marca 15, 2008 - marca 27, 2008

W UE nie można przecież bez końca "tolerować bezprawia", czyli czekamy na sposób, w jaki Polska będzie musiała wypłacić odszkodowania dla Niemców - Stanisław Michalkiewicz o nikłych możliwościach działania polskich polityków Wysłane czwartek, 27, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








W UE nie można przecież bez końca "tolerować bezprawia", czyli czekamy na sposób, w jaki Polska będzie musiała wypłacić odszkodowania dla Niemców - Stanisław Michalkiewicz o nikłych możliwościach działania polskich polityków Wysłane czwartek, 27, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Jak wiadomo, nasz hymn mówi, że »Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy«, a »co nam obca przemoc wzięła - szablą odbierzemy« - to takie ładne, choć trochę desperackie. Całkiem inny jest np. hymn brytyjski, który mówi »Boże, chroń króla«... Trochę szkoda, że na tę okoliczność, o której zaraz będę mówił, nie mamy hymnu brytyjskiego. Nie mamy króla, ale mamy Pana Prezydenta, a akurat może On znaleźć się w wielkim niebezpieczeństwie i dobrze byłoby, gdybyśmy jako obywatele wznosili jakieś modły, by Bóg naszego prezydenta chronił. Otóż ten gej, który został pokazany w trakcie orędzia Pana Prezydenta w sprawie Traktatu »Lezbońskiego«, zechciał spotkać się z Panem Prezydentem! Nie wiem, w jakim celu, ale może, by przekonać Pana Prezydenta, że »kochanie inaczej« nie jest niczym strasznym...? Jeśli mi wolno w takiej okazji (a nieproszone rady są najgorsze), cokolwiek doradzić, to myślę, że nie powinien On odwracać się tyłem do swojego gościa, bo inaczej Pan Prezydent może znaleźć w wielkim niebezpieczeństwie" - Stanisław Michalkiewicz, znakomity publicysta prawicowy i stały współpracownik naszej witryny ASME, żartuje z konsekwencji osławionego ostatniego orędzia Głowy Państwa.

Scenę polityczną, zaraz po świętach, zdominował wielki spór pana Wałęsy, byłego prezydenta, z obecnym prezydentem, którego ten pierwszy nazwał "durniem" nie po co innego, ale by pan Lecha Kaczyński został przebadany przez "specjalistów". Są to spory odpowiadające aktualnym możliwościom naszych dygnitarzy. Od czasu przyłączenia Polski do Unii Europejskiej 1 maja 2004 r. od naszych dygnitarzy zależy już coraz mniej, więc to wyznacza pole sporów, jakie mogą między sobą toczyć.
Warto na tym tle zaznaczyć, że wkrótce pewnie dojdzie do kompromisu w sprawie Traktatu Lizbońskiego, przez złośliwców zwanego "Lezbońskim", między Panem Prezydentem a Donaldem Tuskiem: Pan Prezydent w porozumieniu z PiS zgodzi się na ratyfikację Traktatu "Lezbońskiego", w zamian za co Platforma zgodzi się na to, by PiS przyozdobił się listkiem figowym - być może nawet tym zerwanym z tej figi, którą pokaże w ten sposób przeciwnikom anszlusu.
Tymczasem Niemcy podjęły decyzję w sprawie tzw. Widocznego Znaku, czyli miejsca upamiętnienia "wypędzeń", by po wsze czasy zostało upamiętnione "wypędzenie" Niemców z obecnych ziem polskich. W "Rzeczpospolitej" pan redaktor Cichocki darł włosy z głowy, że Niemcy zlekceważyli wszelkie zastrzeżenia strony polskiej, także "skarb narodowy", pan Bartoszewski został zlekceważony! Na razie zaniemówił, być może nie może dojść do siebie po świętach. Stanisław Michalkiewicz przypomina przy tej okazji, że jeszcze w połowie lat 90. ub. wieku ówczesny minister Spraw Zagranicznych Niemiec, pan Klaus Kinkiel (uprzednio był szefem BND...) w liście do Radia Kolonia przypomniał, że "Niemcy NIGDY nie uznały wypędzeń", i że "roszczenia majątkowe osób prywatnych pozostają sprawą otwartą"...

Nagranie trwa ponad 9 minut, jest dostępne w Sieci do 10 IV 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania.




Wraca TERAZ MY: brak koncepcji na uzdrowienie mediów publicznych - Łukasz Perzyna o zakusach polityków na pieniądze podatników Wysłane czwartek, 27, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Wraca TERAZ MY: brak koncepcji na uzdrowienie mediów publicznych - Łukasz Perzyna o zakusach polityków na pieniądze podatników Wysłane czwartek, 27, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Wildstein - nie Einstein. Takie powiedzenie krąży już od pewnego czasu po Warszawie i wydaje się, że ma wszelkie dane, by powrócić po niedawnych wystąpieniach publicystycznych niedawnego prezesa telewizji publicznej. Co bardziej zadziwia - mimo, że prezes Wildstein został w błyskawicznym trybie i atmosferze nieco histerycznej odwołany przez Jarosława Kaczyńskiego z tej funkcji, to w wystąpienia publicznych i ten, który odwoływał, i ten, który został odwołany - nie różnią się, a sekundują tym rozgrywającym również i halabardnicy - jak na przykład Piotr Semka. Co mówią? Ano debacie na »odzyskiwania« temat mediów publicznych - jak chce tego widzieć PO, czy »zawłaszczaniu« przez PO, jak tego chce Prawo i Sprawiedliwość wraz z swym zapleczem medialnym, towarzyszy specyficzny pogląd, wyrażony niemal jednobrzmiąco przez te trzy postacie. Skoro media prywatne w Polsce w znakomitej większości sprzyjają Platformie, skoro taki jest polski krajobraz medialny, to w takim razie - dla wyrównania potencjałów, dla równowagi i sprawiedliwości - opozycja powinna sprawować władzę nad mediami publicznymi. Problem jeden wydaje się tu zasadniczy. Co byśmy nie powiedzieli o genezie stacji TVN Waltera czy Polsatu Zygmunta Solorza - to finansują się z reklam, nie z abonamentu. Podobnie zresztą czyni to cała prasa codzienna" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, opisuje kulisy parlamentarnej walki o tzw. media publiczne.

Podział na media prywatne, które sprzyjają, a nawet nadskakują rządowi Donalda Tuska, i media publiczne, które ten rząd sprawiedliwie krytykują - wydaje się być narysowany zbyt grubą kreską, by kupić go bez zastrzeżeń. Abonenci stanowią pewnie grupę podobnie reprezentatywną jak wyborcy, którzy w ostatnich wyborach odmówili poparcia rządowi Jarosława Kaczyńskiego, przy największej jak dotąd frekwencji. Z jakiej racji ten abonent ma finansować sprzyjającą ugrupowaniom opozycyjnym telewizję publiczną? Dlaczego ma dokonywać aktu jakiejś filantropii? Przecież istnieją inne sposoby wspieranie swoich ulubionych liderów politycznych - przypomina Łukasz Perzyna.
Obóz - wcześniej PC - późnej i teraz PiS - miał swoje media, przypomina Łukasz Perzyna - tylko je położył, doprowadził je do destrukcji, ludzie tych mediów nie chcieli kupować. Był "Tygodnik Centrum", później było "Nowe Państwo", wciąż jest "Gazeta Polska", tak blisko związana z PiS...
Co ciekawe - PiS powoływało się niegdyś na doświadczenie wolnego rynku, gdy chodziło o istnienie wolnych mediów. Ale jak widać to dzisiaj – prawi i sprawiedliwi reprezentanci wolą, by ich przekaźniki były utrzymywane przez podatników...

Nagranie trwa ponad 13 minut, jest dostępne w Sieci do 10 IV 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania.




Trzecia mobilizacja internetowa - dla zwolenników jedynej partii konserwatywno-liberalnej Wysłane środa, 26, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Jak można było się spodziewać, zabawa w sondy internetowe, "dzięki" wpadce administratorów witryny Platformy O. z ich głosowaniem w sprawie ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego, przez złośliwą ulicę warszawską, na której ruchem zarządza posterunkowy redaktor Stanisław Michalkiewicz - zwanego też Lezbońskim - wielce rozochociła towarzystwo żurnalistów witrynnych i jak z rogu obfitości sypią się kolejne zabawne "pomiary szczęścia internautów". Jeden z nich jest jednak ciekawy dla sympatyków i przedstawicieli Unii polityki Realnej, ponieważ od dawna nazwa ta nie występowała w jakichkolwiek "sątaszach" w ogóle.

Refleksem wykazali się admini witryny Onet.pl, którzy zamieścili ku rozrywce sympatyków UPR, stale pomijanych w "profesjonalistykierskich" zaklęciach pogody politycznej "polskiego regionu UE", układanych w zespołach szamańskich typu OBOP, CBOS, Pentor, GfK Polonia czy sopocka PBS dla klientów spod sztandarów LiD, PO czy PiS - sondaż na swojej witrynie, w którym uwzględnili UPR w rubrykach kwestionariusza.
Tak wyglądało owo głosowanie o godz. 23.18:



Każdy, komu zależy na poczuciu przez chwilę blasku chwały przez znalezienie się w odpowiednim, dobrym towarzystwie (oczywiście różnym dla wielu osób) - elicie politycznej, powinien wziąć jednak udział w tej zabawie i zaznaczyć oczywisty wybór. Adres - na witrynie Onet-u.

Przypominamy, że w innej ankiecie na tej samej witrynie Onet.pl, dotyczącej sprawy Traktatu "Lezbońskiego", zwolennicy zachowania suwerenności Rzeczypospolitej powoli, ale konsekwentnie odzyskują pole:



...uzyskując pod koniec dzisiejszego dnia pełne 30% poparcia internautów. Zachęcamy do dalszej zabawy, w trakcie której jednak można dać znak kaście politykierskiej, że już dawno oderwała się od swych wyborców!

Krzysztof Pawlak
redaktor naczelny


Nie wierzymy sondażom! - druga mobilizacja "keyboard warriors" w obronie suwerenności Rzeczypospolitej trwa Wysłane środa, 26, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Komu wierzą Polacy? Któremu politykowi chcą oddać swoje zaufanie? Te pytania są teraz najbardziej aktualne - najnowszy sondaż szamanów od zamawiania pogody politycznej spod totemu CBOS przyniósł oczywiście oczywiste wyniki: Donald Tusk jest gwiazdą pierwszej wielkości na firmamencie polskiego teatru politycznego, rolę czarnego charakteru przydzielono Jarosławowi Kaczyńskiemu.

To są najnowsze przepowiednie, wyciągnięte przez znamienitych badaczy tajemnic przyrody ożywionej z kierunku rozrostu mchów na drzewie przy siedzibie CBOS. Wprawdzie na witrynie Onet.pl jest podobna sonda, w której najlepsze wyniki osiąga odpowiedź na punkt "Nie ufam żadnemu politykowi" (mój głos zdobył punkt "Inny polityk"), ale kto by się tam teraz - po sukcesie naszej akcji śledzenia sondy w sprawie Traktatu Lizbońskiego na witrynie Platformy O. - przejmował jakimiś zabawami w internecie? Administrator/zy tej witryny podkulili ogony i całkowicie zawiesili swoje głosowanie po tym, jak zaczęli z prawie już dwukrotną przewagą zwyciężać w niej zwolennicy zachowania suwerenności Rzeczypospolitej. Kolejne merdia - po wczorajszych enuncjacjach dziennika "Dziennik" i serwisu witryny Onet.pl - przyłączyły się do połajanek na błąd w sztuce manipulacji sondażami, jakim "POPiSali" się przedstawiciele Platformy O.:

Dziennik "Rzeczpospolita"
>Czy PO sfałszowała sondaż na swojej stronie
Jarosław Stróżyk 26-03-2008, ostatnia aktualizacja 26-03-2008 06:46
Internauci twierdzą, że Platforma wypacza wyniki ankiety na temat traktatu lizbońskiego
Pytanie umieszczone na stronie PO brzmi: Czy posłowie powinni ratyfikować traktat lizboński? Wyniki głosowania wśród internautów zmieniały się jak w kalejdoskopie.
Na początku zdecydowanie prowadziła opcja "nie", za którą opowiedziało się kilka tysięcy głosujących, przy zaledwie kilkuset głosach "tak". Nagle wyniki się odwróciły i "tak" powiedziało 5 tys. osób, a "nie" - zaledwie 900. Wywołało to prawdziwą burzę wśród internautów. Wielu zarzuciło PO fałszerstwo.
- Nie ma mowy o żadnym fałszerstwie - broni się poseł PO Paweł Graś. - Po prostu zostaliśmy zaatakowani przez hakerów, którzy wykorzystując braki w zabezpieczeniu naszej strony, setki razy głosowali "nie". Administratorzy strony skasowali głosy, które były oddane z tego samego IP.
To tłumaczenie nie przekonuje Kamila Ciszka-Skwierczyńskiego, który protestował przeciwko nagłej zmianie wyników. - Rozumiem, że ktoś mógł oddawać setki głosów na "nie", które zostały skasowane, ale skąd w takim wypadku nagły wzrost liczby głosów akceptacji? - pyta i dodaje, że jego zdaniem była to próba manipulacji ze strony Platformy.
- Potem PO jednak przywróciła wyniki, w których to opcja "nie" prowadzi. To o czymś świadczy - podkreśla. Rzeczywiście wczoraj po godz. 17 wyniki były następujące: ponad 10 tys. głosów na "nie" i ponad 6 tys. głosów na "tak".
Kolejną zmianę Graś tłumaczył tym, że strona nadal nie jest szczelna. Zapewniał, że dziś wszystko powinno być już w porządku. - Dotychczasowe wyniki zostaną skasowane i głosowanie rozpocznie się od nowa - zapowiadał Graś. W nocy PO zawiesiła publikację wyników sondażu<.

