Zawsze byliśmy partią nieukrywającą swojego przywiązania do idei socjaldemokratycznych - Jacek Kurski o swoim ugrupowaniu PiS i losach koalicji rządowej - reemisja materiału Wysłane poniedziałek, 7, listopada 2011 przez Krzysztof Pawlak
Męczeństwo Niewinnych Młodzianków z PiS jest niczym w porównaniu do męczeństwa ludu greckiego, płk. Kaddafiego, prezydenta Mubaraka oraz żydów głodzonych przez "unijnych antysemitów"! - Stanisław Michalkiewicz o najnowszych wydarzeniach na scenach teatrów politycznych Wysłane sobota, 5, listopada 2011 przez Krzysztof Pawlak
Inne nagrania TV ASME ze Stanisławem Michalkiewiczem:
"Proszę Państwa - powyborcze dintojry w partiach przeszły już swoje apogeum, za wyjątkiem Prawa i Sprawiedliwości, gdzie dzisiaj (w piątek - przyp. ASME) jest Dzień Męczeństwa Zbigniewa Ziobry i Kolegów. Przejdzie to zapewne do annałów Żywej Cerkwi jako Dzień Niewinnych Młodzianków. Prawdopodobnie zostanie uruchomiona procedura »wyciskania« Zbigniewa Ziobry, Tadeusza Cymańskiego i Jacka Kurskiego z PiS. Ciekawe czy dojdą do nich »solidarnie« pp. Mularczyk, Kempa i inni. W takich partiach jak PiS czy Platforma Obywatelska nie może być dwóch »najtwardszych jąder«, bo co by to było, gdyby »prawica« jednoczyła się wokół »dwóch najtwardszych jąder«? Budziłoby to nieprzyjemne skojarzenia, jak kiedyś z prezydentem Wałęsą, który wspierał raz »lewą nogę«, raz - »prawą nogę«, a w końcu został pomiędzy nogami... Zobaczymy, czy będzie kolejny etap »łączenia prawicy przez podziały«, co może doprowadzić do powstania czegoś w rodzaju AW»S«-bis?" - Stanisław Michalkiewicz, znakomity analityk polskiej sceny teatru politycznego, omawia ostatnie wydarzenia głównej sztuki oraz pobocznych wątków.
Drugim "męczennikiem", którego sprawę będzie się wykorzystywało w przyszłości do różnych eksperymentów - jest ksiądz Boniecki. Został on "przywrócony do pionu", jego przełożony z zakonu marianów nałożył nań surdynę, zmuszając Go do milczenia w mediach. Wywołało to straszną burzę w szklance wody. Pewnie stanie się pierwszym męczennikiem Żywej Cerkwi w Polsce, bo niewątpliwie "bunt" księdza Bonieckiego jest wykorzystywany do powstania jej w naszym nieszczęśliwym kraju. Kolejnym męczennikiem - tym razem zbiorowym, stanie się lud grecki, któremu minister finansowy odmówił prawa do wypowiedzenia się w referendum, czy chce przyjąć "pakiet pomocowy" Unii Europejskiej, czy nie. Widać od razu, że w starciu demokracji z plutokracją ta pierwsza podaje tyły i wiadomo, kto rządzi. Jak nasza "złota pani Aniela" wraz z jej francuskim kolaborantem oferują pomoc - to trzeba brać i nie kwitować, i już! Żadnego tam wiecowania nad tym nie urządzać! Nasza "złota pani Adolf...", przepraszam - "złota pani Aniela" jest przywiązana do projektu pokojowego utworzenia IV Rzeszy i cała Unia Europejska będzie musiała złożyć się na "dokapitalizowanie banków" w wysokości 100 miliardów euro, więc maszyny drukarskie i komputery zostaną puszczone w ruch. Wszyscy podatnicy UE złożą się więc na te "dokapitalizowanie banków" poprzez zwiększoną inflację waluty - przewiduje (zazwyczaj bardzo trafnie) publicysta. Owe "męczeństwa" przesłoniły nawet święto Wszystkich Świętych, nawet "szczęśliwie zdarzona katastrofa na Okęciu" wypełniła usilne zapotrzebowanie na sukces naszych Umiłowanych Przywódców... Wszystkie te wydarzenia zepchnęły w cień wydarzenie, które w innych okolicznościach stanowiłoby niezwykłe potwierdzenie stołeczności Warszawy w związku z polską "prezydencją" w Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli UE - mianowicie zjazd europejskich rabinów! Przyjął ich w swym pałacu nawet sam Prezydent RP Bronisław Komorowski, przyprowadził ich do niego "znany z postawy służebnej" obywatel Mazowiecki Tadeusz, a rabini mieli do p. Prezydenta tylko jeden interes: żeby - korzystając "polskiej prezydencji" - załatwił w UE sprawę tzw. szachidy, czyli uboju rytualnego zwierząt. W UE jest bardzo poważna ponoć możliwość, że "unijni antysemici" chcą wziąć głodem tutejszo-tamtejszych żydów. Jeśli się to prezydentowi Komorowskiemu uda - zdaje się, że będzie to jedynym sukcesem "polskiej prezydencji", ale nie narzekajmy - kryzys jest w końcu, dobra psu i mucha! - uśmiecha się Stanisław Michalkiewicz.
Nagranie trwa 12 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja w najlepszej jakości.
Męczeństwo Niewinnych Młodzianków z PiS jest niczym w porównaniu do męczeństwa ludu greckiego, płk. Kaddafiego, prezydenta Mubaraka oraz żydów głodzonych przez "unijnych antysemitów"! - Stanisław Michalkiewicz o najnowszych wydarzeniach na scenach teatrów politycznych Wysłane sobota, 5, listopada 2011 przez Krzysztof Pawlak
"Bestie" - o książce Tadeusza M. Płużańskiego dyskutują reżyser Jerzy Zalewski oraz Autor, a akompaniuje Paweł Piekarczyk... Wysłane poniedziałek, 31, października 2011 przez Krzysztof Pawlak
18 października 2011 rozpoczęła się promocja książki "BESTIE. Reporterskie śledztwo o ludziach, którzy w czasach komunizmu mordowali polskich patriotów, za co nigdy nie zostali ukarani", pisana przez 11 lat pracy dziennikarskiej Tadeusza M. Płużańskiego, syna skazanego w stalinowskim procesie "odpryskowym" rotmistrza Witolda Pileckiego - Tadeusza F. Płużańskiego, kuriera generała Władysława Andersa do okupowanej przez sowieckie wojska Polski.
Reżyser "śledczy" Jerzy Zalewski "przesłuchuje" Tadeusza M. Płużańskiego, PT Autora , badając, jakie motywy nim kierowały, gdy zdecydował się pisać i tak wytrwale czynił to przez wiele lat, ujawniając fakty o oprawcach z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, UB i IW mordujących w czasach stalinizmu Polaków za to, że ci po prostu domagali się wolności dla Polski i samych siebie oraz walczyli w obronie jej suwerenności i niepodległości.
Zapraszamy do zapoznania się z częścią zapisu TV ASME z tego wydarzenia.
Nagranie trwa ponad 6 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja w najlepszej jakości.
O "Bestiach" Tadeusza M. Płużańskiego... - przesłuchanie prowadzone przez Jerzego Zalewskiego Wysłane niedziela, 30, października 2011 przez Krzysztof Pawlak
I w gwiazdę ludów wierzę wśród zawiei - Przeciw nadziei! (Maria Konopnicka, 1887)
Czym jest inteligencja polska XXI wieku, kim są tworzący jej oficjalną czołówkę intelektualiści - to pytanie kołacze się nieustannie po głowach pogrobowców I i II Rzeczypospolitej. Czy wysiłek najeźdźców i okupantów, którzy za cel zasadniczy postawili sobie wyniszczenie i wykorzenienie tej warstwy społecznej, był tak skuteczny, że jeszcze dzisiaj, w 20 lat po tym, jak Armia Czerwona opuściła nasze terytorium, naród polski na próżno rozgląda się w poszukiwaniu sukcesorów tej warstwy społecznej, która tak chlubną rolę zapisała w odzyskaniu i budowaniu Niepodległej? Czy to możliwe, żeby z tej pięknej tradycji pozostało tylko to, co mamy dzisiaj: oddziały inteligenckich najemników, rozglądających się jedynie za dodatkowym zarobkiem, który by umożliwił im żyć na stopie, jaką uważają za godną ich aspiracji? Czyżby ogromny wzrost liczby studentów szkół wyższych produkować miał jedynie wielosettysięczne szeregi sfrustrowanych niedouczonych absolwentów, marzących jedynie o urządzeniu się gdzieś na Wyspach Brytyjskich, Ameryce, Kanadzie, Francji czy w innym kraju uchodzącym za odpowiedni do zrobienia finansowej kariery?
Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych od lat zwraca uwagę, na podstawową wadę ustrojową III RP, jaką jest korupcjogenna, naruszająca podstawowe prawa obywatelskie, powszechnie niezrozumiała i zniechęcająca do udziału w wyborach procedura wyborcza w wyborach do Izby Ustawodawczej. Uparcie przypominamy, że w tych wspomnianych, najważniejszych krajach tzw. Zachodu, parlamenty wybierane są zupełnie inaczej, że tam kandydować może każdy, że nie ma tych wszystkich komisji wyborczych, które potajemnie liczą głosy, że zasada wyboru jest równie prosta, jak proste jest publiczne liczenie głosów, a rezultatem tych wyborów są stabilne rządy, powstające na oczach wszystkich, bez partyjnych krętactw i przepychanek. Cała ta elementarna wiedza o wyborach w W. Brytanii czy USA została przed oczami polskich inteligentów starannie ukryta, a podręczniki politologii i innych nauk społecznych, przez dziesięciolecia karmiły studentów naszych uczelni kłamstwem i dezinformacją. I, niestety, nadal to robią, ponieważ ten błąd ustrojowy, który rujnuje nasze państwo i życie polityczne, jest wygodny dla ludzi, którzy prawem kaduka przypisali sobie prawo decydowania i rozstrzygania o wszystkich sprawach ustrojowych, w tym przede wszystkim o zasadach, na jakich obywatele mają ich dopuszczać do sprawowania urzędów publicznych. I nie przeszkadza nic, że kolejne sondaże opinii publicznej pokazują, że większość Polaków nie życzy sobie takiego systemu wyborów, że chętnie widzieli by procedury, jakie od ponad 200 lat obowiązują gdzieś tam, na drugim końcu Europy i za Oceanem i nie przeszkadza nawet to, że zebrano prawie milion podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum w tej sprawie... Nie ma popularnych publicystów, nie ma dziennikarzy telewizyjnych i radiowych, nie ma wybitnych analityków politycznych, nie ma profesorów prawa konstytucyjnego, politologii i socjologii, którzy na ten błąd ustrojowy zwracali by uwagę, polska inteligencja od tej sprawy odwraca się tyłem lub bokiem, sugerując, że ma ważniejsze sprawy na głowie. Próby dotarcia do uznanych środowisk akademickich, do związków zawodowych, praktycznie do wszystkich organizacji politycznych i społecznych, jakie swoją pozycję zawdzięczają dobrym stosunkom z establishmentem politycznym, nie przynoszą pozytywnego rezultatu. To, co oficjalnie przejęło spuściznę po wielkim Ruchu "Solidarność", zapomniało, że "Solidarność" to był przede wszystkim ruch reformatorski, którego zasadniczym celem było przywrócenie podmiotowości obywatelowi, a nie wyszarpywanie kolejnych ochłapów z publicznej kasy.
W tym naszym wieloletnim pukaniu do inteligenckich polskich głów spotkała nas miła niespodzianka: 16 grudnia 2000 zostaliśmy zaproszeni na posiedzenie Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, który podjął uchwałę domagającą się wprowadzenia w Polsce JOW do Sejmu. Od tej pory, przez całe dziesięciolecie, lekarze polscy zrzeszeni w OZZL towarzyszą nam i wspierają przy wszystkich podejmowanych akcjach, uczestniczą w manifestacjach, konferencjach i zjazdach. 19 października 2011 zostałem zaproszony na uroczystość XX Lat OZZL. Przedstawiając historię Związku jego szef, dr Krzysztof Bukiel wielokrotnie podkreślał ich zaangażowanie w tę wielką sprawę ustrojową, przypominał o wspólnych akcjach, zapewniał, że lekarze są świadomi wagi sprawy i nie zamierzają się wycofać. Krzysztof Bukiel i Sekretarz Generalny Związku dr Ryszard Kijak przygotowali piękną, prawie tysiącstronicową kronikę OZZL pod tytułem "Dzieje i nadzieje Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy" z mottem "Kropla drąży skałę, nie przez swoją siłę, ale przez wytrwałość". W tej książce, opisującej dwie dekady ich walki nie zabrakło miejsca dla Ruchu JOW.
Siedząc na Sali i słuchając tych wszystkich budzących nadzieję wypowiedzi, szukałem odpowiedzi na pytanie: dlaczego lekarze? Dlaczego nie nauczyciele, nie prawnicy, nie historycy, nie politolodzy i socjolodzy? Komuna wypracowała stereotyp lekarza: przekupnego, pazernego łapówkarza, któremu nie powinno się ufać i którego należy kontrolować na każdym kroku. Do umocnienia tego stereotypu przyczynili się politycy III RP. "Pokaż lekarzu, co masz w garażu!" - wykrzykiwał z trybuny sejmowej marszałek Sejmu, a do szpitali i gabinetów lekarskich wkraczali chłopcy w kominiarkach, demonstrując, w świetle telewizyjnych kamer, jak bardzo nieprzekupna jest władza, jak bardzo zdemoralizowane środowisko lekarskie. Jakich więc przywilejów i intrat poszukiwać mogą tysiące lekarzy w OZZL, angażując się w sprawę, która do dzisiaj pozostaje tabu i przed którą zamknięte są wszelkie salony, nie tylko polityczne, ale telewizyjne i dziennikarskie?
