kwietnia 23, 2008 - maja 8, 2008

Gdzie jest większa wolność obywatelska w Rosji czy w UE, czyli minister Sikorski pacynką "drogiego Bronisława" - Stanisław Michalkiewicz o ostatnich, krajowych i zagranicznych wydarzeniach politycznych Wysłane czwartek, 8, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak

"Dzisiaj wysłuchaliśmy exposé pana ministra zagranicznego, pana Radosława Sikorskiego. Trwało godzinę, minister nakreślił pięć priorytetów, z czego powiedział, że dwa zupełnie nie zależą od Polski: »Silna Polska w Silnej Europie«, »Silna Polska w NATO«, pozostałe trzy... przynajmniej można powiedzieć, że minister już się w jednym z nich nie popisał: dbaniu o interesy diaspory polskiej w świecie, sporządzając listę osobistości polonijnych, z którymi placówki polskie nie mogą się kontaktować. Widać wyraźnie, że jest co najwyżej listkiem figowym »mafii Drogiego Bronisława«" w MSZ-cie, kontynuując jego linię. Widać ją również w tym, że sprawozdanie pana ministra charakteryzowało się takim mentorskim tonem pouczającym, co w przypadku ministra, najdelikatniej mówiąc - bardzo młodego i nie legitymującego się żadnymi osiągnięciami w dyplomacji byłoby dziwne, gdyby nie to, że pan minister jedynie użyczył ust do przemówienia »drogiemu Bronisławowi«. Całe te wystąpienie miało charakter groźnego kiwania w bucie, nie zawierało żadnej wizji. Towarzyszyły mu jednak dwa ważne wydarzenia: w Warszawie Ruch Autonomii Śląska zorganizował demonstrację za żądaniem autonomii Śląska w Polsce. Pan minister lekkomyślnie poparł niepodległość Kosowa i będzie zbierał teraz tego konsekwencję. Drugie wydarzenie to oczywiście zmiana warty na Kremlu, odbyło się to ze specjalną, pompatyczną oprawą, uważam, że prezydent Miedwiediew jest tylko taką »pieredyszką«, po nim wróci na dwie kadencje znowu prezydent Putin, zapewniając Rosjanom stabilne rządy, jeśli nie nawet dynastię" - Stanisław Michalkiewicz, wyśmienity publicysta pism prawicowych i stały komentator naszej witryny ASME, komentuje wydarzenia polityczne z obecnego tygodnia.

Prezydent Miedwiediew zapowiedział zwiększenie swobód obywatelskich wolności gospodarczej. Oczywiście zostanie to zrealizowane po rosyjsku. Ważne, by wiedzieć, czy mamy w Rosji z recydywą komunizmu, czy samodzierżawia. Wygląda, że tego drugiego. Za rządów hrabiego Witte panowało samodzierżawie, ludzie cieszyli się dość dużym zakresem wolności, o jakiej nie można pomarzyć teraz w Unii Europejskiej. Jeśli nikt z Rosjan nie będzie tylko wchodził na tereny zastrzeżone dla razwiedki - czyli np. Handlu bronią czy sektor energetycznego - to wydaje się, ze będzie mógł robić, co mu się będzie żywnie podobało. A u nas? U nas premier Tusk zapowiedział wdrożenie projektu przygotowanego przez poprzedni rząd, czyli PiS, o wyposażeniu prokuratury w skuteczne domagania się wglądu do kont osób prowadzących działalność gospodarczą. Jest to oczywiście całkowite złamanie tajemnicy bankowej i wprowadzenie terroru ekonomicznego. Ponieważ premier zamierza obdarować każde polskie dziecko obiadem na koszt państwa, a wicepremier Schetyna - każdą niezamożną polską rodzinę w komputer - oczywiście pod warunkiem, że właściciele mieszkania wpuszczą kontrolerów do swojego domu, by ci mogli sprawdzić "prawidłowość wykorzystania sprzętu państwowego".
3 maja biskupi na Jasnej Górze skrytykowali UE za natarczywe domaganie się od Polski rozszerzenia/obostrzenia przepisów aborcyjnych - zwiększenia dostępności legalnej aborcji. Natychmiast okazało się" w wyniku "odnalezienia materiałów", że biskup Mehring pobierał różne apanaże za swoje usługi, jakie świadczył niegdysiejszej PRL-owskiej Służbie Bezpieczeństwa. Czyli episkopat znowu dostał kolejną dawkę tresury w wypełnianiu zapisów politycznej poprawności... - mówi Stanisław Michalkiewicz.

Nagranie trwa ponad 10 minut, jest dostępne w Sieci do 22 V 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania o doskonałej jakości.




Bestie (6) - Tadeusz M. Płużański Wysłane środa, 7, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak

Zwyczajem bezpieki było, że jednego człowieka przesłuchiwało bez przerwy kilku "oficerów" śledczych - niedouczonych typków z awansu społecznego, którym władza (pozorna) uderzyła do głowy. Fakt, że byli narzędziem zbrodni w rękach kierownictwa, nie oznacza, że są mniej winni - bezpośrednio znęcali się nad osadzonymi. Kilkanaście lat temu żyło ich w samej Warszawie kilkudziesięciu. Do dziś, jeśli w ogóle stają przed sądem, to na ogół nie jako oskarżeni, tylko świadkowie.

Stalinowskie śledztwa (te szczególnej wagi) nadzorował osobiście szef Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, płk Jacek Różański (Józef Goldberg), który faktycznie wydawał wyroki. Pomagał mu zastępca, ppłk Adam Humer i dyr. Departamentu III MBP (ds. walki z bandytyzmem, czyli niepodległościowym podziemiem), inny płk Józef Czaplicki, ze względu na swoją nienawiść do AK-owców nazywany "Akowerem". Informacje o postępach w sprawie trafiały też na biurko wiceministra bezpieki gen. Romana Romkowskiego (Natan Grinszpan-Kikiel), który faktycznie rządził MBP (szef resortu gen. Stanisław Radkiewicz - polski internacjonał, był tylko figurantem).

PARSZYWA DWUNASTKA

W 1996 r., w słynnym procesie Humera 12 byłych ubeków skazano na kary więzienia. Za zbrodnie stalinowskie, które w świetle polskiego prawa - jako zbrodnie przeciwko ludzkości - nie ulegają przedawnieniu, wyroki otrzymali: Adam Humer (najwyższa kara - dziewięć lat), Eugeniusz Chimczak, Jan Dąbrowski, Markus Kac, Mieczysław Kobylec, Edmund Kwasek, Roman Laszkiewicz, Leon Midro, Jan Pugacewicz, Tadeusz Szymański, Tadeusz Tomporski i Wiesław Trutkowski. Dwa lata później, po apelacji obrońców, Sąd Wojewódzki w Warszawie zmniejszył wyroki Humerowi, Chimczakowi i Laszkiewiczowi do 7,5 roku więzienia. Zgodnie z kodeksem karnym z 1932 r., który obowiązywał również w latach 50., kiedy oskarżeni popełnili zarzucane im przestępstwa, była to największa kara, jaką mogli otrzymać. Skrócenie czasu odsiadki było jedynie formalne - "z przyczyn zdrowotnych" w ogóle nie trafili za kraty albo znaleźli się tam na krótko.
Zakończenie pierwszego procesu Humera pozwalało jednak mieć nadzieję na osądzenie innych zbrodni. Na ławie oskarżonych stanęli nawet ponownie: Humer, Kobylec, Kwasek, Midro i Pugacewicz, ale mimo pozytywnych opinii lekarskich przestali pojawiać się w sądzie (doskonale wiedzieli, że do odroczenia rozprawy wystarczy nieobecność jednego z oskarżonych) i pod koniec 1999 r. ich proces zawieszono ad calendas graecas. Trzy lata później Humer zmarł, a wedle ustaleń IPN powinien odpowiedzieć m.in. za pomocnictwo w zabójstwach Żydów podczas pogromu kieleckiego w 1946 r.

ZABURZENIA PAMIĘCI

Pierwszy proces Humera (ani żaden inny) nie objął wszystkich "zasłużonych" śledczych, m.in. trzech ze sprawy rotmistrza Witolda Pileckiego, dobrowolnego więźnia Auschwitz, żołnierza gen. Andersa (wszyscy żyją do dziś!). Informacje o nich znajdują się w kartotece personalnej, przekazanej Instytutowi Pamięci Narodowej przez UOP:
Marian Krawczyński, rocznik 1920 r., przed wojną skończył zawodówkę, w PRL-u pułkownik. Na Mokotowie pracował przez 1,5 roku, do 1948 r., w bezpiece do 1955 r.
Zbigniew Kiszel, rocznik 1923 r., major, w bezpiece do 1958 r.
Eugeniusz Chimczak, rocznik 1921 r., najpierw śledczy PUBP w Tomaszowie Lubelskim, potem pułkownik w warszawskiej centrali MBP, w bezpiece do... 15.06.1984 r.
Przesłuchiwani kilka lat temu przez prokuratora IPN przyznawali, że pracowali w MBP, ale żadnych szczegółów "nie pamiętali". Chimczakowi nie przeszkadzało to mówić: "O tym, w co był zamieszany Pilecki mogłem się zorientować z wyjaśnień, jakie mi złożył. (...) Moich zwierzchników interesowały wyjątkowo »sprawy szpiegowskie«, a sprawa Pileckiego do takich została zaliczona".
Pytani o stosowanie przymusu fizycznego i psychicznego, odpowiadali tak samo: nie było żadnego. Sami nie bili, nie słyszeli również, aby robili to inni.
Krawczyński: "aresztowani nie zgłaszali mi o tego typu sytuacjach".
Kiszel: "osoby te nie zgłaszały mi takiego faktu, aby były bite w śledztwie".
Chimczak: "nie widziałem żadnych obrażeń na ciele przesłuchiwanych i o nich nie słyszałem. (...) Owszem, zostałem przez Tadeusza Płużańskiego oskarżony o znęcanie się nad nim w czasie przesłuchań, ale to nieprawda".
"- W 1996 r. został pan skazany na osiem lat w procesie Humera...
- To kłamstwa, sprawa polityczna".
Kilka lat temu, przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie (przesłuchiwany jako świadek na procesie prokuratora Czesława Łapińskiego, oskarżonego o mord sądowy na rotmistrzu Pileckim) Krawczyński cokolwiek sobie "przypomniał": - Z Pileckim miałem dobry kontakt, rozmawialiśmy szczerze. To były normalne przesłuchania, wyjaśniałem notatki Pileckiego, adresy. Dużo mówiliśmy o jego pobycie w Oświęcimiu, ucieczce, raporcie z obozu dla Armii Krajowej. Interesowało mnie to, gdyż w czasie wojny też należałem do AK. Dlatego przesłuchania nie były dla mnie łatwe. Pilecki żalił mi się na Komendę Główną AK. Kiedyś spytałem go: "Panie Witoldzie, po cholerę przyjechał pan do Polski z rozkazami?", a on odpowiedział: "Panie poruczniku, już taki mój los jest".

CIĘŻKA PRACA ŚLEDZIA

Eugeniusz Chimczak utrzymywał, że wypełniał jedynie odgórne polecenia, nie decydował o dacie i częstotliwości przesłuchań (nie wie, kto decydował). Zawsze sporządzał protokół przesłuchania, nawet, gdy "podejrzany nie chciał wyjaśniać". Na Mokotowie miał opinię jednego z najbardziej krwawych śledczych.
Marian Krawczyński (po okazaniu mu przez prokuratora IPN dokumentów): "Odnośnie częstotliwości przesłuchań mogę powiedzieć, że czasem z własnej inicjatywy przesłuchiwałem daną osobę dzień po dniu, a czasem było to polecenie przełożonego". Z Pileckim "pracował" 1,5 - 2 miesiące.
Władysław Minkiewicz w książce "Mokotów, Wronki, Rawicz" wspominał, jak jego "główny oprawca" - Zbigniew Kiszel - bił go gumową pałką, kopał, kazał siedzieć na nodze odwróconego stołka i robić w nieskończoność przysiady: "Lubił również, kiedy byłem już zupełnie wyczerpany, dusić mnie, ściskając za gardło".
Krawczyński twierdzi, że sam nie sporządzał dokumentów (np. postanowienie o połączeniu spraw Pileckiego i pozostałych aresztowanych, zamknięciu śledztwa), a tylko "firmował" nazwiskiem gotowe materiały. Przed sądem zeznawał: - Gotowy akt oskarżenia dostałem prosto z maszyny, nawet go nie przeczytałem. Nie było po co, bo wytyczne przyszły z KC. Przyniósł mi go Serkowski [ppłk Ludwik Serkowski, naczelnik Wydziału w Departamencie Śledczym MBP, razem z Różańskim odpowiedzialny za stworzenie systemu wymuszania zeznań za pomocą fizycznego i psychicznego przymusu - TMP], który zlecił mi sprawę i nadzorował ją.
Śledczy podkreślają, że mieli "ciężką pracę". Przesłuchiwali od rana (8-9) do godzin popołudniowych (15-16), potem trzy-cztery godziny przerwy (aresztowani nie mieli takiego luksusu) i znowu, do 24. W nocy - jak twierdzą - nie przesłuchiwali, gdyż nie było takich poleceń. Przesłuchiwali sami, bez udziału osób trzecich. Krawczyński zeznał w sądzie, że Pileckiego przesłuchiwał po 4-5 godzin dziennie.
Chimczak i Krawczyński ukończyli przyspieszony kurs w Centralnej Szkole MPB w Łodzi. Dziś mieszkają w samym centrum Warszawy, przy tej samej ulicy. Mimo, iż - jak podkreślają - "nie utrzymują ze sobą żadnych kontaktów", wiedzą o sobie wszystko.
4 listopada 1947 r. Witold Pilecki przed prokuratorem, mjr. Zenonem Rychlikiem (w obecności Krawczyńskiego) potwierdził, że złożone w śledztwie zeznania były dobrowolne. Dopiero na rozprawie sądowej - mimo wypełnienia sali "śledziami" - przyznał: "protokoły podpisywałem przeważnie, nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony". Nie trzeba chyba wyjaśniać, co to znaczy.

ZGODNIE Z PRAWEM

Kazimierz Moczarski, szef Biura Informacji i Propagandy ostatniej Komendy Głównej AK, skazany najpierw na 10 lat więzienia, a potem na karę śmierci wymienił 49 metod fizycznych i psychicznych tortur (jego śledztwo na Rakowieckiej trwało od 30 listopada 1948 r. do 22 września 1952 r., zarzut: współpraca z Niemcami i rozpracowywanie lewicowców). W większości z nich brał udział Chimczak: bicie: ręką (metoda 1), drewnianą linijką okutą metalem (5), suszką i podstawą do kałamarza (8), tym samym, co w pkt. 8., tylko w czubki palców (14); wyrywanie włosów z wierzchniej części czaszki (17), ze skroni, znad uszu i z karku - tzw. podskubywanie gęsi (18), z brody i wąsów (19), z piersi (20), z krocza i z moszny (21); przypalanie rozżarzonym papierosem okolic ust i oczu (22), płomieniem - palców obu dłoni (23); miażdżenie palców stóp (wskakiwanie butami na stopy) (25); kopanie specjalnie w kości goleniowe (27); kłucie szpilką, stalówką itp. (28); szczypanie twarzy i uszu ręką przy pomocy klucza (29); siedzenie na kancie stołka (30); maltretacje moralne - wymyślne i chuligańskie obrzucanie mnie i mojej rodziny stekiem obelg, znieważeń, wymyślań (46); zadawanie mi tortur moralnych przez: (...) insynuacyjne oświadczenie kpt. Chimczaka, przystrojone w brudne epitety, na temat nieetycznego rzekomo zachowania się mojej Żony (48). Moczarskiego (który przeżył te wszystkie tortury - z więzienia wyszedł w 1956 r.) katowali również: ppłk Józef Dusza, mjr Jerzy Kaskiewicz, kpt. Adam Adamuszek, ppor. Tadeusz Szymański.
Jerzy Kaskiewicz zmarł w grudniu 1999 r. Przez nikogo nie nękany, mieszkał na ul. Spacerowej w Warszawie. W 1947 r. prowadził pierwsze przesłuchania członków grupy Pileckiego, wnosząc o zastosowanie tymczasowego aresztowania, do czego "przychylił się" zastępca Naczelnego Prokuratora Wojskowego do spraw szczególnych ppłk Henryk (Hersz) Podlaski (w 1956 r., ścigany przez MO, zapadł się pod ziemię). Ten sam Kaskiewicz wydał postanowienie o wszczęciu śledztwa, w oparciu o art. 7. dekretu z 13 czerwca 1946 r. (o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa - szpiegostwo).
Sporządzony przez "śledzi" akt oskarżenia przeciwko Pileckiemu zaakceptował 23 stycznia 1948 r. Adam Humer. 5 lutego 1948 r., z ramienia NPW, zatwierdził go Mieczysław Dytry (przedwojenny prawnik na usługach komunistów), który uznał, że oskarżenie ma oparcie w "ustaleniach" śledztwa, a przyjęta kwalifikacja "przestępstw" jest zgodna z prawem. "Dokument" podpisał Henryk Podlaski, a dwa dni później, 7 lutego 1948 r. przesłał go do Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, który skazał rotmistrza na karę śmierci. 25 maja Witold Pilecki został zamordowany w więzieniu mokotowskim.
Inni śledczy z tej sprawy już nie żyją. Stefan Alaborski zmarł w 1972 r. (12 lat wcześniej zmienił nazwisko na Malinowski), Jerzy Kroszel w 1989 r., Tadeusz Słowianek w 1993 r. - w 1965 r. został podpułkownikiem, na przebieg jego służby nie wpłynęła surowa nagana (potem zatarta), którą otrzymał w 1962 r. za upicie się.

PRZESŁUCHIWAŁ WIN-OWCÓW

Na warszawskim Bródnie żyje do dziś Jerzy Kędziora. Jako "oficer" MBP (pracę w resorcie rozpoczął w wieku 20 lat) prowadził m.in. (razem z Humerem, Serkowskim i Chimczakiem), sprawę mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory" - żołnierza Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, cichociemnego, a potem dowódcy oddziałów partyzanckich Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie.
Po nieudanej próbie przedostania się za granicę i aresztowaniu przez UB, Dekutowski przechodził ciężkie śledztwo w więzieniu przy Rakowieckiej od 19 września 1947 r. do 1 czerwca 1948 r. Podczas niejawnej rozprawy 3 listopada 1948 r. przed Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie, dostał siedmiokrotną karę śmierci. Wyrok na nim i jego podkomendnych wykonano 7 marca 1949 r. (do dziś - jak w przypadku Pileckiego - miejsce ich pogrzebania nie jest znane).
Na Mokotowie por. Jerzy Kędziora przesłuchiwał również m.in. Edwarda Bzymka-Strzałkowkiego, oficera wywiadu ZWZ-AK, a po 1945 r. Delegatury Sił Zbrojnych-WiN. W dniu aresztowania Bzymek-Strzałkowski wyskoczył z trzeciego piętra aresztu śledczego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie, łamiąc obie ręce i nogę. Po leczeniu śledztwo w jego sprawie wszczął Jacek Różański, a na "oficera" śledczego wyznaczono właśnie Kędziorę, ściągniętego specjalnie w tym celu do Krakowa z Warszawy. Skazany na trzykrotną karę śmierci we wrześniu 1947 r. w tzw. procesie krakowskim WiN i Polskiego Stronnictwa Ludowego (oskarżał zastępca naczelnego prokuratora Naczelnej Prokuratury Wojskowej, płk Stanisław Zarako-Zarakowski), po złagodzeniu wyroku z więzienia wyszedł w sierpniu 1956 r.
W tej samej sprawie Kędziora przesłuchiwał prezesa II Zarządu Głównego Zrzeszenia WiN Franciszka Niepokólczyckiego, również skazanego w "procesie krakowskim" na trzykrotny KS (na wolność - po zmianie kary na dożywocie - wypuszczono go w grudniu 1956 r.)

KRYPTONIM "SPACER"

Równie brutalny (m.in. umieszczanie w karcerze, pozbawianie snu) Kędziora był wobec Władysława Jedlińskiego, też oficera wywiadu AK, po wojnie kierownika sieci informacyjnej kolejnego, IV Zarządu Głównego WiN. Po "łaskawym" obniżeniu kary z "KS" na dożywocie, a następnie 12 lat, warunkowo zwolniony 30 grudnia 1957 r. Kędziora maltretował również w śledztwie żonę Władysława - Henrykę Jedlińską, skazaną na 15 lat więzienia, i innych członków rodziny, w tym siostrzeńca - Wacława Sikorskiego.
Ten ostatni, też AK-owiec (skazany przez bezpiekę na karę śmierci, następnie ułaskawiony przez Bieruta na dożywocie, z więzienia wyszedł w 1956 r.), dobrze zapamiętał zwyrodniałego śledczego: - Straszono mnie, że jeśli nie podpiszę dokumentu kończącego śledztwo, znów będę miał do czynienia z Kędziorą. W skutek przesłuchań Sikorski do dziś ma uszkodzone lewe ucho i przegrodę nosa.
Prócz pracy na Mokotowie Jerzy Kędziora był członkiem Grupy Specjalnej MBP - tajnej komórki, powołanej latem 1948 r. (przekształconej następnie w X Departament MBP - szefem był Anatol Fejgin), która zajmowała się "oczyszczaniem" szeregów PZPR z agentów i prowokatorów. Grupa działała w równie tajnym więzieniu (kryptonim "Spacer") w Miedzeszynie pod Warszawą, a w jej skład wchodzili również m.in.: Dusza, Laszkiewicz i Kwasek.
Edmund Kwasek znęcał się tam m.in. nad Bolesławem Kontrymem "Żmudzinem", oficerem Policji Państwowej w II RP. Celem trwającego ponad rok śledztwa (wzywanie co 15 minut na przesłuchanie, deptanie palców, wlewanie do celi kubłów wody, którą więzień musiał następnie zbierać łyżką do kibla) było m.in. obciążenie przez "Kontryma" członków organizacji "Start" (powołana przez Delegaturę Rządu na Kraj do walki z konfidentami Gestapo, jak i zwykłym bandytyzmem; bezpieka - w ramach walki z "odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym przeciwko Władysławowi Gomułce, Marianowi Spychalskiemu i innym, przypisała jej mordy na komunistach, w śledztwie "Startu" uczestniczył też Jerzy Kędziora). Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego dla m.st. Warszawy z 26 czerwca 1952 r. Bolesław Kontrym został skazany na karę śmierci, którą wykonano 2 lub 20 stycznia 1953 r. Jak inni najwięksi wrogowie "ludu", został pochowany potajemnie w nieznanym miejscu.

CUKRZYCA I PRZYMUS

Na koniec stalinizmu w Polsce, w trakcie "odwilżowego" śledztwa komunistyczna wierchuszka zrzucała z siebie odpowiedzialność za "nieprawidłowości", których dopuścił się aparat represji. Winni mieli być wyłącznie pracownicy niższego szczebla. Wtedy wyciągnięto Kędziorze, że podczas przesłuchań ciężko pobił Wacława Dobrzyńskiego (w czasie niemieckiej okupacji oficera Sztabu Głównego Armii Ludowej, przed aresztowaniem naczelnika wydziału w IV Departamencie MBP), w wyniku czego Dobrzyński zmarł.
I tak Jakub Berman, który z ramienia partii nadzorował bezpiekę, zeznawał: "Zostało przedstawione zaświadczenie lekarskie, z którego wynikało, iż wskutek jakiegoś okaleczenia [!!! - TMP] i w związku z chorobą cukrzycy nastąpił zgon Dobrzyńskiego".
Oskarżony Różański też udawał niewiniątko: "Kędziora wziął wieczorem Dobrzyńskiego na przesłuchanie, podczas nieobecności mojej, Romkowskiego i Fejgina i w czasie przesłuchania zaczął go bić. Oficerowie śledczy, którzy byli w sąsiednim pokoju, wywołali Kedziorę i zwracali mu uwagę na to, co on robi. W kilka dni po tym pobiciu Dobrzyński zmarł".
Z kolei oskarżony Romkowski tłumaczył się: "Kędziora został na moje polecenie aresztowany i osadzony w Zarządzie Głównym Informacji dlatego, że chcieliśmy, żeby był izolowany. Jednocześnie przeprowadzono sekcję zwłok i była ocena lekarza, że Dobrzyński umarł na cukrzycę, że cukrzyca była powodem jego śmierci. Nie wiem, w jakiej mierze cukrzyca, a jakiej mierze przymus, ale mam wrażenie, że jedno było przyczyną drugiego. Kędziora siedział 21 dni w areszcie, nie mogłem dać więcej".
Anatol Fejgin przywoływał słowa Bieruta i Bermana, którzy mieli przede wszystkim domagać się wyjaśnienia, "czy śmierć Dobrzyńskiego nie została umyślnie spowodowana przez oficera śledczego Kędziorę, z uwagi na powiązania w czasie okupacji jego rodziny [Kędziory - TMP] z osobą czy środowiskiem Spychalskiego".

BILI ROMKOWSKI I RÓŻAŃSKI

Kędziora nie czuł się winnym, odpowiedzialnością obarczając przełożonych: "Kiedy zostałem skierowany do Miedzeszyna, miałem 23 lata. Podczas przesłuchań używano takich metod jak: klęczenie na stołku, karcer czy wkładanie ołówka między palce. Pierwszy wypadek z ołówkiem zastosował Światło [Józef Światło, właściwie Izaak Fleischfarb, zastępca Fejgina w X Departamencie MBP, pracownik sowieckich służb specjalnych - TMP]. Różański był z początku uważany przez nas za wzór komunisty i człowieka oddanego Partii. Mieliśmy pełne zaufanie do Różańskiego. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że bicie więźniów było zabronione prawem. (...) W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. W tym okresie, kiedy stosowaliśmy bicie, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to jest nieludzkie. Wydawało nam się, że stosowanie tego przymusu jest koniecznością. Słyszeliśmy w tym czasie opowiadania na temat metod stosowanych w »dwójce« i dlatego wydawało się nam, że nasze postępowanie było łagodne. (...) W początkowym okresie nie było gum, a któryś z oficerów śledczych, nie pamiętam nazwiska, bił podejrzanego kijem. Ponieważ bicie kijem było niewygodne, wartownicy znaleźli kawałek kabla grubości wiecznego pióra, ogumionego, z cienkim drutem wewnątrz. Tą gumą posługiwało się kilku oficerów, a później każdy zaopatrzył się w kawałek kabla. Te gumy nazywano »małymi konstytucjami« (faszystowskimi) w odróżnieniu od »dużej konstytucji«, którą zrobił oficer śledczy Laszkiewicz przy pomocy wartowników. Była ona zrobiona z kilku drutów izolowanych. (...) Po 1949 roku byłem szykanowany przez Różańskiego do tego stopnia, że po usunięciu mnie z Departamentu Śledczego dostałem rozstroju nerwowego i choroby psychicznej. Do 1954 roku chodziło za mną to, że jestem wrogiem".
Sprawę przeciwko Jerzemu Kędziorze ostatecznie zatuszowano. Sadysta z Mokotowa i Miedzeszyna został jednak zwolniony z bezpieki. Dopiero kilka lat temu Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych pozbawił go uprawnień, będących przecież uhonorowaniem szczególnych zasług dla Polski. Z dawnymi kolegami z resortu spotyka się nadal w siedzibie Związku Kombatantów RP (dawny ZBoWiD) w Alejach Ujazdowskich.

(PRAWIE) NIC NIE SŁYSZAŁ

Tadeusz Szymański, skazany w procesie Humera na cztery lata (jako wyjątkowego okrutnika wymienia go Kazimierz Moczarski), odsiedział połowę kary. Na Rakowieckiej, gdzie po latach trafił jako więzień - był traktowany na specjalnych zasadach, a niektórzy starsi "klawisze" zwracali się do niego według dawnej nomenklatury służbowej - per "oddziałowy". Również kolejny akt oskarżenia przeciwko Szymańskiemu przez długi czas nie wchodził na wokandę. W końcu, po trwającym kolejne trzy lata procesie, sąd ogłosił wyrok: pięć lat więzienia.
Po "wyzwoleniu" Tadeusz Szymański odgruzowywał Warszawę. W 1946 r., w podaniu o pracę w UB w Grodzisku Mazowieckim, napisał: "Uprzejmie proszę o przyjęcie mnie do bezpieczeństwa, gdyż mam zamiłowanie w tym pracować". W wolnej Polsce nie potrafił wytłumaczyć tego "zamiłowania", uważając siebie za ofiarę totalitaryzmu, który "szczęśliwie się skończył" (czy dlatego, że w polskiej demokracji sprawy w sądach ciągną się latami, a winni w praktyce pozostają bezkarni?)
Wtedy, 23-letni ubek, aresztował rolników (w tym swoich sąsiadów), którzy sprzeciwiali się kolektywizacji wsi (jego ojciec zakładał w Osinach koło Grodziska rolniczą spółdzielnię produkcyjną).
W więzieniu na Rakowieckiej rozpoczynał jako strażnik. Ambicje miał jednak większe, pracował po godzinach. W 1950 r. udało się - został oficerem inspekcyjnym X pawilonu, który podlegał bezpośrednio Departamentowi Śledczemu MBP, a konkretnie jego szefowi - Jackowi Różańskiemu. Specjalizował się w werbowaniu agentów wśród więźniów.
Podczas obu swoich procesów Szymański utrzymywał, że w ogóle nie chodził na "Dziesiątkę". Nie prowadził również śledztw ("nawet palcem nie tknąłem więźniów"), a jedynie prace administracyjne - wydawał książki do czytania i korespondencję, gdyż był... magazynierem. Nie wiedział nawet o torturach i zabijaniu ludzi na Mokotowie ("nic nie widziałem, nic nie słyszałem"). Raz wymknęło mu się, że coś jednak słyszał: "To były głośne rozmowy, a nawet krzyki. Gdy zapytałem kierownika, co się dzieje, ten powiedział, bym nie wtrącał się do nie swoich spraw. Za każde słowo można było trafić do więzienia. Takie były czasy, nie było takiej wolności jak teraz".

GENERAŁ SMRÓD

Wolna Polska nie do końca jednak służyła Szymańskiemu - uskarżał się na nadciśnienie (biegli orzekli, że może brać udział w rozprawach). Cały czas twierdził, że oskarżono go przez pomyłkę, gdyż na Mokotowie było kilku Szymańskich. Prokurator dementował: - W X pawilonie był jeszcze jeden strażnik o nazwisku Szymański, ale dużo starszy i zupełnie inaczej wyglądał. Więźniowie dobrze zapamiętali Szymańskiego-oprawcę. Hannę Radzyńską oblewał lodowatą wodą i deptał po nogach. Stanisława Mazurkiewicza zmuszał do leżenia na betonie, zbierania kawałków rozsypanej słomy z siennika i do oglądania, jak depcze fotografie jego najbliższych. Marianowi Gołębiewskiemu kazał stać z podniesionymi do góry rękami, zimą wrzucał do celi bez okna. Stanisława Rybkę bił po całym ciele i znieważał. Tadeusz Welkier był kopany w podbrzusze i bity w tył głowy. Innych zmuszał do wielogodzinnego klęczenia na grochu, kłuł szpilką, uderzał głową o ścianę.
Katowany w śledztwie, as polskiego lotnictwa Stanisław Skalski, zapamiętał: "Wszedł z różnego kalibru gumami major Szymański. Midro, Szymański, Serkowski i Humer znęcali się nade mną. Bity od pięt do głowy straciłem poczucie czasu. Nagi znalazłem się w odchodach karceru". Szymański był również szefem grupy, która przesłuchiwała kobiety.
Przed sądem utrzymywał, że nie wiedział nawet, kto był osadzony na Rakowieckiej. Pamięć przywracał mu Stefan Batory, który na "Dziesiątkę" trafił pod koniec 1948 r. pod zarzutem przygotowywania zamachu na Bieruta (miał się tego dopuścić, psując w mieszkaniu prezydenta łazienkowy piecyk, kiedy jako elektryk robił tam remont): - Całe społeczeństwo wiedziało, kogo tam trzymacie - i wymieniał: przedwojenny wojewoda poleski, piłsudczyk płk Wacław Kostek-Biernacki, członkowie IV Komendy WiN, skazany na śmierć major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka". Kiedyś Szymański przyłapał mnie, jak próbowałem się uczyć - rozwiązywałem w celi zadanie z matematyki. Kazał mi uklęknąć i przez wiele godzin trzymać nad głową miednicę z wodą. Przez naszą celę, która była przeznaczona na osiem osób, a siedziało nas 35-ciu, przechodziły rury z gorącą parą i temperatura przekraczała 30 stopni. To było krematorium.
- Szymański, razem z innymi funkcjonariuszami, skatował mnie pałkami - mówił inny świadek Kazimierz Augustowski, w czasie wojny oficer Okręgu Wileńskiego AK, w 1949 r. aresztowany i sądzony pod zarzutem szpiegostwa i współpracy z Niemcami. - Nazywaliśmy go "generał Smród", bo otwierał cele i krzyczał: "Ale smród u was".
Inaczej przezwisko to zapamiętał Stanisław Krupa (książka "X Pawilon. Wspomnienia AK-owca ze śledztwa na Rakowieckiej"): "Wiadomo było, że jeśli dyżur ma "generał Smród" (zgrywał ogromnego ważniaka, a śmierdziało mu z ust), "Francuz" (repatriant z Francji) czy np. "Poniatoszczak" (nosił baczki a la książę Józef) - to trzeba cholernie uważać, bo to wyjątkowe dranie".

FAŁSZYWE POJEDNANIE

W toku śledztwa okazało się, że Szymański nie tylko znęcał się nad więźniami, ale również osobiście wykonywał wyroki śmierci. Rozstrzelanym kazał rozbijać głowy. Dla zabawy i zastraszenia aranżował też pozorne egzekucje.
Nawet strażnicy więzienni mówili o swoim przełożonym, że odznaczał się wyjątkowym sadyzmem. Jeden z nich, Jan Sadowski, na procesie Józefa Goldberga-Różańskiego w 1957 r. zeznawał: - Szymański ubliżał więźniom, samowolnie przedłużał ich pobyt w karcerze, zalewał cele wodą. Przechwalał się swoim okrucieństwem i tłumaczył mi, że więźniowie to wrogowie, których trzeba zniszczyć. Różański, sam znany z wyjątkowego sadyzmu, miał kiedyś zwrócić uwagę Szymańskiemu, że jest zbyt okrutny.
Na przedstawiane mu przez prokuratora zarzuty reagował histerycznie - płakał, jęczał, trząsł się, kładł się na stole. Powoływał się również na słowa Ojca Świętego:
- Polski papież apeluje o pojednanie i przebaczenie. Takie pojednanie dokonało się między Polakami i Niemcami. Najwyższy czas po 60 latach podać sobie ręce i żyć jak Polak z Polakiem.
- Trudno mówić o pojednaniu, jeśli oskarżony nie przyznał się do winy, nie okazał skruchy ani współczucia pokrzywdzonym - skomentował sędzia.
"Gazeta Wyborcza" skwitowała wyrok na kacie X pawilonu: "Tuż po wyroku Szymański, zgarbiony, wychudzony staruszek rzucił do dziennikarzy: »Czuję się niewinny« i pokuśtykał do windy". Po raz kolejny okazało się, że dziennikarze "Wyborczej" piszą (a więc chyba również myślą) obrazkowo i bezrefleksyjnie, z wyjątkiem wydarzeń, w których brał udział ich pryncypał.
Jerzy Woźniak (po wojnie oficer WiN, maltretowany w śledztwie przez Szymańskiego, wiceminister Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych w rządzie AW"S"), był jednym ze świadków oskarżenia na procesie Humera:
- Moim celem nie było uzyskanie kary dla ludzi, którzy są dziś w podeszłym wieku, tylko udowodnienie winy. Działalność całego aparatu bezpieczeństwa była wroga, na służbie obcego państwa, czyli ZSRR. Koledzy, którzy byli represjonowani w czasie okupacji hitlerowskiej, twierdzili, że łatwiej było wytrzymać śledztwo Gestapo, niż Urzędu Bezpieczeństwa.
W 1956 r., po odejściu z pracy w więzieniu na Rakowieckiej, Tadeusz Szymański przeniósł się do służby kryminalnej w stołecznej milicji, gdzie służył do 1989 r.

POST SCRIPTUM

W dzienniku "Polska" (9.03.2008) można było przeczytać wywiad z Włodzimierzem Kacem (tekst o marcu 1968 r.): "Ojciec był spod Rzeszowa, ze Świlczy; uszedł przed Niemcami do Lwowa, a potem, za uwagę niezbyt pochlebną o propagandowym sowieckim filmie wywieziony został do Kazachstanu. »Zwiedzał« łagry. (...) Ojciec zachorował na komunizm. Wrócił do Polski z II Armią".
Czego nie dowiemy się z tekstu? Ojciec - Markus Kac (ur. 1918 r. w Świlczy) to jeden z "humerowskiej" parszywej dwunastki, skazanej w 1996 r. za zbrodnie przeciwko ludzkości. W latach 50. Kac-senior kierował Wydziałem Śledczym UB w Gdańsku, a następnie Stalinogrodzie (Katowice). Dziś jego syn - Włodzimierz Kac - jest przewodniczącym Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Katowicach. A dziennikarzowi "Polski" pogratulować wiedzy.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Skończył się wizerunek Donalda Tuska jako polityka liberalnego, narodził się kandydat na prezydenta RP - Łukasz Perzyna o wystąpienie telewizyjnym premiera Tuska Wysłane środa, 7, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |







Skończył się wizerunek Donalda Tuska jako polityka liberalnego, narodził się kandydat na prezydenta RP - Łukasz Perzyna o wystąpienie telewizyjnym premiera Tuska Wysłane środa, 7, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak

"W polskiej polityce mamy nieoczekiwaną zmianę miejsc. W 2005 roku to marketingowcom PiS-owi udało się mniej lub więcej trafnie opisać rzeczywistość, spozycjonować polską scenę polityczną, nazywając główne siły walczące wtedy w podwójnych wyborach: parlamentarnych i prezydenckich - »polska liberalna i solidarna«. To były ówczesne liczmany, etykiety. Opis ten uporządkował tę scenę. Dzisiaj przechodzi do historii. PiS znalazł się w stanie bezwładu, walki wewnętrznej, atrofii i apatii, co wykorzystują perfekcyjnie rządzący platformersi. Długi majowy weekend powinien być wyśmienitą okazją do ofensywy ideologicznej dwóch środowisk: lewicy tradycyjnej, bo - dzień 1 maja, prawicy odwołującej się do tradycji i polskiej historii - bo święto 3 Maja... Jednak żadna z tych formacji nie wykorzystała tegorocznego weekendu, wykorzystała go zaś doskonale Donald Tusk, wstrzeliwując się ze swoim wystąpieniem telewizyjnym. Charakterystyczne, że nawet tendencyjna »Rzeczpospolita«, dziennik niegdyś rządowy, nie była w swoich komentarzach na gorąco publikowanych w stanie zatuszować tego sukcesu szefa PO. Na czym ona polega?" - zastanawia się Łukasz Perzyna, komentator polityczny tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, opisując najbardziej znaczące wydarzenie ze scen teatru politycznego w minionym tygodniu.

Było to przedstawienie pewnej wizji. Trzeba sięgnąć pamięcią do innych wielkich wystąpień polityków z całego świata - choćby Martina Luthera Kinga, z jego marzeniem o braku dyskryminacji Murzynów w Stanach Zjednoczonych. Ludwig Erchard w okupowanych, zrujnowanych przez hitlerowców i popierających ich swoich obywatelach Niemczech, był w stanie zaproponować plan wprowadzenia dobrobytu w ciągu niewielkiego stosunkowo krótkiego okresu mozolnej pracy. Ale porównywanie do takich potęg intelektualnych Donalda Tuska jest absurdem. Dotychczas wystąpienie obecnego premiera zapamiętywaliśmy np. z powodu długości - sejmowe exposé trwające prawie trzy godziny. Jednak pewną wizję Polski i jej mieszkańców premier Tusk zaprezentował: mówił o komputeryzacji uboższej części Polski, aktywizacji obywateli po 50-tce, szklance mleka dla głodnych dzieci", czyli wprowadzenie dożywiania w szkołach państwowych, przeznaczenie 40% wpływów z prywatyzacji na emerytury - to w sumie elementy programu "solidarnego", którym podpierało się cały czas przez okres swoich rządów Prawo i Sprawiedliwość (okrzyknięte wtedy przez naszą witrynę, jako pierwszą z mediów polskich, Populizmem i Socjalizmem - ASME) i których wcielenie w życie zapowiadało - zauważa Łukasz Perzyna. To wizja pełna i skończona. Skończył się też przy tej okazji wizerunek Donalda Tuska jako polityka liberalnego i skończył się też podział wymyślony przez pijarowców PiS na "liberałów" i "solidarystów (socjalistów). Donald Tusk wybrał opcję bardziej odległą niż przyszłoroczne wybory do unijnego parlamentu. To było wystąpienie kandydata na prezydenta Rzeczypospolitej - stwierdza Łukasz Perzyna.
Donald Tusk rozpoczął grę na dotychczasowym boisku Prawa i Solidarności. Z dużym zainteresowaniem czekamy na ruch drużyny obecnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Nagranie trwa prawie 18 minut, jest dostępne w Sieci do 21 V 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania o doskonałej jakości.




Widziałem uśmiechniętego Dorna - prof. Jerzy Przystawa Wysłane niedziela, 4, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak

W pięknym Dniu 3 Maja, w wieczornym magazynie politycznym TVN24, miałem okazję obejrzeć i wysłuchać podniosłej rozmowy Najwybitniejszych Polaków omawiających, a jakże, sprawę nowej konstytucji RP. W dyskusji wystąpili przedstawiciele wszystkich, uznawanych dzisiaj za cywilizowane, stron teatru politycznego: z lewa siedział Marszałek Borowski, z prawa Marszałek Dorn, a po środku, naturalnie, najwybitniejszy intelektualista Centrum, doktor nauk politycznych, rektor, poseł Jarosław Gowin.

Nie ma nic piękniejszego niż zgoda i porozumienie wśród Polaków, a już w szczególności, kiedy rzecz dotyczy samej zasady praw i wolności obywatelskich, tj. Konstytucji. Na dodatek zgodę i harmonię okazali Panowie Posłowie w sprawie najbardziej delikatnej i kontrowersyjnej, jaką jest sprawa ordynacji wyborczej do Sejmu. Okazuje się, że zarówno od prawa do lewa, jak i od lewa do prawa, istnieje już pełny consensus: wszyscy zgadzają się na ordynację "mieszaną", to znaczy - pardon - "proporcjonalną", czyli, inaczej mówiąc "jednomandatową" na wzór niemiecki. Zresztą, jak błyskotliwie zauważył dr Gowin: "jak zwał, tak zwał", nie chodzi o to, jak się to nazywa, ważne, żeby była jak ulał i satysfakcjonowała wszystkie wysokie oraz konkurujące strony.
Napisałem "widziałem uśmiechniętego Dorna", bo widać było, że ten oryginalny i przemyślny pomysł sprawia Marszałkowi wielką satysfakcję. Marszałek Dorn nie miał ostatnio zbyt wielu powodów do osobistego zadowolenia: jego dwaj "bliźniacy", jakoś przestali doceniać wartość jego usług i dowcipu politycznego, i odstawili Pana Marszałka do lodówki, z której, na ogół, nie jest tak łatwo wyleźć. I oto właśnie spełnia się sen Marszałka Dorna o ordynacji "większościowej", "jednomonadatowej", a jednocześnie "doskonale proporcjonalnej" (żeby nikogo nie urazić), a w której liderzy partyjni będą mogli robić, co im się podoba, stwarzając publice wrażenie, że ona kogoś wybiera, a jeszcze, na dodatek, jednomandatowo! Z pomysłem tego cudownego PANACEUM Pan Marszałek Dorn wystąpił już co najmniej siedem lat temu, kiedy o marszałkowstwie nawet mu się nie śniło i był tylko skromnym posłem Dornem ząbkującej nowej partii politycznej. Co ciekawsze, już wtedy, aby przetrzeć szlaki swojemu dziecku konstytucyjnemu, przygotował wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, w którym wykazywał, czarno na białym, że ordynacja tzw. proporcjonalna w systemie d’Hondta, wcale proporcjonalna nie jest, ale właśnie jest jak najbardziej "dysproporcjonalna", a przez to sprzeczna z Konstytucją. A siła jego perswazji była tak wielka, że pod wnioskiem podpisali się wszyscy jego przyjaciele polityczni, a nawet najwięksi przeciwnicy, jak Bronisław Geremek czy Władysław Frasyniuk! (zob.: http://jow.pl/pdf/biuletyn24.pdf).
No cóż, jak to w polityce najczęściej bywa, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc kiedy Ludwik Dorn, pomimo tych sprzeczności konstytucyjnych jednak się do Sejmu dostał, a potem nawet został Marszałkiem, to te wady konstytucyjne obowiązującej ordynacji przestały mu doskwierać i nie wspominał o nich więcej. Co innego dzisiaj: dzisiaj Marszałek Dorn lewituje - niczym zatrzymane w locie jabłuszko - pomiędzy jabłonką a ziemią, i jakiś wkład "jednomandatowy" w ordynację najbardziej nawet idealnie proporcjonalną - byłby całkiem na rękę. Któż bowiem może przewidzieć, dokąd go zaprowadzi jego poczucie humoru i skłonność do błyskotliwych bonmotów, które niektórym mogą pójść w pięty?!
Ponieważ mam do Pana Marszałka słabość i nieodwzajemnioną sympatię, więc chciałbym Go przestrzec przed takim rachubami. Wielu już na takich kombinacjach z przelicznikami i poprawkami się przejechało. Pominę już profesora Geremka czy Władysława Frasyniuka, ale przypomnę jak to było np. z Berlusconim! No, Berlusconi, podobno jeden z najbogatszych ludzi na świecie, jakoś zawsze na cztery łapy spadnie, ale Pan Marszałek przecież groszem nie śmierdzi! Zaglądam na jego oświadczenie majątkowe i co tam widzimy? "Środki pieniężne w walucie polskiej - NIE POSIADAM; środki pieniężne zgromadzone w walucie obcej - NIE POSIADAM; papiery wartościowe - NIE POSIADAM! Krótko mówiąc, Pan Marszałek jest bidny jak mysz kościelna. Ma wprawdzie dom i mieszkanie własnościowe, ale przecież na nich już wiele się nie zbuduje, nieprawdaż? Najskromniejsze przyjęcie kosztuje dzisiaj kilka "kawałków", a co dopiero wybory!
Wszystko to są jednak ewentualne zmartwienia Marszałka Dorna, a ponieważ jest to człowiek wszechstronnie utalentowany i bardzo zaradny, to jakoś sobie radę da. Gorzej przedstawia się sprawa z nami wszystkimi, którzy chcielibyśmy mieć wreszcie przyzwoitą, przejrzystą i kontrolowaną przez obywateli reprezentację polityczną. Z naszego punktu widzenia pomysł pp. Dorna, Borowskiego, Gowina i S-ka idzie w zupełnie przeciwnym kierunku. Oznacza on jeszcze bardziej nieprzejrzystą, jeszcze bardziej upartyjnioną i niekontrolowaną scenę polityczną niż to ma miejsce do tej pory (zob. http://www.jow.org.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=326&Itemid=96), a pod pozorem "jednomandatowości" daje partyjnym bonzom jeszcze większą swobodę w kształtowaniu sceny politycznej niż ordynacje dotychczasowe.
Co więcej, pomysł Dorna nie oznacza postępu w żadnym kierunku. Nie prowadzi on do stabilizacji sceny i solidności sceny politycznej, ponieważ wszędzie tam, gdzie "ordynacje mieszane" ("jak zwał, tak zwał" - by posłużyć się określeniem dr. Gowina) zostały zastosowane - tam wszędzie mamy nietrwałe, koalicyjne, podzielone rządy. Ukraińcy ostatnio zrezygnowali z tego pomysłu i przeszli na wybory w jednym okręgu wyborczym i wyłącznie z list partyjnych. Litwa, Łotwa, Estonia, Czechy, Węgry, w których zastosowano podobne rozwiązania, mają wszystkie te same problemy. W styczniu 2003 r. wystąpił w niemieckim Bundestagu dr Michael Rogowsky, prezydent wielkiej organizacji przemysłowców Bundesverband der Deutschen Industrie, oskarżając niemiecki system wyborczy jako przyczynę stagnacji gospodarczej w Niemczech i domagał się wprowadzenia systemu brytyjskiego.
Wreszcie zapytać wypada, czy Jaśnie Oświeceni Marszałkowie i Posłowie nie uważają przypadkiem, że wypada też zapytać, co o tej sprawie myślą obywatele Rzeczypospolitej? Pan Marszałek Dorn, w tym swoim nowym wcieleniu suspensji politycznej objawił się jako bloger i dzieli się z publiką swoimi przemyśleniami w internetowym "Salonie24". Uczy nas tam, czym jest, a czym nie jest prawdziwy patriotyzm. Zadałem Mu tam pytanie, czy jeśli Marszałek Sejmu chowa do szuflady podpisy ponad 750 tysięcy obywateli polskich, którzy domagają się referendum w sprawie ordynacji wyborczej, to czy takie zachowanie jest przejawem nowej, wyższej formy patriotyzmu? Moje pytanie podtrzymali i poparli inni intenauci.

Pan Marszałek (podobnie jak i Jego Poprzednik - Marszałek Borowski, podobnie jak i Jego Następca, Marszałek Komorowski i inni) wyniośle milczy. Co mi przypomina mojego kota, którego uszy otwierają się tylko wtedy, gdy do miski wkładane jest mięsko. Poza tym jest głuchy jak pień. I to jest właśnie ta zasadnicza różnica pomiędzy posłami wybieranymi w jednomandatowych okręgach wyborczych (aczkolwiek nie w procedurze Marszałka Dorna, tylko naprawdę!) a posłami w tzw. wyborach proporcjonalnych. Nam, Drodzy Panowie Marszałkowie, wystarczy doświadczeń mijającego właśnie dwudziestolecia. Całkowicie wystarczy.

Jerzy Przystawa

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    Zbigniew Romaszewski - obrońca praw człowieka - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 30, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Platformerska większość w Senacie odrzuciła początkowo kandydaturę Zbigniewa Romaszewskiego na wicemarszałka. Uznano go za osobę zbyt konfliktową. Takie uzasadnienie decyzji PO w zestawieniu z dorobkiem senatora Romaszewskiego jest kompromitacją tego środowiska. Jest on bowiem znanym w Polsce i na świecie obrońcą praw człowieka. Warto przypomnieć, że u zarania III Rzeczypospolitej ideowi koledzy dzisiejszej PO z ówczesnej Unii Demokratycznej odrzucili kandydaturę Zbigniewa Romaszewskiego na prezesa Najwyższej Izby Kontroli pod pretekstem, iż taki wybór grozi paraliżem całego państwa. Chodziło im jednak o to, że senator Romaszewski jest zbyt uczciwy, by pozwalać na szwindle kosztem interesu państwa. Zaświadczył o tym całym swoim życiem.

    Urodzony w niewoli


    Zbigniew Romaszewski urodził się 2 stycznia 1940 roku w okupowanej przez Niemców Warszawie. Jako czteroletni chłopiec przeżył Powstanie Warszawskie najpierw na Woli, a później na Starówce. Po upadku powstania trafił z matką do niemieckiego obozu koncentracyjnego. Gdy jako małe dziecko opuszczał płonącą Starówkę, martwił się tym, że w objętym pożarem domu palą się jego zabawki. Z obozu dla warszawiaków w Pruszkowie rodzina trafiła do obozu koncentracyjnego w Gross Rosen. Ojca zamordowano w Saksenhausen, babcia zginęła w Ravensbrücken. Obóz przeżyła jedynie matka oraz ciotka, która przetrzymała pobyt w tym samym obozie w Ravensbrücken. Obóz pracy, w którym przebywała matka wraz z małym Zbyszkiem, wyzwolili Amerykanie, ale paradoksalnie tam on dzięki obcowaniu z rosyjskimi dziećmi więzionymi w obozie opanował podstawy rosyjskiego. Resztę zawdzięcza znakomitej rusycystce w liceum.
    Podczas nauki w liceum ogólnokształcącym przy ul. Otwockiej na Pradze Zbyszek jak większość jego rówieśników należał do Związku Młodzieży Szkolnej. Zapisał się do ZMP w klasie 10., by już w następnym roku szkolnym, czyli w przełomowym dla Polski roku 1956 zainicjować rozwiązanie tej organizacji w jego szkole. W listopadzie tegoż roku brał udział w wielkiej naradzie młodzieży rewolucyjnej, zwołanej przez redakcję tygodnika "Po prostu" w Sali Kongresowej Pałacu im. Stalina. Tam poznał swą przyszłą żonę Zofię Płoską. Narada ta powołała do życia antystalinowski Rewolucyjny Związek Młodzieży, który wkrótce pod naciskiem nowych władz partyjnych został przekształcony w Związek Młodzieży Socjalistycznej. Zbyszek przezornie do niego nie wstąpił, koncentrując się na działalności w samorządzie uczniowskim. W następnym roku brał udział w protestach młodzieży warszawskiej przeciwko zamknięciu przez władze partyjne tygodnika studenckiego "Po prostu". Gomułka odpowiedział na to pałowaniem młodzieży przez właśnie utworzone do tych celów ZOMO. Do studentów dołączyła młodzież robotnicza i centrum Warszawy stało się areną walk na kamienie z milicją. Pod wpływem tych wrażeń Zbyszek zrezygnował ze studiów prawniczych i w tymże roku 1957 podjął naukę na wydziale fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, który ukończył w roku 1964. Po ukończeniu studiów podjął pracę naukową w Instytucie Fizyki Polskiej Akademii Nauk.
    Studia na wydziale fizyki podjęła w roku 1959 również jego żona Zofia z Płoskich Romaszewska. Pochodzi ona z zasłużonej dla Polski rodziny, gdyż jej dziadek po kądzieli Ksawery Prauss był senatorem Rzeczypospolitej oraz ministrem oświaty, który wprowadził w Polsce szkolnictwo powszechne. Jego żona Zofia Praussowa była z kolei przez dwie kadencje posłanką na Sejm. Obydwoje działali w niepodległościowej Polskiej Partii Socjalistycznej. Ksawery Prauss zmarł w Polsce niepodległej, Zofia zginęła w niemieckim obozie koncentracyjnym. W czasie okupacji niemieckiej rodzice Zofii Romaszewskiej działali w Armii Krajowej: prof. Stanisław Płoski był kierownikiem Biura Historycznego Komendy Głównej AK, zaś mama brała udział w akcjach plutonu sabotażowo-dywersyjnego "Dysk" (Dywersja i Sabotaż Kobiet).
    W październiku 1966 roku Zbigniew Romaszewski zbierał wraz z żoną podpisy pod petycją pracowników naukowych w obronie studenta historii UW Adama Michnika, zawieszonego przez władze uczelniane za jego działalność opozycyjną (Adam Michnik został zawieszony przez rektorat za udział w dyskusji po głośnym odczycie prof. Leszka Kolakowskiego oraz dr. Krzysztofa Pomiana na dziesiątą rocznicę Polskiego Października '56. Obydwu prelegentów po tym odczycie Centralna Komisja Kontroli Partyjnej z tow. Romanem Nowakiem na czele wydaliła z szeregów PZPR, po czym grupa intelektualistów na znak protestu przeciwko tej decyzji oddała swe legitymacje partyjne). W roku 1968 Zbigniew Romaszewski przebywał w Moskwie na rocznym stażu naukowym w Instytucie Fizyki Akademii Nauk, kierowanym przez prof. Prochorowa oraz prof. Basowa. Podczas spotkań naukowych poznał osobiście prof. Andrieja Sacharowa. Tam zobaczył na własne oczy, że Sowieci przegrywają współzawodnictwo ze Stanami Zjednoczonymi nie tylko w dziedzinie gospodarki, ale i badań naukowych.
    By odreagować wydarzenia marcowe 1968 roku, Romaszewski po powrocie z Moskwy zorganizował prywatny klub dyskusyjny odbywający posiedzenia w ich mieszkaniu. Udział w dyskusjach politycznych w ramach prac klubu brali tacy wybitni intelektualiści, jak mec. Ludwik Cohn, prof. Edward Lipiński, znany pisarz Jan Nepomucen Miller, Maria Ossowska. Posiedzenia klubu gromadziły po kilkanaście zaprzyjaźnionych z Romaszewskimi osób.

    Gdyby nie Ursus i Radom, jadłbyś chleb z marmoladą

    W 1976 roku Romaszewscy podpisali jeden z krążących wtedy listów protestacyjnych przeciwko zmianom w konstytucji PRL. Po czerwcowych protestach robotniczych przeciwko podwyżce cen żywności na prośbę fizyków Ludwiki i Henryka Wujców włączyli się w akcję zbierania pieniędzy na represjonowanych przez SB robotników podwarszawskiego Ursusa oraz Radomia. We wrześniu Zbigniew Romaszewski rozpoczął działalność w zorganizowanej przez Mirosława Chojeckiego tzw. grupie radomskiej, niosącej pomoc finansową i prawną szykanowanym przez SB mieszkańcom Radomia. Usiłował czasochłonne wyjazdy do tego miasta autostopem (zamiast pociągiem, by uniknąć zatrzymań przez SB usiłującą uciąć te kontakty) pogodzić z pracą nad rozprawą doktorską w Instytucie Fizyki PAN. Jego żona Zofia prowadziła kartotekę osób represjonowanych w Radomiu.
    W tym czasie udało się powołać Komitet Obrony Robotników, złożony z szacownych postaci, z którymi musiały się liczyć władz partyjne z Edwardem Gierkiem na czele. I sekretarz KC PZPR, który był repatriantem z Francji i biegle mówił po francusku, często odgrywał rolę rzecznika Leonida Brieżniewa w kontaktach z władzami francuskimi, musiał więc poskramiać zapędy SB, by nie psuły mu możliwości bywania na paryskich salonach. W skład KOR weszły m.in. osoby biorące udział w pracach koła dyskusyjnego u Romaszewskich, jak prof. Edward Lipiński oraz mec. Ludwik Cohn. Wbrew dzisiejszym stereotypom o lewicowym KOR, jego skład ideowy był bardziej zróżnicowany, gdyż obok zasiadali w nim ludzie różnych orientacji ideowych i światopoglądowych. Gdy po kłótni z Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem Antoni Macierewicz oraz Piotr Naimski wywalczyli prawo do samodzielnego redagowania opozycyjnego pisma "Głos" w duchu prawicowym i niepodległościowym, jednym z współpracowników pisma został Zbigniew Romaszewski.

    Rok 1977 i później

    Rok 1977 był ważną cezurą w życiu państwa Romaszewskich. Po zamordowaniu przez SB w Krakowie studenta UJ Stanisława Pyjasa i manifestacjach studenckich z tym związanych władze początkowo aresztowały kilku działaczy KOR, ale następnie po głośnej głodówce opozycjonistów w kościele św. Marcina w Warszawie cofnęły się i ogłosiły amnestię dla ofiar represji w Radomiu i Ursusie. W tych warunkach Komitet Obrony Robotników przekształcił się w Komitet Samoobrony Społecznej KOR. Zbigniew Romaszewski został w październiku członkiem tego komitetu i wkrótce wraz z żoną objął kierownictwo Biura Interwencyjnego KSS KOR. Jako ciekawostkę podam, że jednym ze współpracownikiem tego biura był prawnik z Warszawy Jarosław Kaczyński - przyszły premier rządu i przywódca PiS. Biuro zajmowało się dokumentowaniem przypadków łamania przez władze praworządności oraz wspomaganiem ich ofiar. Według relacji Romaszewskiego, wiele czasu pochłonęła mu sprawa Kazimierza Świtonia - założyciela Wolnych Związków Zawodowych na Górnym Śląsku, okrutnie prześladowanego i więzionego przez SB. Biuro opublikowało w roku 1978 przy współpracy drugoobiegowej Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWa "Dokumenty bezprawia" - kronikę najważniejszych przestępstw popełnionych przez władze PRL.
    Na początku 1979 roku pojechał do Moskwy i tam jako przedstawiciel KSS KOR złożył wizytę czołowemu rosyjskiemu dysydentowi - prof. Andriejowi Sacharowowi oraz jego żonie Jelenie Bonner. Prof. Sacharow, który nie pamiętał Romaszewskiego z jego spotkań na sympozjach naukowych w Instytucie Fizyki w Moskwie, najpierw urządził mu egzamin z zakresu najnowszych osiągnięć naukowych w tej dziedzinie. Gdy przekonał się, że jest to autentyczny naukowiec, a nie agent służb specjalnych, zgodził się na rozmowę o podjęciu współpracy pomiędzy opozycją w PRL oraz moskiewskimi kręgami dysydenckimi. Swoje przygody z podróży i pobytu w Moskwie Zbigniew Romaszewski opisał w jednym z biuletynów informacyjnych KSS KOR.
    W styczniu 1980 roku KSS KOR powołał Komisję Helsińską, w skład której weszli m.in. prof. Edward Lipiński, mec. Ludwik Cohn oraz mec. Aniela Steinsbergowa. Zbigniew Romaszewski był głównym redaktorem pierwszego dokumentu wydanego pod jej auspicjami - "Raportu o przestrzeganiu praw człowieka i obywatela w PRL", który jesienią tegoż roku został ogłoszony na sesji Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie i jest znany w Polsce jako Raport Madrycki. Oczywiście ta działalność państwa Romaszewskich nie przebiegała bezkarnie. SB często nachodziła ich mieszkania i zamykała ich w areszcie na przepisowe 48 godzin. W sierpniu 1980 roku podczas strajków robotniczych na Wybrzeżu Zbigniew Romaszewski został aresztowany wraz z grupą działaczy opozycyjnych w mieszkaniu Jacka Kuronia na Żoliborzu. Wyszedł na wolność dopiero po podpisaniu porozumień sierpniowych.

    Solidarnościowy karnawał

    Po powstaniu Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego "Solidarność" przejął w listopadzie 1980 roku kierownictwo Biura Interwencji i Praworządności Zarządu Regionu Mazowsza na Szpitalnej w Warszawie. Jeszcze wcześniej, bo w październiku 1980 roku obronił pracę doktorską w Instytucie fizyki PAN.
    W marcu 1981 roku funkcjonariusze SB pobili Jana Rulewskiego oraz innych działaczy "S" obecnych na sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy. Działo się to podczas manewrów wojsk Układu Warszawskiego pod kryptonimem "Sojuz 81". Związek odpowiada na to czterogodzinnym powszechnym strajkiem ostrzegawczym i zapowiada dalsze kroki. Romaszewski, choć jest przeciwnikiem kursu na konfrontację z władzami, uważa, że należy podjąć strajk generalny. Lech Wałęsa idzie jednak na kompromis z władzami.
    7 maja wybucha incydent w Otwocku. Tłum sprowokowany brutalną postawą kilku milicjantów chce ich zlinczować. Adamowi Michnikowi, Zbigniewowi Romaszewskiemu oraz Janowi Walcowi udaje się jednak powstrzymać tłum, przemawiając ludziom do rozsądku. 27 czerwca Romaszewski zostaje członkiem Prezydium Zarządu Regionu Mazowsza, zaś w październiku zostaje członkiem Komisji Krajowej Związku.

    Tu radio "Solidarność"

    Gdy 13 grudnia władze wprowadziły stan wojenny, Zbigniew Romaszewski nie dał się złapać SB, jak wielu jego kolegów związkowych i działał nadal w konspiracji (w jego mieszkaniu natomiast zatrzymano i internowano córkę Agnieszkę Romaszewską - działaczkę Niezależnego Zrzeszenia Studentów na UW). Już w lutym 1982 roku wraz z żoną podjął działania mające uruchomić tajne radio "Solidarność". Pierwszą audycję nadano 12 kwietnia podczas świąt Wielkanocy przy pomocy nadajnika skonstruowanego przez Ryszarda Kołyszkę. W charakterze spikera wystąpiła Zofia Romaszewska. Radio było słyszalne w całej Warszawie i audycja stała się natychmiast wielkim wydarzeniem w kręgach opozycyjnych. W kolejnych miesiącach takich audycji było kilkanaście.
    8 maja została utworzona konspiracyjna Regionalna Komisja Wykonawcza mazowieckiej "S" w składzie: Zbigniew Bujak, Zbigniew Janas, Wiktor Kulerski oraz Zbigniew Romaszewski.
    Jako działacz warszawski Zbigniew Romaszewski nawiązał również współpracę z niezależną od RKW strukturą związkową, jakim był Międzyzakładowy Robotniczy Komitet "Solidarności". 7 czerwca wziął udział w przygotowaniu akcji, która odbije się głośnym echem w całym kraju - w uwolnieniu Janka Narożniaka - głośnego działacza warszawskiej "S", postrzelonego przez patrol na Żoliborzu i pilnowanego przez SB w szpitalu MSW na Wołoskiej. Kilkuosobowa grupa MRKS z Adamem Borowskim na czele wywiozła Janka na oczach pilnujących go SB-eków ze szpitala w siną dal.
    5 lipca SB wtargnęła do konspiracyjnego lokalu, w którym przebywali Romaszewscy. Zbigniew uciekł im - jak stał - w kapciach, natomiast łupem łapsów stała się Zofia Romaszewska. Według relacji podziemnego tygodnika "Mazowsze", ubole ścigali go, ale nadaremno. Ostatecznie schwytano go 29 sierpnia. W lutym 1983 roku odbył się proces Radia "Solidarność". Na ławie oskarżonych zasiedli Romaszewscy oraz jeszcze siedmioro współpracowników. 17 lutego zapadły wyroki: Zbigniew i Zofia Romaszewscy otrzymali odpowiednio 4,5 oraz 3 lata więzienia. Jak gdyby tego było mało, władze wytoczyły jeszcze sprawę sądową członkom KSS KOR Jackowi Kuroniowi, Adamowi Michnikowi, Henrykowi Wujcowi oraz Zbigniewowi Romaszewskiemu. Na szczęście dla nich sprawę sądową przerwano ze względu na amnestię ogłoszoną 22 lipca 1984 roku.

    Nadal w obronie praw człowieka

    Po opuszczeniu więzienia Z. Romaszewski usiłował powrócić do pracy naukowej w Instytucie Fizyki PAN, skąd zwolniono go w roku 1983. Władze centralne Akademii uniemożliwiły mu jednak ponowne zatrudnienie. Koledzy fizycy załatwili mu zatrudnienie w Instytucie Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w charakterze redaktora pisma naukowego "Acta Physica Polonica". Łączył pracę zawodową z kierowaniem reaktywowaną w podziemiu Komisją Interwencji i Praworządności NSZZ "Solidarność". Komisja ta, odtworzona 10 grudnia 1986 roku na polecenie Lecha Wałęsy, nadal dokumentowała przypadki represji oraz pomagała ich ofiarom. Gdy w roku 1988 znowu przez Polskę przetoczyły się strajki robotnicze, Komisja organizowała pomoc dla strajkujących załóg robotniczych. W sierpniu tegoż 1988 roku członkowie Komisji oraz działacze ruchu "Wolność i Pokój" zorganizowali w kościele w krakowskich Mistrzejowicach I Międzynarodową Konferencję Praw Człowieka, która zgromadziła około 1200 uczestników. Wcześniej, bo w roku 1987, Zbigniew i Zofia Romaszewscy otrzymali nagrodę Praw Człowieka fundacji "Aurora" przy Uniwersytecie Stanford w Kalifornii.
    We wrześniu 1988 roku Zbigniew Romaszewski wszedł w skład Krajowej Komisji Wykonawczej NSZZ "S", zaś w grudniu Lech Wałęsa powołał go na członka Komitetu Obywatelskiego. Chociaż był przeciwnikiem "okrągłego stołu", brał udział w jego obradach w Warszawie (6 lutego - 5 kwietnia 1989 roku) w podzespole do spraw reformy prawa i sądów. Jak wyznał po latach, nie podobał mu się sposób zorganizowania tego spotkania rządzącej partii oraz opozycji solidarnościowej, ale zdawał sobie sprawę, że to właśnie "okrągły stół" zakończył PRL.
    Podczas wyborów czerwcowych 1989 roku został wybrany po raz pierwszy senatorem. Pod tym względem jest rekordzistą, gdyż w ostatnich wyborach został wybrany po raz siódmy do senatu, w tym po raz drugi z ramienia Prawa i Sprawiedliwości.
    W 1992 roku zgłosił projekt ustawy dekomunizacyjnej, nie uchwalonej niestety przez parlament. Dziś uważa, że płacimy koszty społeczne tamtej decyzji: odrodziła się hydra układów, opartych głównie na dawnych służbach specjalnych i wspierających się na starych środowiskach postkomunistycznych. Spowodowało to także, że dawni ubecy mają teraz czterokrotnie wyższe emerytury niż ludzie, których oni w PRL prześladowali.
    Jako niezmienny przewodniczący senackiej komisji praw człowieka i praworządności miał Zbigniew Romaszewski stały wgląd w społeczne skutki transformacji ustrojowej. Wiedza ta podyktowała mu gorzkie słowa o III RP: "Wybudowana w ciągu 16 lat Polska rządów oligarchicznych, Polska dyskryminująca większość społeczeństwa, Polska niesprawiedliwa wobec tych, którzy wywalczyli demokrację kosztem poświęceń i wyrzeczeń, Polska promująca cwaniactwo, egoizm i chciwość jest tworem, na który się nie godzę".
    Dziś przekonuje się, że prawdziwa cnota nie pozostanie bez kary. Platformerska większość w senacie traktuje go najwyraźniej jako żywy wyrzut sumienia i dlatego długo opierała się jego obecności we władzach senatu. To co oni nazywają konfliktowością - jest po prostu przywiązaniem do ideałów, którym Zbigniew Romaszewski był wciąż wierny, zawsze służąc Polsce i Polakom.

    Antoni Zambrowski

    Zostań donatorem naszych publicystów:
    Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
    Konto:
    61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
    Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
    SWIFT/BIC - PKOPPLPW



    Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


    Medialny triumwirat - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 29, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Jeżeli ktoś miał jakieś wątpliwości co do panującego ustroju, to mógł je sobie po raz kolejny zweryfikować z okazji słynnego listu prezesów trzech największych stacji telewizyjnych, w którym to liście panowie Urbański, Solorz-Żak i Walter wyrazili swoje poparcie dla utrzymania abonamentu radiowo-telewizyjnego. Jak wiadomo, abonament ten jest parapodatkiem płaconym na potrzeby utrzymania telewizji publicznej i teoretycznie takie uprzywilejowanie stawia Polsat czy TVN w gorszej pozycji konkurencyjnej. Można sobie np. wyobrazić oburzenie dwóch prywatnych producentów samochodów, lodówek etc. w sytuacji, gdyby rząd oficjalne nakładał na wszystkich obywateli podatek na dofinansowanie ich państwowej konkurencji. W rzeczywistości z takimi sytuacjami mamy często do czynienia, ale rzadko kiedy są one okazją do tak ostentacyjnego odsłaniania tego faktu, jak to mało miejsce w przypadku zmowy trzech telewizyjnych imperiów.

    Oczywiście także w tym przypadku nic nie było przypadkowego, gdyż chodzi jedynie o utrzymanie status quo w zakresie podziału rynku pomiędzy trzy stacje. Zarządy prywatnych stacji zakładają, że rynek reklam jest w miarę stały, a funkcjonowanie abonamentu zmniejsza aktywność telewizji publicznej w pozyskiwaniu reklamodawców - przez co więcej środków zostaje w kieszeni Waltera i Solorza. Gdyby zlikwidować abonament, TVP musiałaby powalczyć o tych reklamodawców, którzy teraz z faktu ograniczonych możliwości w TVP (np. zakaz przerywania filmów konkretnej audycji lub filmu) kierują swoje zlecenia do pozostałych stacji komercyjnych. Zmowa jest widoczna chociażby po fakcie, że poszczególne stacje umawiają się na określone pory emitowania bloków reklamowych, by widz nie mógł w czasie reklam nadawanych przez jedną stację zmieniać kanału na inny, lecz musiał zrezygnowany wysłuchać, który hipermarket jest tani. Nb. warto zwrócić uwagę, że najwięcej kosztownych reklam zlecają właśnie markety słynące z taniości, z czego wniosek, że ich klienci zamiast za jakość towarów kupują sobie w to miejsce propagandę.
    Propozycja trzech prezesów, podchwycona natychmiast przez kierownictwo SLD, by abonament można było odliczać od podatku, oznacza faktycznie, że TVP byłaby finansowana budżetu państwa. Formalnie jednakże telewizja publiczna byłaby współfinansowana z abonamentu, co miałoby maskować fakt pomocy publicznej, w rzeczywistości podatnicy składaliby się na "misję" TVP, dzięki czemu pozostali dwaj medialni magnaci mieliby więcej budżetu reklamowego dla siebie. Wszyscy byliby zadowoleni, reklamy podzielone, podatnicy przeczyszczeni bez udziału świadomości, a wizja triumwiratu medialnego przedłużona do wyobrażalnej przyszłości. A tą przyszłością ma być oczywiście cyfryzacja telewizji, po której już nic nie będzie takie jak przedtem. No może poza Walterem, bo zawsze jakiś Walter będzie, może nawet prezesem np. TVNP?

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


    Sprawa stalinowskiego prokuratora Kazimierza Graffa
    Nie osądzony nawet za część swoich zbrodni
    Wysłane wtorek, 29, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Stalinowiec Kazimierz Graff niewinny. Tak uznał Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie, a potwierdził Sąd Najwyższy. Instytut Pamięci Narodowej oskarżał tego oprawcę w todze, że w 1948 r., jako podprokurator Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Warszawie, wydał decyzję o tymczasowym aresztowaniu działacza niepodległościowego Stanisława Figurskiego ex post - miesiąc po jego zatrzymaniu. Ten czas był potrzebny bezpiece, aby wymusić na osadzonym - członku Ruchu Oporu Armii Krajowej i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego przyznanie się do napadów rabunkowych z bronią w ręku, co pozwoliło Graffowi potwierdzić, że próbował "przemocą obalić ustrój państwa polskiego".

    Nawet w świetle ówczesnych, stalinowskich przepisów decyzja Kazimierza Graffa - późniejszego zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego w randze pułkownika - była bezprawna. Tymczasem organa sprawiedliwości wolnej, demokratycznej i praworządnej Polski uznały, że było to działanie lege artis. Na nic zdały się argumenty IPN, że - zgodnie z obowiązującą konstytucją marcową - zatrzymanie bez postanowienia o tymczasowym aresztowaniu było możliwe tylko przez 48 godzin. Jako nadzorujący śledztwo prokurator Graff miał kontrolować zasadność i terminowość stosowanych środków zapobiegawczych. Powinien był zatem uchylić areszt wobec Figurskiego, co skutkowałoby jego uwolnieniem. Nie dopełnił jednak tego obowiązku. Dodajmy, że zrobił to celowo, czekając na wyniki śledztwa prowadzonego w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Mławie.
    Gdy śledczy osiągnęli już swój cel - przyznanie się niewinnego człowieka do absurdalnych zarzutów - Graff skierował jego sprawę do Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie (największego i jednego z najbardziej krwawych sądów wojskowych w stalinowskiej Polsce). Tym samym - zdaniem IPN - dopuścił się zbrodni komunistycznej.

    KOMUNISTYCZNE
    TRYBUNAŁY ŚMIERCI


    Kilkanaście dni temu o skandalicznej decyzji sadów obu instancji poinformowała na pierwszej stronie "Rzeczpospolita", a na drugiej skomentował ją - jak zwykle celnie - Bronisław Wildstein. Chwała gazecie, że przywraca pamięć i oburza się niesprawiedliwością. Tylko dlaczego w tekście roi się od błędów? Przede wszystkim antybohater nie był śledczym (tytuł: "Śledczy Graff nieuchwytny dla IPN"). Po drugie, materiał okraszono archiwalnym zdjęciem z procesu Witolda Pileckiego i towarzyszy, z którym prokurator (nie śledczy) Graff nie miał nic wspólnego. Dodatkowo, pod fotografią podano datę: 1949 r., podczas, gdy rozprawa przeciwko "szpiegowskiej grupie Pileckiego" odbywała się przed Woskowym Sądem Rejonowym w Warszawie w marcu 1948 r. A zatem: chwała "Rzeczpospolitej", ale tylko częściowa.
    Artykuł w "Rzepie" wspomniał też o innych zbrodniach Kazimierza Graffa. Rzeczywiście, swoje krwawe żniwo rozpoczął na początku 1946 r., kiedy jako wiceprokurator pracował w Wydziale do Spraw Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach. Ze względu na liczbę zasądzonych i wykonanych wyroków, sądy te śmiało można nazwać komunistycznymi trybunałami śmierci. Skazywały przeciwników politycznych, nawet nie próbując zachować elementarnych zasad stalinowskiego prawa (sprawy prowadzono w trybie przyspieszonym, bez postępowania dowodowego).

    KULA ZA ANTYSEMITYZM

    I tak, 26 lutego 1946 r. na sesji wyjazdowej siedleckiego wydziału doraźnego w Sokołowie Podlaskim, Kazimierz Graff oskarżał 15 żołnierzy AK, żądając dla nich kary śmierci (która była niewspółmierna do ich czynów) i podżegając skład sędziowski do wydania takich wyroków. W ten sposób 10 AK-owców dostało "KS". Żeby tego było mało - już następnego dnia Graff wydał rozkaz ich rozstrzelania tak, aby nie zdążyli przypadkiem złożyć prośby o ułaskawienie.
    Skazany wówczas na 10 lat Leonard Gierowski zapamiętał, że Graff był w sądzie agresywny i napastliwy. Nie pozwolił nawet na to, by oskarżeni mieli obrońców. Do innego podsądnego - Romana Bielińskiego powiedział, że "dostanie kulę w łeb" (co rzeczywiście się stało). Powód? W sanacyjnej Polsce Bieliński studiował na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie - jak podkreślał Graff - szerzył się antysemityzm. Co krwawy stalinowski prokurator mógł wiedzieć o stosunkach panujących na przedwojennej polskiej uczelni? Otóż sam pobierał tam nauki: Wydział Prawa UW ukończył w 1939 r. Już wówczas był zaangażowany politycznie: działał w Komunistycznym Związku Młodzieży "Życie" i z ramienia tej organizacji w latach 1937-38 przewodniczył Warszawskiemu Akademickiemu Komitetowi Antygettowemu.
    Siedlecki sąd "na kółkach" (razem z prokuratorem Graffem) zawitał nie tylko do Sokołowa Podlaskiego, ale również do innych okolicznych miejscowości, m.in. w Ostrowi Mazowieckiej. Za każdym razem niósł ze sobą obfite żniwo śmierci (np. w Ostrowi skazał na "KS" 12 osób). Za te mordy nie udało się oskarżyć Kazimierza Graffa, gdyż większość dokumentów została zniszczona.

    MORD SĄDOWY
    - BEZ KARY


    Skąd taka nienawiść Kazimierza Graffa do Polaków? Urodził się przecież w Warszawie, rok przed odzyskaniem niepodległości - 11 listopada 1917 r. Jego rodzicami byli kupiec Maurycy i nauczycielka Gustawa z Simonbergów. W 1935 r. ukończył gimnazjum im. Mikołaja Reja. Żołnierz kampanii wrześniowej, służył w 44. pp. z Równego. 18 września w Łucku jego jednostka złożyła broń przed Sowietami. Mieszkając we Lwowie, imał się różnych zawodów - był m.in. inspektorem domów akademickich Państwowego Instytutu Medycznego i administratorem w Państwowym Instytucie Krajoznawczym. Jego związki z Polską były jednak iluzoryczne. Wymarzony dla Graffa dzień nastąpił po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej: wstąpił do Armii Czerwonej. Później znalazł się w szeregach LWP i jako dowódca kompanii samodzielnej rusznic 3. pp. walczył pod Lenino. We wrześniu 1944 r. został ciężko ranny w walkach na warszawskiej Pradze.
    W prokuraturze wojskowej rozpoczął pracę w 1945 r. Podobno był inteligentny i dowcipny. Po serii morderstw sądowych w Siedleckiem Kazimierz Graff awansował. Został pułkownikiem i zastępcą Naczelnego Prokuratora Wojskowego. W grudniu 1946 r., a więc kilka miesięcy po zbrodni sądowej w Sokołowie Podlaskim, był głównym oskarżycielem w sprawie poakowskiej organizacji zbrojnej - Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Dla dowódcy - kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca" i jego żołnierzy domagał się wielokrotnych kar śmierci, które zostały następnie wykonane. Za tę zbrodnię, dokonaną w majestacie stalinowskiego bezprawia, nikt w wolnej Polsce nie chciał i nadal nie chce ścigać Kazimierza Graffa. W tej sprawie dokumenty zachowały się.

    NIE CZUJE SIĘ WINNY


    W sprawie "Warszyca" oskarżał również prokurator Czesław Łapiński (wcześniej "ciężko pracował" w innym Wydziale do Spraw Doraźnych - w Białymstoku, a następnie oskarżał "szpiegowską grupę" rotmistrza Witolda Pileckiego). Kilka lat temu, przed jego śmiercią, rozmawiałem z nim o "tamtych tragicznych sprawach":
    - Łódź i okolice to był mój teren, jako szefa tamtejszej prokuratury wojskowej. Na tym terenie działał Sojczyński, który po wojnie nie złożył broni, tylko brał udział w bratobójczych walkach, mordował bezbronną ludność, przedstawicieli władzy, pepeerowców. Kiedy aresztowano "Warszyca", ludzie odetchnęli. Do pomocy w procesie przysłali mi z Warszawy Kazimierza Graffa, mimo że wcale o taką pomoc nie prosiłem. Widać chcieli, żeby sprawę poprowadził ktoś zaufany. Grupę Sojczyńskiego podzieliliśmy między siebie na pół. Graff "obsługiwał" tych od góry, ja mniejsze przewinienia i wnosiłem o kary od pięciu do dziesięciu lat więzienia - usprawiedliwiał się.
    W wolnej Polsce, poprzedniczka IPN - Główna Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu ustaliła, że skazanie Stanisława Sojczyńskiego było morderstwem sądowym. Konspiracyjne Wojsko Polskie zostało uznane za jednostkę walczącą o niepodległość kraju przeciwko sowieckiemu zniewoleniu.
    Kazimierz Graff, w przeciwieństwie do Czesława Łapińskiego, odmówił rozmowy o procesie "Warszyca", tłumacząc się przygotowaniami do dłuższego wyjazdu. Kładąc słuchawkę, stwierdził jedynie, że nie czuje się winny.
    - Kiedy przesłuchiwaliśmy Graffa w 1997 r., twierdził, że nie pamięta procesu "Warszyca". Niewiele brakowało, aby zapomniał, że w ogóle pracował w sądownictwie - usłyszeliśmy przed laty w łódzkiej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, która prowadziła dochodzenie w sprawie zabójstwa Stanisława Sojczyńskiego.

    BEZ SŁOWA: PRZEPRASZAM

    Nie mniej "zasłużona" jest żona Kazimierza Graffa - Alicja. W 1953 r., jako wicedyrektorka Departamentu III Generalnej Prokuratury, podpisała się pod pismem do naczelnika więzienia na Rakowieckiej, informującym o terminie wykonania wyroku śmierci na generale Auguście Emilu Fieldorfie. Kiedy po latach rodzina bohatera Polski Podziemnej napisała do niej list z prośbą o wyjaśnienie okoliczności śmierci gen. "Nila", Graff nie odpisała. Do dziś nie zdobyła się na odpowiedź na pytanie: jak zginął legendarny szef Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej, ani na żadne inne pytanie o swoją przeszłość i rolę w stalinowskim systemie bezprawia. Choćby na słowo: przepraszam. Dlaczego tak nienawidzi Polaków?
    Alicja Graff była zaangażowana nie tylko w morderstwo na gen. Fieldorfie. Nadzorowała również sprawę aresztowanego przez bezpiekę płk. Wacława Kostka-Biernackiego, zaufanego Józefa Piłsudskiego jeszcze z czasów legionowych. W piśmie z 19 listopada 1953 r. Graff wymieniała zarzuty wobec Biernackiego: "Od 1931 r. do 31 sierpnia 1939 r. w związku z wykonywaniem urzędu wojewody nowogródzkiego i poleskiego na terenie tych województw realizował politykę sanacyjnego rządu faszystowskiego dławienia rewolucyjnego ruchu mas pracujących miast i wsi oraz wynaradawiania ludności ukraińskiej i białoruskiej. (...) Nadzorował znajdujący się na podległym mu terenie obóz w Berezie Kartuskiej, będący zorganizowanym ośrodkiem wyniszczania działaczy ruchu robotniczego". Dalej pani prokurator przywołała suche liczby: "Początek kary dnia 9.XI.1945 r., koniec kary 9.XI.1955 r. (...) pozostało do odbycia 2 lata więzienia [10 kwietnia 1953 roku Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał Wacława Kostka-Biernackiego na karę śmierci, zamienioną potem na 10 lat więzienia, z zaliczeniem aresztu śledczego - TMP]". Następnie Graff opisywała zachowanie i stan zdrowia więźnia: "Opinia Naczelnika Więzienia z września 1953 r. - negatywna. Z orzeczenia Komisji Lekarskiej z dnia 1.IX.1953 r. wynika, że skazany cierpi na przewlekły zniekształcający gościec stawowy, miażdżycę uogólnioną, zwyrodnienie miażdżycowe mięśnia sercowego, rozedmę płuc, padaczkę oraz że wskazana jest [przekreślone długopisem słowa: przedterminowe zwolnienie - TMP] przerwa na okres 1 roku z uwagi na chorobę przewlekłą, stale pogarszającą się". Płk Wacław Kostek-Biernacki zmarł w maju 1957 r., niecałe dwa lata po odbyciu całej, 10-letniej kary w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Żyłby dłużej, gdyby nie mozolna praca "oficerów" śledczych. Miał tylko to szczęście, że śmierć dosięgła go na wolności.

    POLITYCZNE MIELIZNY

    Funkcję zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego Kazimierz Graff pełnił do listopada 1951 r. Następnie, do 1968 r., kierował Prokuraturą Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Był znany z tego, że nagle, jako wysłannik wyższych czynników, pojawiał się na rozprawach sądowych. W trakcie jednego z takich procesów miejscowy prokurator po konsultacjach z nim oraz "korespondencji" przy użyciu podawanych pod stołem karteczek wniósł o jak najszybsze zakończenie rozprawy. Gdy sąd doszedł do wniosku, że sprawę należy jednak kontynuować, "płk Graff dał otwarcie wyraz niezadowoleniu z tej decyzji sądu, uciekając się nawet do osobistych uszczypliwych uwag".
    Kazimierz Graff zasłynął jako współautor aktu oskarżenia w sprawie generała Stanisława Tatara i innych oficerów WP, mającej wykryć "imperialistyczny spisek w wojsku". Pismo powstało na polecenie Bieruta. Historyk wojskowości Jerzy Poksiński napisał, że akt oskarżenia... "był dokumentem politycznym. Stanowił wykładnię merytoryczną i metodologiczną dla niższych szczebli machiny represyjnej państwa. Z tego względu przygotowaniem i zawartymi w nim treściami były zainteresowane najwyższe czynniki w państwie".
    Najwyższe czynniki w osobach Bieruta i Bermana nie zaakceptowały jednak tez oskarżycielskich, uznając, że zawierają zbyt wiele "mielizn politycznych", a niektóre fragmenty określono wręcz jako naiwne. Tym razem Graff najwyraźniej przesadził w swoim politycznym lizusostwie. Nad następną wersją oskarżenia pracowali już ludzie z departamentu śledczego MBP - Anatol Fejgin i Józef Goldberg-Różański.

    "SZYKANY" WOLNEJ POLSKI

    Po 1968 r., na fali antysemickich czystek, Kazimierz Graff został usunięty z prokuratury wojskowej i dwa lata później rozpoczął praktykę adwokacką. W 1997 r., na wniosek rodziny jednego ze straconych, został skreślony z listy adwokatów. Płk Kazimierz Graff od lat mieszka w centrum Warszawy, a z tytułu swoich "zasług" do niedawna dostawał od państwa 4 tys. emerytury (niemałe pieniądze za "służbę krajowi" otrzymywała również i prawdopodobnie otrzymuje do dziś jego żona Alicja). Jej odebranie to jak dotąd jedyna "szykana", jaka spotkała w wolnej Polsce Kazimierza Graffa - człowieka winnego śmierci kilkudziesięciu żołnierzy AK, NSZ, WiN, Polskich Sił Zbrojnych.
    A może sprawiedliwość dopadnie jeszcze stalinowskiego prokuratora? IPN czeka teraz na uzasadnienie decyzji Sądu Najwyższego w sprawie bezprawnego przetrzymywania w więzieniu Stanisława Figurskiego. Od tego uzależnia, czy będzie wnosił kasację. Nie jest jeszcze za późno, aby osadzić go również za sprawę Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca".

    TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

    Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


    Wojsko w służbie bezpieczeństwa naszej demokracji w Afganistanie i w Unii Europejskiej! - Stanisław Michalkiewicz o perspektywie na bliższą i dalszą rzeczywistość Wysłane wtorek, 29, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Wojsko w służbie bezpieczeństwa naszej demokracji w Afganistanie i w Unii Europejskiej! - Stanisław Michalkiewicz o perspektywie na bliższą i dalszą rzeczywistość Wysłane wtorek, 29, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Nie jest bezpiecznie, proszę Państwa. Otóż dzisiaj się okazało, że polscy żołnierz, którzy są na misjach pokojowych w Iraku i Afganistanie, cierpią na straszliwy syndrom Nanghar Khel. Chodzi o to, że boją się strzelać do nieprzyjaciół rodzaju ludzkiego, ponieważ nie wiedzą czy nie dosięgnie za to surowa ręka sprawiedliwości ludowej. W praktyce okazuje się to być znacznie bardziej niebezpieczne niż wróg, który tam strzela, a Pan Bóg kule nosi - wrogowi też. Jak wiadomo misji pokojowa w Iraku polega na tym, że zaprowadzamy tam demokrację. Jak wiadomo - z naszej demokracji wszyscy są zadowoleni, więc jak przeniesiemy tam nasze wzory, to nie będą się posiadać z radości. Co prawda Irakijczycy opierają się, jak mogą, rękami i nogami, ale - z demokracją nie ma żartów, choćbyśmy wszystkich mieli pozabijać, to po prostu demokrację wprowadzimy, wystarczy popatrzeć na pana ministra Sikorskiego, jakie groźne robi miny, widać tę determinację. W Afganistanie jest zupełnie inna sprawa - też wprowadzamy demokrację, ale tak naprawdę musimy wiedzieć, o co walczymy i za co zginiemy: chodzi o to, by uprawą maku i wyrobem, a następnie eksportem opium i heroiny zajmowały się siły demokratyczne, nie zaś niedemokratyczni Talibowie, ponieważ obecny rząd afgański jest »naszą duszeńką« i nadzieją demokracji, mianowany przez prezydenta Busha spomiędzy agentów CIA. Afganistan innego źródła dochodów nie ma" - Stanisław Michalkiewicz, wyśmienity publicysta pism prawicowych i stały współpracownik naszej witryny ASME, komentuje najnowsze wydarzenia na scenach międzynarodowego i krajowego teatrów politykierskich.

    Straszliwy syndrom Nanghar Khel może zagrozić działaniom naszych żołnierzy i nie ma widać innej rady,jak wysłać batalion ochroniarzy do ochrony naszego wojska. Trochę będzie to kosztowało, ale przecież nie ma innego wyjścia , jeśli chcemy się czuć bezpiecznie. Wojsko w służbie bezpieczeństwa - oto hasło na dzisiaj! - postuluje Stanisław Michalkiewcz. Zbliżają się inne kłopoty: oto z okazji święta naszych okupantów, które jest przedzielone tylko jednym dniem od święta 3 Maja, pan minister Obrony Klich wystąpił o awans 17 kandydatów na generałów. Pan prezydent zapoznał się z tymi wnioskami i zaakceptował tylko trzy kandydatury. Nie wiemy, jakimi przesłankami kierował się pan prezydent, ale być może chodziło o kwestię odwagi: czy pojechałby taki generał do Afganistanu, walczyć przeciw "psom" i duchom", czy nie?
    Zbliża się rocznica anszlusu Polski przez Unię Europejską - rocznica jest jak najbardziej żywa, widać, że nie przecięliśmy pępowiny łączącej nas z PRL-em. Z tej okazji należy pamiętać, że dzień 1 maja został ustanowiony świętem przez "nazistów" na ich części okupacji Rzeczypospolitej. Zbieżność dat tych świąt jest miarą dysonansu poznawczego, jaki przeżywamy - zauważa Stanisław Michalkiewicz. Pan prezydent zapowiedział likwidację tego dysonansu, ale jednocześnie - na czerwiec - ratyfikację Traktatu Reformującego. A w Irlandii liczba przeciwników prawie zrównała się z liczbą zwolenników Traktatu Lizbońskiego...

    Nagranie trwa ponad 9 minut, jest dostępne w Sieci do 12 V 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania o dobrej jakości.




    Żyjemy w nieprawdopodobnym wyzysku podatkowym - wykład I prezesa Unii Polityki Realnej Janusza Korwin-Mikkego o podatkach w Wyższej Szkole Puławskiej Wysłane wtorek, 29, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Żyjemy w nieprawdopodobnym wyzysku podatkowym - wykład I prezesa Unii Polityki Realnej Janusza Korwin-Mikkego o podatkach w Wyższej Szkole Puławskiej Wysłane wtorek, 29, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Różne są funkcje podatków. Jedna mówi, że są po to, by zaspokoić potrzeby Państwa. A przez Państwo rozumiem aparat ucisku, jak mówił to Karol Marx. Natomiast druga funkcja to funkcja redystrybucyjna. Czyli - zabiera się Kowalskiemu, a daje Iksińskiemu. Tę funkcję uprawiał jeden facet, nazywał się Janosik, który według legend zabierał bogatym, a dawał biednym i nie ma żadnej różnicy między towarzyszem Janosikiem a dzisiejszym państwem, które robi to samo. Janosik został powieszony za »ziobro« na Liptowskim i z Państwem należy zrobić to samo" - zaczął swój wykład o podatkach w Wyższej Szkole Puławskiej I prezes Unii Polityki Realnej Janusz Korwin-Mikke.

    "Zabieranie jednemu człowiekowi pod przymusem i dawanie drugiemu jest bandytyzmem. To właśnie uprawiają dzisiejsze państwa, nazywając to podatkiem dochodowym. Podatek jest tylko wtedy usprawiedliwiony, kiedy służy zaspokajaniu wspólnych potrzeb. Natomiast zabranie Kowalskiemu, by dać Wiśniewskiemu NIE JEST WSPÓLNĄ POTRZEBĄ!" - zaakcentował JKM.
    "Żyjemy w okresie niesłychanego ucisku podatkowego" - stwierdził Janusz Korwin-Mikke, po czym zaczął na tablicy auli rozrysowywać stan podatków na przestrzeni historycznej...
    Spotkanie przygotowała Sekcja Młodzieżowa Okręgu Lubelskiego UPR i po raz pierwszy - w naszym filmie - można zapoznać się z nowym prezesem lubelskich struktur UPR.

    Nagranie trwa ponad 42 minuty, jest dostępne w Sieci do 12 V 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania (prawie 2 godz.) o dobrej jakości.

    Nagranie sukcesywnie będzie dostępne w kanale ASME na witrynie YouTube - obecnie jest tam 10-minutowa część I.




    Niezłomni obrońcy praw obywatelskich - prof. Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 25, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    My, Polacy, doskonale rozumiemy co znaczy ludzka solidarność, jak ważne jest poczucie wspólnoty losu i gotowość niesienia bezinteresownej pomocy tym, którzy są w potrzebie, którzy są prześladowani, których ludzkie i obywatelskie prawa są naruszane i gwałcone. Ja sam, osobiście, doświadczyłem w swoim życiu nie mało wzruszających przykładów takich postaw. Kiedy srogi reżim Jaruzelskiego wysłał mnie, wbrew mojej woli, na wypoczynek w, sympatycznym skądinąd, opolskim mieście Nysa, wielu moich kolegów - fizyków, z całego niemal świata, pisało listy do Generała, w których domagali się mego uwolnienia. Interweniowały zarówno całe towarzystwa fizyczne, jak i pojedynczy ludzie. W czasie stanu wojennego pod niemal każdą parafią stawały potężne tiry z darami z całej Europy, a oprócz tego nieoczekiwana pomoc trafiała wprost do naszych domów. Docierały paczki zarówno od znanych, jak i najzupełniej obcych. Pamiętam wzruszenie, jakie mnie ogarnęło, kiedy przyszła paczka od jednego z profesorów fizyki na Uniwersytecie w Lipsku! Niemniej wzruszające były dowody solidarności i pomocy od ludzi najzupełniej nieznanych. Lista tych przeżyć i doświadczeń byłaby naprawdę bardzo długa.

    Od 19 lat mamy nowe państwo polskie i to państwo czyni wrażenie, jakby się naprawdę poczuwało, w imieniu tysięcy Polaków, do jakiegoś poczucia wdzięczności za to wszystko i biegnie z pomocą i solidarnością we wszystkie kierunki świata. Nasi niezawodni dziennikarze i ministranci służby publicznej nie przeoczą naruszenia praw człowieka, gdziekolwiek by nie miały miejsca, od razu podnoszą alarm, a w ślad za tymi alarmami wyrusza natychmiast pomoc i ofiarność Rzeczypospolitej. Nasi żołnierze, jak za dawnych czasów, giną za wolność Afganistanu, Iraku, Bośni, Libanu itd., itp. Reprezentanci wszystkich opcji politycznych natychmiast wyruszyli na kijowski Majdan, aby tam stanąć po słusznej stronie Ukraińców walczących o prawa człowieka. Polska finansuje Radio Wolna Białoruś, a nasi politycy, nie zważając na szykany i przeciwdziałania reżimu, nieubłaganie wspierają walkę białoruskich demokratów. Polska była pierwsza w uznaniu niepodległości Kosowa, nie podobna zapomnieć o Czeczenii, a teraz znowu jesteśmy na czele walki o niepodległy Tybet. Itd., itp.
    Jest w Polsce Stowarzyszenie Wolnego Słowa, a w nim zrzeszyła się liczna grupa znanych dziennikarzy i ludzi pióra. Może to trochę dziwne, że w kraju, w którym wolność słowa jest powszechnie przestrzegana, zakłada się takie stowarzyszenia, ale... strzeżonego Pan Bóg strzeże! Na czele tego Stowarzyszenia stoi Mirosław Chojecki, legendarny bohater walk o wolne słowo, twórca niezapomnianej „NOWej”, a potem organizator solidarnościowej emigracji i paryskiego „Kontaktu”. Z tego okresu mamy między sobą nie załatwione porachunki i to jest, być może, powód, dla którego Prezes tej poważnej instytucji zaszczyca mnie, od czasu do czasu, jakąś obywatelską korespondencją. Ostatnio dotarło do mnie jego wystąpienie do Prezydenta Wrocławia z propozycją zorganizowania w moim mieście wielkich, międzynarodowych obchodów 60. rocznicy uchwalenia Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. W tym liście pisze Chojecki:

    "Wydaje się nam, że obchody 60. rocznicy uchwalenia Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka winny ogniskować się na tych regionach gdzie Prawa Człowieka są gwałcone. Mamy na myśli kraje afrykańskie, kraje środkowej Azji (np. Azerbejdżan, Kazachstan, Turkmenistan, Uzbekistan) i wschodniej Azji (Birma, Korea Północna, Wietnam), Kubę, Białoruś.
    Zdajemy sobie sprawę, że władzom RP mogłoby być niewygodne organizowanie takich obchodów, których celem jest wskazywania na łamanie praw człowieka w krajach, z którymi RP chce utrzymywać poprawne stosunki gospodarcze i polityczne. Dlatego, wykorzystanie do tego celu organizacji pozarządowe wydaje się jak najbardziej wskazane.".

    Na ten sympatyczny apel o międzyludzką i międzynarodową solidarność pozwoliłem sobie odpisać:

    "Drogi Mirku,

    dziękuję Ci za podzielenie się ze mną Twoją inicjatywą. Uważam, że jest to znakomity pomysł i Wrocław jest znakomitym miejscem na zorganizowanie takiej konferencji.

    Jest jednak rzeczą ważną, żeby konferencja taka poruszała nie tylko problemy krajów, które wymieniasz, ale żeby w jej programie, na właściwym miejscu, znalazło się i omówienie sytuacji praw człowieka i obywatela w Polsce. Nie sądzę, żeby było dla Ciebie tajemnicą, że związany jestem z Ruchem Obywatelskim na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Ruch ten od lat podnosi sprawę naruszenia praw obywatelskich w Polsce, w szczególności poprzez ordynację wyborczą do Sejmu, która odbiera nam nasze bierne prawo wyborcze i gwałci fundamentalną zasadę demokracji, jaką jest równość obywateli wobec prawa, w szczególności wobec tego najważniejszego prawa ustrojowego, jakim jest ordynacja wyborcza do Izby Ustawodawczej. Ma to ogromne i opłakane konsekwencje dla rozwoju państwa i społeczeństwa polskiego. W tej sprawie Ruch nasz, na konferencji samorządowej wójtów, burmistrzów i prezydentów miast - Patronów Honorowych Ruchu (patronami Ruchu jest około 300 wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, łącznie z Prezydentem Wrocławia; zob. http://jow.pl/?q=node/13), jaka odbyła się w Łochowie w dniach 21-23 września 2007, skierował w tej sprawie wniosek do Rzecznika Praw Obywatelskich (z tekstem wniosku możesz się zapoznać np. pod adresem http://jow.pl/?q=node/116, ale i w wielu innych miejscach), w którym oczekuje jego interwencji w tej sprawie. Jak na razie RPO nie znalazł czasu, aby na nasz wniosek odpowiedzieć, ale to może być tylko dodatkowy powód do podjęcia tematu na proponowanej przez Ciebie konferencji.
    Jest długa lista naruszeń praw obywatelskich w Polsce. Przypomnę chociażby bulwersującą sprawę zebrania przez obywateli ponad 750 tysięcy podpisów pod wnioskiem o referendum "4 razy TAK", gdzie, między innymi, znalazł się postulat JOW.
    Nie będę w mojej odpowiedzi tej listy wydłużał - uważam, że tyle wystarczy. W każdym razie, gdyby konferencja, jaką masz zamiar zorganizować tu, lub gdzie indziej, tymi sprawami się miała nie zająć, to byłoby właściwą rzeczą przypomnieć słynną fraszkę "Na matematyka", jaką wieki temu złożył książę polskich poetów, przypadkowo o tym samym nazwisku co obecny Rzecznik Praw Obywatelskich.

    Z wszystkimi najlepszymi życzeniami świątecznymi i noworocznymi,

    Jurek".

    Ponieważ ani Mirosław Chojecki, ani Prezydent Wrocławia nie znaleźli czasu, aby na mój list odpowiedzieć, więc przypomnienie tej fraszki wydaje mi się na czasie:

    NA MATEMATYKA

    Ziemię pomierzył i głębokie morze,
    Wie jako wstają i zachodzą zorze,
    Wiatrom rozumie, praktykuje komu,
    A sam nie widzi, że ma kurwę w domu.


  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Od kilkunastu lat jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.

    Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.


    Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

    W sprawach wartości wyrządzonych szkód powinien decydować sąd, nie zaś biurokratyczna decyzja - Dariusz Wieczorek, prezes Okręgu Mazowieckiego UPR, o przypadku rolnika spod Jeleniej Góry Wysłane czwartek, 24, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    W sprawach wartości wyrządzonych szkód powinien decydować sąd, nie zaś biurokratyczna decyzja - Dariusz Wieczorek, prezes Okręgu Mazowieckiego UPR, o przypadku rolnika spod Jeleniej Góry Wysłane czwartek, 24, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "W ubiegłym tygodniu przeczytałem o przypadku pewnego rolnika spod Jeleniej Góry, który »samowolnie« wyciął 60 drzew na swojej działce, w wyniku czego została na niego nałożona kara w wysokości półtora miliona złotych. Załamany rolnik twierdzi, że popełni samobójstwo, jeżeli urząd nie anuluje tej kary. Co jednak zrobić, kiedy sąsiad chce na przykład wybudować na swojej działce spalarnię śmieci? - zastanawia się Dariusz Wieczorek, prezes Okręgu Mazowieckiego UPR.

    Zwolennicy etatyzmu twierdzą, że musi istnieć urzędnicza kontrola nad inwestycjami i w takich sytuacjach zawodzi mechanizm rynkowy. Nie zgadzam się z taką opinią - mówi Dariusz Wieczorek. W państwie prawa, do którego dążymy albo ponoć je mamy - w kodeksie cywilnym są zapisy o zobowiązaniu do naprawienia wyrządzonej szkody. Jeśli np. okoliczne działki straciły by jakąś część wartości - ich właściciele mogą domagać się odszkodowania. Urzędem, który regulowałby takie sprawy, jest sąd. Zaś wracając do sprawy wzmiankowanego rolnika - administracyjna kara jest wymierzona w absurdalnej wysokości, w normalnym państwie wyznaczeniem wysokości mandatu zająłby się niezawisły sąd, który biorąc lokalne uwarunkowania i straty np. ekologiczne - podjąłby bardziej wyważoną decyzję...

    Nagranie trwa ponad 3 minuty, jest dostępne w Sieci do 6 V 2008 r. W Klubie TV ASME - wersja nagrania o doskonałej jakości.




    Pan prezydent ma być zdrowy i chętny do nadstawiania własnej piersi w Tbilisi, tow. poseł Kalisz się kaja, minister Sikorski się redukuje zagranicznie, poseł Gowin przestaje być "naszą duszeńką", a redaktorzyna Olejnikówna wyznaje swój zawód w miłości - Stanisław Michalkiewicz o najważniejszych politycznych dziwach z mijającego tygodnia Wysłane czwartek, 24, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Pan prezydent ma być zdrowy i chętny do nadstawiania własnej piersi w Tbilisi, tow. poseł Kalisz się kaja, minister Sikorski się redukuje zagranicznie, poseł Gowin przestaje być "naszą duszeńką", a redaktorzyna Olejnikówna wyznaje swój zawód w miłości - Stanisław Michalkiewicz o najważniejszych politycznych dziwach z mijającego tygodnia Wysłane czwartek, 24, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "Wszystko wskazuje na to, że lada dzień nasza ciekawość, a raczej - ciekawość pana posła Palikota po d względem chorób trapiących pana prezydenta zostanie zaspokojona. Minister Kamiński zapowiedział ogłoszenie stosownego komunikatu, w związku z tych w kierowniczych kołach Państwa zapanowało poruszenie, ponieważ wszyscy zdają sobie sprawę, że na panu prezydencie się nie zakończy, że wszyscy będą musieli zdać sprawę jeśli już nie ze swego majątku, to przynajmniej zdrowia. Przy okazji mogą wyjść jakieś niespodzianki: jakiś minister może okazać się od czegoś uzależniony albo że jest chory na umyśle. Mam nadzieję, że również w rewanżu pan poseł Palikot ujawni nie tylko stan swojego prawdziwego majątku, ale także i może również stan swojego zdrowia psychicznego. Może to nie jest taktowne, ale ostatnie posunięcia pana prezydenta jakby uzasadniały zaciekawienie pana posła Palikota. Mam na myśli wysłanie misji specjalnej do Gruzji" - Stanisław Michalkiewcz, jeden z najwybitniejszych publicystów prawicowych i stały współpracownik naszej witryny ASME, komentuje najnowsze wydarzenia z międzynarodowej i polskiej polityki.

    Pomiędzy Gruzją a Rosją panuje stan napięcia, wywołany zestrzeleniem gruzińskiego UAV-u przez samolot rosyjski. Nam chodzi jednak o cele polityczne, jakie przyświecały wysłaniu przez pana prezydenta, podobno nawet bez konsultacji z panem ministrem zagranicznym Sikorskim - mówi Stanisław Michalkiewicz. W okresie przedwojennym w Polsce była popularna idea prometejska, polegająca na "ekscytowaniu" południowokaukaskich narodów, by robić dywersję Rosji, ale okazało się, że Rzeczypospolita był za słaba na takie zabawy międzynarodowe, więc program umarł śmiercią naturalną - przypomina Stanisław Michalkiewicz. Potem program został paradoksalnie wskrzeszony przez Niemców, konkretnie Alfreda Rosenberga, ale natychmiast natrafił na sprzeciw, konkretnie gaulaiteraPrus Wschodnich, później komisarza "Zjednoczonej Europy" na Ukrainie Eryka Kocha, który o żadnym prometeizmie nie chciał słyszeć - po prostu chciał zagnać Słowian do roboty. Teraz jest po raz trzeci wskrzeszany przez pana prezydenta Busha i polega chyba na tym, żeby panowie prezydenci Kaczyński i litewski Waldemar Adamkus stanowili żywe tarcze w Gruzji. Ponieważ jak wiemy, pan prezydent Bush sam prochu w swym życiu nie powąchał - najlepiej byłoby, gdyby sam pojechał do Gruzji i się wystawił jako żywa obrona gruzińskich i amerykańskich interesów.
    Kolejną sprawą jest zapowiedziana przez ministra zagranicznego pana Sikorskiego redukcja stanu liczbowego polskich ambasad na świecie. Zgadzam się z panem ministrem! - mówi Stanisław Michalkiewicz. Przecież teraz, kiedy następuje anszlus Polski przez UE, właściwie ambasady RP nie są już potrzebne - wszystko za nas i za pana ministra Sikorskiego załatwi minister spraw zagranicznych UE, któremu będzie doradzała oczywiście "drogi Bronisław", mający lepsze notowania na unijnych salonach niż pan Sikorski, pomimo swej żony. Unijne gestapo będzie z pewnością lepiej wiedziało, gdzie i jakie polskie interesy mają być reprezentowane...
    Nieoczekiwany finał znalazła "wojna na górze". Oto pan poseł Kalisz spotkał się z rodziną zamordowanego Krzysztofa Olewnika. Stanisław Michalkiewicz uważa, że wykonawcy zbrodni na panu Krzysztofie po prostu byli albo współpracownikami, albo może wręcz - agentami którejś z razwiedek założonych w Polsce, może CBŚ, może ABW - i dlatego policjanci, którzy się z nimi spotykali, natychmiast "zaczynali współpracować", stąd owe nagłośnione w tej sprawie "dziwne" zachowania funkcjonariuszy policji...
    A tymczasem pan poseł PO Jarosław Gowin najwyraźniej przestaje być "naszą duszeńką" po tym, jak nieopatrznie nie dość entuzjastycznie wypowiedział się na temat zapłodnienia "in vitro" w programie z panią redaktor Moniką Olejnik. Co ciekawe - w tym samym programie okazało się, że wśród "naszych salonowych dam" ta metoda zapładniania staje się już wyznacznikową modą. Pewnie dzieje się tak, bo jak uważa Stanisław Michalkiewicz, kiedy tacy mężczyźni jak np. Wojciech Cejrowski rezygnują z polskiego obywatelstwa i wyjeżdżają z Polski, pozostaną w niej osobnicy pokroju Roberta Biedronia, przywódcy polskich sodomitów. W takim przypadku nie pozostanie już nic innego niż ulegnięcie takiemu desperackiemu snobizmowi w zapładnianiu się - jak właśnie metoda "in vitro", o której to redaktorzyna Olejnikówna wypowiedziała się, że "niczym przecież nie różni się od naturalnej". Stanisław Michalkiewicz bardzo współczuje więc pani Olejnikównie tak wielkiego zawodu w miłości...

    Nagranie trwa ponad 13 minut, jest dostępne w Sieci do 6 V 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania o doskonałej jakości.




    Przykład Nowej Zelandii wskazuje, że pozbawiony nadzoru i dopłat rolnik daje sobie doskonale radę - Tomasz Dalecki, wiceprezes Okręgu Mazowieckiego UPR, o konsekwencjach Wspólnej Polityki Rolnej UE Wysłane czwartek, 24, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    | Pobierz |








    Przykład Nowej Zelandii wskazuje, że pozbawiony nadzoru i dopłat rolnik daje sobie doskonale radę - Tomasz Dalecki, wiceprezes Okręgu Mazowieckiego UPR, o konsekwencjach Wspólnej Polityki Rolnej UE Wysłane czwartek, 24, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    "W ostatnim czasie szczególnie modnym tematem jest niedobór żywności na świecie. Piszą o tym gazety o międzynarodowym zasięgu, mówi o tym m.in. ostatni raport Światowej Organizacji ds. Wyżywienia i Rolnictwa, czyli FAO. Od dwóch lat światowa produkcja żywności jest mniejsza niż jej spożycie. W ciągu ostatniego roku okresie ceny żywności wzrosły o około 40 procent. Uderza to w konsumentów, zwłaszcza w krajach ubogich. Tymczasem międzynarodowy rynek żywności jest jednym z najbardziej »uregulowanych« rynków na świecie. W Unii Europejskiej funkcjonuje Wspólna Polityka Rolna, której przepisy nakazują rolnikowi, co i w jakich ilościach ma produkować czy hodować. Przepisy unijne ograniczają możliwość stosowania żywności genetycznie modyfikowanej, GMO. Tymczasem daje ona możliwość zwiększa plonów, jak też i zmniejszenia zużycia nawozów sztucznych czy środków ochrony roślin - jest jak najbardziej korzystna dla środowiska naturalnego" - Tomasz Dalecki, wiceprezes Okręgu Mazowieckiego UPR, komentuje absurdy biurokracji unijnej.

    UE stosuje dopłaty do eksportu żywności, unijny podatnik dotuje w ten sposób producentów w UE, pośrednio powodując zwiększenie widma klęski głodu w ubogich krajach, gdyż tamtejszym rolnikom przestaje się opłacać własna produkcja. Z drugiej strony - przykład rolnictwa nowozelandzkiego pokazuje, że rolnik pozbawiony biurokratycznego nadzoru i dopłat daje sobie świetnie radę na rynkach międzynarodowych. Przed kilkoma laty zniesiono w tym kraju wszelkie dopłaty do produkcji rolnej... - mówi Tomasz Dalecki.

    Nagranie trwa ponad 3 minuty, jest dostępne w Sieci do 6 V 2008 r. W Klubie TV ASME - wersja nagrania o doskonałej jakości.




    Gest Rejtana czy Kozakiewicza - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 23, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak

    Jak głoszą niektóre przekazy, Tadeusz Rejtan, poseł ziemi nowogródzkiej, aby nie dopuścić do zatwierdzenia przez sejm decyzji uznających I rozbiór Polski, miał najpierw schować laskę marszałkowską, a gdy ten fortel nie przeszkodził posłom w zawiązaniu konfederacji i powzięciu rozbiorowych uchwał - własnym ciałem zagrodził drzwi, by uniemożliwić posłom opuszczenie sali obrad. Jak wiadomo, na wiele się to nie zdało, a najgorsze i tak miało dopiero nadejść, jednakże wspomniane gesty stały się pewnym symbolem i zarazem znakiem ostatnich lat I Rzeczpospolitej.

    W ciągu ostatnich kilku tygodni mieliśmy i w Polsce kilka spektakularnych gestów, które także mogą stanowić powód do politycznej refleksji.
    Serię zapoczątkował p. Bogdan Czajkowski, który na początku marca demonstracyjnie nie przyjął od prezydenta wysokiego odznaczenia państwowego, co samego prezydenta jak i jego otoczenie wprawiło w niemałą konsternację. Wydawało się, że media zrobią z tego gestu wielką sensację i tak przez kilka godzin rzeczywiście było, dopóki nie okazało się, że głównym motywem p. Czajkowskiego była niezgoda na zachowanie naszych elit w sprawie ratyfikacji traktatu europejskiego. Jak tylko motyw zachowania opozycjonisty okazał się mało trendy, natychmiast dziennikarze stracili zapał do roztrząsania sprawy i zajęli się nieobecnością na marcowym jublu redaktora Michnika.
    Trudno powiedzieć czy kilkugodzinnej medialnej sławy zapragnął p. Czesław Kłosek, były górnik ranny podczas pacyfikacji kopalni w czasie stanu wojennego, w każdym razie jego argumentacja o przyczynach oddania orderu była dużo niższego kalibru, ale okazała się bardziej strawna dla postępowych mediów, gdyż p. Kłosek wystąpił nawet w tym samym programie telewizji TVN, w którym niedawno gościli panowie Fay i Moulton udający zgodne pożycie małżeńskie. Od razu też poderwał się pan poseł Kurski, który zdezawuował gest Kłoska stwierdzeniem, że były górnik jest członkiem PO, czyli w domyśle jego gest jest prowokacją polityczną zafundowaną prezydentowi przez wrogie mu ugrupowanie.
    Ledwo pan Kłosek opuścił gościnne studia telewizyjne, a już media podchwyciły sprawę rezygnacji Wojciecha Cejrowskiego z polskiego obywatelstwa, co redaktor Michalski z "Dziennika" ocenił jako przemianę komika w postać komiczną. Do sposobu prowadzenia argumentacji przez pana redaktora Cejrowskiego można mieć różne zastrzeżenia, ale nie zmienia to faktu, że każdy z powodów, które przytoczył chociażby w rozmowie z redaktorem Karnowskim, są naprawdę istotne, a w rzeczywistości wszystkie te powody są skutkiem ideologii, która jest podstawą kształtującego się totalitaryzmu demokratycznego.
    Polskę opuszcza również Sławomir Mrożek i także z tej okazji wywiad z pisarzem zamieścił "Dziennik". Z wywiadu tego nie wynika żaden konkretny powód wyjazdu pisarza oprócz tego, że chce się "odsunąć od spraw publicznych". Ale gazeta obok wywiadu wydrukowała trzy razy obszerniejszy komentarz, z którego ma wynikać, że Mrożek był "zniesmaczony kołtuństwem, które towarzyszyło rządom PiS". Nie bardzo tylko wiadomo i nikt tego nie wyjaśnił, dlaczego Mrożek nadal wyjeżdża, skoro od pół roku żyjemy pod "rządami miłości", a PiS jest coraz słabszą opozycją, targaną głównie wewnętrznymi konfliktami.
    Bo skoro według autora "Tanga" nic się w Polsce nie zmieniło od 1963 r., czyli od czasu kiedy wyjechał za granicę, to również cała III RP była tym samym, co kraj za rządów tow. Wiesława. A taka diagnoza wskazuje jednak na coś więcej niż na zniesmaczenie kołtuństwem rządów PiS-u.
    Przedstawione gesty i decyzje nie będą pewnie bardziej skuteczne niż schowanie laski marszałka Ponińskiego przez Rejtana, ale nie można udawać, że są też wynikiem przypadkowych zbiegów okoliczności, bo już wiemy, że nie ma przypadków - a są tylko znaki.

    Krzysztof Mazur

    Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME