marca 28, 2008 - kwietnia 10, 2008

Czy jesteśmy w Układzie Warszawskim, czy w NATO - teoria konwergencji się sprawdza, nie ma wielkiej różnicy - Stanisław Michalkiewicz o ustaleniach amerykańsko-rosyjskich w Soczi Wysłane czwartek, 10, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Pewien wybitny myśliciel powiedział kiedyś, że wiek XX będzie albo religijny, albo nie będzie go wcale. No i widać, że ten pierwszy człon alternatywy realizuje się na naszych oczach tym bardziej, że niedawno właśnie »ogłosiło«, że wierzenia religijne, wiara - poprawia samopoczucie, dodatnio wpływa na życie, a nawet dobrze wpływa na porost włosów. Teraz wszyscy na wyścigi będą wierzyć, praktykować, namaszczać się tak, jak teraz Aleksander Kwaśniewski namaścił niedawno młodego Sierakowskiego na nowego ideologa i woda lewicy. W każdym razie obserwujemy niezwykłe ożywienie na religijnym odcinku frontu ideologicznego i nic dziwnego, że w tych sprzyjających okolicznościach pojawiła się w Polsce para misjonarzy, którzy chcieli tubylczych Irokezów trochę podciągnąć w nowoczesności. Misjonarze okazali się nie tylko wesołkami - bo byli to »wesołkowie« nowojorscy - ale i »żarliwymi katolikami«. Na ich widok niezwykle ożywił się pan Kalisz i rozeszła się plotka, że Sojusz Lewicy Demokratycznej po aksamitnym rozwodzie z »demokratami« zawrze małżeństwo z wesołkami jako nową awangardą postępu. Przy okazji wyszły na jaw inne niepokojące okoliczności - para misjonarzy wystąpiła w przodującej na froncie bojowym i ideologicznym telewizji TVN, miała też wystąpić w stacji telewizji państwowej, po niewczasie okazało się, że do tego występu nie doszło, bo ponoć postawiono im zaporowe warunki" - Stanisław Michalkiewicz komentuje wydarzenia z niedawnych dni.

Na mieście pojawiły się jakieś fałszywe pogłoski, że to pan Tomasz Lis zażądał, żeby para wesołków "zrobiła mu laskę", ale to jest nieprawda, bo te warunki miały inny charakter, ale nawet gdyby to była prawda, to pewnie nie był to warunek niemożliwy do spełnienia - uważa Stanisław Michalkiewicz. Wszystko powyższe wskazuje, że stosunki Kościoła z państwem są jeszcze dalekie od ideału postępowego.
Inne pogłoski na mieście wskazują, że następcą JE arcybiskupa Gocłowskiego na tronie biskupim w kościele pomorskim ma być JE Sławoj Głódź. Zabrał w tej sprawie głos pan Lech Wałęsa, mówiąc, że "będzie to wielkie nieszczęście", co być może wskazuje, że razwiedka ma już swojego, innego kandydata na purpurata. Co prawda pan Wałęsa nie ma jeszcze święceń kapłańskich, ale wszystko pewnie jeszcze przed nami...
Niezadowolenie z tej kandydatury panuje również w kręgach "judeochrześcijańskich", bo swe niezadowolenie okazuje pan redaktor Tomasz Terlikowski, pan Adam Szostkiewicz w "Polityce", no i sama "Gazeta Wyborcza".
Na domiar złego stało się nieszczęście w Paryżu, bo jakiś Chińczyk zdmuchnął w nim płomień na pochodni olimpijskiej. Bardzo to istotny problem teologiczny dla obecnej "obrzędowości świeckiej". Młodsi z odbiorców ASME nie pamiętają, że kiedyś w okresie intensywnej walki z Kościołem przy Komitecie Centralnym PZPR istniał specjalny wydział ceremoniału i obrzędowości świeckiej, gdzie różni UB-owniczkowie młodzi obmyślali właśnie różne symbole "obrzędowości świeckiej"...
Nie mamy również szczęścia do Krymu - mówi Stanisław Michalkiewicz. Znowu, tym razem nie w Jałcie, a w Soczi Jerzy W. Bush uzgodnił z Włodzimierzem Putinem, że jak się zainstaluje w Polsce tarczę antyrakietową, to będą w niej uczestniczyli rosyjscy oficerowie...

Nagranie trwa prawie 9 minut, jest dostępne w Sieci do 24 IV 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania.




Czy posłowie z PO chcą, by kojarzyć ich z zapisami cenzuralnymi? - Łukasz Perzyna o zadziwiającym stosunku do dziennikarzy sejmowych funkcjonariuszy z poręki PO Wysłane środa, 9, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |








Czy posłowie z PO chcą, by kojarzyć ich z zapisami cenzuralnymi? - Łukasz Perzyna o zadziwiającym stosunku do dziennikarzy sejmowych funkcjonariuszy z poręki PO Wysłane środa, 9, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

"W czasach Związku Radzieckiego kultura i media, wszelkie formy ekspresji, podlegały dość ścisłej cenzurze, jednak nawet w takich czasopismach jak »Krokodił«, których roczniki można teraz przeglądać z dużym rozbawieniem, te karykatury kapitalistów, opasłych o sylwetce, nie przymierzając - jak jednego z prawicowych publicystów »Rzeczpospolitej« - z których można obecnie się ubawić, w każdym razie przez cenzurę przeszła taka karykatura: biurokrata podnosi do góry, grubo ponad poziom podłogi, budę dla psa, pies trochę bezradny, czeka na werdykt, i podpis: »Jeśli będziesz szczekać - nie otrzymasz mieszkania«. Jak się to ma do polskiego sejmu? Zacznę może znowu od anegdoty: był taki kandydat za czasu formowania rządu Jerzego Buzka - na ministra łączności Marek Zdrojewski. Wywiązał sie dialog między kandydatem a zwykłym szarym, ale wyposażonym w atrybut władzy strażnikiem ze straży marszałkowskiej. »Jest pan ministrem?«. »Nie, jestem dopiero kandydatem na ministra". »Ma pan legitymację?«. »Nie, nie mam«. »A to pan nie wejdzie«. Ten argument przywoływał wiele razy poseł Ludwik Dorn na skretynienie polskiej polityki, która spoczywa w rękach cerberów. Ówczesny dyrektor Biura Informacyjnego Sejmu Stanisław Kostrzewa z twarzą pokerzysty tłumaczył, że przecież strażnik postąpił według przepisów. Stanisław Kostrzewa był - jak widać - człowiekiem nie pozbawionym swoistego poczucia humoru. Niestety, po tych, którzy mają poczucie humoru przychodzą ci, którzy są go pozbawieni. Wiemy, że obecnie rządzi sejmem - i bierze za niego odpowiedzialność - marszałek Bronisław Komorowski z Platformy Obywatelskiej. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że marszałek Komorowski nie za bardzo wie, co wyprawiają jego podwładni. Jednym z jego podwładnym jest dyrektor Biura Informacyjnego sejmu Jarosław Szczepański" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, opisuje zadziwiające zachowanie sejmowych nominantów obecnie dominującego w polityce "polskiego województwa UE" ugrupowania PO.

Ten człowiek ma specyficzne CV. Dziennikarz wywodzący sie z prasy podziemnej, z "Solidarności", później jednak mający w tym CV funkcję dyrektora Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, w czasie, kiedy państwową telewizją rządził Robert Kwiatkowski, który nie najlepiej się zapisał w pamięci podatników jako "współpracownik" osławionego producenta od "układowego" Lwa Rywina.
Gdyby to Bronisław Komorowski rozdzielał przepustki do pomieszczeń sejmowych - pewnie problemu by nie było. Niestety - robi to Jarosław Szczepański. I jest problem. Wstęp do kuluarów do tej pory nie był przywilejem feudalnym, po prostu tram wchodziliśmy, bo na przykład sobie na to zasłużyliśmy. Teraz okazało się, że jest jakaś kasta uprzywilejowanych 40 osób, którzy jako jedyni mają tam wstęp. Kto stworzył tę listę proskrypcyjną? Nie wiemy - mówi sejmowy sprawozdawca od wielu lat Łukasz Perzyna. On akurat dostał przepustkę od Jarosława Szczepańskiego na dostęp do innych pomieszczeń, w odróżnieniu od większości żurnalistów. Ale kompletnie niezrozumiała jest sposób potraktowania np. żurnalistki z ogólnopolskiego tytułu medialnego, cały czas wspierającego Platformę - nie dostała ona żadnego dostępu. Czy powszechnie z przekazów telewizyjnych znani posłowie chcą, by ich wizerunek łączył się z dyskryminacją dziennikarzy do dostępu do informacji?

Nagranie trwa prawie 14 minut, jest dostępne w Sieci do 23 IV 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania.




Po co komu dwie izby? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane wtorek, 8, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

Centrum Badań Opinii Społecznej przebadało akurat, bardzo dokładnie, polskie społeczeństwo na okoliczność proponowanych zmian ustrojowych i konstytucyjnych i wiemy już, czego Polacy oczekują. Przypadkiem tak się składa, że rządząca nami (w koalicji, naturalnie) Platforma Obywatelska, niezwykle trafnie wpisuje się w te oczekiwania społeczne, ponieważ, jak nam podaje CBOS, obywatele chcieli by właśnie tego, co deklaruje PO, a więc: zmniejszenia liczby posłów o połowę, likwidacji Senatu, ograniczenia immunitetu poselskiego i jednomandatowych okręgów wyborczych. Starsi obywatele RP mogą sobie przypomnieć, że są to akurat te postulaty, pod którymi PO zebrała kiedyś ponad 750 tysięcy podpisów w swojej akcji referendalnej "4xTak". Możemy tylko wszyscy zdjąć kapelusze z głów przed tak celnym wyczuciem nastrojów społecznych.

Pomimo tej imponującej trafności, badacze CBOS zwracają uwagę, że wprawdzie społeczeństwo absolutnie popiera wszystkie te postulaty, to jednak "znaczna część Polaków" nie bardzo rozumie, o co w tych postulatach chodzi i jakie mogły by być skutki ich spełnienia? Sugerują więc, że potrzebna byłaby nieco szersza akcja edukacyjna, która przybliżyłaby obywatelom wszystkie te doniosłe sprawy.
Wychodząc naprzeciw tym dezyderatom, chciałbym zapoznać Czytelników z tekstem ukraińskiego politologa Nazara Boyki, opublikowanym właśnie na ukraińskim portalu http://obkom.net.ua/articles/2008-04/07.1202.shtml ("Obkom" = Obszczestwiennaja Komunikacja, czyli "Komunikacja społeczna"). Tekst ten powinien być dla nas tym ciekawszy, że nasz wypróbowany sojusznik i przyjaciel, Prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko, zamierza przeprowadzić na Ukrainie reformę dokładnie przeciwną do reformy proponowanej przez Donalda Tuska: wprowadzić w życie parlamentarną Izbę Wyższą! Ukraiński parlament był do tej pory jednoizbowy, a ta jedyna Izba nosi nazwę Rady Najwyższej Ukrainy. Tytuł artykułu Nazara Boyki:

Od "dwuregionalnej" Rady do dwuizbowego parlamentu?

Tydzień temu, podczas wizyty w Moskwie, Przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy (odpowiednik naszego marszałka Sejmu) Arsienij Jaceniuk, obwieścił, że na Ukrainie "otwarta" została debata obywatelska w sprawie utworzenia dwuizbowego parlamentu. Powiedział dosłownie: "Myśląc o reformie ukraińskiej Konstytucji i wzorując się na tym ciekawym doświadczeniu ustrojowym, o którym wiele się dowiedziałem od mojego rosyjskiego kolegi Mironowa [Przewodniczącego Rady Federacji Rosyjskiej, która jest Izbą Wyższą rosyjskiej Dumy - JP] - jestem przekonany, że debata na temat dwuizbowego parlamentu Ukrainy nie jest zakończona". Arsienij Jaceniuk podkreślił też, że "dwuizbowe parlamenty funkcjonują w ponad 70 krajach świata, przy czym nie wszystkie z tych krajów mają strukturę federalną". Ta ostatnia uwaga była, niewątpliwie, adresowana do tej części ukraińskiej opinii publicznej, która nie zapomniała, jak przedstawiciele Partii Regionów wiązali zapowiedź Prezydenta Juszczenki z ich ulubionym postulatem "federalizacji" Ukrainy.
Cofnijmy się do źródeł tej dyskusji (wyników tzw. referendum z kwietnia 2000 nie można za takowe uznać: przypomnijmy sobie, że właśnie postulatu dwuizbowego parlamentu, za jakim opowiedziała się jakoby większość Ukraińców, ówczesny prezydent Leonid Kuczma nie uważał za stosowane przedstawić Radzie Najwyższej).
Pod koniec lutego, na łamach tygodnika "Zierkało Niedzieli" ("Obraz Tygodnia") Wiktor Juszczenko opublikował artykuł "Ukraina potrzebuje Konstytucji narodowego rozwoju" i ogłosił w nim rozpoczęcie "narodowych debat konstytucyjnych - najszerszej obywatelskiej dyskusji o naszym kraju i reformie konstytucyjnej". Jeśli zamkniemy oczy i nie będziemy przywiązywali wagi do bieżącej sytuacji politycznej i pewnych podtekstów tego prezydenckiego ruchu, to takiej inicjatywie nie sposób będzie cokolwiek zarzucić. Przecież debaty, same w sobie, to jedynie możliwość porównania różnych opinii, pomysłów, stanowisk itp. Powołując Komisję Konstytucyjną i otwierając "możliwie najszerszą dyskusję obywatelską", Prezydent nie wyobcowuje się lecz, przeciwnie, przejawia wielkie zainteresowanie rozwojem publicznej debaty. Co więcej, prezydent sam, od czasu do czasu, przedstawia obywatelom własne stanowisko.
I tak w wywiadzie na portalu "Ukrinform" z 13 marca 2008 (http://ukrinform.com/rus/order/?id=661718) Prezydent poświęcił wiele uwagi problemowi reform konstytucyjnych. Wydaje nam się, że najbardziej interesujące z nich są rozważania Wiktora Juszczenki na temat obecnego systemu wyborczego. Użalając się na niewielką wydajność prac ukraińskiego parlamentu, Prezydent sprowokował całkowicie zasadne pytanie dziennikarza: "A może mamy do czynienia z głębszym problemem? Może przyczyna tej sytuacji tkwi w proporcjonalnej ordynacji wyborczej?". Na to pytanie padła następująca odpowiedź: "Tak. W ordynacji wyborczej, w trójkącie relacji rząd - parlament - prezydent i w poselskiej reprezentatywności. Proszę przeanalizować listę posłów: jakie regiony i w jaki sposób są reprezentowane w parlamencie? Istnieją takie regiony, które nie mają ani jednego posła. Jeżeli jesteśmy zwolennikami reprezentacji proporcjonalnej, to będzie ona nadal produkowała to, co mamy dzisiaj. Trzeba więc koniecznie otworzyć dyskusję na temat parlamentu dwuizbowego, żeby chociaż jedna izba mogła reprezentować regiony. Powinniśmy przejść przez taką dyskusję i udzielić sensownej odpowiedzi, w oparciu o taki czy inny mechanizm".
Idąc za poradą Prezydenta, dokonałem analizy listy posłów pod kątem ich regionalnej reprezentacji. Z tej analizy wyłonił się obraz nader wymowny. Od razu jednak zaznaczmy, że - jak na razie - w parlamencie Ukrainy zasiadają przedstawiciele wszystkich regionów. W tym miejscu Prezydent albo się przejęzyczył, albo - dla bardziej wyrazistego efektu - specjalnie trochę przesadził.
Na podstawie danych przedstawionych na oficjalnej stronie Państwowej Komisji Wyborczej znajdujemy, że na 450 posłów Rady Najwyższej VI Kadencji, na dzień otwarcia nowego parlamentu, 291 wskazywało, jako miejsce zamieszkania, okręg kijowski, przede wszystkim w samym Kijowie: z Partii Regionów 97 na 175; z Koalicji Julii Timoszenko - 106 na 156; z koalicji "Nasza Ukraina - Samoobrona Narodowa" (NUNS) - 61 na 72; KPU - 13 na 27; "Koalicja Litwina" - 14 na 20. Ponadto 47 posłów, z których 41 weszło do Rady z listy Partii Regionów, jako miejsce zamieszkania wskazało okręg doniecki, głównie jego stolicę. Widzimy więc, że 3/4 Izby Poselskiej, którą wybierają wszyscy obywatele Ukrainy, okazuje się być reprezentacją jedynie dwóch okręgów; tylko 112 posłów, łącznie z posłami z Autonomicznego Okręgu Krymskiego, wskazuje inne miejsce zamieszkania.
Popatrzmy na te liczby pod nieco innym kątem. Na podstawie oficjalnych danych zarejestrowano w dniu wyborów 37.189.430 wyborców. W tym samym czasie w okręgach kijowskim i donieckim łącznie zarejestrowano 7.250.788 wyborców. Z proporcji wynikało by, że na oba te okręgi przypada 88 mandatów poselskich. Jest to liczba bardzo odległa od liczby 338, tj. aktualnej liczby posłów, którzy zamieszkują w tych okręgach.
Na Partię Regionów, w okręgu krymskim, zawierającym miasto Sewastopol, głosowało 655.486 wyborców, a w odeskim 526.179. Wynika z tego, że w okręgach tych PR zdobyła głosów wystarczających na 14 i 11 mandatów. Tymczasem, jak się okazuje, na liście wyborczej, na miejscach mandatowych, znalazło się zaledwie pięciu kandydatów z Krymu i jeden z Odessy. Wyborcy okręgu ługańskiego, który jest tradycyjnie "błękitny", dali Partii Regionów poparcie wystarczające do wprowadzenia 20 posłów, ale w Radzie znalazło się tylko siedmiu kandydatów z tego regionu. Ale na przykład okręg chersoński, który dał PR ponad 200.000 głosów, nie ma ani jednego przedstawiciela w Radzie.
Na Koalicję Julii Timoszenko w okręgu lwowskim głosowało 752.127 wyborców, co powinno przynieść 16 mandatów. W Radzie jednak znalazło się jedynie czterech posłów z tego ugrupowania, którzy wskazywali Lwów jako miejsce zamieszkania. Sytuacja wygląda podobnie w całej Galicji: z okręgów tarnopolskiego i iwanofrankowskiego [stanisławowskiego - przyp. ASME] weszło po jednym pośle, pomimo, że Koalicja ta uzyskała tam poparcie dla wprowadzenia ośmiu i siedmiu posłów odpowiednio. Podobnie w okręgu winnickim: jeden poseł przy poparciu na dziewięć mandatów. Tu należy dodać, że na listach Julii Timoszenko, w porównaniu z innymi listami wyborczymi, przedstawicielstwo regionalne jest najbardziej sprawiedliwe. Jeśli się nie mylę, to na listach tej Koalicji nie znalazł się tylko żaden przedstawiciel okręgu czernihowskiego, pomimo, że 242.869 wyborców tego regionu głosowało na Koalicję JT.
Na miejscach mandatowych listy koalicji wyborczej NUNS znalazło się trzech kandydatów z okręgu lwowskiego. Tymczasem NUNS uzyskał tam poparcie odpowiadające 11 mandatom. W okręgach dniepropietrowskim, żytomierskim, równeńskim, chmielnickim, charkowskim i czerkaskim NUNS zyskał poparcie wystarczające na dwa mandaty w każdym z nich, ale ani jeden przedstawiciel z tych okręgów nie uzyskał miejsca w Radzie. Listę tych przykładów można dowolnie przedłużać, ale wydaje się, że może przytoczone wystarczą.
Fakt, że wybory w latach 2006 i 2007 odbywały się w ramach tej samej ordynacji pozwala na sformułowanie kilku wniosków. W wyborach marcowych w Radzie Najwyższej znalazło się łącznie 309 posłów "stołecznych" i "donieckich", a więc nieco ponad 2/3 całej Izby. Już wtedy liczby te wskazywały na problem nadreprezentacji jednych regionów i niedoreprezentacji innych. Po wyborach wrześniowych sytuacja jeszcze się pogorszyła. Ze sposobu konstrukcji list partyjnych widzimy, że polityka ukraińska w co raz większym stopniu koncentruje się w Stolicy i, ze zrozumiałych względów, w jednym z regionów Wschodu. Partyjni liderzy, niezależnie od partii jakim przewodzą, wykorzystują jeden i ten sam mechanizm: korzystając ze swojej wysokiej popularności w określonych regionach, wypełniają parlament swoimi ludźmi, nie mającymi z tymi regionami żadnego związku. W wyniku powstaje ta rażąca dysproporcja pomiędzy reprezentacjami centrum i regionów. Głosy wyborców z peryferii wprowadzają do Rady Najwyższej kandydatów "stołecznych". Przy czym pod pojęciem "peryferium" rozumieć należy całą Ukrainę z wyjątkiem dosłownie paru okręgów! Nie należy więc się dziwić sytuacji, w której łatwowierni wyborcy, masowo głosujący na listę tej czy tamtej partii politycznej, nie mają w efekcie ani jednego swego rzeczywistego przedstawiciela. W jaki sposób na poziomie Kijowa mają być reprezentowane interesy regionalne, skoro nie ma komu ich reprezentować? Oczywiście, pewną dozę odpowiedzialności za tę sytuację ponoszą lokalni funkcjonariusze partyjni. I rzecz nie w tym, że nie potrafią oni wytargować lepszych proporcji u swoich partyjnych wodzów, lecz w tym, że nie chcą nawet zauważać tego problemu. Najlepszym dowodem tej tezy są partyjne i międzypartyjne zjazdy, na których "jednomyślnie" zatwierdza się partyjne listy.
Wiktor Juszczenko nie myli się, twierdząc, iż "jeśli jesteśmy zwolennikami ordynacji proporcjonalnej, to będzie ona nadal prowadzić do tego, co mamy dzisiaj". Jak się wydaje, ta dysproporcja będzie się tylko pogłębiać. Ale czy można te proporcje jeszcze bardziej wykrzywić?
W związku z tym zdziwienie wywołuje propozycja rozwiązania tego problemu, jaką przedkłada Prezydent: "W takim razie jest rzeczą oczywistą, że trzeba otworzyć dyskusję na temat parlamentu dwuizbowego, żeby chociaż jedna izba w jakiś sposób stanowiła reprezentację regionów. Musimy przeprowadzić taką debatę i udzielić odpowiedzi, w oparciu o taki lub inny mechanizm wyborczy". Wygląda więc na to, że budowa ustroju państwowego Ukrainy odbywa się nadal w ramach "koncepcji", zgodnie z którą problemy państwowe rozwiązuje się albo przez wydanie kolejnej ustawy, albo przez powołanie kolejnej struktury.
Dyskusję, naturalnie, można prowadzić, ale rzecz jest w czym innym: leczyć należy nie objawy, ale przyczyny choroby. Problem nie sprowadza się do braku Izby Wyższej w naszym systemie parlamentarnym, lecz w ułomności naszego systemu wyborczego, którym w tak subtelny sposób manipulują partyjne wierchuszki. Tym bardziej, że negatywne skutki obowiązującego na Ukrainie proporcjonalnego systemu wyborczego nie ograniczają się tylko do dysproporcji w przedstawicielstwie regionów.
Prezydent głosi, że trzeba dokonać reformy konstytucyjne, aby "dać szerszą gwarancję praw i wolności obywatelskich i obywatelskich sposób realny zapewnić ochronę tych praw i wolności". Nie jest jasne, w jaki sposób te prawa obywatelskie będą "realnie" chronione przez powołanie Izby Wyższej. Szczególnie jeśli się za wzór weźmie przykład, który tak zainspirował Marszałka Jaceniuka: dwuizbowość parlamentu rosyjskiego, to listek figowy, który nie przykrywa żadnej "federacyjności", lecz jedno z najbardziej scentralizowanych państw świata (w rzeczywistości - jedno z tych 70, na jakie powoływał się w Moskwie Jaceniuk). Tylko gdzie są te "prawa i wolności" rosyjskich obywateli?

Nazar Boyko
7 kwietnia 2008





  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    A jednak nas zachodzą... - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 8, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Kilka dni przed planowaną wizytą premiera Tuska w Izraelu "Rz" przeprowadziła wywiad z Szewachem Weissem, byłym ambasadorem tego państwa w Polsce, chociaż stanowisko ambasadora Izraela w Polsce jest zupełnie zbyteczne ze względu na całe rzesze takich ambasadorów zajmujących często wysokie stanowiska państwowe w polskim rządzie. Wiceministrem SZ jest np. znowu Ryszard Schnepf, który gdyby mógł, to pewnie ustanowiłby w Warszawie stanowisko polskiego ambasadora przy Izraelu. Co się zresztą dziwić, skoro po pospiesznym przegłosowaniu ustawy ratyfikacyjnej i zaprzeczaniu, że UE nie jest żadnym państwem, gdyż nie posiada jego atrybutów, minister spraw zagranicznych przyjął swojego niemieckiego odpowiednika w prywatnej rezydencji w Chobielinie, nad którą dumnie powiewała niebieska flaga z dwunastoma gwiazdami.

    Ale wracając do rzeczonego wywiadu z "wielkim przyjacielem Polski", jak Weissa określa większość poprawnych mediów, to zasadnicza treść wypowiedzi naszego "przyjaciela" sprowadzała się do technicznej strony zwrotu mienia pożydowskiego, którego wartość były ambasador oszacował na kilkadziesiąt miliardów dolarów. Jak sam powiedział: "Chodzi o setki tysięcy domów pozostawionych przez Żydów na terenie Polski. Ich wartość eksperci szacują na 30-60 miliardów dolarów". Dokładnie pamiętamy, jaki rwetes wzbudził felieton Stanisława Michalkiewicza, wygłoszony na antenie Radia Maryja, którego zasadniczym przesłaniem było wskazanie na niebezpieczeństwo roszczeń w takiej wysokości. Jest to niebezpieczeństwo, gdyż większości wskazanego mienia nie można zwrócić w naturze bez krzywdzenia kolejnych grup obywateli, a to oznacza, że zwrot dokonałby się w formie gratyfikacji pieniężnej fundowanej przez wszystkich podatników za pośrednictwem budżetu państwa. Warto zwrócić również uwagę, w jaki sposób nasz "przyjaciel" Szewach Weiss zareagował na stwierdzenie dziennikarza, że większość wspomnianego mienia to wywłaszczenia niemieckie, a później dzieła kolejnych komunistycznych rządów. Izraelski profesor prawa zauważył wtedy, że "z moralnego punktu widzenia wartość takiej zimnej odpowiedzi jest ujemna. Takie argumenty są obraźliwe". Jak na reprezentanta nacji prawniczej należy przyznać, że cytowane stwierdzenie jest wyjątkowo nasycone emocjami, ale to też nie nowina, gdyż można zauważyć, że współczesne "autorytety" często z braku merytorycznych argumentów sięgają po emocjonalny szantaż. Czytając zresztą życiorys profesora Weissa na internetowej Wikipedii, nie sposób nie zauważyć pewnej luki chronologicznej. Otóż autor notki pisze, że Szewach urodził się w 1935 r. w Borysławiu i jako Szejwach żył sobie, będąc synem właściciela sklepu spożywczego. Po czym weszli naziści i wiadomo, że rozpoczęła się gehenna ucieczek i ciągłego ukrywania się przed okupantem. Problem tylko w tym, że dla wielu Polaków i pewnie "Sąsiadów" rodziny Weissów gehenna rozpoczęła się już dwa lata przed wejściem nazistów, gdyż Borysław znajdował się na wschód od linii ustalonej przez Ribbentropa i Mołotowa co wielu rodaków Szejwacha przyjęło z nieskrywaną satysfakcją.
    Ale zdając sobie sprawę z "ujemnej wartości" takiej zimnego przypominania skomplikowanych losów polsko-żydowskiej koegzystencji, warto przedstawić pomysł ambasadora Weissa na zaspokojenie żądań jego rodaków polegający na tym, "...by powstała polska fundacja, która szybko wypłaciłaby pieniądze - powiedzmy 5 miliardów dolarów - starszym ludziom, którzy jeszcze żyją. Drugie pokolenie spadkobierców mogłoby dostać specjalne bony, których spłata byłaby rozłożona na 10-20 lat, chyba że inwestowaliby w Polsce, to wtedy otrzymaliby je szybciej. Dzięki temu pieniądze zostałyby w Polsce, gdzie by pracowały i tworzyły nowe miejsca pracy. Głowa żydowska i głowa polska mogą wymyślić wiele rozwiązań". Jak widać, niedawny ambasador Izraela po raz kolejny bałamuci polską opinię stwierdzeniem, że nic wielkiego, by się nie stało, a nawet nastąpiłby cud ekonomiczny, gdyż pieniądze pozostałyby w kraju, tworząc miejsca pracy. Problem jednakże w tym, że pieniądze zabrane polskim podatnikom z pomocą polskiego rządu utworzyłyby kapitał żydowski, łaskawie epatujący nas w zamian stworzeniem za te pieniądze miejsc pracy dla Polaków. Mielibyśmy więc kolejną odmianę (po np. programie NFI) geszeftu pogrążającego tubylczych Polaków w zależności ekonomicznej od zagranicznych spekulantów. Gdyby taki scenariusz zmaterializował się w postaci odpowiednich przepisów prawnych, nie pozostaje nam nic innego niż pisanie wniosku do UE o dotację w celu pokrycia wydatków na żydowskie odszkodowania. Wiedząc, że europejskie instytucje lubią obdarzać takie programy sympatycznymi nazwami jak np. AGENDA, SAPARD, CEEPUS, SOCRATES itp. - ten moglibyśmy nazwać np. V KOLUMNA lub JURGIELT.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Katyń w Korei - Tadeusz M. Płużański Wysłane wtorek, 8, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    NKWD nagrywało rozstrzeliwanie polskich oficerów w katyńskim lasku i kazamatach w Smoleńsku. W latach 50. film przekazano komunistycznej Korei Północnej. Jaki był cel? Mordowanie Polaków miało posłużyć bratniemu krajowi jako materiał instruktażowy, jak należy postępować z jeńcami wojennymi. Tak twierdzi autor książki "Katyń. Zbrodnia i kłamstwo", dr Tadeusz A. Kisielewski.

    Przekazanie wzorcowego materiału, który powinien nazywać się po prostu: "Jak zabijać", nastąpiło w 1950 lub 1951 r. Dzięki niemu Koreańczycy północni mieli nauczyć się od Wielkiego Brata, co robić z jeńcami amerykańskimi, brytyjskimi i australijskimi.

    "BŁĄD TECHNICZNY"

    Skąd po niemal 70 latach od mordu taka wiedza? Oddajmy głos Tadeuszowi Kisielewskiemu (to absolwent Instytutu Nauk Politycznych UW; w ostatnich latach wydał książki "Zamach" i "Zabójcy", poświęcone tajemniczej śmierci, czyli po prostu zamachowi na gen. Władysława Sikorskiego 4 lipca 1943 r. w Gibraltarze): "Z akt CIA wiemy, że z rozstrzeliwania polskich jeńców w Katyniu nakręcono film dokumentalny". Autor najnowszej książki o Katyniu na spotkaniu z czytelnikami stwierdził również, że filmu nie musimy wcale szukać w Korei: "Znani z biurokracji i formalizmu Sowieci na pewno zachowali kopię filmu. Najprawdopodobniej znajduje się ona w utajnionej części materiałów ze śledztwa prowadzonego przez Rosjan w sprawie zbrodni katyńskiej".
    Przypomnijmy, że kilka lat temu rosyjska prokuratura wojskowa umorzyła prowadzone przez 13 lat śledztwo, nie stawiając zarzutów żadnemu ze sprawców. Powód? Moskwa nadal uważa, że Katyń nie był ludobójstwem, a jedynie przedawnioną zbrodnią pospolitą, "błędem technicznym". Tymczasem w świetle prawa polskiego, jak i międzynarodowego, jest to nie ulegająca przedawnieniu zbrodnia ludobójstwa, zbrodnia wojenna i zbrodnia przeciwko ludzkości. Prowadzący polskie śledztwo katyńskie Instytut Pamięci Narodowej nie ma wątpliwości, że w 1940 r. władze Związku Sowieckiego planowo, z premedytacją zamordowały w Katyniu, Charkowie i Miednoje strzałami w tył głowy 22 tys. Polaków - ponad 14 tys. oficerów-jeńców wojennych i ponad 7 tys. cywili, którzy trafili do obozów i więzień po napaści Sowietów na Polskę 17 września 1939 r. W ramach odwetu za Bitwę Warszawską Sowieci wyeliminowali kwiat polskiej inteligencji - oficerów WP, policjantów, profesorów, duchownych, lekarzy.

    GRA NA ZWŁOKĘ

    Powszechnie (???) wiadomo, że dopiero w 1992 r. nasz wschodni Wielki Brat, po pół wieku zaprzeczania, zdobył się na potwierdzenie faktu, że Polacy zostali zamordowani przez NKWD z rozkazu Stalina wydanego w marcu 1940 r. Rosja wszczęła śledztwo w "sprawie katyńskiej", przeprowadziła ekshumacje w Charkowie i Miednoje, przesłuchała (ale wyłącznie jako świadków) współsprawców mordu. Po początkowym rozpędzie Rosjanie stracili jednak impet. Na informacje (jakiekolwiek) o przebiegu śledztwa musieliśmy czekać aż do września 2004 r. A była to informacja, że Rosjanie umorzyli śledztwo z powodu... śmierci sprawców. Strona polska dowiedziała się o tym dopiero później i w dodatku nieoficjalnie, bo Rosjanie - mimo wielokrotnych próśb IPN - do dziś nie udostępnili nam nawet decyzji o umorzeniu śledztwa i jej uzasadnienia.
    Mimo celowego przedłużania śledztwa, musiało się ono jednak kiedyś zakończyć. Wynika to m.in. z dokumentu Rady Europy (a Rosja, podobnie, jak Polska, jest jej członkiem) dotyczącego praw człowieka, który mówi, że każde postępowanie sądowe, także śledztwo, musi się zakończyć "w rozsądnym terminie".
    Mimo wielokrotnych próśb Polska do tej pory nie dostała akt śledztwa. Jedyne rosyjskie dokumenty katyńskie - 83 tomy akt - otrzymaliśmy w 1992 r. Przygotowano je jednak wyjątkowo niedbale i są trudne do odczytania. Nie mają też sygnatur, potwierdzających zgodność z oryginałem, przez co nie mogą one stać się ewentualnym dowodem procesowym.

    KŁAMSTWO O DOKUMENTACH

    W 2001 r., w odpowiedzi na polskie pytanie, Rosja stwierdziła, że wszelkie materiały śledcze zostały już Polsce przekazane. Potem rosyjska strategia uległa niewielkiej zmianie. Podczas wizyty przedstawicieli IPN w Moskwie pokazano im 157 tomów akt, a więc o 64 tomy więcej niż miały liczyć wszystkie materiały śledztwa (93 tomy). Prokurator i historyk IPN dostali zgodę na zapoznanie się z nimi podczas kolejnej wizyty. Jednak we wrześniu 2004 r. strona rosyjska poinformowała, że będzie to możliwe dopiero wówczas, gdy dokumenty te zostaną odtajnione (wcześniej nie było w ogóle mowy, że objęte są one klauzulą tajności).
    Dopiero na początku marca 2005 r. przyszła odpowiedź z Moskwy, że Polacy mogą mieć dostęp jedynie do 67 tomów akt śledztwa, gdyż pozostałe... 100 tomów akt jest nadal tajnych. W sumie wszystkich tomów było już zatem nie 157, ale 167. Polskie odwołanie od tej kuriozalnej decyzji okazało się mieć odwrotny do zamierzonego efekt, gdyż nagle liczba tajnych tomów wzrosła do... 116. Prawie z dnia na dzień odnalazło się zatem 16 kolejnych tomów (łącznie jest ich teraz 183). Dodatkowo Rosjanie stwierdzili, że z tych 67 jawnych nie można sporządzać kserokopii.
    Między Warszawą a Moskwą pojawiły się też zasadnicze rozbieżności dotyczące odpowiedzialności za mord. Rosjanie mówili tylko o 10 osobach, które wydały rozkaz. Polacy wskazują na ok. 2 tysiące - czyli wszystkich tych, którzy ten mord realizowali.
    - Rosjanie udzielili odpowiedzi, z której wynika, że nie przewiduje się możliwości sformułowania aktów oskarżenia przeciwko żadnej z żyjących, identyfikowalnych i współdziałających w dokonaniu zbrodni osób - mówił ówczesny szef pionu śledczego IPN, prof. Witold Kulesza. W "sprawie katyńskiej" Rosja uczyniła zatem krok w tył.

    AGENCI I WĘGRZY

    Podczas promocji swojej najnowszej książki dr Kisielewski dodał, że w tajnych aktach sowieckich znajdują się również dokumenty i zdjęcia potwierdzające znane od dawna fakty - współpracę NKWD i Gestapo od jesieni1939 do wiosny 1940 r. Materiały te, razem z nagraniem, jednoznacznie potwierdzają zamiary Sowietów i sprawstwo katyńskiej zbrodni. Dlatego też trudno się dziwić, że dzisiejsza Rosja - prawna i moralna spadkobierczyni ZSRS nie jest zainteresowana w ujawnieniu całości dokumentów. Wtedy już Kreml i usłużne mu rosyjskie media nie mogliby dalej kłamać, że mordu dokonali najwięksi na świecie okrutnicy, czyli niemieccy naziści.
    Czego możemy dowiedzieć się z tego "nowego" filmu o Katyniu? Prócz zapisu tragedii prawdopodobnie są tam widoczni oprawcy. Większość z nich zapewne już nie żyje, ale bez wątpienia pozwoliłoby to uzupełnić niepełną wciąż listę oprawców.
    Tadeusz Kisielewski ujawnił jeszcze jeden wątek - w trzech obozach NKWD dla polskich jeńców, którzy zostali następnie zgładzeni i pogrzebani w dołach śmierci - działali agenci. Nazwiska tych głęboko zakonspirowanych zdrajców - na pocieszenie należy dodać, że przynajmniej było ich niewielu - też mają znajdować się w tajnych tomach sowieckiej dokumentacji. Czy przypadkiem ich symbolem nie jest oficer, grany w "Katyniu" Andrzeja Wajdy przez Andrzeja Chyrę, który z przekonaniem graniczącym z pewnością stwierdził: "zostaną po nas tylko guziki". Ale akurat ten "agenturalny" wątek niespecjalnie dziwi. W każdym większym skupisku ludzi zawsze znajdzie się przynajmniej jeden kapuś. Niezależnie od skrywanych sowieckich materiałów nazwiska agentów już dziś mają być znane polskim historykom, badającym zbrodnię katyńską. To też nic nowego. Od dawna pojawiają się spekulacje, krążą nazwiska. Gdyby kiedyś Rosjanie zdecydowali się te personalia ujawnić, byłoby to ważnym potwierdzeniem tych informacji.
    Teraz polski MSZ zwróci się do strony rosyjskiej z pytaniem o film nakręcony przez NKWD. Tak, czy inaczej władze RP przez lata niewiele zrobiły, aby ujawnić kulisy zbrodni katyńskiej (w tym zmusić Rosję do przekazania nam całości dokumentów), jak również upamiętnić mord. Inaczej robią... Węgrzy, którzy postanowili ostatnio, że w centrum Budapesztu powstanie Park Męczenników Katynia (Katyni Martirok Parkio).

    "ŚPIJ MĘŻNY"

    Decyzja o rozstrzelaniu 14.700 polskich jeńców i 11 tys. polskich obywateli przetrzymywanych w więzieniach w zachodnich obwodach Białorusi i Ukrainy została wydana przez Biuro Polityczne KC WKP(b) 5 marca 1940 r. Obozy w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku utworzono już 3 października 1939 r., na rozkaz ludowego komisarza spraw wewnętrznych ZSRR Ławrientija Berii. Pierwszy transport jeńców odjechał z Kozielska do Katynia 3 kwietnia 1940 r. Jeńcy z obozu ostaszkowskiego byli rozstrzeliwani w Twerze, ze starobielskiego - w Charkowie.
    Wskutek korekty decyzji Biura Politycznego przez NKWD do "transportów śmierci" nie trafiło (z niewiadomych do dziś przyczyn) 205 jeńców Kozielska, 78 Starobielska i 112 z Ostaszkowa, łącznie 395 osób. Z kolei więźniów, też nie wiedzieć czemu, zamordowano nie 11 tys., ale 7305.
    Wersja sowiecka brzmiała: Polacy zostali wypuszczeni na wolność, a ich dalszy los nie jest znany. Po odkryciu grobów katyńskich przez Niemców w kwietniu 1943 r. stanowisko Moskwy uległo niewielkiej zmianie. Podczas rozmowy z polskimi przedstawicielami Beria miał powiedzieć: "zróbcie ich spisy, ale dużo już ich nie ma, gdyż zrobiliśmy wielki błąd, oddając ich większość Niemcom". Pod wersją o niemieckiej zbrodni skwapliwie podpisywali się polscy komuniści i... państwa zachodnie.
    W książce "Śpij, Mężny" Stanisława Mikkego, który uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu, Miednoje i Charkowie czytamy: "z czarno-szarej i niemiłosiernie cuchnącej mazi wydobywane są rękami, często niemal całe zwłoki. Zdejmowane są z nich mundury, by odnaleźć dokumenty osobiste, medaliki, przedmioty osobistego użytku, zapiski i listy od rodziny - wszystko co przybliża tragedię w wymiarze jednego człowieka. Po odpowiednich zabiegach wracają słowa listu pisanego ponad pół wieku temu: "Wiem, że żyjesz, i że wrócisz ... I będzie znów nam tak dobrze, jak kiedyś, prawda? Zbyszek krzyczy, Mamusia ... napisz, żeby przyjechał". Adresat listu nie wrócił do rodziny, został skrytobójczo zamordowany.

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Aktualizacja Witryny Kary Śmierci - 06.04.2008 Wysłane niedziela, 6, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Morderstwo Krzysztofa Olewnika w 2003 r.

    Jeden z zabójców Krzysztofa Olewnika powiesił się w celi


    Wczoraj późnym wieczorem w areszcie śledczym w Płocku powiesił się Sławomir Kościuk (52 l.), skazany kilka dni temu na dożywotnie więzienie za udział w porwaniu i zabójstwie Krzysztofa Olewnika - podała na swojej stronie internetowej "Polityka". Kościuk nie zostawił prawdopodobnie żadnego listu pożegnalnego. (...)

    Nieformalne wyroki kary śmierci w Polsce AD 2008

    Zastrzelili żonę gangstera. Gangster przestanie sypać?


    Bandyci wykonali egzekucję na matce dwójki dzieci. Bo była żoną skruszonego gangstera, który w śledztwach obciążał swoich kolegów. Nikt nie pomyślał, żeby objąć ją ochroną. (...)

    Morderstwo studentki w Dolinie Chochołowskiej - lipiec 2003

    Dożywocie za zabójstwo studentki w Tatrach


    Na dożywocie skazał białostocki sąd okręgowy Pawła Hajduka za gwałt i zabójstwo w lipcu 2003 roku studentki w Dolinie Chochołowskiej w Tatrach oraz za inne przestępstwa na tle seksualnym, popełnione wcześniej w Białymstoku. Wyrok nie jest prawomocny. (...)

    Morderstwo dostawców telefonów komórkowych w podwarszawskim Komorowie w 1997 r.

    Pomyłki sądowe zdarzają się nawet przy zabójstwach


    Krystian Majchrowski, początkowo skazany za głośne zabójstwo dwóch dealerów Ery GSM, został wczoraj prawomocnie uniewinniony od tego zarzutu. Warszawski Sąd Apelacyjny podkreślił, że w sprawie tej jest zbyt wiele wątpliwości, a dowody nie przekonują o winie oskarżonego. (...)

    Brak kary śmierci na Filipinach

    Filipiny zniosły karę śmierci


    Prezydent Gloria Arroyo podpisała ustawę o abolicji w piątek tuż przed wyjazdem do Rzymu, gdzie spotka się z Benedyktem XVI. W sobotę Filipiny stały się 87. krajem świata bez kary śmierci. (...)

    Grecja - unioeuropejski brak kary śmierci od 1972 r.

    Grecja: Proces terrorystów


    Grecki prokurator zażądał dzisiaj 21-krotnego dożywocia dla przywódcy lewackiego ugrupowania terrorystycznego 17 listopada (N-17). (...)

    Witryna Kary Śmierci


    Chcemy zwrócić się do RPO o zbadanie zgodności ustawy o ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego z polską konstytucją - senator Ryszard Bender o konsekwencjach głosowania w Senacie RP nad ustawą o ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego Wysłane czwartek, 3, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Chcemy zwrócić się do RPO o zbadanie zgodności ustawy o ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego z polską konstytucją - senator Ryszard Bender o konsekwencjach głosowania w Senacie RP nad ustawą o ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego Wysłane czwartek, 3, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Uchwalenie ustawy o ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego najpierw przez izbę niższą, potem, dzisiaj, przez Senat RP, rodzi olbrzymie konsekwencje dla Polski, gdyż po pierwsze, nie mamy już do czynienia ze Wspólnotą Europejską, lecz z PAŃSTWEM o nazwie Unia Europejska. Może nie już, ale z chwilą ratyfikacji przez wszystkie państwa europejskie Traktatu. Będzie posiadać osobowość prawną, która będzie miała pierwszeństwo przed osobowościami prawnym połączonych krajów. Nie byłoby nadmiernego problemu, gdyby każde z państw miało taki sam wpływ w państwie UE, ale jak wiemy będą tam państwa o tzw. pierwszej szybkości, państwa »twardego jądra«, duże mocarstwa i system głosowania jest tak zrobiony, że ono co chcą, będą mogły przeforsowywać. Jest zasługą prezydenta Lecha Kaczyńskiego i byłego premiera Jarosława Kaczyńskiego, że »zabezpieczyli bezpieczniki« w tym głosowaniu, mówię u o tzw. mechanizmie z Joaniny i o zapisie brytyjskim" - uniosceptyczny senator PiS Ryszard Bender opisuje wydarzenia dnia wczorajszego z sal polskiego parlamentu.

    W Unii Europejskiej nie ma monteskiuszowskiego podziału władzy. Pełnię praw zgłaszania inicjatywy ustawodawczej ma Komisja Europejska, parlament Europejski - może tego dokonywać "w porozumieniu" z KE - mówi senator Ryszard Bender. Na razie - choć i tak już 2/3 ustawodawstwa polskiego pochodzi z legislatury unijnej, prawo stanowi parlament polski, ale jest niebezpieczeństwo, że przepisy będą stanowione już bezpośrednio w Brukseli. W dodatku na razie nasza konstytucja mówi, że w niektórych przypadkach przepisy z ORGANIZACJI MIĘDZYNARODOWYCH mogą mieć pierwszeństwo przed przepisami konstytucyjnymi, ale w przypadku powstającej UE - będzie to PAŃSTWO. Kto w takim razie zaręczy, że w przyszłości przepisy z innych PAŃSTW, np. Brazylii czy USA - nie będą mogły mieć nadane taki status? - zastanawia się senator PiS, który głosował przeciw ustawie o ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego. Dzisiaj Senat RP miał niebywałą szansę - mógł odrzucić tę ustawę (było tylko sześć głosów więcej niż wymagały tego przepisy!) i wtedy moglibyśmy się znowu nad tym traktatem zastanowić i spróbować go zrekonstruować. Ale tak się nie stało. Komuś bardzo mocno zależało na tak błyskawicznym przepchnięciu tej sprawy przez Senat, że ściągano nas także i z gabinetów lekarskich! W dodatku zrobiono to w dniu tak szczególnym - trzeciej rocznicy śmierci Papieża-Polaka, Ojca Świętego Jana Pawła II - zwraca uwagę na kulisy tej akcji uniosceptyczny senator. W klubie senackim PiS 17 osób głosowało przeciw ustawie o ratyfikacji, sześć osób się wstrzymało od głosowania.
    Gdyby premier Polski Donald Tusk chciał się "postawić" politykom z innych państw Wspólnot Europejskich czy urzędnikom z centrali w Brukseli, może przez błysk flesza byłaby jakąś wrzawa, ale natychmiast by ucichła, a zaczęłyby się umizgi Wielkich Tego Świata do Polaków o to, by ci się łaskawie zgodzili na ratyfikację traktatów i żeby ICH koncepcja też się nie wywróciła. Europa lubi tylko polityków silnych i mądrych. Przecież społeczeństwa Francji i Holandii odrzuciły unijną konstytucję - i co? Świat się zawalił? Nie? Było dużo krzyku? Nie! - przypomina sprawę sprzed kilku lat uniosceptyczny senator PiS Ryszard Bender.

    Teraz musimy czekać na referendum w Irlandii albo na odrzucenie traktatu prze parlament któregoś z krajów europejskich. Na razie tracimy suwerenność w jej znakomitej części. Prezydent RP może jednak zwrócić się do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie tej ustawy na zgodność z konstytucją Polski. Może też wystąpić z taką inicjatywą Rzecznik Praw Obywatelskich, które to stanowisko piastuje obecnie z nominacji PiS dr Janusz Kochanowski. Jest partu posłów i senatorów, którzy zamierzają wystąpić do RPO z taką prośbą - oświadczył TVASME senator Ryszard Bender.
    W konstytucji RP są wyraźnie zapisy - np. w artykułach 90. i 91., które stanowią, że przepisy ŻADNEGO PAŃSTWA nie mogą mieć pierwszeństwa przed przepisami polskiej konstytucji, tylko w określonych przypadkach - ratyfikowane umowy z organizacjami międzynarodowymi.

    Nagranie trwa prawie 16 minut, jest dostępne w Sieci do 17 IV 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania.




    Pora katastrof w polskiej polityce minęła - Łukasz Perzyna o petryfikacji układu czterech sejmowych partii politycznych Wysłane środa, 2, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Spór o Traktat Reformujący pomiędzy dwiema głównymi siłami w Polsce: zwycięską w niedawnych wyborach parlamentarnych PO i przegranym, ale rządzącym wcześniej PiS, wielu Polakom mógł się wydawać burzą w szklance wody, bo to tak naprawdę znaczna część opinii publiczne odbiera ten konflikt jako igrzyska, w sytuacji kiedy kluczowa dla sytuacji Polski wydaje sie raczej kwestia chleba, by przypomnieć znaną tradycję z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Kwestia chleba: ciągle jednak wysoki wzrost gospodarczy - 6%, trzy razy więcej niż w najbardziej rozwiniętych krajach Europy Zachodniej, z drugiej strony - giełda idzie w dół i trzeba się zastanowić nad tym, co dalej będzie się działo z oszczędnościami milionów Polaków. Wielu ekonomistów zauważa, że dopiero niedawno Polacy, po latach obrzydzania im jakichkolwiek form oszczędzania - nabrali na nie ochoty. I dokonali tego nie politycy, ale właśnie dobra koniunktura. Równocześnie wiemy, że z OFE wyparowało 12 miliardów złotych, a więc co jedenasta złotówka. Co byśmy zrobili, gdyby jakiś bank po roku oszczędzania powiedziałby, że mamy o ponad dziesięć procent mniej? Pewnie szybko byśmy z niego uciekli. O tym powinni debatować politycy, ale tego nie robią" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, opisuje nie tylko najważniejsze merdialnie wydarzenia z minionego i początku tego - tygodni.

    Politycy zajmują się jak na razie od kilku tygodni sprawą Unii Europejskiej. O losach powstawania ponadnarodowego państwa i tak już wcześniej zadecydowali wyborcy z Francji i Holandii, dwóch państw-założycieli UE - w swoich referendach. Nie będzie Unii Europejskiej ponadnarodowej, będzie Europa ojczyzn, to nie silna, skoncentrowana biurokracja w Brukseli będzie zarządzać UE - uważa Łukasz Perzyna. Podgrzewanie nastrojów w Polsce w sprawie Traktatu Lizbońskie nie przyniosło głosów poparcia politykom, którzy z tej sprawy chcieli uczynić swoje sztandary. Politycy dogadali się na Helu. W ten sposób jeden z Braci Kaczyńskich w oczach opinii publicznej odbudował swój wizerunek - zauważa publicysta "TS". Notowania prezydenta Kaczyńskiego będą się teraz wznosić, bo Polacy patrzą z sympatią na tych, którzy kończą konflikt, a nie na tych, którzy go zaczynają. Gdyby było inaczej, panowie Giertych i Lepper nadal zasiadali by w parlamencie. A więc Lech Kaczyński "wraca do gry", umiejętne zagrania marketingowe pomogą - podobnie jak to było w przypadku prezydentów Borysa Jelcyna czy Lecha Wałęsy - mu w nawiązaniu równorzędnej walki z kolejnym przeciwnikiem w czasie wyborów prezydenckich.
    Kogo PiS miał stracić - już stracił, nic nowego w postaci jakiegoś rozłamu, odejść, nie będzie - przekonuje Łukasz Perzyna. Zaś poza główną osią, do niedawna - konfliktu, od spotkania w Juracie - osią porozumienia PO i PiS, dzieją się rzeczy także wzbudzające zaciekawienie. No właśnie, jak się nazywała ta... koalicja? LiD? Od soboty stała się jakąś wydmuszką. Towarzysz Borowski na razie nawet klubu parlamentarnego nie może utworzyć. Towarzysz Olejniczak ogłosił koniec istnienia nie - klubu parlamentarnego, tylko "porozumienia politycznego", właściwie tylko po to, by tego szybciej nie ogłosił inny SLD-owiec - towarzysz Napieralski. Oba ratlerki gryzą się pod dywanem, a post(?)komuniści mają natłok gości zza granicy: oto powrócił, ale nie do domu, tylko do więzienia, okrzyknięty przez merdia "kasjer lewicy" Vogel vel. Filipczyńki, za nim wsunęli się w ramiona znamienitego reprezentanta PZPR-owców i "osiedli milicyjno-wojskowych", tow. Ryszarda Kalisza - dwaj zboczeńcy z Ameryki, mający zapewne symbolizować nowy, docelowy elektorat "ezelde"... Trzeba jednak przyznać, że Olejniczak ograł Partię Demokratyczną w doskonały sposób, choć czy zapowiada to w ogóle jakiś renesans SLD? - zastanawia się redaktor Perzyna. Zależy to od PO i PiS - będą musieli znaleźć sobie jakiś kolejny konflikt, by utrzymać "dwubiegunowość" głównej sceny politycznej w Polsce...
    Wiele jednak zależy od tych polityków PiS, którzy odgrywali rolę Reytanów przy okazji głosowania nad ustawą o ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Czy wejdzie do gry nowa siła? Nie wiemy, czy o. Tadeusz Rydzyk nie będzie chciał budować nową formację dopiero na czas wyborów europejskich... - stawia pytanie publicysta tygodnika związku "Solidarność".

    Nagranie trwa prawie 20 minut, jest dostępne w Sieci do 16 IV 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania.




    Pora katastrof w polskiej polityce minęła - Łukasz Perzyna o petryfikacji układu czterech sejmowych partii politycznych Wysłane środa, 2, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |









    Kompromis z Juraty czy nowa Magdalenka - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 2, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Mały wielki człowiek" z powieści Thomasa Bergera dożywszy 121 lat zwykł przeplatać swoją barwną opowieść stwierdzeniem, że "dzisiaj jest dobry dzień, aby umrzeć". Ale co innego sensownego może zrobić 121-letni staruszek niż umrzeć i to w Ameryce w czasach, kiedy neokonserwatyści byli jeszcze trockistami, LSD było zakazane, a prozacu jeszcze nie wymyślono? Co innego dzisiaj w Unii Europejskiej, słynącej z wyrównywania szans i protokołu brytyjskiego oraz z wynalazku prawnego, w ramach którego prawo wspólnotowe może być nadrzędne nad krajowym, ale krajowe ma pierwszeństwo nad unijnym i nie ma w tym żadnej sprzeczności. A wszystko dlatego, że nikt nie kieruje się abstrakcyjnymi zasadami, ale pragmatyką, a jak wiadomo - pionierem takiej pragmatyki był Lech Wałęsa słynący z takich bon motów jak "dobrze się stało, że źle się stało", "jestem za, a nawet przeciw" czy chociażby, że "plusy Unii Europejskiej mają swoje plusy i minusy". Wprawdzie już od dobrych kilkunastu lat bracia Kaczyńscy żywią wobec Wałęsy odwzajemnione, negatywne uczucia, ale coraz wyraźniej widać, że niektóre sposoby rozumowania swojego niegdysiejszego pryncypała dość dobrze sobie przyswoili. Bo jak inaczej wytłumaczyć niby-spór, jaki wywiązał się pomiędzy PiS a PO w sprawie ratyfikacji "dobrego traktatu", wynegocjowanego przez prezydenta Kaczyńskiego, spór zakończony - jak było od początku do przewidzenia – wesołym, proeuropejskim oberkiem w dniu, kiedy przyjęło się robić innym psikusy lub, jak poinformowała pani posłanka Sobecka, w dniu uznawanym za datę urodzin Judasza? Posłanka chyba nie czytała "Ewangelii Judasza" i nie wie, że Judasz wziął na siebie ten przykry obowiązek zdrady, by świat mógł zostać zbawiony, tylko klechy i Watykan ukrywają przed wiernymi (z chęci zysku oczywiście) te niewygodne fakty.
    Ale już po przegłosowaniu ustawy ratyfikacyjnej w sejmie, "wszystkich wierzących" uspokoił prezydent Kaczyński, ogłaszając wszem i wobec, że ciągle mamy jeszcze dekalog, który jak tłumaczyła narodowi głowa państwa "...powstał przed tysiącami lat, to znaczy dany był przez Boga przed tysiącami lat i on zawiera 10 przykazań", chociaż miał też dobrą nowinę i dla "nie podzielających tej wiary" tłumacząc, że "ten nowy dekalog zawiera kilkadziesiąt, bo był pisany przez urzędników, bardzo wysoko kwalifikowanych i świetnych". Z tej chociażby wypowiedzi widać, że nasz prezydent wcale nie jest taki mazgajowaty, na jakiego wygląda - potrafi zadowolić każdego, co w naszym coraz bardziej tolerancyjnym świecie stanowi duży atut. Z pewnością zaś zadowolił Donalda Tuska podczas tajemniczych negocjacji w prezydenckich ośrodku w Juracie, których rezultat może wpłynąć na losy naszego państwa, podobnie jak efekty słynnych, choć nadal tajemniczych rozmów w Magdalence. Jak wiadomo, rozmowy w Magdalence przypieczętowały układ, w ramach którego władzą w III RP dzieliły się zamiennie znane koterie, a kresem ich władania miała być IV RP. IV RP jednak nie powstała, natomiast najpierw po ubiegłorocznym tajemniczym spotkaniu Tuska z Lechem Kaczyńskim, podczas którego pękło podobno kilka butelek dobrego wina, zostały rozpisane przyspieszone wybory, wygrane przez PO i przegrane przez LPR i Samoobronę - partie co najmniej uniosceptyczne. Następnie po spotkaniu w Juracie, gdzie przecież również nie rozmawiano o suchej gębie, uzgodniono, że nasz interes państwowy zostanie zapewniony zdaniem z orędzia Tuska, które brzmiało:
    "Mocą urzędu, który reprezentuję, chcę zagwarantować, że to, co ma być zapisane także w przyszłych ustawach, konkretnie w ustawie, której zmiana musi być konsekwencją ewentualnego przyjęcia traktatu lizbońskiego, będzie ze strony rządu, ze strony partii, którą reprezentuję, dochowane".
    Gdyby taki komunikat wygłosił dyrektor fabryki lodów "Koral" podczas spotkania z kierownikiem sklepów spożywczych "Żabka", to natychmiast Urząd ds. Konkurencji i Konsumentów wszcząłby procedurę wykrywania zmowy. Natomiast najwyraźniej niektórzy wiedzą, o co chodzi, bo takie zapewnienie wystarczyło Jarosławowi Kaczyńskiemu do głosowania za ustawą ratyfikacyjną, podobnie jak i jego czołowym gwardianom. Wyłamał się i to dosłownie jedynie poseł Kuchciński, który wolał sobie złamać obojczyk niż podnieść rękę. Ale poseł Kuchciński miałby dylemat nie na żarty, wszak prawie wszyscy posłowie z Podkarpacia zagłosowali przeciw ustawie, a on biedny nie mógł głosować inaczej niż pryncypał, a gdyby tak zrobił, to kto by go później z tego rejonu wybrał ponownie, zwłaszcza że o. Rydzyk ma podobno rozliczać kandydatów przy okazji następnych wyborów do naszego "województwa" w UE?
    Najwyraźniej tego rozliczania nie boi się Jarosław Kaczyński, który powiedział, że "powinno pójść gładko, o ile będzie wszystko wykonane i nie nastąpi gra pod tytułem »obiecaliśmy i nie zrobiliśmy«". Jak widać, "mały wielki człowiek" PiS zgodnie z regułami od dawna stosowanej manipulacji z góry wszystkich mających inne niż on zdanie zakwalifikował do grupy tych, którzy prowadzą "grę". Potwierdza to zresztą dokonany przez wodza podział posłów jego klubu, który został wskazany w następującym zdaniu: "Wszędzie są ludzie bardziej eurorealistycznie nastawieni i eurosceptycy. Tak samo jest także w Prawie i Sprawiedliwości". Nie ma więc eurooptymistów i eurosceptyków, w PiS-ie są tylko eurorealiści i eurosceptycy, a jak wiadomo frakcja Kaczyńskiego to eurorealiści. Skoro realiści to ci, którzy trzeźwo i zdroworozsądkowo oceniają problemy, stąd też siłą logiki eurosceptycy muszą te sprawy oceniać nieco mniej realnie, czyli ich ocena jest mniej wartościowa. Inaczej cytując prezydenta: "popełniają błąd". Ale cóż jak stwierdził "gej z orędzia": "nobody is perfect", a jak to subtelniej wyraził poeta - "Karmię frasunkiem miłość i myślenie/ Myśl zaś pamięcią i pożądliwością,/ Żądzę nadzieją karmię i gładkością./ Nadzieję bajką i próżnym błądzeniem...". Poetą tym był Andrzej Jan Morsztyn, a wiersz nosił tytuł "Cuda miłości". Czyżby już czołowy przedstawiciel polskiego baroku dworskiego przewidział Tuskowe rządy miłości znaczone cudami?

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Dość wiecowania! Czas do roboty dla pomyślności Nowej Wspaniałej Europy! Wysłane środa, 2, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Głosowanie w sprawie uchwalenia ustawy o ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego w polskim sejmie nie mogło odbyć się w sprzyjających dla uniosceptyków warunkach. W wyniku strategicznego błędu z zeszłego roku - pomyłki w wyśrubowanych kalkulacjach popełnionej przez przewodniczącego partii polskiej lewicy "patriotycznej" PiS Jarosława Kaczyńskiego, ugrupowanie to, w którego działaniach wielu wyjątkowo naiwnych zwolenników utrzymania suwerenności RP upatrywało szansy na jej istnienie, straciło władzę, a przejęło ją środowisko "partii zagranicy", czyli Platformy Obywatelskiej.

    Podtrzymywane w merdiach napięcie przed przesuwaną kilkakrotnie datą głosowania sejmowego miało sugerować jakąś zasadniczą różnicę istniejącą między czołowymi przedstawicielami PiS i PO, różnicę, którą na korzyść uniosceptycznych mieszkańców Rzeczypospolitej chciało jakoby rozegrać środowisko Prawa i Sprawiedliwości, usiłujące zagarnąć elektorat sczezłej Ligi Polskich Rodzin oraz egzystującej na merdialnym marginesie Unii Polityki Realnej. Zadeklarowane przez Jarosława Kaczyńskiego na pamiętnej konferencji "wprowadzającej" w Fundacji im. Stefana Batorego "podzielenie polskiej sceny politycznej" na wzór amerykańskich porządków z absolutną dominacją układu dychotomicznego jest, jak widać, konsekwentnie wspierane przez sparringpartnera Platformę Obywatelską, która realizuje "politykę salami" w stosunku do pozostałości po postkomunistycznym kręgu "lewicy sowieckiego nadania" PZPR/SLD/LiD. W PiS nie mówi się o rozłamie w wyniku niepokornego w stosunku do niemal zarządzonej dyscypliny klubowej we wczorajszym głosowaniu sejmowym zachowania się "antytraktatowców", bo łatwiej jest realizować marzenie o PiS jako odpowiedniku Partii Republikańskiej, używając symboliki wielości "skrzydeł" współistniejących razem z "silnym środkiem" wewnątrz partii, odpowiedników "grup" w równie leninowskiego wzoru PZPR, gdzie z definicji nie mogło być walki frakcyjnej. W Platformie Obywatelskiej nic się nie mówi, bo za miarodajny jej głos i tak wszyscy obserwatorzy życia robaczkowego "polskiej sceny politycznej" uważają pisma dzienne, tygodniki i inne periodyki niemieckie, francuskie i belgijskie.
    Przy tej sposobności natrętnie przypomina się osławione wezwanie towarzysza "Wiesława": "Dość wiecowania, czas wziąć siem do roboty!" z pamiętnego dnia wielkiego uniesienia narodowego na warszawskim ówczesnym pl. Defilad w 1956 roku, wygłoszone w cieniu Pałacu im. Józefa Stalina, który przecież nie bez przyczyny został w zeszłym roku wpisany do rejestru zabytków nomen omen - narodowych Rzeczypospolitej, w czasie, gdy rządy sprawowała koalicja PiS-LPR-Samoobrona i gdy niepodzielne rządy przewodniczącego Jarosława Kaczyńskiego wydawały się potrwać jeszcze przynajmniej dwa lata, a nadzieja na ich przedłużenie na następną kadencję parlamentarną miała silne korzenie wśród prawych i sprawiedliwych "uniorealistów". Te złudzenie zostało prędko rozwiane przez jeszcze bardziej brukselsko-spolegliwych pretendentów do roli namiestników vel "wojewodów polskich" z "partii zagranicy", których okrzyknięto już w zeszłym tygodniu w dziennikach niemieckich jako "najlepiej przewidywalnych" u rządowego steru "polskiego regionu UE".
    W odpowiedzi na usiłowania "uporządkowania prawej strony sceny politycznej", czynione przez przewodniczącego ugrupowania "naszej lewicy patriotycznej" Jarosława Kaczyńskiego, zamieszczamy listę 68 posłów PiS, którzy głosowali wczoraj przeciw ratyfikacji przez polski parlament tzw. Traktatu Reformującego UE lub wstrzymali się od głosu:

    (Lista posłanek i posłów Klubu PiS, którzy głosowali przeciw ratyfikacji "Traktatu Lizbońskiego"):

    1. Abramowicz Adam
    2. Babinetz Piotr
    3. Błądek Antoni
    4. Bogucki Jacek
    5. Bury Jan s. Antoniego
    6. Chłopek Aleksander
    7. Cybulski Piotr
    8. Cymański Tadeusz
    9. Dera Andrzej Mikołaj
    10. Dolata Zbigniew
    11. Girzyński Zbigniew
    12. Giżyński Szymon Stanisław
    13. Golba Mieczysław
    14. Gołojuch Kazimierz
    15. Górski Artur
    16. Górski Tomasz
    17. Grabicka Krystyna
    18. Jagiełło Jarosław
    19. Janczyk Wiesław
    20. Jurgiel Krzysztof
    21. Kaczanowski Dariusz
    22. Kołakowski Lech
    23. Kowalczyk Henryk
    24. Kowalski Bogusław
    25. Kozak Zbigniew
    26. Kwitek Marek
    27. Libicki Jan Filip
    28. Łatas Marek
    29. Macierewicz Antoni
    30. Malik Ewa
    31. Marianowska Barbara
    32. Masłowska Gabriela
    33. Masłowska Mirosława
    34. Mazurek Beata
    35. Moskal Kazimierz
    36. Ożóg Stanisław
    37. Pięta Stanisław
    38. Popiołek Krzysztof
    39. Religa Jan
    40. Rębek Jerzy
    41. Rojek Józef
    42. Rusiecki Jarosław
    43. Siarka Edward
    44. Sikora Anna
    45. Sobecka Anna
    46. Stanke Piotr
    47. Szlachta Andrzej
    48. Szwed Stanisław
    49. Szyszko Jan
    50. Telus Robert
    51. Wargocka Teresa
    52. Wojtkiewicz Michał
    53. Wróbel Marzena Dorota
    54. Zając Stanisław
    55. Zawiślak Sławomir
    56. Żaczek Jarosław

    (Lista posłanek i posłów, którzy wstrzymali się od głosowania w sprawie ratyfikacji "Traktatu Lizbońskiego"):

    1. Bąk Dariusz
    2. Dziedziczak Jan
    3. Gwiazdowski Kazimierz
    4. Kruk Elżbieta
    5. Kurski Jacek
    6. Maciejewski Krzysztof
    7. Nowak Maria
    8. Osuch Jacek
    9. Rokita-Arnold Nelli
    10. Sońta Krzysztof
    11. Sośnierz Andrzej
    12. Stawiarski Jarosław


    Pan Prezydent chciał być pochwalony na zjeździe NATO w Bukareszcie za przyczynienie się do uratowania niemieckich planów utworzenie Unii Europejskiej - Stanisław Michalkiewicz o kulisach i konsekwencjach ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego Wysłane środa, 2, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Pan Prezydent chciał być pochwalony na zjeździe NATO w Bukareszcie za przyczynienie się do uratowania niemieckich planów utworzenie Unii Europejskiej - Stanisław Michalkiewicz o kulisach i konsekwencjach ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego Wysłane środa, 2, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Wszystko wskazuje na to, że listek figowy, na jaki zgodziła się Platforma Obywatelska podczas rozmowy Donalda Tuska z prezydentem w Juracie - by zakryć PiS-owi sromotę zgody na ratyfikację Traktatu Reformującego - będzie bardzo perforowany, tak że sromotę będzie widać przez dziury. Jeśli dobrze zrozumiałem komunikaty płynące z sejmu, to PiS przyjmie tę ustawę ratyfikacyjną bez żadnych widocznych zmian, sejm podejmie uchwałę, w której będą zawarte wszystkie zaklęcia »ratujące Ojczyznę«, za pomocą których Jarosław Kaczyński będzie ratował naszą biedną ojczyznę i na osłodę PiS uzyskało obietnicę od PO, że w bliżej nieokreślonej przyszłości zostanie uchwalona ustawa, która będzie regulowała stosunki rządu i Pana Prezydenta w kwestii spraw europejskich. Ta ostatnia obietnica wydaje się mało realistyczna ze względu na materię tej ustawy, ponieważ wszystko wskazuje na to, że materią tej ustawy będą ustawy konstytucyjne, a trudno wyobrazić sobie w przyszłości zmianę konstytucji. Jeśli do takiej zmiany dojdzie, to wtedy prawdopodobnie objęłaby ona szerszy zakres zagadnień zmierzający do uporządkowania sceny politycznej w taki sposób, by utrudnić na niej pojawienie się nowych ugrupowań" - Stanisław Michalkiewicz, znakomity publicysta pism prawicowych, dzień wcześniej wyjaśnia powód uchwalenia dzisiejszej ustawy o ratyfikacji tzw. Traktatu Reformującego.

    Wydaje się, że właśnie w tym punkcie leży główne miejsce kolaboracji PO i PiS. Wskazuje też na to niedawne aresztowanie pana "Petera Vogla", który naprawdę nazywa się Piotr Filipczyński. Pohukiwania ministra Sprawiedliwości Ćwiąkalskiego zapowiadają powrót Filipczyńskiego do więzienia, by odsiedział końcówkę wyroku za morderstwo, którego dokonał w latach 70. ub. wieku. Pan Schetyna zapowiada też próbę wyjaśnienia sprawy wyjazdu Filipczyńskiego z PRL-u w czasie jego przepustki z więzienia. Został on aresztowany na podstawie zarzutu "lobbysty" Marka Dochnala, w którym ten ostatni chwalił się, że pozakładał "politykom lewicy tajne konta". PO walczy więc na "odcinku lewicowym", zaś Jarosław Kaczyński walczy na odcinku prawicowym, by nie pojawiło się tam żadne nowe ugrupowania prawicowe.
    1 kwietnia zostanie uchwalona ustawa w sprawie ratyfikacji "Traktatu Lezbońskiego", przy minimalnym sprzeciwie części posłów. 1 stycznia 2009 r. powstanie więc Unia Europejska. Wtedy władze "województwa polskiego", jak to sprecyzował dosadnie Jarosław Kaczyński, nie będą już miały rzeczywiście większych zmartwień niż takie jak to, czy spotykać się z parą amerykańskich homoseksualistów, których kontrolowana przez razwiedkę stacja telewizyjna TVN zaprosiła do Polski na obchody 3. rocznicy śmierci Jana Pawła II - zauważa Stanisław Michalkiewcz.

    Nagranie trwa ponad 9 minut, jest dostępne w Sieci do 16 IV 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania.




    Bohaterski kurier z Warszawy
    Wspomnienie o Zdzisławie Jeziorańskim (Janie Nowaku) - Tadeusz M. Płużański
    Wysłane wtorek, 1, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Kurier czy emisariusz przypomina trochę wystrzelonego w przestrzeń astronautę. On jeden tam w górze skupia na sobie powszechną uwagę, zbiera laury i oklaski, podczas gdy na ten czyn składa się mrówcza praca i ofiarny wysiłek tych na dole - zapomnianych i niewidocznych anonimów. Każda moja wyprawa, a licząc oba kierunki, tam i z powrotem, było ich w sumie pięć - stanowiła owoc zabiegów, żmudnych wysiłków i pomysłowości bardzo wielu zapomnianych dziś ludzi. Kilku torując mi drogę, przypłaciło to życiem, inni więzieniem" - napisał we wstępie autorskim do książki "Kurier z Warszawy" Jan Nowak (Zdzisław Jeziorański). W swoją pierwszą misję kurierską wyruszył 65 lat temu - w kwietniu 1943 r.

    Zanim przejdziemy do omówienia kurierskiej działalności Jana Nowaka, garść podstawowych faktów z jego biografii. Zdzisław Jeziorański urodził się w 1914 roku w Berlinie w rodzinie inteligenckiej. W 1939 roku aresztowany przez Niemców. Uciekł z niewoli, skacząc z pociągu pod Krakowem (w jednej grupie z późniejszym wieloletnim PRL-owskim premierem Józefem Cyrankiewiczem). Szybko trafił do konspiracji, zostając żołnierzem Związku Walki Zbrojnej, a następnie Armii Krajowej. Jednym z jego zadań było prowadzenie antyniemieckiej dywersji na terenach Polski przyłączonych do Rzeszy oraz w samych Niemczech, w ramach tzw. Akcji "N". Zdzisław Jeziorański (późniejszy Jan Nowak) wielokrotnie przekraczał granicę Generalnej Guberni z nielegalnymi materiałami. Już wtedy wyróżniał się szczególnym bohaterstwem.

    NAWIĄZAĆ KONTAKT
    Z DOWÓDZTWEM W LONDYNIE


    W 1943 roku zaczyna się najbardziej interesujący nas w tym opracowaniu okres życia Zdzisława Jeziorańskiego. Na początku tego roku zgłosił się - jako ochotnik - do pracy w charakterze kuriera Armii Krajowej do rządu polskiego w Londynie z zadaniem przewożenia korespondencji specjalnego znaczenia i poufnych raportów.
    Już w kwietniu 1943 roku wyruszył w swoją pierwszą misję. Jej celem było zbadanie nowej trasy przerzutu emisariuszy na Zachód. Zdzisław Jeziorański wsiadł w Gdyni na pokład szwedzkiego statku przewożącego węgiel. W ten sposób dotarł do poselstwa polskiego w Sztokholmie. Pod koniec czerwca - po uzyskaniu wszystkich potrzebnych informacji - wrócił do kraju.
    Kolejny miesiąc - lipiec, przyniósł nowe, dużo poważniejsze wyzwanie. Dowództwo Armii Krajowej postanowiło wysłać Zdzisława Jeziorańskiego do Londynu. Moment dla Polaków był szczególnie dramatyczny. W kraju Niemcy aresztowali Komendanta Głównego AK Stefana "Grota" Roweckiego, a w Gibraltarze zginął - w do dziś nie do końca wyjaśnionych okolicznościach - premier i Naczelny Wódz generał Władysław Sikorski. W tej sytuacji konieczny stał się kontakt między Polskim Państwem Podziemnym a władzami Rzeczypospolitej na Obczyźnie, a konkretnie nowym Komendantem Głównym AK Tadeuszem Borem-Komorowskim a nowym Naczelnym Wodzem Kazimierzem Sosnkowskim. Nie było to jednak jedyne zadanie Jeziorańskiego. Miał też nawiązać kontakt z brytyjskimi ośrodkami dywersyjnymi i przedstawić im osiągnięcia polskiej Akcji "N". To właśnie przed tą swoją pierwszą londyńską misją przyjął pseudonim Jan Nowak (początkowo miał zostać Janem Kowalskim, ale pomysłowi sprzeciwili się radiotelegrafiści, z prostego powodu - chcieli, aby nadawane przez nich depesze były jak najkrótsze.

    SMUTNA REFLEKSJA

    Kurierska wyprawa Jana Nowaka - w tym momencie już jako "kuriera z Warszawy" - rozpoczęła się w październiku 1943 roku w Gdyni. Najpierw dotarł do poselstwa w Sztokholmie, a potem drogą lotniczą do Wielkiej Brytanii. W grudniu - w Londynie - stanął przed przywódcami emigracyjnej Polski: gen. Kazimierzem Sosnkowskim, prezydentem Władysławem Raczkiewiczem, premierem Stanisławem Mikołajczykiem i ambasadorem Edwardem hrabią Raczyńskim. Złożył im obszerne raporty o sytuacji w okupowanym kraju
    Zdzisław Jeziorański (Jan Nowak) spotkał się również z przedstawicielami najwyższych władz brytyjskich, m.in. z premierem Winstonem Churchillem i szefem Foreign Office Anthonym Edenem. Z tych rozmów wyniósł smutną refleksję: jak - pod naciskiem Stalina - zmienia się stosunek zachodnich aliantów do Polski.
    Jan Nowak w książce "Kurier z Warszawy" pisał: "Czas wypełniony robotą mijał szybko. W połowie marca [1944 - red.] zadanie emisariusza, które polegało na wyładowaniu z siebie wszystkich informacji i postulatów i wchłonięciu w to miejsce bagażu wiadomości, opinii i ocen na użytek tych, którzy mnie wysłali, było już wykonane".
    Jako kurier-emisariusz wyprawy na trasie Warszawa - Londyn - Warszawa odbywał pięciokrotnie.

    PRZYJAŹŃ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA

    Jerzy Lerski, ur. w 1917 r. we Lwowie, zm. w 1992 r. w San Francisco, prawnik, politolog i historyk, działacz emigracyjny, w książce "Emisariusz Jur" wspominał: "Spotkanie dwóch emisariuszy odbyło się w tzw. Elektrowni przy Marszałkowskiej nr 1, tuż przy pl. Unii Lubelskiej. Był to jeden z kontaktowych lokali konspiracyjnych BIP-u [Biura Informacji i Propagandy Armii Krajowej - red.]. Nowak przypadł mi z miejsca do gustu i serca. Słyszałem już o jego odwadze, przedsiębiorczości i szybko się zorientowałem, że jest to nieprzeciętny Polak o jak najlepszej woli rzetelnego wykonania swych kurierskich zadań. Mieliśmy obaj podobnie negatywny stosunek do panoszącego się w kraju i na emigracji partyjniactwa, oraz szkodliwych klikowych intryg i sporów personalnych. Ostatecznie to my, emisariusze głowy nadstawialiśmy, by tym różnym prawdziwym i urojonym wielkościom służyć dla utrzymania łączności pomiędzy krajem a emigracją w obie strony. (...) Zawarliśmy wówczas dozgonne przymierze, którego nikt z nas do tej pory [czyli do lat 80., kiedy ukazało się pierwsze wydanie książki Lerskiego - red.] ani o jotę nie naruszył".
    W książce "Kurier z Warszawy" Jan Nowak nie pozostawał Lerskiemu dłużny: "Na miesiąc przed dojściem do skutku pierwszego »Mostu« [droga lotnicza do Polski z brytyjskiej bazy w Brindisi w południowej Italii - red.] powrócił do Londynu wysłannik rządu »Jur« - Jerzy Lerski, z którym poznałem się przed wyprawą do Londynu. W drogę powrotną wyruszył »Jur« w styczniu 1944. Pasażerowie pierwszego »Mostu« odbyli drogę Polska - Londyn w ciągu kilku godzin, zamknięci w samolocie jak sardynki w pudełku. Uniknęli po drodze jedynego śmiertelnego niebezpieczeństwa jakie im groziło: spotkania z nieprzyjacielskim myśliwcem lub pociskiem artylerii przeciwlotniczej. Wędrówka Lerskiego była długa i uciążliwa. Prowadziła przez wiele granic: zielonych i paszportowych. Upłynęły cztery miesiące zanim przez Niemcy, Francję i Hiszpanię dotarł do celu. Lerski znał dobrze angielski i mógł podjąć, jako świeżo przybyły najważniejsze zadanie emisariusza - rozmowy z Anglosasami. Po Karskim [Jan Karski, właściwie Jan Kozielewski, ur. w 1914 r. w Łodzi, zm. w 2000 r. w Waszyngtonie, absolwent prawa i dyplomacji na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie (1935), świadek Holokaustu - red.] i po mnie »Jur« stał się w tym łańcuszku trzecim ogniwem. Spotkaliśmy się wkrótce po jego powrocie z Allies Club w pobliżu Hyde Park Corner. Tym razem role były odwrócone: pół roku temu on mnie ładował wiadomościami o polskim Londynie. Teraz ja z kolei informowałem młodego lwowiaka o sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej polskiej. Można powiedzieć, że zawarliśmy przyjaźń od pierwszego wejrzenia, opartą od początku na wzajemnym zrozumieniu, zaufaniu i wspólnych celach. Ani wtedy, ani w latach późniejszych nie padł na nią żaden cień zazdrości, zawiści, czy współzawodnictwa".
    Jerzy Lerski: "Na zaproszenie złotoustego prezesa Związku Dziennikarzy Polskich Zygmunta Nowakowskiego wygłosiliśmy w połowie czerwca [1944 roku; Lerski mówi o sobie i Janie Nowaku - red.] do wypełnionej po brzegi Sali Ogniska Polskiego, mieszczącego się wówczas przy Belgrave Square, płomienne przemówienia na temat stosunku Kraju do Emigracji. Mieliśmy wyjątkowo duży posłuch jako autentyczni wysłannicy Podziemia. Działaliśmy w najlepszej wierze, by ustawić i ten emigracyjny Londyn w bezspornie służebnym stosunku do walczącej Polski".
    Do Polski Jan Nowak wrócił tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego, w nocy z 25 na 26 lipca 1944 r. tzw. trzecim "Mostem". Pracował w powstańczym radiu Błyskawica i był w Warszawie przez cały okres walk.

    NA DRUGĄ STRONĘ ŻYCIA

    Po kapitulacji Powstania, w grudniu 1944 roku znów wyruszył - przez Kraków, Niemcy i Szwajcarię - do Londynu. Wiózł, zgromadzoną na mikrofilmach, dokumentację walk przebiegu walk w Warszawie. W wyprawie towarzyszyła mu poślubiona w czasie Powstania (7 września), koleżanka z konspiracji, łączniczka Akcja "N" - Jadwiga z Wolskich, ps. Greta.
    Jan Nowak w książce "Kurier z Warszawy" opowiadał o tej akcji: "Około drugiej po północy zaczęliśmy szykować się do drogi. Niemcy wyciągnęli trzy rewolwery, dwa dla siebie i jeden dla nas. (...) Co za paradoks - szepnąłem do »Grety« idziemy jak Polska, między Niemcami i Rosją. Rosyjscy i niemieccy komuniści prowadzą parę Polaków, wysłanników polskiego Podziemia. W pewnej chwili weszliśmy do pustej o tej porze kopalni miedzi. Posuwaliśmy się wąskimi, krętymi korytarzami, wykutymi w skale, pobliskich chodnikach i ruchomych deskach. Było tu jeszcze zimniej niż na zewnątrz. Wyszliśmy wreszcie z tych labiryntów kopalnianych i dalej pieliśmy się w górę ścieżką wśród lasu. Po dwóch godzinach las nagle urwał się i odsłonił się wierzchołek góry. Widok ze szczytu był panującego nad okolicą był tak rozległy, a noc tak jasna od śniegu i gwiazd, iż wydawało się, że pół świata leży u naszych stóp. (...) Dopiero z tego miejsca zdałem sobie sprawę, jak blisko jesteśmy frontu na Renie. (...) Prawie równocześnie skierowaliśmy oboje wzrok na północny wschód, hen tam, gdzie góry spływały stopniowo w równinę ciągnącą się aż po daleki horyzont. Hans poszedł za naszym spojrzeniem i jakby odgadując nasze myśli, wyciągnął rękę w tamtym kierunku i powiedział: - Ihre Heimat ist da - tam jest wasza ojczyzna. Po chwili zaczęliśmy schodzić w dolinę - na drugą stronę życia".
    Zupełnie inna to wyprawa, ze świadomością poniesionej klęski. Ale cały czas kurier ma nadzieję, że wiezione materiały pozwolą wiele zdziałać dla sprawy polskiej, że nadal, dopóki wojna trwa, trzeba walczyć o to, by Polacy nie zostali zapomniani wtedy, gdy losy ich ojczyzny będą decydować się w zaciszach gabinetów.
    W Londynie na konferencji "Jan Nowak - »kurier z Warszawy«" zdał zachodniej prasie pierwszą relację uczestnika Powstania Warszawskiego: "Mówiłem o złowrogiej ciszy, jaka zapadła po drugiej stronie Wisły w czwartym dniu Powstania".

    DALSZA PRACA DLA POLSKI

    Po wojnie Zdzisław Jeziorański został dziennikarzem BBC i Radia Wolna Europa. W 1952 roku zakładał Rozgłośnię Polską RWE. Kierował nią przez 25 lat, a po przejściu na emeryturę przeniósł się z Monachium do Waszyngtonu. Tam, dalej, niestrudzenie pracował na rzecz Polski. Działał w Kongresie Polonii Amerykańskiej, był doradcą Białego Domu ds. Europy Wschodniej. Przekonywał, że Polska musi wejść do NATO, a potem do Unii Europejskiej.
    Zdzisław Jeziorański (Jan Nowak) został odznaczony m.in. Orderem Virtuti Militari (odbierał go z rąk Naczelnego Wodza generała Kazimierza Sosnkowskiego), Krzyżem Walecznych (odbierał go z rąk Komendanta Głównego AK generała Tadeusza Bora-Komorowskiego), najwyższym cywilnym wyróżnieniem w USA - Medalem Wolności, Orderem Orła Białego.
    Był również doktorem honoris causa uniwersytetów: Wrocławskiego, Jagiellońskiego, Adama Mickiewicza w Poznaniu, Warszawskiego; honorowym obywatelstwem kilku polskich miast; autorem wielu książek i artykułów w prasie polskiej, polonijnej i amerykańskiej.
    Po prawie 60 latach emigracji, w 2002 roku, słynny "kurier z Warszawy" na stałe wrócił do stolicy Polski - ukochanego przez siebie miasta. Zmarł 20 stycznia 2005 roku w szpitalu im. prof. Orłowskiego, został pochowany w rodzinnym grobowcu na Powązkach.

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Gdy wychodziliśmy z murów uczelni, milczący pochód szurał po asfalcie nogami. Chciałbym kiedyś tę scenę zobaczyć na filmie o Marcu '68 i Politechnice Warszawskiej - Bogdan Czajkowski, jeden z liderów strajku na PW w 1968 r., o ówczesnych wydarzeniach Wysłane poniedziałek, 31, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |







    Nieśmiertelny Stokłosa - prof. Jerzy Przystawa Wysłane niedziela, 30, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Propozycja, żeby Polacy wybierali swoich posłów w dokładnie taki sposób, w jaki od ponad 200 lat wybierają swoich przedstawicieli parlamentarnych Brytyjczycy, Kanadyjczycy, Amerykanie - jest w Polsce trudna do skompromitowania, a to z tego prostego powodu, że cokolwiek byśmy myśleli o wrodzonej głupocie Polaków, to zwykli, prości obywatele tej upośledzonej nacji nie są aż tak głupi, żeby uważać Anglików, Amerykanów czy Kanadyjczyków za durniejszych od siebie, a nawet, powiedziałbym, jest dokładnie odwrotnie i w naszym narodzie, pomimo wszystkich najcięższych doświadczeń na odcinku przyjaźni i współpracy z tymi narodami, mają one u nas nieograniczony wprost kredyt zaufania i podziwu.

    Myślę, że tezy tej nie potrzebuję udowadniać, bo dla każdego, kto choć trochę zna mentalność moich rodaków, jest to stwierdzenie oczywistości. Jak się wydaje, na Wyspach Brytyjskich przebywa obecnie jakieś 2 do 3 milionów Polaków i ten wskaźnik migracyjny ciągle rośnie, pomimo wszystkich przeciwności, a nawet przeciwdziałań ze strony władz brytyjskich, które zdają już sobie sprawę z problemu, jaki sami sobie stworzyli. W różnych też miejscach niejeden raz cytowałem wielkiego anglofoba Stanisława Cat-Mackiewicza, który Anglików szczerze nienawidził, a mimo tego podziwiał ich z powodu ich mądrości, jakiej przejawem był dla niego fakt, że potrafili stworzyć dwupartyjną scenę polityczną. Każdy, kto choć trochę rozumie mechanizmy wyborcze, wie bardzo dobrze, że taki kształt sceny politycznej jest rezultatem ich systemu wyborczego.
    Co w tej sytuacji robią politycy w Polsce, którzy rozumieją, że jednomandatowe okręgi wyborcze w systemie brytyjskim, to jest gilotyna, która całą tę pracowicie tworzoną "scenę polityczną" jest w stanie zlikwidować, a ich wszystkich wysłać na emerytury, które, aczkolwiek, naturalnie, w pełni zasłużone, to jednak mało pociągające?
    Ano, korzystając z monopolu na środki masowego przekazu, dbają, żeby w tych mediach, które powinny być publiczne, a są czymś zupełnie innym - temat ten się nie pojawiał, żeby ludzie propagujący koncepcję tej zmiany nie mieli do nich dostępu, żeby ciemni Polacy nie dowiedzieli się, jak odbywają się wybory na Wyspach Brytyjskich i co z tego wynika?
    Niestety, pomimo starannej blokady, wiedza o JOW jakoś się rozchodzi, a ludzie, którzy się o takim sposobie wyboru dowiadują, łatwo stają się jego zwolennikami.
    Obrońcy status quo, nie dopuszczając do rzetelnej dyskusji, kłamiąc i matacząc, dezinformując obywateli, najczęściej przywołują argument "Stokłosa", który, ich zdaniem, powinien zdyskredytować i skompromitować ideę JOW. Oto, wołają, co by się stało, gdyby pozwolić temu ciemnego polskiemu motłochowi wybierać kogo chcą! Wybierali by samych Stokłosów! Ci, za kiełbaski, piwo i parówki z musztardą przekupiliby durny elektorat i wtedy - żegnaj Polsko! Ruska niewola albo sam Pan Bóg nie wie, jakie straszne plagi by na nas spadły!
    "Argument" ten z lubością forsują politycy oraz wynajęci żurnaliści i trafia on nawet do zdezorientowanej klasy "intelektualistów", którzy zajęci swoimi intelektualnymi zajęciami, nigdy nie mają czasu, aby przemyśleć starannie skomplikowany problem wyborów.
    W internetowym "Salonie24", w którym pisuje chyba ok. 4 tysięcy inteligenckich blogerów, pojawił się nawet wierszyk (poemat!), którego autor powiela go na różnych blogach: "Ja się boję tego losu, że to będzie sejm Stokłosów..." i dalej w tym duchu, a sekundują mu inni myśliciele. Np. jeden z nich pisze "Przystawa nawet na ten temat nie próbuje podejmować polemiki. Oni [Przystawa, ma się rozumieć] nie rozumieją tego, że komuna nadal jest i rządzi Polską".
    Tak się składa, że akurat ja na ten temat pisałem już wiele razy, ale ponieważ wrogowie JOW postarali się, żeby to pisanie było pisaniem wyłącznie w jakimś "trzecim" czy "czwartym obiegu", więc zdaje sobie sprawę, że do moich adwersarzy to nigdy nie dotarło. Może też i z tego powodu, że ich, w gruncie rzeczy, wcale nie interesują moje argumenty i nawet tego co napiszę, na wszelki wypadek, nie czytają. No, ale co zrobić? Powiem więc jeszcze raz:
    "Henryk Stokłosa nie wygrał wyborów w ordynacji, jaką propaguje Ruch JOW, bo ordynacja wyborcza do Senatu różni się od ordynacji przez nas proponowanej niczym skwaśniały bigos od dobrego kotleta schabowego".
    Po pierwsze, wybory do Senatu nigdy nie były jednomandatowe. Ja wiem, że różnica między okręgami jednomandatowymi, a dwu czy trzymandatowymi, wydaje się bagatelna, ale tak nie jest. "Diabeł tkwi w szczegółach", a szczegóły są tutaj bardzo istotne.
    Najprościej można to zrozumieć tak: gdyby wybory do Senatu RP w okręgu pilskim były jednomandatowe, to Henryk Stokłosa nigdy by senatorem nie został! To jest bardzo proste. W okręgu pilskim Lech Wałęsa wystawił był w roku 1989 dwóch kandydatów: Zdzisława Nowickiego i Piotra Baumgardta. Na Nowickiego głosowało 70 tysięcy, na Stokłosę 85, a na Baumgardta - nie pamiętam dokładnie, ale chyba ok. 60 tysięcy. Gdyby wybory były w JOW, OKP wystawiłby tylko jednego kandydata: albo Nowickiego, albo Baumgardta, i oni, zamiast sobie w kampanii przeszkadzać, połączyliby swoje siły i zwolennicy Wałęsy przegłosowaliby Stokłosę.
    Po drugie, Ruch JOW postuluje MAŁE okręgi wyborcze, gdzie wyborców jest ok. 60 tysięcy, a nie 600, jak w wyborach do Senatu. A to oznacza, że radykalnie maleje rola pieniędzy niezbędnych na przeprowadzenie skutecznej kampanii wyborczej, natomiast znacznie wzrasta dostępność i znajomość kandydatów, co jest conditio sine qua non racjonalnego wyboru. Maleje też rola i znaczenie wielkich środków masowego przekazu, a wzrasta rola osobistego kontaktu z kandydatami.
    Po trzecie, w JOW wyborca będzie miał tylko jeden glos, a nie dwa, trzy czy cztery, jak to ma miejsce w wyborach do Senatu i z którymi to głosami miliony wyborców po prostu nie wiedzą co zrobić.
    Po czwarte, wypada zwrócić uwagę na fakt, że przeciwników JOW strasznie martwi, że "komunista Stokłosa" dostał się do parlamentu, bo za kiełbaski i piwo kupił sobie głosy. No, musiało go to sporo kosztować, bo tyle piw i kiełbasek, to nie w kij dmuchał! Pomimo jednak, że jego bogactwo stale rosło, w końcu już te piwa i parówki z musztardą nie wystarczały i już od dwóch kadencji nie ma go w Senacie. Ciekawe jest więc, że nie martwi ich to, że w polskim parlamencie, od czasów komuny, przez wszystkie siedem kadencji zasiadają posłowie, na których głosowało nawet dziesięć razy mniej wyborców niż na Stokłosę! W końcu Stokłosa czymś się dla wyborców zasłużył: postawił taką górę kiełbasek, a jeszcze dał pracę prawie czterem tysiącom ludzi i utrzymanie ich rodzinom! A czym zasłużył się np. poseł Stanisław Żelichowski z elbląskiego, który zasiada w Sejmie od "komuny", a uzyskuje w wyborach poparcie w granicach jednego procenta (6437 głosów to 1,3% wyborców w okręgu 34)? Albo poseł Stanisław Zych z Zielonej Góry z 2,3% głosów poparcia? Albo poseł Janusz Zemke z Bydgoszczy lub Jerzy Szmajdziński z Legnicy, których poparło ok. 5% wyborców? Albo chociażby sam wielokrotny premier Waldemar Pawlak, którego w ostatnich wyborach poparło w Płockiem 24,5 tysiąca, a więc mniej niż 4% wyborców? Komu i czemu zawdzięczają oni swoją błyskotliwą karierę sejmową i swoją nieusuwalność z ław Sejmu RP - PRL?
    Zaglądam na strony internetowych ich oświadczeń majątkowych, aby poszukać odpowiedzi, czy przypadkiem nie w ich majątkach jest uzasadnienie ich zabetonowania w Sejmie? Ależ skąd! Taki np. Waldemar Pawlak po prostu nie ma nic!! Nie ma żadnych oszczędności, ani w złotówkach, ani w walutach, nie ma domu ani nawet mieszkania, jeździ jakąś mizerną skodą fabią, na którą może sobie pozwolić nawet profesor uniwersytetu. Ma tylko 27-hektarowe gospodarstwo, które przynosi mu dochód, ale cóż to za dochód?! Marne 20 tysięcy na rok! A i to nie wiadomo, czy nie jest to przypadkiem skutkiem unijnych dopłat?

    Oto zagadka dla przeciwników JOW: czemu zawdzięczają swoje sejmowe kariery ci fenomenalni ludzie? Nie mają forsy, więc nie przekupują. Jak się wydaje, żaden z nich nie błyszczy specjalnie elokwencją i nie zniewala wyborców osobistym urokiem, cóż takiego dokonali, że zdobyli posadę, jak dotąd, na wszystkie kadencje Sejmu? Czy nie są to przypadki ciekawsze od nieszczęsnego Henryka Stokłosy, któremu jego bogactwo już i tak bokiem wyłazi?

    Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Gdy wychodziliśmy z murów uczelni, milczący pochód szurał po asfalcie nogami. Chciałbym kiedyś tę scenę zobaczyć na filmie o Marcu '68 i Politechnice Warszawskiej - Bogdan Czajkowski, jeden z liderów strajku na PW w 1968 r., o ówczesnych wydarzeniach Wysłane sobota, 29, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Zamieszczamy II część wspomnień Bogdana Czajkowskiego, jednego z liderów strajku studenckiego na Politechnice Warszawskiej w marcu 1968 roku. W wywiadzie prowadzonym przez redaktora Antoniego Zambrowskiego, syna Romana Zambrowskiego, który był jedną z osobistości ówczesnego życia politycznego PZPR-erii, Bogdan Czajkowski mówi o próbach (niestety, skutecznych) infiltracji środowiska strajkujących studentów przez Służbę Bezpieczeństwa, o masowym wsparciu, jakiego ze strony mieszkańców Warszawy doznali stający do oporu wobec kolaborantów sowieckich okupantów Polski młodzi ludzie, dziś będący częścią elity umysłowej Rzeczypospolitej.
    Mimo iż po tylu latach, w czasie 40. rocznicy tzw. wydarzeń marcowych '68, w mediach tzw. mainstreamu, prezentowany jest najczęściej wykoślawiony ich obraz, oparty o nie mającą ówcześnie miejsca "dominację" środowiska tzw. komandosów - pomijane w merdiach znaczenie strajku na warszawskiej uczelni technicznej stanowiło o obrazie tamtych wydarzeń w pamięci warszawiaków.

    Zapraszamy do zapoznania się z nagraniem TV ASME.

    Nagranie trwa ponad 37 minut, jest dostępne w Sieci do 11 IV 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania.




    Przedwczoraj rozpoczęliśmy "trzecią mobilizację internetową" - rezultaty są doskonałe: 16% poparcia dla UPR, 34% przeciwników tzw. Traktatu Lizbońskiego Wysłane piątek, 28, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Skoordynowana, rozpoczęta przedwczoraj akcja witryny Antysocjalistycznego Mazowsza - ASME, Okręgu Mazowieckiego UPR, a także blogu Janusza Korwin-Mikkego "trzeciej mobilizacji internetowej" przyniosła rezultaty. Poparcie w internecie dla Unii Polityki Realnej doszło wczoraj do 16%. Czy tak będzie w realnych wyborach?

    Witryna ASME ogłosiła przedwczoraj "trzecią mobilizację internetową" - w celu zachęcenia większej liczby sieciowiczów do wyrażenia swoich głosów poparcia dla "jedynej partii konserwatywnej w Polsce - UPR" w głosowaniu na witrynie Onet.pl. W związku z najlepszą dokumentacją wizualną z wydarzeń na witrynie Platformy Obywatelskiej (udokumentowane fałszerstwo ich własnego sondażu nt. ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego) założyciel UPR i jej I prezes Janusz Korwin-Mikke wsparł kolejne działania ASME poprzez popularyzację naszej witryny na swoim blogu, co przyniosło spodziewane efekty. Przedwczoraj, w późnych godzinach wieczornych (godz. 23.18) wynik poparcia sieciowego w sondażu na witrynie Onet.pl sięgnął 5% - jak widać na zamieszczonym niżej zrzucie ekranowym:



    W godzinach porannych dnia wczorajszego (10.47) Unia Polityki Realnej miała już 7% głosów poparcia w tym sondażu...



    ...by w godzinach wieczornych (20.30) osiągnąć już 13%-procentowe poparcie...



    ...a w nocnych - "oszałamiający zawrót głowy" w wysokości 16% głosów sympatyków, którzy mieli okazję zajrzeć na witrynę koncernu ITI/TVN:



    ..co wiąże się z faktem bezpośredniego zaangażowania się byłego założyciela UPR i jej I Prezesa Janusza Korwin-Mikkego na swoim blogu w popularyzację tej zabawy. Można jedynie skonstatować, że poparcie ponad połowy biorących udział w tej licytacji (bo przecież brali w niej i biorą cały czas sympatycy także PiS, PO i postkomunistycznego LiD, a także minimalnie, ale zawsze - PSL, LPR, Samoobrony czy efemerydalnej Partii Kobiet) wyrazów uczuć - dla UPR związane jest z osobą oraz osobowością Janusza Korwin-Mikkego, co absolutnie nie może dziwić, wiedząc o latach Jego działalności na niwie popularyzacji konserwatyzmu oraz liberalizmu gospodarczego w Polsce. Gratulujemy, panie Januszu!

    Oczywiście cały czas zapraszamy wszystkich sympatyków i działaczy UPR do wyrażania swojego poparcia dla "jedynej partii konserwatywnej w Polsce" w sondażu na witrynie Onet.pl.




    Wracając do "drugiej mobilizacji", czyli wezwania do głosowania w sondażu sieciowym również na witrynie One.pl - w sprawie obrony suwerenności Rzeczypospolitej, czyli nieratyfikowaniu tzw. Traktatu Lizbońskiego, to i tu również osiągnęliśmy w dniu wczorajszym kolejne "zwycięstwo". Procent przeciwników "Traktatu Lezbońskiego", jak określa go nasz współpracownik Stanisław Michalkiewicz, wzrósł do 34/100, a wiec przybył nam 1 procent poparcia, a ubył naturalnie - uniofederastom z okolic ugrupowań PO, LiD i PiS...:



    Prosimy nadal o branie udziału w tej ankiecie, która na razie jako jedyna może pokazać skalę oporu Polaków (głosowanie na witrynie Platformy O. Zostało przecież w sposób ordynarny zmanipulowane) przed anszlusem ich państwa przez Związek Socjalistycznych Republik Europejskich, jak konserwatywni liberałowie określają Unię Europejską.

    Krzysztof Pawlak
    redaktor naczelny