Ustawa medialna: Lech Kaczyński okazał się sierżantem w armii ideowej swojego brata, Donald Tusk się leni - Łukasz Perzyna o błędach kandydatów do Pałacu Prezydenckiego w następnych wyborach Wysłane poniedziałek, 26, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
Ustawa medialna: Lech Kaczyński okazał się sierżantem w armii ideowej swojego brata, Donald Tusk się leni - Łukasz Perzyna o błędach kandydatów do Pałacu Prezydenckiego w następnych wyborach Wysłane poniedziałek, 26, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
"Niedawno, przy okazji wystąpienia premierowskiego Donalda Tuska, nazywanego kolejnym czy »małym exposé«, przypominałem Martina Lutera Kinga i jego słynne słowa »Miałem sen...«. Mówiłem, że sen ten się spełnił, że jest to siła politycznego wizjonerstwa, siła kogoś, kto wyprzedza swoją epokę... Wiele lat po zamordowaniu tego murzyńskiego przywódcy, który ubiegał się o przyznanie pełnych lat wyborczych, ten sen się wypełnia: nie wiemy tylko jednego - czy czarnoskóry Barak Obama zostanie przywódcą USA. A czy sen Donalda Tuska się wypełni? Na razie doczekał się jeszcze przed swoim wystąpieniem kabaretowego pastiszu »Donald marzy« na wzór czeskiej piosenki sprzed kilkudziesięciu lat »Jozin z bazin«. Tusk znajduje się w specyficznej sytuacji: poparcie dla PO nadal utrzymuje się na najwyższym poziomie od początków III RP. Z drugiej strony druga połowa Polaków deklaruje, że Donald Tusk i Platforma nie wypełnia swoich zobowiązań wyborczych" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność" i naszej witryny ASME, komentuje wydarzenia na scenach teatru politycznego z zeszłego tygodnia.
Tusk przypomina żeglarza, który w portowej tawernie tak długo i tak pięknie opowiada o swoich morskich wyczynach, że nie starcza już mu czasu, by naprawdę wypłynąć na oceany i tych czynów dokonywać. Połowie Polaków taka markiengiarska i propagandowa formuła rządów odpowiada. Druga połowa czeka na konkrety i na te elementy rządów premierów Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, które nie wiązały się z "twardymi" hasłami rewolucji moralnej, ze stawianiem standardów moralnych, którzy sami rządzący nie wypełniali - warto w tym momencie przypomnieć osoby ministrów Tomasza Lipca i Janusza Kaczmarka, żeby zrozumieć rozziew między deklarowanymi przez poprzednią ekipę standardami a ich wypełnianiem. Wszyscy mają nadzieję na utrzymanie wzrostu gospodarczego na poziomie, do którego przywykli z czasów rządów PiS - 5-7% rocznie PKB. Redukcja poziomu bezrobocia z 20% z czasów rządów post(?)komunistów do ponad 10% także datuje się z tamtych czasów, choć stanowi zbiorczy wysiłek poprzednich ekip administracji państwowej. Zdążyliśmy się odzwyczaić od patologii gospodarczych. I mamy z tym już problem - uważa Łukasz Perzyna. Donald Tusk nie wybrał jeszcze tematu na swój okręt flagowy. Co gorsza: pierwszoplanowe składniki wyborczych obietnic: redukcja podatków, podatek liniowy, wprowadzenie ordynacji większościowej (JOW), ostre ograniczenie bezkarności klasy politycznej - zostały "zatopione" w imię koncyliacyjnej polityki współprowadzonej z koalicjantem. A przecież trzeba pamiętać, że to PSL-owcy "zatopili" rząd tow. Leszka Millera, występując z ówczesnej koalicji... Z drugiej strony - dla Prawa i Sprawiedliwości stan zaledwie 17-procentowego poparcia w skali kraju to stan alarmowy. W przegranych ostatnich wyborach odchodziło przecież z 32% głosami poparcia. Jarosław Kaczyński stracił więc prawie co drugiego wyborcę. Także i prezydent Lech Kaczyński, zbierając 38% głosów zaufania nie powinien zasypiać gruszek w popiele. Powracają inne kandydatury do stołka w Pałacu Prezydenckim, wyścig dopiero się zaczyna - zwraca uwagę prawicowy publicysta.
Nagranie trwa ponad 16 minut, jest dostępne w Sieci do 7 VI 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania o doskonałej jakości.
W hołdzie bohaterskiemu rotmistrzowi w 60. rocznicę stalinowskiego mordu Pilecki zamiast "Che" Guevary - Tadeusz M. Płużański Wysłane niedziela, 25, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
Komunistyczni siepacze zamordowali go równo 60 lat temu - 25 maja 1948 r. strzałem w tył głowy w więzieniu mokotowskim w Warszawie. "Ludowa" Polska nie doceniła bohaterstwa człowieka, który jako jedyny poszedł dobrowolnie do obozu śmierci w Auschwitz. Po powrocie do kraju, jako emisariusz II Korpusu gen. Władysława Andersa, w maju 1947 r. został aresztowany przez UB. Po trwającym niemal rok brutalnym śledztwie, podczas pokazowego procesu dostał karę śmierci. Niebywałe czyny Witolda Pileckiego zapewniły mu uznanie na Zachodzie - wliczono go w poczet najodważniejszych ludzi świata. Niestety, w wolnej Polsce większym wzorem do naśladowania (dla niektórych - ASME) jest np. południowoamerykański rewolucjonista Ernesto "Che" Guevara. A może jednak lepiej promować naszych bohaterów?
Jak Witold Pilecki trafił do Auschwitz? Po kampanii wrześniowej, w której dowodził plutonem kawalerii, wstąpił do jednej z pierwszych podziemnych organizacji - Tajnej Armii Polskiej (później weszła w skład Związku Walki Zbrojnej). Kiedy na początku 1940 r. TAP dotknęły aresztowania i część członków przewieziono do Auschwitz (pierwszy transport Polaków - więźniów politycznych przybył tam 14 czerwca 1940 r.), na jednej z narad ustalono, że ktoś z kierownictwa organizacji dostanie się do obozu, aby poznać panujące w nim warunki i możliwości uwolnienia więźniów. Wtedy (i jeszcze długo potem) nikt nie zdawał sobie sprawy, co to za miejsce: że to nie jeden z wielu obozów pracy, ale wielka fabryka zagłady. Wyprzedzając trochę fakty, podkreślić należy, że kiedy w październiku 1940 r. generał Stefan "Grot" Rowecki, przez zwolnionego więźnia otrzymał pierwszy raport Witolda z Auschwitz i wysłał go do Londynu, zarówno w Anglii jak i Ameryce informacje te uznano za przesadzone.
ROZKAZ WYKONAŁEM
"Około 10 wieczór (godzina 22.00) pociąg się zatrzymał w jakimś miejscu (...) Słychać było krzyki, wrzask, otwieranie wagonów, ujadanie psów. To miejsce we wspomnieniach moich nazwałbym momentem, w którym kończyłem ze wszystkim, co było dotychczas na ziemi i zacząłem coś, co było chyba gdzieś poza nią. (...) Zbliżaliśmy się do bramy, umieszczonej w ogrodzeniu drutów, na której widniał napis "Arbeit macht frei". Później dopiero nauczyliśmy się go dobrze rozumieć" - napisał rotmistrz już po ucieczce z Auschwitz. Wracając do chronologii. Na wspomnianej naradzie komendant TAP mjr Jan Włodarkiewicz wytypował Pileckiego i przedstawił jego nazwisko Roweckiemu. O rotmistrzu pomyślano nieprzypadkowo. Urodzony 13 maja 1901 r. w Ołońcu (Karelia), dokąd władze rosyjskie przesiedliły rodzinę w ramach represji za udział w powstaniu styczniowym, miał piękną kartę w służbie Ojczyźnie. Członek POW, obrońca Wilna przed Sowietami w 1920 r., ułan II Rzeczypospolitej, żołnierz wojny obronnej. Teraz czekała go kolejna próba. Chociaż inicjatywa pójścia do Auschwitz nie wyszła od samego Pileckiego, odważnie podjął się zadania. Po zdobyciu dokumentów na nazwisko Tomasza Serafińskiego - oficera WP, który miał zginąć we wrześniu 1939 r., Pilecki czekał dogodnej chwili, aby dać się złapać. Udało się 19 września 1940 r. Jego kuzynka Eleonora Ostrowska, u której wówczas przebywał, wspominała: "Otworzyłam i w drzwiach stanął niemiecki żołnierz - zapytał, kto tu mieszka. Nie zdążyłam odpowiedzieć, gdyż w tej chwili z pokoju wyszedł Witold. (...) Ubrał się i żegnając się ze mną, szepnął: »Zamelduj, gdzie trzeba, że rozkaz wykonałem«". Po zatrzymaniu Pilecki zachowywał się tak, by przypadkiem nie został zwolniony. Demonstrował swoją inteligenckość, jak i to, że jest byłym oficerem WP, który nie poddał się zarządzonemu przez okupanta obowiązkowi rejestracji. To gwarantowało przewiezienie do jednego z obozów koncentracyjnych. "Szczęśliwie" znalazł się w transporcie, który 21 września 1940 r. trafił do Auschwitz. Prawdziwego Tomasza Serafińskiego, zastępcę dowódcy placówki AK w Nowym Wiśniczu, Pilecki poznał w trakcie swojej ucieczki z obozu.
WYZWOLIĆ OBÓZ
W tej niemieckiej fabryce śmierci - przez 2,5 roku - był numerem 4859. Już od pierwszych dni - z myślą o wyzwoleniu obozu - zaczął organizować siatkę konspiracyjną, pod nazwą Związku Organizacji Wojskowych, której nadał formę sprzysiężenia tajnych piątek. "Każda z »piątek« sądząc, że jest jedynym szczytem Organizacji, rozwijała się samodzielnie, rozgałęziając się tak daleko, jak ją suma energii i zdolności jej członków naprzód wypychały" - czytamy w raporcie Pileckiego. Dodatkowe zabezpieczenie stanowiła grupa, która likwidowała najgroźniejszych konfidentów i funkcyjnych. Wyroki śmierci, po osiągnięciu całkowitej pewności o winie oprawców, wykonywano na ogół w szpitalu. Wkrótce organizacja miała swoich ludzi również w innych, decydujących o życiu i śmierci miejscach obozu, m.in. w biurze pracy. Na szeroką skalę niesiono pomoc współwięźniom. Niedługo po przybyciu do Auschwitz Pilecki zachorował na grypę. W grypsie do dr. Władysława Deringa, członka TAP, a potem ZOW napisał: "Jeśli mnie natychmiast stąd nie zabierzesz - to stracę resztę sił na walce z wszami. W obecnym stanie zbliżam się w przyspieszonym tempie do komina krematoryjnego". Przez cały pobyt w Oświęcimiu - w szpitalu, gdzie walczył potem z tyfusem, w kompanii karnej, w stolarni, przyświecała mu jedna myśl - wyzwolić obóz, co miało nastąpić przez połączone siły konspiracji obozowej i dzięki pomocy z zewnątrz. W końcu 1942 r. pion wojskowy organizacji liczył co najmniej kilkuset zaprzysiężonych konspiratorów. Pilecki zorganizował nawet tajny magazyn broni, wykradanej ze zbrojowni SS. Na początku 1943 r. Pilecki był już tak znany w obozowym podziemiu, że w każdej chwili groziła mu dekonspiracja. Zadanie, z jakim przyszedł do Auschwitz, wykonał - zorganizował tajną organizację, nawiązał łączność ze światem zewnętrznym, jego raporty szły na Zachód. Po 947 dniach udręki, podczas obozowej Wielkanocy 1943 r., dzięki misternie przygotowanemu planowi i szczęściu, które go nie opuszczało, udało mu się uciec.