Witryna INTERIA.PL
>Internauci: Platforma manipuluje wynikami sondażu

PO zawiesiła na swojej stronie internetowej publikację wyników sondażu dotyczącego ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Internauci zarzucili jej bowiem, że manipuluje danymi.
Z komunikatu zamieszczonego na stronie Platformy wynika, że zawieszenie publikacji ma związek z "uzasadnionymi przesłankami wskazującymi na podejmowanie działań celowo zniekształcających wyniki sondy".
O dziwnie zmieniających się wynikach sondażu pisze środowa prasa. Według "Rzeczpospolitej", dane zmieniały się jak w kalejdoskopie. Na postawione pytanie, czy posłowie powinni ratyfikować traktat, na początku kilka tysięcy głosujących odpowiedziało: "nie". Nagle wyniki się odwróciły i na "nie" było 900 osób, a na "tak" - 5 tysięcy. Poseł PO Paweł Graś wyjaśnił "Rz", że o fałszerstwie nie ma mowy, a stronę zaatakowali hakerzy.
Portal dziennik.pl pisze, że o "cudownie zmieniających się wynikach" powstał nawet film na serwisie YouTube. Wiceszef klubu Platformy Obywatelskiej Grzegorz Dolniak wyjaśnił portalowi, że przyczyną zamieszania była przebudowa strony internetowej.
Wyniki sondażu mają zostać ponownie zamieszczone w internecie "po wprowadzeniu zabezpieczeń minimalizujących ryzyko ponownych manipulacji w przyszłości" - czytamy na stronie PO".
Przy okazji tej informacji można zagłosować w interiowej sondzie "Czy uważasz, że politycy często manipulują sondażami w internecie?", gdzie wynik jak na razie (godz. 13.20) rozkłada się: "TAK" - 86%, "NIE" - 14%, przy 2166 głosach<.

Witryna Wirtualna Polska (w ramach swojego "Raportu specjalnego - Ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego w parlamencie) oddaje głos nieocenionemu posłowi z socjaldemokratycznej partii Prawo i Sprawiedliwość (jak sam opisał swoją organizację przed kamerami TV ASME - "Zawsze byliśmy partią nieukrywającą swojego przywiązania do idei socjaldemokratycznych - Jacek Kurski o swoim ugrupowaniu PiS i losach koalicji rządowej":
>"Manipulacja na internetowej stronie PO"
PAP - dodane 1 godzinę i 24 minuty temu
Według posła PiS Jacka Kurskiego, wyniki sondażu w sprawie Traktatu Lizbońskiego, który znajdował się na stronie internetowej PO, mogły być manipulowane.

Na oficjalnej stronie PO został umieszczony sondaż: "Czy jesteś za ratyfikacją przez posłów Traktatu Lizbońskiego?", w którym to, w pierwotnej fazie, kilka tysięcy internautów odpowiedziało "nie", a tylko kilkuset "tak" - powiedział na konferencji prasowej w Sejmie Kurski.
Te wyniki nie były, jak się domyślamy, zgodne z oczekiwaniami właścicieli portalu, czyli PO. W zdumiewających okolicznościach nagle się zmieniły. Za ratyfikacją było 5000, a tylko 900 przeciwko - ocenił poseł PiS.
Jego zdaniem, stała się rzecz karygodna, która powinna zaalarmować sumienia wszystkich internautów.
Według Kurskiego, tłumaczenia PO w tej sprawie nie są do końca wiarygodne. W jego opinii, jeśli hakerzy zaatakowaliby portal, na stronie powinna ukazać się natychmiast informacja, że sondaż jest zawieszony, zeruje się wyniki i zabezpiecza stronę. Tymczasem z sekundy na sekundę zmieniły się wyniki. Uważamy to za próbę manipulacji - podkreślił.
To skandal internetowy - zaznaczył poseł PiS.
Na stronie internetowej PO znajduje się komunikat, z wtorkową datą, dotyczący wyników sondażu nt. ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego.
"W związku z licznymi komentarzami (...) oraz uzasadnionymi przesłankami wskazującymi na podejmowanie działań celowo zniekształcających wyniki sondy, zostaje ona zawieszona. Jej ponowne uruchomienie nastąpi po wprowadzeniu zabezpieczeń minimalizujących ryzyko ponownych manipulacji w przyszłości" - czytamy. (kab)<.

Przypominamy jednocześnie, że trwa druga mobilizacja internetowych zwolenników zachowania suwerenności RP, w której głosujemy w sondażu na witrynie Onet.pl "Czy posłowie powinni ratyfikować Traktat Lizboński?" zawartego przy co prawda już nie pierwszokolumnowej informacji na temat opisanej powyżej manipulacji administratora/ów oficjalnej witryny ugrupowania Platforma Obywatelska. Ostatnio zarejestrowane wyniki wyglądają następująco:



Proszę zwrócić uwagę, że zwolennicy zachowania suwerenności RP/przeciwnicy ratyfikacji TL - w stosunku do wczorajszych wyników - odzyskują pole: dziś już 29% (wczoraj 26%), przy malejącej przewadze zwolenników anszlusu Polski przez ZSRE (UE): dziś 58% (wczoraj 61%), którzy od lat dominują wśród odbiorców/czytelników witryny będącej własnością koncernu ITI/TVN panów Waltera i Wejcherta. Prosimy o dalsze głosy! Posła socjaldemokratycznego PiS - też!

Krzysztof Pawlak
redaktor naczelny


Druga mobilizacja zwolenników zachowania suwerenności Rzeczypospolitej - głosowanie na witrynie Onet.pl! Wysłane wtorek, 25, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Wzywamy do kolejnej mobilizacji naszych zwolenników - "keyboard warriors". Nasza akcja z 21.03 br., gdzie tylu zwolenników zachowania suwerenności Rzeczypospolitej odpowiedziało na nasz apel, rozesłany przez listę majlingową ASME oraz listę majlingową Okręgu Mazowieckiego UPR - przyniosła konkretny skutek. Mimo próby manipulacji przez administratora oficjalnej witryny Platformy Obywatelskiej, gdzie została zamieszczona sonda dotycząca ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego - odnieśliśmy skutek w internetowych zmaganiach.

Takie były wyniki głosowania w prawie ratyfikazji tzw. Traktatu Lizbońskiego na witrynie Platformy Obywatelskiej w dniu dzisiejszym w godz. 21.23:



W dniu dzisiejszym, ponaglani przez naszą witrynę ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza, która jako pierwsza podjęła całość sprawy głosowania na witrynie PO, wspieraną przez m.in witryny Tuskwatch.pl, Wykop.pl, Pardon.pl, żurnaliści witryny dziennika "Dziennik" - dziennik.pl, a za nimi - dziennikarze witryny o­net.pl, zostali zmuszeni do zamieszczenia informacji o manipulacjach administratora/ów oficjalnej witryny Platformy Obywatelskiej:

>Zaskakujące wyniki sondy na stronie PO

Zaskakujące wyniki przynosi sonda zamieszczona na stronach internetowych Platformy Obywatelskiej. Na pytanie czy posłowie powinni ratyfikować Traktat Lizboński, odpowiedź internautów jest inna niż stanowisko Platformy Obywatelskiej.
W sondzie oddano prawie 20 tys. głosów. 54 procent internautów wybrało odpowiedz "nie". "Tak" wskazało jedynie 35 procent odwiedzających stronę PO. Trzecią opcję ("powinno odbyć się referendum") wskazało 11 procent uczestników sondy.
Jak donosi dziennik.pl, w czasie trwania badania wyniki "tak" i "nie" zamieniły się miejscami. - Od osób odpowiedzialnych za prowadzenie naszej strony dowiedziałem się, że strona była w przebudowie. I to właśnie dlatego dochodziło do takich technicznych niespodzianek - tłumaczy w rozmowie z dziennik.pl Grzegorz Dolniak, wiceszef klubu Platformy Obywatelskiej.
Wyniki badania są diametralnie różne od drogi, jaką wybrał rząd Donalda Tuska, który jest zwolennikiem przyjęcia przez Sejm ustawy obligującej prezydenta Lecha Kaczyńskiego do podpisania Traktatu Lizbońskiego.
Takie wyniki głosowania mogą być skutkiem apelu Janusza Korwin-Mikkego, jaki polityk zamieści na swoim blogu w o­net.pl.
"Donald Tusk oświadczył: »Zrobimy wszystko, aby Traktat Lizboński został ratyfikowany«. Nie wiem: czy jakieś plutony egzekucyjne są już szykowane? Bo jak »wszystko« - to »wszystko«... Na razie możemy Mu trochę popsuć humor głosując w sondzie" - zachęcał na swoim blogu Janusz Korwin-Mikke<.
http://wiadomosci.onet.pl/1716569,11,item.html

Dziennik.pl:
>Manipulacja czy błąd techniczny?
wtorek 25 marca 2008 15:59
PO cudownie zmieniła wyniki sondażu


Wierzysz w internetowe sondaże? Po "cudach" na portalu Platformy Obywatelskiej można taką wiarę stracić. PO zapytała, czy traktat lizboński należy ratyfikować. I ku zaskoczeniu Platformy większość internautów odpowiedziała "nie". Nagle wyniki zamieniły się miejscami. I większość mówiła już "tak". PO tłumaczy: To techniczna niespodzianka. Internauci grzmią: To oszustwo!
O "cudownej" zamianie wyników poinformowali nas internauci. Na dowód przesłali screeny. Na serwisie YouTube pojawił się nawet film, pokazujący "cudowną zmianę wyników".
Tuż po uruchomieniu głosowania na stronie Platformy prawie pięć razy więcej internautów było przeciwnych ratyfikacji traktatu. Nagle, dziwnym sposobem, z sondażu wyparowały ponad 3 tysiące głosów na "nie", za to podobną liczbę głosów zyskała odpowiedź na "tak".

Co na to Platforma?

"Od osób odpowiedzialnych za prowadzenie naszej strony dowiedziałem się, że strona była w przebudowie. I to właśnie dlatego dochodziło do takich technicznych niespodzianek" - tłumaczy w rozmowie z dziennikiem.pl Grzegorz Dolniak, wiceszef klubu Platformy Obywatelskiej.
"Teraz już jest wszystko w porządku. Zapewniam, że to nie było żadne przekłamanie. Celowe przekłamanie można by podejrzewać raczej w przypadku, gdyby wyniki na naszej stronie rażąco różniły się od sondaży społecznych. A większość Polaków jest za ratyfikacją traktatu" - dodaje.
Według portalu pardon.pl, na zaskakujący wynik sondażu - większość głosów przeciwko traktatowi - mogła wpłynąć zmasowana akcja zwolenników Unii Polityki Realnej, którzy wzywali do zrobienia PO "psikusa". Pojawiły się też głosy, że stronę zaatakowali hakerzy.
Dolniak jednak nie wierzy w takie wytłumaczenie. "Nie jestem zwolennikiem spiskowej teorii dziejów. To z pewnością tylko efekt błędów technicznych związanych z przebudową strony" - tłumaczy.
Po południu wyniki sondażu wróciły do pierwszej wersji - po godzinie 17 za ratyfikacją traktatu głosowało niespełna 6500 internautów, przeciwko ponad 10 tysięcy. Ponad dwa tysiące chce, by w tej sprawie odbyło się referendum.

Magdalena Rubaj<

A teraz najważniejsze. Pod podanym wyżej linkiem do podstrony witryny o­net.pl jest zamieszczony własny sondaż tej witryny, w którym jeszcze zwyciężają zwolennicy anszlusu Polski przez ZSRE (UE). Zapraszamy Państwa do wyrażenia swojego głosu w tym głosowaniu!



PS. O godzinie 22.25 w dniu dzisiejszym można się już było jedynie zapoznać z komunikatem administratora witryny PO:
"W związku z licznymi komentarzami dotyczącymi wyników sondażu nt. ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, oraz uzasadnionymi przesłankami wskazującymi na podejmowanie działań celowo zniekształcających wyniki sondy, zostaje ona zawieszona. Jej ponowne uruchomienie nastąpi po wprowadzeniu zabezpieczeń minimalizujących ryzyko ponownych manipulacji w przyszłości".
Do tej pory wynik sondy sięgnął poziomów:
"NIE" - 14719
"TAK" - 7974
dla ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego przez posłów sejmu RP.

Przedstawiciele Platformy Obywatelskiej po prostu tego nie wytrzymali...

Krzysztof Pawlak
redaktor naczelny


Koniec świąt - administratorzy witryny Platformy Obywatelskiej wrócili do "roboty": ankieta "entuzjazmu Polaków dla ZSRE" ma wyglądać tak jak nakazuje "powaga chwili zlania się Unii do środka" Wysłane poniedziałek, 24, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Kto się przejmuje wróżbami politycznymi, produkowanymi masowo przez klany szamanów od zamawiania pogody politycznej - ten sam jest sobie winien. Czy to klan spod totemu CBOS-u, czy spod totemu OBOP-u, Pentora, PBS czy jeszcze innego - wróżby są takie, jakie zażyczy sobie klient, a ich wyniki mają najczęściej jeden cel: wpływ.

I choć przywykliśmy już od lat do podchodzenia z dość dużą dozą nieufności do jakichkolwiek prób pomiaru tzw. nastrojów społecznych, gdyż coraz częściej respondenci takich badań po prostu fałszują swoje opinie, nie chcąc podawać prawdziwych sympatii politycznych, to coraz bardziej internetyzujące się tzw. merdia mainstreamowe z dużą radością chwalą się "sondami sieciowymi", najczęściej zamieszczanymi na swoich witrynach. Oczywiście robią też tak administratorzy witryn ugrupowań politycznych, co i rusz publikując kolejne sondy na wybrane, najczęściej korzystne dla swoich zleceniodawców tematy. Takim "głosowaniem" był sondaż na witrynie Platformy Obywatelskiej, opisany w naszym poprzednim temacie "Sensacyjne głosowanie na witrynie Platformy Obywatelskiej: sympatycy PO przeciwni tzw. Traktatowi Lizbońskiemu?" z dn. 21.03.2008 r. Jak zwykle na tzw. prawej stronie części politycznej polskiej strefy internetu - podaliśmy jak pierwsi ów sensacyjny wynik, dzięki wytężonej pracy naszych "korespondentów". Skupiając się w tym doniesieniu na ciekawym zjawisku przewagi przeciwników ratyfikacji tzw. Traktatu Reformującego zwanego inaczej też Lizbońskim na witrynie pierwszoplanowo unioenuzjastycznie przecież plasującej się partii "zagranicy", wezwaliśmy naszych odbiorców/czytelników do wyrażenia swojego zdania na ten temat. Do godzin porannych przewaga przeciwników anszlusu RP przez Związek Socjalistycznych Republik Europejskich sięgnęła ponad 6,5-krotnego wyniku, w liczbach bezwzględnych, dochodząc do ponad 8500 głosów. Zwolennicy oszacowali się na poziomie ponad 1600 głosów (co też daje do myślenia o tzw. odwiedzalności tej witryny). Tymczasem...



...tak wygląda ta ankieta w godzinach wieczornych dzisiejszego dnia 24.03.2008. Administrator witryny najwyraźniej "skorygował" nieprzystające do propagandy prounijnej głosowanie, osiągając karykaturalny wynik, w którym liczba zwolenników zachowania suwerenności Rzeczypospolitej była mniejsza niż zarejestrowana przez nasz poprzedni zrzut ekranowy - z dnia 21.03.2008 r.:



Bezczelność propagandzistów uniofederastycznych, jak widać, nie ma granic i nie powstrzymają się od KAŻDEJ metody oszustwa, by dokonać manipulacji "głosowaniami", tak jak robią to już od lat zawodowi technicy od socjotechniki, zatrudniani przez "specjalistyczne" firmy od politycznych wróżb z tras przelotów ptaków, wnętrzności wyłowionych ryb czy rozkładu patyczków, opisywanych w heksagramach Księgi Liczb...

Krzysztof Pawlak
redaktor naczelny


PS. Pan Artur Pabjańczyk nadesłał swój zrzut ekranowy - z dn. 22.03. z godz. 7:50 - pokazujący pośrednie (między naszą pierwszą rejestracją z popołudnia 21.03 a wczorajszym zafałszowaniem sondy) wyniki z tego głosowania:



Jak widać - po wezwaniu do wyrażenia swojego poglądu na temat ratyfikacji "Traktatu Lizbońskiego" także przez naszą witrynę (jako pierwszą po blogu JKM-a) przyrost głosów na "NIE" był dynamiczny, a głosów na "TAK - raczej anemiczny...

PPS. Godz. 12.48: Dało się zauważyć na witrynie Platformy O. kolejne zaskakujące zjawisko. Oto w ciągu 9 (dziewięciu) minut nastąpił przyrost głosów na "NIE" o 3063 "punkty" - między godz. 12.18 a 12.29 (z 5479 do 8542. Można założyć dwa scenariusze: nagłośniona w dniu dzisiejszym przez już wiele innych niż nasza witryn (m.in. Pardon.pl. Wykop.pl, Tuskwatch.pl, powiadomiliśmy także redakcje dzienników "Rzeczpospolita" oraz "Polska" poprzez witrynę "Wiadomosci24.pl") nasza akcja obserwacji tego sondażu przyniosła nadspodziewane wyniki w postaci ponownej mobilizacji zwolenników zachowania suwerenności RP. Drugim wyjaśnieniem jest możliwość wycofania się administratora witryny PO z odjęcia części głosów respondentów naciskających opcję "NIE" - tyle że głosy na "TAK" nie zostały analogicznie potraktowane. Oto zrzut ekranowy z godz. 12.38 - po zarejestrowaniu tego zjawiska:



Prosimy naszych PT Odbiorców/Czytelników o dalsze śledzenie wyników tego sondażu!

Sensacyjne głosowanie na witrynie Platformy Obywatelskiej: sympatycy PO przeciwni tzw. Traktatowi Lizbońskiemu? Wysłane piątek, 21, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Czy publicznie okazany protest przeciw ratyfikowaniu przez sejm tzw. Traktatu Lizbońskiego, zamanifestowany przez działaczy i sympatyków Unii Polityki Realnej 12 marca br. przed budynkiem Sejmu RP (nagłośniony szeroko przez naszą witrynę jako pierwszy serwis informacyjny jeszcze tego samego dnia - vide artykuł "Dzisiejszy wiec Unii Polityki Realnej »Traktat Lizboński powinien być ratyfikowany w referendum!« w obiektywie TV ASME", obejrzany przez kilkanaście tysięcy odbiorców TV ASME) - wywołał także ferment w dotąd jak najsilniej prounijnych szeregach partii Platforma Obywatelska? Tego jeszcze nie wiemy, ale wynik głosowania na witrynie PO wskazuje na zastanawiające zjawisko dające się zaobserwować wśród odwiedzających tę część politycznych zasobów polskiego internetu.

Od momentu, gdy nagłośniliśmy protest UPR w sprawie dokończenia procesu anszlusu Polski przez tworzącego się na naszych oczach socjalistycznego i zbiurokratyzowanego molocha - nowego państwa o nazwie Unia Europejska, w merdiach zapanowała istna wścieklica propagandowa, skierowana głównie w stronę posłów ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość, czyli polskiej lewicy patriotycznej, a by ci ugięli się pod zmasowanym atakiem żurnalistycznych eurofederastów i wyłamali się z zapowiedzianej przez prezesa PiS dyscypliny w trakcie głosowania nad ustawą o trybie ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego. Dokument ten kładzie kres suwerenności Rzeczypospolitej, podporządkowując jej organy państwowe dyrektywom płynącym z Brukseli i Strasburga w jeszcze większym stopniu niż jest to obecnie, kiedy 2/3 stanowionego przez sejm prawa wypełniają przepisywane z dokumentów unijnej biurokracji zapisy prawne. Zwolennicy takiego rozwoju, choć bardziej odpowiednie w tym przypadku byłoby pojęcie "zaniku", państwowości polskiej w najbardziej wymierny sposób poparli w ostatnich wyborach parlamentarnych ugrupowanie Platforma Obywatelska, której prominentni przedstawiciele deklarowali się jako najbardziej prounijnie nastawieni członkowie kasty politykierskiej "polskiego regionu UE". Tym bardziej ciekawe jest zaobserwowane przez naszych "korespondentów ASME" zjawisko, jakiego można doświadczyć na witrynie sieciowej Platformy. W zamieszczonej tam sondzie, zatytułowanej "Czy posłowie powinni ratyfikować Traktat Lizboński?" większość do godzin wieczornych dzisiejszego dnia osiągnęli przeciwnicy podpisywania go w ogóle! Oczywiście można podejrzewać zmasowaną akcję przeciwników procesu "unijnizacji" Polski, lecz w takim przypadku zastanawiający jest najwyraźniej widoczny brak odpowiedniej i przynajmniej równie liczebnie dostatecznej reakcji chętnych widoku szybkiego końca suwerenności RP.
Tak wyglądały wyniki sondy na witrynie PO w wieczornych godzinach 21.03.2008 r.:



Oczywiście zachęcamy Państwa do wyrażenia swojego głosu w tym sondażu - na witrynie PO.

Krzysztof Pawlak
redaktor naczelny


Pomóżmy Polsce wysiąść z socjalistycznego pociągu lub go wykoleić - słowo księdza Stanisław Małkowskiego na Święto Zmartwychwstania Pańskiego AD 2008 Wysłane piątek, 21, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Zmartwychwstanie Chrystusa jest Bożym zwycięstwem życia, prawdy i dobra na ziemi. Bóg Ojciec, który otworzył grób Syna, i nasz groby chce otworzyć. Gdy miałem 10 lat (był rok 1954), bawiłem się z dziećmi sąsiadów w "inteligencję". Z pudełka wyjmowaliśmy kilka kartek ze słowami, z których należało ułożyć zgrabną rymowankę po dodaniu innych słów. Na trzech kartkach były trzy słowa: "Europa", "karta" i "niebo". Trudziliśmy się daremnie i wtedy jedna z mam pospieszyła nam z pomocą i ułożyła wierszyk:
Europa karta
już nic nie warta,
zmienić ją trzeba,
o nieba!

Matka Polka w imieniu Polski zdradzonej, zniewolonej, okupowanej, wypowiedziała proroctwo, które dzisiaj nabiera nowej aktualności. Niedawno beatyfikowany męczennik Franz Jagerstaetter, austriacki rolnik, miał po anszlusie Austrii sen: widział pociąg jadący przez piękną okolicę, do pociągu na stacjach wsiadało wielu ludzi; wtem usłyszał głos: "Ten pociąg jedzie do piekła!". Zrozumiał, że pociągiem tym jest narodowy socjalizm. I oto pojawił się nowy socjalistyczny pociąg, który tak jak tamten - też jedzie do piekła.
Życzę witrynie Antysocjalistycznego Mazowsza ASME, aby skutecznie dopomogła Polsce z tego pociągu wysiąść lub go wykoleić.

ks. Stanisław Małkowski


Pewne rodzaje motywów i motywacji - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 21, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Jest taki zwyczaj, że przed świętami ludzie wysyłają sobie życzenia, a pomimo że coraz popularniejsze są tzw. e-kartki, to również tradycyjna poczta ma w okołoświątecznym okresie znacznie więcej zleceń. Nie bardzo wypada do kartki Wielkanocnej wkładać metalowe sztabki, aby zwiększać wagę przesyłki, stąd też najwięcej tego typu usług realizuje nadal państwowa Poczta Polska.

Byłem ostatnio świadkiem ciekawej i będącej znakiem czasu scenki rodzajowej, kiedy klientka zażyczyła sobie przy pocztowym okienku zakupu takiej wielkanocnej pocztówki, a pracownica poczty zapytała czy "życzy sobie kartkę z motywem świeckim, czy religijnym". Oczywiście samo pytanie nie jest bardzo sensacyjne, ale o ile świętego Mikołaja zastępowano Dziadkiem Mrozem, a Boże Narodzenie obchodami Nowego Roku - tak nigdy nie próbowano wprowadzać świeckich obchodów Święta Zmartwychwstania. Owszem motywy świeckie pojawiają się i z tej okazji, mamy jajeczka, zajączki, bazie etc., ale wydaje się, że pytanie pani z pocztowego okienka, które z pewnością było pozbawione podtekstów, zawiera w sobie pewien symbol tego, na ile współczesny człowiek jest już wytresowany, aby nad pewnymi relacjami przechodzić do porządku dziennego, bez głębszego zastanowienia się nad ich sensem.
Przykładowo, niedawno odżyła dyskusja nad przywróceniem wolnego dnia z okazji święta Objawienia Pańskiego nazywanego tradycyjnie świętem Trzech Króli. Dzień ten był dniem wolnym od pracy jeszcze przez piętnaście lat PRL-u, bo aż do 1960 r., jednakże już na samą możliwość takiej inicjatywy zaczęli odzywać się różni zatroskani o wielkość PKB, którym wcale nie przeszkadza honorowanie dniem wolnym 1 maja czy 11 listopada, a przecież uzasadnienie dla tych "świąt" jest co najmniej wątpliwe, a tradycja żadna. Od razu też odezwali się różni katoliccy "protestanci" (vide poseł Kłopotek), którzy zamiast Trzech Króli woleliby wolny dzień w Wielki Piątek, a wszystko zapewne nie po to, aby faktycznie jakieś ważne święto uświęcić, ale żeby zamącić wodę - czyli dużo zmienić, aby wszystko zostało po staremu.
Tak samo jak w przypadku wielkiego sporu wokół ratyfikacji traktatu europejskiego, kiedy widać, że wszyscy aż przebierają nogami, aby traktat ratyfikować, ale w taki sposób, żeby i dla siebie coś jeszcze przy tej okazji uwędzić. Poseł Religa, reprezentujący barwy PiS, zapowiedział, że będzie za ratyfikacją nawet w przypadku sprzeciwu swojego klubu, gdyż - jak uzasadnił - "nie ma mowy, żebym się ześwinił". Za bezwarunkową ratyfikacją będą również posłowie, którzy opuścili klub PiS, a którzy cały czas byli przez media przedstawiani jako "frakcja konserwatywna". Jeżeli Posłowie Płażyński, Ujazdowski, Zalewski czy Polaczek, tęskniący do traktatu i Karty Praw Podstawowych, to konserwatyści - to strach pomyśleć, do jakiej frakcji należą pozostali posłowie PiS?! Właściwie to bardziej adekwatny byłby chyba podział na mienszewików i bolszewików. Nawet takich podziałów nie widać natomiast w PO, gdzie wszyscy w "temacie" europejskim są zgodni i głowią się jedynie nad metodami. Nawet przejawy totalniactwa są tutaj podobne, gdyż pamiętamy, jak niedawno premier zapowiedział, że nikomu nie pozwoli wyprowadzić Polski z Unii, a poseł Dzikowski w bardzo podobnym tonie oznajmia, że "jeśli będzie referendum, zrobimy wszystko, by go nie przegrać przez frekwencję". Ciekawe było wiedzieć, co ma oznaczać owo "zrobimy wszystko"? Czy jeżeli braknie np. trochę głosów, to się ich dobierze, czy np. niektórzy funkcjonariusze lub klienci państwa zaczną w drugim dniu odbierać esemesy z propozycjami nie odrzucenia o treści: "wicie, towarzyszu, rozumicie, nie byliście głosować, a ma mieliśmy wobec was poważne plany..." etc. Zresztą stwierdzenie "przegrać przez frekwencję" jest niewłaściwe, gdyż przy nieodpowiedniej frekwencji referendum jest po prostu nieważne i nie zamyka drogi do innego trybu, np. sejmowego. Poseł może jednak nie znać prawa, podobnie jak marszałek Niesiołowski, który w programie redaktora Rymanowskiego oznajmił, że jego partia w celu przeforsowania ratyfikacji jest gotowa zmienić prawo tak, by referendum mogło trwać dwa dni. Dopiero Rysio Kalisz zwrócił marszałkowi uwagę, że referendum dwudniowe jest już możliwe od 2003 r., kiedy to prawo zostało zmienione "pod" czerwcowe referendum unijne. Już prawie sto lat temu Jose Ortega y Gasset w swoich esejach pisał, że nadejdzie taki czas, kiedy ludzie będą jak psy do księżyca wyć za władzą, która wyręczyłaby ich z trudu samostanowienia, jak widać - w Polsce lud wyje gardłami swoich przedstawicieli, co ma też już pewną tradycję.
Stad też jest coraz bardziej pewne, że ustawa o ratyfikacji zostanie podjęta w sejmie, nie wiadomo tylko czy przejdzie projekt z "motywem" świeckim, tzn. bez zbędnych ozdobników, czy projekt z motywem religijnym, czyli inaczej z preambułą.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


ETPC ukarał Polskę - Janusz Baczyński Wysłane czwartek, 20, marca 2008 przez Janusz Baczyński

Ile jeszcze Polska ma znosić takich poniżeń?

