. Nie trzeba analizować całego systemu prawnego, aby naprawiać ewidentne bariery. Dla pierwszego z brzegu przykładu: nic nie stoi na przeszkodzie, aby nawet nie czekając na całościowe uregulowanie tej kwesti,i uprościć przepisy budowlane, które od właściciela posesji wymagają biegania ze zgłaszaniem każdej nawet najbardziej nieistotnej "inwestycji". Praktycznie właściciel działki niczego, no może poza zasianiem kwiatowej rabatki, nie może na własnym terenie wykonać bez informowania o tym urzędu. Ba, żeby chodziło o zwykłe poinformowanie, ale w praktyce złożenie takiej informacji wymaga dołączenia wielu załączników, których świadomość istnienia już na etapie wstępnych przemyśleń skłania obywatela do nie przestrzegania obowiązującego prawa. I tak jest w każdej dziedzinie życia, bo raczej trudno znaleźć taką, która nie byłaby uregulowana przepisami prawa stanowionego. Koniec końców skończy się to tak, że wyczerpany pracą poseł Palikot wyjedzie na zasłużony odpoczynek na Curaçao, a nam pozostanie co najwyżej setka żołądkowej gorzkiej. W końcu już bodajże Stefan Kisielewski zauważył, że po wypiciu świat nie staje się lepszy, tylko my stajemy się mniej krytyczni.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Antoni Heda - generał brygady, żołnierz Rzeczypospolitej, odszedł na wieczną służbę Wysłane niedziela, 17, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Artykuły na ASME o gen. Antonim Hedzie:

    Udana akcja zbrojna oddziału Stefana Bembińskiego "Harnasia" 9 września 19545 r. Na pół godziny AK-owcy opanowali Radom, zdobyli więzienie i uwolnili aresztowanych - Tadeusz M. Płużański

    ANTONI HEDA - LEGENDARNY "SZARY" KOŃCZY 89 LAT

    Sprawozdanie z III Marszu JOW na Warszawę i tekst petycji Ruchu n/rz. JOW złożonej do Urzędu Prezydenckiego - 6, czerwca 2005

    Ostatni Bohater walk o suwerenną Polskę - woJOWnicy w hołdzie Antoniemu Hedzie "Szaremu"

    ZAMIENIMY WIĘZIENIE W KLASZTOR - artykuł Antoniego Zambrowskiego

    Zmarł generał brygady Antoni Heda
    W piątek, 15.02.2008 r., po długiej chorobie zmarł generał brygady Antoni Heda ps. Szary, legendarny dowódca Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej.

    Podczas II wojny światowej Heda walczył w 12 Dywizji Piechoty. Po klęsce wrześniowej został aresztowany przez NKWD i osadzony w twierdzy w Brześciu, skąd później trafił do obozu jeńców rosyjskich. Po ucieczce podjął działalność w ZWZ. Wsławił się między innymi zdobyciem więzienia niemieckiego w Starachowicach i uwolnieniem ok. 80 osób.
    W czasie akcji "Burza" Antoni Heda "Szary" walczył między innymi pod Radoszycami, Trawnikami i Szewcami.
    Po zakończeniu wojny generał Heda pozostał w konspiracji. Głośnym echem odbiło się zdobycie w nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 roku komunistycznego więzienia w Kielcach, skąd uwolniono kilkuset więźniów, przeważnie byłych AK-owców.
    W 1948 roku "Szary" został aresztowany przez UB. Otrzymał cztery wyroki śmierci. Karę zmieniono jednak na dożywocie. Wyszedł na wolność w 1956 roku.
    W latach osiemdziesiątych działał w "Solidarności". OD lat 90. ub. wieku wspierał Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.
    Za swoje zasługi wojenne generał Antoni Heda został odznaczony dwukrotnie Orderem Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych.

    Pozostał do końca wierny służbie Rzeczypospolitej.

    CZEŚĆ JEGO PAMIECI!

    R.I.P.

    Redakcja ASME


    Reprezentacja proporcjonalna: paradygmat fałszywy i anachroniczny - prof. Jerzy Przystawa Wysłane sobota, 16, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Lewactwo, które jakieś sto lat temu dokonało podboju Kontynentu Europejskiego, wprowadziło do obiegu społecznego szereg mitów i fałszywych paradygmatów, jakie zostały entuzjastycznie przyjęte przez lewicową inteligencję i zakorzeniły się w świadomości europejskiej. Wśród tych mitów na czoło wybija się mit sprawiedliwości społecznej, którą zrealizować miały "partie nowego typu", robotniczo-chłopskie. Aby partie te mogły zaistnieć w systemie wolnych wyborów, konieczne było wprowadzenie tzw. reprezentacji proporcjonalnej, bez której te nowo-twory nie miały czego szukać w wyborach parlamentarnych, w których normalni ludzie wybierają normalnych ludzi, a nie bezpostaciowe kolektywy, których jedynym wyznacznikiem były wykrzykiwane przez nie hasła. Dzięki tym socjotechnicznym wynalazkom do władzy doszły niezapomniane partie ludzi pracy, jak KPSS, NSDAP czy PNF (1).