BEZ WZGLĘDU NA KONSEKWENCJE
Na wolności od razu powrócił do działalności konspiracyjnej. Jeszcze w trakcie brawurowej ucieczki prosił okoliczne placówki AK i centralę w Warszawie o zgodę na podjęcie akcji wyzwolenia obozu. Jego plan uznano jednak za nierealny. Kiedy rozkaz organizacji "NIE" zabronił mu wzięcia udziału w Powstaniu Warszawskim, walczył początkowo jako szeregowiec, później dowodził oddziałem w Zgrupowaniu Chrobry II. Podczas walk zginął jego przyjaciel i współuciekinier z Oświęcimia, por. Jan Redzej. 13 sierpnia z powstańczej reduty przy placu Starynkiewicza Pilecki wycofał się jako ostatni. Dowódca sąsiedniej kompanii por. Zbigniew Bryn zapamiętał, że wyróżniał się "zawsze uwidaczniającym się uczuciem opiekuńczym. (...) I z tego właśnie powodu, obok różnicy lat, jaka nas dzieliła, w gronie najbliższych nazywaliśmy go »Tata«". Po osadzeniu w oflagach Lamsdorf (Łambinowice) i Murnau nie zapomniał, że zgodnie z żołnierską przysięgą jego obowiązkiem jest powrót do Polski. Zgodę na misję emisariusza wyraził gen. Władysław Anders. W okupowanym przez Sowietów kraju po raz drugi nie wykonał rozkazu - miał ponownie zameldować się w II Korpusie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Nawet, gdy bezpieka była na jego tropie (założona przez Pileckiego grupa wpadła wskutek prowokacji kapusia; UB, aresztując - dzień po dniu - jej członków, wszystko o nich wiedział), nie skorzystał z możliwości wyjazdu na Zachód. Do końca pozostał na posterunku, co określił słowami: "Ja zostanę, wszyscy nie mogą stąd wyjechać, ktoś musi tu trwać bez względu na konsekwencje".
MORD SĄDOWY
Podczas pokazowego, starannie nagłaśnianego przez reżimową prasę procesu 15 marca 1948 r., wobec czterech członków grupy Pileckiego, prokurator mjr (potem pułkownik) Czesław Łapiński żądał kary śmierci (główne zarzuty: 1. szpiegostwo na rzecz "obcego wywiadu", którym miał być II Korpus Andersa, 2. próby zamachów na czołowe osobistości bezpieki; dobrowolnego więźnia Auschwitz nie zawahano się nawet oskarżyć o współpracę w czasie wojny z Niemcami). Kilka lat temu w Warszawie toczył się proces Łapińskiego, oskarżonego przez Instytut Pamięci Narodowej o podżeganie do mordu sądowego na Witoldzie Pileckim i jego współpracownikach. Prokurator IPN zarzucił mu, że domagając się najwyższego wymiaru kary, posiadając duże doświadczenie w eliminowaniu przeciwników politycznych (wcześniej wydawał wyroki śmierci w Wydziale do Spraw Doraźnych białostockiego Sądu Okręgowego, a jako szef Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Łodzi skazywał żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca") miał pełną świadomość, że oskarżeni mogą zostać straceni. Przyczynił się tym samym do zamordowania rotmistrza. Współtowarzysze Pileckiego mieli więcej szczęścia. Mojego ojca - Tadeusza Płużańskiego, kuriera Witolda do armii Andersa (podczas wojny wieloletniego więźnia KL Stutthof) Bierut ułaskawił na dożywocie "ze względu na młody wiek", a łączniczkę Marię Szelągowską "ze względu na płeć". Pozostałych pięciu "szpiegów" dostało niższe wyroki.
DZIECI SZPIEGA
Do skazania Łapińskiego - po 1956 r. adwokata - nie doszło, gdyż oskarżony w 2004 r. zmarł, ale jego proces ujawnił szereg nowych wątków sprawy. Jako świadkowie oskarżenia zeznawali m.in. członkowie rodzin ofiar. - W szkole na ścianach wisiały szczekaczki. Kiedy przedstawiano relację z procesu, nauczycielka spytała mnie w obecności całej klasy: "Czy ty jesteś córką tego szpiega?". Potwierdziłam. Byłam dumna z ojca, bo wiedziałam, że bardzo nas kocha i że jest wielkim patriotą - wspomina Zofia Optułowicz, córka rotmistrza. - Mama nie brała udziału we wszystkich rozprawach, nie była w stanie - pamięta Andrzej Pilecki, syn rotmistrza. - Mówiła mi, że widziała pozrywane paznokcie ojca. Któregoś dnia wróciła z Warszawy roztrzęsiona i powiedziała, że ojca skazali. Po zamordowaniu rotmistrza rodzina też nie miała łatwego życia. Żona - Maria - nauczycielka nie mogła znaleźć pracy w zawodzie. Dzieci nie chcieli przyjąć na studia.
ŚMIERCI SIĘ NIE BOJĘ
Winnych śmierci Witolda Pileckiego jest więcej. Wyrok wydał Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie w składzie: ppłk Jan Hryckowian (przewodniczący składu, a zarazem szef sądu; przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim; w czasie wojny AK-owiec odznaczony Krzyżem Walecznych; skazał na śmierć co najmniej 16 żołnierzy niepodległościowego podziemia), kpt. Józef Badecki (przed wojną skończył prawo na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie; co najmniej 29 wyroków śmierci) i kpt. Stefan Nowacki (ławnik, wzięty do sprawy z warszawskiej jednostki wojskowej). Sąd, który skazał Pileckiego na KS, był całkowicie podporządkowany bezpiece. Nawet mecenaska Alicja Pintarowa przyznawała, że wykonuje tylko instrukcje MBP i jedynym ratunkiem dla oskarżonych jest pójście na współpracę. Na to jednak nikt z grupy rotmistrza nie zgodził się. W 2002 r. Pintarowa zeznała prokuratorowi IPN: - Proces był robiony pod Pileckiego, aby go skazać. "Śmierci się nie boję" - powiedział rotmistrz po ogłoszeniu wyroku.
Z WYROKU RÓŻAŃSKIEGO
Śledztwo nadzorował osobiście (co świadczy o szczególnym znaczeniu, jaki komuniści przykładali do sprawy) szef Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, płk Jacek Różański (Józef Goldberg), który faktycznie wydawał wyroki. Pomagał mu zastępca - naczelnik Wydziału II, ppłk Adam Humer (23 stycznia 1948 r. zatwierdził akt oskarżenia) i dyr. Departamentu III (ds. walki z bandytyzmem, czyli niepodległościowym podziemiem), płk Józef Czaplicki, ze względu na swoją nienawiść do AK-owców nazywany "Akowerem". Na ich biurka, a także wiceministra bezpieki, gen. Romana Romkowskiego (Natana Kikiela) trafiały raporty o "postępach" w śledztwie. Różański ignorował fakty przemawiające "na korzyść" rotmistrza, np. raporty z jego pracy w Auschwitz, a nadawał specjalne znaczenie sfingowanym dokumentom, głównie "raportowi Brzeszczota", (to on miał przewidywać likwidację "mózgów MBP" - właśnie Różańskiego, Czaplickiego i szefowej Departamentu V Julii Brystygier). W rzeczywistości celem grupy było zbieranie informacji o działalności nowego okupanta i "rozładowanie" zbrojnego podziemia, aby przestawiło się na działalność polityczną. Zamachy nie wchodziły w grę - Pilecki nie miał na to środków (znaleziona w jego skrytce broń nigdy po Powstaniu Warszawskim nie została użyta), a gdyby nawet... W liście z więzienia na Mokotowie do Różańskiego napisał: "po przeżyciach w Oświęcimiu nie umiałbym nikogo zamordować". Pileckiego i jego współpracowników przesłuchiwało (co było w zwyczaju bezpieki) kilku śledczych. Wymieńmy ich nazwiska: Stefan Alaborski, Jerzy Kroszel, Tadeusz Słowianek, Jerzy Kaskiewicz, Marian Krawczyński, Zbigniew Kiszel, Eugeniusz Chimczak (w 1996 r. skazany na osiem lat w procesie Humera). Trzech ostatnich żyje do dziś, w centrum Warszawy, nie nękani przez Temidę.
POD SCZEGÓLNYM NADZOREM
Myliłby się jednak ten, który twierdziłby, że za śmierć rotmistrza odpowiadało "tylko" MBP i mordercy w togach - sędziowie i prokuratorzy. Wyrok zapadł na szczytach komunistycznej partii i państwa. Śledczy Krawczyński, którego podpis widnieje na wielu, kluczowych dla śledztwa dokumentach, zeznawał jako świadek na procesie prokuratora Łapińskiego: - Aktu oskarżenia nawet nie przeczytałem. Nie było po co, bo wytyczne przyszły z KC. Nad "właściwym" przebiegiem śledztwa czuwał jeszcze Naczelny Prokurator Wojskowy, płk Stanisław Zarako-Zarakowski (Rosjanin, słynny kat Polaków) i jego zastępca do spraw szczególnych (co potwierdza wyjątkowy charakter sprawy), ppłk Henryk (Hersz) Podlaski. 4 listopada 1947 r. Witold Pilecki potwierdził przed prokuratorem NPW, mjr Zenonem Rychlikiem, że złożone w śledztwie zeznania były dobrowolne. Obok stał Krawczyński - powiedzenie prawdy o przymusie fizycznym i psychicznym mogło skończyć się wznowieniem śledztwa. Rotmistrz odwołał zeznania dopiero podczas procesu: "protokoły podpisywałem, przeważnie nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony". Na sali sądowej siedzieli sprawcy tego "zmęczenia". 3 maja 1948 r. Najwyższy Sąd Wojskowy w składzie: płk Kazimierz Drohomirecki, ppłk Roman Kryże, por. Jerzy Kwiatkowki i mjr Leo Hochberg wyrok na Pileckiego utrzymał w mocy. Z ramienia NPW dopilnował tego mjr Rubin Szwajg, w stalinowskiej prokuraturze odpowiedzialny za sprawy szczególne. Wobec Pileckiego Bierut nie skorzystał z prawa łaski.
OSTATNI AKT
Egzekucję nadzorował zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego Alojzego Grabickiego Ryszard Mońko. Na procesie Łapińskiego zeznawał: - 25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów. Byli z bezpieki. Na polecenie prokuratora [Stanisława Cypryszewskiego - TMP] rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu. Pilecki nie był prowadzony, szedł o własnych siłach. Co innego widział więzień Mokotowa, ksiądz Józef Stępień: - Ubecy prowadzili go pod ręce, a on powłóczył nogami. Mońko opowiadał dalej: "Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Więźniów politycznych rozstrzeliwano, pospolitych wieszano [były wyjątki, komuniści powiesili np. gen. Augusta Emila Fieldorfa, aby dodatkowo go upokorzyć - TMP]. Pluton egzekucyjny to był jeden funkcjonariusz UB [etatowy morderca, starszy sierżant Piotr Śmietański wykonujący wyroki wzorem sowieckim - strzałem w tył głowy, sądząc z podpisów na protokołach wykonania KS ledwo piśmienny; potem wyjechał do Izraela - TMP]. - Gdzie pogrzebano Pileckiego? - pytał sąd Mońkę. - Nie brałem w tym udziału. Od dyżurnych wartowników słyszałem, że ciała zabitych wywoziła gdzieś sanitarka więzienna. Sanitarka pojechała prawdopodobnie na warszawski Służewiec. Tam potajemnym grzebaniem zamordowanych zajmował się - w latach 1945 - 1956 - nieżyjący już dziś funkcjonariusz więzienny Władysław Turczyński. Symboliczna mogiła Witolda Pileckiego znajduje się na cmentarzu w rodzinnej Ostrowi Mazowieckiej.
CYRANKIEWICZ NIE POMÓGŁ
Dlaczego Witold Pilecki musiał zginąć? Przecież nie wszyscy polscy patrioci zostali po wojnie straceni. W 1948 r., w przerwie rozprawy sądowej, zdołał szepnąć do kuzynki Ostrowskiej: "Ja już żyć nie mogę, mnie wykończono. Bo Oświęcim to była igraszka". - Kiedy po rozprawie mama poszła do prokuratora Łapińskiego z prośbą o pomoc, odpowiedział: "Pani mąż to wrzód na ciele Polski Ludowej, który trzeba wyciąć" - opowiada Zofia Optułowicz. Może powodem była odmowa współpracy z UB? W aktach czytamy notatkę, którą sporządził Komar - "agent celny" (kapuś, który wyciągał informacje od współwięźniów w celi): "Pileckiemu proponowano rolę Rzepeckiego [płk Jan Rzepecki, prezes I Zarządu Głównego WiN z więzienia namawiał AK-owców do ujawniania się, czego efektem były aresztowania - TMP], ale on stwierdził, że nie będzie się kajał, przyznawał do niepopełnionej winy". A może kluczem do tragedii rotmistrza jest Józef Cyrankiewicz, który premierem - na długie lata - został trzy miesiące przed aresztowaniem Pileckiego? Przez cały PRL obowiązywała wersja, że to właśnie on był organizatorem podziemia w Auschwitz. Jeszcze w latach 90. w obozowym muzeum widniało jego zdjęcie, jako członka Kampfgruppe Auschwitz (niektórzy badacze twierdzą, że organizacja współpracowała z Gestapo). O znacznie większym Związku Organizacji Wojskowych Pileckiego nie było ani słowa. Jeszcze w styczniu 2005 r., podczas obchodów 60. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz, prezydent Aleksander Kwaśniewski, mówiąc o więźniach-bohaterach wymienił Cyrankiewicza, "zapominając" o rotmistrzu Pileckim i ojcu Maksymilianie Kolbe. Spór: czy Cyrankiewicz przyłożył rękę do śmierci Pileckiego, trwa do dziś. Jedno można powiedzieć na pewno - nie pomógł. A interweniowała u niego rodzina rotmistrza, byli więźniowie Auschwitz.
CHROŃMY PAMIĘĆ
Czy Pilecki to święty polskiego patriotyzmu (określenie mojego śp. ojca)? Ale dlaczego w więzieniu próbował prowadzić swoistą grę z Różańskim, przekonywać go do swoich racji? Mógł co prawda myśleć: to jeden z głównych prześladowców ludzi walczących o wolną Polskę, uosobienie sowieckiego zła, ale przecież też jest człowiekiem, a w dodatku nosi polski mundur, który powinien do czegoś zobowiązywać... Po drugie, co ważniejsze, "szczere" rozmowy z szefem Departamentu Śledczego nie pogorszyły w żaden sposób sytuacji współoskarżonych. W wierszu "Dla Pana Pułkownika Różańskiego" (Mokotów, 14 maja 1947 r.) napisał: "Dlatego więc piszę niniejszą petycję, by sumą kar wszystkich - mnie tylko karano, bo choćby mi przyszło postradać me życie - tak wolę - niż żyć wciąż, a w sercu mieć ranę". Pilecki, maltretowany w ubeckich kazamatach - co omal nie doprowadziło go do samobójstwa - nikogo nie wydał. Do końca życia pozostał wierny ideałom: Bóg, Honor, Ojczyzna, idąc - z podniesioną głową - drogą XV-wiecznego ascety Tomasza a Kempis. Za te ideały oddał życie. Po długich latach PRL-u można już pielęgnować pamięć o Witoldzie Pileckim - żołnierzu niepodległości, dobrowolnym więźniu Auschwitz, walczącym z dwoma okupantami Polski. W 1990 r. Sąd Najwyższy zrehabilitował rotmistrza i pozostałych skazanych w 1948 r. Dwa lata temu Andrzej Pilecki odebrał w imieniu ojca pośmiertny Order Orła Białego, przyznany przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. 7 maja br. Senat RP podjął "uchwałę w sprawie przywrócenia pamięci zbiorowej Polaków bohaterskiej postaci rotmistrza Witolda Pileckiego".
IV Marsz woJOWników na Warszawę - 11 października 2008 r. Wysłane niedziela, 25, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
Na stronie internetowej Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych www.jow.pl opublikowany został Apel o udział w IV Marszu na Warszawę w dniu 11 października 2008 r. Zwolennicy JOW zebrali już wiele setek tysięcy podpisów pod żądaniem referendum w tej sprawie. Ponad 700 tysięcy podpisów zebranych zostało trzy lata temu z inicjatywy Platformy Obywatelskiej, ponad 200 tysięcy podpisów zebrali już wcześniej działacze Ruchu JOW. Do Sejmu RP, w tej samej sprawie, skierowano do tej pory tysiące apeli i wniosków najróżniejszych organizacji, związków zawodowych, rad gminnych, stowarzyszeń i grup obywateli. Jak dotąd kolejne sejmy pozostawały głuche na te obywatelskie wezwania. Zróbmy więc to, co w takiej sytuacji zwykle robią obywatele wolnych i demokratycznych krajów: weźmy udział w manifestacji ulicznej w Warszawie! Pokażmy, że naprawdę chcemy takiej zmiany! Umieszczamy zatem tutaj in extenso ten Apel i zachęcamy wszystkich zwolenników JOW do poparcia go swoim podpisem na stronie www.jow.pl
Weźmy udział w IV Marszu na Warszawę O Jednomandatowe Okręgi Wyborcze (JOW) 11 października 2008 Warszawa, godz. 11., Plac Zamkowy
Kolejny raz oczekiwania Polaków na przeprowadzenie rzeczywistej reformy państwa - usunięcia wady ustrojowej, jaką jest tzw. ordynacja proporcjonalna w wyborach do Sejmu - zostały zawiedzione przez partie sprawujące władzę. Platforma Obywatelska, wbrew swoim uroczystym zapowiedziom i obietnicom, wbrew woli obywateli, wyrażonej złożeniem ponad 700 tysięcy podpisów pod wnioskiem o referendum powszechne w tej najważniejszej sprawie - nie uczyniła niczego, aby te obietnice zrealizować. Premier, który jeszcze jako wicemarszałek Sejmu twierdził, że dla Polaków dzień wyborów parlamentarnych jest dniem wielkiego narodowego oszustwa - nie podjął nawet próby wyjaśnienia społeczeństwu wagi i znaczenia tego postulatu ustrojowego. Przeciwnie, wszystkie kanały komunikacji społecznej, podobnie jak przy sprawowaniu władzy przez inne ugrupowania polityczne, pozostały dla tej problematyki zamknięte, a obywateli domagających się wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych nadal nie dopuszcza się do mediów publicznych i uniemożliwia przedstawienie swoich postulatów.
Szkodliwego, korupcjogennego, zagmatwanego systemu wyborczego, który obowiązuje w Polsce od 17 lat, nie broni publicznie nikt, ponieważ jego utrzymywanie leży w interesie jedynie wąskiej grupy liderów partii politycznych, którzy bez systemu list partyjnych nie wyobrażają sobie swojego uczestnictwa w życiu publicznym i udziału we władzy. Wielu szeregowych członków wszystkich partii politycznych zdaje sobie sprawę, że obecny system wyborczy zamyka scenę polityczną, zamyka normalne, obywatelskie kanały awansu i kariery politycznej, ogranicza dostęp do urzędów publicznych do wąskiego kręgu zaufanych i dyspozycyjnych, a także nasze bierne i czynne prawo wyborcze. Rezultatem takich procedur jest niestabilna, skonfliktowana scena polityczna, nietrwałość rządów, coraz słabsze, coraz bardziej scentralizowane państwo oraz utrata zaufania obywateli do podstawowych instytucji państwa, z Sejmem na czele.
11 października 2008 r. organizujemy manifestację na ulicach Warszawy, aby przypomnieć rządzącym o ich obietnicach i pokazać, że obywatele polscy naprawdę chcą i życzą sobie prostych, wypróbowanych w świecie od ponad 200 lat procedur wyborczych, gwarantujących im bierne prawo wyborcze, zapewniających równość i bezpośredniość wyborów, tworzących przejrzystą i kontrolowaną przez nich scenę polityczną. Takie procedury wyborcze obowiązują w USA, Wielkiej Brytanii, Kanadzie i kilkudziesięciu innych krajach i nie ma żadnego powodu - poza niechęcią partyjnych elit - aby nie mogły obowiązywać w Polsce.
Wzywamy więc i zachęcamy wszystkich do udziału w IV Marszu na Warszawę o Jednomandatowe Okręgi Wyborcze! Dość mamy krętactw i obłudy rządzących! Żądamy albo niezwłocznego wprowadzenia JOW w wyborach do Sejmu, albo referendum ogólnonarodowego w tej sprawie! Jesteśmy przekonani, że masowe uczestnictwo obywateli w takiej manifestacji może przekonać rządzących o konieczności przeprowadzenia takiej reformy państwa.
Wykorzystajmy najbliższy czas do organizacyjnego i technicznego przygotowania się do udziału w Marszu: 1. Porozummy się z kolegami, znajomymi, przyjaciółmi - zachęćmy ich do wspólnego uczestnictwa w Marszu. 2. Rozpropagujmy materiały informacyjne: ulotki, broszury, książki. Niektóre z nich możemy uzyskać za pośrednictwem Biura Krajowego Ruchu, inne można wprost ściągnąć z naszej strony internetowej - www.jow.pl - wydrukować, powielić. Inne możemy sami przygotować, bo nasza idea jest prosta i czytelna. 3. Przygotujmy flagi, transparenty, koszulki i inne znaki wizualne naszego zaangażowania w sprawę JOW. 4. Wesprzyjmy Ruch finansowo, wpłacając jakąś kwotę na konto Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "JOW", bo każda działalność publiczna w skali całego państwa wymaga odpowiednich środków. 5. Przekazujmy informacje o naszej gotowości uczestniczenia w Marszu i przygotowaniach do niego, elektronicznie lub w inny sposób, do Biura Krajowego Ruchu, gdzie mieści się Komitet Organizacyjny Marszu.
Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych
Kobieta publiczna? Nie: kobieta w życiu publicznym - dyskusja Janusza Korwin-Mikkego z pp. prof. Joanną Senyszyn i dr Małgorzatą Molenda-Zdziech na SGH (cz. III) Wysłane czwartek, 22, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
Prezentujemy Państwu trzecią część zapisu dyskusji, jaka odbyła się w auli Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie w dniu 08.05.2008 pomiędzy przedstawicielem konserwatywno-liberalnego nurtu ideowego życia politycznego Polski, p. Januszem Korwin-Mikkem a znaną radykalną lewaczką, przedstawicielką feminizmu wojującego, tow. profesorką, doktorką habilitowaną Joanną Senyszyn oraz socjolożką, p. dr Małgorzatą Molenda-Zdziech. Spotkanie odbyło się w ramach panelu "Kobieta w życiu publicznym", przygotowanym przez reprezentantów (-ntki) "oikos International" O/Polska, organizacji, która zajmuje się "promowaniem społecznie zrównoważonej, ekonomicznie opłacalnej, a jednocześnie ekologicznie poprawnej gospodarki zasobami świata", czyli pisząc językiem współczesnej nowomowy politycznie poprawnej - tzw. wzrostem zrównoważonym. Gorąca dyskusja trwała przez cały czas prawie dwugodzinnego spotkania, prowadzona była na wysokim poziomie ideologicznym, choć nie pozbawiona jakże ubarwiających momentów osobistych podjazdów i uszczypliwości, co znacznie podnosiło temperaturę atmosfery spotkania i było żywo komentowane przez licznie zgromadzoną młodzieżową, studencką publiczność. Zapraszamy do zapoznania się z III, prawie dwudziestominutową część zapisu spotkania, całość relacji dostępna jest w Klubie TV ASME.
"Po Pałacu Prezydenckim snuje się cień wszechwładnego kretyna" - Stanisław Michalkiewicz o chwilce radości w ciężkich, obecnych czasach Wysłane czwartek, 22, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
"Po Pałacu Prezydenckim snuje się cień wszechwładnego kretyna" - Stanisław Michalkiewicz o chwilce radości w ciężkich, obecnych czasach Wysłane czwartek, 22, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
"Jak państwo pamiętają dziewiętnastowieczne opowieści, pojawia się tam często scena, w której biali podróżnicy płyną w górę afrykańskiej rzeki w pirodze, a zewsząd napierają na nią stada złowrogich krokodyli, więc zaczyna się wyrzucanie murzyńskich chłopców. Ta sytuacja się powtarza w naszych, zupełnie innych, okolicznościach, mianowicie pani minister Hall zdymisjonowała pana szefa Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, pana Legutkę. Skoro nastał czas wyrzucania murzyńskich chłopców, nieomylny to znak, że na pirogę zaczynają napierać krokodyle. I rzeczywiście - od kilku dni słyszymy w mediach mainstreamowych, że notowania rządu pana Tuska słabną. Rozumiem, że jest to reakcja razwiedki na próby emancypacji pana Tuska, - pan Vogel i inne sprawy, o których mówiłem tutaj, przed kamerą. Media stają się się coraz bardziej wnikliwe, zaczynają dostrzegać różne rzeczy, nawet mówią, że ostatnia, południowoamerykańska podróż, to ten-tego... na, jednym słowem - złocą mu rogi" - Stanisław Michalkiewicz, wyśmienity publicysta mediów prawicowych i stały współpracownik naszej witryny ASME, komentuje wydarzenia z ostatnich dni.
Drugą sprawą jest wizyta przedstawiciela "bratniej partii" dla PZPR/SLD, czyli SPD z Niemiec, który zapowiedział "udzielenie bratniej pomocy" dogorywającej partii post(?)komunistycznej ze strony "bratnich partii lewicowych". I natychmiast wystąpiła przed kamerami jakaś dziewczynka Piekarska z pomysłem o zabronieniu stosowanie klapsów wobec dzieci. Taki zakaz trzeba będzie jakoś kontrolować - potrzebny będzie urzędnik państwowy w naszych rodzinach. PSL został zaatakowany przez "Gazetę Wyborczą" za swój pomysł wzięcia wszystkich swoich funkcjonariuszy wraz z rodzinami na utrzymanie państwa, czyli nasze, podatników. Ale kiedy podatnicy polscy brali na utrzymanie funkcjonariuszy Unii Demokratycznej, "Gazeta Wyborcza" uważała ten stan za naturalny, a nawet pożądany. W przypadku "GW" jest to co innego, została posądzona nawet przez pana posła Marka Sawickiego o "rasizm polityczny"... Dzielny człowiek, ale chyba nie wie, jak za daleko się już zagalopował... Tow. Włodzimierz Cimoszewicz wysłał za zagranicę tow. młodziutkiego, "nadzieją lewicy" Sierakowskiego - widać więc KTO rozdziela prawdziwe zaszczyty po tamtej stronie. Ma się ukazać książka o panu prezydencie Wałęsie. Z tej okazji ów poczciwiec miota na lewo i prawo obelgi i obietnice, dostarczając nam wesołości, a panu Gontarczykowi i Cenckiewiczowi zapowiadając, że będą musieli cały nakład dzieła dostarczyć na przemiał. Stanisław Michalkiewicz proponuje rozpoczęcie akcji pisania listów do pana byłego prezydenta z pytaniem o wyjaśnienie znanego cytatu pana Jana Pużyckiego, że "po Pałacu Prezydenckim snuje się cień wszechwładnego kretyna" - kogo ów miał na myśli...?
Nagranie trwa ponad 11 minut, jest dostępne w Sieci do 5 VI 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania o doskonałej jakości.
Kobieta publiczna? Nie: kobieta w życiu publicznym - dyskusja Janusza Korwin-Mikkego z pp. prof. Joanną Senyszyn i dr Małgorzatą Molenda-Zdziech na SGH (cz. II) Wysłane poniedziałek, 19, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
Prezentujemy Państwu zapis dyskusji, jaka odbyła się w auli Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie w dniu 08.05.2008 pomiędzy przedstawicielem konserwatywno-liberalnego nurtu ideowego życia politycznego Polski, p. Januszem Korwin-Mikkem a znaną radykalną lewaczką, przedstawicielką feminizmu wojującego, tow. profesorką, doktorką habilitowaną Joanną Senyszyn oraz socjolożką, p. dr Małgorzatą Molenda-Zdziech. Spotkanie odbyło się w ramach panelu "Kobieta w życiu publicznym", przygotowanym przez reprezentantów (-ntki) "oikos International" O/Polska, organizacji, która zajmuje się "promowaniem społecznie zrównoważonej, ekonomicznie opłacalnej, a jednocześnie ekologicznie poprawnej gospodarki zasobami świata", czyli pisząc językiem współczesnej nowomowy politycznie poprawnej - tzw. wzrostem zrównoważonym. Gorąca dyskusja trwała przez cały czas prawie dwugodzinnego spotkania, prowadzona była na wysokim poziomie ideologicznym, choć nie pozbawiona jakże ubarwiających momentów osobistych podjazdów i uszczypliwości, co znacznie podnosiło temperaturę atmosfery spotkania i było żywo komentowane przez licznie zgromadzoną młodzieżową, studencką publiczność. Zapraszamy do zapoznania się z II, prawie dwudziestominutową część zapisu spotkania, całość relacji dostępna jest w Klubie TV ASME.
Kto uczył Jacka Kuronia patriotyzmu? - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 19, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
Jacek Kuroń jest niewątpliwie częścią historii opozycji demokratycznej w PRL i dlatego jego życiorys oraz dokonania stanowią przedmiot dociekań historyków. W swej najnowszej książce "Przystosowanie i opór. Studia z dziejów PRL" prof. Andrzeja Friszke bada drogę Jacka Kuronia do hasła "Niepodległość bez cenzury". Czyni to w obszernym studium pod tytułem "Problem niepodległości w Polsce powojennej 1945 - 1980", więc na opis ewolucji ideowej Jacka Kuronia siłą rzeczy nie pozostaje zbyt wiele miejsca. Jako naoczny świadek tamtych spraw chciałbym uzupełnić tę relację.