Europejski Trybunał Praw Człowieka skazał Polskę za naruszenie prawa wolności wypowiedzi. Skarb Państwa zobowiązany został do zapłacenia skarżącemu w ramach zadośćuczynienia i na pokrycie kosztów sądowych blisko 12 tysięcy euro.
wiadomości.onet.pl


Mogą zachodzić dwa przypadki:

1) sądy polskie nie potrafią poprawnie zinterpretować “w duchu europejskim” praw człowieka czyli są kiepskie, a przecież to my Polacy sądy tworzymy, więc mamy jakiś denny system rekrutacji sędziów albo w ogóle jesteśmy tak kiepscy, że nawet wyselekcjonowane osoby na stanowiska sędziów są do niczego.

2) sądy wydają wyroki w “duchu polskim” ale ten tubylczy duch to nie spełnia standardów, aby sędziowie z metropolii go uznali za jakąś wartość i uszanowali.

W obu przypadkach mamy do czynienia z poniżaniem Polski i Polaków.

Kiedy wreszcie rząd polski skończy z poniżającą Polskę i Polaków bezwzględną podległością polskich sądów pod ETPC? Ja nie mam nic przeciwko tendencjom zestandaryzowania praw człowieka w różnych państwach, ale to zestandaryzowanie powinno się dokonywać pod naszą kontrolą, aby nie otrzymać pod płaszczykiem zestandaryzowania po prostu narzucenia przez narody imperialne nam, jako kolonii, ich praw.

Janusz Baczyński

Sejm Wolnej Polski - Janusz Baczyński Wysłane środa, 19, marca 2008 przez Janusz Baczyński

Obecni przywódcy polityczni Polski działają na szkodę Polski i Polaków. Czas wybrać przywódców, którzy będą działali dla dobra Polski i Polaków.

Degeneracja polskiej klasy politycznej jest dla wszystkich światłych patriotów doskonale widoczna. Obecnie główne siły polityczne toczą zacięty spór tylko o to na jakich warunkach ma być zlikwidowane niepodległe państwo polskie, to że niepodległa Polska powinna być zlikwidowana dla większości posłów jest oczywiste i bezdyskusyjne.

Liczenie na to, że obecna klasa polityczna wprowadzi system wyborczy, który będzie selekcjonował pozytywnie kandydatów do kierowania państwem, czyli spowoduje zdmuchnięcie miernot ze sceny politycznej, jest naiwnością.

W związku z tym naszemu narodowi nie pozostaje inne wyjście jak oddolnie samemu wybrać swoich reprezentantów cieszących się powszechnym uznaniem i szacunkiem. Do wyłonienia takich reprezentantów należy zastosować dobrze sprawdzoną teoretycznie i praktycznie ordynację "pierwszy na mecie" w jednomandatowych okręgach wyborczych.

W ten sposób wybierzemy Sejm Wolnej Polski.

Nie należy łamać prawa. Sejm Wolnej Polski będzie tylko wyrażał opinie. Jestem przekonany, że SWP szybko zdobędzie sobie autorytet większości Polaków, a wtedy w sposób demokratyczny będziemy mogli dodać mu kompetencji.

Apeluję do wszystkich patriotów polskich, w szczególności do przywódców Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych: czas na działanie - stwórzmy Sejm Wolnej Polski.

Niech żyje wolna Polska.
Janusz Baczyński


JOW po rumuńsku - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 19, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

Podsumowując rządową "studniówkę", Donald Tusk zapowiedział, że nie spocznie, dopóki Polacy nie będą mogli wybierać swoich posłów w okręgach jednomandatowych. Jest to deklaracja niezmiernie sympatyczna dla wszystkich ludzi, którzy od lat nie szczędzą trudu, aby upowszechnić wiedzę o innym systemie wyborczym, takim mianowicie, w jakim swoich posłów wybierają najważniejsze demokracje światowe, ze Stanami Zjednoczonymi, Kanadą i Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej na czele. Premier nie wyjaśnił jednak od razu jaką, konkretnie, procedurę wyborczą ma na myśli, a dociekliwi dziennikarze i analitycy, którzy słyną z rozszczepiania włosa na czworo, w najmniejszym nawet stopniu nie wykazali zainteresowania problemem. Naszych błyskotliwych żurnalistów i najwyższej klasy komentatorów znacznie bardziej interesowała sprawa podróży Premiera za Ocean, a w szczególności: czy słusznie zrobił, lecąc tam normalnym samolotem rejsowym, a nie specjalną transkontynentalną limuzyną rządową. Tej doniosłej sprawie poświęcono w ostatnich tygodniu niezliczoną liczbę komentarzy i Premier nasłuchać się musiał ogromnej liczby cierpkich słów. Oczywiście, bliższa koszula ciału, a Premier, wsiadając w samolot rejsowy, uniemożliwił w ten sposób rozlicznym redaktorom i ekipom podróż "za friko", czyli na koszt państwa i przyzwoita chłosta za taki niezrozumiały postępek słusznie mu się należy. Jest rzeczą naturalną, że inną miarą oceniamy premiera, który nam umożliwia podróże i przyjęcia, a inną takiego, który zmusza nas do nieprzewidzianych wydatków. Z drugiej jednak strony, taki Jose Ortega y Gasset, którego książki stanowią elementarz na wszelkiego rodzaju studiach dziennikarskich i społecznych, w książce "Bunt mas" napisał dobitnie:

"Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu...".

Obok takiego zapisu trudno przejść obojętnie, chyba, że na studiach było się patentowanym leniem, któremu nie chciało się ze zrozumieniem przeczytać klasycznej pozycji - o co jednak trudno podejrzewać naszych złotoustych interpretatorów wydarzeń politycznych. Za tym solidarnym milczeniem środowiska kryć się musi jakaś inna, ważna przyczyna. Ponieważ obecnie panuje moda na jawność i "transparentność", to wypada poczekać, aż jakiś wybitny przedstawiciel tego starego zawodu zechce uchylić przed profanami rąbka tajemnicy. Tym bardziej, że z innych doniesień, z ust różnych polityków partii Pana Premiera, możemy się dowiedzieć, że - najprawdopodobniej - te jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW) nie będą wcale przypominały procedur, jakie stosują u siebie Anglicy, Kanadyjczycy czy Amerykanie! Raczej będą to "twórcze udoskonalenia" tych procedur, których najróżniejsze warianty zastosowali już u siebie Rosjanie, Ukraińcy, Litwini, Łotysze... a imię ich Legion.
Przykładu tej twórczości dostarczyła nam właśnie Rumunia, której Parlament, 4 marca 2008 r., stosunkiem głosów 231 do 11, przy 18 nieobecnych, zatwierdził nową ordynację wyborczą i wprowadził oczekiwane przez społeczeństwo votul uninominal, czyli głosowanie w JOW. W ubiegłym tygodniu Prezydent Basescu ustawę podpisał. Tak się jednak składa, że uchwalona procedura wyborcza różni się od brytyjskiego JOW tak, jak nie przymierzając, skwaśniały żurek od ukraińskiego barszczu. Doskonale natomiast pasuje do tej rosyjsko-ukraińsko-litewsko-...-łotewskiej potrawy, którą z takim niesmakiem spożywać muszą (lub musiały) narody naszych sąsiadów. Okazuje się więc, że tak jak przedtem twórczo wspólnie transformowaliśmy demokrację w "demokrację ludową", tak po upadku Związku Sowieckiego, najlepsze co można nam zaserwować, to "JOW á la Putin" czy " á la Jelcyn".
Rumuńska procedura ma wyglądać, mniej więcej, tak: kraj zostanie podzielony na okręgi liczące ok. 145 tysięcy wyborców, którzy wybiorą 290-osobowy sejm. Każdy wyborca będzie miał jeden glos i głosował na jednego kandydata z okręgu. Mandaty uzyskają przedstawiciele tylko tych partii, które przekroczą pięcioprocentowy próg wyborczy w skali całego kraju. W okręgu wygrywa tylko jeden kandydat, ale niekoniecznie ten, który otrzyma najwięcej głosów, bo tak będzie tylko w przypadku kandydatów partii, które przekroczyły próg. Resztę mandatów podzieli się między partie polityczne, według "metody proporcjonalności", wydaje się, że będzie to metoda Hare. Na dodatek, żeby było jeszcze bardziej demokratycznie, 18 mandatów jest zarezerwowanych dla przedstawicieli różnych mniejszości narodowych, których - poza Węgrami - jest chyba akurat tyle.
Taką oto potrawę oferuje Rumunom ich klasa polityczna po listopadowym referendum, w którym ponad 80% głosujących opowiedziało się za wyborami w JOW. A z wypowiedzi polityków Platformy możemy się domyślić, że popłuczyny po tej "polewce" zostaną niebawem wprowadzone w Polsce.

Nie potrzeba wielkiej przenikliwości politycznej, żeby od razu zgadnąć, że potrawa ta będzie w takim samym stopniu niestrawna dla obywateli, jak wszystkie te warianty "proporcjonalności", jakie nam do tej pory serwowano. Podstawowym elementem tej niestrawności jest stały kłopot z powołaniem stabilnego rządu, bez czego trudno mówić o jakiejś sensownej, samodzielnej, polityce państwa w jakiejkolwiek dziedzinie. Premier Tusk jest wprawdzie "tylko" 14. premierem od roku 1989, ale już p. Katarzyna Hall jest 17. ministrem edukacji, p. Marek Sawicki 24. ministrem rolnictwa, a p.Ewa Kopacz 21. ministrem zdrowia! W innych resortach jest podobnie.
Nie inaczej przedstawia się sprawa we wszystkich krajach z JOW w stylu jelcynowsko-putinowskim. Pani Julia Timoszenko jest 18. premierem(ką) Ukrainy od roku 1991; p. Gediminas Kirkilas 17. premierem Litwy; p. Ivars Godmanis 15. premierem Estonii; p. Calin Popescu Tariceanu 11. premierem Rumunii itd., itp. Chwała Bogu, że Unia Europejska zgodziła się wziąć nasze kraje pod swoją kuratelę, bo bez niej płynęlibyśmy, niebożątka, w nieznanym kierunku i najpewniej, prędzej czy później, rosyjski niedźwiedź byłby jeszcze raz zmuszony nas adoptować!
Doświadczony wilk morski, prezydent Rumunii Traian Basescu, podjął wysiłek wyprowadzenia swojego statku na czyste wody i zażądał zmiany systemu wyborczego na taki, który wprowadziłby odpowiedzialność indywidualną do życia publicznego i umożliwił wyłonienie stabilnego rządu. Niestety, klasa polityczna, jaką Rumunia odziedziczyła po przednim ustroju, skutecznie mu to uniemożliwiła. Brytyjski politolog z Uniwersytetu Londyńskiego Sean Hanley komentując tę zmianę procedur wyborczych, przewiduje, że jej skutkiem będzie osłabienie struktur partyjnych, wzrost znaczenia partyjnych liderów oraz wzrost klientyzmu i korupcji "all in the best Romanian and South European tradition" - wszystko zgodnie z najlepszą rumuńską i południowo-europejską tradycją.
Progi wyborcze, listy partyjne, przywileje dla mniejszości - to wszystko działa w JOW jak muchomor ugotowany w barszczu: zatruwa i degeneruje życie społeczne i obywatelskie, czyniąc państwo niesterownym i dryfującym w nieznanym kierunku. Egoistyczna, zachłanna, nie zlustrowana klasa polityczna traktuje mandaty poselskie i senatorskie jako premie za usługi wobec liderów partii, a posady ministerialne jako nagrody dla szczególnie zasłużonych. Zostaje się ministrem na kilka miesięcy, potem półroczna odprawa i apanaże... i trzeba zwolnić miejsce dla kolejnego "zasłużonego" - kadencja parlamentarna i żywot rządu jest krótki, nie starczy czasu i pieniędzy, żeby wszystkich obdzielić. A po nas choćby potop!

Miejmy nadzieję, że Premier, w swojej deklaracji, oferuje nam inne JOW, bardziej przypominające system brytyjski. Bo jeśli to ma być kolejny wariant JOW w stylu Jelcyna-Putina, to lepiej, żeby się tak nie trudził i raczej pojechał gdzieś na narty albo poserfował na wietrze po jakimś ciepłym morzu.

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Biedna ofiara komunizmu - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 17, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Gdy wysiadam w drodze do redakcji "Gazety Polskiej" na przystanku tramwajowym przy NIK, często przypominam sobie moją dawną koleżankę z pracy w Centralnym Ośrodku Doskonalenia Kadr Kierowniczych przy ul. Wawelskiej, panią Zofię Podstolską. Była to elegancka dama i wysoko kwalifikowana urzędniczka, która trafiła do nas po wieloletniej pracy w Urzędzie Rady Ministrów. Nasz minister, tow. Aleksander Burski - ówczesny prezes Komitetu Pracy i Płac - postawił sobie za punkt honoru obsadzenie świeżo powołanej w porozumieniu z ILO, czyli Międzynarodowym Biurem Pracy w Genewie, placówki przez wysokiej klasy specjalistów, współpracujących na co dzień z zagranicznymi ekspertami z tegoż ILO. Stąd jej transfer z Urzędu Rady Ministrów.

    Ja wtedy byłem traktowany jako młoda, przyszłościowa kadra, łącząca wyższe wykształcenie z tzw. obyciem warsztatowym dzięki uprzedniej pracy w kilku warszawskich zakładach przemysłowych. Pani Zofia była natomiast pracownicą w pełni wykwalifikowaną. Zatrudniono mnie w innym dziale niż ona, ale mimo to utrzymywaliśmy kontakty towarzyskie. Często rozmawialiśmy podczas naszych przypadkowych spotkań na korytarzu lub w hallu naszego budynku. Rozmowy odbywały się na ogół z jej inicjatywy. Sam bym nie śmiał jej zagadnąć. Była starsza ode mnie i dzięki większemu doświadczeniu zawodowemu wyżej notowana w hierarchii służbowej. Nieraz opowiadała mi swe wrażenia z pracy w URM, gdzie pracowali nasi wspólni znajomi. W naszych rozmowach nie poruszała tematów politycznych, raz tylko wyraziła swe oburzenie, gdy władze oświatowe PRL dopomogły grupie dzieci prominentów w pokonaniu egzaminów wstępnych na uczelnie wyższe. Czułem się zaszczycony jej uwagą, gdyż była przystojną i zawsze ładnie ubraną damą - przedstawicielką bardziej eleganckiego świata niż ten, jaki znałem z pracy w fabryce.
    Po pewnym czasie wskutek konfliktu z naszym ministrem, który wykrył herezje ideologiczne w mym okolicznościowym artykule 1-majowym, w wydawanym przez nas biuletynie, wyniosłem się z CODKK na Uniwersytet Warszawski i straciłem z nią kontakt. Słyszałem, że przeniosła się do pobliskiego Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej, czyli do budynku, gdzie dziś mieści się Najwyższa Izba Kontroli. Później trafiłem na jeszcze gorsze zawirowania niż czepianie się mnie przez ministra A. Burskiego - wieloletniego przyjaciela gen. Moczara (alias Nikołaja Tichonowicza Diomki). Za obronę Kościoła w czasie millenijnej nagonki tow. Wiesława na Prymasa Tysiąclecia wyleciałem z Partii i z pracy na UW, a po mniej niż dwóch latach trafiłem do więzienia i na łamy prasy jako wroga siła antysocjalistyczna.

    Dopiero po wyjściu z więzienia spotkałem panią Zofię na ulicy i dowiedziałem się od niej o jej osobistej tragedii. W czasie propagandowej kampanii marcowej 1968 roku urzędnikom Prezydium WRN dawano do czytania jakieś partyjno-esbeckie materiały propagandowe, w których poczesne miejsce zajmowała moja skromna osoba. M.in. krytykowano mnie za to, że wziąłem ślub kościelny z moją żoną i sugerowano, iż uczyniłem tak, aby nawiązać kontakt z reakcyjnym klerem. Ponieważ pani Zofia była naocznym świadkiem mego biurowego romansu zakończonego owym ślubem, poruszyły ją do głębi bezczelne kłamstwa na ten temat. W pierwszym odruchu napisała na marginesie materiału propagandowego: "To są kłamstwa!". W swej prostolinijności nie pomyślała o konsekwencjach tego kroku. Być może nie miała wcześniej doświadczeń w tym względzie. Wszak była pracownicą bezpartyjną, cenioną ze względu na jej kwalifikacje i poziom kulturalny. Nie brała udziału w różnych rozgrywkach personalnych, uprawianych przez aktyw partyjny. Nie miała w związku z tym rozeznania w tej materii. Stąd jej swego rodzaju brak samokontroli niezbędnej dla bezpiecznego przeżycia w warunkach komunistycznej dyktatury. Ludzie bardziej doświadczeni żartowali z goryczą, że jaszczurka - to krokodyl, który przetrzymał bezpiecznie socjalizm.
    Skutki jej gestu były opłakane. Wyrzucono ją z dobrze płatnej pracy w wysokim urzędzie. Co więcej, na polecenie SB żaden kadrowy w instytucjach państwowych nie chciał jej zatrudnić. Czytelnikom nie pamiętającym czasów PRL wyjaśnię, że państwo było poza rolnymi gospodarstwami rodzinnymi w gruncie rzeczy jedynym pracodawcą, zwłaszcza dla pracowników umysłowych. Panią Zofię za protest w obronie prawdy skazano na śmierć głodową.
    Uniknęła jej dzięki dobrym ludziom, którzy jej zlecali sprzątanie ich mieszkań. Przedtem zapewne sama jako elegancka dama wyręczała się sprzątaczkami. Teraz musiała wykonywać te prace własnoręcznie. Kilka razy spotkałem ją na ulicy Marszałkowskiej koło placu Zbawiciela (pewnie miała tam mieszkania do sprzątania) i widziałem, jak stopniowo z eleganckiej damy zamienia się coraz bardziej w "kopciucha". Fizycznie i psychicznie. Zupełnie na odwrót niż bajce. Wydawało mi się, że zmieniła się nawet jej sylwetka. Przedtem była zgrabną i w miarę wysoką damą, teraz stała się jak gdyby niższa i bardziej przysadzista. Patrzyłem na to ze zrozumiałą zgrozą, ale niczym nie mogłem jej pomóc. Przez kontakty ze mną mogła się jeszcze bardziej narazić na gniew wszechwładnego SB. I tak po pewnym czasie straciłem ją z oczu, ale nie z wdzięcznej pamięci.

    Po wielu latach już w III Rzeczypospolitej brałem udział w okolicznościowym programie TVP z okazji kolejnej rocznicy wydarzeń marcowych 1968 roku. Asystowałem w tej roli posłowi Unii Wolności Janowi Lityńskiemu - jednemu z przywódców "Ruchu 8 marca" (jak mój oficer śledczy z Biura Śledczego MSW płk Zbigniew Cieślikowski z przekąsem nazywał studencki ruch w obronie mickiewiczowskich "Dziadów"). Poseł był oczywiście główną osobą w tym przedstawieniu, czego nie zamierzam kwestionować. Powiedział atoli kilka słów za dużo, iż czuje się w pełni usatysfakcjonowany zwycięstwem nad komunizmem i nie szuka zemsty. Wtedy powiedziałem mu, że wielu bojowników z komunizmem nie ma takiej satysfakcji, co on. Jan Lityński odebrał to jako osobisty afront i (jak sam wyznał mi po wyjściu ze studia) użył swoich wpływów, by nie dopuścić mnie więcej do głosu. Ze skutkiem. A miałem właśnie ochotę opowiedzieć o mojej znajomej pani Zofii Podstolskiej - jako ofierze komunistycznego bezprawia. Niestety, głosu już nie mogłem zabrać i nie dałem jej przynajmniej moralnej satysfakcji za jej cierpienia. Ponieważ takich osób są tysiące, miejmy nadzieję, że Rzeczpospolita znajdzie wreszcie sposoby na uhonorowanie ich wszystkich.

    Antoni Zambrowski

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Bestie, cz. 4 - Tadeusz M. Płużański Wysłane poniedziałek, 17, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

    W Białostockiem, na Suwalszczyźnie i w Augustowskiem UB nie był łagodniejszy niż w innych rejonach kraju. Często ludzie tamtejszej bezpieki współpracowali dodatkowo z sowieckimi służbami specjalnymi. Jedni zostawali potem generałami, inni literatami. Tylko nielicznych w wolnej Polsce udało się osądzić.

    Jako pracownik suwalskiego UB, a zarazem NKWD i sowieckiego kontrwywiadu wojskowego "Smiersz" (śmierć szpiegom), likwidował przeciwników politycznych, przebywających na terenach II RP, zajętych przez ZSRS. Polaków, którzy nie godzili się na nową, sowiecką okupację, wywożono "na białe niedźwiedzie".
    W PRL-u został wziętym literatem. Kilka lat temu Sąd Rejonowy w Suwałkach skazał Aleksandra Omiljanowicza na 4,5 roku więzienia.
    Prokurator białostockiego Instytutu Pamięci Narodowej Jerzy Kamiński zarzucił mu, że w latach 1946 - 1947, "działając jako urzędnik państwowy, kierownik Sekcji PUBP w Suwałkach, przekroczył swoją władzę i nie dopełnił obowiązku wobec 22 zatrzymanych żołnierzy WiN, w ten sposób, iż stosował i tolerował stosowanie przez podwładnych mu funkcjonariuszy przemocy polegającej na zadawaniu zatrzymanym w trakcie przesłuchań uderzeń pięściami i różnymi przedmiotami po całym ciele".

    RATUNEK U PREZYDENTA

    Świadkowie, którzy zeznawali na procesie Omiljanowicza, pamiętali, jak zakładał im pas na szyję i ściskał go, uderzał głowami o ścianę, łamał paznokcie.
    Podstawą oskarżenia ubeka był kodeks karny z 1932 r. (obowiązujący w momencie popełnienia przez Omiljanowicza przestępstwa). Spośród 22 zarzutów postawionych przez IPN sąd uznał 10 za udowodnione. Wszystkie dotyczyły nadużycia władzy, m.in. "bezprawnego zatrzymywania, bicia i znęcania się nad członkami organizacji niepodległościowych, głównie ugrupowania Wolność i Niezawisłość".
    Niewiele brakowało, aby oskarżenia w ogóle się przedawniły, ale sąd uznał kwalifikację prawną prokuratora (według orzeczenia Sądu Najwyższego z 2001 r.), że czyny Omiljanowicza stanowią zbrodnię przeciwko ludzkości. Na podstawie dokumentów, które stworzył w PUBP w Suwałkach, cztery osoby skazano na karę śmierci.
    W 2005 r. sąd oddalił odwołanie się Omiljanowicza od tego wyroku. Od września 2005 r. odbywał karę więzienia w Białymstoku, a po pogorszeniu stanu zdrowia w Barczewie. Ze względu na konieczność operacji onkologicznej uzyskał kilkumiesięczne zwolnienie, do więzienia wrócił w marcu 2006 r. Ubek szukał jeszcze ratunku u prezydenta RP. Domagał się kasacji wyroku i ułaskawienia. Bezskutecznie.

    NOWE ZARZUTY

    Niecały rok po skazaniu białostocki IPN wysłał do sądu w Suwałkach kolejny akt oskarżenia przeciwko Omiljanowiczowi. Zarzucił mu, że w kwietniu 1946 r. jako funkcjonariusz PUBP w Suwałkach podczas brutalnych przesłuchań wymusił zeznania od trzech osób związanych z podziemiem niepodległościowym. Podobnie jak w przypadku poprzedniego aktu oskarżenia miał również tolerować sadystyczne zachowania swoich podwładnych.
    Zarzuty zostały sformułowane na podstawie zeznań Stanisława W., który zgłosił się do IPN po tym, jak z mediów dowiedział się o sprawie toczącej się przeciwko Omiljanowiczowi. Prokuratorowi opowiedział o zdarzeniu, które miało miejsce w kwietniu 1946 r. w jego rodzinnym domu we wsi Jegliniec na Suwalszczyźnie. Według zeznań W., funkcjonariusze UB pod dowództwem Omiljanowicza przeszukiwali domostwo, aby znaleźć dowody współpracy z podziemiem niepodległościowym. Ponieważ nic nie znaleźli, dotkliwie pobili trzech jego mieszkańców - ojca, syna i pasierba. Stanisława W. i jego przyrodniego brata zabrali na dalsze przesłuchania do katowni UB w Suwałkach. Tam znęcano się nad nimi fizycznie i psychicznie. Stanisława W. wypuszczono, jego przyrodniego brata - Piotra A., który pod wpływem bicia przyznał się do posiadania broni (której nie znaleziono), zatrzymano i wytoczono proces. Sąd szczęśliwie uniewinnił oskarżonego.
    Drugi raz w wolnej Polsce (a w sumie czwarty w swojej karierze) Omiljanowicz nie stanął już jednak przed sądem. Zmarł 6 kwietnia 2006 r. w więzieniu w Barczewie.
    Omiljanowicz pewnie w ogóle nie miałby procesu, gdyby nie sprawa z kwietnia 1946 r. Wtedy suwalskie UB aresztowało kilkunastu żołnierzy niepodległościowego podziemia, wśród nich Aleksandra Rybnika, ps. Jerzy - zastępcę komendanta Okręgu Białostockiego WiN. Większość, po "badaniach" Omiljanowicza, skazano w pokazowym procesie przed białostockim sądem wojskowym (między 1945 a 1946 rokiem sąd ten skazał na śmierć 272 osoby; ponad połowę wyroków wykonano) i rozstrzelano.
    To była typowa akcja Omiljanowicza. Jego sekcja III, zwalczająca "bandytyzm", jeździła w teren w tzw. grupach operacyjnych, razem z wojskiem, Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego, milicjantami. W dwudziestu, trzydziestu otaczali dom, w którym ukrywali się WiN-owcy.
    Sprawą Rybnika zajął się IPN. Omiljanowicz nie przyznał się do bicia (podobnie zresztą, jak do innych zarzutów; swój proces nazywał zemstą polityczną za to, że jest osobą znaną). Prokuratorowi opowiedział, czym zajmował się w UB: "Tropienie morderstw popełnionych przez bandy, wykrywanie sprawców rabunków i napadów na posterunki MO (...). Nie stosowano kajdanek. Ludzi w grupie operacyjnej było tylu, że nikt nie próbował ucieczki".