    Szczęśliwie, ta infekcja lewactwa nie przedostała się w takich rozmiarach za ocean, a nawet za Kanał Brytyjski, dzięki czemu przetrwały tam w życiu publicznym inne zasady, a przede wszystkim zasada indywidualnej, a nie kolektywnej, odpowiedzialności, której wyrazem jest system wyborów ciał ustawodawczych w jednomandatowych okręgach wyborczych. Zainfekowane zostały głównie środowiska intelektualne i akademickie, które do dzisiaj pozostają pod przemożnym wpływem nauk filozofów spod znaku Marksa i Engelsa. Pomimo, że komunizm już dawno upadł, że znikła ze sceny dziejowej klasa robotnicza, a nawet robotniczo-chłopska, że przepadły w niesławnej pamięci przodujące formacje tej klasy KPSS, NSDAP itp., nie tak łatwo jest się pozbyć myślenia "na lewo".
    Czytam książkę guru politologów światowych, kalifornijskiego profesora A. Lijpharta, "Electoral Systems and Party Systems", w której napisał: "Istnieje prawie powszechna zgoda, że proporcjonalność wyborów jest głównym celem procesu wyborczego i stanowi podstawowe kryterium jego oceny. Dla wielu zwolenników reprezentacji proporcjonalnej proporcjonalność jest celem samym w sobie i, w istocie, jest synonimem sprawiedliwości wyborczej".
    Kiedy tak pisze "najważniejszy amerykański autorytet", to nie może być żadnych wątpliwości. że system wyborczy, jaki mamy w Polsce, potwierdzony jeszcze w Konstytucji, stanowi ucieleśnienie marzeń intelektualistów i prawdziwą realizację ideału sprawiedliwości społecznej. Kiedy więc Prezydent RP oświadcza, że w krajach, w których jest JOW, nie ma mowy o demokracji, to wiemy, że jest to zgodne z opiniami najwyższych autorytetów. Możemy tylko współczuć Amerykanom i Anglikom (Kanadyjczykom, Australijczykom, Francuzom...), że nie dorobili się jeszcze tak światłych przywódców, którzy by nareszcie potrafili te szczytne ideały wprowadzić w życie!
    Profesor Lijphart może sobie takie rzeczy pisać, bo dla niego system reprezentacji proporcjonalnej to egzotyka, pewna abstrakcja rachunkowa, słupki, które może sobie podliczać i analizować. My w Polsce, ale także na Ukrainie, w Rumunii, na Węgrzech i innych krajach ocalałych po komunistycznym potopie, nie mamy żadnych złudzeń w sprawie "sprawiedliwości społecznej", którą zapewnić ma zachwalana przez amerykańskich speców "sprawiedliwość wyborcza". Wiemy też, że tzw. proporcjonalna ordynacja wyborcza była Arką Noego, jaka pozwoliła komunistom uratować zasadnicze składniki ich stanu posiadania z powodzi transformacji końca XX wieku. Bezwzględnie wykorzystali oni wszędzie siłę mitów i fałszywych paradygmatów ustrojowych, aby się jak najlepiej urządzić w nowej rzeczywistości. Pomogli im w tym intelektualni rozpylacze tych mitów na najróżniejszych katedrach uniwersyteckich i w niezliczonej liczbie szkół wyższych, do których masowo pociągnęła zdezorientowana młodzież.
    Ta młodzież powoli otwiera oczy. W ostatnich dwu latach pojawiło się kilka prac dyplomowych, na różnych uczelniach, których autorzy oceniają system wyborczy w Polsce nie oczami kalifornijskich autorytetów, ale swoimi własnymi, na podstawie przeprowadzonych przez nich samych badań i doświadczeń. I wnioski, jakie wyciągają, całkowicie się różnią od podawanych im do wierzenia. Budzą się ich koledzy, ci którzy nie zamierzają być politologami, ale chcą do czegoś dojść, korzystając ze swoich możliwości intelektualnych i potrzebny im jest normalny kraj, w którym liczą się kwalifikacje, talenty i pomysłowość.
    Im wszystkim trzeba jasno powiedzieć: system reprezentacji proporcjonalny to fałszywy, szkodliwy mit - fałszywy paradygmat. Ten paradygmat skompromitowało bez reszty nasze doświadczenie, doświadczenie Ukraińców, Czechów, Rumunów, Węgrów i innych. Tak jak nasze doświadczenie skompromitowało ostatecznie system komunistyczny. To nie amerykańscy profesorowie skompromitowali komunizm, to na naszych plecach wygarbowana jest prawda o tym, co to znaczy ulegać mitom i fałszywym paradygmatom. Ten system wyborczy to anachronizm, który służy tylko liderom "partii nowego typu", kubek w kubek przypominających PNF, NSDAP czy KPZS. System ten jest darem niebios dla nieodpowiedzialnych aparatczyków, którzy chcą mieć przywileje i władzę bez ponoszenia odpowiedzialności. Taki system się biurokratom - tak polskim, jak i brukselskim - podoba, to oczywiste. Ale równie oczywiste, że bez odrzucenia tego fałszywego paradygmatu Europa nie ma szans w konkurencji z Ameryką, a jutro może nawet przegonią ją Chiny. Dalsze utrzymywanie skompromitowanego, anachronicznego systemu wyborczego - to łańcuchy nałożone na polskie talenta, pomysłowość i przedsiębiorczość.

    Czas najwyższy, żeby z tym skończyć.

    (1) KPSS - Komunistyczna Partia Sawieckowo Sajuza; NSDAP - Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei; PNF - Partito Nazionale Fascista

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Minister Ćwiąkalski wyaresztuje cały sejm, a premier Tusk został okrzyknięty przez Rosjan "naszym człowiekiem w Warszawie" - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach z teatru politycznego ubiegłych dni Wysłane środa, 13, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |









    Minister Ćwiąkalski wyaresztuje cały sejm, a premier Tusk został okrzyknięty przez Rosjan "naszym człowiekiem w Warszawie" - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach z teatru politycznego ubiegłych dni Wysłane środa, 13, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Polska w coraz to większym stopniu zaczyna przypominać firmę, którą w swoim czasie opisywał śp. Cyryl Parkinson. Firmę, która w miarę swojego rozwoju przestaje się zajmować czymkolwiek na zewnątrz, całą swoją aktywność skierowuje ku swojemu wnętrzu, zajmuje się sama sobą i swoim funkcjonowaniem. Najlepszą ilustracją tego procesu, który się pogłębia, było tajne wystąpienie pana ministra Ćwiąkalskiego w sejmie w miniony piątek, podczas którego pan minister zreferował obowiązujące przepisy, które izba powinna i tak znać, bo sama je uchwala, co wywołało dużo wesołości na sali i irytacji. Nie za bardzo wiadomo, dlaczego zostało owe posiedzenie utajnione, choć już następnego dnia na stronach »Rzeczpospolitej« cały stenogram tego tajnego posiedzenia został ujawniony. Pewien snop światła na ową tajność rzucił pan minister Ćwiąkalski, który powiedział, że dlatego ograniczył się do zreferowania tylko przepisów, bo tak naprawdę, żeby mógł powiedzieć cokolwiek więcej - musiałby mieć upoważnienie od razwiedki. I to wiele wyjaśnia, i pokazuje, kto tu naprawdę rządzi. Ile może minister, a ile razwiedka. Trudno się spierać z ministrem - na pewno wie, co mówi" - Stanisław Michalkiewicz, znakomity publicysta prawicowy oraz stały współpracownik naszej witryny ASME, wyjaśnia kulisy funkcjonowania obecnej wersji PRL, czyli PRL-bis.

    W dzisiejszej PRL-bis mamy aż dziewięć razwiedek, tj. osiem tajnych i jedną jawną, mundurową: Centralne Biuro śledcze, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencja Wywiadu - trzy cywilne, wojskowe: Służbę Kontrwywiadu Wojskowego, Służbę Wywiadu Wojskowego, Żandarmerię Wojskową, wreszcie Centralne Biuro Antykorupcyjne i kontrola skarbowa. Wszystkie mają swoją agenturę, bez pracy których nie poradziłyby sobie w normalnej pracy. W PRL, "za komuny" były cztery razwiedki: Służba Bezpieczeństwa, wywiad wojskowy - późniejsze WSI, Wojskowa Służba Wewnętrzna, Zwiad Wojsk Ochrony Pogranicza, nie licząc oczywiście GRU, które wtedy działało bez ograniczeń i dzisiaj też oczywiście działa - i też miały swoją agenturę. Ale - jak w takim razie musi być teraz rozbudowana agentura! - zastanawia się Stanisław Michalkiewicz.
    Razwiedki zajmują sie stwarzaniem sytuacji, ich kreacją, które później są relacjonowane prze media, media, które są też oczywiście pepinierą razwiedek. Media czasami są "kontrowersyjne", choć oczywiście nie prowadzą żadnej własnej, "niezależnej" pracy. Interesy razwiedek czasami nie pokrywają się, wtedy mamy "wojny na górze". Ostatnią taka sytuacją była sprawa umorzenia przez wicepremiera Pawlaka półmiliardowej kary spółce "J&S". Mówiło o tym zaledwie kilku dziennikarzy, w tym i ja - przypomina Stanisław Michalkiewicz. Dopiero kiedy zajęła sie tą sprawą Najwyższa Izba Kontroli - wtedy okazało się, że w spółce "J&S" pracują "ludowcy", prominentni politycy związani z byłym ZSL i obecnym PSL...
    Czasami razwiedki się przekomarzają i wtedy dochodzi do takich śmiesznych sytuacji, jaka nastąpiła na ostatnim, piątkowym posiedzeniu sejmu. Minister Ćwiąkalski odgraża się, że będzie "surowe śledztwo" w sprawie przecieku stenogramu, będzie to dobra sytuacja, by wyaresztować cały sejm z oczywistej obawy matactwa, przecież tam każdy mataczy, wręcz nałogowo - zauważa Stanisław Michalkiewicz.
    Na tym tle moskiewska wizyta premiera Tuska najlepiej została zilustrowana przez rysownika "Rzeczpospolitej", który "napisał" obrazek, na którym mężczyzna stoi w niewielkiej kałuży i zastanawia się czy to już odwilż, czy też po prostu zsikał się w spodnie...
    Tak samo jak Rosja nie ma przyjaciół, lecz niezmienne interesy - wzorem W. Brytanii, tak i Polska ma interesy w stosunku do Rosji. Są to przede wszystkim cztery sprawy: po pierwsze - bezpieczeństwo energetyczne, po drugie - bezpieczeństwo militarne, po trzecie - utrzymanie i zachowanie niepodległości Ukrainy oraz Białorusi, wreszcie - swoboda handlu z Rosją. W żadnej z tych spraw premier Tusk nie posunął się o krok... - podsumowuje nasz publicysta.