Jacek Kuroń - fanatyczny internacjonalista
Jacek pochodził z polskiej i patriotycznej rodziny. Jego ojciec inż. Henryk Kuroń wyrósł w tradycji Organizacji Bojowej PPS. W czasie wojny działał we lwowskiej Armii Krajowej. Niestety, Jacek za młodu darł koty z ojcem na tle ideowym, był bowiem w odróżnieniu od ojca fanatycznym komunistą. Wielkim wstrząsem stał się dla niego rok 1956 - Polski Październik, a następnie tragedia rewolucji węgierskiej. Mimo tych doświadczeń pozostał fanatycznym internacjonalistą. Swych wychowanków w hufcu "walterowskim" (tzn. im. polsko-sowieckiego generała "Waltera", czyli Karola Świerczewskiego) uczył śpiewania w marszu piosenek polskich, rosyjskich, ukraińskich i żydowskich. Miał być to protest przeciwko polskiemu nacjonalizmowi, zwłaszcza antysemityzmowi. Wielu rodziców z komunistycznych rodzin, szczególnie o żydowskim rodowodzie podsyłało mu do jego czerwonego harcerstwa swoje dzieci w obawie, że w odrodzonym po Październiku 1956 r. ZHP - odbieranym jako klerykalne i nacjonalistyczne - będą się czuli obco. Ci jego wychowankowie w dużym stopniu podążyli za nim do opozycji antygomułkowskiej, kiedy władze partyjne odebrały mu na początku lat 60. kierowanie hufcem. Rozbudzone w Październiku '56 nadzieje Polaków stopniowo gasły. Żartowaliśmy z goryczą: "Co najbardziej zmieniło się po Październiku? Sam Gomułka". Najbardziej niepokorni podejmowali potajemnie "knucie" spisków. Bohdan Urbankowski przypomniał ostatnio na łamach "Gazety Polskiej" sprawę opozycyjnego programu "W walce zwycięstwo! Bierność i milczenie - to zguba!". W jego pamięci kojarzy się to z działalnością propagandową ambasady ChRL i orzeszkami, którymi częstowano tam studentów z akademika. Mój przyjaciel Włodzimierz Olejnik z tych samych powodów założył na wydziale prawa Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie w owym czasie studiował, czynne koło Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Chińskiej. Towarzystwo było w ówczesnym PRL atrapą, gdyż Władysław Gomułka w sporze sowiecko-chińskim opowiedział się po stronie Kremla. Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Chińskiej istniało więc na papierze i pozorowało swą działalność. Natomiast Włodek Olejnik na przekór jego władzom prowadził ożywioną działalność, bywał podczas pobytu w Warszawie w siedzibie chińskiej ambasady i dostarczał swym przyjaciołom egzemplarze tzw. czerwonej książeczki z cytatami z dzieł przewodniczącego Mao oraz znaczki z jego wizerunkiem. Był pod względem ideowym człowiekiem zupełnie obcym komunizmowi, zaś w chińską awanturę się wdał na wzór marszałka Józefa Piłsudskiego, który przeciw carskiej Rosji szukał sojuszników w Japonii. Przy sposobności dodam, że Włodzimierz Olejnik brał czynny udział w pracach naszego kółka dyskusyjnego (konkurencyjnego wobec "komandosów"), w czasie wydarzeń marcowych powołany karnie w szeregi LWP, otarł się przypadkiem o tragiczną sprawę żydowskiego studenta zaszczutego przez ludzi gen. W. Jaruzelskiego. Ów student nie wytrzymał nerwowo prowadzonej przeciwko niemu nagonki i popełnił samobójstwo. W latach 70. Włodek wydostał się na Zachód i tam odegrał ważną rolę w polskim Londynie. Był m.in. redaktorem naczelnym "Tygodnia Polskiego" oraz przez jakiś czas organu emigracyjnego PPS "Robotnika".
Stalinowskie korzenie mijalowskiej KPP
Sprawa Józefa Śniecińskiego i towarzyszy skazanych przez sąd PRL z małego kodeksu karnego, która Bohdanowi kojarzy się z działalnością chińskiej ambasady, u mnie wywołuje skojarzenia z czymś zupełnie innym. Po dojściu do władzy tow. Wiesława w Październiku '56 roku wśród członków prostalinowskiej koterii "natolińskiej" nastąpił rozłam. Większość z nich (w tym i wspomniany przez Bohdana gen. Moczar) oddali się pod komendę tow. Gomułki, mniejszość z Kazimierzem Mijalem pozostała w opozycji do nowego kierownictwa jako grupa nacisku, sterowana przez sowiecką ambasadę. Przed utrąceniem przez Nikitę Chruszczowa "antypartyjnej grupy" Mołotowa opowiedzieli się oni po stronie kremlowskich stalinowców, zaś po ich klęsce znaleźli nowych protektorów w neostalinowskich Chinach, które otwarcie głosiły, że Stalin miał trzy palce złe, ale siedem dobrych. Zapatrzony w Stalina, przewodniczący Mao zorganizował "wielki skok" z zapędzaniem chłopów do komun ludowych, zakończony wielkim głodem, przewyższający nawet stalinowski holokaust chłopów na Ukrainie, Północnym Kaukazie i w Kazachstanie. W odróżnieniu atoli od Stalina, który niezadowolenie z takich rządów w szeregach partyjnych (bezpartyjni, jak wiadomo, nie liczyli się ani w ZSRR, ani w Chinach Ludowych) stłumił poprzez krwawą czystkę rękoma NKWD, Mao wysłał na opozycję partyjną hunwejbinów, czyli dokonującą "rewolucję kulturalną" młodzież z książeczkami Mao w ręku. Ich ofiarą padło wielu ludzi zbyt mądrych jak na wymogi owej epoki. Trzeba zdawać sobie sprawę, że wszystkie najpotworniejsze zbrodnie SB w PRL - to nic w porównaniu ogromem zbrodni komunistycznych w ChRL. Kazimierz Mijal w czasie tych maoistowskich zbrodni założył w Polsce prochińską, konspiracyjną partię komunistyczną, konkurencyjną wobec PZPR. Manifest "W walce zwycięstwo" był dokumentem programowym nowej, mijalowskiej KPP. Bohdan Urbankowski słusznie przypuszcza, że stanowił on bodziec dla Jacka Kuronia w podjęciu prac nad jego manifestem rewolucyjnym. Oczywiście nie mógł być inspiracją, gdyż Jacek Kuroń był od 1956 roku wrogiem stalinizmu. Po przejęciu przez SB w końcu 1964 roku kopii manifestu w mieszkaniu Joanny i Stanisława Gomułków przyjaciel ideowy Jacka Karol Modzelewski napisał w tym samym duchu "List otwarty do Partii", sygnowany przez ich obydwu, za co też obydwaj poszli do więzienia. Tu sprostuję, że Karol Modzelewski otrzymał zgodnie z ówczesnymi normami 3,5 roku pozbawienia wolności (czyli dokładnie tyle samo, co Józef Śnieciński), natomiast Jacek Kuroń - podobnie jak pozostali poza przywódcą kapepowcy - trzy lata. Jacek czuł się tym wyrokiem niedowartościowany i tłumaczył to później, że sędziowie ukarali Karola bardziej surowo, gdyż byli antysemitami. Mnie się wydaje, że sędziowie (a raczej ich mocodawcy we władzach partyjnych) po prostu uznali, że tak jak w KPP J. Śnieciński był najważniejszy i zasługiwał jako przywódca na surowszy wyrok, tak i w tym tandemie intelektualnie górował Karol. Stąd, a nie z rasowych przesądów, wynikał wyższy wyrok dla Karola. Jacek nadrabiał intelektualne przewagi Karola wyjątkowym ciągiem na bramkę, czyli mówiąc inaczej - niespożytą energią opozycyjną, którą górował nad spokojniejszym intelektualistą Karolem.
Dlaczego SB nękało Jerzego Grotowskiego
Przy sposobności wyjaśnię poruszoną przez Bohdana sprawę Jerzego Grotowskiego. Był to tak wybitny reformator teatru, że ludzie zupełnie zapomnieli o jego krótkotrwałej karierze politycznej po Październiku '56 w Rewolucyjnym Związku Młodzieży oraz niezależnym w ciągu pierwszych miesięcy 1957 roku ZMS. Jurek był przywódcą radykalnej opozycji w kierownictwie ZMS i stąd zapewne zainteresowanie jego osobą w SB. Przesłuchania w sprawie chińskiej może się wiązać też z faktem, że Jurek przed Październikiem '56 studiował chiński tradycje teatralne w Pekinie i wiele zresztą z tych studiów zaczerpnął dla swych rewolucyjnych koncepcji teatralnych. Nie miał on natomiast żadnych ciągot stalinowskich czy maoistycznych, był zdecydowanym zwolennikiem wolności słowa i innych swobód obywatelskich. Rozmowom z nim zawdzięczam m.in. to, że w odróżnieniu od wielu lewicowych intelektualistów nie dałem się nabrać na maoizm (oprócz tego znałem kilku polskich ekspertów, którzy obserwowali na własne oczy "wielki skok" i jego katastrofalne skutki). Jeśli Grotowski oskarżył "mijalowców" o antysemityzm, to nie ze względu na koniunkturę polityczną, która w miarę nadciągania Marca '68 była coraz przychylniejsza dla antysemitów w SB i Partii, lecz na ich - "mijalowców" - prawdziwe skłonności w tym kierunku. Jurek Grotowski natomiast był pod tym względem zupełnie czysty. Przyjaźniłem się z nim, gdy na przełomie lat 1956 i 57 jako działacz rewolucyjny bywał w Warszawie. Później straciłem z nim kontakt. Ostatni raz widziałem go na pogrzebie śp. Pawła Jasienicy, czyli Lecha Beynara.
To Karol Głogowski nawracał Kuronia na polski patriotyzm
Wracając do Jacka Kuronia, muszę podkreślić jego fanatyczny internacjonalizm, powodujący wyjątkowe uczulenie na problematykę patriotyczną, odrzucaną jako szowinizm. Sam słyszałem z jego ust oświadczenie, że naród polski - to hipostaza, czyli byt nierealny. Tak mnie to zatkało z wrażenia, że nie zapytałem, czy język polski istnieje realnie. Uczestnicy naszego kółka krytykowali manifest Jacka oraz "List otwarty do Partii" za pomijanie kwestii suwerenności PRL wobec Kremla. Wiele dyskusji toczyliśmy z "komandosami" w tej sprawie. Szczególnie wyróżniał się w tym względzie mec. Karol Głogowski, który wiele pasji włożył w przekonanie Jacka Kuronia po jego zwolnieniu z więzienia do swych patriotycznych koncepcji. Byłem sceptyczny co do wyników tych zabiegów, ale się udało. Hasło "Niepodległość bez cenzury" nie miało by szans bez akceptacji Jacka. W swych wspomnieniach "Wiara i wina" Jacek tłumaczy czytelnikom, że samodzielnie dopracował się stanowiska w sprawie polskiego patriotyzmu. Recenzując tę książkę po jej pierwszym wydaniu, wytknąłem mu, że pomija wpływ Karola i jego wielogodzinnych dyskusji na ten temat. Odnoszę wrażenie, że nasi historycy nie doceniają ciężarów działalności śp. Karola Głogowskiego. Pamiętamy o tragicznej śmierci w internowaniu Gajki Kuroniowej, nie pamiętamy natomiast, że jedną z śmiertelnych ofiar wydarzeń marcowych była pierwsza żona Karola Głogowskiego. Nie wytrzymała ona jako artystka opery łódzkiej, więc osoba subtelna i delikatna, wieloletnich szykan SB pod adresem męża i jej samej i popełniła samobójstwo 1 maja 1968 roku. Jest to kolejny argument przemawiający za tezą, że Marzec '68 to polski zryw wolnościowy, okupiony przede wszystkim cierpieniem Polaków.