    Z WYWIADEM W TLE

    Kiedy w 1939 r. do Suwałk weszli Sowieci, 17-letni Aleksander Omiljanowicz (ur. w tym mieście 8 maja 1923 r., pochodzenie chłopskie, dwie klasy przedwojennego gimnazjum) rozpoczął współpracę z NKWD. Potwierdzająca to notatka znajduje się w aktach osobowych suwalskiego UB.
    W październiku 1939 r., kiedy w skutek korekty granicy rozbiorowej Sowieci opuścili Suwalszczyznę, a na ich miejsce przyszli Niemcy, Aleksander Omiljanowicz był łącznikiem w... Związku Walki Zbrojnej (oddział Stanisława Wyrodnika, ps. Burza). W lipcu 1941 r. za tę działalność został aresztowany. Proces toczył się w Królewcu. Kilkunastu jego kolegów Niemcy stracili, on dostał najniższy wyrok - cztery lata. Niemal do końca wojny siedział w kilku niemieckich obozach (podobno był tam traktowany na szczególnych zasadach).
    W październiku 1945 r. zatrudnił się w UB w Suwałkach. W podaniu o przyjęcie do pracy pisał: "(...) Gdy ład i porządek został zaprowadzony i zyskawszy imię Pogromcy Faszystów, udałem się do ojczyzny, aby tu przyłożyć swe młode siły i rękę do gmachu potęgi naszej ojczyzny, która powoli otrząsając się ze zgliszcz i popiołów powstaje ku nowemu życiu". Aleksander Omiljanowicz już wówczas miał talent literacki. W latach 60. przyjeżdżał na Suwalszczyznę jako ceniony autor wydawnictwa MON (w sumie wydał około 30 książek). W wydanej w 1965 r. w Białymstoku książce "Walka podziemia z okupantem hitlerowskim na Suwalszczyźnie w latach 1939 - 1944, Studia i Materiały do dziejów Suwalszczyzny" przedstawił kłamliwy obraz suwalskiej konspiracji, celowo ukrywając przynależność organizacyjną opisywanych przez siebie osób. Omiljanowicz o ZWZ i AK wspominał mimochodem, zawsze w kontekście współpracy z sowieckim wywiadem. Jeśli jego bohaterowie nie prowadzili podwójnej gry, określał ich wyłącznie mianem bandytów. Taki był komendant Okręgu Białystok Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, ppłk Władysław Żwański "Błękit": "notoryczny pijak, despota, grabieżca łupów (...). Jego syn dał się poznać jako terrorysta i morderca. »Błękit« sam udziału w napadach i morderstwach nie brał. Od bandytów otrzymuje obfity haracz łupów".
    Pracę dla NKWD i "Smiersz" udowodnił mu sąd rejonowy w Suwałkach. Do obowiązków Omiljanowicza należało rozpracowywanie niepodległościowego podziemia, donoszenie na dowódców i oficerów Wojska Polskiego. Brał za to od Sowietów pieniądze.

    FAŁSZYWY "WIN"

    Aleksander Omiljanowicz twierdził, że do suwalskiej bezpieki wstąpił na polecenie płk. Tadeusza Świtalskiego, ps. Juhas, komendanta obwodu WiN, gdyż podziemie chciało mieć w UB swojego człowieka. Aby uwiarygodnić tę tezę, Omiljanowicz przedstawiał dokument podpisany w 1947 r. przez Świtalskiego. Jak się łatwo domyśleć, Świtalski nie żyje.
    Czy tropienie i torturowanie WiN-owców było częścią tego planu? Z dokumentów wynika w sposób niezbity, że właśnie za przynależność do ZWZ, AK i WiN Omiljanowicz znęcał się nad aresztowanymi (przed sądem naiwnie twierdził, że nie wiedział, kto był partyzantem, a kto pospolitym przestępcą, wszyscy zresztą byli dla niego bandytami; do końca życia antykomunistyczne powstanie nazywał wojną domową).
    Nie oszczędzał nawet swoich kolegów sprzed wojny. Tak było np. z prawdziwym WiN-owcem Fabianem Daniłowiczem, który po przesłuchaniach prowadzonych przez Omiljanowicza został skazany na 10 lat więzienia.
    Daniłowicz jako jedna z nielicznych ofiar Omiljanowicza doczekał procesu swojego kata. Inną ofiarę - Mariana Piekarskiego podczas pokazowego procesu sąd w Białymstoku skazał na karę śmierci. We wrześniu 1946 r. Piekarskiego stracono.
    W artykule "Od kata do literata" w "Tygodniku Solidarność" Mateusz Wyrwich cytuje słowa żony Aleksandra Kowalewskiego, "Bębna", żołnierza AK: "Podczas przesłuchania go przez śledczych (...) mąż najbardziej przeżywał, że Aleksander O. był najpierw w AK, a potem przesłuchiwał najbardziej brutalnie i mówił: »Widzisz, ty s... nu, bandyto, zdechniesz, a ja za okupacji miałem dobrze, teraz mam dobrze i jak starość przyjdzie będę miał dobrze«. Mąż nie mógł przeboleć, że swój go tak męczy. Bo jak Ruski męczy, to wiadomo - wróg, a ten...?".
    Tadeusz Kalinowski, kolega Aleksandra Omiljanowicza z suwalskiego UB w "Relacji z osobistej działalności" napisał: "Do ważniejszych operacji na terenie Suwalszczyzny, w której brałem udział (...) pod dowództwem Aleksandra O., w ilości 15 osób pozorowaliśmy grupę bandycką z rzekomo innego terenu, której zadaniem było nawiązanie kontaktu z miejscowymi bandami i likwidacja ich oraz odszukiwanie osób, które mają nielegalną broń".

    ZAPICI FASZYŚCI

    "Nikt nie znał jego przeszłości i jego nazwiska. Był rosłym, dobrze zbudowanym mężczyzną około czterdziestki, o ryżych włosach i dziobatej twarzy (...) Był to zarazem wyrafinowany i zimny morderca. On zawsze wykonywał wyroki na członkach partii, oficerach Wojska Polskiego, milicjantach. On okrutnie torturował ludzi sprzyjających nowej władzy. Był gotów każdego zabić, wszystko podpalić, ograbić. (...) Czasami po pijanemu »Tok« zaczynał przeklinać nas po niemiecku lub śpiewać hitlerowskie piosenki ["bandy" były oczywiście zapijaczone, faszystowskie - TMP]". Opisywany "bandyta", ps. Tok, to fikcyjny zastępca dowódcy "bandy", działającej w Suwalskiem, jeden z bohaterów książeczki Omiljanowicza "Tropiąc cienie".
    I jeszcze trzy cytaty z ubeka-literata: "Zza wzgórz zamajaczyły dachy zabudowań Czarnuchy. Pamiętał ostrzeżenie dowódcy jednostki, żeby uważał na siebie, gdyż bandy mordują wracających do domu żołnierzy. Był ojcem siedmiorga dzieci". Omiljanowicz napisał, że do domu, po ciężkich bojach wracał żołnierz ludowego wojska Jan Szostak (postać prawdziwa). W rzeczywistości Szostak był konfidentem PUBP w Augustowie. W dokumentach podziemia, jako jedyny spośród kapusiów, został określony mianem "niebezpieczny".
    Szef WUBP w Białymstoku (mjr Szysz) pyta swojego podwładnego: "- Podobno lubicie wypić i porozrabiać?
    - Bywa, towarzyszu majorze.
    - Jak to bywa...? - major Szysz uniósł brwi.
    - Front, przeżycia, młodo przyzwyczaiłem się do kieliszka. (...) Teraz także o kulę nietrudno. Czasem więc człowiek się zapomni...
    - Już lepiej niech tego »czasami« i tego »zapomni się« nie będzie - odrzekł z naciskiem szef". Ludzki szef.
    Młody ubek wychodzi z WUBP: "Szedłem wolno Targową, przedłużając chwile po raz pierwszy radosnej tęsknoty. Po drodze minąłem kwiaciarnię. No tak, że też wcześniej o tym nie pomyślałem. Po chwili trochę wstydliwie niosłem w dłoni wiązankę róż. (...) Moje pierwsze kwiaty dla niej". "Światło nocnej lampki padało z boku na Teresę. Wpatrzyłem się w drogą mi twarz, w połyskliwe oczy, w wilgotne, nieco za pełne usta..."

    NIE WIEDZIAŁ, KOGO PRZESŁUCHUJE

    W 1946 r. ci sami WiN-owcy, którzy mieli skierować Omiljanowicza do ubecji, skazali go na karę śmierci. Powód był jasny. Zwalczanie podziemia. Próby likwidacji ubola nie powiodły się jednak (w 1947 r. podziemie zabiło jego brata za współpracę z NKWD - widać była to rodzinna przypadłość).
    Omiljanowicz uciekł na inny teren - został szefem UB w Iławie, potem w Ełku. Tu dalej znęcał się nad więźniami, autochtonami z Warmii i Mazur. W jednym przypadku jednak pomylił się. Nie wiedział, że wśród przesłuchiwanych są partyjni działacze. Wybuchła afera i nawet przełożeni Omiljanowicza (oczywiście ci z UB, a nie z WiN) musieli uznać, że jest zbyt brutalny. Jego okrucieństwo napiętnował w specjalnym rozkazie szef bezpieki Stanisław Radkiewicz.
    W 1948 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Olsztynie skazał Omiljanowicza na 8 lat, z czego odsiedział połowę wyroku. Jak na uboli w ówczesnym czasie to i tak długo, jednak jego ofiary były przetrzymywane w dużo gorszych warunkach o wiele dłużej albo od razu były mordowane.
    Wtedy, po wyjściu z więzienia, Aleksander Omiljanowicz gładko zmienił zawód i został literatem. Jego książki wydawano w wielkich nakładach (również w "demoludach", a przede wszystkim w ZSRR). Co chwila miał spotkania autorskie, wyjeżdżał na zagraniczne stypendia. Jeszcze kilka lat temu na zebraniu literatów apelował, żeby zająć się "obławą augustowską".
    Omiljanowiczowi nie chodziło rzecz jasna o historyczną prawdę. A prawda ta jest tragiczna. W lipcu 1945 r. oddziały Armii Czerwonej i NKWD przeprowadziły szeroko zakrojoną akcję pacyfikacyjną obejmującą tereny Puszczy Augustowskiej i jej okolic. Sowieci przetrząsali lasy i wsie, aresztując wszystkich podejrzewanych o kontakty z niepodległościowym podziemiem. Zatrzymano niemal 2000 osób. Część z nich, po przesłuchaniach wróciła do domu, ale ponad 600 osób zostało wywiezionych w nieznanym kierunku i wszelki ślad po nich zaginął. Jak oceniają historycy, była to największa zbrodnia dokonana przez Sowietów na obywatelach polskich po zakończeniu II wojny światowej.
    Omiljanowicz pracował również jako redaktor "Głosu Koszalińskiego", "Gazety Białostockiej" i "Niwy". Jako kombatant działał w ZBoWiD. Jeszcze w w wolnej Polsce pobierał 1900 złotych emerytury.

    Z BRONIĄ U NOGI

    Inny ubek-literat to Norbert Z. Pick (rocznik 1922, pochodzenie robotnicze), pułkownik bezpieki. Zanim zaczął pisać, pracował m.in. w kartotece MBP, a potem podsłuchiwał Kościół. Pick spłodził m.in. dzieło pt. "Sztylet Burego" (wyd. 1965 r., nakład 160 tys., w serii "Żółtego tygrysa"; czy ktoś pamięta jeszcze kieszonkowe książeczki, wydrukowane na szarej bibule, nie różniącej się wiele od chropowatego papieru toaletowego? Dziś seria jest praktycznie niedostępna, chyba że na jakichś ulicznych straganach, gdyż - jak mi tłumaczyły panie bibliotekarki - została "zaczytana").
    Książeczka "Sztylet Burego" opisuje działalność Romualda Rajsa, "Burego", żołnierza wojennej i powojennej konspiracji. Warto zacytować najciekawsze fragmenty: "Na terenie województwa białostockiego [właśnie tu działał w czasie wojny i po niej "Bury" - TMP] najszybciej i najliczniej rozwinęła się w okresie okupacji Armia Krajowa. W szeregi jej wstępowali przeważnie wszyscy ci, którzy pragnęli z całego serca walki z faszystami, gorąco miłowali ojczyznę. (...) O polityce zaś albo nie mieli pojęcia, albo ich ona w ogóle nie obchodziła. (...) Nie przychodziło im na myśl, by ich zapał i poświęcenie mogły być przez dowództwo [a więc i "Burego" - red.] zaprzepaszczone w imię jakichś niezrozumiałych dla nich celów. (...) Białostocki okręg AK (...) na trzy miesiące przed wyzwoleniem (...) dysponował świetnie wyszkoloną kadrą: 390 przedwojennych oficerów, 365 podchorążych, 7320 podoficerów. Ile pułków można było rzucić do walki z faszystowskim okupantem, dysponując taką kadrą? A tak...".
    Historyk białostockiego oddziału IPN Jerzy Kułak skomentował (Biuletyn Informacyjny IPN, maj 2003 r.): "Jest to znana teza o »staniu z bronią u nogi«, zamiast walki z niemieckim okupantem, którą tak naprawdę prowadziła tylko komunistyczna Armia Ludowa".
    Jeszcze raz oddajmy głos panu (przepraszam: towarzyszowi) Pickowi: "Każdy dzień przynosi fakty, które świadczą, że Polska Partia Robotnicza składa się z działaczy, którzy ponad wszystko stawiają interes narodu. Stopniowo też zmienia się świadomość akowców. Prawdziwi mściciele, patrioci (...) odchodzą do ludowego wojska, obejmują stanowiska w administracji, przemyśle, milicji. Pod szyldem (...) Armii Krajowej pozostaje już tylko dowództwo (...) przeżarte nienawiścią do wszystkiego, co nowe...". Taki jest również w książce Picka "Bury".

    KSIĘGA ARESZTOWAŃ

    Jednego z ubeków z Białostocczyzny sąd wolnej Polski skazał kilka lat temu na 2,5 roku więzienia. To jeden z niewielu sukcesów Instytutu Pamięci Narodowej w ściganiu komunistycznych zbrodniarzy.
    Wymierzanie sprawiedliwości Pawłowi Tarasewiczowi, byłemu szefowi Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Bielsku Podlaskim i Ełku, zajęło organom III RP czternaście lat (!), a więc mniej niż trwał okres stalinizmu w Polsce.
    W czerwcu 1990 r. poprzedniczka IPN - Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, oddział w Białymstoku, wszczęła śledztwo przeciwko ubolowi. Po pięciu latach (!) wniosek o jego ściganie trafił do Prokuratury Rejonowej w Ełku. Na sporządzenie aktu oskarżenia i przekazanie go do sądu prokuratura też potrzebowała czasu. Sąd Rejonowy w Białymstoku wydał wyrok w marcu 2000 r., a więc po kolejnych pięciu latach (!). Został on jednak uchylony i papiery wróciły do prokuratury. W grudniu 2000 r. ściganie Tarasewicza przejęła Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Białymstoku (IPN), która ponownie skierowała akt oskarżenia do tego samego Sądu Rejonowego w Białymstoku.
    Sąd rozpatrywał dwa akty oskarżenia przeciwko Tarasewiczowi, które połączono w jedną sprawę. W pierwszym zarzucono mu, że w październiku 1950 r. w Ełku bezprawnie uwięził, torturował, a w końcu doprowadził do śmierci Halinę Skinder, podejrzaną o konspirowanie przeciwko "ludowej" władzy. Drugi dotyczył wcześniejszego okresu jego pracy w Bielsku Podlaskim. Na przełomie 1949 i 1950 r. kilka razy aresztował kilkunastoletniego harcerza Szczepana Czarniawskiego i znęcał się nad nim, aby chłopiec przyznał się do działalności w organizacji niepodległościowej. Pierwszy akt oskarżenia wniósł do sądu IPN, drugi Czarniawski, który został oskarżycielem posiłkowym w sprawie przeciwko swojemu prześladowcy.
    Prokurator żądał dla ubola cztery lat więzienia. Ostatecznie, w lutym 2003 r., sąd rejonowy skazał Tarasewicza na 2,5 roku. Ubol odwołał się do sądu okręgowego, ale ten utrzymał wyrok w mocy.
    - Postępowanie było trudne, ponieważ wielu świadków zmarło. Wystarczającym dowodem do skazania oskarżonego były jednak dokumenty IPN - argumentowała sędzia.
    Jakie to dokumenty? Księga kontrolna osób aresztowanych przez PUBP w Ełku w latach 1947 - 1954 oraz sprawozdania i raporty szefa UB w Ełku za 1950 r. Na obu są podpisy Tarasewicza.

    PŁASZCZ OD PASKA

    Ubol nie przyznał się do autorstwa podpisów. Twierdził, że część z nich została sfałszowana, a inne złożyli jego podwładni (oczywiście już nie żyją; ubole na ogół zrzucają winę na innych, na ogół przełożonych; w tym przypadku przełożonym był Tarasewicz...). Tylko czy ktokolwiek mógł fałszować ściśle tajne dokumenty szefa? Skąd taki pomysł? Otóż 50 lat temu sam Tarasewicz fałszował dokumenty. Tak zrobił z papierami Haliny Skinder (IPN oskarżył go również o to, że "podżegał pracowników do poświadczenia nieprawdy w dokumentach" dotyczących zatrzymania i zgonu kobiety).
    Oficjalnie Halina Skinder powiesiła się w celi na płaszczu od paska, faktycznie została zamęczona na śmierć w pokoju przesłuchań. Co zrobił jej Tarasewicz i jego ludzie, dokładnie nie wiadomo.
    - Tłumaczenia oskarżonego, że nie miał ze sprawą nic wspólnego, są bezsensowne, gdyż sam przed sądem przyznał, że bez jego zgody pracownicy nie mogli nic zrobić - mówił adwokat Jerzy Korsak, przedstawiciel Janiny Polonis, córki Haliny Skinder, drugiego oskarżyciela posiłkowego w sprawie.
    Tarasewicz utrzymywał najpierw, że w czasie, gdy kobieta została aresztowana, nie było go w pracy, a postanowienie wydał Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Białymstoku. Potem twierdził, że o zatrzymaniu Haliny Skinder dowiedział się dopiero po jej śmierci. Polonis dokładnie pamięta jednak dzień, w którym jej matka została zatrzymana i kto tego dokonał. Zachowane dokumenty też jednoznacznie potwierdzają, że człowiekiem tym był Tarasewicz, że potem prowadził on śledztwo przeciwko Halinie Skinder, a na koniec nie dopełnił obowiązku powiadomienia rodziny kobiety o jej śmierci (tego dotyczył kolejny zarzut IPN).

    POTWIERDZENIE PRAWDY

    Szczepan Czarniawski (rocznik 1931) ojca stracił przed wojną; w 1941 r. matkę, razem z pięciorgiem rodzeństwa Sowieci wywieźli na Wschód (w 1946 r. wszyscy wrócili do Polski, z wyjątkiem najstarszego brata, który zginął, walcząc u Andersa). Jako kurier służył w Armii Krajowej. Po wojnie ukończył szkołę powszechną w Brańsku, zdał do gimnazjum w Bielsku Podlaskim i związał się z harcerstwem, odtwarzanym dzięki pomocy księży katolickich. Szczepan szybko został komendantem hufca powiatu Bielsk Podlaski. Kiedy w 1949 r., w ramach "scalenia organizacji harcerskich", odmówił podporządkowania się komunistycznemu Związkowi Młodzieży Polskiej, zgarnęła go bezpieka, a konkretnie... Paweł Tarasewicz. Zarzuty: brak czerwonych krawatów i znaczka ZMP, rozbijanie harcerstwa.
    Ratunkiem dla Czarniawskiego miała być współpraca z PUBP (głównie donoszenie na kapłanów; stryj Szczepana, ksiądz, był przyjacielem kardynała Stefana Wyszyńskiego), ale Czarniawski odmówił. Został poddany brutalnym torturom. Nad "właściwym" przebiegiem śledztwa czuwał... Paweł Tarasewicz. W końcu ubecy wypuścili niepokornego harcerza, ale obiecali mu, że nie będzie mógł kontynuować nauki. Maturę, "dzięki" wilczemu biletowi, zdał dopiero w 1956 r., potem ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim, a w Białymstoku otworzył kancelarię adwokacką.
    Czarniawski rozpoznał swojego prześladowcę na archiwalnym zdjęciu. Po latach spotkał go w urzędzie wojewódzkim, gdzie Tarasewicz pracował jako portier (tak skończyło się wiele karier uboli; młodsi SB-ecy pracują do dziś w firmach ochroniarskich).
    Czy moralne jest, aby byłych pracowników UB, w końcu ludzi starych i zapewne schorowanych, stawiać przed sądem? Może lepiej ich nie ruszać, aby spokojnie dokonali żywota w jakiejś szatni, czy toalecie? Na takie dictum adwokat Janiny Polonis, córki zamordowanej Haliny Skinder odpowiadał: - Nie jest winą społeczeństwa, że dopiero teraz sądzi się sprawców komunistycznych zbrodni.
    - Kara musi być sprawiedliwa i proporcjonalna do dokonanych przestępstw. A to, że minęło od tamtych wydarzeń pół wieku, nie ma tu żadnego znaczenia. Zresztą czas działał na korzyść oskarżonego, bo nie żyje już wielu ze świadków jego czynów, którzy mogliby świadczyć przeciwko niemu - stwierdził sędzia. Przeciwko ubolowi świadczyła też jego buta i brak skruchy wobec pokrzywdzonych (czasem warto się jednak na pokaz pokajać, żeby zyskać przychylność sądu). Poszkodowany harcerz Szczepan Czarniawski i córka zamordowanej Haliny Skinder Janina Polonis uznali wyrok na byłego ubola Tarasewicza za satysfakcjonujący. Chcieli nie wysokiej kary, ale potwierdzenia prawdy.

    PRZYPADEK GENERAŁA MILEWSKIEGO

    Mirosław Milewski karierę w bezpiece rozpoczął jako 16-letni chłopak, w 1944 r. Prócz tego (a może przede wszystkim) współpracował - tak jak Aleksander Omiljanowicz - z sowieckim kontrwywiadem "Smiersz". UB w Augustowie, w którym pracował, był związany ze wspomnianą już "obławą augustowską".
    Mimo, iż Milewski był stalinowskim funkcjonariuszem, po "odwilży" nie dość, że pozostał w strukturach, ale nawet awansował. W 1958 r. trafił do centrali MSW. Między październikiem 1980 r. a lipcem 1981 r. w "imieniu klasy robotniczej" (z wykształcenia był inżynierem rolnikiem) sprawował funkcję ministra spraw wewnętrznych.
    Karierę polityczną Milewski zaczynał w PPR, by później - naturalną koleją losu tego typu ludzi - znaleźć się w PZPR. Od początku 1980 r. do 1985 r. był najpierw członkiem Komitetu Centralnego, potem sekretarzem KC i członkiem Biura Politycznego (już od 1971 r. był zastępcą członka KC). Generałem brygady MO został w 1971 r., a generałem dywizji w 1979 r.
    Milewski był bez wątpienia jedną z najbardziej wpływowych osób na szczytach komunistycznej władzy. Jego nazwisko pojawia się w kontekście spraw związanych z zabójstwem księdza Jerzego Popiełuszki, Grzegorza Przemyka, wprowadzenia stanu wojennego (w tej sprawie zeznawał w III RP w charakterze świadka przed komisją odpowiedzialności konstytucyjnej) i afery "Żelazo". Przypomnijmy, że afera ta dotyczyła zrabowania przez politycznych gangsterów (funkcjonariuszy MSW) i zawodowych gangsterów ze świata przestępczego dużych ilości złota i kamieni szlachetnych z "imperialistycznego" wówczas Zachodu. W 1985 r. Milewski został za to usunięty z partii, a w 1990 r. trafił na krótko do aresztu. Generałowi i sześciu innym osobom (gangsterom z obu grup) zarzucono korupcję na wielką skalę przez przyjmowanie korzyści majątkowych. Dokumenty w tej sprawie zostały jednak zniszczone (przez pogrobowców PRL), a śledztwo - z powodu przedawnienia - umorzone (przez prokuratora III RP). Zaiste owo przedawnienie jest cudownym rozwiązaniem dla różnej maści gangsterów.

    "WAŻNA FIGURA"

    W III RP Milewskiemu wytoczono proces za aresztowanie i osadzenie w białostockim UB, w 1947 r., AK-owca Czesława Burzyńskiego, który następnie został przekazany w ręce NKWD. Prokurator stwierdził, że był to czyn bezprawny (żołnierze Armii Krajowej podlegali wówczas amnestii) i wiązało się "ze szczególnym udręczeniem wobec wydania pokrzywdzonego władzom obcego państwa".
    Burzyński, wywieziony do Związku Sowieckiego (w ramach praktyki "Smierszu") i tam sądzony, do Polski wrócił po 11 latach ciężkich robót w kopalni węgla w Workucie. Został inwalidą pierwszej grupy. Po zbrodniczych naświetlaniach w UB prawie stracił wzrok.
    Milewski od lat twierdzi, że Burzyńskiego nie zna i nie pamięta. Burzyński zaś zapamiętał go bardzo dobrze. "Poznał go" już w październiku 1945 r., kiedy pracował w urzędzie gminy w Lipsku nad Biebrzą (tu w 1928 r. urodził się Milewski). Późniejszy generał, a już wówczas - według słów Burzyńskiego - "ważna figura", przyszedł do jego biura i nakazał, aby je udostępnić. Potem prowadził tam przesłuchania. Jak wspomina Burzyński, zostawały po nich na ścianach ślady krwi. Drugi raz Milewski przyszedł do Burzyńskiego, który wówczas posługiwał się fałszywym nazwiskiem Korczyński, aby go aresztować. Burzyński wiedział, że jest amnestia i chciał się ujawnić. Potwierdził, że był żołnierzem Armii Krajowej. Milewski wsadził go do aresztu w UB w Białymstoku. Jeszcze w marcu 1947 r. powiedział Burzyńskiemu, żeby się pakował, bo wychodzi na wolność. A więc jednak amnestia nie była lipą. Nic bardziej błędnego. Milewski wsadził go do samochodu wypełnionego sowieckimi żołnierzami, którzy wywieźli go na Wschód. Uwięziony w areszcie NKWD w Mińsku był tam sądzony za działalność przeciwko Związkowi Sowieckiemu, zdradę sowieckiego państwa, dokonanie aktu terrorystycznego i... nielegalne przekroczenie granicy, co było zarzutem najbardziej absurdalnym. Burzyńskiego skazano początkowo na karę śmierci, zamienioną następnie na 20 lat "zesłania do robót katorżniczych". Po śmierci Stalina, w 1954 r. napisał skargę, informując o swoim bezpodstawnym aresztowaniu i skazaniu. Sowieci wypuścili go na wolność dopiero w 1957 r. Rok później jego prześladowca Mirosław Milewski był już w centrali MSW.
    Burzyński śledził błyskotliwą karierę Milewskiego, aż w końcu (po odzyskaniu niepodległości w 1989 r.) poszedł ze swoją sprawą do prokuratury.

    CHORA SPRAWA

    Dlaczego Milewskiemu wytoczono proces tylko za sprawę najbardziej odległą - sprzed pół wieku? Akta tej sprawy - w przeciwieństwie do późniejszych - zachowały się. Znaleźli się świadkowie, którzy chcieli zeznawać. Może tych dokumentów nie zdążono zniszczyć? Może uznano, że nie są takie ważne, bo kto będzie sięgał 50 lat wstecz, kiedy główne funkcje Milewski pełnił w latach 80.? A może po prostu najwygodniej było sądzić Milewskiego za wsadzenie za kraty żołnierza AK, niż za późniejszą działalność generała MSW?
    Mimo to sprawa między byłym bezpieczniakiem Milewskim a byłym AK-owcem Burzyńskim w III RP ciągnie się już kilkanaście lat. Z czego to wynika? Między innymi z tego, że oskarżony nie przychodził na rozprawy. Jego adwokat tłumaczył to chorobą wieńcową swojego klienta. Czasem nie pojawiał się również adwokat, też tłumacząc to chorobą. Chorował również ławnik. Kilka lat temu proces Milewskiego był już bliski zakończenia, ale musiał rozpocząć się od nowa. Sąd uznał argumentację obrońcy generała, że między rozprawami była zbyt długa przerwa. W takich sytuacjach na ogół jednak prokurator i obrońcy dogadują się, i sprawy są kontynuowane.
    Czy tak samo przebiegałyby inne sprawy, w które był zamieszany Milewski? Z pewnością tak. Może ciągnęłyby się jeszcze dłużej albo w ogóle nie rozpoczęłyby się? Ze względu na przedawnienie, zły stan zdrowia, polityczną nagonkę. Powody można mnożyć. Wobec zniszczenia większości akt z okresu późniejszej działalności generała Mirosława Milewskiego, wątpliwe jest, abyśmy dowiedzieli się, jaką faktycznie rolę pełnił on w kierowniczym aparacie MSW i w jakich sprawach uczestniczył.

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Traktat Akcesyjny sprzeczny z Konstytucją RP - Janusz Baczyński Wysłane poniedziałek, 17, marca 2008 przez Janusz Baczyński

    Właśnie wysłałem do Prezydenta RP, Premiera, Marszałków Sejmu i Senatu, Prezesa Sądu Najwyższego i Rzecznika Praw Obywatelski następujący mejl.

    Szanowni PT Panowie,

    wzywam każdego z Panów z osobna do niezwłocznego złożenia wniosku do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten wypowiedział się na temat fundamentalnej niezgodności Traktatu Akcesyjnego, zwanego też Nicejskim, z Konstytucją RP. Niezgodność ta dotyczy tego, że Konstytucja RP określa, że jest najwyższym prawem w Polsce, natomiast Traktat Akcesyjny zakłada wyższość prawa wspólnotowego nad prawem państw członkowskich (czyli także nad Konstytucją RP).

    Co ważne, sama zasada wyższości prawa wspólnotowego nie jest zapisana wprost w traktatach, tylko wynika "z charakteru prawa wspólnotowego" i poparta jest orzecznictwem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS) począwszy od 1964 r. Przypominam, że od wyroków ETS Polska nie może się odwoływać.

    Traktat Lizboński przypomina o tej zasadzie w Deklaracji nr 17:

    "Konferencja przypomina, że zgodnie z utrwalonym orzecznictwem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Traktaty i prawo przyjęte przez Unię na podstawie Traktatów mają pierwszeństwo przed prawem Państw Członkowskich na warunkach ustanowionych przez wspomniane orzecznictwo".

    Dodatkowo ta sama deklaracja objaśnia, żeby nie było wątpliwości: "Ponadto Konferencja postanowiła, że do niniejszego Aktu końcowego Konferencji zostanie załączona opinia Służby Prawnej Rady dotycząca pierwszeństwa, w wersji zawartej w dokumencie 11197/07 (JUR 260):

    »Opinia Służby Prawnej Rady z dnia 22 czerwca 2007 r.

    Z orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości wynika, że pierwszeństwo prawa wspólnotowego stanowi podstawową zasadę tego prawa. Według Trybunału zasada ta jest nieodłącznie związana ze szczególną naturą Wspólnoty Europejskiej. Kiedy wydawany był pierwszy wyrok zapoczątkowujący to obecnie już utrwalone orzecznictwo (wyrok z dnia 15 lipca 1964 r. w sprawie 6/64, Costa przeciwko ENEL), w Traktacie nie było żadnej wzmianki o zasadzie pierwszeństwa. Sytuacja ta do dziś nie uległa zmianie. Fakt, że zasada pierwszeństwa nie zostanie włączona do przyszłego Traktatu, w żaden sposób nie narusza samej zasady ani obowiązującego orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości«".

    Efektem wyższości prawa unijnego był problem z ekstradycjami polskich obywateli, których Konstytucja zabraniała, a Traktat Akcesyjny wymagał bezwzględnie ekstradycji na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania. Sejm zniósł sprzeczność między tymi prawami, zmieniając Konstytucję. Ta sprzeczność jednak nie znikła, ale że nie niosła praktycznych skutków, to tej kwestii nikt nie podnosił. Po przyjęciu Traktatu Reformującego skutki będą i to, jak wynika z dotychczasowej tendencji, bardzo niekorzystne dla Polski - w postaci ostatecznego potwierdzenia wyższości prawa europejskiego nad Konstytucją RP.

    W tej dramatycznej sytuacji apeluję do wszystkich osób uprawnionych, aby jak najszybciej złożyli wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten nakazał usunąć fundamentalną sprzeczność między TA a Konstytucją RP.

    Oczywiście Sejm nie ma prawa zmienić TA, więc aby usunąć sprzeczność, należy albo zmienić Konstytucję RP albo wezwać partnerów do rozmów na temat rozwiązania traktatu lub jego poprawienia tak, aby uznał niższość prawa europejskiego względem Konstytucji RP.

    Z poważaniem
    Janusz Baczyński


    Czy Edgar "Peron" przerżnie wybory? Wysłane sobota, 15, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Komu chce się schylić po leżący na jego drodze grosz? Ten, który jest syty i zadowolony z życia raczej nie będzie się fatygował. Przystanie ten, któremu jest źle i czuje rozgoryczenie do świata.

    Platforma Obywatelska nie umie skonsumować sukcesu odniesionego w zeszłorocznych, przyspieszonych wyborach. Okazało się, że szumie nagłaśniane plany poprawy życia obywateli m.in. dzięki obniżce podatków przy jednoczesnych dodatkowych z powodu koniunktury wpływach do państwowej kiesy zwanej budżetem, nie mogą doznać realizacji - jak zwykle "z powodów obiektywnych". Obiektywną na pewno zaś nie można określić opozycji, w postaci głównego sparringpartnera Prawa i Sprawiedliwości, od dawna już bliźniaczo podobnego do PO, zgodnie zresztą z ugruntowaną w tym "prawicawym" ugrupowaniu tradycją genetyczną. W sytuacji bez wyjścia (bo pieniędzy dla kolejnych, zgłaszających się z żądaniami płacowymi, grup zawodowych z domeny zatrudnienia na państwowych stołkach - nie ma i nie będzie, trzeba po prostu dodrukować; inflacja jest już wyraźnie zauważalna dla nawet najbardziej ciężko kojarzącego obserwatora życia gospodarczego) od tysiącleci ludzkość stosowała najprostszą metodę: wskazania wroga zastępczego.
    Rozwijająca się z siłą tropikalnej (w końcu - jest wymarzone przez ekonazistów ocieplenie globalne, trzeba przestawiać leksykon na bardziej zbliżony do strefy tropików, jakie niedługo będą naszym udziałem) burzy "debata" nad sposobem przypieczętowania Anszlussu Polski przez UE, zarządzonego w czasach rządów PiS, podpisanego jednocześnie przez najwyższego prominenta wywodzącego się z tej partii - Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, jak i urzędującego już z ramienia PO premiera Donalda Tuska, dostarcza doskonałej okazji i pretekstu dla obozu eurofederastycznie nastawionych "patriotów unijnych". Nagłaśniane od kilku tygodni "sondasze" promujące Platformę w stylu znanym już z czasu poprzedniej kampanii wyborczej AD 2005, kiedy to niemal wszystkie "klany socjometryczne" przestrzeliły wyniki spodziewanego zwycięzcy o kilkanaście procent, a faktycznym liderem okazało się PiS, dają znak o przygotowanej i rozwijającej się na naszych oczach ofensywie propagandowej. "Oczywiście oczywiste" osłabienie pozycji lewicy patriotycznej, czyli Prawa i Sprawiedliwości powoduje zwiększone łaknienie u liderów PO oraz chęć natychmiastowej konsumpcji. Gdy dodamy do tego coraz bardziej możliwy rozłam w obozie "solidaryzmu społecznego", spowodowany uzmysłowieniem sobie przez część posłów i posłanek "patridiotycznych" najbardziej prawdopodobnej reakcji ich rozeźlonych wyborców w następnym głosowaniu na przedstawicieli narodu - krach w środowisku państwowo opłacanych patriotów z sercem po lewej stronie jest bardzo prawdopodobny. Takiego scenariusza trudno, by nie wykorzystała bliźniaczo podobna konkurencja do - tym razem już opłacanych przez kasjerów z Brukseli - apanaży. Sytuacja, w której mogłaby mieć konstytucyjną większość i bez problemu oddalać weto prezydenckie jest widokiem tak kuszącym...

    ...że nawet kreowany od kilku tygodni przez usłużne merdia na czołowego frontmena i "silnego człowieka" Edgar Gosiewski, osławiony jednak z powodu zamiłowania raczej do rozwoju infrastruktury peryferyjnych przystanków kolejowych, nie stanowi bardziej niebezpiecznego niebezpieczeństwa, z jakim stanie się zmierzyć Populistom i Socjalistom...

    Krzysztof Pawlak


    Jarosław Kaczyński oszukany - Janusz Baczyński Wysłane sobota, 15, marca 2008 przez Janusz Baczyński

    Jarosław Kaczyński przeprowadził rozmowę z o. Rydzykiem na antenie Radia Maryja. Można ją odsłuchać na witrynie Radia Maryja

    Z tej rozmowy jasno wynika, że Jarosław Kaczyński dał się oszukać w czasie negocjacji i tkwi w błędzie do dziś! (Formalnie to negocjacje prowadził prezydent, ale wszyscy wiemy jak było faktycznie). Proszę posłuchać, Jarosław Kaczyński mówi, że w czasie negocjacji uzyskał usunięcie z traktatu zasady wyższości prawa unijnego nad prawem krajowym. Rzeczywiście w samym Traktacie Reformującym tej zasady nie ma zawartej wprost (być może była w projekcie i JK wynegocjował jej usunięcie), sęk w tym, że usunięcie jawnego zapisu nie oznacza że prawo unijne stało się niższe od prawa krajowego. Oto co pisze p. Piotr Radecki na stronie http://prawica.net/node/10888

    [...] deklaracja nr 17 Traktatu lizbońskiego wyraźnie stwierdza [...]
    “Konferencja przypomina, że zgodnie z utrwalonym orzecznictwem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Traktaty i prawo przyjęte przez Unię na podstawie Traktatów mają pierwszeństwo przed prawem Państw Członkowskich na warunkach ustanowionych przez wspomniane orzecznictwo”

    I dodatkowo ta sama deklaracja objaśnia, żeby nie było wątpliwości: “Ponadto Konferencja postanowiła, że do niniejszego Aktu końcowego Konferencji zostanie załączona opinia Służby Prawnej Rady dotycząca pierwszeństwa, w wersji zawartej w dokumencie 11197/07 (JUR 260):

    „Opinia Służby Prawnej Rady z dnia 22 czerwca 2007 r.

    Z orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości wynika, że pierwszeństwo prawa wspólnotowego stanowi podstawową zasadę tego prawa. Według Trybunału zasada ta jest nieodłącznie związana ze szczególną naturą Wspólnoty Europejskiej. Kiedy wydawany był pierwszy wyrok zapoczątkowujący to obecnie już utrwalone orzecznictwo (wyrok z dnia 15 lipca 1964 r. w sprawie 6/64, Costa przeciwko ENEL(1) , w Traktacie nie było żadnej wzmianki o zasadzie pierwszeństwa. Sytuacja ta do dziś nie uległa zmianie. Fakt, że zasada pierwszeństwa nie zostanie włączona do przyszłego Traktatu, w żaden sposób nie narusza samej zasady ani obowiązującego orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości.

    wynika (…), [że] prawu utworzonemu na podstawie traktatu, pochodzącemu z niezależnego źródła, nie można, ze względu na jego wynikającą stąd szczególną naturę, przeciwstawiać w postępowaniu sądowym jakiegokolwiek wewnętrznego aktu prawnego, gdyż oznaczałoby to utratę przez to prawo charakteru wspólnotowego i zakwestionowanie samych podstaw prawnych Wspólnoty.”

    link: http://eur-lex.europa.eu/pl/treaties/dat/12007L/htm/C2007306PL.01025602.htm

    –-----

    Znaczy to tyle jak rozumiem, że zasada pierwszeństwa prawa unijnego nad krajowym wynika “z charakteru prawa wspólnotowego” i nie musi to być w ogóle specjalnie zapisywane nigdzie. Tak stwierdził ETS (Europejski Trybunał Sprawiedliwości), ten trybunał jest najwyższym sędzią i ostatecznie o wszystkim rozstrzyga.

    Janusz Baczyński

    Donośność naszej witryny Antysocjalistycznego Mazowsza - wpływ na zachowanie się przedstawicieli partii parlamentarnych Wysłane sobota, 15, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Jako pierwsi wyemitowaliśmy nagranie z manifestacji Unii Polityki Realnej z dn. 12.03.2008 w okolicy budynku Sejmu RP w sprawie trybu referendalnego przyjęcia lub odrzucenia tzw. Traktatu Lizbońskiego, czyli tak naprawdę - konstytucji "Unii Europejskiej". Nasze nagranie, z którego emisją specjalnie opóźnioną czekaliśmy do wydania serwisu informacyjnego "Wiadomości" TVP Programu I i czasem emisji od godz. 19.40 12.03.2008, obejrzało w czasie dwóch dni kilkadziesiąt tysięcy widzów mających dostęp do internetowych łączy, i jak spodziewaliśmy się - przyniosło to efekty podobne jak w poprzednich latach, kiedy nasza witryna inicjowała różne kampanie czy popularyzowała działania warszawskich struktur UPR - choć tym razem efekt jest znacznie większy: oto na witrynie stacji telewizyjnej TVN24, czołowego merdialnego kanału dystrybucji "poprawnych politycznie" wiadomości przesyłanych przez ośrodek "razwiedki", jak określa ów kanał dystrybucji informacji nasz stały współpracownik Stanisław Michalkiewicz, wynik wewnętrznej sondy odbiorców ichniejszej papki merdialnej odbiegł od wcześniej spodziewanych przez redaktorów tego serwisu wyników - w godzinach nocnych przed północą 14.03.2008 przeciwnicy ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego osiągnęli przewagę nad jego zwolennikami w proporcji 52 : 37, co ilustruje zrzut ekranowy z tych godzin:



    Warto jednak dodać, że jak widać po doniesieniach merdialnych - także zachowanie się wielu znakomitych przedstawicieli największej z partii lewicy patriotycznej, czyli Prawa i Sprawiedliwości, której nazwę ukutą przez "ulicę warszawską" jako pierwsi przekazaliśmy przed wieloma laty jako Populizm i Socjalizm - w ostatnich dniach - ma także swoje powody w dostarczeniu niezależnej informacji do tak wielkiego kręgu odbiorców przez naszą witrynę.

    Oczywiście dalej zachęcamy - wzorem "blogu" Janusza Korwin-Mikkego - do zabierania głosu w tej sondzie na witrynie stacji TVN24...