    Nagranie trwa ponad 16 minut, jest dostępne w Sieci do 27 II 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Listy z Powstania Warszawskiego dofinansowaniem bandyckich UB/SB/WSW/WSI? Wysłane wtorek, 12, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Muzeum Powstania Warszawskiego kupiło kolekcję listów z czasów Powstania Warszawskiego. Kolekcję sprzedawał na aukcji Niemiec, który - według zapewnień przekazanych przez Dom Aukcyjny z Düsseldorfu - był od lat kolekcjonerem takich pamiątek z racji posiadania żony o polskim rodowodzie.

    MPW zapłaciło za tę kolekcję ponad 100 tys. euro - pieniędzy o "marce" unijnej, zapewnianej przez banki UE - na które jest wymienialny złoty, stanowiący walutę naszego państwa. Do aukcji nie doszło, gdyż na DWIE godziny przed aukcją MPW zastrzegło (?) sobie "zwycięstwo", zanim została ona rozpoczęta.

    Platforma Obywatelska, od zeszłego roku w wyniku wyborów parlamentarnych sprawująca władzę w "unijnym regionie polskim", nad wyraz potrzebowała równoważącego "znaku czasów" w "dziedzinie patriotycznej", którym mogłaby przytłumić jedyne prawdziwe osiągnięcie poprzednio sprawującego władzę w "polskim regionie UE" Prawa i Sprawiedliwości w kwestii docenienia byłych uczestników ruchu oporu niepodległościowego przez władze państwowe w okresie władzy administracyjnej PiS, czyli wybudowanie i utrzymanie Muzeum Powstania Warszawskiego pod dyrekcją p. Ołdakowskiego. Głównym argumentem dla odróżnienia się "politycznego" (obu ugrupowań będących ZA inkorporacją Polski do UE!) PiS od PO była przecież finansowana za pieniądze podatników "polityka historyczna państwa polskiego". "Odkrycie" kolekcji listów z czasów walk w Warszawie w 1944 roku byłoby jak znalazł dla Platformy ratunkowej dla Obywateli, więc i się znalazło. Od tego są wszak służby państwowe - także te, "tworzącego się państwa unijnego".
    Osobną sprawą jest znana w kręgach kolekcjonerskich okoliczność, że w latach 1989-91 na rynku bibliofilskim oraz zbierackim pojawiły się większe ilości materiałów pochodzących z archiwów SB i WSW/WSI, które to zapasy służby kolaborantów sowieckich okupantów Polski posiadały w wyniku konfiskaty archiwaliów bibliotek domowych i instytucjonalnych w czasach 1943 - 89. Czyli zarabianie na grabieży, czysty komunizm.
    Nic innego nie przychodzi dla rozmyślań człowiekowi o szerszych niż przeciętne horyzontach niż potraktowanie tego wydarzenia jako części operacji - teraz już "prywatnych" - funkcjonariuszów bandyckich instytucji PRL, którzy może w wyniku powrotu do "władzy" swoich podopiecznych z KLD/PO (inkryminowany TW "MUST", czyli tow. Andrzej Olechowski na czele!) próbują zainkasować kolejne kupony od władzy w sposób czysto kapitalistyczny.

    Krzysztof Pawlak
    redaktor naczelny ASME


    Mój przyjaciel - agent SB - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 7, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Przez lata przyjaźniłem z wybitnym działaczem opozycji antykomunistycznej Andrzejem Mazurem. Po jego przedwczesnej śmierci okazało się, że był niezmiernie płodnym agentem TW "Wacław".

    Spóźnialstwo przyczyną wsypy


    Poznałem go przez Stanisława Gomułkę - mego kolegę z wydziału ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego, dziś światowej sławy ekonomisty z London School of Economics i niezmiennego doradcy w sprawach gospodarczych wszystkich rządów III Rzeczypospolitej. Przez jego urodziny w końcu 1964 roku nastąpiła pierwsza wpadka Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. Obchody dnia urodzin miały być przykrywką do dyskusji nad napisanym przez Jacka Kuronia we współpracy z Karolem Modzelewskim "Manifestem Rewolucyjnym". Ponieważ dyskutanci znani byli ze spóźnialstwa, Staszek zadzwonił do nich, prosząc, by byli punktualni, gdyż do pokonania mają masę problemów technicznych. Jemu chodziło o przygotowanie kanapek dla gości, co wymagało współudziału gości nie tylko w spożywaniu, ale i w uprzednim pokrojeniu chleba i posmarowania kromek masłem, natomiast podsłuchująca rozmowę SB pomyślała, że chodzi o powielanie wrogich tekstów. Dokonała więc jednoczesnego najścia na kilkanaście mieszkań domniemanych opozycjonistów. Łupem przeszukania stał się ów egzemplarz "Manifestu". Skutkiem policyjnej afery było usunięcie Kuronia, Modzelewskiego i Gomułki z szeregów PZPR oraz z pracy na Uniwersytecie Warszawskim, oraz usunięcie z pracy na Uniwersytecie Łódzkim mgr. socjologii Andrzeja Mazura. Winą tego ostatniego był udział w dyskusjach nad nieprawomyślnym tekstem.
    Wkrótce Karol Modzelewski napisał nowy poprawiony (jak żartowano - po recenzjach) tekst ujęty w formie "Listu Otwartego do PZPR", za co obydwaj z Jackiem powędrowali do więzienia.

    Klub dyskusyjny na Hożej

    Wraz ze Staszkiem i jego żoną Joanną Majerczyk mieliśmy dość mieszane uczucia po lekturze "Listu Otwartego" i postanowiliśmy założyć kółko dyskusyjne dla wypracowania naszych uwag krytycznych uwag pod jego adresem. Najpierw spotykaliśmy u nich na Kole, później w wygodniej położonej garsonierze przy ul. Hożej, której gospodarzem był Bernard Tejkowski, również uczestnik dyskusji nad "Manifestem", za karę wydalony z pracy na Uniwersytecie. Przedtem był on absolwentem Politechniki Krakowskiej. Jako wybitny uczestnik przełomu październikowego 1956 (nawet kandydat na posła do Sejmu, ale z pozycji niemandatowej) otrzymał on swą garsonierę w Warszawie dzięki wstawiennictwu znanego działacza partyjnego o orientacji "liberalnej" Mateusza Ochsa i został zaproszony przez znanego partyjnego socjologa Zygmunta Baumana do napisania pod jego kierownictwem pracy magisterskiej. Już jako magister socjologii podjął pracę na etacie asystenta w jego katedrze na wydziale socjologii UW.
    Wówczas Staszek przyprowadził do mnie do domu Andrzeja Mazura. Był to człowiek o pięknym, choć trudnym życiorysie. Żołnierz "Szarych Szeregów", powstaniec odznaczony Krzyżem Walecznych, ranny w płuco podczas walk o kościół św. Krzyża i wyniesiony przez kolegów na drzwiach od ubikacji. Po wojnie skazany na 15 lat pozbawienia wolności, wciągnięty przez kolegów bez wiedzy i zgody na listę osób godnych wtajemniczenia w sekret na temat magazynu broni AK, który się uchował po Powstaniu Warszawskim. Po wsypie tej listy ubecki sąd uznał to za udział w nielegalnej organizacji wojskowej. Andrzej spędził pięć lat w zakładzie karnym w Sztumie, uzyskał przerwę w odsiadce wskutek otwartej gruźlicy i już do niego nie wrócił dzięki przemianom Października '56.

    Przyjaciel Karola Głogowskiego

    Był on bliskim przyjacielem mec. Karola Głogowskiego - przywódcy zdelegalizowanego przez władze Związku Młodych Demokratów, założonego w 1956 roku na gruzach stalinowskiego ZMP. Karol Głogowski był w 1962 roku aresztowany na pięć miesięcy, a następnie uwikłany w wieloletni w proces sądowy o przechowywanie materiałów szkalujących ustrój PRL. Na szali zawisło jego prawo do wykonywania zawodu adwokata. Chodziło o to, że pewien znajomy inżynier rozsyłał do różnych ludzi, w tym i do niego, listy krytyczne w swej treści wobec coraz bardziej wycofującej się z programu reform ekipy Władysława Gomułki. Jako znakomity prawnik, Karol Głogowski uzyskiwał kilkakrotnie rewizje wyroku najpierw przed sądem w Łodzi, gdzie mieszkał, a później w Warszawie. Tak Karol trafił do naszego kółka dyskusyjnego, a my wraz z innymi opozycjonistami przychodziliśmy do gmachu sądów na Lesznie na kolejne rozprawy w jego sprawie. Pewien znany opozycjonista starszego pokolenia powiedział do mnie wtedy na korytarzu sądowym: "Dziś porządni ludzie spotykają się na procesach i pogrzebach". W 1968 roku Karol został ostatecznie skreślony z listy adwokatów, przez kilka lat pozostawał bez pracy, zaś jego piękna żona - śpiewaczka Opery Łódzkiej nie wytrzymała trudów takiego życia i popełniła samobójstwo.
    O tym wszystkim dowiedziałem się właśnie od Andrzeja Mazura, gdy odwiedził mnie po moim wyjściu z więzienia w Barczewie w lipcu 1969 roku. Od niego dowiedziałem się też o przestępczych manipulacjach Wydziału Śledczego MSW oraz Prokuratury Stołecznej, które odpowiednio selekcjonowały materiał śledczy i wyeliminowały z akt sprawy dokumenty świadczące o mej niewinności. SB zatrzymała mnie pod zarzutem organizowania wiecu studentów UW 8 marca 1968 roku. Gdy okazało się, że nie mam z tym nic wspólnego, przy współudziale mego dawnego kolegi Bernarda (dziś Bolesława) Tejkowskiego ukuto nowe oskarżenie o szkalowaniu PRL oraz Narodu Polskiego, za co zostałem skazany przez sąd pod przewodnictwem SSW Alojzego Derkacza na karę dwóch lat więzienia. Głównym dowodem mej winy było rzekome ułożenie przeze mnie wiersza szkalującego Naród Polski, co w rzeczywistości było fragmentem znanej wszystkim maturzystom pieśni Jana Kochanowskiego z Czarnolasu o spustoszonym przez Tatarów Podolu:
    "Cieszy mię rym ten: »Polak mądr po szkodzie«,
    Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
    Nową przypowieść Polak sobie kupi,
    Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi".
    Od Andrzeja Mazura dowiedziałem się m.in. że w mojej sprawie przesłuchano Karola Glogowskiego, a że jego zeznania przeczyły oszczerstwom Tejkowskiego i prowadzonej przez niego grupie świadków oskarżenia z mego dawnego Instytutu Organizacji Przemysłu Maszynowego, prokurator Andrzej Jarzyna wraz z majorem Zbigniewem Cieślikowskim usunęli zeznania Karola z akt mojej sprawy, by nie utrudniać sądowi pracy.

    Działacz opozycji i agent SB

    Później Andrzej Mazur przestał mnie odwiedzać, choć z Karolem Głogowskim nadal byłem w kontakcie. Słyszałem więc, że był uczestnikiem Ruchu Wolnych Demokratów wchodzącego w skład Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, redagował pisma w drugim obiegu, zabierał głos, składał oświadczenia. W pierwszym tomie "Słownika biograficznego opozycji PRL" jest wiele wzmianek o jego działalności. Później umarł i wraz z wielu jego przyjaciółmi opłakaliśmy jego śmierć.
    Jak grom z jasnego nieba spadła na nas wszystkich wiadomość o tym, że prowadził podwójne życie i był niezmiernie płodnym w donosy agentem SB "Wacław". Ogłosił o tym prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki i Karol Głogowski przed swą przedwczesną śmiercią wspomagał łódzkiego adwokata, który w imieniu wdowy wytoczył sprawę sądową panu prezydentowi w obronie dóbr osobistych naszego przyjaciela. Przegrali sprawę, gdyż dowody były nie do podważenia. Nie dało się ukryć faktu, że Andrzej Mazur swą współpracą z SB przekreślił cały dorobek swego życia.
    Nasuwa mi się jednak refleksja dotycząca stosunku rządzącej dziś Platformy Obywatelskiej do esbeckiej agentury. Pisząc artykuł o mym wieloletnim przyjacielu Andrzeju Czumie, przeczytałem na jego stronie internetowej ostre słowa pod adresem Andrzeja Mazura TW "Wacław". W gruncie rzeczy same (zasłużone!) inwektywy, bez wzmianki o jego zasługach z czasów okupacji niemieckiej czy więziennej gehennie w czasach stalinowskich. Ale jak to pogodzić z pełnym atencji potraktowaniem przez kierownictwo Platformy Obywatelskiej innego mego kolegi z "Solidarności" Michała Boniego, który się przyznał, że również - wbrew poprzednim solennym zaprzeczeniom - był agentem SB. Czyżby i tu byli równi, i równiejsi?

    Antoni Zambrowski

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Stanowisko Akcji Niezależnego Zrzeszenia Studentów "jednomandatowe.pl - poseł odpowiedzialny przed wyborcami" dot. propozycji Platformy Obywatelskiej zmian w prawie wyborczym Wysłane czwartek, 7, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    W imieniu wszystkich Osób i Instytucji związanych z akcją NZS "jednomandatowe.pl - poseł odpowiedzialny przed wyborcami" zwracamy się do Platformy Obywatelskiej z propozycją otwartej debaty o kształcie ordynacji wyborczej.

    Cieszy nas fakt, że politycy Platformy zechcieli się zająć tym najważniejszym rozwiązaniem ustrojowym, jakim jest ordynacja wyborcza. Liczymy, że zapoczątkuje to szeroką debatę publiczną na ten temat.

    Mamy nadzieję, że także nasz postulat wprowadzenia w Polsce 460 okręgów jednomandatowych w wyborach do Sejmu RP spotka się z Państwa zainteresowaniem i zostanie uwzględniony w pracach nad Kodeksem Prawa Wyborczego. Zarówno PO, jak i sam Pan Jan Rokita nie raz w wystąpieniach podkreślali konieczność zmiany ordynacji wyborczej i wprowadzenia Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Pan Jan Rokita był przewodniczącym NZS-u w Krakowie, dlatego też mamy nadzieję, że pozytywnie odpowie na propozycję organizacji, której był członkiem.

    Zaznaczamy równocześnie, że jednoznacznie sprzeciwiamy się wprowadzeniu w Polsce ordynacji mieszanej. Taka zmiana - bez gruntownej, szerokiej debaty publicznej - sprowadzi się jedynie do przedłużenia obecnego status quo w funkcjonowaniu życia politycznego w Polsce.

    Oświadczenie w sprawie poparcia wprowadzenia w Polsce 460 jednomandatowych okręgów wyborczych wydał 15 kwietnia 2007 r. w Lublinie Zarząd Krajowy Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Na gruncie tego oświadczenia powstała akcja NZS "jednomandatowe.pl - poseł odpowiedzialny przed wyborcami", którą już oficjalnie poparli:

    Prezes Business Centre Club Pan Marek Goliszewski
    Prezydent Wrocławia dr Rafał Dutkiewicz
    Prezydent Zamościa Marcin Zamoyski
    Prof. Jadwiga Staniszkis
    Prof. Witold Kieżun
    Prof. Tadeusz Luty
    Prof. Grzegorz Górski
    Redaktor Rafał Ziemkiewicz
    Ferdynand "Major" Fydrych
    Poseł Michał Jaros - były Przewodniczący NZS na AE we Wrocławiu
    i wielu innych społeczników i przewodniczących Organizacji Uczelnianych NZS.
    Idee zmiany ordynacji popiera także sam Rzecznik Praw Obywatelskich, dr Janusz Kochanowski

    Patronat organizacyjny nad akcją objęli:
    Ogólnopolski Ruch na rzecz JOW,
    NSZZ "Solidarność" na PWr,
    Transparency International Polska,
    Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy,
    Ruch "Normalne Państwo",

    a ponadto wiele studenckich mediów i kół naukowych.

    Mamy nadzieję, że potencjał oraz nieskrępowana żadnymi ideologiami i powiązaniami postawa młodych ludzi, którzy nie chcą wyjeżdżać do Wielkiej Brytanii, tylko tutaj się rozwijać i przenieść rozwiązania ustrojowe, które już świetnie sprawdziły się w USA, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Japonii i innych najbardziej rozwiniętych krajach świata posłuży Państwu do szybkiej reformy niewątpliwej wady ustrojowej jaką jest proporcjonalna - partyjna ordynacja wyborcza, a nasza wspólna wiedza, doświadczenie i zapał zaowocują w pracach tak ważnej dla Polski komisji.

    Tylko Jednomandatowe Okręgi Wyborcze w ordynacji większościowej przyczynią się do zwiększenia odpowiedzialności polityków przed wyborcami, personalnego, a nie partyjnego sposobu wyboru reprezentantów, skrystalizowania i uproszczenia procedury wyborczej.

    Uważamy, iż takie rozwiązanie zapewni każdemu Polakowi możliwość kandydowania i realnej szansy bycia wybranym, znacznie zmniejszy również koszt kampanii wyborczych. Likwidacja list partyjnych i zmiana obecnych struktur wszystkich partii politycznych uzdrowi naszą demokrację czyniąc ją bardziej przychylną każdemu Obywatelowi oraz przyspieszy tworzenie społeczeństwa obywatelskiego.

    W zał. Oświadczenie Zarządu Krajowego Niezależnego Zrzeszenia Studentów z 15 kwietnia 2007 r.

    Z wyrazami szacunku:

    W imieniu Akcji NZS:
    Wojciech Kaźmierczak - inicjator Akcji
    Paweł Drążek - koordynator Akcji
    Marek Kobylarski - koordynator Akcji




    Bydgoszcz dnia 01 lutego 2008 r.

    Oświadczenie

    Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy wyraża poparcie dla zapowiedzi wprowadzenia w wyborach do samorządu terytorialnego większościowej ordynacji wyborczej, opartej o Jednomandatowe Okręgi Wyborcze (JOW). Zapowiedź taką przedstawił niedawno Premier Donald Tusk.
    OZZL czeka na wywiązanie się PO także z zapowiedzi wprowadzenia JOW w wyborach do Parlamentu RP. W ocenie OZZL wiele potrzebnych zmian w Kraju, w tym odpowiednia, rynkowa reforma ochrony zdrowia są hamowane wskutek nadmiernego partyjniactwa i braku wymiany elit politycznych. Wynika to wprost z przyjętej w Polsce tzw. proporcjonalnej ordynacji wyborczej, która odbiera bierne prawo wyborcze wielu ludziom, a Posła czyni bardziej zakładnikiem swojej partii niż reprezentantem Narodu.

    Krzysztof Bukiel - przewodniczący Zarządu Krajowego OZZL
    PW.II-42/08 r.




    Stanowisko Niezależnego Zrzeszenia Studentów na temat Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

    Podczas posiedzenia Zarządu Krajowego Niezależnego Zrzeszenia Studentów 15 kwietnia 2007 r. w Lublinie - podjęto uchwałę o poparciu przez NZS idei Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Pragniemy jednocześnie podkreślić, iż skłaniamy się do rozwiązania mającego za cel wprowadzenie 460 Jednomandatowych Okręgów Wyborczych w wyborach parlamentarnych oraz do wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach samorządowych.
    Zmiana ordynacji wyborczej jest zasadnicza dla dobrego funkcjonowania systemu politycznego oraz zdrowych relacji pomiędzy obywatelami, a reprezentantami społeczeństwa. Wprowadzenie Jednomandatowych Okręgów Wyborczych spowoduje zwiększenie odpowiedzialności polityków przed wyborcami, personalny, a nie partyjny sposób wyboru reprezentantów, skrystalizowanie i uproszczenie procedury wyborczej. Uważamy, iż takie rozwiązanie zapewni każdemu Polakowi możliwość kandydowania i realnej szansy bycia wybranym, znacznie zmniejszy również koszt kampanii wyborczych. Likwidacja list partyjnych i zmiana obecnych struktur wszystkich partii politycznych uzdrowi naszą demokrację czyniąc ją bardziej przychylną każdemu obywatelowi oraz przyspieszy tworzenie społeczeństwa obywatelskiego.

    Zarząd Krajowy
    Niezależnego Zrzeszenia Studentów


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Gangsterska podszewka naszej młodej demokracji ukazuje się za pomocą przodowników pracy wyszkolenia bojowego i politycznego stacji TVN - Stanisław Michalkiewicz o kulisach "pracy polit-wych" po lewej stronie teatru politycznego "polskiego regionu UE" Wysłane środa, 6, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Gangsterska podszewka naszej młodej demokracji ukazuje się za pomocą przodowników pracy wyszkolenia bojowego i politycznego stacji TVN - Stanisław Michalkiewicz o kulisach "pracy polit-wych" po lewej stronie teatru politycznego "polskiego regionu UE" Wysłane środa, 6, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Zawsze podkreślałem, że funkcjonariusze stacji telewizyjnej TVN są przodownikami pracy wyszkolenia bojowego i politycznego. No i Znalazło to wyraz w konkursie o Telekamery: aż pięć Telekamer przydzielono funkcjonariuszom telewizji TVN i tylko potwierdza to moją ocenę o tych przodownikach. Nic więc dziwnego, że to właśnie dziennikarze »śledczy« dotarli do informacji, że Polska kupowała gaz od ruskiej ma mafii za pośrednictwem firmy Eural Trans Gaz, która okazała się być własnością jakiegoś mafioza, który chyba nawet i był »z korzeniami«, co wskazuje nazwisko i jego fizjonomia... Dlaczego akurat dziennikarze »śledczy« dotarli do tej informacji? Bo są właśnie przodownikami pracy wyszkolenia bojowego i politycznego. Istotną informacją w tej sprawie jest to, że stosowna umowa została zawarta w roku 2003, kiedy premierem rządu polskiego był Leszek Miller, który obecnie jest dysydentem SLD i założył własną partię. Konkurencję trzeba dusić w zarodku – więc dziennikarze »śledczy« dotarli do TEJ umowy... i tak dalej" – Stanisław Michalkiewicz, znakomity publicysta mediów prawicowych i nasz stały współpracownik, analizuje najnowsze i oczywiście, jak większość z nich: sensacyjne doniesienia z pełnej blasku rampy teatry politycznego.

    Walka buldogów pod dywanem" trwa więc w najlepsze, właściwa frakcja razwiedki wykańcza tę niewłaściwą, jednak zwyciężyło "towarzystwo przyjaźni polsko-niemieckiej", a były premier Mueller (pisownia europejska nazwiska) nie jest już "naszą duszeńką" – zauważa Stanisław Michalkierwicz.

    Nagranie trwa ponad 4 minuty, jest dostępne w Sieci do 19 II 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




    Straszak wyborów prezydenckich wymusza nową jakość kohabitacji - Łukasz Perzyna o trudnym pożyciu Dużego Pałacu z Małym Wysłane środa, 6, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Straszak wyborów prezydenckich wymusza nową jakość kohabitacji - Łukasz Perzyna o trudnym pożyciu Dużego Pałacu z Małym Wysłane środa, 6, lutego 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Z niedawnego spotkania premiera z prezydentem, z niedawnego kolejnego szczytu polskiej polityki wyszedł szalenie optymistyczny sygnał: o »dobrym klimacie, dobre atmosferze«, o porozumieniu w sprawie stosunków z Rosją, bo przecież spotkanie to miało przygotowywać wspólną linię przed wyjazdem premiera Tuska do Moskwy, planowanym na 8 lutego. Polityka zagraniczna jest wspólną domeną prezydenta i premiera - tak decyduje konstytucja. To premierowi podlega minister spraw zagranicznych, urząd wypełniany obecnie przez dość kontrowersyjną osobistość: byłego kolegę Braci Kaczyńskich, ministra Radka Sikorskiego, od początków oprotestowywaną przez Pałac Prezydencki. Jednak perspektywa pierwszej od sześciu lat wizyty polskiego premiera w Moskwie doprowadziła do złagodzenia stanowisk, personalnych resentymentów" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje stosunki "na szczycie" polskiej sceny aktorsko-politycznej.

    Donald Tusk głosił od dawna potrzebę poprawy stosunków z Rosją. Na pewno będzie uważnie recenzowany przez Pałac Prezydencki, którego obecny lokator razem z bratem, kiedy ten sprawował administracyjną władzę w Polsce, realizował wobec naszego byłego wschodniego sąsiada politykę mocnych, wyrazistych kroków. Nie dowiedzieliśmy się niczego o polskiej strategii wobec prezydenta Putina, bo oczywiście nie można jej ujawniać przed wizytą. Trzeba jednak pamiętać, że przed wyborami parlamentarnymi 20005 r. zarówno PiS i PO głosiły podobne hasła o potrzebie prowadzenia "silnej i zdecydowanej" polityki wobec Moskwy i oparciu naszego bezpieczeństwa o struktury NATO oraz USA. Później było inaczej: o ile PiS wiernie realizowało swoje zapowiedzi, o tyle Platforma w dotychczasowej polityce wschodniej wycofała się praktycznie ze swoich obietnic.
    Jednak nie tylko o politykę zagraniczną chodzi w nowej odsłonie stosunków obu największych ugrupowań politycznych "polskiego regionu UE". Przez czas do wyborów prezydenckich nie da się utrzymywać stanu zimnej wojny i ciągłych podjazdów politycznych. Kohabitacja musi pokazać oblicze bardziej ugładzone, gdyż obaj najwyżej ustawieni urzędnicy państwowi mają nadzieję na zwycięstwo w biegu do stołka prezydenckiego w nowym rozdaniu. Tak przynajmniej doradzają im ich marketingowcy, którzy dali się już poznać: w urzędzie kancelarii premiera Sławomir Nowak i Michał Kamiński w kancelarii prezydenckiej - uważa Łukasz Perzyna. Kreacja takiego wizerunku pomaga zrozumieć spokój, z jakim reagowała służba państwowa na niedawny strajk celników na granicy wschodniej - gdyby rządził PiS - z pewnością mielibyśmy doi czynienia z kolejnymi "kamaszami" ministra Dorna.
    Polska scena się polaryzuje, staje się bipolarna - oba największe ugrupowania chcą walczyć o elektoraty pozostałych, obumierających ugrupowań. Jednak czy ten proces będzie dobry dla Polaków? - zastanawia się nasz publicysta.

    Nagranie trwa ponad 14 minut, jest dostępne w Sieci do 19 II 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.