Antoni Zambrowski
Zostań donatorem naszych publicystów: Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem. Konto: 61 1240 1040 1111 0010 0042 5486 Bank PeKaO SA III O. w Warszawie SWIFT/BIC - PKOPPLPW
Kobieta publiczna? Nie: kobieta w życiu publicznym - dyskusja Janusza Korwin-Mikkego z pp. prof. Joanną Senyszyn i dr Małgorzatą Molenda-Zdziech na SGH Wysłane niedziela, 18, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
Kobieta publiczna? Nie: kobieta w życiu publicznym - dyskusja Janusza Korwin-Mikkego z pp. prof. Joanną Senyszyn i dr Małgorzatą Molenda-Zdziech na SGH Wysłane niedziela, 18, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
Prezentujemy Państwu zapis dyskusji, jaka odbyła się w auli Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie w dniu 08.05.2008 pomiędzy przedstawicielem konserwatywno-liberalnego nurtu ideowego życia politycznego Polski, p. Januszem Korwin-Mikkem a znaną radykalną lewaczką, przedstawicielką feminizmu wojującego, tow. profesorką, doktorką habilitowaną Joanną Senyszyn oraz socjolożką, p. dr Małgorzatą Molenda-Zdziech. Spotkanie odbyło się w ramach panelu "Kobieta w życiu publicznym", przygotowanym przez reprezentantów (-ntki) "oikos International" O/Polska, organizacji, która zajmuje się "promowaniem społecznie zrównoważonej, ekonomicznie opłacalnej, a jednocześnie ekologicznie poprawnej gospodarki zasobami świata", czyli pisząc językiem współczesnej nowomowy politycznie poprawnej - tzw. wzrostem zrównoważonym. Gorąca dyskusja trwała przez cały czas prawie dwugodzinnego spotkania, prowadzona była na wysokim poziomie ideologicznym, choć nie pozbawiona jakże ubarwiających momentów osobistych podjazdów i uszczypliwości, co znacznie podnosiło temperaturę atmosfery spotkania i było żywo komentowane przez licznie zgromadzoną młodzieżową, studencką publiczność. W tej chwili zamieszczamy I, dwudziestominutową część zapisu spotkania, całość relacji dostępna jest w Klubie TV ASME.
Szczyt demokracji w Polsce: kamery telewizyjne przy przeszukiwaniach dokonywanych przez służby specjalne? - Łukasz Perzyna o ostatnich, "gorących" wydarzeniach merdialno-politycznych Wysłane piątek, 16, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
Szczyt demokracji w Polsce: kamery telewizyjne przy przeszukiwaniach dokonywanych przez służby specjalne? - Łukasz Perzyna o ostatnich, "gorących" wydarzeniach merdialno-politycznych Wysłane piątek, 16, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
"We wtorek 13 maja sporo się działo w świecie, w Polsce, no i którą z tych wiadomości właśnie »Wiadomości« wybrały na swoją czołówkę? Wpisuje się to zdarzenie w dyskusję o abonamencie dla mediów »państwowych«. Ten wybór, którego dokonali włodarze serwisu informacyjnego stacji pod przymusem opłacanej przez posiadaczy odbiorników telewizyjnych i radiowych, świetnie wpisuje się w oczekiwania prezesa TVP Andrzeja Urbańskiego. Warto przyjrzeć się standardom, jakimi posługują się beneficjenci abonamentu, dobierając pod oczywiście obiektywnymi kryteriami swoje pierwszoplanowe informacje. Czy była nią informacja o wizycie prezydenta Kaczyńskiego w Izraelu, który poleciał tam załatwić m.in. sprawę wycieczek młodzieży izraelskiej do Polski? A może informacja o tragedii w Chinach - trzęsieniu ziemi przed zbliżającymi się terminami igrzysk olimpijskich? Nie. Telewizja prezesa Urbańskiego puściła jako pierwszy materiał o sprawie przeszukania dokonanego przez ABW u pana Piotra Bączka, dziennikarza kilku pism prawicowych i zatrzymaniu kilku osób, związanych z handlem tajnymi materiałami oraz zarzutami płatnej protekcji w sprawie raportu ministra Macierewicza" - Łukasz Perzyna, publicysta "Tygodnika Solidarność", dziennikarz także telewizyjny i współpracownik naszej witryny ASME, analizuje wydarzenia z ostatnich dni.
Przy okazji tej sprawy było głośno o poturbowaniu ekipy telewizyjnej TVP przez agentów ABW i tutaj dochodzimy do dość specyficznego tonu wokół tej sprawy. Politycy zareagowali od razu i to w dość dziwny sposób: minister Schetyna ZANIM wypowiedział się prezydent Kaczyński, oświadczył mediom, że prezydent został o tej sprawie wystarczająco wcześnie poinformowany. Prezydent odciął się, że minister wypowiada się o nim, nie czekając na jego polityczne deklaracje. A przecież to Platforma Obywatelska zapowiadała zupełnie inny swój stosunek do służb specjalny, że nie będzie "spektakularnych przeszukań w świetle kamer telewizyjnych". Być może z tego powodu wynikał dość obcesowy stosunek funkcjonariuszy do ekipy TVP? - zastanawia się Łukasz Perzyna. Być może chodzi o wyznaczenie roli PiS-owi, o "lepenizację" jego wizerunku i miejsca na scenie politycznej. O "przyciśnięcie" go do prawej strony teatru politycznego. O wymuszenie ruchów takich osobistości jak Antoni Macierewicz, Jacek Kurski, których hiperaktywność nie przekona i nie zdoła pozyskać elektoratu prosocjalnego. Jednak zanim się cokolwiek wyjaśniło w tej sprawie, już pryncypialnie wypowiedzieli się przedstawiciele samozwańczego korporacji dziennikarskiej...
Nagranie trwa ponad 15 minut, jest dostępne w Sieci do 30 V 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania o doskonałej jakości.
Przyjechał prezydent RP do szefa Mossadu, a rabin Schudrich dłużej chwali bajkopisarza Grossa niż śp. Irenę Sendlerową - Stanisław Michalkiewicz o nieustającym zalewie polskich merdiów tematyką żydowską Wysłane czwartek, 15, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
Przyjechał prezydent RP do szefa Mossadu, a rabin Schudrich dłużej chwali bajkopisarza Grossa niż śp. Irenę Sendlerową - Stanisław Michalkiewicz o nieustającym zalewie polskich merdiów tematyką żydowską Wysłane czwartek, 15, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
"Zbliża się połowa maja, 60. rocznica proklamowania niepodległości Izraela. Z tej okazji odbywają się tam wielkie uroczystości, na które pogalopował pan prezydent Kaczyńskich. Jak słyszałem - spotkał się tam m.in. z szefem Mossadu. Jak wydaje się, jest to najbardziej odpowiednią osobą, z którą pan prezydent musi się rozmówić, bo najwyraźniej tajne służby, wśród których na pewno jest wielu agentów Mossadu, strasznie się rozdokazywały. Rozdokazywały się dlatego, że nieubłaganie zbliża się czerwiec, a pod koniec czerwca ma zostać ujawniony aneks do raportu pana Macierewicza, komisji weryfikacyjnej ds. służb specjalnych. Chociaż wszyscy tajniacy i ich konfidenci medialni uchwalili już, że w tym aneksie nie będzie niczego ciekawego, to jednak co innego uchwalić, a co innego - wiedzieć na pewno. Muszą się więc upewnić i dlatego mieliśmy ostatnio taką spektakularną imprezę ABW, która u współpracownika Antoniego Macierewicza zaczęła szukać tego aneksu, czy nie schował go w domu. ABW działała na zlecenie prokuratury, a więc widać że prokuratura w Polsce to jest »dziewczyna do wszystkiego«: jak szefem jest pan Ziobro, to robi to i owo, jak jest szefem pan Ćwiąkalski - to robi śmo. Policmajster powinność swej służby zawsze rozumie" - Stanisław Michalkiewicz, jeden z najlepszych felietonistów pism i witryn prawicowych, stały współpracownik naszej witryny ASME, komentuje najnowsze wydarzenia z krajowej i międzynarodowej scen politycznych.
Wojskowe Służby Informacyjne, spadkobierczynie PRL-owskiej WSW, formalnie już nie istnieją, ale jak widać - istnieją nieformalnie, nawet jako wyższa forma nieistnienia. Wśród ich funkcjonariuszów, wśród których z pewnością jest wielu agentów Mossadu nie mówiąc już o agentach GRU, a w ogóle nie myśląc nawet o agentach BND czy CIA, jak mocno podejrzewa Stanisław Michalkiewicz, nie ma paniki, agenci działają sobie w najlepsze niczym się nie przejmując. Sam pan Bogdan Klich na rozkaz dwóch współpracowników WSI - panów Waltera i Wejcherta, przecież przeprosił ich samych w podskokach, ale i tak jest szczęściarzem, bo mogli mu jeszcze kazać "zrobić l***kę", nawet przed kamerami - przypomina SM. Pan każe - sługa musi. Pan minister obronny jest z wykształcenia lekarzem psychiatrą, a miano "strategosa" nabył, szefując Instytutowi Studiów Strategicznych, na który pieniądze daje Fundacja Adenauera, będąca na garnuszku państwa niemieckiego. Takie są teraz czasy, historia się powtarza, "wracamy do Europy" po krótkim okresie prawie dwudziestoletniej "pieredyszki", to pewne zjawiska muszą się powtarzać - zauważa redaktor Michalkiewicz. Zmarła pani Irena Sendlerowa, która podczas okupacji niemieckiej uratowała ponad 25 tys. żydowskich dzieci. Sama jednak zawsze podkreślała, że sama nic by nie zdziałała, bo do uratowania jednego dziecka potrzeba było zaangażować 10 osób. Na terenie GG przez okupanta niemieckiego była wprowadzona kara śmierci dla pomagających Żydom osób i ICH RODZIN! Więc warto by zapytać pana Michała Schudricha, naczelnego rabina Rzeczypospolitej, który nie może się od niedawna nachwalić pani Sendlerowej, ale wcześniej nie mógł (i nie może cały czas) nachwalić się "światowej sławy historyka" Grossa, który wali po oczach w swoich bajkach o "polskim antysemityzmie, którego źródło bije w Kościele katolickim". Naczelny rabin nie widzi w tym żadnego dysonansu. Różne europejsy w chórze śpiewają mantrę o "ratowaniu jednego życia", ale nie słychać tego samego o cenieniu życia Polaków, którzy zostali zamordowani przez Niemców za pomaganie Żydom (a było wiele takich przypadków) czy w sprawie wymuszanej przez Unię Europejską aborcji na życzenie - zastanawia się Stanisław Michalkiewicz.
