marca 6, 2008 - marca 13, 2008

Czy premier Tusk wie co robi? - Janusz Baczyński Wysłane czwartek, 13, marca 2008 przez Janusz Baczyński

Premier Tusk chwali się, że negocjuje od Amerykanów modernizację naszej armii, że negocjacje dzięki jego wizycie w USA potoczyły się dobrym kierunku i będą na pewno owocne.

Czy p. Tusk wie, że jak Traktat Reformujący wejdzie w życie to nic już nigdy od Amerykanów dla Polski nie wynegocjuje, bo politykę zagraniczną będzie prowadziła Bruksela, a jak coś Bruksela wynegocjuje to korzyści będzie rozdzielała według kolejności dziobania? Czy p. Tusk wie jaka jest w UE kolejność dziobania, na którym miejscu stoi Polska w tej kolejce? A czy wie, że nasza armia ma przejść pod rozkazy UE?

Janusz Baczyński

Nadchodzi moment, w którym Jarosław i Lech Kaczyńscy powinni pomyśleć, by nadchodzących wyborów nie oddać walkowerem konkurencji politycznej - Łukasz Perzyna o sytuacji po lewej i patriotycznej stronie sceny politycznej Wysłane czwartek, 13, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |









Nadchodzi moment, w którym Jarosław i Lech Kaczyńscy powinni pomyśleć, by nadchodzących wyborów nie oddać walkowerem konkurencji politycznej - Łukasz Perzyna o sytuacji po lewej i patriotycznej stronie sceny politycznej Wysłane czwartek, 13, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Lechowi Kaczyńskiemu można było do tej pory zarzucić, że jego prezydentura nie jest przesadnie aktywna, ekspansywna. Jest też wiadomo, że prezydent w Polsce nie ma takich uprawnień, jakie we Francji może wykorzystywać Nicolas Sarcozy, w USA - kolejni prezydenci. W Polsce mamy przecież system kanclerski, system premierowski, taki został wprowadzony przez konstytucję z 1997 roku, która uszczupliła znaczną część wcześniejszych prerogatyw prezydenckich. Przedtem szefów od spraw bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego na mocy »małej konstytucji« premier musiał powoływać w uzgodnieniu z prezydentem i faktycznie byli to »prezydenccy kandydaci«. Co więcej - prezydenta Kaczyńskiego, jak się wydaje, ogranicza od jesieni ubiegłego roku w sposób istotny to, co stanowiło do tej pory jego atut - czyli polityczne zaplecze, partia, z której się wywodzi, czyli Prawo i Sprawiedliwość. Póki ta partia była partią rządzącą, mieliśmy skupienie władzy w jednym reku, i wtedy trzeba było się pilnować, by prezydent Kaczyński nie był tylko klonem swojego brata. Od jesieni prezydent jeśli zamyśla o reelekcji, musi dbać o to, by niespełnione scenariusze Jego brata Jarosława, porażki PiS, nie ograniczały nie obciążały Jego konta. O zwycięstwie w wyborach prezydenckich wszak decyduje w znacznej mierze znacznie mniejszy elektorat - negatywny kandydata, trzeba kaptować zwolenników innego kandydata, tego z pierwszej tury" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, analizuje problemy wizerunku obecnego Przedstawiciela Obywateli Rzeczypospolitej.

Lech Kaczyński wykazywał się - co podkreślali zarówno Jego oponenci, jak i zwolennicy - w domenie polityki historycznej istotnymi zasługami. Szedł swoją drogą jeszcze z czasów prezydentury Warszawy, kiedy zapisał się wspaniałą inscenizacją 60. rocznicy obchodów Powstania Warszawskiego. Prowadził politykę odkłamywania historii poprzez zmianę polityki orderowej, jednym słowem - tak jak tow. prezydent Aleksander Kwaśniewski nadreprezentował w tej grupie ludzi AL, ludzi armii Berlinga, zwłaszcza ludzi komunistycznych stowarzyszeń studenckich, z których wywodził się "prezydent wszystkich ubeków", tak prezydent Kaczyński w sposób oczywisty odwrócił te tendencje.
Po co to wszystko dzisiaj bilansować? - zastanawia się Łukasz Perzyna. Uroczystości przewidziane jako imponujący element, złota oprawa prezydentury Lecha Kaczyńskiego, związane z Marcem 1968 roku - zostały zdominowane jednak przez spór. Bogdan Czajkowski, który twierdzi, że sądy RP Go prześladowały, który podkreślał, że musiał zarobkować na antypodach, już w wolnej Polsce - przybył do Pałacu Prezydenckiego, tylko po to, by powiedzieć Lechowi Kaczyńskiemu, że on tego orderu nie weźmie... Można powiedzieć, że to tylko było jedno zdarzenie, jeden gest.
To powinien być sygnał alarmowy dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego, tak samo jak sprawa nie przyjęcia zaproszenia na tę imprezę przez Adama Michnika. Ten wykreowany na "autorytet moralny", uczestnik Marca '68, znacznie mniej aktywny niż Józef Dajczgewand, tamtych wydarzeń, pewnie mniej potrzebował tego odznaczenia niż Bogdan Czajkowski. Jednak ten spór zdominował obchody Marca '68. W ten sposób prezydent Lech Kaczyński poniósł porażkę "na własnym boisku" - zauważa Łukasz Perzyna.
Od razy w merdiach zaczęto "rozrabiać" kandydaturę na prezesa PiS Zbigniewa Ziobro - choć ten zaczął się odżegnywać od takich ambicji... Wiemy, że nie będzie zmiany na pozycji prezesa PiS, ale jednak...
...to powinien być czytelny sygnał dla Jarosława Kaczyńskiego, by inwestował w najmocniejsze aktywa "obozu zmiany", obozu Prawa i Sprawiedliwości - uważa Łukasz Perzyna.

Nagranie trwa prawie 16 minut, jest dostępne w Sieci do 26 III 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania.




Focus-pokus - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 12, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Pewnie większość czytelników kojarzy reklamy, których bohaterowie dyskutują nad jakimś baaaardzoooo ważnym problemem, jak np. plama na obrusie lub zmywanie naczyń. W reklamach tych, w określonym momencie zawsze pojawia się ktoś, kto wyjaśni, że przecież istnieje cudowne remedium na te problemy w postaci takiego, a takiego proszku do prania, odplamiacza, wybielacza etc. I na koniec wszyscy w takt wesołego oberka pochylają się nad tym reklamowanym cudem.

W polskiej polityce takim cudownym środkiem było dotychczas członkostwo naszego kraju w Unii Europejskiej, która to Unia miała być lekiem na niskie płace, bezrobocie, niepewny kurs złotego czy wreszcie tzw. bezpieczeństwo energetyczne. I tak się składa, że podobnie w tej materii wypowiadały się dwie największe partie, czyli PO i PiS, więcej - podobnie twierdzi również prezydent Kaczyński, który nie wiadomo z jakich powodów jest w Europie stawiany obok prezydenta Klausa jako "ostatni taki konserwatysta". Dość powiedzieć, że prezydent Kaczyński jest bez wątpienia socjalistą, przyjmującym z wielką rewerencją takich oszołomów globalnego ocieplenia jak Al Gore'a, na dodatek bez wątpienia uniosceptycyzm Kaczyńskiego jest o wiele mniej przekonujący niż stanowisko, jakie w tej i pozostałych wymienionych sprawach prezentuje np. prezydent Czech.
Schemat opisanych na wstępie reklam nawiązuje konwencją do pewnej metody badań socjologicznych, która to metoda jest nazywana badaniem fokusowym lub inaczej zogniskowanym wywiadem grupowym. Wspominam o tym dlatego, że na ten typ badania w swoim sejmowym wystąpieniu powołał się przewodniczący Jarosław Kaczyński, a wystąpienie to miało miejsce podczas debaty nad projektem ustawy o ratyfikacji "traktatu europejskiego". Otóż były premier, który kilka dni wcześniej odebrał narodowi możliwość wypowiedzenia swojego zdania na ten temat w referendum - przywołał właśnie badanie fokusowe, by poinformować opinię publiczną, iż jeden ze zwolenników PO podczas takiej zaaranżowanej debaty określił nasz kraj jako "województwo w UE". Odnosząc się do tego określenia, Kaczyński podkreślił, że jego partia nie pozwoli, by Polska była takim województwem, po czym jako odpowiednik reklamowego wybielacza lub odplamiacza - przedstawił mgliste konstrukcje zapisów, które miałyby gwarantować wyższość prawa krajowego nad unijnym. Tylko w takim razie po co było wcześniej jeździć po Brukselach, Strasburgach czy Lizbonach i podpisywać jakieś porozumienia, skoro prymat prawa krajowego najlepiej zapewnia państwowa suwerenność??? Z drugiej strony: czy naprawdę można wierzyć w szczere intencje Kaczyńskiego powołującego się na jakieś bzdurne "badanie fokusowe", w sytuacji gdy o takiej wasalnej roli Polski UE od dawna przestrzegają nie tak przecież skromne rzesze uniosceptyków? Po trzecie wreszcie: jaki jest sens przywoływać enigmatyczne badanie socjologiczne, skoro sam premier Tusk w niedawnym wywiadzie dla "Dziennika" już na samym wstępie powiedział, iż rolą rządu kraju należącego do UE jest jedynie "wypełnianie procedur". Czy można jeszcze w przedmiocie tej sprawie wymyślić lepszego "fokusa"?
A przecież najlepszym sposobem wstrzymania poselskiej biegunki z ratyfikacją traktatu byłoby umożliwienie przeprowadzenia referendum, którego wyniki z pewnością ważyłyby więcej niż moderowane opinie "grupy fokusowej". Ale Jarosław Kaczyński nie miał wątpliwości, że naród nie powinien w tej sprawie zabierać głosu (wytł. ASME), przez co temat ratyfikacji błyskawicznie wkroczył na salę sejmową. Całkiem możliwe, że PiS celowo nie dopuścił do ogólnonarodowej debaty nad traktatem, by stać się w ten sposób jedynym prokurentem tej części narodu, który wobec projektu UE zgłasza pewne wątpliwości.
Prawdopodobne efekty tej prokury mogą być takie, że traktat przy wielkim krzyku o obronie interesu narodowego zostanie i tak ratyfikowany, a na osłodę dostaniemy referendum nad reprywatyzacją, którym to terminem jest obecnie określane zadośćuczynienie żydowskim roszczeniom majątkowym. Nie chwaląc się, ale już jakiś czas temu przestrzegałem środowiska wolnorynkowe przed bezmyślnym popieraniem reprywatyzacji, której idea sprowadzałaby się do grabienia obecnie żyjących podatników - by zadośćuczynić krzywdom wyrządzonym kilkadziesiąt lat temu przez komunistycznych grandziarzy. Do tego okazuje się, że w rzeczywistości pod płaszczykiem szlachetnej idei zostaną zaspokojone rewindykacje żydowskich organizacji. Spotkanie z przedstawicielami tych organizacji jest, jak się okazuje, żelaznym punktem każdej polskiej delegacji w Stanach Zjednoczonych i można się tylko zastanawiać, czy w rzeczywistości Tusk poleciał do Busha, a przy okazji spotkał się z tamtejszymi "jewriejami" - czy to spotkanie z Bushem było jedynie przy okazji.
A swoją drogą - ciekawe byłoby zobaczyć, jakiej treści esemesy byłyby "trendy" z okazji takiego referendum, bo całkiem możliwe, że w stylu: "chcesz zmienić kraj - nie idź na wybory"...

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Apel Bogdana Czajkowskiego - jednego z liderów strajku studenckiego na Politechnice Warszawskiej w marcu 1968 roku - o rozpisanie referendum w sprawie ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego Wysłane środa, 12, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

SZANOWNI PAŃSTWO!

Nieusuwalne przeszkody nie pozwalają mi dołączyć do naszej demonstracji, w dniu dzisiejszym. Całym sercem jestem jednak z Wami i serdecznie pozdrawiam Was wszystkich, którzy zechcieliście zadać sobie ten trud i zgromadzić się pod obradującym właśnie Sejmem. Bo jak powiedział - już dawno - pewien roztropny Brytyjczyk: "Gdy parlament obraduje, żaden obywatel nie powinien czuć się bezpiecznym...".
I Wy doświadczcie tego zagrożenia, bo w takiej właśnie sytuacji - jakby żywcem zaczerpniętej z owego cytatu - przyszło nam zgromadzić się na tym miejscu. Oby nasz gromki głos przeniknął przez mury i dotarł do reprezentantów Narodu, którzy - w tak fundamentalnej sprawie - ośmielają się decydować ponad głową Suwerena, którym jest wyłącznie Naród. Jeżeli bowiem Konstytucja RP została przyjęta na drodze Referendum to i owa "Konstytucja Eurokołchozu" - dla niepoznaki nazwana Traktatem Reformującym - podważająca prymat Konstytucji Rzeczpospolitej, musi być przyjęta - lub odrzucona - w ten sam sposób!

KATEGORYCZNIE WIĘC DOMAGAMY SIĘ ROZPISANIA REFERENDUM W SPRAWIE RATYFIKACJI TRAKTATU Z LlZBONY!!

Tym bardziej należy docenić Wasz trud, że nasze starania wyglądają na beznadziejne, wobec zmowy elit. Jednak - SURSUM CORDA! - NIE WSZYSTKO JEST JESZCZE STRACONE!
Piłka jest nadal w grze, dopóki Pan Prezydent Rzeczpospolitej nie złożył swojego podpisu, pod dokumentem ratyfikującym ów groźny dla Polski traktat. Mamy więc jeszcze trochę czasu. Organizujmy się nadal. Niech nas będzie więcej i więcej.

PROPONUJĘ PODJĘCIE OGÓLNOPOLSKIEJ AKCJI, POLEGAJĄCEJ NA MASOWYM WYSYŁANIU SMS-ÓW DO ZNIECHĘCONYCH JUŻ WSPÓŁOBYWATELI.
OBY SIĘ PRZEBUDZILI I DOŁĄCZYLI DO NAS!


Do Pana Prezydenta zaś - za Waszym pośrednictwem - apeluję, aby wsłuchał się w głos Narodu, który go wybrał. Referendum bowiem nie krzywdzi nikogo z obywateli! Niech wsłucha się także w głos Powstańców Warszawy, którzy polegli za Niepodległość Polski, a którym wybudował Muzeum. Jeśli bowiem dojdzie do najgorszego, czego się obawiamy - a stoimy przed pierwszym krokiem na drodze do utraty Niepodległości - wówczas zapisze się w historii jako ostatni Prezydent Niepodległej Polski. Niech Bóg zachowa go od tej Hańby! I wszystkich posłów, którzy właśnie obradują w Sejmie!
Ten właśnie krótki apel do Pana Prezydenta, zamierzałem wygłosić kilka dni temu, w Pałacu Prezydenckim, jako uzasadnienie mojej decyzji o odmowie przyjęcia Krzyża Oficerskiego Polonia Restituta, którym zostałem odznaczony. Odmówiłem, bo noszę w sercu obawę, że przyjąłbym odznaczenie, które w niedługim czasie może mieć całkiem inne zawołanie: "POLONIA FINITA"!
Chciałbym tu zadeklarować, że jeśli dojdzie do referendum, wówczas z radością - i pokorą - przyjmę to niezwykle zaszczytne wyróżnienie, na które - być może - nawet nie zasłużyłem...

Jeszcze raz wszystkich pozdrawiam, dziękując za przybycie.

Niechaj nas Bóg wspiera, błogosławiąc naszym wysiłkom!

Z wyrazami wielkiego szacunku
Bogdan Czajkowski


Czy powstańcy mordowali Żydów? - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 12, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Gazeta Wyborcza" z uporem godnym lepszej sprawy zarzuca powstańcom warszawskim mordowanie żydowskich niedobitków.

Po raz pierwszy z takim oskarżeniem wystąpił na jej łamach w końcu 1993 roku dziennikarz "GW" Michał Cichy w recenzji wydanego właśnie wtedy dziennika Calela Perechodnika - policjanta z żydowskiego getta w Otwocku. Napisał on wtedy dosłownie, że podczas Powstania Warszawskiego 1944 roku "AK i NSZ wytłukły mnóstwo niedobitków z getta" i kierownictwo "Gazety" mu ten tekst opublikowało. W związku z protestami oburzonych kombatantów Powstania redakcja "Gazety" zleciła mu napisanie obszernego tekstu, który ukazał się na jej łamach w styczniu 1994 roku pod tytułem "Polacy - Żydzi: czarne karty Powstania". Co jest istotne, artykuł ten został poprzedzony długim (dwie kolumny) wstępem Adama Michnika, w którym pisał on o swym szacunku (sic!) dla bohaterstwa powstańców i w ogóle żołnierzy Armii Krajowej. Było to - przypomnijmy - w roku obchodów 50. rocznicy Powstania. Tamte obchody rocznicy Powstania z winy ówczesnych władz państwowych nie były tak huczne, jak następne po upływie kolejnych 10 lat już za prezydentury Lecha Kaczyńskiego, ale wciąż trwał szum wywołany rewelacjami "Gazety Wyborczej". Sam red. Michał Cichy przyznaje: "Artykuł wywołał burzę, do redakcji nadeszły protesty weteranów powstania i niektórych historyków. Wielu ludzi uznało, że »Gazeta« znieważyła moim artykułem pamięć Powstania Warszawskiego w roku jego 50. rocznicy".
W grudniu 2006 roku red. Michał Cichy dojrzał do tego, by za swój artykuł publicznie przeprosić powstańców Warszawy. Co też uczynił.
Przyznam szczerze, że tekst przeprosin jest nazbyt pokrętny, jak na moje gusta i dałoby się podyskutować nad niektórymi zawartymi w nim sformułowaniami. Widać, że autor nie jest nauczony mówić wprost: mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. Ważne jest jednak to, że słowa przeprosin padły.

Nowe oskarżenie

Tymczasem ostatnio w obszernym artykule Ani Bikontowej o prof. Janie Tomaszu Grossie zamieszczonym w dodatku do "Gazety""Duży Format" (nr 5/ 2008) pada znowu oskarżenie pod adresem powstańców, iż mordowali Żydów. Ania Bikontowa przytacza wypowiedź Janka, który relacjonuje opowieść swego ojca Zygmunta Grossa. Janek mówi: "W czasie powstania chcieli go rozstrzelać powstańcy jako Żyda. Postawili pod ścianą, ale on ich wyśmiał za takie absurdalne posądzenie z taką pewnością siebie, że go zostawili w spokoju" (tak mu - dodajmy - zaufali, że nawet nie zajrzeli do rozporka). I dalej Ania przytacza dalszy ciąg relacji Janka: "Gdy razem z mamą wychodzili wraz z ludnością cywilną z Warszawy, mamę porwali własowcy, zaciągnęli do piwnicy, chcieli ją zgwałcić. Ojciec, ze swoim kiepskim wyglądem, pobiegł do oficera niemieckiego i ten interweniował w porę".
Jak na profesora historii z amerykańskiej uczelni, Janek niezbyt dobrze się orientuje w rosyjskich formacjach kolaborujących z Niemcami. Wszak RONA budząca grozę w Warszawie, to nie własowcy z ROA. Ale to jest drobiazg, świadczący jedynie o lukach w jego wykształceniu. Bardziej mnie animuje sprawa polskich powstańców stawiających pod murem Polaka posądzanego o żydowskie pochodzenie. Co to za formacja i gdzie ona walczyła? Jak to wyglądało? Wyciągnęli z tłumu przechodnia, bo miał żydowski wygląd? W głowie mi się to nie mieści. Znałem paru byłych powstańców - Polaków o mocno żydowskim wyglądzie, jak dla przykładu opisywany przeze mnie niedawno Andrzej Mazur. Mój dobry znajomy Jerzy Duracz (ojciec naszego wspólnego z Adamem Michnikiem kolegi i więźnia marcowego Andrzeja Duracza) w pierwszym dniu Powstania, zaskoczony wybuchem walk na mieście, dołączył do pierwszego z brzegu oddziału, a był to NSZ. Odkąd ich poznał, nie dał powiedzieć złego słowa o tej formacji. Warto dodać, że miał matkę o żydowskich przodkach oraz taką samą żonę Annę, więzioną w czasach stalinowskich przez X departament MBP. Znałem też parę innych osób o żydowskim rodowodzie biorących udział w Powstaniu. Obawiali się oni niemieckich bomb i pocisków, ale nie polskich kolegów. Są powszechnie znane fakty o uwolnieniu przez powstańców z więzienia setek przywiezionych przez Niemców do Warszawy Żydów zagranicznych. Jak to wszystko ze sobą pogodzić? Zastanawiam się nawet, czy to się w ogóle Grossowi nie przyśniło, jeśli nie odwołał się do tego incydentu w żadnej ze swych prac o polskim antysemityzmie.
W swych przeprosinach red. M. Cichy pisze wyjątkowo rozumnie: "Nie ma wydarzeń historycznych bez czarnych kart. Powstanie, w którym uczestniczyły dziesiątki tysięcy uzbrojonych ludzi o różnym stopniu karności i moralności, musiało mieć takie karty - i je miało. Nie tylko w sprawie żydowskiej, która nie jest przecież jedynym i wystarczającym probierzem moralności". Chciałoby się te słowa dedykować ku pamięci Jankowi Grossowi.
Nasuwa się jednak pytanie do kierownictwa "Gazety Wyborczej".
Po co były uroczyste przeprosiny red. Michała Cichego, jeśli po upływie dwóch lat "Gazeta Wyborcza" znowu pisze o mordowaniu żydowskich niedobitków przez powstańców. Czy to taka redakcyjna zabawa w wańkę-wstańkę? Albo oswajanie polskich czytelników z kontrowersyjnym tematem? Wtedy - przed laty zarzut wywołał protesty, a dziś - po lekturze "Strachu" - ludzie już go kupią?
Nie kupią, nie ma obawy. Zabawy "Gazety Wyborczej" z "rewelacjami" Janka Grossa służą najwyraźniej dorabianiu Polakom antysemickiej gęby w świecie. Być może to kalkuluje się "Gazecie Wyborczej", ale marna to kalkulacja. Kłamstwo ma krótkie nogi, a plama na honorze pozostaje.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Dzisiejszy wiec Unii Polityki Realnej "Traktat Lizboński powinien być ratyfikowany w referendum!" w obiektywie TV ASME Wysłane środa, 12, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Dzisiejszy wiec Unii Polityki Realnej "Traktat Lizboński powinien być ratyfikowany w referendum!" w obiektywie TV ASME Wysłane środa, 12, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Zapowiadany także przez naszą witrynę wiec UPR przy budynku Sejmu RP, w którym trwały obrady nad ustawą mającą doprowadzić do ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego, został zakończony o godzinie 13.30.

Przedstawiamy Państwu relację TV ASME z tego wydarzenia, zapewne tym bardziej ciekawszą, że merdia CAŁKOWICIE pominęły w swych dzisiejszych przekazach dotyczących debaty sejmowej sporą demonstrację Unii Polityki Realnej, dokonując m.in. manipulacji (stacje TVP i - co nas absolutnie nie dziwi - TVN), skupiając się na nikłej grupce "stałych przeciwników światowego rządu syjonistycznego" z plakatami typu "Masońska Europa, przed którą chroń nas św. Andrzeju Bobola!" (Cytat dosłowny z relacji "Wiadomości" TVP1. W Warszawie grupka ta jest ciągle nadsyłana przez najpewniej resort z ulicy Rakowieckiej) jako "reprezentatywnych" w obiektywach ich kamer przeciwników Unii Europejskiej. W ten sposób realizowana jest walka polityczna zwolenników utraty suwerenności Rzeczypospolitej z jej obrońcami z różnych środowisk (na wiecu UPR pojawiły się też osoby z LPR).

Podczas wiecu Stanisław Michalkiewicz, były prezes UPR oraz znakomity publicysta pism i witryn prawicowych (także nasz stały współpracownik) odczytał Apel - do biorących udział w wiecu oraz do Prezydenta RP - jednego z byłych liderów strajku studenckiego na Politechnice Warszawskiej podczas tzw. wydarzeń Marca '68, p. Bogdana Czajkowskiego. Bogdan Czajkowski podczas tegorocznego przyznania przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Orderów Orła Białego dla uczestników ówczesnych wydarzeń odmówił przyjęcia odznaczenia, motywując swój czyn m.in. brakiem zgody na ratyfikację Traktatu Lizbońskiego w trybie referendum, tak by mogli się w tej jakże doniosłej sprawie dla suwerenności swojego państwa wypowiedzieć jego suwereni - obywatele Rzeczypospolitej.

Nagranie trwa prawie 21 minut, jest dostępne w Sieci do 26 III 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania.




UE narzuci nam przepisy z Karty - Janusz Baczyński Wysłane wtorek, 11, marca 2008 przez Janusz Baczyński

Wielu polityków polskich deklarujących przywiązanie do wartości chrześcijańskich swoją zgodę na oddanie suwerenności Polski usprawiedliwia tym, że Polska podpisała tzw. protokół brytyjski, zgodnie z którym Polski nie obowiązuje Karta Praw Podstawowych, jawnie godząca w wartości chrześcijańskie. Usprawiedliwienie to nie wytrzymuje krytyki.

Traktat daje nadrzędną pozycję władzom Unii. Wszystkie rozwiązania prawne, jakie wynikają z Traktatu, władze Unii mogą wprowadzać jako prawo UE, do którego państwa członkowskie będą musiały się zastosować. Owszem, ma być zachowana zasada, że Polski i Wielkiej Brytanii Karta nie będzie obowiązywać, ale konkretne przepisy z Karty i tak mogą być tym krajom narzucone, tylko że będzie powiedziane, że przepisy te nie wynikają z Karty ale z Traktatu. Cele Unii są definiowane w Traktacie bardzo szeroko i będą interpretowane przez władze Unii i nie będzie problemu z takim zinterpretowaniem tych celów, że obejmą one wszystko, co zawiera Karta.

Janusz Baczyński


W obronie niepodległości Polski - demonstracja przed sejmem 12.03.2008 Wysłane wtorek, 11, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

12 marca, kiedy w Sejmie będzie odbywało się pierwsze czytanie rządowego projektu ustawy o ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, przed gmachem Sejmu przy ul. Wiejskiej w Warszawie, o godzinie 12.00 Unia Polityki Realnej rozpocznie demonstrację przeciwko likwidowaniu niepodległości Polski. Traktat Lizboński nie jest bowiem zwyczajnym traktatem. Pod postacią poprawek do istniejących traktatów, jest on proklamacją nowego państwa pod nazwą Unia Europejska, do którego Polska ma zostać przyłączona w charakterze jego części składowej. Żadna część składowa jakiegokolwiek państwa nie jest niepodległa, bo podlega władzom tego państwa jako jego część składowa – zatem ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego oznacza likwidację niepodległości Polski.

Proszę tedy wszystkich, dla których niepodległość Polski jest sprawą ważną, o wzięcie udziału w tej manifestacji. Nawet jeśli nie przyniesie ona żadnych praktycznych skutków - a pewnie tak właśnie będzie, bo większość posłów obecnego Sejmu, a także innych Władz Rzeczypospolitej, wbrew złożonym przysięgom, wydaje się kompletnie zaprzedana obcym interesom - to będzie świadectwem, żeśmy przynajmniej próbowali.

Za witryną Stanisław Michalkiewicza.

Demonstrację przygotowuje Unia Polityki Realnej, która zaprasza na nią wszystkich przeciwników planowanej przez Sejm RP ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego.


Polsko, powstań z kolan - Janusz Baczyński Wysłane wtorek, 11, marca 2008 przez Janusz Baczyński


Polska musi powstać z kolan

    Państwa starej Unii, posiadające w UE decydujący głos, wcale nie są zainteresowanie współpracą z Polską na zasadach partnerstwa. Traktują nas jak ubogiego krewnego, który powinien się cieszyć nawet ze swoich mniejszych praw, jakie dostał od rodziny, bo w ogóle to rodzina go mogła wcale do siebie nie przyjąć.

Z dotychczasowej praktyki UE mamy takie przykłady "solidarności" europejskiej:

1. dopłaty do rolnictwa wynoszą w nowych państwach Unii 65% dopłat w starych państwach
2. kwoty mleczne ustalano na podstawie produkcji w przeszłości, w związku z tym np. Irlandia dostała limit 1392 l/mieszkańca a Polska 232 l/mieszkańca
3. UE wprowadziła obowiązek produkcji określonej części energii ze źródeł odnawialnych. W Polsce mało produkujemy takiej energii więc będziemy musieli ponieść w cenach energii elektrycznej duże koszty inwestycji.
4. Wprowadzono limity emisji CO2 na podobnej zasadzie jak kwoty mleczne, czyli bogate państwa, gdzie się produkuje i zużywa dużo energii, dostały większe limity, a biedne mniejsze. Jest to mechanizm konserwujący różnice między państwami: bogaci mają zostać bogatymi, a biedni biednymi.

Państwa starej Unii wcale nie są zainteresowanie współpracą z Polską na zasadach partnerstwa, mają przeświadczenie o tym, że nawet jak dyktują nam współpracę na nierównych, korzystnych dla nich warunkach, to i tak robią nam wielką łaskę, że w ogóle z nami współpracują, bo z tego jednak mamy korzyści większe niż gdybyśmy w ogóle nie współpracowali.

Dlatego nie tylko powinniśmy odrzucić Traktat Reformujący, bo nic nie wskazuje na to, że główne kraje UE zmienią swój imperialistyczny stosunek do nas, ale także powinniśmy renegocjować wszystkie poprzednie traktaty, aż Polska będzie traktowana w UE na równych warunkach.

Nasze elity zawiodły, prowadziły negocjacje z UE na kolanach, w nadziei, że w państwach UE zwycięży szlachetność i w imię ideałów będziemy w UE na równych warunkach, nie od razu - ale mieliśmy do tego dojść w przyszłości. Niestety, jak przychodzi do podejmowania konkretnych decyzji, to rządy państw starej Unii forsują rozwiązania korzystne dla swoich narodów, nie oglądając się na ideały. Ustępstwa i godzenie się na gorsze traktowanie nie wzbudzają w nich refleksji, tylko ugruntowują w nich poczucie wyższości. Jedyną słuszną polityką jest pokazanie innym narodom, że nie damy sobą pomiatać, a wtedy na pewno zrozumieją swój błąd, bo tak naprawdę współpraca partnerska wbrew pozorom daje największe korzyści, zgodnie z zasadą, że z niewolnika nie ma dobrego pracownika.

Ratyfikowanie Traktatu Reformującego jest okazją, aby pokazać państwom UE, że Polska nie będzie więcej korzystać z okazji, aby siedzieć cicho w sytuacji, gdy jest w UE dyskryminowana.

Janusz Baczyński

PiSkorze się wiją w sprawie traktatu - Janusz Baczyński Wysłane niedziela, 9, marca 2008 przez Janusz Baczyński


PiS się wije w sprawie traktatu jak PiSkorz.

     Przewodniczący klubu parlamentarnego PiS, p. Przemysław Gosiewski oznajmił, że do ustawy ratyfikującej traktat PiS zgłosi poprawki zawierające sposób w jaki należy interpretować traktat. Nie wiem, czy p. Gosiewski tego nie wie, czy wie, ale usiłuje wszystkich oszukać, gdyż w treści traktatu jest ustalone, że prawo europejskie ma być wyższe od prawa państwa członkowskiego (czyli także od ustawy interpretującej traktat), a ponad to traktat ustala, że do jego interpretacji upoważniony jest jedynie ETS.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,wid,9738063,wiadomosc.html

Traktat to haniebne poddanie Polski obcym rządom. Jeśli panowie Kaczyńscy mają w sobie choćby odrobinę patriotyzmu, to niech przyznają się do swojego ogromnego błędu, jakim było w ogóle przystąpienie do negocjacji na temat poddania Polski, i głosami PiS niech odrzucą ten traktat.

Janusz Baczyński

Ciemna strona Marca - Tadeusz M. Płużański Wysłane niedziela, 9, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Nie ulega wątpliwości, że dla Polaków żydowskiego pochodzenia marzec 1968 r. był tragicznym wydarzeniem. Po upokarzających procedurach, podpisywali oświadczenia, w których zrzekali się polskiego obywatelstwa, w zamian dostając tzw. certyfikat wyjazdowy. Po długotrwałych i uciążliwych kontrolach dokumentów i bagażu odjeżdżali z Dworca Gdańskiego w Warszawie i Łodzi Fabrycznej. "I gdy listę przyjaciół sprawdzał Dworzec Gdański, to tak mało nas było, tak mało" - śpiewał "Do przyjaciół" Tadeusz Sikora. To też prawda.

Jednak taka forma relegowania z Polski nie dotyczyła wszystkich. Najbardziej przemilczaną sprawą jest jednak to, że wśród tych kilkunastu tysięcy ludzi, którzy musieli wówczas emigrować, byli i tacy, którzy miast wyjeżdżać, powinni byli stanąć przed sądem i odpowiedzieć za zbrodnie stalinizmu. Za to, co wyrabiali w aparacie bezpieczeństwa, Informacji Wojskowej, sądownictwie wojskowym. Nie zmienia to oczywiście innego faktu, że w 1968 r. gros tych zbrodniarzy rzeczywiście było ofiarami antysemickiej nagonki. A więc najpierw kaci, potem ofiary. Nie ma w tym żadnej sprzeczności. Takich przypadków historia zna wiele.
Tych katów - zagorzałych stalinistów, którzy opuszczali Polskę w wyniku wydarzeń marcowych było około tysiąca. Jedną z takich marcowych emigrantek była świetnie znana odbiorcom ASME prokuratorka Naczelnej Prokuratury Wojskowej HELENA WOLIŃSKA, mieszkająca obecnie w Oksfordzie (żona Włodzimierza Brusa - o którym niżej), która w 1950 r. wydała bezprawny nakaz tymczasowego aresztowania gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Poniżej przedstawiamy sylwetki innych.

"ZWOLNIĆ Z PRACY"

PAULINA KERN, wiceprokuratorka Generalnej Prokuratury PRL. Podobnie jak Helena Wolińska wyjechała do Wielkiej Brytanii, gdzie zmarła w 1980 r.
W Departamencie Specjalnym Kernowa pracowała od września 1950 r. do października 1951 r. Raport tzw. komisji Mazura z 1956 r., stwierdza, że nagminnie łamała prawo:
"W dniu 30 listopada 1950 roku w toku toczącej się rozprawie sądowej odbywającej się w więzieniu przeciwko Eugeniuszowi Grzybowskiemu sprzeciwiła się wezwaniu na rozprawę świadków powołanych przez oskarżonego, a w szczególności świadka Ejmego, motywując to trudnościami w doprowadzeniu na rozprawę, mimo że świadek ten przebywał w tymże więzieniu. Świadek ten, będąc zwierzchnikiem Grzybowskiego, mógł najbardziej wiarygodnie naświetlić działalność organizacyjną oskarżonego". Paulina Kern zignorowała również fakt, że Grzybowski odwołał wszystkie złożone w śledztwie zeznania, oświadczając, że zostały na nim wymuszone. "W swoim wystąpieniu oskarżycielskim zarzuciła Grzybowskiemu prowokację i szkalowanie organów MBP - jeśli chodzi o stosowanie »niewłaściwych metod śledztwa« - co znalazło swój wyraz w wyroku skazującym go na karę śmierci".
Komisja przywoływała też udział Kernowej w sprawie Władysława Cisowskiego. "W lipcu 1951 roku (...) dokonując końcowego przesłuchania, nie umieściła w protokole wyjaśnień podejrzanego o torturowaniu go w toku śledztwa, a przeciwnie, oświadczyła mu, że »władze śledcze Polski Ludowej nie biją«. Odmówiła również Cisowskiemu zapoznania z całością materiałów śledztwa".
Z kolei 6 grudnia 1951 r. Kernowa zatwierdziła akt oskarżenia przeciwko członkom "Startu" - ekspozytury delegata rządu RP na kraj (w sprawie zapadły trzy wyroki śmierci). Komisja napisała: "Sprawa ta oparta była na wymuszonych i sztucznie dobranych dowodach" i wnioskowała wobec Kernowej: "Zwolnić z pracy w Prokuraturze PRL, gdyż stawiane jej zarzuty wskazują na to, iż nie daje ona gwarancji należytego spełniania funkcji prokuratora".

KIERUNEK: SZWECJA

STEFAN MICHNIK, kapitan, sędzia, przyrodni brat naczelnego "Gazety Wyborczej". Gdy w 1951 r. zaczął wydawać wyroki w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie, miał 22 lata. Podobnie jak inni młodzi stalinowcy, zawodu uczył się na przyspieszonych kursach w Oficerskiej Szkole Prawniczej, którą ukończył jako prymus. Jego kariera pokazuje, w oparciu o jakich ludzi tworzono system bezprawia w Polsce. Orzekając w wielu procesach o dużym znaczeniu politycznym przyświecała mu zapewne myśl, którą zawarł w podaniu o przyjęcie do szkoły: "do OSP chcę wstąpić dlatego, że szkoła ta kształci tych, którzy będą realizować dyktaturę proletariatu w praktyce". Ludziom jego pokroju wiara w dyktaturę proletariatu nie wystarczała. Stefan Michnik wiarę tę przekuwał w czyn.
Kpt. Michnik ma na swoim koncie co najmniej dziewięć wyroków śmierci na niewinnych ludzi (część została wykonana). We wspomnianym raporcie Mazura czytamy, że po 1956 r. wszyscy skazani zostali zrehabilitowani. Michnik wydał m.in. wyrok na mjr Zefiryna Machallę. Ten przedwojenny oficer, żołnierz Września, wywieziony do ZSRR, potem w PSZ na Zachodzie, od 1947 r. w Sztabie Generalnym WP, 19 listopada 1951 r., w odpryskowym procesie od sprawy gen. Stanisława Tatara, został skazany na karę śmierci. Podczas ostatniego widzenia z żoną mówił, że zeznania zostały na nim wymuszone. Zofia Machalla długo nie mogła uwierzyć w śmierć męża.
Stefan Michnik dostąpił nawet zaszczytu orzekania w sprawie, którą prowadziła Helena Wolińska. Tadeuszowi Jędrzejkiewiczowi (oskarżonemu o działalność kontrrewolucyjną w Szkole Morskiej w Gdyni) udało się jednak ujść z życiem - mimo dwukrotnej kary śmierci wyrok złagodzono mu do 10 lat więzienia.
W 1956 r., podczas narady partyjnej, sędzia Michnik tłumaczył się: "Nam wtedy imponowało powiedzenie o zaostrzającej się walce klasowej i nieprawdę powie ten, kto by twierdził, że wtedy z niechęcią rozpatrywał te sprawy. Ja wiem, że raczej ludzie garnęli się do tych spraw, sam muszę przyznać, że kiedy dostałem pierwszy raz poważną sprawę, to nosiłem ją przy sobie i starałem się, żeby mi tej sprawy nie odebrano".
W 1957 r. przeniesiony do rezerwy, z kraju wyjechał w 1969 r. i osiadł w Szwecji. Były stalinowski sędzia pędził spokojne życie bibliotekarza na uniwersytecie w Uppsali. W połowie lat 90. przeszedł na emeryturę. Stefan Michnik zyskał też uznanie polskiej emigracji (podobnie, jak w pewnym okresie Wolińska). W latach 70. na łamach paryskiej "Kultury" publikował teksty o Czechosłowacji, używając pseudonimu Karol Szwedowicz.
Dodać warto, że przepojona duchem socjalizmu Szwecja udzieliła schronienia również innym komunistycznym zbrodniarzom - marcowym emigrantom. Jednym z nich był "oficer" śledczy JÓZEF BIK (vel BUKAR), odpowiedzialny m.in. za zamordowanie Danuty Siedzikówny "Inki", 17-letniej sanitariuszki z oddziału legendarnego Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki".

PODLASKI I INNI

Część stalinowców uciekła z Polski już wcześniej. Najbardziej charakterystycznym jest tu przypadek HENRYKA PODLASKIEGO. Jako zastępca Naczelnego Prokuratora Wojskowego (słynnego kata Polaków Stanisława Zarako-Zarakowskiego) do spraw szczególnych czuwał nad "właściwym" przebiegiem śledztw i procesów.
W dokumentach czytamy: Podlaski Hersz, syn Mojżesza i Szpryncy Austern, ur. 7 marca 1919 r. w Suwałkach. Potem imiona rodziców zmieniono - odpowiednio - na Maurycego i Stanisławę. W 1956 r. Henryk Podlaski zaczął używać imienia Bernard, po czym ślad po nim zaginął. Przez dłuższy czas - bezskutecznie - szukała go KG MO. Mówiło się, że utonął w nurtach Bugu. Był to albo akt samobójczy, albo wynik nieudanej ucieczki na Wschód. W 1966 r., po trwającej 10 lat sprawie, żona krwawego prokuratora uzyskała potwierdzenie jego zgonu. Istnieją jednak relacje, że cała sprawa została sfingowana, a Podlaski... zamieszkał w ZSRS u boku swojej siostry, która wyszła za mąż za wysokiego funkcjonariusza NKWD. Niektórzy twierdzą, że żyje do dziś.
RUBIN SZWAJG, major Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Urodzony 15 listopada 1898 r. w Jarosławiu, syn Dawida. Podobnie jak Henryk (Hersz) Podlaski w stalinowskiej prokuraturze był odpowiedzialny za sprawy szczególne. 10 lipca 1948 r. Szwajg napisał list do MON o zwolnienie ze służby wojskowej: "z uwagi na to, że zamierzam wraz z żoną wyjechać do Izraela, by tam połączyć się z naszą najbliższą rodziną. Mamy w Izraelu córkę naszą, rodziców i rodzeństwo". Kilka lat temu Interpol, w ramach pomocy prawnej, dostarczył stronie polskiej jego dane: "Rubin Szwajg - Shatkay Reuben, s. Davida, ur. 15 listopada 1898 r., zm. 19 kwietnia 1992 r. w Izraelu".
Do Izraela wyjechali też m. in.: W październiku 1969 r. podpułkownik Naczelnej Prokuratury Wojskowej MAKSYMILIAN LITYŃSKI (Maks Lifsches, zmarł w 1982 r. w Göteborgu), a w latach 90. oprawca z obozów w Świętochłowicach i Jaworznie SALOMON MOREL. Sędzia Najwyższego Sądu Wojskowego mjr MARIAN ROZENBLIT (Rozenbluth Marian Meir) zmarł w Izraelu w 1992 r. Stalinowcy uciekali również do Australii, Brazylii, Kanady i na Kostarykę. Wielu jednak zostało w Polsce (niektórzy żyją do dziś), ale nigdy nie dopadła ich karząca ręka sprawiedliwości.

WYJAZDY IDEOWCÓW

W marcu 1968 r. nie tylko wymiar sprawiedliwości i aparat represji poniosły niepowetowaną stratę. Tak było też w przypadku polskiej nauki. Do Anglii emigrował np. WŁODZIMIERZ BRUS (właściwie Beniamin Zylberberg, karierę zaczynał jako "oficer" polityczno-wychowawczy LWP), stalinowski ekonomista, ortodoksyjny marksista, później rewizjonista. Z Uniwersytetu Warszawskiego został wyrzucony 25 marca 1968 r. Ta sama decyzja, którą podpisał minister oświaty i szkolnictwa wyższego Henryk Jabłoński, dotyczyła również innych akademików. Zdaniem I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki, LESZEK KOŁAKOWSKI, BRONISŁAW BACZKO, ZYGMUNT BAUMAN "zwalczając od lat politykę naszej partii z pozycji rewizjonistycznych - świadomie i z premedytacją sączyli wrogie poglądy polityczne w umysły powierzonej ich pieczy młodzieży".
Kołakowski - do 1956 r. jeden z naczelnych ideologów stalinizmu w polskiej filozofii marksistowskiej - po krótkim pobycie w Paryżu osiadł ostatecznie w Oksfordzie, gdzie mieszka do dziś, mając za sąsiadkę Helenę Wolińską. Ortodoksyjny piewca komunizmu w nauce zmienił nie tylko miejsce zamieszkania, ale i poglądy - zajął się głównie filozofią chrześcijańską.
Drugi ideolog marksizmu - Bronisław Baczko, w trakcie wydarzeń marcowych też wyrzucony z Instytutu Filozofii UW, po wyjeździe z Polski w 1974 r. związał się z Uniwersytetem Genewskim (obecnie jest honorowym profesorem tej uczelni).
Najbardziej "zasłużony" z tej trójki - Zygmunt Bauman - też filozof, a także socjolog i postmodernista, od 1944 r. służył w moskiewskiej milicji, potem politruk LWP i KBW (zwalczał nie tylko szabrowników, ale także antykomunistyczne podziemie), jako agent "Semjon" przez lata współpracował ze zbrodniczą Informacją Wojskową. Po wyjeździe z Polski wykładał na uniwersytetach w Tel Awiwie i Hajfie. W 1971 r. wyjechał do Anglii, gdzie - aż do przejścia na emeryturę w 1990 r. - kierował Katedrą Socjologii na uniwersytecie w Leeds. Od 2004 r. Bauman jest rektorem Uniwersytetu Powszechnego im. Jana Józefa Lipskiego w Teremiskach k. Białowieży. Od kiedy wyszła na jaw jego agenturalna przeszłość, trochę rzadziej pojawia się w mediach.

"CHWILOWY ODPOCZYNEK"

Włodzimierz Brus o marcu 1968 r. pisał: "Pomimo wysoce niepomyślnych perspektyw, podjąłem decyzję nie opuszczania kraju i przyjąłem jedyną dostępną mi pracę (żadna instytucja nie ośmieliłaby się zatrudnić mnie bez bezpośredniego polecenia z Komitetu Centralnego Partii) w Instytucie Ekonomiki Budownictwa Mieszkaniowego. (...) Pracowałem tam prawie cztery lata". Ponieważ jednak - kontynuuje Brus - "nie było żadnych widocznych perspektyw dla podjęcia jakiejkolwiek otwartej pracy akademickiej w Polsce (...), gdy nadeszło zaproszenie na jednoroczny pobyt na University of Glasgow, zbiegające się z pilną potrzebą rozwiązania za granicą rodzinnych problemów zdrowotnych, wybraliśmy [on i żona - Helena Wolińska - TMP] wyjazd na chwilowy odpoczynek. Po owocnym roku w Glasgow nadarzyła się sposobność kontynuowania pracy w mojej dziedzinie na długoterminowych zasadach w Oksfordzie".
Państwo Brusowie zachowali polskie obywatelstwo, zamieszkali w spokojnej, willowej dzielnicy tego uniwersyteckiego miasteczka. Profesor wykładał ekonomię, ale też filologię rosyjską i środkowoeuropejską w Wolfson i Saint Anthony`s College. Jego żona uczestniczyła w sympozjach naukowych, udzielała się towarzysko, ostentacyjnie manifestując swoje poparcie dla "Solidarności" i potępiając stan wojenny... Dziś pewnie nadal przeklina Polaków (a nie komunistyczną władzę) za marzec 1968 roku. A może cieszy się, że dzięki antysemityzmowi w PZPR do dziś nie stanęła przed sądem wolnej Polski?

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Fakty i mity o Marcu 68 - Antoni Zambrowski Wysłane niedziela, 9, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Obchodzone hucznie 40. rocznica wydarzeń marcowych wywołała wiele komentarzy w środkach przekazu, nie zawsze świadczących o rozeznaniu faktów wśród młodej braci dziennikarskiej. Chciałbym jednak skomentować krytycznie dwie wypowiedzi poważnych dziennikarzy. Jednym jest zawodowy historyk i jednocześnie czołowe pióro tygodnika "Nasza Polska", w którym zdarza się również mnie zamieszczać od czasu do czasu swoje artykuły. Mam na myśli red. Pawła Siergiejczyka i jego felieton pt. "Czym był Marzec?" ("NP" nr 10 z 4 marca br.).

I

Red Siergiejczyk pisze z przekąsem o kanonicznym opisie tych wydarzeń lansowanym przez "Gazetę Wyborczą": "W społecznej świadomości funkcjonują bowiem tylko dwie klisze związane z Marcem: rozgromionego przez milicję protestu studentów UW oraz masowej emigracji Żydów z Polski". Nie jest to pełny obraz wydarzeń, gdyż patriotyczny protest studentów w obronie mickiewiczowskich "Dziadów" zapoczątkowany został przez studentów warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, następnie poparty masowo przez studentów Uniwersytetu Warszawskiego i to niekoniecznie związanych z tzw. "komandosami" Jacka Kuronia i Adama Michnika. Świadczą o tym relacje Bohdana Urbankowskiego - ówczesnego mieszkańca domu studenta UW przy ul. Kickiego na Grochowie (dodam, że red. B. Urbankowski swoje relacje z przeżyć w marcu '68 zamieszcza na łamach "Gazety Polskiej", ale w stopce "Naszej Polski" jest regularnie wymieniany jako stały współpracownik "Naszej Polski"). Nie ograniczył się ów protest wyłącznie do studentów UW, jak sugeruje red. P. Siergiejczyk, lecz po brutalnym spałowaniu przez ZOMO uczestników wiecu na dziedzińcu uniwersyteckim rozlał się po wszystkich uczelniach warszawskich z Politechniką na czele, a następnie po całej Polsce. Można powiedzieć, że protesty studenckie objęły wszystkie ośrodki akademickie w Polsce.
Felieton P. Siergiejczyka jest polemiką ze środowiskiem "Gazety Wyborczej", która przywłaszcza sobie monopol na Polski Marzec '68, ale polemiką niepotrzebnie zapoznającą okoliczność, że ten wielki masowy ruch studencki wyłonił tysiące bohaterów dziś niekoniecznie podzielających stanowisko "Gazety Wyborczej" i jej redaktora naczelnego.
Dalej red. P. Siergiejczyk zadaje retoryczne pytanie: "Bo jeżeli Marzec był wydarzeniem politycznym, to należy zadać pytanie, kto wówczas zyskał, a kto stracił, czyja pozycja została umocniona, a czyja osłabiona. Pytanie to dotyczy, rzecz jasna, ówczesnej elity rządzącej, a więc aparatu partyjnego". Jest to ograniczenie nieuprawnione w ówczesnej sytuacji Polaków. PRL istotnie była Party State - jak to określają socjolodzy anglosascy - czyli państwem zawłaszczonym przez monopartię, ale naród polski - to nie PRL. W ówczesnej sytuacji najwięcej zyskał Kościół katolicki, gdyż jego Episkopat z ks. Prymasem Stefanem Wyszyńskim na czele wyraźnie i jednoznacznie poparł studencki protest. Związany z ks. Prymasem klub poselski "Znak" wystosował interpelację w sprawie brutalnego bicia młodzieży studenckiej przez ZOMO. Ks. Prymas został w owym czasie uznany za największy autorytet moralny dla Polaków, bo po takim potraktowaniu młodzieży przez Partię wiara w komunistyczne ideały szybko się rozwiała.
Dalej red. P. Siergiejczyk zestawia jako równorzędne hipotezy, iż chodziło o zamach stanu bądź ze strony gen. Moczara przeciw Gomułce, bądź ze strony dawnych "puławian" Romana Zambrowskiego oraz Stefana Staszewskiego. I konkluduje, że żadna z wersji zamachu stanu nie ma potwierdzenia w wiarygodnych źródłach, a zatem "to nie odsunięcie tow. Wiesława było stawką w ówczesnej grze". Otóż to rozumowanie również zawiera błąd. Dawni "puławianie", czyli zwolennicy proreformatorskiej koterii z Października '56 istotnie nie planowali żadnych zamachów stanu. Przypisanie im takich zamiarów było manipulacją ze strony gen. Moczara, czyli Nikołaja Tichonowicza Diomki i związanych z nim środków przekazu. Sprostuję jeszcze informację podaną przez P. Siergiejczyka, jakoby byli oni odsunięci od władzy kilka lat wcześniej. Stefan Szuster-Staszewski, który w Październiku '56 był I sekretarzem Komitetu Warszawskiego PZPR i odegrał istotną rolę w przełomie październikowym, nie był nigdy entuzjastą Gomułki i dość szybko wycofał się sam z kariery partyjnej. Roman Zambrowski - wręcz przeciwnie: odegrał decydującą rolę w utorowaniu Gomułce drogi na szczyty władzy i w namówieniu Edwarda Ochaba, by mu ustąpił stanowisko I sekretarza KC (rzecz bez precedensu w dziejach komunizmu), ale podał się do dymisji ze stanowiska członka Biura Politycznego oraz sekretarza KC jeszcze w kwietniu 1963 roku, zniechęcony odwrotem Gomułki od przyrzeczonego Polakom programu reform. Istotnie nie mieli oni żadnych zamiarów dokonywania zamachu stanu. Natomiast gen. Moczar podgryzał konsekwentnie pozycję tow. Wiesława od kilku lat i ostatecznie obalił go w grudniu 1970 roku. Popełnił przy tym błąd w kalkulacji, gdyż utorował drogę do władzy swemu partyjnemu rywalowi Edwardowi Gierkowi. Przeoczył bowiem fakt, że szefem KGB w miejsce jego dawnych protektorów Aleksandra Szelepina i Władimira Semiczastnego został jego przeciwnik Jurij Andropow, który przystopował mu karierę polityczną.
Dalej red. Siergiejczyk pisze rzecz słuszną, choć niepotrzebnie przeciwstawianą poprzedniemu rozumowaniu: "Nie ulega wątpliwości, że Marzec stał się katalizatorem chyba największej fali zmian kadrowych w dziejach PRL. Nie zmienił się wprawdzie I sekretarz, ale już na poziomie aparatu centralnego i wojewódzkiego PZPR, a także wielu urzędów, wojska, prasy, kultury, nauki, skala zmian była ogromna". I zaraz dalej: "Zmiany te miały charakter czystki, nie tyle jednak rasowej, co pokoleniowej". Otóż to była czystka i, co przemilcza red. Siergiejczyk, wykonywana przez panoszącą w PRL sowiecką agenturę na wyraźne zlecenie Kremla. Czystka była prowadzona pod pozorem wyrzucania syjonistów, ale kampania antysyjonistyczna miała - jak to już wtedy wskazywał Roman Zambrowski - charakter zasłony dymnej. W rzeczywistości usuwano elementy z punktu widzenia Kremla niepewne, zwłaszcza skompromitowane w oczach Kremla w Październiku '56 postawą konfrontacyjną wobec ówczesnego sowieckiego dyktatu. Pomijając to, że usuwano autentycznych Żydów, Polaków o żydowskim pochodzeniu kogoś z rodziców, rodowitych Polaków ożenionych z Żydówkami lub - co częstsze - z Polkami o żydowskim rodowodzie, wyrzucono wtedy z wojska oraz różnych ogniw aparatu wielu rodowitych Polaków. Gen. Tadeuszowi Bończa-Piórze zarzucono, że ukrył przed Partią swe żydowskie pochodzenie i prawdziwe nazwisko Feder w sytuacji, gdy pochodził on ze znanej ziemiańskiej rodziny i był za to szykanowany przed 1956 rokiem przez Informację Wojskową. Takich Polaków był cały legion.
Red. Siergiejczyk wyraźnie usiłuje załagodzić wizerunek tej obrzydliwej nagonki na polecenie Moskwy. Oczywiście ma słuszność, że czystki marcowe były łagodniejsze niż represje stalinowskie, ale to nieprawda, że za Stalina to Żydzi represjonowali Polaków, zaś w marcu '68 Polacy brali rewanż na Żydach. W okresie stalinowskim w więzieniach X departamentu MBP lub Informacji wojskowej trafiali się również Polacy żydowskiego pochodzenia i ich los był nieraz bardzo okrutny. Natomiast mam poważne powody do przypuszczania, że w Marcu od antysemickiej nagonki najbardziej ucierpieli rodowici Polacy. Mój kolega z celi więziennej Piotr Żebruń z humorem komentował: "nie ten Żyd kto Żyd, lecz ten kogo Partia wskaże".
Red. Siergiejczyk słusznie wskazuje: "W dyskusjach o Marcu mało kto zastanawia się nad rolą czynnika w owym czasie nadrzędnego i rozstrzygającego - Moskwy. A przecież tak ważne decyzje, jak choćby uruchomienie czystki w wojsku (którą przeprowadzał gen. Jaruzelski), nie mogły być podejmowane bez wiedzy i zgody kierownictwa sowieckiego".
Wiemy o tym dzięki wspomnieniom ówczesnych notabli sowieckich odpowiedzialnych za polskie sprawy Piotra Kostikowa czy gen. Pawłowa. To Brieżniew wyraźnie sugerował Gomułce czystkę towarzyszy żydowskich, by zwolnić miejsca dla młodszego pokolenia partyjniaków i przed nim tow. Wiesław deklarował, że nie będzie w Polsce żydowskiej V kolumny. Skutkiem tego musiał zabrać z wojska marszałka Mariana Spychalskiego, okrzyczanego - zupełnie bezpodstawnie! - przez sowiecką agenturę w wojsku "Mońkiem". Zastąpił go protegowany przez Kreml gen. Wojciech Jaruzelski.
Niejako na pocieszenie red. Siergiejczyk serwuje nam supozycje prof. Adama Schaffa, że dzięki emigracji do Izraela Moskwa mogła odbudować nadszarpnięte przez wojnę izraelsko-arabską stare siatki agenturalne. Być może o to chodziło tow. Wiesławowi, którego broniła premier Gołda Meir przed europejskimi socjalistami potępiającymi go za antysemityzm. Gołda Meir wskazywała, że Gomułka umożliwił jednak Żydom emigrację do Izraela.
Mam natomiast żal do red. Siergiejczyka o to, że redukuje on marcowe manifestacje studenckie do roli pretekstu do znacznie ważniejszych jego zdaniem działań na szczytach władzy, zaś uczestników manifestacji traktuje lekceważąco jako nawóz historii. Dla mnie wręcz przeciwnie: marcowi demonstranci uratowali wtedy honor narodowy, protestując przeciwko pomiataniu Polakami przez moskiewskich sługusów.

II

Jeśli red. Paweł Siergiejczyk jest poważnym historykiem, z którym różnimy się co do oceny pewnych faktów historycznych, to red. Marian Miszalski - znany dziennikarz prawicowy - rozpowszechnia na łamach katolickiego tygodnika "Niedziela" pozbawione podstaw mity o wydarzeniach marcowych. (nr 9 z dnia 2 marca br.) W artykule pt. "Marzec '68" słusznie podkreśla on, iż bezpośrednią przyczyną protestów studenckich było zdjęcie ze sceny Teatru Narodowego sztuki Adama Mickiewicza. Powtarza jednak niepotwierdzone w żadnych dokumentach legendy o protestacyjnym opuszczeniu widowni przez sowieckiego ambasadora w proteście przeciwko antyrosyjskiej scenie z kajdanami odegranej przez śp. Gustawa Holoubka. W rzeczywistości było wręcz przeciwnie: delegacja teatralna z Moskwy zamieściła na łamach gazety "Prawda" pochlebną recenzję z przedstawienia "Dziadów". Zdjęcie dramatu Mickiewicza przez Władysława Gomułkę i Zenona Kliszkę było samodzielnym aktem wiernopoddańczym. Tak czy owak była to decyzja w pełni zasługująca na protest społeczny.
W następnym akapicie autor pisze: "Reakcja widowni była o tyleż spontaniczna, co organizowana. Po stronie organizatorów znalazły się dzieci »puławian«, właśnie w wieku studenckim, i - jak wolno się domyślać (bo dowodów nie ma) - prowokatorzy bezpieki nasyłani przez »natolińczyków«". Są to określenia zupełnie anachroniczne dla opisu sytuacji w 1968 roku. By zrozumieć, o co chodzi autorowi, musimy się cofnąć do wydarzeń sprzed 12 lat, czyli do wydarzeń Polskiego Października 1956 roku.
Wówczas po śmierci prezydenta Bolesława Bieruta w łonie Komitetu Centralnego PZPR starły się dwie zakonspirowane koterie (obowiązujący w partii stalinowskiego typu centralizm demokratyczny wykluczał oczywiście wszelakie podziały na frakcje czy grupy). Marian Miszalski opisuje je - jak to ma od wielu lat w zwyczaju - na podstawie dawnej lektury książki żydowskiego intelektualisty z Warszawy Witolda Jedlickiego. Był on agentem UB, następnie działaczem opowiadającego się za reformowaniem PRL Klubu Krzywego Koła, zaś w roku 1962 wyjechał do Izraela z PRL - jak podejrzewam - z zadaniem od gen. Moczara. Opisał on mało znane szerszej publiczności walki na szczytach władzy w 1956 roku pod kątem interesów jego resortu. w głośnym w swoim czasie pamflecie pt. "Chamy i Żydy" wydanym przez Instytut Literacki w Paryżu. Wbrew prawdzie historycznej uznał on wielkie pokojowe zwycięstwo Polaków nad sowieckim imperium zła w październiku 1956 roku za propagandowy humbug. Walczące ze sobą koterie opisał również pod kątem interesów SB. Zwolenników reform i uniezależnienia się od Kremla opisał on jako dawnych stalinowców, poprzez opowiedzenie się za demokratyzacją i suwerennością uciekających od odpowiedzialności za zbrodnie stalinowskie. Chociaż ich przeciwnicy, popierani przez sowiecką ambasadę, byli w tym samym stopniu uwikłani w popieranie stalinowskiego kursu, Jedlicki rozgrzeszył ich z tej winy. Choć w obydwu koteriach panował kult proletariackiego chamstwa oraz roiło się od Polaków żydowskiego pochodzenia, Jedlicki równie arbitralnie partyjnym "liberałom" nadał przydomek "Żydów", zaś ich stalinowskim de facto przeciwnikom miano "chamów". W 1962 roku gen. Moczarowi bardzo pasowało, że jego przeciwników będzie się określało jako "Żydów", zaś jego zwolenników jako przedstawicieli polskiego ludu - prostych robotników i chłopów, traktowanych z pogardą jako chamy.
Październikowe zwycięstwo "puławian", którzy przeciągnęli na swoją stronę zwolnionego ze stalinowskiego więzienia Gomułkę, Jedlicki przedstawiał jako sukces jedynie propagandowy. Żydowscy stalinowcy wykołowali według niego naiwnych Polaków, wmawiając im, że odnieśli dla nich sukces w starciu z Kremlem, choć jedynie obronili swoje stołki. Tymczasem sukces październikowy był całkiem namacalny: został uwolniony z internowania w Komańczy ks. Prymas Stefan Wyszyński, Kościół katolicki odzyskał swoje uprawnienia, cofnięte w okresie stalinowskim, został przerwany kurs na kolektywizację rolnictwa, ograniczono uprawnienia UB, rozwiązano stalinowski Związek Młodzieży Polskiej, wyrwano u Moskwy odszkodowanie za dostarczany tam za pół darmo węgiel. Były to realne sukcesy Polaków, wymuszone na Sowietach mimo parcia sowieckich czołgów na Warszawę. Trzeba stwierdzić z przykrością, że na matactwach W. Jedlickiego nie poznał się redaktor "Kultury" paryskiej Jerzy Giedroyc. Nie zareagował nawet na otwarte ataki Jedlickiego na ks. Prymasa, któremu zarzucał on haniebną ugodę z komunistami.
Można powiedzieć, że w pierwszych latach 60. Witold Jedlicki odegrał rolę podobną do obecnej roli Jana Tomasza Grossa. Co więcej, żydowski intelektualista przygotował Moczarowi grunt do przyszłych czystek jego przeciwników, przyklejając im arbitralnie łatkę "Żydów" i oczyszczając prosowieckich "natolińczyków", czyli przeciwników "puławian", od zarzutu antysemityzmu.
Nie wiem, jak się stało, że znany prawicowy publicysta Marian Miszalski tak sobie upodobał ten załgany paszkwil na pierwsze polskie zwycięstwo nad Imperium Zła. Podejrzewam, że uwiódł go sprytny tytuł o walce "Żydów" i "chamów" w obozie komunizmu. Nie doczytał tej broszury do końca i nie wyczytał tam bezczelnych w ustach żydowskiego ubola zarzutów o ustaleniu przez ks. Prymasa wzorców postępowania dla katolickich oportunistów idących na ugodę z komuną. Tak czy owak błędne przesłanki powodują błędne wnioski. Red. Miszalski błędnie oceniając sytuację w popaździernikowej PRL, błędnie rozdziela sympatie wobec uwikłanych w Marzec '68 stron konfliktu. Zamiast opowiedzieć się jednoznacznie po stronie polskich studentów broniących honoru narodowego w obliczu zdjęcia przez komunistów w imię odwiecznej przyjaźni polsko-sowieckiej skarbu narodowej literatury, jakim są "Dziady" Adama Mickiewicza, rozważa racje różnych stron konfliktu, powtarzając w dobrej wierze argumenty strony partyjnej o zagrożeniu żydowskim dla polskiej racji stanu. Powtarza - trzeba to powiedzieć otwarcie - różne banialuki, znane ze stron komunistycznej lub PAX-owskiej prasy tamtych czasów.
Nie było żadnego "puławskiego" spisku przeciwko Gomułce. W pierwszym rzędzie nie było już żadnych "puławian" ani "natolińczyków", po wielu latach dyscyplinowania Partii przez Gomułkę (przy sposobności sprostuję błąd red. M. Miszalskiego, iż nazwa "puławian" pochodzi od miasteczka Puławy. Świadczy ten błąd o tym, że red. M. Miszalski nie doczytał do końca książki W. Jedlickiego). Promoskiewska koteria "natolińczyków" jeszcze w 1957 roku rozpadła się na antygomułkowską grupę Kazimierza Mijala oraz resztę, która zwyczajnie poszła na służbę do Gomułki. Z nich oraz licznych nowych zwolenników rządnych kariery utworzył gen. Moczar grupę tzw. partyzantów. Poza tym nie było dzieci żadnych "puławian" na widowni Teatru Narodowego. Zwyczajni Polacy bili brawo aktorom grającym narodowy dramat i nie było w tym żadnej prowokacji wobec władz. To władze prowokowały Polaków, podnosząc rękę na utwór narodowego wieszcza. Jedynym dzieckiem dawnego działacza koterii puławskiej działającym w ówczesnym ruchu opozycyjnym byłem ja, jako syn Romana Zambrowskiego, ale wbrew twierdzeniom SB i reżymowych mediów - nie byłem na żadnym przedstawieniu "Dziadów" i nie brałem udziału w Kuroniowym "Ruchu 8 marca". To są wszystko bzdury głoszone przez ówczesne środki przekazu oraz partyjnych i PAX-owskich agitatorów. Niepotrzebnie Marian Miszalski ufa w ubeckie brednie o zwalczaniu syjonizmu w odpowiedzi na żydowski nacjonalizm. PRL nie zagrażał syjonizm czy inne formy żydowskiego nacjonalizmu. Moskiewska agentura grała znaczonymi kartami. To polska ulica cieszyła się ze zwycięstw proamerykańskiego Izraela nad arabskimi sojusznikami Kremla. Gdy zaczęła się propagandowa nagonka przeciwko Żydom, młodzi Polacy demonstracyjnie zapuszczali brody, podobnie jak demonstracyjnie nosili czapki studenckie. Prasa komunistyczna kłamała i studenci darli demonstracyjnie gazety. Znakomitym przykładem propagandowych manipulacji były moje losy. Zostałem aresztowany pod zarzutem organizacji wiecu na Uniwersytecie, z czym nie miałem nic wspólnego, następnie oskarżany o sympatie dla Izraela, choć przez cały okres konfliktu na Bliskim Wschodzie wbrew opinii moich (polskich - nie żydowskich!) kolegów trzymałem stronę prezydenta Nasera. Ostatecznie skazano mnie za szkalowanie PRL poprzez krytykę antykatolickiej polityki władz w roku 1966, którą określiłem jako Kulturkampf, oraz za szkalowanie Narodu Polskiego poprzez ułożenie wiersza, którego prawdziwym autorem był Jan Kochanowski z Czarnolasu.
Wszystko to nie mieści się w schematach, które propaguje red. Miszalski. Najważniejsze jest to, że pisząc do katolickiego tygodnika "Niedziela", pomija on stanowisko Episkopatu, który poparł wtedy manifestującą swój sprzeciw wobec reżymu młodzież studencką. Pomija, ponieważ nie pasuje to do jego schematów.
Również przy "okrągłym stole" nie było drugiego pokolenia "puławian". To są tylko ładnie brzmiące bajki. Ja - w tym czasie stróż na budowie warszawskiego metra - napisałem artykuł przeciwko zapowiadanej ugodzie okrągłostołowej z Partią i żadne pismo drugiego obiegu nie chciało go zamieścić. Ukazało się ostatecznie na łamach "Tygodnia Polskiego" w Londynie, które redagował Włodzimierz Olejnik - mój kolega z przedmarcowego, przeciwnego Adamowi Michnikowi - "bogoojczyźnianego" (jak oni to określali) kółka dyskusyjnego. Później po wielkich staraniach wydałem w drugim obiegu swą polemikę z "Chamami i Żydami" W. Jedlickiego zatytułowaną "Rewelacje wyssane z palca". Nakład się rozszedł w mgnieniu oka (dziś ten tekst można przeczytać tylko na witrynie Antysocjalistycznego Mazowsza - ASME) i zapanowała wymuszona przez Adama Michnika cisza. Tej ciszy pilnują dziś koledzy Jana Tomasza Grossa ze Stowarzyszenia "Otwarta Rzeczypospolita". Oni dziś wraz z Janem Tomaszem Grossem zarzucają Polakom oraz polskiemu Episkopatowi antysemityzm. I dzięki zorganizowanemu przez nich przemilczaniu mojej osoby red. Marian Miszalski może spokojnie opowiadać swoje bajki dla dorosłych.
W bajki M. Miszalskiego o Marcu '68, podobnie jak w poprzedzające je łgarstwa Witolda Jedlickiego o Październiku '56 uwierzą ci, którzy są zbyt młodzi, by pamiętać, jaka była prawda. Siłą rzeczy nasuwa się jednak pytanie do red. Miszalskiego. Panie Marianie, czy aby panu nie pomyliły kierunki i sojusze?

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


"Manifa" i "Kontr-Manifa" AD 2008 w obiektywie TV ASME Wysłane niedziela, 9, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








"Manifa" i "Kontr-Manifa" AD 2008 w obiektywie TV ASME Wysłane niedziela, 9, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Jak zwykle w dniu 8 marca każdego roku środowiska kulturowych marksistów usiłują podtrzymać wezwanie komunazistki Klary Zetkin z roku 1910 minionego wieku do "docenienia roli kobiety w ludzkości", chociaż codziennie w każdej rodzinie kobieta spotyka się z nieustannymi dowodami wdzięczności za swoją niebagatelną w niej rolę - która stanowi oś życia każdego cywilizowanego człowieka. Polityczki wychowane przez komunazistów i komunazistki (naziści też przykładali sporą wagę do obchodów tzw. Dnia Kobiet!) - rodziców z poprzedniego pokolenia, usiłują wywołać szczególne zainteresowanie tym dniem, przeprowadzając w kilku polskich miastach tzw. Manify, z których oczywiście największa liczebnie odbywa się od kilku lat w naszej stolicy Warszawie. Przedstawiamy Państwu zapis z wczorajszej "Manify", która okazała się być pod względem liczebności najmniej liczną od początku tego zjawiska na warszawskich ulicach (wzięło w niej po stronie feminazistek znacznie mniej niż tysiąc osób, co świadczy o wyczerpywaniu się nośności tego hasła marksizmu kulturowego) oraz z tzw. Kontr-Manify, przygotowanej przez Młodzież Wszechpolską w okolicy Sejmu RP. Feminazistki i maskulinofobi wyruszyli spod kultowego dla nich i pokolenia ich rodziców monumentu komunazimu, jakim jest Pałac Stalina w Warszawie, by - jak tradycja nakazuje - spotkać się z katolickimi narodowcami w jakimś wygodnym dla obu stron miejscu stolicy.

Nagranie trwa prawie 12 minut, jest dostępne w Sieci do 23 III 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




Urywek z antyfeministycznej Kontr-Manify przeprowadzonej w dniu dzisiejszym przez Młodzież Wszechpolską Wysłane sobota, 8, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Zapraszamy Państwa do zapoznania się z nowym wykonaniem czeskiego szlagwortu "Jozef z bazin", rozreklamowanego przez stację telewizyjną TVN, sprawdzającą w ten sposób zasięg oddziaływania swoich wpływów merdialnych - tym razem w wykonaniu członków Młodzieży Wszechpolskiej, wśród której szeregów można dostrzec szefa Sekcji Młodzieżowej Unii Polityki Realnej, p. Daniela Stępkowskiego, który dał się w ten sposób poznać z niespodziewanej strony - niepospolitego talentu choreograficznego...

Nagranie trwa prawie 3 minuty.




I część wywiadu z Bogdanem Czajkowskim, jednym z liderów strajku studenckiego na Politechnice Warszawskiej w 1968 r. Wysłane piątek, 7, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








I część wywiadu z Bogdanem Czajkowskim, jednym z liderów strajku studenckiego na Politechnice Warszawskiej w 1968 r. Wysłane piątek, 7, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Przedstawiam Państwu bohatera »wydarzeń marcowych« z 1968 roku, przywódcę strajku na Politechnice Warszawskiej, Bogdana Czajkowskiego" - rozpoczął wywiad redaktor Antoni Zambrowski, sam również jeden z "bohaterów" ówczesnych wydarzeń.

Bogdan Czajkowski opowiada o dniach strajku solidarnościowego z pobitymi studentami z Uniwersytetu Warszawskiego, strajku na drugiej wielkiej uczelni Warszawy. Ten strajk jest szerzej znany dzięki wiecowi w Auli budynku głównego PW zwanej "spadochronową"; wiecowi, który był obserwowany przez tysiące warszawiaków zgromadzonych na placu przed Politechniką, w tamtych czasach noszącego nazwę "Jedności Robotniczej". Były lider strajku mówi o infiltracji komitetu strajkowego przez Służbę Bezpieczeństwa, o uruchomionych przez SS PRL prowokatorach działających na ulicach stolicy demolujących sklepy w okolicach uczelni, którzy mieli za zadanie wytworzenie wrażenie, że to nie studenci "wzniecali niepokoje", ale ludzie z tzw. marginesu ulicznego.

Nagranie trwa ponad 20 minut, jest dostępne w Sieci do 21 III 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja o dobrej jakości.




40. rocznica tzw. wydarzeń marcowych 1968 roku - jeden przywódców ówczesnego protestu na Politechnice Warszawskiej, Bogdan Czajkowski nie przyjął Orderu Odrodzenia Polski od Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Wysłane czwartek, 6, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Jeden z liderów wydarzeń Marca'68 nie przyjął orderu od prezydenta

"Prezydent uhonorował Orderami Odrodzenia Polski uczestników wydarzeń Marca '68. Wiec 6 marca zwołany był - mówił prezydent - w obronie kolegów, Adama Michnika i Henryka Szlajfera. Prezydent nie odznaczył jednak Michnika, nie było go też wśród gości w Pałacu Prezydenckim. Jeden z uczestników liderów ruchu marcowego, Bogdan Czajkowski, nie przyjął odznaczenia. (...)".
http://wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?kat=1342&wid=9730586

"Jak dowiedziało się Radio ZET od Bogdana Czajkowskiego, to że nie przyjął on odznaczenia, nie było manifestacją przeciwko prezydentowi Kaczyńskiemu, ale przeciwko temu, co spotkało go w wolnej Polsce. Czajkowski powiedział, że czuje się skazany na banicję w swoim kraju, gdzie nie ma nawet dla niego pracy.
Bogdan Czajkowski, podczas protestów student Politechniki Warszawskiej, kiedy został wywołany do odebrania orderu, podszedł do prezydenta i w kilku zdaniach wyjaśnił przyczyny swojej decyzji. Nie wiadomo jednak, co powiedział. (...)".
http://wiadomosci.onet.pl/1705862,448,item.html

"Ja też bym nie przyjął" - pisze na swoim blogu w Onet.pl Janusz Korwin-Mikke:
"Dowiedziałem się ze zdumieniem, że Adam Michnik nie otrzymał odznaczenia przyznawanego przez Pana Prezydenta z okazji 40. rocznicy marca 1968. Jestem tym oburzony - bo jeśli upamiętnia się jakąś rocznicę, to należy odznaczać tych, co wtedy czymś się odznaczyli.
Być może jednak Adam Michnik przekazał już uprzednio kancelarii prezydenckiej, że odznaczenia nie przyjmie.
Nie wiem, z jakich powodów nie przyjął odznaczenia p. Bogdan Czajkowski. Ja bym też nie przyjął. Wolałbym optymistycznie poczekać na 50-lecie - w nadziei, że wreszcie ordery będzie wręczał ktoś godny i uczciwy. Dla mnie największą nagrodą była półroczna wtedy odsiadka. Więzienia - to uniwersytety opozycji.
Na szczęście nie mam tego problemu, gdyż - jak powszechnie wiadomo - w życiu politycznym tego reżymu: nie istnieję.
http://korwin-mikke.blog.onet.pl/2,ID299671676,index.html

TV ASME jest w posiadaniu nagrania z wywiadu, jaki przeprowadziliśmy z udziałem reaktora Antoniego Zambrowskiego z Bogdanem Czajkowskim w dniach poprzedzających obecną, 40. rocznicę obchodów tzw. wydarzeń marcowych z roku 1968 - które to nagranie zostanie udostępnione już w najbliższych dniach.