Krzysztof Bukiel i Ryszard Kijak, kiedy zadaję im to pytanie, uśmiechają się tylko nieśmiało i dają do zrozumienia, że pytanie jest głupie, że sprawa jest oczywista i nie ma o czym mówić. I słuchając ich, przypomina mi się inna uroczystość, w której miałem zaszczyt uczestniczyć kilka miesięcy temu na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie. Zamordowano tam, strzałem w tył głowy, 40 profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza i Politechniki Lwowskiej. Wśród nich, dziwnym i trudnym do zrozumienia trafem, 14 nazwisk, a więc 35%, to profesorowie medycyny: Antoni Cieszyński, chirurg, Władysław Dobrzaniecki, chirurg, Jan Greg, internista (zamordowany razem z żoną), Jerzy Grzędzielski, okulista, Edward Hamerski, prof. weterynarii, Henryk Hilarowicz, chirurg, Witold Nowicki, anatomopatolog i jego syn, także lekarz, Jerzy Nowicki, Tadeusz Ostrowski, chirurg (zamordowany razem z żoną), Stanisław Progulski, pediatra (zamordowany razem z synem), Roman Rencki, internista, Stanisław Ruff, chirurg (zamordowany razem z żoną i synem), Włodzimierz Sieradzki, profesor medycyny sądowej, Adam Sołowij, ginekolog (zamordowany razem z wnukiem), Tadeusz Boy-Żeleński, lekarz, poeta, tłumacz i pisarz. Prawie przy każdym z tych nazwisk znajdziemy adnotację: obrońca Lwowa 1918. A na środku Cmentarza Orląt znajdujemy grób generała profesora Ludwika Rydygiera, chirurga sławy światowej, organizatora i dowódcy służby medycznej obrony Lwowa.
Czyżby, jakimś tajemniczym i cudownym zrządzeniem losu, ten gen patriotyczny i obywatelski - tępiony i wykorzeniany przez 70 lat - przetrwał właśnie w środowisku lekarzy? A jeśli tak, to może, któregoś dnia, obudzi się i odżyje w innych środowiskach: nauczycieli, profesorów, pisarzy i publicystów, prawników i historyków? Contra spem spero.
Sympatycy i Przyjaciele Ruchu Patriotycznego w Mielcu zapraszają na spotkanie z Tadeuszem M. Płużańskim, autorem książki
"Bestie. Nieukarani mordercy Polaków. Reporterskie śledztwo o ludziach, którzy w czasach komunizmu mordowali polskich patriotów, za co nigdy nie zostali ukarani"
Spotkanie odbędzie się 30 października (niedziela), o godz. 16.00, w Szkole Muzycznej w Mielcu, ul. Kościuszki 10, sala królewska.
JOW uleczy, JOW oświeci, JOW wymiecie z Polski śmieci! - VI Marsz JOW na Warszawę Wysłane środa, 26, października 2011 przez Krzysztof Pawlak
6 października 2011 r. głównymi ulicami Warszawy przemaszerowali uczestnicy VI Marszu JOW na Warszawę, zanosząc apel do Prezydenta RP o przeprowadzenie referendum w sprawie wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu RP.
Zapraszamy Państwa do zapoznania się z relacją JOW TV z tego wydarzenia.
Nagranie trwa ponad 20 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja o doskonałej jakości.
Będę głosował za referendum w sprawie JOW! - prezes Kongresu Nowej Prawicy Janusz Korwin-Mikke podczas VI Marszu JOW na Warszawę Wysłane niedziela, 23, października 2011 przez Krzysztof Pawlak
Inne nagrania TV ASME z Januszem Korwin-Mikkem oraz Stanisławem Michalkiewiczem:
VI Marsz JOW na Warszawę odbył się 6 października 2011 r. Wzięło w nim udział kilkuset działaczy stowarzyszenia Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, którzy przemaszerowali z centralnego skrzyżowania w stolicy - Alej Jerozolimskich z ulicą Marszałkowską po plac Zamkowy. Marsz JOW został tam rozwiązany, aby uczestnicy mogli przenieść się do Centralnej Biblioteki Rolniczej, w której murach odbyła się konferencja Ruchu JOW wieńcząca tegoroczną manifestację zwolenników naprawy jakości życia politycznego Polaków oraz samostanowienia społeczeństwa polskiego o należnych mu prawach wyborczych, które do tej pory są zawłaszczone przez liderów ugrupowań partyjnych.
"Tu zbierają się zwolennicy Obywatelskiego Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Celem naszego spotkania i naszego marszu jest wręczenie prezydentowi Rzeczypospolitej żądania o przeprowadzenie referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych. Dlaczego my od Niego tego żądamy? Bo pan Prezydent na swojej stronie internetowej ogłasza, że zawsze był i zawsze jest zwolennikiem jednomandatowych okręgów wyborczych! Z jakiegoś powodu nie może ich wprowadzić, bo wszyscy są »przeciwko niemu«... Pan premier mówi to samo... »Wszyscy są przeciwko mnie! Ja bym bardzo chciał, ale nic nie mogę!«. My idziemy, żeby powiedzieć, że obywatele Rzeczypospolitej są »za nim«, czyli - za żądaniem jednomandatowych okręgów wyborczych, żeby się nie bał przeprowadzić referendum w tej sprawie. My - się nie boimy, my znamy, my wiemy, jaka będzie odpowiedź Polaków i czekamy, mamy nadzieję! I mamy nadzieję, że pan prezes Janusz Korwin-Mikke łączy się z nami w tym żądaniu referendum..." - mówił jeden z liderów Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW, profesor Jerzy Przystawa. "Będę głosował ZA na pewno, bo tak już obiecałem przed dwudziestu laty, aczkolwiek powtarzam - ja w ogóle nie jestem demokratą!" - odpowiedział prezes Kongresu Nowej Prawicy Janusz Korwin-Mikke.
Zapraszamy do zapoznania się ze relacją TV ASME z tego wydarzenia.
Nagranie trwa ponad 9 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja w najlepszej jakości, jak i cała relacja TV ASME z tego wydarzenia.
Konferencja prasowa Kongresu Nowej Prawicy w sprawie złożenia protestu wyborczego i zawiadomień o fałszerstwach wyborach w tegorocznych wyborach parlamentarnych Wysłane piątek, 21, października 2011 przez Krzysztof Pawlak
Inne nagrania TV ASME z Januszem Korwin-Mikkem oraz Stanisławem Michalkiewiczem:
Kongres Nowej Prawicy w dniu 20.10.2011 r. przeprowadził konferencję prasową na temat złożenia w Sądzie Najwyższym protestu wyborczego w związku z wynikiem wyborów parlamentarnych oraz zawiadomienia prokuratur o możliwości fałszerstw wyborczych w tych wyborach.
Podczas konferencji dziennikarzom został przekazany poniższy tekst:
"
Wpływ niezarejestrowania części list KW Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego na wynik wyborów
Jest oczywiste, że wpływ ten na wynik osiągnięty przez KNP był ogromny. Niniejsze opracowanie poświęcone jest wpływowi na całokształt wyborów. Nie zajmujemy się oceną stanu prawnego, pragniemy jednak zaznaczyć, że jeśli Ustawodawca przewidział możliwość unieważnienia wyborów przez Sąd Najwyższy, to oznacza, że takie wypadki są zrozumiałe i dopuszczalne. Od odwagi i oceny Wysokiego Sądu zależy, czy w tym konkretnym przypadku.
W S T Ę P
Kongres Nowej Prawicy (KNP) jest dziedzicem Unii Polityki Realnej UPR (powstał z połączenia połowy UPR, partii Wolność i Praworządność oraz Ruchu Wyborców JKM). Była to i jest jedyna partia w Polsce postulującą obalenie demokracji i wprowadzenie w jej miejsce nomokracji, czyli "rządów prawa". Głosi hasło obalenia III RP i powołania na jej miejsce Państwa Polskiego - i drastycznej redukcji administracji. Z uwag na to jest systematycznie zwalczana przez nie tylko konkurencyjne partie, ale i przez aparat państwowy oraz establishment. Dawno już politycy odkryli, że sondaże są bronią polityczną. Głównie z uwagi na "bandwaggon effect" - większość ludzi woli głosować na tych, na których głosują inni. Dlatego w stosunku do UPR nieustannie stosowana była metoda podawania w sondażach, że poparcie wynosi 1% (czasem nawet 0,5%). Potem w wyborach UPR uzyskiwała 2% - 3,5% - i bardzo wielu wyborców oświadczało, że "nie chcieli marnować głosów". Dodatkowym dowodem na to może być fakt, ze w wyborach uzupełniających do Senatu we Wrocławiu (gdzie nie były robione ani publikowane sondaże!) JKM uzyskał 18%, a w Bielsku-Białej: 11% głosów.
W Y B O R Y 2 0 1 1
W tych wyborach sytuacja była inna. Nie można stwierdzić, czy przyczyna była zmiana nazwy, czy też wyborcy zaczęli się wreszcie przekonywać do programu radykalnych reform - faktem jest, że politycy KNP wywodzący się z UPR odnotowali wyraźny wzrost sympatii. Sam JKM ze zdumieniem stwierdził dużą sympatie wśród uczestników ostatniej warszawskiej demonstracji "SOLIDARNOŚCI" - czyli związku zawodowego (KNP zdecydowanie zwalcza związki zawodowe!) Znalazło to odbicie w sondażu zrobionym w połowie lipca przez "Instytut Badania Opinii Homo Homini":
PiS, PO, PSL, SLD - 76,9% Kongres Nowej Prawicy JKM (KNP) 7,4% Ruch Janusza Palikota (RJP) 3,9% Nie wiem/trudno powiedzieć 11,8%
Do tego sondażu wrócimy. Tu warto podkreślić, że sondaż ten zamówiony został p. Janusza Palikota - i wcale nie uwypukla wyników RJP - należy więc zakładać, że jest rzetelny (co zostanie jeszcze omówione w ANALIZIE WYNIKÓW). Według niezależnego od tego sondażu oświadczenia JKM "wszędzie, gdzie się pojawiałem w porównywalnych miejscach i godzinach, na moje spotkania przychodziło dwa razy więcej ludzi, niż na spotkania z p. Palikotem"
"Platforma i PiS zgodnie tracą poparcie - wynika z najnowszego sondażu Millward Brown SMG/KRC dla TVN24. W porównaniu do badania sprzed tygodnia więcej poparcia straciła jednak Platforma Obywatelska. W sondażu na pierwszym miejscu niezmiennie jest Platforma Obywatelska. Drugie jest Prawo i Sprawiedliwość. Obie partie mają jednak niższe poparcie niż przed tygodniem. 4 partie w Parlamencie Gdyby wybory parlamentarne odbyły się 11 września, na PO by zagłosowało 35 proc. respondentów. To o 3 punkty procentowe mniej niż w badaniu z 5 września. Na drugim miejscu znalazłoby się Prawo i Sprawiedliwość z 29-procentowym poparciem. To o jeden punkt procentowy mniej niż w poprzednim badaniu. Poparcie dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej niezmiennie wynosi 10 proc. W parlamencie znalazłoby się również Polskie Stronnictwo Ludowe, którego poparcie wzrosło o 3 punkty procentowe - z 4 do 7 proc.
Bez Palikota i PJN
Pozostałe ugrupowania nie przekroczyłyby progu wyborczego. Na Ruch Palikota gotowych zagłosować jest 4 proc. respondentów (1 pkt proc. w górę). Kongres Nowej Prawicy mógłby liczyć na 3-procentowe poparcie (1 pkt proc. w dół), a Polska Jest Najważniejsza na 2 procent (1 pkt proc. w górę). Pozostałe partie otrzymałyby po 1 proc. głosów.".
Warto zauważyć, że nigdy nie podano wymienionego wyżej wyniku sondażu, w którym KNP uzyskało 4%. Charakterystyczne jest też, że KNP nie został wymieniony w śródtytule! Establishment stara się KNP nie zauważać. Np. w większości omówień wyborów prezydenckich 2010 omawiane są wyniki tych, co zajęli miejsca I, II, III i V (Waldemar Pawlak). JKM, który zajął IV, niemal nigdzie nie jest wymieniany! W miarę, jak stacje telewizyjne podają kolejne informacje, że "Nowa Prawica przegrała batalię w sądzie i nie będzie zarejestrowana" poparcie dla KNP spada, a dla RJP rośnie. Ta tendencja utrzymuje się do wyborów. Jednocześnie biura sondażowe wracają do starej taktyki: podają poparcie dla KNP w granicach 1% . To wszystko dowodzi, że brak rejestracji zasadniczo wpłynął na wynik wyborów.
AN A L I Z A W Y N I K Ó W W Y B O R Ó W
Według średniej podanej przez PKW http://wybory2011.pkw.gov.pl/wyn/pl/000000.html#tabs-1 KNP uzyskał 1,06% głosów. Liczba ta pochodzi z uśrednienia wyników uzyskiwanych w Okręgach, gdzie KNP startowała - i zera z okręgów, gdzie startowała. Pozornie oznacza to, że KNP uzyskał w wyborach ok. 2%. Byłby to jednak wniosek mylny. 1) UPR miała tradycyjnie słabe wyniki na "ścianie wschodniej" (Podlasie, Lubelskie, Podkarpackie, Rzeszowskie) - w granicach 0,5% - 1% - a właśnie te Okręgi były teraz zarejestrowane. 2) UPR miała zdecydowanie wyższe wyniki w okręgach miejskich, niż w wiejskich. Tymczasem w tych wyborach nie została zarejestrowana w: Gdyni, Gdańsku, Słupsku, Olsztynie, Poznaniu, Gliwicach, Bielsku-Białej, Radomiu - ale przede wszystkim w Warszawie. 3) W wyborach nie mógł startować sam prezes KNP, p.Janusz Korwin-Mikke, który w Warszawie w wyborach przekraczał 4% Bez zaangażowania skomplikowanego aparatu statystycznego można orzec, że KNP (nie wliczając w to efektu głosów utraconych wskutek decyzji PKW) przekroczyła w wyborach 3%, co z punktu widzenia partii jest sprawą istotną. KNP dysponuje ponad 2000 poświadczonych imiennie protestów przeciwko niemożności wzięcia udziału w wyborach.
A N A L I Z A W P Ł Y W U D E C Y Z J I PKW N A W Y N I K I W Y B O R Ó W
To, czy KNP przekroczyła 3% czy nie, jest sprawą istotną dla KNP. Jest mało istotną dla całokształtu obrazu politycznego Polski. Natomiast tendencja widoczna w badaniach sondażowych przed wyborami uzasadnia z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że: 1. Start lub brak startu KNP w danym okręgu w ogóle nie był skorelowany z wynikiem PJN czy RJP. 2. Start lub brak startu KNP w danym okręgu był bardzo silnie (prawie w 100%!) skorelowany z wynikiem osiąganym przez Prawicę Rzeczypospolitej, która podwajała swój rezultat, jeśli w okręgu nie startowała KNP 3. RJP przejął od KNP "elektorat anty-establishmentowy", w tym elektorat "Wolnych Konopi", który w większości skłonny był głosować na KNP. 4. Suma głosów na KNP i RJP w sondażu "HH" z lipca i w realnych wyborach jest niemal taka sama. 5. Nie sposób ustalić, czy KNP zwiększyłaby swój lektorat z 7,4 na 10% (zmniejszając odpowiednio wynik RJP) czy utknęłaby w miejscu. Z badań exit polls wynika, że na RJP zagłosowała (poza "elektoratem protestu") część wyborców SLD i PO. Z tego wynika, że część elektoratu KNP przeniosła się gdzie indziej. Z sondażu na ONET.pl
wynika, że przepłynął na PiS. Dodatkowo wspiera ten wniosek np. wynik uzyskany przez p. Przemysława Wiplera, jawnie odwołującego się do elektoratu KNP w Warszawie - gdzie PiS (z którego listy p. Wipler startował) ma tradycyjnie słabe wyniki. Sondaż ten objął ogromną grupę internautów - w sposób oczywisty nie jest jednak reprezentatywny (internauci to nie są typowi wyborcy). Warto jednak zauważyć, że suma wyników Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska idealnie zgadza się z wynikiem uzyskanym w wyborach przez PO. Można stąd wnioskować, że i ocena 10% dla wyniku JKM powinna być jakoś zbieżna z wynikiem, jaki osiągnąłby KNP, gdyby nie ingerencja PKW. Inna estymacja: skoro sondaże na miesiąc przed wyborami były 4 razy wyższe, niż w w 2010 roku, to i wynik - gdyby nie działalność PKW - byłby cztery razy lepszy. Ta ocena jest zadziwiająco zgodna z poprzednimi: ok. 8% - 10%.
K W E S T I A F A Ł S Z E R S T W W Y B O R C Z Y C H
W każdych wyborach,w których startowała UPR lub p. Janusz Korwin-Mikke wpływały dowody fałszowania wyborów - najprawdopodobniej przez unieważniania głosów poprzez dopisanie przez podstawioną osobę drugiego krzyżyka. Słynna jest sprawa fałszowania wyborów na Mazowszu, w Bydgoskiem i na Ziemiach Zachodnich (jest przedmiotem skargi wyborczej) - dokonywanych najprawdopodobniej przez PSL i SLD. W każdych wyborach UPR dysponowała zaprzysiężonymi zeznaniami wyborców, że "Oddałem głos na UPR - a w cedule wyborczej jest zero głosów na UPR". Proszę zauważyć, że takie oszustwo wychodzi na jaw tylko wtedy, gdy fałszerze w komisji z rozpędu pozostawią zero głosów (lub jeden - a mają pecha, bo głosowało małżeństwo). I tylko wtedy, gdy ten ktoś pofatyguje się rano zerknąć na wywieszone cedułki. Trudno o dokładne wnioski statystyczne - ale skala takich fałszerstw może być olbrzymia, bo pojedyncze wypadki mogą być tylko wierzchołkami góry lodowej. W tych jednak wyborach KNP dysponuje wieloma takimi oświadczeniami - i to już pozwala na wyciąganie wniosków statystycznych. Dodatkową przesłanką jest to, że liczba głosów nieważnych w tych wyborach podwoiła się - a w komisjach często zasiadają urzędnicy administracji, naturalni wrogowie anty-biurokratycznych reform. Przyczyną zwiększonej liczby głosów nieważnych jest zapewne "sprawa Nowej Prawicy". Wpływ mógł być dwojaki: a) w okręgach, gdzie KNP startował, glosy na KNP były "unieważniane". W tej sprawie KNP składa wnioski do prokuratur. b) w okręgach, w których KNP nie startowało, wyborcy KNP ze złości składali głosy nieważne. Bez szczegółowych badań kart do głosowania nie sposób stwierdzić, który czynnik wywarł większy wpływu. Można jedynie domniemywać, że gdyby nie fałszerstwa, w rozmaitych okręgach wyborczych wynik byłby o od 0,5% do 2% wyższy. Można oczekiwać, że po śledztwach prowadzonych przez prokuratury będzie można uzyskać dokładniejszą ocenę.
A N A L I ZA S K U T K Ó W P O L I T Y C Z N Y C H
Gdyby partia opowiadająca się za rządami Prawa weszła do Sejmu z takim procentem głosów, jaki jest najbardziej prawdopodobny w świetle powyższej analizy, to wynik mógłby mieć zasadnicze znaczenia dla przyszłości Polski, wkraczającej wraz z całą Europą w nadciągający Rok Wielkiego Kryzysu. Platforma Obywatelska nie była w stanie przeprowadzić żadnych zasadniczych reform wolnorynkowych z uwagi na trudności wewnętrzne (znacząca część elektoratu i członków PO to salariat) ale i z uwagi na koalicjanta. Biorąc pod uwagę wypowiedzi p.Janusza Korwin-Mikkego wielokrotnie zapewniającego, że gotów jest w koalicji nie brać ani jednej posady ministerialnej w zamian za przeprowadzenie reform - oraz wypowiedzi p.Donalda Tuska, że chciałby robić reformy, ale nie ma siły politycznej - można wnioskować, że gdyby premier Tusk oznajmił swojej partii, że może uzyskać w koalicji z KNP wszystkie stanowiska ministerialne w zamian za przeprowadzenie reform, które przecież leżą w programie PO (np. radykalna obniżka podatków) - to mogłoby się to udać. Stąd byłoby niesłychanie ważne, by anulować te wybory i dać reformatorom w rękę poważne narzędzie, jakim jest wsparcie partii domagającej się Rządów Prawa i Wolnego Rynku".
Zapraszamy do zapoznania się ze relacją TV ASME z tego wydarzenia.
Wygrana Ruchu Palikota agonalnym objawem okresu dekadenckiego w naszym nieszczęśliwym kraju - Stanisław Michalkiewicz nie tylko o wynikach wyborów parlamentarnych Wysłane czwartek, 20, października 2011 przez Krzysztof Pawlak
Inne nagrania TV ASME ze Stanisławem Michalkiewiczem:
"Proszę Państwa - witam po dłuższej, sześciotygodniowej przerwie, właśnie wróciłem z podróży po Kanadzie i Stanach Zjednoczonych i od razu wpadłem w wir spekulacji powyborczych. Jak wiadomo - w wyborach 9 października »wygrała demokracja«. To znaczy, że wszyscy wygrali i wszystkim należą się nagrody. I rzeczywiście tak jest: Platforma Obywatelska wygrała wybory, choć niewystarczająco, by samej rządzić, więc musi się namawiać z Polskim Stronnictwem Ludowym, a te każe sobie za ten przywilej na pewno słono zapłacić. Wygrało również Prawo i Sprawiedliwość, bo jak mówiłem wcześniej - strategia »rozhuśtywania« części opinii publicznej rzeczywiście wystarczyła, by odpowiednią siłę nośną wytworzyć i trzódkę pana prezesa Kaczyńskiego wepchnąć do parlamentu, choć opowieści pana prezesa o pozostaniu »nieprzejednaną opozycją« już wczoraj zostały skonfrontowane z jego własnymi słowami, że jednak jego wypowiedź o tym, jak »nasza złota pani Aniela« została ponoć nieprzypadkowo kanclerzycą - była jednak błędem. Być może już ktoś »panu prezesu Jarosławu« uświadomił »konieczność«, przypomniał, skąd wyrastają nogi..." - Stanisław Michalkiewicz, nasz stały komentator wydarzeń na scenach międzynarodowego i krajowego teatru politycznego, pochyla się z troską i uwagą nad najnowszymi na nich zjawiskami.
Wygrał również i Sojusz Lewicy Demokratycznej! Towarzysz przewodniczący Napieralski musiał ponieść konsekwencje, i w ten sposób władza tam powoli przechodzi w łapy "ezeldowskiego" Parku Jurajskiego, wszystko więc wraca do stanu poprzedniego. Jedyną różnicą w stosunku do wyborów z roku 2007 jest Ruch Poparcia Janusza Palikota, który wyskoczył na trzecią pozycję. Nietrudno się domyślić, dlaczego... Takie są konsekwencje, gdy znaczna część opinii publicznej dała się użyć w postaci zakładnika partyjnej polityki PiS, zakładnika kultu p. Lecha Kaczyńskiego, co wywołało reakcję w postaci... Janusza Palikota, który zgromadził wokół siebie niebywałą trzódkę odmieńców! To są typowe, agonalne objawy okresu dekadenckiego, okresu schyłkowego... - zauważa publicysta. Nie tylko o tym świadczy świadczy sukces Ruchu p. Palikota - widać, że strategia p. Palikota polegać będzie na stałym rozdrażnianiu katolickiej opinii publicznej, co wywoła oczywiście zimną, ale także momentami całkiem gorącą wojnę religijną. Do tej wesołej trzódki już dołączają różni rezonerzy, na razie pp. Piotr Ikonowicz i Kazimierz Kutz, który będzie mu doradzał w sprawach "rozbiorowych", czyli "autonomicznych"! Wojna religijna będzie przecież potrzebna, by opinia publiczna - zajęta nią - nie spostrzegła, że już... państwa nie ma właściwie! Działania Ruchu Palikota wychodzą też naprzeciw dążeniom Unii Europejskiej, która - jako eksperyment ideologiczny zaszczepiania marksizmu kulturowego narodom Europy - wymaga urawniłowki, która ma doprowadzić Kościół katolicki i w naszym kraju do akceptacji "laickości republiki"... - zwraca uwagę Stanisław Michalkiewicz.
Nagranie trwa ponad 9 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja w najlepszej jakości.
Wygrana Ruchu Palikota agonalnym objawem okresu dekadenckiego w naszym nieszczęśliwym kraju - Stanisław Michalkiewicz nie tylko o wynikach wyborów parlamentarnych Wysłane czwartek, 20, października 2011 przez Krzysztof Pawlak
Złożyliśmy protest! Wyniki wyborów parlamentarnych powinny zostać unieważnione! - mówią prezesi Kongresu Nowej Prawicy Janusz Korwin-Mikke i Grzegorz Burchert Wysłane środa, 19, października 2011 przez Krzysztof Pawlak
Inne nagrania TV ASME z Januszem Korwin-Mikkem oraz Stanisławem Michalkiewiczem:
W ostatnim dniu przyjmowania protestów wyborczych przedstawiciele Kongresu Nowej Prawicy złożyli swój protest i mają nadzieję, że Sąd Najwyższy unieważni wyniki ledwo co zakończonych wyborów parlamentarnych.
"Złożyliśmy protest wyborczy przeciw takiemu potraktowaniu naszego komitetu wyborczego Nowej Prawicy. Ilość zaniedbań i błędów popełnionych w tej kampanii była tak wielka, że nie wyobrażam sobie, by można było przejść nad tym do porządku dziennego" - mówił wiceprezes Kongresu Nowej Prawicy Grzegorz Burchert. "W sądach mam w tej chwili trzy sprawy: jedna to odwołanie do Najwyższego Sądu Administracyjnego - chodzi o to, by ktoś wreszcie ustali, czy Państwowa Komisja Wyborcza to jest organem administracji, czy sądowniczym, czy czymś innym. To dobrze na przyszłość, bo w tych wyborach się tego nie dało ustalić. Druga sprawa to unieważnienie wyborów, gdyż - jak słusznie zauważył kolega Burchert - ilość zaniedbań jest ogromna, choć jest głównie wina ustawodawcy! Jest to też wina warszawskich komisji wyborczych, które nie lubią partii antybiurokratycznych, co jest oczywiste. I trzecia sprawa - gdybyśmy nie daj Boże, przegrali - to jest kwestia odszkodowania, odwołania się do Strasburga i to już nie jest sprawa polityczna, ale spór o pieniądze, spore pieniądze... Natomiast w tym dzisiejszym proteście chodzi o to, że brak Kongresu Nowej Prawicy w wyborach, w połowie okręgów wyborczych, wywarł olbrzymi wpływ nie tylko na wynik KNP w wyborach, co jest oczywiste, ale również - wywarł olbrzymi wpływ na całokształt sceny politycznej, bo w połowie lipca mieliśmy więcej poparcia - według sondażu zamówionego przez samego pana Palikota - niż partia pana Palikota! Odkąd zaczęła się ta afera z sądami - zaczęło nam spadać poparcie, a panu Palikotowi - rosnąć. Ten elektorat antystabliszmentowy z wolna przechodził od nas do ugrupowania pana Palikota. Częściowo przeszedł również do PiS-u - ten, który był przeciw Platformie Obywatelskiej" - mówił prezes Kongresu Nowej Prawicy Janusz Korwin-Mikke.
2. część nagrania TVASME z debato-wywiadu przeprowadzonego przez znanego rockmana Zbigniewa Hołdysa z Januszem Korwin-Mikkem w warszawskim klubie "Chwila" Wysłane wtorek, 18, października 2011 przez Krzysztof Pawlak
Jak się pozbyć złego rządu? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 17, października 2011 przez Krzysztof Pawlak
Politolog brytyjski, Michael Pinto-Duschinsky, profesor Uniwersytetu w Oxfordzie, przeanalizował wyniki wyborów parlamentarnych, jakie w okresie od roku 1945 do 1999 odbyły się w siedmiu krajach uważanych za "dojrzałe demokracje", a więc w Niemczech, Japonii, Włoszech, Szwajcarii, Belgii, Holandii i Szwecji. W artykule zatytułowanym "Send the rascals packing: Defects of proportional representation and virtues of the Westminster Model" ("Niech łobuzy pakują manatki: wady systemu proporcjonalnego i zalety modelu westminsterskiego") wykazał, że obywatele tych krajów w badanym półwieczu 103 razy szli do wyborów parlamentarnych, ale tylko w SZEŚCIU przypadkach, a więc mniej niż 6% wszystkich, w wyniku wyborów doszło do zmiany koalicji rządzącej!
Jest to wniosek tym bardziej ciekawy, że dotyczy takich krajów, jak Włochy, gdzie w tym samym czasie rządy zmieniały się częściej niż raz na rok, były to jednak zawsze przetasowania w ramach rządzących elit, bez udziału wyborców. Przeciwnicy wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW) często wysuwają "argument straconego głosu", że jakoby wybory takie zmuszają wyborców do oddawania głosów nie na tych kandydatów, którzy im się podobają, tylko na tych, którzy - ich zdaniem - mają największe szanse. Jeśli tylko 6 razy na 103 obywatelom udało się przy pomocy kartki wyborczej zmienić układ rządzący, to Pinto-Duschinsky konkluduje, że w systemie "wyborów proporcjonalnych" całe wybory są stracone i wyborcy niepotrzebnie fatygują się do urn! Jak pokazuje doświadczenie, w krajach, w których wybory odbywają się w brytyjskim (westminsterskim) systemie wyborczym, przeciętnie co drugie wybory przynoszą zasadniczą zmianę partii rządzącej.
Triumf wyborczy Donalda Tuska i status quo
Polskie wybory parlamentarne 9 października 2011 r. w pełni tę konkluzję brytyjskiego politologa potwierdzają. Porównajmy wyniki wyborów z roku 2007 z ostatnimi.
Wynik ten ogłoszony został jako wielki triumf Platformy Obywatelskiej i rządzącej koalicji PO-PSL. Jak widzimy z powyższej tabeli koalicja zmniejszyła swój stan posiadania z 240 mandatów poselskich w roku 2007 do 235, aczkolwiek daje jej to nadal bezwzględną większość w Sejmie. Jednakże, kiedy dodamy procenty głosów poparcia, to zauważymy, że większość biorących udział w wyborach, dokładnie 52,48%, głosowała PRZECIW tej koalicji! W liczbach bezwzględnych wygląda to nie najlepiej: na 14,9 mln głosujących (frekwencja wyborcza wyniosła zaledwie 48,92%), ZA koalicją głosowało 6,4 mln; PRZECIW 7,8 mln i 0,7 mln oddało głosy nieważne. Mamy zatem 8,5 mln głosujących, którym się koalicja specjalnie nie podoba i jedynie 6,4 mln , którzy ją poparli. 6,4 mln to zaledwie 21% wszystkich polskich wyborców, więc te surmy triumfalne są trochę na wyrost. Wszystko to potwierdza konkluzję Michaela Pinto-Duschinsky'ego, że tak czy siak, mamy status quo, a więc wyborcy mogli równi dobrze pozostać w domach.
Ale pojawiła się rezerwa strategiczna!
Tą rezerwą jest Ruch Palikota, formacja wypromowana w ciągu kilku miesięcy przez intensywną kampanię medialną. Socjotechnicy Platformy zdają sobie sprawę, że tzw. ordynacja proporcjonalna jest mechanizmem, który preferuje podział, a więc, że często się opłaca podzielić na dwa ugrupowania - pozornie konkurujące - bo w efekcie można zdobyć więcej mandatów. I tak Janusz Palikot, poseł PO od roku 2005, wiceprzewodniczący jej Klubu Parlamentarnego i członek Prezydium PO, na początku roku 2011 wystąpił z partii, oddał mandat parlamentarny i ogłosił założenie nowej partii. Inicjatywa ta była a la longue wspomagana hałaśliwą kampanią medialną, nagłaśniająca wulgarne i prostackie prowokacje Palikota.
Nie ma wątpliwości, że Janusz Palikot, milioner i producent wódek, jeszcze kilka miesięcy temu jeden z czołowych polityków Platformy, to bezideowy i cyniczny prowokator. Studiował filozofię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i karierę polityczną zamierzał rozwijać jako przedstawiciel nurtu chrześcijańskiego pod skrzydłami Kościoła. Zainwestował pieniądze w wydawanie chrześcijańskiego (katolickiego?) tygodnika "Ozon", tworząc środowisko "Czterech R: Religia, Rodzina, Rozsądek i Rynek". W jego piśmie publicystami byli katoliccy celebryci, jak np. uchodzący za osobistego przyjaciela Jana Pawła II prowincjał Zakonu o.o. Dominikanów w Polsce Maciej Zięba i inni. Dzisiaj, zaraz po wyborach, pierwszym żądaniem Ruchu Palikota jest usunięcie krzyża z Sali Plenarnej Sejmu RP! Od razu też oświadczył, że jego Ruch będzie sojusznikiem Platformy Obywatelskiej i, na dodatek, całkowicie bezinteresownym, bo nie będzie się domagał żadnych stanowisk w rządzie! To jest altruizm wprost niesłychany w świecie politycznym i sens tej "konkurencji politycznej" dobrze oddaje zdjęcie, na którym Donald Tusk i Janusz Palikot, na łonie przyrody, ufnie patrzą w przyszłość!
To salto polityczne, od KUL do żądania usuwania krzyży z miejsc publicznych, podkreśla dodatkowo zbiorowisko osób, które z listy Palikota uzyskały mandaty poselskie. Są to ludzie praktycznie nieznani, jedynymi rozpoznawalnymi nazwiskami są Robert Biedroń - manifestacyjny, skandalizujący homoseksualista i transwestytka Anna Grodzka. Innym, który skandalizując, zdobył mandat, jest Tomasz Makowski z Ełku, który prowadził kampanię wyborczą, paradując w koszuli z napisem "Jestem gejem. Kocham Bronka". Taka "rezerwa strategiczna" bez wątpienia przyda się Donaldowi Tuskowi w trudnych czasach, jakie nas czekają.
Prawo i Sprawiedliwość ofertą alternatywną?
Leitmotivem zwycięskiej kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej w roku 2007 było "odsunąć Kaczyńskich i PiS od władzy". Sukces ten był możliwy w wyniku autodestrukcji koalicji rządzącej i licznym kontrowersyjnym posunięciom premiera Jarosława Kaczyńskiego i jego brata - prezydenta RP. Wydawało się, że Katastrofa Smoleńska, a w niej śmierć Prezydenta i licznych członków elity politycznej związanej z PiS, ponownie przechyliła szalę politycznych sympatii na stronę Jarosława Kaczyńskiego i otworzyła przed nim szansę na objęcie urzędu po Lechu. Niestety, Jarosław Kaczyński nie wykorzystał tej szansy. Głównym motywem parlamentarnej kampanii wyborczej PiS, która rozpoczęła się praktycznie zaraz po wyborach prezydenckich 2010, było przywrócenie Jarosława na urząd premiera i w całym kraju pojawiły się gigantyczne bilbordy "Premier - Jarosław Kaczyński". Towarzyszyła temu brutalna retoryka przedstawiająca rząd i Donalda Tuska osobiście, jako odpowiedzialnych za katastrofę i śmierć Prezydenta. Powstawało wrażenie, że pierwszym działaniem ewentualnego rządu PiS będzie ukaranie winnych, którzy już, w jawnej bądź zawoalowanej formie, zostali wskazani. W tej retoryce Polska została podzielona na dwa nienawidzące się obozy: obóz prawdziwych polskich patriotów - a więc PiS - i obóz wrogów polskości, i wszystkiego co polskie, a więc wszystkich nie łączących się z PiS.
Jak widzimy po wynikach wyborów, te działania przyniosły skutek raczej odwrotny do zamierzonego: w liczbach bezwzględnych PiS stracił ponad 700 tysięcy wyborców (5.183.261 w roku 2007 i 4.461.646 w roku 2011), a więc przeszło 14%. Wprawdzie Platforma na tym bezpośrednio nie zyskała, ale zyskał Ruch Palikota, a ponad 16 mln wyborców pozostało w domach (ok. 1,5 mln więcej niż w roku 2007).
W trudny okres kryzysu światowego, kryzysu światowych finansów i bankowości, trzeszczącej w posadach Unii Europejskiej i upadającego autorytetu Stanów Zjednoczonych, Polska wchodzi z nie budzącą zaufania elitą polityczną, która do tej pory nie potrafiła wykazać się umiejętnością rozwiązywania nabrzmiałych problemów społecznych. Stare, postkomunistyczne struktury SLD i PSL schodzą pomału ze sceny politycznej, ich jedyny cel to obrona wywalczonych beneficjów transformacji ustrojowej. PO-PiS wygląda na trwale podzielony, a jego elity nie są w stanie sprostać wyzwaniom czasu. Jedynym, rzucającym się w oczy "sukcesem" Platformy Obywatelskiej są przygotowania do Euro 2012 i chyba wszystkie te gigantyczne stadiony piłkarskie będą na czas gotowe. Nie jest jasne, jakie korzyści odniesie z tego Polska i jej mieszkańcy. Od roku 2007 polski dług publiczny wzrósł o przeszło 250 miliardów złotych (ok. 100 miliardów dolarów) i część tego długu to z pewnością te międzynarodowe igrzyska, rozdęte do granic absurdu. Na razie klniemy, ale cierpimy cierpliwie: Polski, ani samochodem, ani pociągiem, w żadną stronę przejechać się nie da. "Polska w budowie" - to hasło kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej. Mamy złe tradycje z takimi budowami na zamówienie polityczne: na drugi dzień po oddaniu do użytku, trzeba je rozbierać i poprawiać.
Wybory 2011 nie przyniosły żadnej zmiany. Polska potrzebuje zmiany i potrzebuje alternatywy. Żadna z obecnych partii politycznych nie napawa optymizmem. Konieczna jest reforma systemu wyborczego, aby odblokować zamkniętą scenę polityczną, rozpocząć proces generowania autentycznej, potrzebnej nam elity. Potrzebne są jednomandatowe okręgi wyborcze w wyborach do Sejmu, w małych okręgach wyborczych, z równym dla wszystkich prawem do kandydowania. Potrzebny jest westminsterski system wyborczy.
Nikita Chruszczow był pierwszym władcą Związku Sowieckiego epoki postalinowskiej i zarazem jednym z najbliższych współpracowników Stalina w ostatnim okresie jego rządów. Do historii światowej przeszedł przede wszystkim jako inicjator i zarazem wykonawca pomysłu wygłoszenia tajnego referatu o kulcie jednostki na XX zjeździe KPZR w lutym 1956 roku oraz jawnego już referatu o zbrodniach Stalina na XXII zjeździe KPZR w październiku 1961 roku. Wcześniej jednak zapisał się jako jeden z najbardziej gorliwych uczestników inicjowanych przez Stalina krwawych czystek "wrogów ludu" w Moskwie i na Ukrainie.
Od najmłodszych lat wytrwale piął się w górę
Nikita Chruszczow urodził się 5 kwietnia 1894 roku w dużej wsi (po rosyjsku "sjeło") Kalinowka powiatu dmitrijewskiego kurskiej guberni (na etnicznych terenach rosyjskich graniczących z Ukrainą) w ubogiej chłopskiej rodzinie. Ochrzczono go w miejscowej prawosławnej cerkwi. Od 12. roku życia był wiejskim pastuchem. Przez jedną zaledwie zimę uczęszczał do miejscowej wiejskiej szkoły, gdzie jako tako opanował rosyjski elementarz. Z poprawnym pisaniem do końca życia było u niego krucho. W roku 1908 jego ojciec Sjergiej Chruszczow przeprowadził się do pobliskiego Zagłębia Donieckiego na Ukrainie stanowiącej w owym czasie część składową Imperium Rosyjskiego zwaną urzędowo Małorosją. W 1912 roku Nikita podjął pracę ślusarza w przedsiębiorstwie remontującym sprzęt górniczy w kopalniach oraz zakładach przemysłowych Zagłębia. W latach 1917 - 1919 czyli w czasach wojny domowej i panującego w miastach głodu wrócił do rodzinnej wsi i został przewodniczącym miejscowego komitetu biedoty. Komitety biedoty były organizowane przez bolszewików jako przeciwwaga do rad wiejskich, gdyż w miejscowych sowietach (wiejskich radach), nominalnie sprawujących władzę w terenie, bolszewicy nie zawsze mieli odpowiedni posłuch. W 1918 roku wstąpił do partii bolszewickiej - RKP(b). Walczył w szeregach słynnej I Konnej Armii dowodzonej przez Budionnego i Woroszyłowa, gdzie był sekretarzem organizacji partyjnej w jednym z pułków. Po demobilizacji w 1920 roku skierowany do pracy umysłowej (urzędniczej) w Zagłębiu Donieckim. Wobec ewidentnych braków w wykształceniu został skierowany w 1921 roku na tzw. rabfak przy technikum, czyli do klasy dla młodzieży robotniczej uzupełniającej wykształcenie w zakresie szkoły średniej. Został aktywistą partyjnym w technikum, poświęcając cały czas pracy partyjnej kosztem nauki. Dzięki temu otrzymał papiery o ukończeniu technikum bez widocznych postępów w czytaniu, a zwłaszcza pisaniu. Jako sekretarz organizacji partyjnej technikum podczas prowadzonej w całej RKP(b) dyskusji partyjnej zajął stanowisko popierające tzw. lewicową opozycję, czyli koncepcje polityczne głoszone przez Lwa Trockiego. Prawdopodobnie dostosował się do panujących w jego okolicy poglądów. Po porażce Trockiego Chruszczow prędko zmienił zdanie, złożył w 1924 roku samokrytykę i nawet został sekretarzem komitetu rejonowego partii. Mimo to skorzystał z obecności na okręgowej konferencji partyjnej sekretarza generalnego komunistycznej partii Ukrainy Łazaria Kaganowicza i poskarżył się mu na stosowane wciąż wobec niego szykany za ów błąd młodości. Dzięki wstawiennictwu Kaganowicza Chruszczow awansował na pracownika aparatu KC KP(b)U i został zatrudniony w ówczesnej stolicy sowieckiej Ukrainy Charkowie. (bolszewicy przenieśli stolicę do Charkowa, który był blisko granicy Federacji Rosyjskiej i zapewniał lepszą kontrolę militarną niż położony bardziej na zachód Kijów).
Dalszy ciąg kariery aż w Moskwie
W roku 1929 Chruszczow został skierowany do Moskwy na studia do Akademii Przemysłowej. Komisja egzaminacyjna odrzuciła jego kandydaturę ze względu na jego faktyczny analfabetyzm, ale pomogła ponownie protekcja Kaganowicza. Kaganowicz w tym czasie był już sekretarzem partyjnym Moskwy i on mianował Chruszczowa po zaledwie półrocznej nauce w Akademii sekretarzem organizacji partyjnej Akademii. Był to ważny szczebel w karierze partyjnej Nikity Chruszczowa, gdyż dzięki temu zawarł on bliższą znajomość z żoną Stalina - Nadieżdą Alliłujew, studiującą w tej samej Akademii. Dzięki tej znajomości Chruszczow był zapraszany do mieszkania Stalina. Zgodnie z duchem czasu Chruszczow demonstrował swą bolszewicką czujność, wypatrując wszędzie gdzie tylko się dało ukrytych "wrogów ludu". Wielu z nich musiało porzucić studia. Dzięki temu już w styczniu 1931 roku został sekretarzem organizacji rejonowej (dzielnicowej) WKP(b), co mu dało jeszcze większe pole działania przeciwko wrogom partii. Po roku był już II sekretarzem Moskiewskiego Komitetu Miejskiego partii, po kolejnych dwóch latach - w styczniu 1934 roku awansował na stanowisko I sekretarza MKM, zaś w marcu 1935 roku zastąpił Łazaria Kaganowicza na stanowisku I sekretarza Moskiewskiego Komitetu Obwodowego. Wówczas ujawniono informacje o udziale Chruszczowa w opozycji trockistowskiej, ale Stalin zbagatelizował ten fakt i polecił ukryć kompromitujące szczegóły biografii przed delegatami konferencji partyjnej. Awans Chruszczowa zbiegł się z paroksyzmem czystki przeciwko "wrogom ludu" prowadzonej przez szefa NKWD Nikołaja Jeżowa. Ostrze "jeżowszczyzny" skierowane było m.in. przeciwko mieszkającym w ZSRR Polakom, w tym polskim komunistom. Chruszczow, choć był etnicznym Rosjaninem i taki zapis miał w urzędowych papierach, też przeżył wówczas chwilę grozy, kiedy Stalin na podstawie donosu Jeżowa zarzucił mu, iż jest z pochodzenia Polakiem i jego prawdziwe nazwisko brzmi Chruszczewski. Nie wykluczone, że było to - obok zamiaru zrobienia kariery po trupach podwładnych - motywem jego gorliwości w czystce. Tak czy owak Chruszczow był gorliwym inicjatorem represji wobec ludzi uznanych za podejrzanych, zwłaszcza w szeregach aparatu partyjnego. W latach 1936-37 w Moskwie NKWD aresztowało 55.741 osób. Spośród 38 sekretarzy Moskiewskiego Komitetu Miejskiego oraz Obwodowego aresztowano 35, spośród 146 sekretarzy komitetów rejonowych (dzielnicowych) aresztowano 136.
Pogromca burżuazyjnych nacjonalistów na Ukrainie
W sierpniu 1937 roku do Kijowa przybyli z Moskwy ówczesny premier ZSRR Wiaczesław Mołotow, Nikita Chruszczow oraz szef NKWD Nikołaj Jeżow. Zwołali oni plenum KC KP(b) Ukrainy i zaproponowali usunięcie ze wszystkich kierowniczych stanowisk partyjnych i państwowych dotychczasowych przywódców republiki. Na stanowisko I sekretarza KC zaproponowano Nikitę Chruszczowa. Gdy plenum KC odrzucił te odgórne sugestie, Mołotow po uprzedniej telefonicznej konsultacji ze Stalinem zaprosił członków ukraińskiego Politbiura KC na wspólne posiedzenie z Politbiurem KC WKP(b). W Moskwie zostali oni w większości aresztowani. Spośród 102 członków KC KP(b)U uchowało się zaledwie trzech. W lutym 1938 roku Chruszczow został przeniesiony do stolicy Ukrainy - Kijowa, gdzie już bez oddolnych oporów zastąpił polskiego bolszewika Stanisława Kosiora, awansowanego na stanowisko wicepremiera, według ówczesnego nazewnictwa - zastępcy przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych ZSRR (W czasach rządów Stalina na czele władz partyjnych na Ukrainie nie trafił się ani razu etniczny Ukrainiec. Zaszczytne te funkcje pełnili Żyd Łazari Kaganowicz, Polak Stanisław Kosior oraz Rosjanin Nikita Chruszczow). Kosior zresztą popracował w Moskwie zaledwie parę miesięcy, gdyż został aresztowany w maju 1938 rok, po roku skazany na śmierć i stracony. Natomiast rządy Chruszczowa na Ukrainie oznaczały zaostrzenie represji przeciwko tzw. burżuazyjnym nacjonalistom. W 1938 roku aresztowano na Ukrainie 106.119 osób. Dzięki tym staraniom awansował w styczniu 1938 roku na kandydata na członka Biura Politycznego KC WKP(b). W marcu 1939 roku awansuje jeszcze wyżej - na członka Biura Politycznego KC WKP(b). Jako osoba nr 1 we władzach partyjnych Ukrainy był członkiem Rady Wojennej Kijowskiego Specjalnego Okręgu Wojskowego, wobec czego wziął czynny udział w przyłączaniu po 17 września 1939 roku do sowieckiej Ukrainy południowej części polskich Kresów Wschodnich. W pertraktacjach odnośnie kapitulacji Lwowa przed jednostkami sowieckimi świadomie oszukał dowódcę polskiej obrony Lwowa, gen. Langnera, gwarantując jako członek Rady Wojennej Ukraińskiego Frontu wolność osobistą polskim oficerom. W swych przemówieniach podżegał do samosądów wobec polskich oficerów i polskich ziemian. Ponosił odpowiedzialność za przeprowadzane przez NKWD na jego terenie wywózki setek tysięcy Polaków na Sybir lub do Kazachstanu. Z tamtych czasów datuje się też jego przyjaźń z Wandą Wasilewską, poznaną przez niego we Lwowie, którą zarekomenduje Stalinowi jako osobę godną zaufania. Wanda Wasilewska kilka lat później - w czasie wojny niemiecko-sowieckiej pełniła odpowiedzialną funkcję przewodniczącej Związku Patriotów Polskich w ZSRR.
Nadal wzwyż
Po najeździe Hitlera na Związek Sowiecki Nikita Chruszczow piastował szereg odpowiedzialnych funkcji członka Rady Wojennej czyli partyjnego nadzorcy w dowództwie kilku frontów, m.in. Frontu Stalingradzkiego oraz I Frontu Ukraińskiego. Przeżył gorycz katastrofalnej porażki pod Charkowem na wiosnę 1942 roku oraz tryumf kolejnych zwycięstw. Awansował na generała (dwugwiazdkowy gienierał-lejtienant), został odznaczonym wieloma wojskowymi orderami. Od sierpnia 1944 roku piastuje urząd premiera rządu ukraińskiego w Kijowie. Od marca 1947 roku po grudzień tegoż roku jest zmuszony do ustąpienia swemu dawnemu protektorowi Lazariowi Kaganowiczowi stanowiska I sekretarza KC KP(b) Ukrainy, zadowalając się stanowiskiem premiera rządu republikańskiego Ukrainy. Po powrocie L. Kaganowicza do Moskwy w grudniu 1947 roku Nikita Chruszczow ponownie został I sekretarzem KC partii na Ukrainie, ponadto I sekretarzem kijowskiego komitetu obwodowego oraz miejskiego KP(b)U, zachowując nadal tekę premiera. W grudniu 1949 roku ponownie odwołany do Moskwy w związku z awansem na sekretarza KC WKP(b) oraz na szefa Wydziału Organizacyjnego KC. Jednocześnie objął stanowisko sekretarza Moskiewskiego Komitetu Obwodowego oraz Komitetu Miejskiego. W latach 1950-51 kierował kolejną rewolucją odgórną w sowieckim rolnictwie, prowadząc akcję łączenia kilku kołchozów w spółdzielnie rolnicze o większym wymiarze. Na ostatnim za rządów Stalina - XIX zjeździe KPZR w październiku 1952 roku wygłosił referat o statucie KPZR. W wyniku zaproponowanej przez Stalina reorganizacji władz partyjnych awansował do najwyższego gremium partyjnego, pięcioosobowego Biura Prezydium KC KPZR.
Walka o berło po Stalinie
Po publicznym ogłoszeniu wiadomości o śmierci Stalina 5 marca 1953 roku mianowany na prestiżowe stanowisko organizatora pogrzebu wodza. Osoby wyznaczone przez niego dla faktycznej organizacji pogrzebu nie wywiązały się należycie z tych obowiązków. W wielotysięcznych tłumach dążących do złożenia hołdu zmarłemu wodzowi zadeptano na śmierć wiele tysięcy moskwian i przyjezdnych. Nigdy nie podano danych statystycznych na ten temat. W rozmowach prywatnych ludzie porównywali ofiary pogrzebu Stalina ze słynną aferą podczas koronacji ostatniego cara Rosji Mikołaja II w Moskwie. Wówczas w tłumie na Chodynce - placu, gdzie gromadzili się witający cara moskwianie, również zadeptano kilka tysięcy ludzi. Mimo carskiej cenzury o tym skandalu pisano w gazetach. O ofiarach pogrzebu Stalina przez długi czas nie wolno było mówić w środkach przekazu. Studiowałem wtedy na II roku wydziału ekonomii Uniwersytetu Moskiewskiego im. Łomonosowa i osobiście się zetknąłem ze naocznymi świadkami okropności na pogrzebie Stalina. Przy pośmiertnym rozdziale najwyższych funkcji Gieorgij Malenkow został premierem rządu, zaś Lawrenti Beria - wicepremierem oraz ministrem spraw wewnętrznych, nadzorującym również sprawy bezpieczeństwa państwowego. Chruszczowowi powierzono kierowanie aparatem partyjnym w sekretariacie KC KPZR. W czerwcu 1953 roku z inicjatywy Chruszczowa zawiązano na Kremlu spisek, w wyniku którego został obalony i aresztowany na posiedzeniu Prezydium KC KPZR Lawrenti Beria. Zatrzymanie przeprowadziła 26 czerwca grupa generałów z marszałkiem Gieorgijem Żukowem na czele. Berię umieszczono w bunkrze Moskiewskiego Okręgu Wojskowego i tam jemu oraz grupie jego podwładnych wytoczono w grudniu 1953 roku proces o zdradę stanu w iście stalinowskim stylu. Berię i kilku podwładnych skazano na karę śmierci. Sądził go sąd, któremu przewodniczył marszałek Iwan Koniew. Natomiast syn Berii Sergo podczas naszego spotkania w Warszawie opowiedział mi, że jego ojca zamordowano bez żadnego sądu w ich prywatnym mieszkaniu w Moskwie właśnie 26 czerwca 1956 roku. W sądzie ponoć występował aktor grający rolę Berii. We wrześniu 1953 roku na wniosek premiera Malenkowa Nikita Chruszczow został wybrany na plenum KC I sekretarzem KC KPZR. W referacie na plenum Chruszczow wysunął dyrektywę o stromym wzroście produkcji rolniczej, mającym zapewnić wzrost stopy życiowej ludności. Dla wnikliwych obserwatorów sceny politycznej była to zakamuflowana oznaka rywalizacji pomiędzy dotychczasowym nr 1 - Malenkowem a Chruszczowem, gdyż nowa formuła eliminowała wysunięte przez nowo mianowanego premiera hasła wzmożonego wzrostu produkcji dóbr konsumpcyjnych. Na styczniowym plenum KC KPZR w 1955 r. Chruszczow krytycznie ocenił pracę Malenkowa na stanowisku premiera, wobec czego został on usunięty ze swego stanowiska i mianowany wicepremierem oraz ministrem elektrowni. Stanowisko premiera zajął Nikołaj Bułganin, wieloletni przyjaciel Chruszczowa. Nieco wcześniej, bo latem 1954 roku Nikita Chruszczow osobiście w imieniu KC KPZR wysłał list do marszałka Josipa Broza Tita oraz całego kierownictwa Związku Komunistów Jugosławii z propozycją normalizacji stosunków pomiędzy obydwiema partiami oraz rządzonymi przez nie krajami. W końcu maja 1955 roku do Belgradu przybyła delegacja sowiecka z Chruszczowem i Bułganinem na czele.
Spór o ocenę Stalina
Natychmiast po przylocie na belgradzkie lotnisko Chruszczow wygłosił przemówienie, w którym tytułując prezydenta Jugosławii drogim towarzyszem Tito, zwalił winę za zerwanie stosunków międzypartyjnych w 1948 roku na intrygi Berii. Nawiasem mówiąc, było to kłamstwo, gdyż winowajcą w tej sprawie był nie Beria, lecz sam Stalin. Co więcej, to właśnie Lawrenti Beria po śmierci Stalina wystąpił na posiedzeniu Prezydium KC KPZR z inicjatywą przywrócenia stosunków z kierownictwem partyjnym Jugosławii. Kierownictwo ZKJ uparcie broniło swej krytycznej oceny działalności Stalina, wobec czego Chruszczow postanowił poświęcić swego zmarłego szefa w imię przyciągnięcia Jugosławii do sowieckiego obozu. Stało się to jednym z motywów potępienia Stalina na XX zjeździe KPZR w lutym 1956 roku. XX zjazd KPZR rozpoczął swe obrady 14 lutego 1956 roku na Kremlu. Udział w nim wzięło 1430 delegatów oraz zaproszeni w charakterze gości przedstawiciele 55 partii komunistycznych, w tym delegacja PZPR z Bolesławem Bierutem na czele. Referat sprawozdawczy wygłosił jako I sekretarz KC Nikita Chruszczow. Tezą przewodnią referatu była możliwość pokojowego współistnienia krajów o różnym ustroju społeczno-politycznym i wynikające z tego dla międzynarodowego ruchu komunistycznego zadanie wzmożonej walki o trwały pokój. W referacie Nikita Chruszczow jedynie wspomniał o szkodliwości kultu jednostki, ale nie wymienił w tym kontekście nazwiska Stalina. W dyskusji nad referatem głos zabrał wieloletni członek kierownictwa partyjnego Anastas Mikojan, który zasygnalizował szkodliwe skutki kultu Stalina. W ostatnim dniu zjazdu 25 lutego na tajnym posiedzeniu zjazdu, na które nie zaproszono zagranicznych gości, tajny referat o tragicznych skutkach kultu jednostki wygłosił Nikita Chruszczow. Tezy referatu zaczerpnięte zostały z pracy prof. Kammariego o szkodliwości kultu jednostki, Chruszczow jedynie pominął przytoczone w broszurze krytyczne wypowiedzi o kulcie jednostki samego Stalina. Tezy te Chruszczow zilustrował opartymi na własnych przeżyciach informacjami o ofiarach terroru stalinowskiego wśród czołowych działaczy bolszewickich, w tym licznych dowódców Armii Czerwonej, i o ciężkich błędach Stalina popełnionych podczas wojny z Hitlerem. Podstawową tezą Chruszczowa było, iż ustrój sowiecki jest dobry i linia generalna partii bolszewickiej bez zarzutu, zaś nadużycia wynikały z negatywnych cech charakteru samego Stalina. Na usprawiedliwienie Chruszczowa trzeba zaznaczyć, że musiał on przełamać opór dawnych współpracowników Stalina, jak Wiaczesław Mołotow, Łazari Kaganowicz i Kliment Woroszyłow, którzy bronili jego imienia, choć jedynie przedwczesna śmierć Stalina uratowała ich przed planowaną przez niego kolejną krwawą czystką. Po zakończeniu zjazdu podstawowe tezy referatu zaczęto omawiać na zebraniach partyjnych oraz komsomolskich, powodując zamęt ideowy wśród ludzi przez lata karmionych stalinowską propagandą. Jednocześnie tekst tajnego referatu rozesłano do przywódców krajów obozu sowieckiego. Zamęt pogłębiły zajścia w Tbilisi w trzecią rocznicę śmierci Stalina, tj. 5 marca 1956 roku. Oburzeni brakiem uroczystych obchodów tej daty, młodzi Gruzini demonstrowali tłumnie rocznicę na ulicach stolicy Gruzji. Nieprzyzwyczajony do objawów nie uzgodnionych z władzami inicjatyw społecznych, Nikita Chruszczow polecił miejscowemu garnizonowi wojskowemu rozpędzenie tłumów młodzieży, w związku z czym wojsko (złożone z Rosjan) użyło broni wobec młodych Gruzinów. Było wiele ofiar śmiertelnych. Na początku marca 1956 roku kończył swą misję dyplomatyczną ambasador Jugosławii w Moskwie Dobrivoje Vidić. Po pożegnalnym obiedzie Nikita Chruszczow wręczył mu egzemplarz tajnego referatu dla tow. Tita.
Międzynarodowe skutki potępienia Stalina
12 marca ogłoszono o śmierci w Moskwie Bolesława Bieruta. Oficjalnie była ona skutkiem powikłań pogrypowych, według informacji przekazanych mi w swoim czasie przez śp. Natalię Modzelewską "tow. Tomasz" po przeczytaniu tajnego referatu o kulcie jednostki zażył wszystkie leki nasenne trzymane w szafce nocnej i zmarł. Nikita Chruszczow przyleciał na uroczysty pogrzeb do Warszawy, ale przy sposobności wziął udział w marcowym VI plenum KC PZPR. Zachowywał się na nim jak gdyby był jej bezpośrednim szefem, co było sprzeczne z niedawno uchwalonym wspólnie z Jugosłowianami komunikatem o równości i niezależności partii komunistycznych, i upokarzające dla wielu obradujących członków KC. Nikita Chruszczow jeszcze za życia Bolesława Bieruta wymusił na nim akcję "aryzacji" centralnego aparatu partyjnego (Nieco później omawiając przyczyny wydarzeń w Polsce i na Węgrzech Nikita Chruszczow sprowadził je do nadmiernego zażydzenia kierownictwa partyjnego. W Polsce - jego zdaniem - 90% Biura Politycznego stanowili Żydzi i on wielokrotnie zwracał na to uwagę tow. Bierutowi. Na Węgrzech nie było nawet z kim porozmawiać na ten temat, gdyż sam Mátyás Rakosi był Żydem [wł. Mátyás Rosenfeld - przyp. ASME]). Informacje dostarczane w tej sprawie Chruszczowowi przez Ambasadę Sowiecką musiały być bardzo bałamutne, gdyż do osób narodowości żydowskiej zaliczył on w swych wspomnieniach premiera Józefa Cyrankiewicza, który wszak był więźniem obozu oświęcimskiego z literą P na pasiaku. Józef Cyrankiewicz pochodził w dodatku ze znanej w Krakowie rodziny o poglądach narodowych i był jedynym w niej socjalistycznym odmieńcem. Choć towarzysze partyjni wiedzieli, że aryzacja wymuszona jest przez Kreml, jednak decyzję o niej podejmował w Polsce jej "Gospodarz", czyli Bolesław Bierut. W marcu 1956 roku Chruszczow swym chamskim zachowaniem na plenum KC unaoczniał towarzyszom satelickie położenie Polski i rządzącej nią partii. Stąd popularność Jugosławii w 1956 roku w Polsce. Na miejsce zmarłego Bolesława Bieruta na I sekretarza KC PZPR wybrano Edwarda Ochaba, który nie był w stanie w krótkim czasie ustabilizować swych rządów. W łonie KC powstały dwie tajne koterie (statut partii komunistycznej wykluczał tworzenie się grup czy frakcji). Jedna z nich, popierana przez sowiecką ambasadę, miała charakter konserwatywny wobec obaw kierownictwa sowieckiego, że zmiany w Polsce (zwłaszcza w polskiej prasie) posuwają się zbyt daleko. Szczególnie władze sowieckie były zaniepokojone krwawymi rozruchami robotniczymi w Poznaniu w czerwcu 1956 roku. Ponieważ wielu członków tej koterii spotykało się w prowadzonym przez URM pałacyku w Natolinie pod Warszawą, określono tę koterię "grupą natolińską". Ich przeciwnicy postulujący przyspieszenie reform i pogłębienie demokratyzacji tworzyli koterię nazywaną od domów KC PZPR przy ul. Puławskiej (pomiędzy ul. Madalińskiego i ul. Narbutta) "grupą puławską". Na VII plenum KC w lipcu 1956 roku istnienie tych grup stało się jawnym. Premier J. Cyrankiewicz oraz członek Biura Politycznego Roman Zambrowski nawiązali kontakt ze zwolnionym z więzienia i zrehabilitowanym partyjnie Władysławem Gomułką - byłym sekretarzem generalnym KC PPR, usuniętym na polecenie Stalina i uwięzionym przez MBP. Następnie Roman Zambrowski namówił Ochaba do ustąpienia swego stanowiska "Wiesławowi" dla dobra kraju i partii. Ochab okazał się na tyle wspaniałomyślnym człowiekiem, że zamiast aresztować Zambrowskiego i Cyrankiewicza jako grupę antypartyjną, przystał na tą propozycję. W październiku 1945 roku miało się odbyć kolejne VIII plenum KC, które miało wybrać nowy skład Biura Politycznego. W przewidzianym przez Gomułkę składzie nie było miejsca dla marszałka Konstantego Rokossowskiego oraz kilku innych "wypróbowanych przyjaciół Związku Rad". W obronie ich posad postanowili interweniować w Polsce przywódcy sowieccy z Chruszczowem na czele, przylatując 19 października do Warszawy. Dla wzmocnienia wrażenia sowieckie kolumny pancerne opuściły swoje bazy w Polsce i ruszyły na Warszawę. Do Zatoki Puckiej wpłynęła eskadra sowieckich okrętów wojennych. Tym razem Chruszczowa nie dopuszczono na obrady plenum KC. Spotkanie delegacji partyjnych odbywało się w Belwederze. Ostatecznie Gomułce i Ochabowi udało się przekonać sowieckie kierownictwo, że nowe kierownictwo nie zamierza rewidować orientacji kraju i nic nie zagraża sojuszowi z ZSRR. Wiece poparcia w całym kraju, zwłaszcza robotników i studentów w Warszawie i Gdańsku, dowodziły, że interwencja sowiecka może spowodować niepotrzebny przelew krwi. Po stronie Polaków wypowiedzieli się w dodatku komuniści jugosłowiańscy i chińscy (E. Ochab odbył w lecie wizytę partyjną w Chinach i uzyskał poparcie chińskiego kierownictwa dla zasady równości partii komunistycznych). Zdezorientowani przywódcy sowieccy wsiedli w swój samolot TU-104 i odlecieli do domu ("TU i z powrotem", jak żartowano wtedy w Warszawie). Jeszcze wcześniej cofnięto czołgi do baz. Znany dziennikarz 2. kanału TV moskiewskiej Nikołaj Swanidze (nb. powinowaty Stalina) ujawnił ostatnio w prowadzonym przez siebie programie historycznym, że po powrocie do Moskwy Chruszczow zamierzał rozkazać wznowienie interwencji zbrojnej w Polsce, ale uległ perswazji Anastasa Mikojana, który ubłagał go, by dał Gomułce szansę. Na wieść o polskim zwycięstwie 23 października w Budapeszcie pod pomnikiem polskiego generała Bema zebrał się wielotysięczny pochód studentów, skandujących: "Polska idzie słuszną drogą! Podążajmy polską drogą!". Tłum obalił potężny pomnik Stalina. Pokojowy pochód został ostrzelany przez funkcjonariuszy węgierskiej bezpieki - AVH, wskutek czego wybuchły w mieście walki. Na wezwanie władz partyjnych do miasta wkroczyły sowieckie czołgi, co tylko zaogniło sytuację. 24 października na stanowisko premiera przywrócono Imre Nagy'a - starego komunistę, mianowanego pierwotnie, a następnie zdymisjonowanego pod wpływem zmiennych powiewów z Kremla. Tym razem swe stanowisko zawdzięczał popularności wśród Węgrów. Następnie przyszła kolej na dymisję dotychczasowego I sekretarza KC Węgierskiej Partii Pracujących Ernő Gerő, zastąpionego przez Janosa Kadara. Rozwiązano starą partię komunistyczną i powołano nową - Węgierską Socjalistyczną Partię Robotniczą. Po krwawych walkach udało się skłonić kierownictwo sowieckie do wyprowadzenia z Budapesztu sowieckich jednostek, niemniej rządowi Imre Nagy'a nie udało się przeciągnąć na swoją stronę powstańców. Wówczas ogłosił on przywrócenie na Węgrzech rządów parlamentarnych i obiecał wolne wybory w warunkach pluralizmu politycznego. W tych warunkach Chruszczow i jego koledzy na Kremlu, wspierani przez przywódców chińskich, zdecydowali się na ponowną interwencję zbrojną. Przed podjęciem ostatecznej decyzji Chruszczow i Malenkow złożyli 2 listopada 2956 roku poufną wizytę w rezydencji marszałka Tita na wyspie Brioni na Adriatyku. Tito ostrzegał ich, że interwencja zbrojna przyniesie więcej szkód politycznych niż korzyści, ale nie zdołał ich przekonać. Na czele "rządu rewolucyjnego" według planów Chruszczowa miał stanąć Ferenc Munnich - jego przyjaciel z lat młodości. Tito zwrócił mu uwagę, że lepszy byłby Janos Kadar jako były więzień stalinowski. Dodajmy jeszcze, że wybór Chruszczowa dowodzi jego wyjątkowej niekonsekwencji. Po usunięciu Mátyása Rakosiego Sowieci zastąpili go przez Ernő Gerő, który również był Węgrem żydowskiego pochodzenia (wł. Ernő Singer - przyp. ASME). I teraz Chruszczow ponownie miał postawić na osobę o żydowskich korzeniach tylko dlatego, że znał osobiście Munnicha od wielu lat. Po opanowaniu Budapesztu przez wojska sowieckie premier Imre Nagy schronił się w ambasadzie jugosłowiańskiej, co naraziło ją na prowokacje sowieckie, łącznie z ostrzałem budynku. Prymas Węgier kardynał József Mindszenty uzyskał azyl w ambasadzie USA i przetrwał tam bezpiecznie przez wiele lat pacyfikacji kraju. Wobec ambasady jugosłowiańskiej Sowieci pozwalali sobie na znacznie więcej. Ostatecznie Imre Nagy i jego współpracownicy 22 listopada zostali podstępem wyciągnięci z ambasady jugosłowiańskiej, lecz zamiast przyrzeczonego im powrotu do swoich domów, aresztowani przez Rosjan, trafili do więzienia w Rumunii. Następnie zostali w czerwcu 1958 roku osądzeni w Budapeszcie przez kapturowy sąd i skazani na śmierć. Losy premiera Nagy'a i towarzyszy obciążają sumienie Chruszczowa.
Koniec antypartyjnej grupy konkurentów
W czerwcu 1957 roku konserwatywna większość Prezydium KC KPZR podjęła uchwałę o odwołaniu Nikity Chruszczowa ze stanowiska I sekretarza KC. Dzięki poparciu marszałka Żukowa Nikita Chruszczow nie podporządkował się decyzji Prezydium i odwołał się do pospiesznie zwołanego na 29 czerwca plenum KC. Zasiadających w KC zwolenników Chruszczowa ściągano do Moskwy wojskowymi samolotami. Plenum usunęło z prezydium tzw. antypartyjną grupę, czyli Mołotowa, Kaganowicza i Malenkowa. Głosujący przeciwko Chruszczowowi Bułganin oraz Woroszyłow dzięki samokrytyce na plenum KC chwilowo pozostali w Prezydium. Do Prezydium wybrano w nagrodę marszałka Żukowa, ale już w październiku tegoż roku z inicjatywy Chruszczowa odwołano go ze stanowiska ministra obrony oraz ze stanowiska członka Prezydium KC. Dla zapewnienia gładkiego przebiegu tej operacji marszałka Żukowa wysłano okrętem wojennym z wizyta oficjalną do Jugosławii. W marcu 1958 roku Bułganina powołano na prezesa Zarządu Banku Państwowego i Chruszczow został premierem rządu, koncentrując jak Stalin w swym ręku obydwa kluczowe stanowiska.
Chruszczow na czele ZSRR
W lecie 1957 roku odbył się w Moskwie Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów, który na chwilę uchylił żelazną kurtynę nad stolicą ZSRR. W kwietniu 1958 roku Zjazd Związku Komunistów Jugosławii uchwalił nowy program partyjny, uznany przez komunistów sowieckich i chińskich za rewizjonistyczny. Plan Chruszczowa przyciągnięcia Jugosławii do obozu moskiewskiego ostatecznie poniósł fiasko. W roku 1958 Chruszczow sprowokował również konflikt z kierownictwem chińskim, z przewodniczącym Mao na czele. Stosunki z Chinami psuły się od XX zjazdu KPZR, różnice zdań pogłębiły się podczas ostatniej wizyty Mao Zedonga w Moskwie na naradzie partii komunistycznych w listopadzie 1957 roku, gdzie przewodniczący Mao oświadczył, że konfrontacja atomowa ze światem imperialistycznym w ostatecznym rachunku zapewniłaby zwycięstwo obozu socjalizmu w skali światowej. Połowa ludności świata zginęłaby, ale reszta żyłaby w świecie wolnym od kapitalizmu. W 1958 roku Nikita Chruszczow złożył wizytę w Chinach, ale rozbieżności ideowe doprowadziły do pogłębienia konfliktu. W czasie Wielkiego Skoku w 1960 r. rozgniewany na Mao Chruszczow odwołał z Chin wszystkich doradców sowieckich, którzy zabrali ze sobą opracowane w ZSRR plany budowy obiektów przemysłowych. W drugiej połowie lat 50. Chruszczow wielokrotnie potępiał inicjowaną przez Stalina w 1948 roku blokadę gospodarcza Jugosławii po potępieniu jej przez Kominform, sam natomiast postąpił w analogiczny sposób wobec komunistycznego mocarstwa, które nie chciało uznać jego komendy. W roku 1957 znany rosyjski poeta Borys Pasternak opublikował we włoskim wydawnictwie lewicowym powieść pod tytułem "Doktor Żywago", w której nader prawdziwie opisał wydarzenia z czasów wojny domowej w Rosji. W owym czasie mimo niewątpliwej odwilży politycznej w ZSRR nie było szans na wydanie tej powieści w Rosji. Powieść wywołała sensację na Zachodzie i w następnym roku otrzymała nagrodę Nobla. Z inicjatywy Chruszczowa w ZSRR rozpętano nagonkę przeciwko sędziwemu poecie i on pod jej wpływem zrezygnował z przyznanej nagrody. Wkrótce po tym Chruszczow popisał się werbalnymi atakami na młodych poetów oraz malarzy i rzeźbiarzy awangardzistow, m.in. na znanego rzeźbiarza Ernsta Nieizwiestnego. Boris Pasternak zmarł w samotności w maju 1960 roku. Oprócz walki z intelektualistami Chruszczow wznowił walkę z religią, zwłaszcza z kościołem prawosławnym, który właśnie zaczął się odradzać po prześladowaniach stalinowskich okresu przedwojennego. Chruszczow był prymitywnym wskutek braku wykształcenia marksistą, który z tego co liznął za młodu, zapamiętał jedynie, że komunizm odrzuca przesądy religijne. Budując komunizm, zwalczał więc religię, nie gardząc środkami administracyjnymi. Nikita Chruszczow był inicjatorem budowy w sierpniu 1961 roku w Berlinie muru na granicy sektora sowieckiego oraz zachodniego, by uniemożliwić ucieczkę obywateli NRD do Niemiec Zachodnich. Przez cały czas istnienia muru od strzałów NRD-owskiej straży granicznej zginęło ponad 80 osób. W październiku 1961 roku odbył się XXII zjazd KPZR, na którym już otwarcie potępiono zbrodnie Stalina. Uchwalono wydalenie wydalenie mumii Stalina z wspólnego z Leninem mauzoleum. Stalina pogrzebano na honorowym miejscu pod murem kremlowskim, obok najwybitniejszych dostojników bolszewickich. Dzięki uchwałom XXII zjazdu KPZR redagowany przez wybitnego poetę rosyjskiego Aleksandra Twardowskiego miesięcznik literacki "Nowyj Mir" opublikował w 1962 roku opowiadanie Aleksandra Sołżenicyna o życiu w stalinowskim łagrze pt. "Jeden dzień z życia Iwana Dienisowicza". Za rządów Chruszczowa Twardowski zamieścił jeszcze kilka opowiadań Sołżenicyna, malujących bez ozdób życie w sowieckiej Rosji. Podczas jesiennej sesji Zgromadzenia Generalnego ONZ w 1960 roku impulsywny Nikita Chruszczow zademonstrował nowe formy dyplomacji, używając do walenia w pulpit własnego buta dla zagłuszania przemówienia dyplomaty z wrogiego obozu. Ten incydent pamiętano na Zachodzie przez długie lata. W związku z trudnościami aprowizacyjnymi wywołanymi przez chroniczny kryzys rolnictwa kołchozowego 1 czerwca 1962 roku w Nowoczerkasku zastrajkowali robotnicy wielkich zakładów maszynowych. Wiec protestacyjny strajkujących robotników w centrum miasta rozpędzono przy użyciu czołgów i ognia piechoty. Wielu domniemanych prowodyrów aresztowano i skazano na drakońskie kary, nie wyłączając kary śmierci. W 1962 roku Chruszczow sprowokował też kryzys karaibski, instalując na Kubie rakiety, które mogłyby godzić w cele w Stanach Zjednoczonych. W odpowiedzi prezydent USA John F. Kennedy zarządził blokadę morską Kuby, nie wyłączając statków sowieckich. Światu przez chwilę groziła konfrontacja zbrojna pomiędzy wielkimi mocarstwami, ale Chruszczow na szczęście wycofał się ze swego pomysłu, zostawiając na lodzie Fidela Castro. Chińscy komuniści podsumowali, że Chruszczow popełnił najpierw błąd nieodpowiedzialnego awanturnictwa, a następnie kapitulanctwa wobec gróźb imperialistów.
Zamach stanu
W październiku 1964 roku kierownictwo sowieckie zawiązało potajemnie spisek pałacowy, mający na celu obalenie Chruszczowa z jego stanowisk w partii i państwie. Na zwołanym w tym celu Prezydium KC, a następnie plenum KC poddano krytyce niewłaściwy styl pracy Chruszczowa, stworzony wokół niego kult jednostki, łamanie zasad kolegialności pracy i przegłosowano usunięcie go na emeryturę. Piastowane przez Chruszczowa funkcje rozdzielono. Pierwszym sekretarzem KC został Leonid Brieżniew, zaś premierem Aleksiej Kosygin. Jako emeryt Nikita Chruszczow był pod stałą inwigilacją KGB, co było normą dla dostojników w niełasce (m.in. dla marszałka Żukowa) i za jego czasów. Warto dodać, że sumienie Chruszczowa obciąża tragiczny los gen. Wasilija Stalina - syna zmarłego dyktatora, aresztowanego i uwięzionego wkrótce po pogrzebie Stalina, a po zwolnieniu z więzienia zamordowanego przez KGB przy pomocy "leczenia" narkotykami. Ponieważ były przywódca sowiecki nie był nazbyt biegły w pisaniu, natomiast natura nie odmówiła mu talentów krasomówczych, nagrał na magnetofon cztery tomy swych wspomnień, które przy pomocy swego syna Siergieja przemycił za granicę. Wezwany na dywanik do KC KPZR w 1970 roku, do niczego się nie przyznał, zaś po opublikowaniu wspomnień na Zachodzie potępił wydawnictwo, wpierając, iż jest to falsyfikat. Zmarł na zawał serca 11 września 1971 roku w Moskwie i został tam pochowany. Pomnik nagrobny wykonał krytykowany niegdyś przez Chruszczowa rzeźbiarz Ernst Nieizwiestnyj, który wykonał go z białego i czarnego marmuru, co symbolizuje niejednoznaczną ocenę jego dokonań. W 1991 roku jego imieniem nazwano plac w stolicy spacyfikowanej przez Rosjan Czeczenii Groznym w podzięce za przywrócone narodom kaukaskim prawo zamieszkania w stronach ojczystych. Jego wspomnienia pod tytułem "Wriemia, ludi, włast'" (Czasy, ludzie, władza) wydano w czterech tomach w Moskwie w 1999 roku. W swych wspomnieniach poświęcił dwa zdania autorowi niniejszych słów. Spamiętał moje nazwisko, ale nie znał imienia. Wszystkie pozostałe informacje o mnie zostały przekręcone przez niego, bądź jego informatorów. W swych wspomnieniach demonstruje przerażającą ignorancję polskich spraw. Rządy marszałka Piłsudskiego, czyli sanacji określa jako rządy PPS, choć działacze PPS zasiedli na brzeskim procesie Centrolewu na ławach oskarżonych. Mówiąc o protestach studenckich w Polsce w marcu 1968 roku, myli dramat "Dziady" z poematem "Pan Tadeusz". Bierze się to z warunków pracy nad wspomnieniami. Przed dymisją nie musiał niczego czytać, wszystkie informacje dostarczali mu doradcy. Gdy ich zabrakło, był bezradny mimo pokaźnej biblioteki. Miał słuszność polski satyryk Stanisław Jerzy Lec: "Analfabeci muszą dyktować".
Antoni Zambrowski
Zostań donatorem naszych publicystów: Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem. Konto: 61 1240 1040 1111 0010 0042 5486 Bank PeKaO SA III O. w Warszawie SWIFT/BIC - PKOPPLPW
1. część nagrania TVASME z debato-wywiadu przeprowadzonego przez znanego rockmana Zbigniewa Hołdysa z Januszem Korwin-Mikkem w warszawskim klubie "Chwila" Wysłane niedziela, 16, października 2011 przez Krzysztof Pawlak
Reporterskie śledztwo o ludziach, którzy w czasach komunizmu mordowali polskich patriotów, za co nigdy nie zostali ukarani - właśnie ukazała się książka Tadeusza M. Płużańskiego
Można było skazać strażnika z obozu w Sobiborze Iwana (Johna) Demjaniuka, mimo iż sąd w Monachium wymierzył mu bardzo niską karę. Za katowanie więźniów, strzelanie do nich i prowadzenie do komór gazowych dostał jedynie pięć lat. I "ze względów humanitarnych" do więzienia nie pójdzie. Tymczasem, za współudział w zamordowaniu 30 tysięcy osób - czyli ludobójstwo - powinien zostać skazany na maksymalny wymiar kary, czyli dożywocie. Mimo, iż w samych Niemczech żyją oprawcy odpowiedzialni za jeszcze większe i lepiej udokumentowane zbrodnie. A co robi Centrum Szymona Wiesenthala? Spoczęło na laurach? Nie, nadal ściga innych zbrodniarzy. A jak jest w Polsce?
Od kilkunastu lat badam sprawy stalinowskich oprawców - tytułowych bestii. Z niektórymi z nich rozmawiałem, ale głównie z ich ofiarami, rodzinami ofiar, bo to ich głos powinien dziś być najmocniej słyszalny. Przyglądałem się śledztwom, procesom. Linii obrony byłych funkcjonariuszy komunistycznego systemu bezprawia, upokorzeniu (ponownemu) ich ofiar, które muszą udowadniać, że były prześladowane i bite, oraz bezsilności sądów. Ale czy na pewno to tylko bezsilność? Na to i szereg innych pytań staram się odpowiedzieć w prezentowanej Państwu książce. Wnioski są niestety mało pokrzepiające. Podstawowy jest taki, że przez 22 lata wolnej III RP nie udało się osądzić żadnego sędziego i prokuratora, którzy w czasach stalinowskich skazywali polskich patriotów, choć prawo zakwalifikowało ich czyny jako komunistyczne zbrodnie sądowe i zbrodnie przeciwko ludzkości. Jeśli w ogóle postawiono im zarzuty, nie ponieśli żadnych konsekwencji karnych. Przepraszam, jeden sędzia został skazany, ale wyrok ten został uchylony. Pozostałych sądy - mimo twardych dowodów - uniewinniły albo umorzyły ciągnące się latami sprawy z powodu "braku ustawowych znamion przestępstwa" lub śmierci oskarżonych. Niektóre procesy zawieszono na czas nieokreślony lub zwrócono akta do uzupełnienia. Jeden z sądów w ogóle odmówił rozpatrzenia sprawy... A przecież tu nie o zemstę chodzi, ale o symboliczną sprawiedliwość.
W tej sytuacji wielkim sukcesem jest kilka wyroków na stalinowskich śledczych. Ale większość z nich zostało skazanych w jednej sprawie - słynnym procesie Humera w 1996 roku. A teraz przypadek ostatni - z maja 2011 roku. Sąd skazał byłego szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Myślenicach na dwa lata więzienia za znęcanie się nad więźniem w 1946 i 1947 roku. Ubek bił go rękami po twarzy i całym ciele, kopał, zgniatał palce rąk linijką, groził pozbawieniem życia i wyzywał wulgarnymi słowami. Wyrok nie jest prawomocny i sadysta prawdopodobnie nie trafi za kraty. Zresztą w toku procesu nie przyznał się do winy. Twierdził, że nigdy nikogo nigdy nie uderzył. W apelacji mogą zwyciężyć "względy humanitarne" - że jest zbyt stary i schorowany, aby go skazywać. Bo taka "wykładnia" na ogół obowiązuje. Kilka z opisanych w książce sądów nieprzypadkowo nazywanych jest umarzalniami. Ale w innych też działa "sędziowska solidarność". Żyjący do dziś Eugeniusz Chimczak, którego więźniowie Rakowieckiej zapamiętali jako jednego z najokrutniejszych śledczych, prokuratorowi IPN przyznał, że pracował w MBP, ale żadnych szczegółów "nie pamiętał". Pytany o stosowanie przymusu fizycznego i psychicznego, odpowiadał: "nie było żadnego". Sam nie bił, nie słyszał również, aby bili inni. Skazany na kilka lat we wspomnianym procesie Humera, z więzienia został przedterminowo zwolniony ze względu na... stan zdrowia. Dziś chodzi sobie spokojnie po Mokotowie, robi zakupy, pobiera wysoką, resortową emeryturę i śmieje się w twarz swoim ofiarom i sędziom III RP. Jerzy Kędziora, sadysta z Rakowieckiej i tajnego więzienia MBP w Miedzeszynie, którego proces trwa dziś przed sądem dla Warszawy-Mokotowa, odpowiada na pytanie oskarżenia: - Dlaczego został pan wybrany do pracy w Miedzeszynie? - Prawdopodobnie dlatego, że dostrzeżono, że potrafiłem rozmawiać w trudnych, złożonych sprawach. Ofiara Kędziory, Wacław Sikorski zeznaje w sądzie: - "Podpiszesz, taka twoja mać?”. Nie. Otwartą ręką huknął mnie w lewe ucho. O tu - Sikorski pokazuje sędzinie aparat przy uchu. - Do dziś słabo słyszę. To jest po panu Kędziorze". Komu da wiarę sąd? Zapewne oprawcy, a nie jego ofierze. Po każdej rozprawie Kędziora - trzymany za rękę przez córkę i otoczony wianuszkiem kolegów - towarzyszy z Bezpieczeństwa - opowiada, że kończy książkę o swojej pracy dla ojczyzny. Z pominięciem lat 1944-56. - Ten okres wymazałem z pamięci - wyznaje na sądowym korytarzu.
Wracając do sędziów i prokuratorów - przecież oni należeli do tego samego aparatu terroru. Oni też mordowali, z tą różnicą, że nie znęcając się fizycznie i psychicznie, ale zza biurka. Przecież prokuratorzy oskarżali, a sędziowie wydawali wyroki na podstawie dowodów, wymuszonych biciem przez "śledzi", którzy często byli współautorami aktu oskarżenia. Przecież na skazanie jednego człowieka pracował cały aparat partii i państwa - począwszy od Bieruta, Radkiewicza, Romkowskiego, poprzez Tajnych Współpracowników, agentów celnych (kapusiów w więziennej celi), w końcu śledczych, sędziów i prokuratorów właśnie, a na obrońcach sądowych skończywszy. Dlaczego zatem jednych - oprawców z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego można skazać, a drugich - oprawców w togach już nie? W okresie stalinowskim niewłaściwy skład sądu nie przeszkadzał w wydaniu wyroku. Dziś błędy proceduralne minionej epoki bywają podstawą oskarżenia. Tylko z tego powodu (zamiast dwóch ławników, w procesie brał udział tylko jeden) można było w ogóle postawić przed sądem III RP prokuratora, który w 1948 r. żądał kary śmierci dla Witolda Pileckiego. Sam fakt, że Czesław Łapiński podżegał do mordu sądowego na rotmistrzu, świadomie dążąc do wyeliminowania niewinnego człowieka tylko dlatego, że był przeciwnikiem politycznym, dla systemu prawnego III RP nie ma żadnego znaczenia. Powodem stosowania podwójnej miary w ściganiu stalinowców - skazywania śledczych, a z drugiej strony - pobłażliwości dla sędziów i prokuratorów jest - obok wspomnianej solidarności zawodowej ludzi w togach (np. immunitet sędziowski, który do dziś ma bronić stalinowskich oprawców - np. przypadek sędziego Stefana Michnika) - przede wszystkim wadliwe prawo. Po pierwsze, daje ono sądom dużą dowolność w orzekaniu na korzyść komunistycznych oprawców. Po drugie - co najważniejsze - nie potrafi ono uznać, że zbrodniarzem nie jest tylko ten, który strzela w tył głowy, nie tylko ten, który bije, kopie i topi w wannie. Pozbawić kogoś życia można również na drodze - wydawałoby się legalnej - procedury sądowej. Za stalinowskie zbrodnie tak samo odpowiedzialna jest np. prokuratorka Helena Wolińska, która - można by powiedzieć - "tylko" wydawała nakazy aresztowania. Ale w efekcie - jako jeden z trybów aparatu represji - przyczyniła się do stracenia innego bohatera Polski Podziemnej - gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" i prześladowania innych.
Prawo wolnej Polski musi zatem przyjąć zasadę, że cały powojenny system był zbudowany na bezprawiu. Dopiero zagłębiając się w te mroczne czasy, widzimy, jak ta machina zbrodni działała. Widzimy np., że często granice między bandytą w mundurze "oficera" bezpieczeństwa z pistoletem i pałką, i tym w mundurze sędziego czy prokuratora wojskowego z długopisem i plikiem akt - zacierały się i ci sami oprawcy występowali w kilku rolach na raz. Wacław Krzyżanowski np. najpierw prowadził śledztwo, a potem oskarżał przed sądem. Niektórzy sędziowie - jak w sprawach z udziałem Wacława Langego - zabijali (dosłownie) skazanych na sali sądowej. Niektórzy śledczy - jak Tadeusz Szymański czy Mieczysław Wybraniec - wykonywali wyroki. Kto zatem był bardziej okrutny - czy śledczy, który katował, czy prokurator, który na tej podstawie oskarżał, czy sędzia, który orzekał?
Wszyscy byli katami i tak powinni być traktowani przez sądy Rzeczpospolitej. Ale klimat polityczny znów nie sprzyja rozliczaniu komunistycznych zbrodni, i znów zwyciężają głosy broniące dawny układ, w stylu: "W SB pracowało wielu porządnych ludzi". O wielu takich "porządnych ludziach" traktuje książka "Bestie. Mordercy Polaków".
- Praca Tadeusza Płużańskiego jest gigantycznym kompendium wiedzy o terrorze komunistycznym w latach powojennych, o próbach oddania sądowej sprawiedliwości oprawcom po 1989 roku oraz o trudnej drodze prawdy o tamtych czasach do szerszej świadomości Polaków w III RP - pisze we wstępie do książki Jerzy Zalewski, reżyser, producent filmowy, autor m.in. filmów "Obywatel poeta" (o Zbigniewie Herbercie), "Tata Kazika" (o Stanisławie Staszewskim) czy ostatnio "Elegia na śmierć "Roja" (o żołnierzu wyklętym Mieczysławie Dziemieszkiewiczu "Roju"). W 1992 roku Zalewski nakręcił dokument "Szpiedzy. Świadkowie historii", w którym przedstawił losy czterech osób skazanych przez komunistów na karę śmierci: Jerzego Pawłowskiego, Józefa Szaniawskiego, Zdzisława Najdera i Tadeusza Płużańskiego - mojego Ojca. Dziś w recenzji "Bestii. Morderców Polaków" napisał: - Zastanawiać może tytuł książki - jednoznaczny i "prosto z mostu”. Jakże jednak nie eksponować tej jednoznacznej oceny, skoro na przykład jeszcze w 1999 roku prezydent Kwaśniewski odznaczył Supruniuka, kata Rzeszowszczyzny, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, a w roku 2003 Krzyżem Oficerskim tego orderu jeszcze innego komunistycznego oprawcę? Jak widać w III RP odróżnienie kata od osoby zasłużonej dla Polski nie jest wcale oczywiste.
W czwartek, 6 października 2011, przeszedł przez centrum Warszawy pochód Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Szliśmy pod hasłem "Teraz JOW do Sejmu!". Od placu Defilad szliśmy do Pałacu Prezydenckiego, żeby przypomnieć Pierwszemu Obywatelowi o Jego uroczystym zobowiązaniu do przeprowadzenia referendum obywatelskiego, w którym jedno z czterech pytań brzmiało: "Czy chcesz wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu?".
Na to pytanie ponad 750 tysięcy respondentów odpowiedziało: TAK! Jakoś tak się "ułożyło", że Bronisław Komorowski, wtedy jeszcze tylko poseł Platformy Obywatelskiej (organizującej tę akcję referendalną) i szef jej mazowieckiej struktury, a potem Marszałek Sejmu i wreszcie Prezydent Państwa - jakoś, w nawale obowiązków, o tym zobowiązaniu zapomniał. Kiedy w tym roku Prezydent podpisał ustawę o JOW do Senatu (nota bene, tego samego Senatu, który w tej akcji podpisowej obiecywał zlikwidować!), uznaliśmy, że czas zapytać o tę najważniejszą sprawę: o JOW w wyborach do Sejmu.
Niestety, Pan Prezydent nie znalazł wolnej chwili na spotkanie z przedstawicielami Ruchu. Scedował to na swego doradcę ds. kontaktów z partiami i środowiskami politycznymi. Nie okazał nawet takiej kurtuazji, z jaką spotkaliśmy się dwa lata temu, gdy w imieniu Prezydenta RP - zdecydowanego przeciwnika JOW - przyjął nas Szef Kancelarii, min. Piotr Kownacki, który znalazł czas i na rozmowę, i na uprzejme przyjęcie, a nawet wyszedł na ulicę, żeby konferować z maszerującymi wojownikami!
Nasz Marsz nie był wielkim sukcesem. 2/3 jego uczestników, to woJOWnicy, którzy dotarli do Warszawy po morderczych podróżach z Wrocławia, Koszalina, Krakowa, Szczecina, Wałbrzycha, Lubina, a tylko skromną 1/3 ci, którzy mieli najbliżej i najłatwiej, dla których wystarczyło wsiąść po prostu w tramwaj czy metro, a nawet - całkiem zwyczajnie podejść kilkaset metrów piechotą. Nasz spacer Alejami Jerozolimskimi, czy warszawskim odpowiednikiem rzymskiej Via Condotti, nie wywołał entuzjazmu i ochoty dołączenia się. Najbardziej przykre, jak i przy poprzednich okazjach, było nasze przejście pod murami najważniejszej polskiej uczelni wyższej, z której wyległy liczne grupy studentów. Do tej elity młodej polskiej inteligencji nie dotarło jeszcze zrozumienie znaczenia naszego postulatu ustrojowego, nadal z uśmieszkiem lekceważenie przygląda się gromadzie tych, starszych już przeważnie, dziwaków, którzy domagają się, żeby mieli oni takie same prawa wyborcze, jakie mają studenci Wielkiej Brytanii, Kanady, USA, Australii, Francji czy Indii! W tym swoim lekceważeniu nie odbiegają od swoich profesorów i nauczycieli akademickich, z których też ANI JEDEN nie zaszczycił swoim udziałem naszego Marszu!
Ta postawa tego Uniwersytetu Numer 1 w Polsce pozostaje, od lat. niezmienna. W roku 2003, po I Marszu Na Warszawę, pisałem do ówczesnego Rektora UW:
"Wydawało nam się, Magnificencjo, że miejscem właściwym dla zakończenie tej oryginalnej akcji są mury Uniwersytetu Warszawskiego. Wydawało nam się, że byłoby nietaktem z naszej strony, gdybyśmy, otwierając dyskusję fundamentalnej sprawy ustrojowej, ten Uniwersytet pominęli i zebrali się w innym miejscu. Dlatego zwróciliśmy się do Władz Rektorskich z propozycją odbycia konferencji kończącej marsz właśnie w Auli Uniwersytetu Warszawskiego.
Ze zdumieniem i niewiarą przyjąłem informację, że Władze Uniwersytetu domagają się od nas wysokiej opłaty za udostępnienie nam sali i że ta opłata musi być uiszczona awansem! Pracując 40 lat na dużym, aczkolwiek, zdaję sobie sprawę, prowincjonalnym polskim uniwersytecie nie wyobrażałem sobie, że Władze Uniwersytetu mogą ingerować w sprawy tak banalne jak ustawienie stolika z materiałami informacyjnymi czy powieszenie transparentu!
Niestety, Magnificencjo, tak się właśnie stało. Nikt z przedstawicieli Władz Uczelni nie zechciał nas powitać, na sali nie zauważyłem ani jednego profesora Uniwersytetu Warszawskiego, natomiast strażnicy pokazali mi, na piśmie, surowe zakazy wystawienia stolika z materiałami na chodniku, zakazy postawienia nawet przenośnego transparentu informującego o konferencji. Widziałem zdumione twarze młodych ludzi, którzy z takim zapałem i ofiarnością przebyli tę, mimo wszystko uciążliwą i wyczerpującą trasę, i widziałem zaskoczenie na twarzach prezydentów i burmistrzów miast polskich, którzy w tej konferencji wzięli udział.
Fakty te trudno zrozumieć i dlatego piszę do Pana Rektora, gdyż, contra spem spero, że może wszystko to było wynikiem jakiegoś fatalnego nieporozumienia? Ufam, że odpowiedź Jego Magnificencji te wątpliwości wyjaśni i pozwoli nam mieć nadzieję, że Uniwersytet Warszawski jest właściwym miejscem do dyskutowania ważnych dla Polski spraw i że ludzie, którzy wkładają wielki wysiłek w próby naprawy Rzeczypospolitej, mogą liczyć na przychylność, zrozumienie i właściwą atmosferę w jego murach".
Niestety, minęło osiem lat i obraz jest ten sam. Przez te wszystkie lata ani nauczyciele akademiccy tego Uniwersytetu, ani ich akademiccy uczniowie, nie wykazali żadnego zainteresowania postulatem, żeby w III RP Izbę Ustawodawczą wyłaniano tak, jak w najważniejszych krajach świata uchodzącego za demokratyczny. Nawet kiedy Platforma Obywatelska przeprowadziła tę akcję, którą premier Donald Tusk określił, jako "największą akcję polityczną od roku 1989", społeczność akademicka Uniwersytetu Warszawskiego wzruszyła ramionami: nie interesuje nas to! Konferencje JOW odbywały się na uniwersytetach Wrocławia, Krakowa, Szczecina, Kielc, Lublina, w Białostockiej Akademii Medycznej, wyższych szkołach Poznania, Krosna, Suchej Beskidzkiej, Jeleniej Góry, na ratuszach Poznania, Gdańska, Zielonej Góry, Szczecina, Ostrowa Wielkopolskiego, Grodziska Mazowieckiego - zamknięte przed nami pozostały najważniejsze uczelnie Miasta Stołecznego Warszawy.
Dzisiaj odbywają się wybory parlamentarne. Pierwszy raz w nowożytnej historii Polski senatorów wybieramy w jednomandatowych okręgach wyborczych. Ruch Obywatelski na rzecz JOW zwrócił się do kandydatów na stanowiska senatorskie z zaproszeniem do wsparcia naszego Marszu, do poparcia naszego postulatu ustrojowego! Z kandydatów do Senatu w Warszawie i okręgach okołowarszawskich, na zaproszenie nie odpowiedział nikt i ani jeden nie był łaskaw pokazać się na Marszu!
Wobec ogromnych trudności komunikacyjnych w dotarciu do Warszawy z odległych miejsc w Polsce liczyliśmy, że tym razem większy udział w naszej akcji weźmie Stolica Polski. Najbardziej popularny polski polityk internetowy, Janusz Korwin-Mikke, który ma ok. 70 tysięcy facebookowych fanów, wezwał swoich sympatyków, żeby razem z nim na Marsz. Podobne wezwanie wystosował p. Marek Jurek, szef ambitnej partii politycznej. Do tego samego wezwała Mazowiecka Wspólnota Samorządowa, popularne portale internetowe "ASME", "Nowy Ekran", "Prawica.Net", "Salon24". Portale te mają wiele tysięcy czytelników i fanów….
Czy to możliwe, że ta postawa Warszawy wynika stąd, że Warszawa wie coś, o czym nie wie prowincja, o czym nie wie Wrocław, Koszalin, Kłodzko, Białystok? Cóż by to mogło być?
Kilka miesięcy Londyn, a razem z nim całe Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, żyli wielkim, historycznym referendum o ordynację wyborczą. Pytano ich, czy nie przeszkadza im to, czego tak bardzo boją się politycy polscy, systemu JOW o nazwie "First Past The Post"? 70% brytyjskich wyborców odpowiedziało "Nie, nie przeszkadza nam wcale! Chcemy, żeby tak było nadal!".
Ta informacja została przed mieszkańcami Warszawy ukryta. Nie poświęciły jej żadnej uwagi wszystkie mieszczące się tutaj rozgłośnie telewizyjne i radiowe, nie pisały o tym stołeczne gazety! Naprawdę, bardzo tajemna ta tajna wiedza, która by mogła wyjaśnić opisywaną tutaj postawę mieszkańców Stolicy.
Już wiele lat temu zrodził się we wrocławskich głowach pomysł: żeby nadać Warszawie niepodległość! Jest to przedsięwzięcie proste, bo wszystko do tego potrzebne już ma: premiera i rząd, i wszystkie ministerstwa, i wszystkie urzędy centralne. Da sobie radę! Może wtedy i reszta Polski zacznie żyć normalnie.