Nagranie trwa ponad 11 minut, jest dostępne w Sieci do 29 V 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania o doskonałej jakości.
Robią nas w łosia - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 15, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce doczekamy się kolejnej sejmowej komisji śledczej mającej ustalić okoliczności śmierci łosia w warszawskiej dzielnicy Ursus. Pani prezydent Warszawy nieszczęsnego łowczego, który miał fart i akurat trafił w łosia, a nie w przypadkowego przechodnia, już zawiesiła w obowiązkach, ale to jeszcze nic, gdyż myśliwemu grozi nawet trzy lata więzienia, gdyby powołane na tę okoliczność komisje ustaliły, że łosia można było zneutralizować mniej drastycznymi metodami. Widocznie nasz kraj nie ma rzeczywiście innych problemów niż uszczuplenie populacji łosi o jednego ekscentryka, który uznał Ursus za swoje naturalne środowisko życiowe. Być może zresztą instynkt łosia nie zawiódł, gdyż w ostatnich wyborach w tej dzielnicy prawie 52 proc. głosujących oddało swoje głosy na cudotwórców z PO, a ponad 31 proc. na socjalistów z PiS-u, ale postronni świadkowie mówią, że łoś zachowywał się agresywnie, co wskazywało, że mógł sympatyzować z Samoobroną.
Żarty żartami, ale takich przypadków mamy coraz więcej: oto po sądach ciągani są turyści, którzy, przestraszeni, utopili namolnego niedźwiedzia, prokuratura nęka także pana Gucwińskiego pod zarzutem dręczenia innego agresywnego misia, któremu nie zapewniono odpowiednio dużego wybiegu do demonstrowania tej agresji, teraz zaś media zgodnie potępiają myśliwego, który zrobił to, co do niego należało, zapobiegając być może jakiemuś ludzkiemu nieszczęściu spowodowanemu przez zwierzę. Co roku giną na polskich drogach ludzie, którym nagle wybiega pod koła sarna, dzik, pies czy inne bydlę i nikt nie kwestionuje, że dzika - i nie tylko dzika - zwierzyna stanowi poważne zagrożenie bezpieczeństwa ruchu tym bardziej, gdy takie zwierzę pojawia się w dzień w dzielnicy dużego miasta. Jeszcze nie tak dawno podobny przypadek zostałby potraktowany z marszu jako zwykła reakcja na problemy stwarzane prze dziką faunę, natomiast obecnie opisywana histeria jest oczywistym znakiem czasu, świadczącym, że każda metoda niewolenia człowieka jest godna wspierania. W istocie wcale nie chodzi o dobro fauny i flory, ale o inżynierię społeczną mającą wychować przyszłe pokolenia w taki sposób, aby były w stanie zaakceptować każdy, nawet najbardziej kretyński pomysł pod pretekstem jakiegoś wymyślonego celu sprawiającego wrażenia niekwestionowanego dobra. Nie jest tez przypadkiem, że "Dziennik", walczący o prymat na rynku gazet codziennych, wprowadził tematyczny podział na trzy obszary zagadnień, tj. Europę, społeczeństwo i właśnie ekologię. Bez cienia przekąsu można zauważyć, że długofalowo współczesnym inżynierom społecznym chodzi właśnie o zbudowanie europejskiego superpaństwa, którego społeczeństwo będzie wyznawało wspólną religię, tj. ekologizm. Każdy dostanie dzienny przydział na wodę, tlen, przestrzeń etc., a kto przekroczy limity - będzie uznany za wroga ludzkości i skazany na inhalacje wyprodukowanym przez siebie dwutlenkiem węgla. To właśnie wspomniany "Dziennik" cytuje apel "biskupa" Desmonda Tutu, w którym ten laureat Nagrody Nobla zauważa "poważną niesprawiedliwość" polegającą na tym, że "mieszkaniec Europy Zachodniej produkuje średnio 50 razy więcej dwutlenku węgla (...) niż przeciętny mieszkaniec Trzeciego Świata". Nie bardzo jednak wiadomo, na czym miałoby polegać przywrócenie sprawiedliwości: czy na podwyższeniu produkcji dwutlenku węgla w krajach Trzeciego Świata, czy na sprowadzeniu krajów Zachodu do poziomu Burundi, Somalii czy Zimbabwe. I czy nie mieli racji ci, którzy już dawno temu przestrzegali, że tak wychwalana przez proroków postępu tzw. trzecia droga to w istocie droga do Trzeciego Świata?
Zawłaszczone święto - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 14, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
"To jest nasze święto" - wołali podczas stanu wojennego oraz w następnych latach komunistycznej dyktatury polscy związkowcy manifestujący wbrew pałkom ZOMO w dniu 1 maja na ulicach polskich miast. I istotnie, święto 1 maja jest tradycyjnym świętem polskiego świata pracy. Gdy w III Rzeczypospolitej raz po raz rozlegają się głosy na prawicy, by zrezygnować z obchodzenia tego dnia i skupić się na świętowaniu kolejnych rocznic Konstytucji 3 maja, dowodzą one jedynie smutnego faktu, że nasze prominentne wykształciuchy nie znają ojczystej historii. Rzecz bowiem w tym, że święto 1 maja wpisuje się jak najbardziej w dzieje polskich walk o niepodległość.
Zostało ono wprowadzone w cywilizowanym świecie uchwałą I Paryskiego Kongresu Międzynarodówki Socjalistycznej jako święto solidarności świata pracy w lipcu 1889 roku i obchodzono je po raz pierwszy już w roku następnym. W tych obchodach od samego początku brali udział polscy robotnicy w Warszawie oraz we Lwowie (do ówczesnej stolicy Rosji Petersburga święto to dotarło pod wpływem obchodów warszawskich dopiero w następnym, 1891 roku). W roku 1892 obchody święta 1 maja przemieniły się w Łodzi w trwające przez kilka dni krwawe starcia z carską policją. Ku zaskoczeniu polskich socjalistów, łódzcy robotnicy zademonstrowali w tych dniach swój polski patriotyzm, śpiewali polskie pieśni narodowe i wywarli przez to wielki wpływ na postawę poważnej części socjalistów w zaborze rosyjskim. W wyniku tego przełomu powstała niepodległościowa Polska Partia Socjalistyczna, zawiązana pod przewodnictwem żarliwego patrioty Bolesława Limanowskiego na zebraniu paryskim w listopadzie 1892 roku. Dokładniej mówiąc, powołano Zarząd Zagraniczny Socjalistów Polskich, ale był to przełom ideowy w kierunku ogłoszenia programu walki o niepodległość kraju. Po nim nastąpiło w następnym już roku powołanie PPS w zaborze rosyjskim oraz akces Józefa Piłsudskiego do tej konspiracji. Odtąd obchodzenie święta 1 maja kojarzy się z obozem niepodległościowym z Józefem Piłsudskim na czele. Oczywiście święto 1-majowe obchodzili w zaborze rosyjskim również internacjonaliści spod znaku SDKPiL, którzy po przewrocie bolszewickim w listopadzie 1917 roku dołączyli (z różnymi wprawdzie zastrzeżeniami) do Międzynarodówki Komunistycznej. Po najeździe bolszewickim na niepodległą Polskę w lecie 1920 roku zostali oni skompromitowani jako obca agentura. W okresie przedwojennym związkowcy regularnie obchodzili święto pracy 1 maja. Jak opowiadali mi przedwojenni pracownicy Zakładów Wytwórczych Urządzeń Telefonicznych "Komuna Paryska" na warszawskim Kamionku, gdzie pracowałem za młodu, zwyczajowo na pochód chodzili robotnicy z warsztatów, zaś urzędnicy z biura nader rzadko. Pochód był oczywiście legalny (ale nie było "czerwonej kartki" w kalendarzu, dzień 1 maja nie był świętem państwowym! - przyp. ASME). Nielegalni komuniści usiłowali dołączyć tego dnia do pochodu legalnego, co napotykało na opór antykomunistycznej części manifestacji, a zwłaszcza jej straży. Dochodziło nieraz do starć, a nawet strzelaniny. Znany emigracyjny historyk Izaak Deutscher w swym wywiadzie o 40-leciu KPP wspominał obserwowany na własne oczy incydent, kiedy socjalistyczna straż strzelała do usiłującej dołączyć do ich pochodu kolumny komunistycznej z maszerującym na czele posłem Adolfem Warskim-Warszawskim. Było to na placu Teatralnym w Warszawie w 1928 roku. Czystki stalinowskie lat 30. zlikwidowały nielegalną w II RP Komunistyczną Partię Polski, więc ostatnie obchody święta 1 maja w przedwojennej Polsce przebiegały bez zakłóceń. W czasie okupacji niemieckiej obchody 1-majowe były wyłącznie "nur für Deutsche", natomiast po sowieckim "wyzwoleniu" obóz niepodległościowy mógł obchodzić owo święto jedynie w celach więziennych. Monopol na świętowanie mieli komuniści (Na terenie okupowanej Rzeczypospolitej dzień 1 maja został ustanowiony świątecznym dniem "państwowym" przez okupantów w obu okupacjach – niemieckiej i sowieckiej. Potem, gdy okupacja sowiecka objęła przesunięte terytorium RP, polscy kolaboranci sowieckich okupantów "podtrzymali tradycję" na nim, na Kresach, obecnie pod zarządem Republiki Białoruskiej i Republiki Ukrainy, 1 maja został ustanowiony państwowym dniem świątecznym przez władze Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Związkowej i Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Związkowej - przyp. ASME). Ponieważ zapędzali oni ludzi na swe pochody, powstała tradycja bojkotowania tego święta jako narzuconego przez Moskwę. Powstanie po Sierpniu 1980 roku wielkiego chrześcijańskiego ruchu "Solidarności", głoszącego w dodatku hasła patriotyczne, wniosło jednak w tę sprawę rozdwojenie. NSZZ "Solidarność" usiłował odzyskać zawłaszczone przez komunistów święto ludzi pracy, zwłaszcza, że ten dzień został ogłoszony również przez Kościół katolicki świętem św. Józefa robotnika. Odtąd zaczynaliśmy obchody mszą świętą w kościele. W roku 1983 była to katedra św. Jana na Starym Mieście. Wciąż mam ją w oczach wypełnioną przez szukające schronienia przed Kiszczakowymi zbirami kobiety i sterty pogubionych na progu damskich pantofli. W następnych latach zbieraliśmy się w kościele św. Stanisława Kostki i po mszy podejmowaliśmy bardziej lub mniej udaną próbą uformowania pochodu solidarnościowego. Do przeszkadzających nam ZOMO-wców wołaliśmy zgodnie z prawdą: "To jest nasze święto!". Pamiętam też obchody w Warszawie 1 maja w roku 1989, kiedy pochód "Solidarności", prowadzony przez Maćka Jankowskiego - jednego z przywódców podziemnej mazowieckiej "S", przewyższał wielokrotnie urzędowy pochód partyjny. W III RP panował już w tym względzie pluralizm. Komuniści przemianowali się w SLD, ale ich właściwym świętem wbrew zapominalskim wykształciuchom nadal pozostaje 22 lipca. Natomiast święto 1 maja powinno być obchodzone jako polskie święto na równi ze świętem 3 maja, 15 sierpnia oraz 11 listopada. Tym bardziej, że lewica broni dziś nie tyle interesów świata pracy, ile praw mniejszości seksualnych i etnicznych. Obrona interesów świata pracy pozostaje domeną ludzi oddanych społecznej doktrynie Kościoła.
Antoni Zambrowski
Zostań donatorem naszych publicystów: Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem. Konto: 61 1240 1040 1111 0010 0042 5486 Bank PeKaO SA III O. w Warszawie SWIFT/BIC - PKOPPLPW
Interes narodowy i racja stanu mogą być ze sobą sprzeczne - jak wtedy mają zachować się media? - Janusz Korwin-Mikke o mediach w polityce międzynarodowej w panelu na UKSW Wysłane środa, 14, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
Interes narodowy i racja stanu mogą być ze sobą sprzeczne - jak wtedy mają zachować się media? - Janusz Korwin-Mikke o mediach w polityce międzynarodowej w panelu na UKSW Wysłane środa, 14, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak
Spotkanie w Audytorium Maximus na Uniwersytecie im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w ramach panelu dyskusyjnego "Rola mediów w polityce zagranicznej", przygotowane przez Koło Naukowe Myśli Politycznej i Prawnej im. Wojciecha Wasiutyńskiego, prowadził profesor Mariusz Muszyński z katedry prawa UKSW, współpracownik tygodnika "Wprost" oraz były prezes Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie, powołany przez premiera Kazimierza Marcinkiewicza, a odwołany z tej funkcji przez ministra zagranicznego Radka Sikorskiego w wyniku "utracenia zaufania" ze strony b. ministra MSZ Władysława Bartoszewskiego po zeszłorocznym wyborczym zwycięstwie Platformy Obywatelskiej.
Słowo wstępne wygłosił prof. Mariusz Muszyński, jako pierwszy panelista wystąpił obecny szef programu informacyjnego "Wiadomości" w państwowej stacji TVP3, do niedawna główny specjalista ds. współpracy z zagranicą w Agencji Informacji TVP, były specjalista od spraw niemieckich w Kancelarii Prezydenta RP i radca ministra w Wydziale Niemieckim w MSZ, red. Krzysztof Rak z wykładem o teorii stosunków międzynarodowych. Reaktor Piotr Semka, reprezentujący wśród panelistów redakcję dziennika "Rzeczpospolita", mówił m.in. o kończącym się na naszych oczach tzw. dziennikarstwie poważnym, czyli takim, które nie zajmuje sie "galanterią informacjopodobną", jaką np. prezentuje stacja TVN24 czy witryny Onet.pl, WP.pl według żurnalisty Semki. Są to informacje nie mające pokrycia w rzeczywistości, często dementowane już po paru godzinach, które nie są podejmowane przez "poważne" redakcje, jak było w przypadku "newsów" w rodzaju "zakładania przez o. Tadeusza Rydzyka partii politycznej" czy "mianowania b. premiera Marcinkiewicza na prezesa PZPN". Towarzysz Tadeusz Iwiński, pełniący nieprzerwanie funkcję posła do wszystkich sejmów dotychczasowej, "kadencji III RP", starannie podkreślający swoje dotychczas pełnione funkcje w administracji post-PZPR-owskiej proweniencji (m.in. w rządach tow.tow. Millera i Belki) oraz fakt napisania 12 książek, zwrócił uwagę na "mediatyzację polityki" i "polityzację mediów (jakby w czasach "rządów ciemniaków" PRL-owskich mogły być media inne niż w 100% upolitycznione przez kolaborantów sowieckich okupantów Polski z PZPR-erii). Zwrócił również uwagę na "tabloidyzację polityki", co rzeczywiście ma miejsce od czasów powołania do życia głównego tabloidu dla "ćwierćinteligentów robionego przez półinteligentów", czyli "Gazety Wyborczej" i jej późniejszych odmian w postaci szpringerowskich produktów w postaci "Der Dziennika" czy tabloidu "Fukt". Stwierdził, że w analogii do wytworzonego przez Andrieja Warhola, znanego w kręgu zachodniej kultury pod nazwiskiem Andy Warhola, pojęcia popkultury - obecnie mamy do czynienia ze zjawiskiem poppolityce... Stanisław Janecki, redaktor naczelny tygodnika "WPROST", zastanawiał się, czy istnieje polityka zagraniczna w ogóle poza polityką medialną, gdyż odnosi często wrażenie, że dyplomaci polscy nie umieją prowadzić polityki w ogóle. Postulował, by w polskiej polityce zagranicznej zacząć wreszcie posługiwać się interesem narodowym, gdyż w mediach polskich ich obiektywizm polityczny stopniuje się jak dotąd według znanej trójcy - "obiektywny, naiwny i użyteczny idiota"... W mediach zagranicznych, amerykańskich, francuskich czy niemieckich, kiedy dochodzi w polityce do jakiegoś rozstrzygającego spotkania na szczycie - doskonale widać ich jednolity front stojący murem za interesem narodowym ich narodów. Stanowisko naszych merdiów określa "syndromem postkolonialnym"... Ostatnim takim zjawiskiem było według niego zgłoszenie kandydatury Jerzego Buzka na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, by także został "niemieckim kandydatem", co było próbą narzucenia niemieckiego stanowiska Polsce, w zamian za "podlizanie się" Polaków Niemcom, w zamian za "zdawanie egzaminu z cywilizacji"... Klasycznym przykładem takiego szkodliwego dla polskiego wizerunku wśród społeczeństw Europy Zachodniej, utrwalanego na użytek polskiego dyskursu, była działalność niejakiego Leopolda Ungera w belgijskim dzienniku "Le Soir", który przemycał na użytek zachodnich czytelników stereotypy i poglądy negatywne na tematy polskie. Poseł Paweł Zalewski, obecnie klub posłów niezależnych, uważa, że polityka zagraniczna musi uzyskiwać legitymację społeczną - właśnie dzięki powszechności dostępu społeczeństwa do merdiów, co przez długi czas nie było potrzebne, bo było "samo przez się dorozumiane". Musi być legitymizowana w oczach opinii społecznej. Ale uważa, że merdia są tylko jednym z elementów prowadzenia polityki zagranicznej państwa. Przede wszystkim wszystkie instrumenty polityki zagranicznej państwa powinny być używane racjonalnie, co nie ma przypadku w kwestii Polski, bo ta w ostatnich czasach zrezygnowała z polityki dyplomatycznej, podporządkowując się merdiom w swej polityce zagranicznej, co rzutuje negatywnie na realizację interesów Rzeczypospolitej... "Ja, jak dobry Rosjanin - nienawidził Związku Sowieckiego, a dobry Niemiec - nienawidził Niemiec III Rzeszy - ja nienawidzę III RP" - zaczął swoje wystąpienie Janusz Korwin-Mikke, założyciel Unii Polityki Realnej. "Bronię jej jednak, gdyż jeszcze bardziej nienawidzę Unii Europejskiej. Padają tutaj zamiennie słowa »racja stanu« i »interes narodowy« i co mają media z tym robić Otóż nie jest to samo - racja stanu - to racja państwa, natomiast interes narodowy należy do narodu i mogą być ze sobą sprzeczne..." (z czym zgadzają się pozostali paneliści). "Jak widzę polityka w telewizji, to mi nawet do głowy nie przychodzi, że mówi prawdę. Zastanawiam się tylko, przy pomocy jakich tricków chce wmówić coś ludziom do głowy. Żyjemy w demokracji, w ustroju totalitarnym, o władzy, jakiej żaden tyran, obecnie - Lud, nie miał nigdy w przeszłości. Dawniej w polityce zagranicznej rozumiałem o co chodzi: np. arystokracja miała swoje majątki, dbała więc o ich interesy... Obecnie, kiedy rządzi Lud - polityka można kupić z parę milionów dolarów i nie ma żadnej gwarancji, że będzie ona działał w moim interesie, mojego kraju czy państwa" - mówił JKM. Wspomniał również, że jak najzupełniej normalnie obecnie - agentami obcych interesów mogą być dziennikarze i żurnaliści w różnych redakcjach merdialnych. Media zajmują się sprawami przyszłymi, tym, co będzie - kiedyś opisywały rzeczywistość bieżącą. Poseł Prawa i Sprawiedliwości Karol Karski zwrócił na wielką rolę merdiów w kształtowaniu polityki zagranicznej na przykładzie odmowy pojechania premiera Donalda Tuska na otwarcie igrzysk olimpiady w Pekinie. Merdia w tym przypadku nie wspomniały, że nikt tam nie zapraszał premiera Tuska (ale zrobiono z tego "wydarzenia" olbrzymią wrzawę), bo z urzędu zaproszenia takie dostają głowy państw - w tym przypadku JE Lech Kaczyński, który rzeczywiście odmówił wyjazdu, co "nie spotkało się z szerszą reakcją mediów". Dalej skoncentrował się na modelu mediów rosyjskich, które od kilku lat właściwie w całości należą do państwa, np. Jako spółki wykupione przez państwową firmę "Gazprom". W Polsce dostrzega dwa typy mediów: jedne, których właściciele zajmują sie tylko działalnością medialną, drugie - należące do koncernów gospodarczych, osób, które prowadzą działalność gospodarczą.
Nagranie trwa ponad 1 godzinę 56 minut, jest dostępne w Sieci do 28 V 2008 r. W Klubie TV ASME - pełna wersja nagrania o doskonałej jakości.
Gdzie jest większa wolność obywatelska w Rosji czy w UE, czyli minister Sikorski pacynką "drogiego Bronisława" - Stanisław Michalkiewicz o ostatnich, krajowych i zagranicznych wydarzeniach politycznych Wysłane czwartek, 8, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak