lutego 23, 2010 - marca 24, 2010

Platformerskie i PRL-owskie "Teleecho" w BUW-ie, a USA też robią milowe kroki na drodze do biurokratycznego socjalizmu Wysłane środa, 24, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |











Marionetki kłamstwa i siepacze prawdy - prof. Jerzy Przystawa (Stowarzyszenie JOW występuje ze skargą do Trybunału Europejskiego na lekceważenie przez Sejm naszych praw obywatelskich) Wysłane piątek, 19, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

- Nagrania JOW TV i TV ASME

- System proporcjonalny prowadzi do zaniku zarówno intelektualnego, jak i demokratycznego ducha organizacji partyjnych - rzecznik praw obywatelskich, dr Janusz Kochanowski

- W partiokracji wyborca nie ma nic do powiedzenia, system JOW tworzy relację między wyborcą a posłem - prezydent Centrum im. Adama Smitha Robert Gwiazdowski

- Obecny system polityczny i metoda wyboru do niego przedstawicieli obywateli Rzeczypospolitej jest systemem fasadowym. Potrzebne są teraz tak duże zmiany, jak te z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku - wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski

- Jednomandatowe okręgi wyborcze: ja to przerabiałem, kiedy mieszkałem w Anglii i wiem, jak to znakomicie funkcjonuje - publicysta wysoko nakładowych dzienników ogólnopolskich Maciej Rybiński

- Prezydent RP z wielkim szacunkiem podchodzi do ludzi, którzy troszczą się o nasz kraj - IV Marsz woJOWników na Warszawę w relacji JOW TV cz. II

- IV Marsz woJOWników na Warszawę - w relacji JOW TV

- W europejskich państwach, gdzie jest ordynacja proporcjonalna, partie polityczne realizują interes swoich przywódców, a przywódcy są zblatowani z establiszmentem - Rafał Ziemkiewicz, publicysta prawicowy

- W Polsce nadszedł czas, byśmy rządzili się tak, jak wymaga tego demokracja i system gospodarki rynkowej, czyli - jednomandatowe okręgi wyborcze - Prezes Zarządu Business Centre Club Marek Goliszewski

- Widzę podstawową zaletę JOW: konieczność stałej współpracy posła z wyborcą, który będzie kontrolował, czy jego reprezentant dba o najpierw państwo, potem o drogę przed domem - prezydent Poznania Ryszard Grobelny

- Mamy podstawy i uzasadnienie, żeby domagać się bezpośrednich wyborów i idących za tym uprawnień, marszałków, starostów, prezydentów miast, burmistrzów, wójtów oraz radnych wszystkich szczebli wojewódzkich - prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki

- Jednomandatowe okręgi wyborcze - tak powinien wyglądać dobór tych, którzy będą decydować w naszym imieniu o losach samorządowych bądź państwowych - prezydent Torunia Michał Zaleski

Dokumentalny film Tomasza Sekielskiego "Władcy marionetek", wyemitowany już dwukrotnie (14 i 15 marca br) w TVN, wywołał spore poruszenie na publicystycznych forach i wielu dziennikarzy podzieliło się z "publiką" swoimi opiniami. Przeszukując internet, odnoszę wrażenie, że większość piszących ma żal do Sekielskiego i raczej mu zazdrości, że oto dostał forsę i kamerę na zrobienie tematu - samograja, bo nic nie może być wdzięczniejszego niż propozycja pokazania, jak politycy mijają się z prawdą. Istnieje takie amerykańskie powiedzenie: "Jak się przekonać, że polityk kłamie? - Trzeba patrzeć, czy porusza ustami!". Tak się porobiło, że po dwu dekadach nieustającej demokracji znaleźć na polskiej scenie politycznej polityka, któremu można by postawić zarzut, że nigdy nie skłamał, przekracza możliwości najbardziej nawet pracowitych i ofiarnych śledczych. Sytuacja taka jest możliwa, bo w ciągu tych 20 z hakiem lat nie przypominam sobie, żeby jakiegoś polityka spotkała jakaś krzywda z tego tylko powodu, że publicznie kłamał - jeśli się mylę, niech mnie ktoś poprawi! Nawet tzw. kłamstwo lustracyjne, zagrożone największymi karami, nikomu większej szkody nie przyniosło, chyba że była to wygodna pałka dla uderzenia z zupełnie innego powodu. Trudno się więc dziwić, że ludzie na oczywiste kłamstwa polityków wzruszają ramionami, rzucając najwyżej, od czasu do czasu, jakiś przykry i niecenzuralny epitet.

Ta sytuacja rosnącego zobojętnienia na kłamstwo i draństwo jest niezwykle groźna dla naszego rozwoju społecznego i obywatelskiego, i źle rokuje dla przyszłych pokoleń Polaków. Konieczna jest mobilizacja opinii publicznej dla przeciwstawienia się tej pogardzie dla prawdy i dobrego obyczaju. Musimy gdzieś znaleźć i widzieć granicę, która nie może być swobodnie przekraczana.

W filmie Sekielskiego za taką graniczną sprawę uważam to, co się stało z prawie milionem podpisów obywatelskich zebranych pod wnioskiem o referendum "4 x TAK". Jesienią 2004 politycy obozu, który dzisiaj praktycznie niepodzielnie rządzi Polską, podjęli akcję ustrojową, którą ogłosili jako "jeden z największych projektów przeprowadzonych na polskiej scenie politycznej". Na czele akcji stanął obecny premier - wówczas jedynie wicemarszałek Sejmu. Powołano 2,5 tysiąca pełnomocników gminnych, 379 pełnomocników powiatowych i 41 pełnomocników okręgowych. Uruchomiono ok. 1000 stałych punktów zbierania podpisów. Po 3 miesiącach zebrano ponad 750 tysięcy podpisów i triumfalnie, w spektakularnej procesji wniesiono do Sejmu. Tę procesję wybitnych polityków PO widzieliśmy w filmie Sekielskiego.

Ten "największy projekt przeprowadzony na polskiej scenie politycznej" okazał się gigantycznym oszustwem. Oszukano pełnomocników gminnych, powiatowych i okręgowych, oszukano prawie milion Polaków, którzy w dobrej wierze zawierzyli swoje dane osobowe Donaldowi Tuskowi i jego siepaczom prawdy. Film Sekielskiego dokumentuje, że ten wielki trud był na nic, a zebrane podpisy przeszły przez sejmową niszczarke i trafiły do pieca.

Stowarzyszenie na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "Jednomandatowe Okręgi Wyborcze", którego członkowie angażowali się w tę akcję, spójną z celem statutowym Stowarzyszenia, kieruje Skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Zapraszamy i zachęcamy wszystkich, którzy nie zamierzają się godzić z taką pogardą dla obywatela i pogardą dla prawdy, aby podpisywali się z poparciem dla tej inicjatywy - na poniższej stronie:



Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

Supertajny "Spacer" - Tadeusz M. Płużański Wysłane piątek, 19, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

- Jerzy Kędziora - sadysta z bezpieki - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (10) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (9) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (8) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (7) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (6) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie, cz. 5 - Tadeusz M. Płużański

- Bestie, cz. 4 - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (3) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (2) - Tadeusz M. Płużański

- Mordercy narodu polskiego - Tadeusz M. Płużański

- "Generał smród" skazany - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego

Uwięzieni tutaj nie wiedzieli, gdzie się znajdują. Nie mówiono im o powodzie aresztowania, nie przedstawiano aktu oskarżenia. Dla zamkniętych miesiącami w piwnicznych celach jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym był brutalny oficer śledczy. Właściwie nikt nie słyszał o tym ponurym miejscu, z wyjątkiem kilku komunistycznych dygnitarzy. W stalinizmie nosiło kryptonim "Spacer". Do dziś obiekt jest supertajny.


Zainteresowani akcją Instytutu Pamięci Narodowej "Śladami zbrodni" postanowiliśmy odwiedzić miejsca kaźni wielu polskich patriotów - dawne siedziby bezpieki. Podwarszawskie, bo w Warszawie nawet mój 15-letni syn wie, co znaczy Rakowiecka, Koszykowa, Cyryla i Metodego. Trafiamy do Otwocka. Budynek dawnego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa, potem Komendy Milicji, mieści dziś - na parterze - Bibliotekę Publiczną, na dwóch piętrach prywatne mieszkania. W piwnicy znajdujemy ostatnie ślady kazamatów - ciężkie, metalowe drzwi z judaszami. Napisy na ścianach z cegły nieświadomi mieszkańcy zamalowali, lub zasłonili półkami.
- Tu, pod nami, męczyli mojego ojca - starsza kobieta wskazuje na trawnik, na którym stoimy, tuż obok biblioteki. - Podziemne lochy były ogromne, łączyły się z piwnicami budynku bezpieki. Potem wszystko zabetonowali, aby zatrzeć ślady zbrodni.
Do Warszawy wracamy przez Miedzeszyn. Ze znalezieniem słynnego "Spaceru" nie powinno być kłopotów. Zdjęcie na stronie IPN przedstawia piętrową willę, pokrytą żółtą farbą - tuż obok głównej ulicy Patriotów. - Takiego budynku nie ma ani tu, ani w okolicy - mówią zgodnie okoliczni mieszkańcy, ale dodają, że w Miedzeszynie zamieszkali po 1956 roku. - Moi rodzice mieszkali tu zaraz po wojnie - wtrąca mężczyzna w średnim wieku. - Tajne więzienie MBP? Musicie jechać w głąb miejscowości. Szukajcie budynku za wysokim murem.
W głębi okazałej posesji majaczą kontury pięknie odrestaurowanego pałacyku. - Spacer, tak, ale trzeba być gościem hotelu - barczysty pracownik ochrony patrzy podejrzliwie.
- Pałacyk z parkiem należą do Gudzowatego - tłumaczy mieszkanka willi z naprzeciwka. I willa obok też. Tu przetrzymywano Gomułkę. Wcześniej to było komunistów i dziś też. Rozumie pan?
- To gdzie był "Spacer"?
- Jedźcie bliżej Wisły, z daleka widać las anten.

Przetrzymywano tych,
których było trzeba


Dlaczego anteny? W latach 50. zagłuszano tu audycje nadawane z Zachodu po polsku. A dwumetrowy mur otaczający ogromny, podobno siedmiohektarowy teren? U zarania III RP wprowadził się tu UOP, a potem jego następcy - Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencja Wywiadu. Prawdopodobnie - bo szczelnie chroniony obiekt nadal jest ściśle tajny.
To tu, w środku, był "Spacer", czyli więzienie stanowiące wyłączną własność X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Tu, w największej tajemnicy przed światem przetrzymywano i katowano wrogów "ludu" - prawdziwych i urojonych. Bohaterów Polski Podziemnej, antykomunistów i ludzi władzy, których zamierzano skompromitować. Ilu ich przeszło przez piwnice "Spaceru" w ciągu kilku lat jego funkcjonowania - nie wiadomo. Znamy zaledwie kilka, najwyżej kilkanaście nazwisk. Listy więźniów nie ma, większość dokumentów zniszczono. Ale przecież "Spaceru" w ogóle nie było...
Nawet dziś nie funkcjonuje w pamięci okolicznych mieszkańców. W parterowym pawilonie tuż obok muru trwa remont. Tu też nikt nic nie wie. A przecież w tym budynku, w latach 50. była bursa stanowiąca zaplecze więzienia. Mieszkali w niej żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego ochraniający obiekt, a potem śledczy MBP, pracujący wewnątrz. Potem przenieśli się do okazałych willi obok.
- To tu przetrzymywano Kontryma? Cisza. - A Spychalskiego? - Przetrzymywano tych, których było trzeba - ucina rozmowę starszy mężczyzna. Podobnie odpowiadają głosy domofonów w sąsiedztwie.
Pamięci nie przywracają nazwiska - Różański, Światło. A kto ko taki? Przechadzający się uliczką przygarbiony mężczyzna z laską ożywia się trochę na hasło Ludwik Szenborn. - On był tu kierownikiem. Dopiero co zmarł. W 1990 r.

Jeden dzień
prymasa Wyszyńskiego


Władzy ludowej Szenborn bardzo się zasłużył. Zanim w 1952 r., na dwa lata, przejął obiekt "Spacer", pracował w bezpiece w Rzeszowie, Krakowie i Bydgoszczy - tu był kierownikiem, zwalczając niepodległościowe podziemie. Przed wojną członek PPS-Lewicy, Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej, w końcu KPP. Kilkakrotnie aresztowany za działalność komunistyczną. Podczas niemieckiej okupacji w GL, ps. Jaś, od 1941 r. był agentem sowieckiego wywiadu. Znów aresztowany, tym razem przez gestapo - za szpiegostwo na rzecz ZSRS. W Miedzeszynie osobiście przesłuchiwał m.in. Mariana Spychalskiego, wówczas członka Biura Politycznego PZPR, oskarżonego o "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne".
Zarządzając willą "Spacer" Szenborn był jednocześnie szefem stołecznego UB. W ramach rozpracowywania Kurii Metropolitalnej w Warszawie inwigilował m.in. ks. Stefana Wyszyńskiego. Wiadomo, że Prymas trafił do "Spaceru" po aresztowaniu 25 września 1953 r. Na jeden dzień. Po zwolnieniu z bezpieki Ludwik Szenborn otrzymał rentę inwalidzką.

Centralne sprawy

Jacek Różański, osławiony dyrektor Departamentu Śledczego MBP, do Miedzeszyna pojechał jesienią 1948 r. Towarzyszący mu wiceminister bezpieki Roman Romkowski (właściwie: Natan Grinszpan-Kikiel) stwierdził, że może posadzą tu nawet Gomułkę. Na pomysł miał wpaść jego przełożony, Stanisław Radkiewicz. Willę, w ramach "braterskiej pomocy" wybrało wcześniej NKWD, rekwirując ją Kazimierzowi Skarżyńskiemu, członkowi delegacji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża podczas ekshumacji w kwietniu 1943 r. Katyniu. To on przekazał światu pierwszy obszerny raport o śmierci polskich oficerów. Po wojnie Skarżyńskiemu, ściganemu przez Sowietów, udało się uciec na Zachód. Podobno przed laty zmarł w Kanadzie.
Pierwszych aresztowanych przewieziono do Miedzeszyna już w październiku 1948 r. Supertajny "Spacer" musiał być nadzorowany przez kogoś bardzo pewnego, bezgranicznie oddanego partii i Moskwie. Wybrano Józefa Światłę (Izaaka Fleischfarba, wicedyrektora Departamentu X MBP, pracownika sowieckich służb specjalnych). To on osobiście - kilka lat później - w połowie 1951 r. przywiózł tu Władysława Gomułkę i jego żonę z sanatorium w Krynicy. "Jechałem powoli - raportował później - by do Warszawy przyjechać wieczorem, kiedy będzie ciemno". Gomułków zamknięto w osobnych budynkach. Warunki mieli dobre - jedzenie, książki, wybrana prasa, o czym katowani w Miedzeszynie członkowie niepodległościowego podziemia mogli tylko pomarzyć. Śledztwo - jak zawsze w przypadku "Spaceru" - prowadził X Departament, nadzorowany przez Komisję Biura Politycznego ds. Bezpieczeństwa Publicznego, gdzie zapadały wiążące decyzje o kluczowych śledztwach politycznych. W jej skład wchodził Bierut, Berman, Radkiewicz i Anatol Fejgin, dyrektor "Dziesiątki" (wcześniej zastępca szefa Głównego Zarządu Informacji WP).
Paradoksem historii jest, że o istnieniu supertajnego więzienia Polska dowiedziała się z fal Radia Wolna Europa właśnie od Światły, po jego ucieczce na Zachód w grudniu 1953 r. (W Berlinie urwał się swojemu przełożonemu - Fejginowi). Okupowany przez Sowietów kraj dowiedział się także, że w "Spacerze" prowadzono centralne dla partii sprawy: wspomniane "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne", czyli "oczyszczanie" szeregów PZPR z agentów i prowokatorów, przeciwko Gomułce, Spychalskiemu i innym, oraz tzw. spisek w wojsku - z kierownictwa WP bezpieka robiła "imperialistyczną agenturę" (zapadły wyroki śmierci i wieloletniego więzienia).
Preparowaniem dowodów zajmował się właśnie X Departament. 16 grudnia 1952 r. Fejgin sporządził notatkę z rozmowy ze Spychalskim (pisownia oryginalna): "Postawiono przed Spychalskim, że stwierdzono, iż w kraju zaistniał spisek powiązany z anglo-amerykańskim imperializmem, wymierzony przeciwko ustrojowi. Na podstawie drobiazgowego śledztwa i analizy faktów ustalono, że Spychalski był subiektywnie związany z zewnętrznymi siłami, które organizowały spisek, że uczestniczył w tym spisku. (...) Wykazano Spychalskiemu, że jego dotychczasowe wyjaśnienia złożone w śledztwie nie odzwierciedlają jego faktycznej roli w robocie spiskowej. Sytuacja polityczna w kraju i na świecie wymaga pełnego ujawnienia dywersji w Partii, pełnego obnażenia jego udziału w spisku...".

Dwanaście cel i dwa karcery

Kolejnego "prawicowego odchyleńca", Włodzimierza Lechowicza, komunistycznego agenta, który w czasie wojny przeniknął do struktur Polskiego Państwa Podziemnego, też wieźli tu o zmroku. Do swojego aresztowania przez UB - również na początku funkcjonowania "Spaceru": w październiku 1948 r. - Lechowicz był ministrem aprowizacji w rządzie Józefa Cyrankiewicza. W lipcu 1955 r. został skazany na 15 lat więzienia m.in. za udział w organizacji "Start", powołanej przez Delegaturę Rządu na Kraj do walki z konfidentami Gestapo, jak i zwykłym bandytyzmem (bezpieka przypisała "Startowi" mordy na komunistach).
Na dziedzińcu aresztu przy ul. Koszykowej w Warszawie ubecy skuli go kajdankami, oczy zawiązali chustą i wepchnęli do karetki szpitalnej. Lechowicz domyślił się trasy - most Poniatowskiego, aleja Waszyngtona, rogatka grochowska. Później samochód zjechał z szosy w boczną drogę i zahaczając o konary drzew zatrzymał się. Przejazd trwał około 45 minut.
W willi "Spacer" umieszczono go w piwnicy z zakratowanym oknem, szybami zamalowanymi na zielono i wilgotną podłogą. Spędził tam ponad dwa lata, z przerwami na pobyt w karcerze o rozmiarach półtora na dwa metry. Miał zakaz kąpieli, siedzenia (od piątej rano do dwudziestej pierwszej musiał stać, ale nie opierając się o ściany) i wychodzenia na prawdziwy spacer. Za nieprzestrzeganie regulaminu było szereg tortur: bicie i kopanie, polewanie kubłami zimnej wody, klęczenie nago na betonie przez całą noc i chłostanie stalowymi prętami.
Lechowicz policzył, że w piwnicy jest dwanaście cel i dwa karcery. Ale co to za więzienie - nie dowiedział się przez cały czas.
Nad Włodzimierzem Lechowiczem w Miedzeszynie znęcał się m.in. Jerzy Kędziora, Józef Dusza i Edmund Kwasek. Ten ostatni zmuszał go do wykonywania setek przysiadów, aby - jak to sam nazywał - "pompować rozum z tyłka do głowy".
Razem z innymi okrutnymi "śledziami" - Romanem Laszkiewiczem i Feliksem Zawadzkim - wchodzili w skład Grupy Specjalnej MBP, tajnej komórki, powołanej latem 1948 r., a przekształconej następnie w X Departament MBP. Do więzienia w Miedzeszynie zostali oddelegowali przez Romkowskiego i Różańskiego. Prócz Miedzeszyna "Dziesiątka" dysponowała jeszcze własnym wydziałem śledczym i pawilonem w więzieniu mokotowskim.
Zbigniew Błażyński w książce "Mówi Józef Światło" pisał, że "Departament dziesiąty był główną bronią Stalina w Polsce", a jego zadaniem było: "wykrywanie, śledzenie i likwidowanie wszystkich zagranicznych, niesowieckich wpływów w PZPR i gromadzenie materiałów obciążających członków partii z wyjątkiem pierwszego sekretarza Bolesława Bieruta, którego kartoteka znajdowała się w Moskwie. W praktyce zadania Departamentu były bardziej rozległe. Zbierały się tutaj nici wszystkich obciążeń, którymi wzajemnie rozporządzają przeciw sobie dygnitarze reżymu".
Załamany fizycznie i psychicznie Lechowicz rozłamał metalową sprzączkę od spodni i przeciął nią skórę na swojej lewej ręce. Chciał popełnić samobójstwo, jednak strażnik zauważył krwawienie.

"Nieprawidłowości" w Miedzeszynie

Niektórym więźniom Miedzeszyna samobójstwo udało się popełnić. Tak było np. z Aleksandrem Gierczykiem. Potwierdzili to funkcjonariusze MBP sądzeni w połowie lat 50. za "łamanie socjalistycznej praworządności". W śledztwie pastwili się nad nim Różański i Kędziora. Nie wytrzymał bicia. Z siatki łóżka wyciągnął druty i wbił sobie w głowę. Zauważono to. Ściągnięty z Warszawy dyrektor Departamentu Służby Zdrowia MBP pułkownik Gangel w pokoju przesłuchań przeprowadził operację bez znieczulenia. Gierczyk jednak zmarł.
Jan Dąbrowski, po blisko pół wieku, w 1996 r., sądzony razem z kilkoma innymi śledczymi MBP w tzw. procesie Humera (od nazwiska głównego oskarżonego), zapamiętał, że kiedyś rozkazano mu usunąć ciało zabitego w czasie przesłuchania. Dąbrowski przeniósł zakatowanego więźnia do sanitarki. Kim był i gdzie został pochowany - były ubek nie wiedział.
W trakcie owego "odwilżowego" śledztwa pojawiła się kwestia "nieprawidłowości" w Miedzeszynie, np. śmierci Wacława Dobrzyńskiego (w czasie niemieckiej okupacji oficera Sztabu Głównego Armii Ludowej, przed aresztowaniem naczelnika wydziału w IV Departamencie MBP).
I tak szef bezpieki Stanisław Radkiewicz zeznawał: "Przypominam sobie, że w Belwederze była omawiana na posiedzeniu Komisji Bezpieczeństwa sprawa śmierci Dobrzyńskiego. Romkowski i Fejgin przedstawiali, że zejście śmiertelne było wynikiem cukrzycy, na którą chorował. Nie było wówczas mowy o tym, że został pobity w śledztwie".
Jakub Berman, który z ramienia partii nadzorował bezpiekę, o tym samym posiedzeniu: "Zostało przedstawione zaświadczenie lekarskie, z którego wynikało, iż wskutek jakiegoś okaleczenia [!!! - TMP] i w związku z chorobą cukrzycy nastąpił zgon Dobrzyńskiego".
Dopiero Różański wyjaśnił, na czym mogło polegać okaleczenie: "Kędziora wziął wieczorem Dobrzyńskiego na przesłuchanie, podczas nieobecności mojej, Romkowskiego i Fejgina, i w czasie przesłuchania zaczął go bić. Oficerowie śledczy, którzy byli w sąsiednim pokoju, wywołali Kędziorę i zwracali mu uwagę na to, co on robi. W kilka dni po tym pobiciu Dobrzyński zmarł. (...) Mnie wówczas nie było »na spacerze« ani tow. Fejgina".
Roman Romkowski nie był już tak "szczery": "Nie wiem, w jakiej mierze cukrzyca, a jakiej mierze przymus, ale mam wrażenie, że jedno było przyczyną drugiego".

"Chodziło za mną to, że jestem wrogiem"

Tak, czy inaczej komunistyczna wierchuszka zrzucała z siebie odpowiedzialność. Winni mieli być wyłącznie pracownicy niższego szczebla.
Romkowski: "Sprawą tą interesowało się kierownictwo partyjne i znało dokładnie przedmiot sprawy. Kędziora został na moje polecenie aresztowany i osadzony w Zarządzie Głównym Informacji, dlatego, że chcieliśmy, żeby był izolowany. (...) Kędziora siedział 21 dni w areszcie, nie mogłem dać więcej".
Różański, nadal kryjąc siebie i kolegów: "Miałem rozmowę z Romkowskim i Fejginem, którzy mi wyjaśnili, że nie widzą potrzeby ostrzejszej sankcji wobec niego, że zrobił to z chorobliwej ambicji i że nie znaleźli żadnego innego podkładu w tej sprawie".
Anatol Fejgin przywoływał słowa Bieruta i Bermana, którzy mieli przede wszystkim domagać się wyjaśnienia, "czy śmierć Dobrzyńskiego nie została umyślnie spowodowana przez oficera śledczego Kędziorę, z uwagi na powiązania w czasie okupacji jego rodziny [Kędziory - TMP] z osobą czy środowiskiem Spychalskiego".
Różański: "Charakterystyczne dla zachowania się mjr Kędziory było to, że gdy w czasie przesłuchania podał, iż jego rodzina zna Spychalskiego, tłumaczył się, że rzekomo powiedział mi o tym w Kudowie. Przypomniałem sobie tę rozmowę: o Spychalskim Kędziora wówczas mi nie wspominał".
Kędziora nie dawał jednak za wygraną, wskazując na winę przełożonych: "Według mnie odpowiedzialnym za wprowadzenie terroru jest Romkowski. Zostałem zdjęty z pracy na skutek pobicia Dobrzyńskiego, który poprzednio był bity przez Romkowskiego i Różańskiego. Po 1949 roku byłem szykanowany przez Różańskiego do tego stopnia, że po usunięciu mnie z Departamentu Śledczego dostałem rozstroju nerwowego i choroby psychicznej. Do 1954 roku chodziło za mną to, że jestem wrogiem".
Romkowski: "Potem była decyzja, żeby Kędziorę zwolnić. Ja nie decydowałem o jego zwolnieniu, ale jest faktem, że przeciwko tej decyzji nie wystąpiłem. Tak samo mogłem tę sprawę skierować na drogę sądu, a nie skierowałem...".

Oprawca z emeryturą

Jerzy Kędziora zeznawał jako świadek w sprawie odpowiedzialności Romkowskiego, Różańskiego i Fejgina:
"Kiedy zostałem skierowany do Miedzeszyna, miałem 23 lata. Podczas przesłuchań używano takich metod jak: klęczenie na stołku, karcer czy wkładanie ołówka między palce. Pierwszy wypadek z ołówkiem zastosował. Różański był z początku uważany przez nas za wzór komunisty i człowieka oddanego Partii. Mieliśmy pełne zaufanie do Różańskiego. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że bicie więźniów było zabronione prawem. (...) W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. W tym okresie, kiedy stosowaliśmy bicie, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to jest nieludzkie. Wydawało nam się, że stosowanie tego przymusu jest koniecznością. Słyszeliśmy w tym czasie opowiadania na temat metod stosowanych w »dwójce« i dlatego wydawało się nam, że nasze postępowanie było łagodne. (...) W początkowym okresie nie było gum, a któryś z oficerów śledczych, nie pamiętam nazwiska, bił podejrzanego kijem. Ponieważ bicie kijem było niewygodne, wartownicy znaleźli kawałek kabla grubości wiecznego pióra, ogumionego, z cienkim drutem wewnątrz. Tą gumą posługiwało się kilku oficerów, a później każdy zaopatrzył się w kawałek kabla. Te gumy nazywano »małymi konstytucjami« (faszystowskimi) w odróżnieniu od »dużej konstytucji«, którą zrobił oficer śledczy Laszkiewicz przy pomocy wartowników. Była ona zrobiona z kilku drutów izolowanych".
Ostatecznie Jerzy Kędziora, sadysta z Miedzeszyna i Mokotowa, został zwolniony z bezpieki. Żadnej odpowiedzialności nie poniósł. Może dlatego, że władza wiele mu zawdzięczała. W końcu brał udział w wielu kluczowych śledztwach przeciwko tzw. wrogom ludu. Prowadził m.in. sprawę żołnierza Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, cichociemnego, mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory", legendarnego dowódcy oddziałów partyzanckich Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie, zgładzoneego przez komunistów w marcu 1948 r. To on "pracował" również z prezesem II Zarządu Głównego WiN Franciszkiem Niepokólczyckim, któremu karę śmierci zamieniono ostatecznie na dożywocie.
Do dziś Kędziora mieszka na warszawskim Bródnie, pobierając wysoką, "resortową" emeryturę. Z dawnymi kolegami z bezpieki, których w samej stolicy żyje jeszcze co najmniej kilku, spotyka się w siedzibie Związku Kombatantów RP (dawny ZBoWiD) w Alejach Ujazdowskich. Kilka lat temu Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych pozbawił go uprawnień, będących przecież uhonorowaniem szczególnych zasług dla Polski.
Śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie Jerzego Kędziory i innych krwawych śledczych umorzono w lutym 2005 r. ze względu na śmierć ich ofiar.
Tymczasem z relacji więźnia Rakowieckiej, Wacława Sikorskiego, wynika co innego: - Kędziora przesłuchiwał mnie w śledztwie, był wyjątkowo okrutny. Kiedy wreszcie przyszła wolna Polka, czekałem, kiedy w końcu odpowie za swoje czyny. Któregoś dnia dostaję zawiadomienie: "Śledztwo umorzone, bo świadkowie nie żyją". A przecież to nieprawda, świadkowie żyją. Ja żyję, jeszcze paru świadków, których on bił.

Elementy niewolnictwa

Od początku istnienia "Spaceru" starszym grupy oficerów śledczych był Józef Dusza: "Nasze warunki życia i pracy miały w sobie elementy niewolnictwa. Nie wolno nam było wydalać się z posesji. Do domu byliśmy zwalniani raz na miesiąc na 24 godziny. Pracowaliśmy od ósmej rano do trzeciej w nocy, z przerwami na obiad i kolację. Stale w nas wpajano, przede wszystkim Różański, że pracy tej wymaga od nas Partia i że pracujemy pod kierownictwem partii.
Jeśli chodzi o warunki bytowania więźniów, to przebywali w zwykłych piwnicach, o podłodze betonowej, bez centralnego lub innego ogrzewania. Siedzieli w zasadzie pojedyńczo. Spali na łóżkach, a potem na pryczach. Jedzenie dostawali dobre, ale w późniejszym okresie Różański uzależnił jakość jedzenia od wyników śledztwa. Na polecenie Różańskiego opracowany został porządek dnia dla więźniów, przewidujący między innymi reżim aresztu. Na przykład więzień mógł usiąść tylko za zezwoleniem, a na przesłuchanie szedł z podniesionymi rękoma. W areszcie była atmosfera ogólnego stosowania niewłaściwych metod, czego przykładem może być fakt, że dyżurny telefonista, Wojciechowski - »Dziadek«, nie mający nic wspólnego z więźniami - przy doprowadzaniu na przesłuchanie bił więźniów wycieraczką. Oczywiście, atmosfera nie była taka od razu, a narastała stopniowo".
Z opinii Ludwika Szenborna: "Pułkownik Dusza. Bezwzględny dla swoich podwładnych. (...) Rozkazy kierownictwa wykonywał ślepo. Może na usprawiedliwienie jego nieprzystępnego charakteru można by dodać, że takim chciało go widzieć kierownictwo".

Z zawiązanymi oczami

Bolesław Kontrym "Żmudzin", przedwojenny oficer Policji Państwowej, żołnierz AK, cichociemny, został aresztowany 13 października 1948 r. w Warszawie. I tu ślad urywa się na blisko cztery lata. Dopiero w 1952 r. - już po wyroku Sądu Wojewódzkiego dla m.st. Warszawy skazującym go na karę śmierci - rodzina dostała pierwsze kartki z więzienia na Rakowieckiej.
Dopiero po latach - w wolnej Polsce - synowi Władysławowi udało się odtworzyć los ojca. Cząstkową wiedzę zdobył w 1957 r., kiedy uzyskał zezwolenie na wgląd do akt rehabilitacyjnych. Józef Wesołowski, współwięzień z jednej celi na Mokotowie zeznawał, że "Żmudzin" opowiadał mu, iż po aresztowaniu był w jakimś więzieniu pod Warszawą, gdzie dowieziono go z zawiązanymi oczami. Był tam poddany wyrafinowanym torturom: deptano mu palce, wzywano co 15 minut na przesłuchanie, wlewano do celi kubły wody, którą musiał łyżką zbierać do kibla.
Z dokumentów wynika, że postanowienie o wszczęciu śledztwa przeciwko Bolesławowi Kontrymowi wydał 30 października 1948 r. śledczy Edmund Kwasek - ten sam, który "pracował" z Włodzimierzem Lechowiczem.
Jest podpisany pod 23 protokołowanymi przesłuchaniami. Celem śledztwa było "przyznanie się" "Żmudzina" do rzekomych przestępstw popełnionych w latach 1923 - 1944. Bezpieka chciała przede wszystkim, aby wydał polskich wywiadowców działających w KPP do 1939 r. Jeśli chodzi o okres niemieckiej okupacji miał obciążyć m.in. członków "Startu" (w tym Lechowicza) i inne osoby, wobec których UB prowadziło wówczas śledztwo. Kwasek przesłuchania prowadził przez prawie rok - do 8 września 1949 r. W willi "Spacer" Kontrym miał spędzić również następne dwa lata - do 30 października 1951 r. Tego dnia, jak czytamy w dokumentach, został przyjęty do więzienia mokotowskiego.
Dlaczego część dokumentów ze śledztwa nie została dołączona do akt sądowych? Były zbędne, gdyż Bolesław Kontrym w śledztwie zachowywał się godnie, nikogo nie wydał, nikogo nie obciążył. Dlatego komunistyczni decydenci postanowili go zabić. Został stracony 2 lub 20 stycznia 1953 r. i pochowany potajemnie w nieznanym miejscu.

Po walkach z bandami
zły stan zdrowia


Edmund Kwasek, w czasie wojny partyzant AL, od stycznia 1945 r. pracownik Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach. Więzionych przy ul. Focha (obecnie Paderewskiego) przetrzymywano w małych, zawszonych celach i przesłuchiwano, stosując niewybredne metody, po kilka godzin dziennie. Przykład dawał Kwasek. Nie tylko katował osadzonych, ale występował też w roli ich "sędziego". Tak było 11 lipca 1945 r., kiedy Okręgowy Sąd Wojskowy w Łodzi na sesji w Kielcach skazał żołnierza niepodległościowego podziemia Konrada Zygmunta Suwalskiego na karę śmierci. Edmund Kwasek był na tym procesie ławnikiem. To jemu również powierzono prowadzenie śledztwa w sprawie pogromu kieleckiego. W przygotowaniu tej ubeckiej prowokacji brał udział Adam Humer, późniejszy wicedyrektor Departamentu Śledczego MBP.
Naczelnikiem Wydziału Śledczego WUBP w Kielcach Kwasek przestał być w 1948 r., aby przez rok pełnić to samo stanowisko w Gdańsku. Przez następne lata, w Departamencie X MBP stał m.in. na czele Wydziału II, który zajmował się penetracją obcych wywiadów w partii. Szef Departamentu, Józef Różański wydał o nim opinię: "Mjr Kwasek. Zdolny oficer śledczy. Może trochę zarozumiały, z tendencją efekciarstwa".
Stefan Skwarek (wartownik w UB na Kielecczyźnie, potem "naukowiec" Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR) w książce "Na wysuniętych posterunkach" (Książka i Wiedza, 1977 r.) poświęcił mu notę biograficzną: "Płk Edmund Kwasek, członek PPR i AL, uczestnik wielu akcji zbrojnych przeciwko siłom okupanta i polskiej reakcji. Po wyzwoleniu w styczniu 1945 r. jako naczelnik Wydziału Śledczego WUBP w Kielcach uczestniczył w wielu akcjach i walkach z bandami. W latach pięćdziesiątych przeszedł do pracy w cywilu".
W 1996 r. Edmund Kwasek - tak jak Jan Dąbrowski - został skazany w procesie Humera. Z więzienia na Rakowieckiej - tego samego, w którym katował pół wieku wcześniej polskich patriotów - wyszedł jednak szybko "ze względu na zły stan zdrowia". Zmarł w 2002 r. w Warszawie.

Tadeusz M. Płużański

Tekst w skróconej wersji ukazał się w tygodniku "Nasza Polska".

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Znacznie ciekawsza byłaby debata między generałami Dukaczewskim i Czempińskim z udziałem Kiszczaka i Jaruzelskiego niż zapowiadane "zebranie budujące" na UW z panami Sikorskim i Komorowskim, bo nas interesują rzeczywiści wykonawcy woli Niemiec, Rosji, USA i Izraela - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach nie tylko z "województwa polskiego UE" Wysłane czwartek, 18, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

Inne nagrania TV ASME ze Stanisławem Michalkiewiczem:

- Interes sitwy oraz wpływów zagranicznych, czy interes nas wszystkich i naszego państwa? - Stanisław Michalkiewicz o powodach kryzysu politycznego oraz ekonomicznego w województwie polskim UE

- Happening partii Wolność i Praworządność - "Ostatni dzień palenia flagi UE!" - Warszawa 30.11.2009

- Stanisław Michalkiewicz opuszcza Unię Polityki Realnej

- "Polska wobec kryzysu gospodarczego" - wykład Stanisława Michalkiewicza w narodowym Klubie Nowogrodzka 44

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 2)

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 1)

- "Okrągły stół" i jego konsekwencja: III RP - dyskusja z udziałem Stanisława Michalkiewicza i historyka IPN, prof. Antoniego Dudka

- - II Debata studencka "Polska a waluta euro" - Warszawa 19.01.2009 z udziałem Stanisława Michalkiewicza

- Cykl "Cesarstwo Niemieckie i Cesarstwo Rosyjskie wracają do gry" - Stanisław Michalkiewicz o pomyśle, powstawaniu, konsekwencjach rozwoju Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli Unii Europejskiej

"Proszę Państwa -żyjemy w nader ciekawych czasach, które nawet wymagają poprawek klasyki literackiej. Znana Państwu bajka, co do autorstwa której są spory; jedni mówią że był nim Aleksander Puszkin, drudzy - że Bracia Grimm, o rybaku i złotej rybce mówi o tym, że złota rybka w zamian za wypuszczenie jej na wolność spełni trzy życzenia rybaka. Rybak nie wiedział czego żądać, ale jego pomysłowa żona natychmiast wymyśliła dwa - eskalując drugie względem pierwszego. Po wypowiedzeniu trzeciego życzenia, w którym zażądała, by złota rybka uczyniła ją carycą/cesarzową morską oraz kolonialną i by złota rybka była u niej na posyłki - czar prysł, a chciwa i głupia kobieta ocknęła się przed starą chatą, siedząc przed rozbitym korytem. Dlaczego trzeba będzie zmienić zakończenie tej bajki? Ostatnio w Izraelu bawił z wizytą pan wiceprezydent USA Biden, a kiedy tam bawił, Izraelczycy ogłosili, pewnie celem sprawdzenia tamtejszych mężyków stanu i nowej administracji Stanów, o budowie wielkiego osiedla żydowskiego w anektowanej przez nich części Jerozolimy" - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik naszej witryny Antysocjalistycznego Mazowsza, komentuje wydarzenia z minionych dni ze scen teatru politycznego "polskiego województwa UE" i zagranicznych.

Było to ostentacyjne zagranie na nosie panu prezydentowi Bidenowi. Wiadomo w tym przypadku, że "ogon wywija psem", ale takiej ostentacji jeszcze nie było. Władze izraelskie przetestowały złotą rybkę, czy by nie zechciała być u nich posługaczką. Wprawdzie premier Netanjahu mówił, że to "bardzo niefortunna decyzja", ale przecież minister zagraniczny Izraela wyraził nadzieję, że wszystko zakończy się wesołym oberkiem i chyba należy mu wierzyć, bo żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają, jak ten sam Beniamin Netanjahu, przemawiając w Kongresie Stanów Zjednoczonych, powiedział z całą mocą: "Jerozolima nie będzie podzielona NIGDY!!!". Jednocześnie USA stoją na stanowisku, że Wschodnia Jerozolima jest terytorium okupowanym. Dlatego niektórzy posłowie wstawali z pewnym ociąganiem do oklasków Netanjahu, ale jednak wstawali, bo spróbowali by nie wstać do oklasków Samego Netanjahu! - uśmiecha się publicysta.
Nawet w Warszawie, kiedy była uroczyście obchodzona rocznica podjęcia tej decyzji, "Gazeta Wyborcza" dała ogromny tytuł na pierwszej swej stronie "Jerozolima NASZA!", dlatego nazywam ją "żydowska gazetą dla Polaków", a przez pewien czas jej redaktorzy i sympatycy na mnie się za to złościli. Teraz już chyba sie nie złoszczą, bo ileż można się złościć za powiedzenie prawdy? Natomiast spowodowali, że zostałem uznany - razem z m.in. prymasem Glempem i Katawem Zarem, korespondentem z Tel Awiwu pisma "NCz!" - za "użytkownika języka nienawiści". Daj, panie Boże, redaktorowi Michnikowi, by znajdował się w takim towarzystwie, bo na razie przybywa w towarzystwie "człowieków honoru", a czasem przychodzi do niego Rywin... - przypomina znane fakty Stanisław Michalkiewicz.
Właśnie przed chwilą dowiedziałem się, że w aktach IPN-u znalazły się dokumenty o tym, jak to Wojciech Jaruzelski, jeszcze jako pułkownik, była Tajnym Współpracownikiem razwiedki wojskowej. No to redaktor Michnik MUSIAŁ ich nazwać "człowiekami honoru", co więcej wyjaśnia niż mówi... Ale trochę wyjaśnia znaną zażyłość miedzy redaktorem a "gienerałami" wojskowej bezpieki, a zwłaszcza ostre nawoływanie Redaktora, by "się odpieprzyć od Generała!".
Mamy też bardzo poważną sytuację - zwłaszcza przed Świętami Wielkanocnymi - w Watykanie, gdzie ożywiły się spekulacje, iż działa tam... szatan! W ogóle ponoć szatan działa w całym Kościele, a jest to bardzo wygodna konstatacja i przychodzi w samą porę, bo już było bardzo dużo sygnałów o postępującej demoralizacji kleru: na Zachodzie jakieś molestowania nieletnich, u nas - tajni współpracownicy (oczywiście - bez swojej wiedzy i zgody!), więc można by podejrzewać, że to jakaś fala właśnie demoralizacji. Ale nie! To - wszystko działania szatana! Nikt więc nie ponosi winy, bo któż z nas nie był kuszony przez szatana i jest bez winy? Jest więc tak dobrym wytłumaczeniem, by nikogo nie urazić.
I to jest wskazówka dla uczestników przyszłej "debaty", która ma się odbyć w najbliższą niedzielę pomiędzy kandydatami Platformy Obywatelskiej do stanowiska Prezydenta RP. Pan minister zagraniczny Sikorski będzie debatował z panem marszałkiem Komorowskim o tym, jak by nam tu nieba przychylić. Problem polega na tym, że obaj panowie mają identyczne stanowiska w kwestii prezydentury: pan Sikorski obiecuje, że będzie się słuchał "starszych i mądrzejszych", a pan Komorowski nie tylko to też obiecuje, ale wszyscy wiemy, że tak robi po dzień dzisiejszy. Wiemy też, że naszym "mężykom stanu", dygnitarzom - nie wolno już jest się zajmować poważnymi kwestiami politycznymi, to jest w gestii UE, więc nie będzie to żadna "debata", a jedynie "zebranie budujące", które polega przecież na tym, że wszyscy mówią to samo i jeszcze się tym mówieniem nakręcają... Mimo tego Prawo i Sprawiedliwość strasznie pozazdrościło tego chwytu socjotechnicznego, a tym bardziej ich skręca, że wiadomo, że żadnej "debaty" w PiS-ie być nie może: muszą jak jeden mąż popierać kandydaturę Lecha Kaczyńskiego.
Zresztą ta "debata" nie będzie miała żadnego znaczenia: o tym, co się w Polsce dzieje, nie decydują jacyś tam "kandydaci na kandydatów", nie decyduje nawet sam Prezydent RP - o tym decydują Niemcy, Rosja, Stany Zjednoczone i Izrael - każde przez swoją agenturę penetrującą Polskę, w skład której oczywiście wchodzą również niektórzy dygnitarze - ze wszystkich partii! A na pewno wchodzą funkcjonariusze tajnych służb, odpowiednio wcześniej przewerbowani. Dlatego gdyby taka "debata" odbywała się pomiędzy "generałami LWP" Dukaczewskim a Czempińskim, ewentualnie z udziałem Kiszczaka i Jaruzelskiego - no! - to moglibyśmy tego wysłuchiwać ze znacznie większym zainteresowaniem - podsumowuje nasz komentator.

Nagranie trwa ponad 17 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja w najlepszej jakości bez uciążliwości reklam.



Zapraszamy do podbijania naszego materiału na witrynie Wykop.pl:
wykop.pl

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Znacznie ciekawsza byłaby debata między generałami Dukaczewskim i Czempińskim z udziałem Kiszczaka i Jaruzelskiego niż zapowiadane "zebranie budujące" na UW z panami Sikorskim i Komorowskim, bo nas interesują rzeczywiści wykonawcy woli Niemiec, Rosji, USA i Izraela - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach nie tylko z "województwa polskiego UE" Wysłane czwartek, 18, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |













"Jak obaliłem komunę" - spotkanie promocyjne najnowszej książki Jana Pietrzaka w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa Wysłane wtorek, 16, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

Inne nagrania z Janem Pietrzakiem w ASME:

- Recital Jana Pietrzaka w lokalu Stowarzyszenia Wolnego Słowa z okazji Dni Wolnego Słowa 13-14.06.2009 r.

Instytut Pamięci Narodowej udostępnił znanemu satyrykowi i uczestnikowi wielu kabaretów z czasów rządów komunistycznych Janowi Pietrzakowi materiały zbierane przez Służbę Bezpieczeństwa PRL na jego temat oraz środowisk kabaretowych. Tak powstała książka "Jak obaliłem komunę", przygotowana przez wydawnictwo LTW.

09.03.2010 r. w lokalu Stowarzyszenia Wolnego Słowa odbyło się spotkanie promocyjne tej publikacji połączone z występem PT Autora - Jana Pietrzaka. Zapraszamy Państwa do zapoznania się z relacją TV ASME z tej imprezy.

Nagranie trwa ponad 1 godz. 25 minuty. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja w najlepszej jakości bez uciążliwości reklam.



Zapraszamy do podbijania naszego materiału na witrynie Wykop.pl:
wykop.pl


"Jak obaliłem komunę" - spotkanie promocyjne najnowszej książki Jana Pietrzaka w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa Wysłane wtorek, 16, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz | UWAGA!!! Plik o ciężarze 470 MB!












Sowieckie deportacje - zagłada Kresów II RP - Tadeusz M. Płużański Wysłane niedziela, 14, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat w ASME:

- Stalinowski Holokaust Polaków - Antoni Zambrowski

- 65. rocznica pierwszej masowej wywózki Polaków na Sybir
Ofiary sowieckiego totalitaryzmu - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego

- SYBIRACY OBCHODZĄ ROCZNICĘ WYWÓZKI - artykuł Antoniego Zambrowskiego

10 lutego 1940 r. - to druga data - po sowieckiej agresji 17 września 1939 r., która głęboko zapadła w pamięci mieszkańców Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej. 70 lat temu, o świcie, rozpoczęła się pierwsza masowa wywózka Polaków do syberyjskich łagrów, oficjalnie nazywana "przesiedleniem". Objęła ponad 220 tys. ludzi - urzędników państwowych (m.in. sędziów, prokuratorów, policjantów), działaczy samorządowych, leśników, a także właścicieli ziemskich i osadników wojskowych z rodzinami. Wywiezieni trafili do północnych regionów ZSRS, w okolice Archangielska oraz do Irkucka, Kraju Krasnojarskiego i Komi. Ocenia się, że podczas czterech wielkich deportacji, które trwały do czerwca 1941 r., na nieludzką ziemię Sowieci zesłali łącznie od 1,5 do 2 milionów Polaków.

Sowieckie deportacje były jedną z najcięższych zbrodni dokonanych na Narodzie Polskim w latach 1939 - 1945. Szkoda tylko, że do dziś (zarówno w Polsce, a tym bardziej na Zachodzie) niewiele mówi się o zbrodniach Sowietów, w przeciwieństwie do zbrodni "nazistów", czego dowodem są np. coroczne obchody rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz, którym nadaje się międzynarodowy charakter. Ale cóż, o pamięci historycznej ciągle decyduje bieżąca polityka.
70 lat od tych tragicznych wydarzeń Rosja - prawny i moralny spadkobierca ZSRS - udaje (przy cichej aprobacie możnych tego świata), że tematu nie ma i ani myśli o wypłacie tysiącom represjonowanych należnych im odszkodowań. Co jakiś czas Kreml mówi co prawda, że zadośćuczyni wszystkim poszkodowanym (o kogo chodzi i w wyniku czego zostali poszkodowani, tego już oczywiście się nie dowiemy). A jak ma zapłacić wszystkim, to wiadomo, że nie zapłaci nikomu. To jedno z wielu kłamstw Moskwy, kłamstw dobrze znanych z historii. Polskie władze tradycyjnie nie interweniują, aby nie drażnić Wielkiego Brata.

Aby znów się nie wydarzyło

Jedną z podstawowych książek poświęconych Golgocie Wschodu jest monumentalne opracowanie Anny Applebaum (żony ministra spraw zagranicznych RP Radka Sikorskiego) pt. "Gułag" (wydawnictwo Świat Książki). Na 624 stronach autorka analizuje, jak i kiedy powstał system łagrów, opisuje ich historię. Niezorientowanemu na ogół w historii (a szczególnie w problematyce zbrodni komunizmu) czytelnikowi amerykańskiemu - bo do niego przede wszystkim książka była adresowana, Applebaum wyjaśnia, że gułagi to obozy pracy przymusowej, w których przez 60 lat komuniści zamykali zarówno wrogów systemu, jak i zwykłych przestępców. W obozach tych, rozrzuconych po wielkim terytorium ZSRS, pracowało w sumie 30 milionów więźniów.
Autorka przypomina m.in., że model późniejszego Gułagu powstał w latach 1917 - 1939 na Wyspach Sołowieckich (Sołowkach), a jednym z jego architektów był Naftali Aronowicz Frenkel. Urodzony w Palestynie ok. 1881 r., Frenkel trafił do obozu pracy na Sołowkach, ukarany prawdopodobnie za szmugiel. Jego plan "racjonalizacji" pracy więźniów tak się spodobał władzom w Moskwie, że wkrótce został kierownikiem obozu.
Applebaum najwięcej miejsca poświęca życiu i morderczej pracy w łagrach. Podkreśla, że celem Gułagu było wychowanie przez pracę, ale przede wszystkim przymusowe wykorzystanie darmowej siły roboczej na potrzeby sowieckiego państwa. Najwięcej łagierników pracowało przy wyrębie lasu, przy wydobyciu złota (Kołyma), węgla i nafty (Workuta).
Autorka korzystała z pamiętników i opracowań, głównie w języku rosyjskim i angielskim, ale w książce cytowane są też źródła polskie. Przebadała zbiory w Archiwum Hoovera, Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie i Ośrodku Karta. W Rosji pozwolono jej skorzystać z archiwów państwowych - centralnych i prowincjonalnych, zwiedziła też m.in. Wyspy Sołowieckie, Archangielsk, Petersburg, Petrozawodsk i rejon Workuty. Przeprowadziła wywiady zarówno z osobami, które przeżyły Gułag, jak i z przeciętnymi Rosjanami, których przeważająca liczba rozgrzesza stalinizm i jest przeciwna badaniu przeszłości ich kraju.
Z książki dowiadujemy się również, że większość obozów zamknięto dopiero w późnych latach 80., choć niektóre istnieją do dziś. Nie wiadomo jednak, ile ich jest i jak się tam traktuje więźniów. "Książka ta napisana została, bo prawie na pewno to wydarzy się znów" - ostrzega Anna Applebaum.

Na najwyższym szczeblu

Przeprowadzoną 10 lutego 1940 r. akcję eksterminacyjną, której celem było wyniszczenie Polaków, przygotowano dużo wcześniej w sposób bardzo szczegółowy. Uchwałę o wysiedleniu z "zachodnich obwodów Ukraińskiej i Białoruskiej SRS" "osadników" (czyli polskich mieszkańców tych ziem II RP) Rada Komisarzy Ludowych ZSRS podjęła już 5 grudnia 1939 r. Dwa tygodnie później (22 grudnia) podobną decyzją objęto również pracowników służby leśnej.
Czym Polacy "zawinili"? Otóż Sowieci uznali, iż wiernie służyli oni rządowi "burżuazyjnej Polski" i zostali przygotowani (przez II Oddział Sztabu Głównego WP) na wypadek konfliktu z ZSRS do działania w charakterze "dywersantów", "szpiegów" i "terrorystów" (dzisiejszy władca Rosji nazywa tak Czeczenów). "Grzechem" Polaków była również (jeśli nie przede wszystkim) "aktywna walka z władzą sowiecką w 1920 r.", "wykorzystywanie pracy najemnej", "wrogie wypowiedzi pod adresem ZSRS", "rozprawianie się z prostymi chłopami, którzy rąbali pański las", "przejście na katolicką wiarę". W ten sposób - jak pisze wybitny znawca tematu, prof. Albin Głowacki w książce "Sowieci wobec Polaków na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej 1939 - 1941" - "władze bezpieczeństwa ZSRS otrzymały »prawną« podstawę do rozpoczęcia przygotowań do wywózki. Odpowiednie wskazówki w tej sprawie przekazał 19 i 25 XII 1939 r. Berii również Stalin". Decyzja zapadła zatem na najwyższym szczeblu sowieckiego państwa.

Zbrodniczy plan

W terenie ruszyła akcja tzw. rejestracji polskich rodzin. Nie chodziło oczywiście o żaden spis ludności, ale o uzyskanie niezbędnych danych do wywózki, pozyskanie niewolniczej siły roboczej i przejęcie pozostawionego majątku.
29 grudnia 1939 r. RKL ZSRS zatwierdziła przygotowany przez NKWD plan "przesiedlenia". Zwraca uwagę tempo podejmowania decyzji - od formalnej uchwały o wysiedleniu (5 grudnia) minęły zaledwie trzy tygodnie. Podkreślić należy również, że akcję zaplanowano na ten sam dzień - 10 lutego i objęła ona ogromne połacie polskich Kresów Wschodnich, zdradziecko zajętych przez Stalina i przydzielonych do dwóch republik - sowieckiej Ukrainy i Białorusi. Co więcej - wyznaczonego dnia akcja rzeczywiście się rozpoczęła. Świadczy to o niebywałej skuteczności Sowietów w realizacji zbrodniczego planu zbiorowej eksterminacji ludności polskiej. Odpowiednio wcześniej zadecydowano również, dokąd Polacy zostaną wywiezieni - tu nie było żadnego przypadku.
Okupanci szybko zorientowali się, że skala wywózek może być niewystarczająca. W związku z tym 14 I 1940 r. BP KC WKP(b) i rząd sowiecki podjęły wspólną uchwałę "O dodatkowym rozmieszczeniu specprzesiedleńców-osadników", która przewidywała zwiększenie liczby wysiedlanych o 5 tys.

Do ojca, do lasu

Wywózka była pełnym zaskoczeniem. Nikt nie wiedział, dlaczego i dokąd jest wywożony. Dla jednych oznaczało to szybką śmierć, dla innych wieloletnie (często dożywotnie) pozostanie na nieludzkiej ziemi.
Albin Głowacki pisze:
"Mróz dochodził nawet do minus 42 stopni C. Do otoczonych domów (mieszkań) osób przewidzianych do zsyłki załomotali uzbrojeni funkcjonariusze NKWD. Nierzadko asystowali im cywile - przedstawiciele lokalnych władz. Wtargnąwszy do wewnątrz, spędzali wyrwanych ze snu domowników w jedno miejsce, pozwalali im ubrać się, ustalali ich personalia i rozpoczynali szczegółową rewizję domu i obejścia, rzekomo w poszukiwaniu broni i ewentualnie ukrywających się ludzi (przy okazji zdarzało się im ukraść co cenniejsze przedmioty, zabrać dokumenty, fotografie itp.). Mężczyzn unieruchamiali pod uzbrojoną strażą, by nie mogli czynnie przeciwstawić się bezprawiu. Następnie (bądź od razu) odczytywali (komunikowali) decyzję o przesiedleniu, od której nie było odwołania. Na pytanie dokąd - odpowiadali ogólnikowo, wymijająco lub kłamali, że będzie to np. miejsce urodzenia rodziców, inne gospodarstwo, inny rejon czy obwód. Niekiedy mówili, że chodzi o wysiedlenie ze strefy wojennej (?), że rodzinę przewozi się do ojca (aresztowanego!). Sporadycznie informowali jednak, że zesłańcy nigdy już tu nie powrócą, że jadą do pracy w lesie. Zdarzały się też uspokajające »wyjaśnienia«: oto władza sowiecka przesiedla ich, ponieważ grozi im »niebezpieczeństwo ze strony miejscowej ludności«, zawinione przez rząd polski, który »nieudolnie współpracował z ludnością ukraińską«, że wyjazd jest konieczny, gdyż mieszkają zbyt blisko od granicy itp. Na spakowanie się i przygotowanie do wyjazdu pozostawiono przeważnie niewiele czasu".

"Dobytek doślemy"

Według przygotowanych odgórnie wytycznych wywożeni mogli zabrać ze sobą trochę odzieży i przedmiotów codziennego użytku (np. naczynia kuchenne), żywność (miesięczny zapas na rodzinę), pieniądze (bez ograniczeń) i kosztowności, przy jednym wszak zastrzeżeniu - waga wszystkiego nie mogła przekraczać 500 kg na rodzinę.
Albin Głowacki:
"Bywało, że [enkawudziści - red.] nie pozwolili zabrać żadnego dobytku, ani żywności, lecz tylko kilka osobistych rzeczy. Twierdzili, że wszystko, co potrzebne, wysiedleńcy jakoby otrzymają po przybyciu na nowe miejsce bądź, że dośle się tam ich dobytek (sic!)".
Majątek "przesiedlonych" miał przejść na własność kołchozów, szkół i szpitali, w rzeczywistości wszystko przejęło państwo, czyli sowiecki aparat. W ten sposób rzekomo "wyzwolony lud pracujący ukraińskich i białoruskich miast, i wsi" nie uzyskał z akcji żadnych profitów. Do opustoszałych polskich miast i wiosek sprowadzano m.in. Rosjan ze Wschodu i Łemków z okolic Sanoka.
Przejazd na stację kolejową, na zarekwirowanych saniach lub furmankach, pod eskortą NKWD, trwał często cały dzień. Potem ładowano ludzi do bydlęcych wagonów (po 35-50 osób w jednym). Zmarłych grzebano lub po prostu pozostawiano na najbliższym postoju. Po dwóch-czterech tygodniach pociągi docierały do rozrzuconych w tajdze lub stepie specjalnych osiedli (specposiołków, czyli łagrów, gułagów), zarządzanych przez NKWD. Oddalone od innych siedzib ludzkich, zazwyczaj składały się z kilku-kilkunastu bliźniaczo podobnych baraków.

Zgładzić naród

Według danych NKWD, podczas pierwszej wywózki wysiedlono w sumie prawie 140 tys. osadników i leśników wraz z rodzinami, których umieszczono w 115 specposiołkach, rozrzuconych w 21 krajach i obwodach ZSRS. Większość pracowała w przedsiębiorstwach Ludowego Komisariatu Przemysłu Leśnego - 17.077 rodzin (85.779 osób, czyli 61,5% ogółu zesłańców), COL-esu - Ludowego Komisariatu Komunikacji - 4573 rodziny (23.026 osób, 16,5%) i Ludowego Komisariatu Hutnictwa Metali Kolorowych - 3951 rodzin (19.455 osób, 13,9%). Pozostałych 1867 rodzin (11.336 osób, 8,1%) przekazano do Ludowych Komisariatów: Przemysłu Miejscowego, Hutnictwa Żelaza i Stali, Budownictwa, Uzbrojenia, Materiałów Budowlanych oraz do leśnych obozów NKWD.
Pod tymi suchymi, acz znamiennymi liczbami, kryją się tragiczne losy łagierników. Pracowali często po pas w śniegu lub w zatęchłych szybach kopalnianych, w potwornych warunkach sanitarnych, higienicznych i klimatycznych (zimą wielkie mrozy, latem upały z wszechobecnymi meszkami i komarami), bez choćby minimalnych zabezpieczeń i opieki zdrowotnej. Umierali albo tracili zdrowie z wycieńczenia, zimna i głodu. Polacy byli przy tym traktowani jak ludzie niższej kategorii - pozbawieni wszelkich praw "wrogowie ludu" i "burżuje". NKWD-ziści na każdym kroku powtarzali: "Polski już nigdy nie będzie".

Wkrótce przyszły następne masowe wywózki. Zaledwie dwa miesiące później, 13 kwietnia 1940 r., deportowano kolejnych Polaków (ok. 61 tys. osób) - przede wszystkim rodziny osób poprzednio "przesiedlonych", w większości kobiety i dzieci. Transporty kierowano tym razem nie na północ, jak podczas pierwszej wywózki, tylko na południe azjatyckiej części ZSRR, do Kazachstanu.
Wkrótce - 29 czerwca 1940 r. Sowieci wywieźli ok. 78 tys. Polaków - nie tylko mieszkańców Kresów, ale także tych, którzy dotarli tam, uciekając przed Niemcami. Czwarta wywózka - w nocy z 21 na 22 maja 1941 r. objęła ponad 12 tys. osób z terenów "Zachodniej Ukrainy". Kolejne deportacje powstrzymali Niemcy, uderzając na Związek Sowiecki.
Elitę II RP wymordowano m.in. w Katyniu. Wszystko zgodnie z sowieckim planem zagłady narodu polskiego.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Ten Żyd kogo Partia wskaże (rzecz o początkach kariery tow. gen. LWP Wojciecha Jaruzelskiego) - Antoni Zambrowski Wysłane piątek, 12, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

Na temat "generała LWP" Wojciecha Jaruzelskiego w ASME:

- Zamach na ucieleśnioną niewinność - prof. Jerzy Przystawa

- I poszli chłopcy w bój bez broni - prof. Jerzy Przystawa

- Rocznica stanu wojennego Pamięć o represjach ZACZĘŁO SIĘ W 1957 ROKU - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego

- Skazano trzeciego milicjanta pacyfikującego manifestację "Solidarności" w stanie wojennym
Zabójstwo w Lubinie (symbolicznie) osądzone - Tadeusz M. Płużański

- MATKA BOŻA STANU WOJENNEGO - ANTONI ZAMBROWSKI

- DWIE GRUDNIOWE ROCZNICE - artykuł Antoniego Zambrowskiego

"Rzekł ktoś mądrze kiedyś w rządzie o piątej kolumnie, lecz Polacy w Żydów ślipią, bo jak zwykle durnie" - pisał ubecki wierszokleta w marcu 1968 roku. O tym jak było z tą syjonistyczną V-tą kolumną opowiedział w swych wspomnieniach tow. Piotr Kostikow - w swoim czasie szef sektora polskiego w wydziale zagranicznym KC KPZR.

Był on świadkiem rozmowy Leonida Brieżniewa z Władysławem Gomułką w gabinecie tego pierwszego w Moskwie. Leonid Brieżniew miał żal do Władysława Gomułki o to, że w PRL towarzysze żydowscy otwarcie krytykują politykę Kraju Rad wobec państwa Izrael po zwycięskiej dla Żydów wojnie sześciodniowej z Arabami w czerwcu 1967 roku. Zagniewany tow. Wiesław zadeklarował, że nie dopuści w Polsce żydowskiej V-tej kolumny. Te słowa o V-tej kolumnie powtórzył on w transmitowanym przez TVP oraz Polskie Radio przemówieniu na Kongresie Związków Zawodowych. W wydrukowanych następnego dnia gazetach tych słów już nie było, ale jak powiadają Rosjanie "słowo - to nie wróbel, jak wyleci, to nie pochwycisz". W tej samej rozmowie przytoczonej przez tow. Kostikowa Leonid Brieżniew radził Wiesławowi, by zwalniał z odpowiedzialnych stanowisk partyjnych i państwowych niewdzięcznych towarzyszy żydowskich i obsadzał zwolnione w ten sposób stanowiska młodą kadrą o słowiańskich korzeniach. Stąd geneza antysemickiej czystki w latach 1967-68.
Trzeba przyznać, że informacje tow. Briezniewa były nieco zmanipulowane. Sympatie do Izraela w owym czasie manifestowali w Polsce nie tylko Żydzi. Zwyczajni Polacy bez żadnej krępacji masowo demonstrowali swą radość, że prozachodni Żydzi dokopali prosowieckim Arabom. Młodzi mężczyźni zapuszczali na znak solidarności z Żydami brody. Nawet ks. Prymas kardynał Stefan Wyszyński - mimo smutnych doświadczeń partyjnej nagonki za list do niemieckich biskupów - otwarcie modlił się w Warszawie o powodzenie oręża izraelskiego. Trudno było wezwać ks. Prymasa do Komisji Kontroli Partyjnej, więc postanowiono podjąć działania selektywne: zabrać się do osób o żydowskich korzeniach.

Cel: Jaruzelski na ministra

Za personalny symbol antysemickiej czystki owych lat uchodzi gen. Mieczysław Moczar (wł. Nikołaj Tichonowicz Diomko), agent sowieckich służb specjalnych i minister spraw wewnętrznych PRL w jednej osobie. Tymczasem czystka antysemicka rozpoczęła się pierwotnie w Ludowym Wojsku Polskim za sprawą gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Jej celem było opanowanie stanowiska ministra obrony narodowej PRL przez cieszącego się zaufaniem Moskwy gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Jak wiadomo, przed wydarzeniami październikowymi 1956 roku ministrem obrony PRL był sowiecki marszałek narodowości polskiej Konstanty Rokossowski. Pod naciskiem zrewoltowanych tłumów został on zdymisjonowany przez nowe kierownictwo partyjne i odesłany wraz z liczną grupą sowieckich generałów i oficerów do Kraju Rad. Jego miejsce zajął inż. Marian Spychalski, mianowany wkrótce marszałkiem. Nie cieszył się on jednak względami sowieckich generałów i ich agentury w LWP. Jego starszy brat byt wysokim oficerem Armii Krajowej. W okresie stalinowskim był długo więziony i w Moskwie sądzono, że nie ma dymu bez ognia. Pokpiwano w dodatku z jego kwalifikacji zawodowych (Spychalski z wykształcenia był architektem) i przezywano "harcerzem". Na domiar złego nie mówił dobrze po rosyjsku. W Moskwie od lat czekano na okazję, by zastąpić Spychalskiego gen. Jaruzelskim.
Są dwa fakty świadczące, że sowieckie służby szykowały od wielu lat zmiany kadrowe w Polsce. Pierwszy z nich - to sprawa Witolda Jedlickiego, byłego agenta UB, następnie wybitnego działacza proreformatorskiego Klubu Krzywego Koła w Warszawie. Wyjechał on na mocy decyzji gen. Moczara z Polski do Izraela i w roku 1962 zamieścił w "Kulturze" paryskiej paszkwil na polskie zwycięstwo w Październiku 1956 roku pod wymownym tytułem "Chamy i Żydy". Opisywał on w niej toczoną w 1956 roku zakulisową walkę na szczytach władz partyjnych koterii konserwatywnej (cieszącej się poparciem sowieckiej ambasady) zwanej "natolińczykami" oraz proreformatorskiej zwanej "puławianami". Zgodnie z zamówieniem społecznym gen. Moczara, Jedlicki jego zwolenników określał jako "chamów", czyli przedstawicieli polskiego ludu, zaś zwycięskich w 1956 roku "puławian" jako "Żydów". Była to korzystna dla gen. Moczara manipulacja propagandowa, gdyż jego przeciwnicy określeni zostali jako "Żydy". Publikacja Jedlickiego zapowiadała przyszłą czystkę partyjnych liberałów, eliminowanych wszelako jako Żydzi (Odpowiedź Antoniego Zambrowskiego na publikację Jedlickiego - w naszym serwisie ASME - przyp. Redakcja).
O wieloletnich przygotowaniach w MON świadczyła z kolei afera gen. Zygmunta Duszyńskiego. Był to w odróżnieniu od marszałka Spychalskiego wojskowy fachowiec, nie lubiany wszelako w Moskwie, gdyż jako stary komunista i partyzant AL nie widział powodów, by się kłaniać w pas sowieckim marszałkom i generałom.
Stanowił on w dodatku przeszkodę w awansie gen. Jaruzelskiego, gdyż po ewentualnym usunięciu marszałka Spychalskiego zastąpił by go na jego stanowisku. Utrącono więc zawczasu gen. Duszyńskiego, organizując wokół niego aferę seksualną. Obie te sprawy świadczą, że w Moskwie do operacji kadrowej przygotowywano się solidnie i zawczasu.

Pierwszym celem marszałek Spychalski

Istotnie czystka elementów żydowskich prowadzona była po wojnie sześciodniowej z rozmachem. Eliminowano autentycznych Żydów w wojsku, Polaków o żydowskich przodkach, Polaków ożenionych z Żydówkami oraz rdzennych Polaków pomawianych o żydowskie pochodzenie. Jak to określił mój kolega w celi więziennej na Mokotowie Piotr Żebruń: "nie ten Żyd - kto Żyd, lecz ten kogo Partia wskaże". Zgodnie z wieloletnimi planami Moskwy jedną z pierwszych ofiar czystki antysemickiej stał się marszałek Marian Spychalski.
W komórce do dezinformacji ułożono o nim wymowny dowcip. Do jego mieszkania dzwoni ktoś i prosi do telefonu Mońka. Odbierający telefon informuje, że tu nie ma żadnego Mońka, lecz Maniek.
- W takim razie poproszę Mańka.
- Moniek, do telefonu.
Na zebraniach partyjnych oficerowie LWP krzyczeli, że nie będą służyć pod Mońkiem. Takie sceny odbywały się w obecności gen. Józefa Kuropieski - oficera skazanego na karę śmierci w okresie stalinowskim, później zrehabilitowanego. Za przeciwstawianie się postawom antysemickim został on później usunięty z wojska przez gen. Jaruzelskiego, mimo że gen. Jaruzelski wiele mu w swej karierze zawdzięczał.
Gdy Józef Kuropieska siedział w czasie II wojny w niemieckim oflagu, jego żona przechowywała w swym mieszkaniu wraz z własnymi dziećmi gromadkę żydowskich dzieci. W nagrodę została zaproszona w 1968 roku do Izraela, by odebrać medal instytutu Yad Vashem "Sprawiedliwy wśród narodów świata" i zasadzić własne drzewko. Ubecka propaganda wmawiała ludziom, że to marszałkowa Spychalska pojechała do Izraela, by odwiedzić tam swą rodzinę (Na ubeckie łgarstwa o rzekomym żydowskim pochodzeniu Mariana Spychalskiego i jego żony dali się nabrać nawet niektórzy historycy w III RP. Znałem dobrze rodzinę Spychalskich, stąd wiem, że to ubeckie banialuki).
Presja agentury sowieckiej była tak silna, że Władysław Gomułka był zmuszony do wycofania go z jego stanowiska ministerialnego. W proteście przeciwko antysemickiej kampanii podał się do dymisji Edward Ochab - dotychczasowy przewodniczący Rady Państwa. Na jego miejsce mianowano marszałka Spychalskiego, zaś jego następcą w MON został gen. Wojciech Jaruzelski.
Wraz z gen. Jaruzelskim karierę zrobił gen. Józef Urbanowicz - Polak z Łotwy, politruk z Armii Sowieckiej, czynny "odżydzacz" szeregów LWP. Został wiceministrem obrony narodowej. Z szeregów LWP generałowie Jaruzelski i Urbanowicz wyrzucili setki oficerów. "Odżydzanie" szeregów nie oznaczało usuwanie jedynie sympatyków państwa Izrael. Zasady czystki były znacznie szersze: na pierwszy ogień szli oficerowie narodowości żydowskiej, ale obok nich usuwano Polaków o żydowskich przodkach (w myśl ustaw norymberskich), ponadto Polaków ożenionych z Żydówkami. Tym czasami dawano szansę za cenę rozwodu z "osobami nieczystymi rasowo". Działo się to w kraju, na czele którego stał Władysław Gomułka ożeniony od lat z Żydówką Liwą Szoken. Być może okolicznością łagodzącą było dlań to, że przez wiele lat żył nie z żoną, lecz z swoją sekretarką.

Prawdziwy cel kamuflażu

Był to jednak kamuflaż, czyli zasłona dymna, gdyż ofiarami czystki antysemickiej padali raz po raz rdzenni Polacy, źle notowani w Moskwie jako dawni uczestnicy wydarzeń październikowych 1956 roku. Tak wylecieli z wojska gen. Jan Frey-Bielecki oraz jego bliski współpracownik, płk Wincenty Heinrich. Klasycznym tego przykładem były też losy gen. Tadeusza Bończa-Pióry - usuniętego z szeregów PZPR decyzją Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej pod pretekstem ukrycia przed Partią prawdziwego (żydowskiego) nazwiska Feder. Rzecz w tym, że gen. Pióro pochodził - podobnie jak Jaruzelski - ze sfer ziemiańskich i w okresie stalinowskim był za to represjonowany przez Informację Wojskową. Gen. Jaruzelski skorzystał ze sposobności i usunął go z wojska.
Takie są kulisy kariery politycznej gen. Jaruzelskiego. Wiele z mojej wiedzy o tym co się działo wtedy w LWP, zawdzięczam mej przyjaźni z rodziną gen. Adama Uziembły - więźnia stalinowskiego, w czasie "marcowej" czystki usuniętego z wojska. Gen. Uziembło również nie miał żydowskich przodków, ale czymś podpadł sowieckiej agenturze. Opowiadał mi godzinami o koszmarnej atmosferze donosów i prowokacji w prowadzonej przez generałów Jaruzelskiego i Urbanowicza kampanii czystek. Nie pozwalał notować swych opowieści, tym bardziej je nagrywać, gdyż potwornie bał się mściwości Jaruzelskiego. Chciał umrzeć spokojnie, a jednocześnie na mój widok nie mógł powstrzymać się od kolejnych opowieści. Darzył mnie zaufaniem, gdyż właśnie wróciłem do domu z obozu internowania w więzieniu w Białołęce.
Zważmy, że to są tylko początki ministerialnej kariery gen. Jaruzelskiego. Później był najazd na bratnią Czechosłowację, strzelanie do polskich robotników na Wybrzeżu, stan wojenny i kolejne ofiary. Ktoś inny leżałby godzinami krzyżem za pokutę. Ale gen. Jaruzelski ma sumienie komunisty. Nic nie zakłóca mu spokoju ducha. Centrolewica broni dziś gen. Jaruzelskiego jako swego bohatera. Jednocześnie zarzuca Polakom tradycyjny antysemityzm. To są szczyty dialektycznej logiki.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Kongres PiS potwierdził "jedynie słuszną linię Partii", prezydent Kaczyński szuka poparcia wśród postępowych kobiet z Manify, ale Trybunał z Karlsruhe niesie nam optymizm - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach nie tylko z "województwa polskiego UE" Wysłane środa, 10, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

Inne nagrania TV ASME ze Stanisławem Michalkiewiczem:

- Interes sitwy oraz wpływów zagranicznych, czy interes nas wszystkich i naszego państwa? - Stanisław Michalkiewicz o powodach kryzysu politycznego oraz ekonomicznego w województwie polskim UE

- Happening partii Wolność i Praworządność - "Ostatni dzień palenia flagi UE!" - Warszawa 30.11.2009

- Stanisław Michalkiewicz opuszcza Unię Polityki Realnej

- "Polska wobec kryzysu gospodarczego" - wykład Stanisława Michalkiewicza w narodowym Klubie Nowogrodzka 44

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 2)

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 1)

- "Okrągły stół" i jego konsekwencja: III RP - dyskusja z udziałem Stanisława Michalkiewicza i historyka IPN, prof. Antoniego Dudka

- - II Debata studencka "Polska a waluta euro" - Warszawa 19.01.2009 z udziałem Stanisława Michalkiewicza

- Cykl "Cesarstwo Niemieckie i Cesarstwo Rosyjskie wracają do gry" - Stanisław Michalkiewicz o pomyśle, powstawaniu, konsekwencjach rozwoju Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli Unii Europejskiej

"Proszę Państwa, zastanawiam się czy słuszne jest powiedzenie, że podróże kształcą? Właściwie - kształcą, ale skoro podróżować, skoro można nie podróżować, palcem po mapie »podróżować", albo jeszcze lepiej - w wyobraźni. Bo jak w ZSRS ktoś chciał podróżować, to przed kasami ustawiały się kolejki, i jeszcze oficer NKWD przechadzając się pytał »po co podróżujecie?«. Na takie pytanie chętni nie wiedzieli co odpowiedzieć, szybko się z kolejki wycofywali, szczęśliwi, że są żywi, zdrowi i na wolności... Tak się zastanawiam, bo pojechałem do Wielkiej Brytanii na zaproszenie pewnych państwa, którzy mieszkają w Yorkshire, spotkałem się z polską publicznością w Leeds, dobrze się rozumieliśmy, ale dopiero jak wróciłem do kraju, zorientowałem się, jak wiele straciłem, bo byłem w Brytanii akurat w czasie, kiedy w Polsce w Poznaniu odbył się Kongres Prawa i Sprawiedliwości. Ponownie został wybrany na ich przewodniczącego pan prezes Jarosław Kaczyński, a Kongres potwierdził - podobnie jak to było w czasach rządów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - »jedynie słuszną linię Partii«, podobnie jak »zbiorową mądrość« tego ugrupowania. Ominęło mnie takie widowisko, więc ogromnie żałuję, że nie mogłem być jednocześnie tam i tu" - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik naszego serwisu ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza, komentuje najnowsze wydarzenia ze scen teatru politykierskiego "województwa polskiego UE".

Oczywiście z okazji "8 marca" odbyła się kolejna Manifa, podczas której pokazały się "postępowe kobiety": Alicja Tysiącowa i Aneta Krawczykowa (to ta, która nie umiała stwierdzić, kto jest ojcem jej dziecka - czy poseł Lepper, czy też ktoś inny - przyp. ASME). Jak widać, wkraczamy w nowy etap, a więc potrzebne są nowe autorytety moralne - to oczywiste. Nic dziwnego, że nawet pan prezydent Kaczyński był pod wrażeniem i życzył tym postępowym kobietom - równouprawnienia. Oczekując, żeby Go wreszcie poparła jakaś poważna siła polityczna, nie będzie się wahał we wprowadzeniu w Polsce tzw. parytetów. Chodzi oczywiście o zapewnienie tyle samych wesołych posad w administracji rządowej i samorządowej dla kobiet, jak do tej pory były dla mężczyzn. Z wszystkiego bowiem można szmal wydostać! Średniowieczni alchemicy przewidywali, że złoto można wydobyć i z ołowiu, współczesne kobiety są przekonane, że złoto otrzymają nie tylko z materii nieorganicznej, ale także z delikatnej materii nieorganicznej. Posady w samorządach i administracji rządowej przecież przekładają się na czyste złoto! A jedynym powodem, dla którego te złoto będzie się tam sypało - jest, jak to wymowni Francuzi nazywają:"le petite différence" - "ta maleńka różnica"... - uśmiecha się Stanisław Michalkiewicz.

Nagranie trwa ponad 8 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja w najlepszej jakości bez uciążliwości reklam.



Zapraszamy do podbijania naszego materiału na witrynie Wykop.pl:
wykop.pl

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Kongres PiS potwierdził "jedynie słuszną linię Partii", prezydent Kaczyński szuka poparcia wśród postępowych kobiet z Manify, ale Trybunał z Karlsruhe niesie nam optymizm - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach nie tylko z "województwa polskiego UE" Wysłane środa, 10, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |












Osądźmy katów z Mokotowa - Tadeusz M. Płużański Wysłane środa, 10, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

Inne artykuły związane z tematem bandytów komunazistycznych:

- Jerzy Kędziora - sadysta z bezpieki - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (10) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (9) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (8) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (7) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (6) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie, cz. 5 - Tadeusz M. Płużański

- Bestie, cz. 4 - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (3) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (2) - Tadeusz M. Płużański

- Mordercy narodu polskiego - Tadeusz M. Płużański

- "Generał smród" skazany - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego

Domagamy się ścigania seryjnego zabójcy z więzienia na Rakowieckiej w Warszawie - Piotra Śmietańskiego. Apelujemy też o odnalezienie zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego, płk. Henryka Podlaskiego i majora NKWD/UB Bronisława Szymańskiego. Chcemy też osądzenia zastępcy naczelnika więzienia mokotowskiego Ryszarda Mońki, oraz brutalnych śledczych: Eugeniusza Chimczaka, Zbigniewa Kiszela i Edwarda Zająca.

Piotr Śmietański był na Mokotowie dowódcą plutonu egzekucyjnego. Sądząc z podpisów na protokołach wykonania wyroków śmierci - ledwo piśmienny. W praktyce żadnego plutonu nie było. Zabijał tylko on. W latach 1944 - 1956 w więzieniu przy ul. Rakowieckiej stracono ponad tysiąc osób. Wiele z nich było ofiarami Śmietańskiego.
Miał jedną, wypróbowaną metodę - zabijał strzałem w tył głowy, metodą sowiecką. W ten sposób zostali zamordowani polscy oficerowie w Katyniu.
Zabijał żołnierzy AK, NSZ, WiN, działaczy niepodległościowych – wszystkich, którzy nie podobali się "ludowej" władzy.
Wśród najbardziej znanych więźniów, od kuli Śmietańskiego zginęli:
Witold Pilecki - 25 maja 1948 r.,
Hieronim Dekutowski, "Zapora" - 7 marca 1949 r.,
Adam Doboszyński - 29 sierpnia 1949 r.,
Ich nazwiska można dziś znaleźć na pamiątkowej tablicy umieszczonej na więziennym murze. Zostali pogrzebani prawdopodobnie na "Łączce" - dzisiejszej kwaterze "Ł" cmentarza wojskowego na Powązkach.

Izrael powinien go wydać

Aż do dziś nie wiedzieliśmy, jak ten etatowy morderca wygląda. Po raz pierwszy zdjęcie st. sierż. Piotra Śmietańskiego opublikowano w albumie Jacka Pawłowicza "Rotmistrz Witold Pilecki 1901 - 1948" (Wydawnictwo Instytutu Pamięci Narodowej, 2009). Namówiłem historyka IPN, aby prócz materiałów ikonograficznych przedstawiających rotmistrza, jego rodzinę i współpracowników, pokazać także twarze morderców – od przywódców komunistycznej partii i państwa, szefostwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, po "oficerów" śledczych bezpieki, sędziów, prokuratorów, w końcu Śmietańskiego. Jacek Pawłowicz najdłużej szukał właśnie jego fotografii. Ale jest, udało się.
Po opublikowaniu albumu rozdzwoniły się telefony – wreszcie, po latach mogliśmy zobaczyć twarz (w bardziej dosadnych słowach: mordę) tego oprawcy. Ale zaraz pojawiło się pytanie: co się z nim dzieje? Nikt nigdy go nie odszukał. Wiadomo tylko, że wyjechał do Izraela.
Adam Cyra, historyk z Muzeum Auschwitz, napisał: "Na temat tego zbrodniarza, wykonującego wyroki śmierci w majestacie komunistycznego prawa, niewiele można ustalić. Urodził się prawdopodobnie około 1921 r., lecz jak przebiegała jego młodość i jakie były jego losy w czasie wojny, nic nie wiemy. Podobno za pozbawienie życia więźnia otrzymywał tysiąc złotych. Pensja nauczycielska w tym czasie wynosiła sześćset złotych. (...) Obecnie powinno się ustalić jego losy, o ile tam [w Izraelu – przyp. TMP] żyje. Polska powinna zażądać jego wydania celem należytego osądzenia i ukarania".

Mońko i "Poniatowski"

W egzekucji rotmistrza, prócz Piotra Śmietańskiego, brali udział: ks. Wincenty M. Martusiewicz (zmarł w 1969 r. w Warszawie), prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej Stanisław Cypryszewski (zmarł w 1983 r. w Warszawie), lekarz Kazimierz Jezierski (zmarł w 1994 r. w Podkowie Leśnej).
Z tej grupy żyje tylko zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego Ryszard Mońko (dwa zawody: technik rolniczy i mechanik, do 1962 r. był m.in. naczelnikiem więzienia w Częstochowie). Pięć lat temu, podczas procesu Czesława Łapińskiego oskarżonego przez IPN o udział w mordzie sądowym na Witoldzie Pileckim, zeznawał (jako świadek!!!): - Egzekucja Pileckiego to był jedyny przypadek w mojej karierze. Zastępowałem naczelnika Mokotowa Alojzego Grabickiego, który takimi sprawami zajmował się rutynowo, ale akurat, wyjątkowo, wyjechał. 25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów, dwóch w mundurach wojskowych, dwóch po cywilnemu. Byli z bezpieki. Na polecenie prokuratora [Cypryszewskiego - red.] rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X Pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu. Widziałem, jak prowadzili Pileckiego pod ręce, a on poprosił ich, żeby go puścili, bo chce iść sam. Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Lekarz w wojskowym mundurze wszedł do budynku i stwierdził zgon. Przed wykonaniem wyroku z Pileckim rozmawiał ksiądz Martusiewicz".
Mońko zapamiętał też Śmietańskiego, ale nie wiedział, co teraz robi. Informacji o kacie z Rakowieckiej nie ma w polskiej ewidencji: Wydziale Kadr Centralnego Zarządu Służby Więziennej, Centralnym Departamencie Kadr MON, Archiwum Wojsk Lądowych i jego trzech filiach, Biurze Ewidencji i Archiwum UOP, Biurze Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów IPN w Warszawie. Śmietański nie figuruje również w rejestrze PESEL. W związku z brakiem jakichkolwiek danych o mordercy śledztwo przeciwko niemu zostało w 2004 r. umorzone.
Ze skąpych relacji wiemy jedynie, że więźniowie Mokotowa nazywali go "Lodziarz" lub "Poniatowski", ze względu na długie bokobrody.

"Dziadziuś"
z "przedsiębiorstwa"


Nie żyje już żaden z funkcjonariuszy stalinowskiego wymiaru "sprawiedliwości" ze sprawy Pileckiego, sędziowie – Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie: Józef Badecki, Jan Hryckowian, Stefan Nowacki (delegowany z Informacji Wojskowej), II instancji – Najwyższego Sądu Wojskowego: Kazimierz Drohomirecki, Leo Hochberg, Roman Kryże. Prokurator Czesław Łapiński zmarł 6 grudnia 2004 r. w trakcie procesu, jaki wytoczył mu IPN. Nie żyje także "góra", która nadzorowała śledztwo – szefowie MBP: Stanisław Radkiewicz i jego zastępca Roman Romkowski (Natan Kikiel), Jacek Różański (Józef Goldberg), dyrektor Departamentu Śledczego MBP i Józef Czaplicki, dyrektor Departamentu III.
Ich losy są na ogół znane. Inaczej ze śledczymi. Wymieńmy ich w kolejności alfabetycznej (w nawiasach data i miejsce śmierci). Stefan Alaborski (1972, Warszawa, pod zmienionym 12 lat wcześniej nazwiskiem Malinowski), Tadeusz Bochenek (1994, Warszawa), Henryk Buza (1970, miejsce nieznane), Walenty Chmiel (1952, Nieporęt - na skutek postrzelenia), Józef Dusza (1993, Warszawa), Władysław Fabiszewski (1987, Warszawa), Jan Janicki (1997, Toruń), Jerzy Kroszel (1989, Gdańsk), Stanisław Łyszkowski (1978, Radom), Stefan Skrzypiec (1988, Tarnowskie Góry), Tadeusz Słowianek (1993, Łódź, jako podpułkownik, na przebieg jego kariery nie wpłynęła surowa nagana, potem zatarta, którą otrzymał w 1962 r. za upicie się), Ludwik Woźnica (1988, Łódź). Jak widać, po odejściu z MBP, rozproszyli się po całym kraju.
Rok temu zmarł Marian Krawczyński (rocznik 1920), jeden z najbardziej "zasłużonych" w sprawie, podpisany pod aktem oskarżenia. Przed wojną skończył zawodówkę, po wojnie pułkownik. Na Mokotowie pracował przez 1,5 roku, w bezpiece do 1955 r.
Po ujawnieniu kilka lat temu roli Krawczyńskiego w sprawie rotmistrza Pileckiego dostałem list od osoby, która znała ubeka: "Spotykałem go podczas urodzin mojej koleżanki, jego wnuczki (gdy byliśmy dziećmi). Wiem, że ona go bardzo kochała, zawsze zwracała się do niego »dziadziuś«. Ostatnio rozmawiałem z nim w 2006 r., ok. kwietnia. Opowiadał o podróżach służbowych do Turcji z lat 60-70 [nieźle, jak na byłego śledczego – TMP]. Wtedy już wiedziałem, że miał do czynienia z »bezpieką«, choć wyraźnie tego nie sprecyzował. Mówił o »przedsiębiorstwie« jako pracodawcy. Podczas tej rozmowy zrobił na mnie dosyć dobre wrażenie, umiarkowanie miłego starszego Pana, choć był bardzo jak na swój wiek surowy i zdystansowany. Bardzo mało wychodził z domu, pomimo nienajgorszego zdrowia".

Napluć w twarz

- Z Pileckim miałem dobry kontakt, rozmawialiśmy dużo i szczerze - mówił 83-letni Krawczyński na procesie prokuratora Łapińskiego (też jako świadek). - Pracowałem z nim 1,5 - 2 miesiące. Czasem dzień po dniu - z własnej inicjatywy lub na polecenie przełożonego.
Przy okazji ubek ujawnił swój dzień "pracy": od 9.00 do 24.00, z trzy - czterogodzinną przerwą po południu. Na pytanie sądu o zawód odpowiedział: urzędnik.
Z dalszej lektury listu można "zrozumieć", czemu nikt go dziś nie ścigał: "Podczas jednego ze spotkań towarzyskich jego córka wspomniała o obecności Krawczyńskiego w sądach i z przekonaniem przekazywała jego słowa, że »może spać spokojnie«. Ponoć zarzekał się, że nie ma sobie nic do zarzucenia. Mówił, że zna okrutnego kata, który mieszka w bloku obok i że »tamten to świnia«. Domyślam się, że chodziło o Chimczaka".
Sąsiad Krawczyńskiego - Eugeniusz Chimczak (rocznik 1921 r.), nadal żyje w centrum Warszawy, niedaleko ul. Madalińskiego. Najpierw był śledczym PUBP w Tomaszowie Lubelskim, w końcu pułkownikiem w Warszawie, w bezpiece do... 15.06.1984 r. Tak jak Krawczyński skończył Centralną Szkołę MPB w Łodzi. Tak samo zeznawał przed prokuratorem IPN: żadnego przymusu fizycznego i psychicznego nie było. Nie biliśmy, nie słyszeliśmy również, aby robili to inni. Wykonywaliśmy tylko polecenia przełożonych.
Chimczak był jednak bardziej wylewny: "O tym, w co był zamieszany Pilecki, mogłem się zorientować z wyjaśnień, jakie mi złożył. Moich zwierzchników interesowały wyjątkowo »sprawy szpiegowskie«".
- Metody miał szczególne. Kiedy bicie nie skutkowało, krzyczał: "My wiemy, że masz twardą dupę, ale w celi obok jest twoja żona, z której wszystko wyciśniemy" – wspominał Chimczaka mój ojciec, Tadeusz Płużański, skazany razem z Pileckim na karę śmierci. – Kiedy w latach 70. spotkałem go na Nowym Świecie, mogłem mu tylko napluć w twarz, ale tego nie zrobiłem. Po wyjściu z więzienia w 1956 r. ojca pochłonęła filozofia chrześcijańska.
W procesie Adama Humera (wicedyrektora Departamentu Śledczego MBP, zmarł w 2001 r. w Warszawie), Chimczak został skazany na siedem i pół roku więzienia, ale za kratki, "ze względu na stan zdrowia" – podobnie, jak pozostali sądzeni wówczas ubecy - nie trafił. A powinien również odpowiedzieć za inne swoje zbrodnie.
Niedaleko Krawczyńskiego i Chimczaka, na ul. Spacerowej, mieszkał inny ober-oprawca Jerzy Kaskiewicz. Przez nikogo nie nękany zmarł w 1999 r. To on prowadził pierwsze przesłuchania grupy Pileckiego i wnosił o zastosowanie tymczasowego aresztowania, do czego "przychylił się" zastępca Naczelnego Prokuratora Wojskowego do spraw szczególnych, ppłk Henryk Podlaski. Ten sam Kaskiewicz wydał postanowienie o wszczęciu śledztwa, w oparciu o art. 7. dekretu z 13 czerwca 1946 r. (o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa - szpiegostwo).

Do ZSRS, do siostry

Podlaski to jedna z kluczowych osób w stalinowskim systemie bezprawia. Po 1948 r., kiedy odszedł ze stanowiska zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego, był kierownikiem Departamentu Nadzoru Prokuratorskiego Ministerstwa Sprawiedliwości, a w latach 1950 - 1955 zastępcą Prokuratora Generalnego. Funkcja zastępcy jest myląca. To on faktycznie rządził. We wszystkich miejscach pracy nakazywał, w porozumieniu z bezpieką, stosowanie brutalnych represji, prowadzenie spraw bez dowodów winy, w ścisłej tajemnicy. Wiemy o tym z raportu komisji powstałej na fali "odwilży", dla zbadania "przejawów łamania socjalistycznej praworządności".
W dokumentach czytamy: Podlaski Hersz, syn Mojżesza i Szpryncy Austern, ur. 7 marca 1919 r. w Suwałkach. Później zmienił imię na Henryk, ojciec Mojżesz został Maurycym, a matka Szprynca Stanisławą. Jego zdjęć nie ma jednak na wystawach przedstawiających komunistycznych oprawców. Powód? W 1956 r., kiedy wspomniana komisja postawiła mu zarzuty, najpierw zaczął używać imienia Bernard, a potem zniknął (tak jak Śmietański). Jego ostatni adres w Warszawie to ul. Lądowa 5 m. 91. Tu zameldowana była również jego córka Swietłana (ur. 1948 r., w 1974 wyemigrowała do Szwecji) i syn Włodzimierz (ur. 1949 r.).
Przez dłuższy czas Podlaskiego szukała KG MO, ale bezskutecznie. Mówiło się, że utonął w nurtach Bugu, podczas nieudanej ucieczki na Wschód, albo o samobójstwie. W ostatnim (?) liście do żony napisał, że nie może znieść ciężaru nieprawdziwych zarzutów. W 1967 r., po 10 latach starań, Zyta Podlaska uzyskała sądowe potwierdzenie zgonu męża, który miał nastąpić 31 grudnia 1956 r. Tą informacją zadowolił się również pół wieku później IPN i zaprzestał poszukiwań krwawego prokuratora. W 1974 r. pani Podlaska też podążyła na północ, ale nie do córki – do Szwecji, ale do Danii, gdzie zmieniła nazwisko na Jansen.
Istnieją jednak relacje, że cała sprawa została sfingowana, a Podlaski... zamieszkał w swojej drugiej, po Izraelu, ojczyźnie - ZSRS, u boku siostry, która wyszła za mąż za wysokiego funkcjonariusza NKWD. W Urzędzie Stanu Cywilnego w Suwałkach, gdzie się urodził, nie ma informacji o jego zgonie.

Rozpracowywał NSZ i WiN

Podlaski to nie jedyny funkcjonariusz stalinizmu, który zapadł się pod ziemię. Przytoczmy jeszcze raz zeznania ubeka Krawczyńskiego: - Sprawę Pileckiego kończyłem razem z mjr. Szymańskim. To on przyniósł mi gotowy akt oskarżenia. Był razem z Serkowskim, który zlecił mi śledztwo i nadzorował je. Pismo pachniało jeszcze maszyną. Nawet go nie przeczytałem - nie było po co, bo wytyczne przyszły z KC.
Ludwik Serkowski zmarł w 1990 r. w Warszawie. Był naczelnikiem Wydziału II Departamentu Śledczego MBP, razem z Różańskim odpowiedzialnym za stworzenie systemu wymuszania zeznań za pomocą fizycznego i psychicznego przymusu. Dziś bardziej interesuje nas Bronisław Szymański – podwładny Serkowskiego, a zarazem bezpośredni przełożony oprawców z Mokotowa. Urodził się w 1922 r. w Omsku. Oddelegowany przez NKWD do 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, trafił następnie do centrali MBP. W 1954 r. odwołany do ZSRS.
Szymański został objęty śledztwem IPN, ale "pomimo podjęcia wielu działań nie ustalono miejsca jego pobytu. Otrzymano również z Komendy Głównej Straży Granicznej odpowiedź, że przeprowadzone w jej zasobie sprawdzenia nie wykazały faktów kontroli granicznej". Jednak według wiarygodnych źródeł może żyć nadal w Rosji, tak jak Podlaski.
"Ludowej" władzy Szymański zasłużył się nie tylko pracą na Rakowieckiej. We wrześniu 1946 r., jako członek grupy operacyjnej MBP, uczestniczył w zbrodni ludobójstwa na co najmniej 167 żołnierzach Narodowych Sił Zbrojnych kpt. Henryka Flame, "Bartka" - największego ugrupowania niepodległościowego na Śląsku Cieszyńskim. Kilka lat później brał udział w rozpracowaniu oddziałów partyzanckich WiN działających na ziemi chełmsko-włodawskiej. 6 października 1951 r. ich dowódca - Edward Taraszkiewicz "Żelazny" - zginął w walce z 800-osobową grupą UB i KBW w Zbereżu nad Bugiem.

Bił, kopał, dusił

Prócz Eugeniusza Chmiczaka żyje jeszcze dwóch śledczych ze sprawy Pileckiego. Ze śledztwa IPN: "Edward Zając zeznał, że nie pamięta przebiegu okazań podejrzanym dowodów rzeczowych w śledztwie w 1947 r., w których to czynnościach uczestniczył i że nic mu nie jest wiadomo o stosowaniu wobec Witolda Pileckiego i aresztowanych z nim osób przemocy".
Na Mokotowie Zając prowadził również ciężkie, wielomiesięczne śledztwo wobec Jerzego Woźniaka, osadzonego w celi izolacyjnej X Pawilonu. Ten żołnierz AK, NIE, 2 Korpusu gen. Andersa i Zrzeszenia WiN w listopadzie 1948 r. został skazany w tzw. procesie kiblowym na karę śmierci, zamienioną na dożywocie. W wolnej Polsce był m.in. kierownikiem Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. Zając torturował też, razem ze wspomnianym Jerzym Kaskiewiczem, Stanisława Sędziaka, cichociemnego, szefa sztabu Okręgu Nowogródek AK, któremu również udało się uniknąć strzału w tył głowy z rąk Piotra Śmietańskiego.
Na proces Łapińskiego Edward Zając nie stawił się. Podobnie, jak Zbigniew Kiszel. Prokuratorowi IPN mówił, że "nie przypomina sobie sprawy rotmistrza Witolda Pileckiego i innych z nim zatrzymanych osób. Ww. po okazaniu mu sporządzonych przez niego protokołów przesłuchań podejrzanych (...) potwierdził, że dokonywał czynności przesłuchania wymienionych osób, jednakże nie pamięta przebiegu tych przesłuchań". Kiszel stwierdził oczywiście, że żadnego przymusu nie stosował i nie słyszał, żeby robili to inni. Dziwnie przypomina to tłumaczenia Zająca, Krawczyńskiego i Chimczaka.
Władysław Minkiewicz w książce "Mokotów, Wronki, Rawicz" wspominał, jak Kiszel – jego "główny oprawca" bił go gumową pałką, kopał, kazał siedzieć na nodze odwróconego stołka i robić w nieskończoność przysiady: "Lubił również, kiedy byłem już zupełnie wyczerpany, dusić mnie, ściskając za gardło. Podczas śledztwa dwa razy zemdlałem".

W charakterze świadków...

Wobec wszystkich śledczych postępowanie zostało umorzone. Uzasadnienie: "Analiza zgromadzonego w postępowaniu karnym materiału dowodowego pozwala na ustalenie w sposób nie budzący wątpliwości, iż funkcjonariusze MBP w 1947 r. znęcali się fizycznie i psychicznie nad przesłuchiwanymi podejrzanymi: Witoldem Pileckim, Marią Szelągowską, Tadeuszem Płużańskim, Makarym Sieradzkim, Witoldem Różyckim, Ryszardem Jamontt-Krzywickim, Jerzym Nowakowskim i Maksymilianem Kauckim vel Antonim Turskim. Stwierdzić należy jednakże, że w chwili obecnej w sytuacji, gdy nie żyją wszyscy pokrzywdzeni, a członkowie ich rodzin posiadają jedynie szczątkowe informacje o przebiegu przesłuchań ich bliskich, nie ma możliwości ustalenia, który (którzy) z kilkunastu funkcjonariuszy MBP (...) stosował (stosowali) przemoc wobec przesłuchiwanych (...), a więc nie da się zindywidualizować odpowiedzialności i przypisać sprawstwa konkretnej osobie. Pomimo podjęcia wielu działań, nie zdołano w oparciu o istniejące dowody przedstawić zarzutu popełnienia przestępstwa znęcania byłym funkcjonariuszom".
To niestety efekt braku deubekizacji i uznania całego ówczesnego systemu za przestępczy. Dzięki temu odpowiedzialności uniknął Zbigniew Kiszel, Edward Zając i żyjący jeszcze wówczas Marian Krawczyński. Dlatego prokurator IPN wzywał ich jako świadków.
A propos "dowódcy plutonu egzekucyjnego", może pójść za wskazówką z forum "Gazety Wyborczej":
"W sprawie Piotra Śmietańskiego, celem ustalenia jego losów w Izraelu, można byłoby napisać do Instytutu Pamięci Yad Vashem w Jerozolimie". A w sprawie Henryka (Hersza) Podlaskiego i Bronisława Szymańskiego trzeba zwrócić się do Rosji.

Tekst pierwotnie ukazał się w tygodniku "Nasza Polska".

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Apel uczestników Ogólnopolskiej Konferencji "Poseł z każdego powiatu" Sucha Beskidzka, 5-6 marca 2010 r. do Kongresu 20-lecia Samorządu Terytorialnego w Poznaniu, Przesłanie uczestników ogólnopolskiej konferencji "Poseł z każdego powiatu" w Suchej Beskidzkiej 5-6 marca 2010 do PT Kandydatów na Urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Wysłane środa, 10, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

- Nagrania JOW TV i TV ASME

- System proporcjonalny prowadzi do zaniku zarówno intelektualnego, jak i demokratycznego ducha organizacji partyjnych - rzecznik praw obywatelskich, dr Janusz Kochanowski

- W partiokracji wyborca nie ma nic do powiedzenia, system JOW tworzy relację między wyborcą a posłem - prezydent Centrum im. Adama Smitha Robert Gwiazdowski

- Obecny system polityczny i metoda wyboru do niego przedstawicieli obywateli Rzeczypospolitej jest systemem fasadowym. Potrzebne są teraz tak duże zmiany, jak te z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku - wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski

- Jednomandatowe okręgi wyborcze: ja to przerabiałem, kiedy mieszkałem w Anglii i wiem, jak to znakomicie funkcjonuje - publicysta wysoko nakładowych dzienników ogólnopolskich Maciej Rybiński

- Prezydent RP z wielkim szacunkiem podchodzi do ludzi, którzy troszczą się o nasz kraj - IV Marsz woJOWników na Warszawę w relacji JOW TV cz. II

- IV Marsz woJOWników na Warszawę - w relacji JOW TV

- W europejskich państwach, gdzie jest ordynacja proporcjonalna, partie polityczne realizują interes swoich przywódców, a przywódcy są zblatowani z establiszmentem - Rafał Ziemkiewicz, publicysta prawicowy

- W Polsce nadszedł czas, byśmy rządzili się tak, jak wymaga tego demokracja i system gospodarki rynkowej, czyli - jednomandatowe okręgi wyborcze - Prezes Zarządu Business Centre Club Marek Goliszewski

- Widzę podstawową zaletę JOW: konieczność stałej współpracy posła z wyborcą, który będzie kontrolował, czy jego reprezentant dba o najpierw państwo, potem o drogę przed domem - prezydent Poznania Ryszard Grobelny

- Mamy podstawy i uzasadnienie, żeby domagać się bezpośrednich wyborów i idących za tym uprawnień, marszałków, starostów, prezydentów miast, burmistrzów, wójtów oraz radnych wszystkich szczebli wojewódzkich - prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki

- Jednomandatowe okręgi wyborcze - tak powinien wyglądać dobór tych, którzy będą decydować w naszym imieniu o losach samorządowych bądź państwowych - prezydent Torunia Michał Zaleski

Apel
uczestników Ogólnopolskiej Konferencji "Poseł z każdego powiatu"
Sucha Beskidzka, 5-6 marca 2010 r.
do Kongresu 20-lecia Samorządu Terytorialnego w Poznaniu



Wśród przemian społecznych i ustrojowych, zapoczątkowanych w 1989 roku, szczególne znaczenie ma reforma samorządowa, której skutkiem było gruntowne przeobrażenie przede wszystkim Polski gminnej i powiatowej. Reforma ta wyzwoliła ogromną energię społeczną, pozwoliła rosnąć i rozwijać się "małym ojczyznom", dając ich obywatelom poczucie współuczestnictwa i satysfakcji z przemian dostrzegalnych gołym okiem.

Nabyte przez 20 lat doświadczenie samorządnego kierowania gminami i powiatami, pozwala nam także jaśniej widzieć relacje między "dużą Ojczyzną" i "małymi ojczyznami", pomiędzy aparatem państwa a samorządami, w szczególności na tym najniższym szczeblu, jakim jest gmina. Z perspektywy dwudziestolecia dostrzegamy, że na przekór od początku deklarowanym zamiarom decentralizacji państwa, mamy do czynienia raczej z tendencją odwrotną, coraz więcej decyzji zapada w "centrali", natomiast kłopoty i skutki nieumiejętnego i złego administrowania państwem przenoszone są na barki samorządów. Aparat państwa prawie bez reszty zawłaszczyły partie polityczne, a stanowiska rządowe stały się politycznymi synekurami, rozdzielanymi nie według kompetencji lecz partyjnych zasług. Jest to tym bardziej dotkliwe, że do partii politycznych należy znikomy procent obywateli. W małych gminach, daleko od centrali, partie praktycznie nie istnieją, natomiast rządzą wszystkim. W ten sposób demokracja przerodziła się w partiokrację.

Dla coraz większej liczby obywateli staje się oczywistym, że głównym elementem tego szkodliwego procesu jest wadliwa ordynacja wyborcza do Sejmu, która odebrała obywatelom możliwość kandydowania bez wpisania się
w struktury partyjne. Dlatego ze wszystkich stron dochodzą głosy domagające się zasadniczego zreformowania prawa wyborczego. Takim głosem było stanowisko uchwalone rok temu przez Zgromadzenie Ogólne Związku Miast Polskich w Rudzie Śląskiej. Zgromadzeni tam przedstawiciele ok. 300 miast polskich domagali się otwartej debaty konstytucyjnej i w swoim stanowisku zapisali:

"W tej debacie konstytucyjnej nie powinno zabraknąć dyskusji nad ordynacją wyborczą do Sejmu, ponieważ w demokratycznym państwie określenie sposobu wyłaniania reprezentantów społeczeństwa nie może być wyłącznym przywilejem wybranych, ale decydować o tym powinni wyborcy. Dlatego najbardziej właściwym rozwiązaniem tej sprawy byłoby referendum obywatelskie".

Zgromadzenie Ogólne podkreśliło pozytywne doświadczenie bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast i dało wyraz przekonaniu, że właściwym krokiem pożądanej reformy państwa byłoby wprowadzenie zasady jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu. Stanowisko to zakończone zostało apelem:

"Oczekujemy, że Rząd, Parlament i Prezydent zainicjują poważną, ogólnopolską debatę konstytucyjną, zachęcą do wzięcia w niej udziału obywateli i stworzą warunki dla jej prawidłowego odbycia".

Z ubolewaniem stwierdzamy, że te oczekiwania samorządowców polskich zostały zawiedzione. Po upływie roku, pomimo że weszliśmy już w fazę prezydenckiej i samorządowej kampanii wyborczej, elity partyjne nadal pozostają głuche na te żądania i oczekiwania społeczne i w dalszym ciągu dają wyraz przekonaniu, że tylko one mają prawo decydować o tych najważniejszych rozstrzygnięciach ustrojowych i politycznych.

Jubileusz dwudziestolecia przywrócenia Polsce samorządu terytorialnego stanowi właściwą okazję, żeby zwrócić uwagę partyjnych polityków na fakt, że Polska należy do obywateli a nie do partii politycznych i ich liderów. Zwracamy się więc z apelem o przypomnienie rządzącym ubiegłorocznej uchwały Zgromadzenia Ogólnego Związku Miast Polskich i poparcie naszego żądania otwarcia nieskrępowanej debaty publicznej włączającej wszystkie środowiska obywatelskie.

Z upoważnienia Konferencji,

Starosta Suski
Andrzej Pająk





Przesłanie
uczestników ogólnopolskiej konferencji
"Poseł z każdego powiatu"
w Suchej Beskidzkiej
5-6 marca 2010
do P.T. Kandydatów na Urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej



Wielce Szanowny Panie,

Po 20 latach transformacji ustrojowej sytuacja Państwa Polskiego, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz budzi najróżniejsze obawy i niepokoje. Przede wszystkim państwo nasze jest państwem słabym, które nie wywiązuje się ze swoich obowiązków względem obywateli, ale są też liczne dowody na to, że nie cieszy się nadmiernym uznaniem w oczach naszych partnerów zagranicznych. Jedną z zasadniczych przyczyn tego stanu rzeczy, może nawet najważniejszą jest partyjniactwo, w którym elity partyjne nie tyle dbają o interesy państwa i jego obywateli, ile o swe wąsko rozumiane interesy. Stanowiska rządowe stają się w znacznej części po prostu partyjnymi synekurami, a posady ministerialne rozdziela się nie na zasadzie kompetencji, lecz zasług partyjnych. W ten sposób w ciągu minionych 20 lat odeszliśmy daleko od ideału państwa obywatelskiego, a zamiast demokracji zbudowano nam scentralizowaną i zbiurokratyzowaną partiokrację.

Od wielu lat pojawiają się głosy wskazujące, że instytucją najbardziej odpowiedzialną za taki rozwój wypadków jest zła, korupcjogenna, nieczytelna i niezrozumiała dla ogółu obywateli ordynacja wyborcza do Sejmu, która zwalnia posłów z odpowiedzialności względem wyborców, a także narusza podstawowe zasady konstytucyjne, takie jak zasadę równości i bezpośredniości wyborów, nie czyniąc ich bynajmniej proporcjonalnymi. Na szczególne podkreślenie zasługuje fakt, że obywatele polscy są w praktyce pozbawieni w wyborach do Sejmu biernego prawa wyborczego. Wiele środowisk, organizacji społecznych i ruchów od lat domaga się w tej sprawie reformy i wprowadzenia zasady równego dla wszystkich prawa do kandydowania w jednomandatowych okręgach wyborczych, która tak dobrze służy przodującym krajom świata, jak dla przykładu, Stany Zjednoczone, Kanada, Wielka Brytania, Francja i inne. Głośno domagają się tej zmiany środowiska samorządowe, a doświadczenie ostatnich dwu kadencji wójtów, burmistrzów i prezydentów miast daje wystarczające podstawy, żeby zauważyć walory takiego rozwiązania.

Nie można również zapomnieć o tym, że obywatele zebrali już ponad milion podpisów pod wnioskami o referendum w tej sprawie i z najwyższym ubolewaniem stwierdzamy, że sposób w jaki te wnioski obywatelskie zostały potraktowane zasługuje na potępienie.

Rok temu w sprawie ordynacji wyborczej głos zabrało Zgromadzenie Ogólne Związku Miast Polskich w Rudzie Śląskiej i w specjalnie uchwalonym Stanowisku domagało się otwartej, nieskrępowanej i poważnej debaty publicznej. Zgromadzenie wskazało przy tym, że referendum ogólnonarodowe byłoby najbardziej właściwą drogą rozstrzygnięcia problemu. Niestety, także i ten głos pozostał bez echa. Elity partyjne dają w ten sposób dowód, że zagadnienie właściwego urządzenia Rzeczypospolitej, jej instytucji demokratycznych i praw obywatelskich uważają za swoją wewnętrzną sprawę, którą można rozstrzygać we własnym gronie, ignorując obywateli.

W imieniu uczestników Konferencji "Poseł z każdego powiatu", jaka odbyła się w dniach 5 - 6 marca w Suchej Beskidzkiej, zwracamy się do Pana z apelem o podniesienie tej sprawy w czasie kampanii wyborczej. Życząc Panu jak najlepszego wyniku, wyrażamy również nadzieję, że jako Prezydent Państwa bezzwłocznie podejmie Pan działania, aby jak najszybciej przeprowadzić w sprawie ordynacji wyborczej do Sejmu referendum obywatelskie.

W imieniu uczestników Konferencji:

Andrzej Pająk
Starosta Suski


Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW

Nobile Verbum? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane środa, 10, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

- Nagrania JOW TV i TV ASME

- System proporcjonalny prowadzi do zaniku zarówno intelektualnego, jak i demokratycznego ducha organizacji partyjnych - rzecznik praw obywatelskich, dr Janusz Kochanowski

- W partiokracji wyborca nie ma nic do powiedzenia, system JOW tworzy relację między wyborcą a posłem - prezydent Centrum im. Adama Smitha Robert Gwiazdowski

- Obecny system polityczny i metoda wyboru do niego przedstawicieli obywateli Rzeczypospolitej jest systemem fasadowym. Potrzebne są teraz tak duże zmiany, jak te z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku - wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski

- Jednomandatowe okręgi wyborcze: ja to przerabiałem, kiedy mieszkałem w Anglii i wiem, jak to znakomicie funkcjonuje - publicysta wysoko nakładowych dzienników ogólnopolskich Maciej Rybiński

- Prezydent RP z wielkim szacunkiem podchodzi do ludzi, którzy troszczą się o nasz kraj - IV Marsz woJOWników na Warszawę w relacji JOW TV cz. II

- IV Marsz woJOWników na Warszawę - w relacji JOW TV

- W europejskich państwach, gdzie jest ordynacja proporcjonalna, partie polityczne realizują interes swoich przywódców, a przywódcy są zblatowani z establiszmentem - Rafał Ziemkiewicz, publicysta prawicowy

- W Polsce nadszedł czas, byśmy rządzili się tak, jak wymaga tego demokracja i system gospodarki rynkowej, czyli - jednomandatowe okręgi wyborcze - Prezes Zarządu Business Centre Club Marek Goliszewski

- Widzę podstawową zaletę JOW: konieczność stałej współpracy posła z wyborcą, który będzie kontrolował, czy jego reprezentant dba o najpierw państwo, potem o drogę przed domem - prezydent Poznania Ryszard Grobelny

- Mamy podstawy i uzasadnienie, żeby domagać się bezpośrednich wyborów i idących za tym uprawnień, marszałków, starostów, prezydentów miast, burmistrzów, wójtów oraz radnych wszystkich szczebli wojewódzkich - prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki

- Jednomandatowe okręgi wyborcze - tak powinien wyglądać dobór tych, którzy będą decydować w naszym imieniu o losach samorządowych bądź państwowych - prezydent Torunia Michał Zaleski

"Twardowski ku drzwiom się kwapił
Na takie dictum acerbum;
Diabeł za kontusz ułapił:
a gdzie jest nobile verbum?"


Kilkaset metrów od przesławnej Karczmy "Rzym" w Suchej Beskidzkiej, w całkiem zgrabnym i nowoczesnym Hotelu Monttis, odbyła się w dniach 5-6 marca 2010 r. Ogólnopolska Konferencja pod hasłem "Poseł z każdego powiatu". Główny organizator spotkania, starosta suski Andrzej Pająk, przypomniał, że w tradycji polskiej i języku polskim słowo "poseł" nie jest synonimem człowieka zesłanego z centrali w teren, lecz oznacza reprezentanta ziemi, która go posyła. Tymczasem Ziemia Suska - powiat suski, pomimo 21 lat istnienia III RP nie dostąpił jeszcze zaszczytu posiadania własnego posła. To znaczy, owszem, można powiedzieć, że od roku ma już "swojego posła", Kazimierza Hajdę z Jordanowa, który wszedł do Sejmu, ponieważ miejsce zwolnił Paweł Kowal, b. sekretarz stanu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Panu Kowalowi trudno się dziwić: w Brukseli serwują pyszne ostrygi, a i apanaże dużo bardziej sympatyczne niż w Warszawie, ale też dzięki temu mieszkańcy Ziemi Suskiej mogliby się cieszyć posiadaniem posła ze swojej okolicy. Wygląda jednak na to, że na tę radość jeszcze za wcześnie. Jakoś tak już (w Polsce!) jest, że jak tylko jakiś "Polak prowincjonalny" dostąpi centralnego namaszczenia i wyląduje w Warszawie, to natychmiast zapomina o tym, skąd pochodzi. Czego pośrednim dowodem jest i fakt, że poseł Hajda z Jordanowa nie zaszczycił swoją osobą konferencji w Suchej Beskidzkiej, pomimo, że do mieszkańców i samorządowców powiatu suskiego dotarli ludzie z miejsc dużo bardziej odległych: z Londynu (prof. Tomasz Kaźmierski), Paryża (prof. Bernard Owen i dr Marcin Skubiszewski), by nie wspominać już o ludziach z Warszawy czy Wrocławia, a nawet, jak doktor Krzysztof Bukiel, Prezes Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy - po całonocnej podróży ze Stargardu Szczecińskiego. Patrząc na mapę, to nawet z Zamościa nie tak prosto, a przecież nie przeszkodziło to Prezydentowi Marcinowi Zamoyskiemu, towarzyszyć nam od początku do końca

Oczywiście, nie chodzi tu wcale o to, że powiat suski leży tak daleko od Warszawy, a bezpośredniego połączenia ze Stolicą nie ma, bo o tym samym mówił i na to samo narzekał p. Konrad Rytel, długoletni starosta wołomiński i Prezes Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej, który powiedział nam, że powiat wołomiński, mimo że do Warszawy nie ma daleko, też ani nie doczekał się jeszcze swojego posła, ani nie może się pochwalić tym, ze posłowie z Warszawy często do Wołomina zaglądają. I podobnie mają się sprawy w prawie połowie powiatów polskich!

Zebrani uczestnicy konferencji nie wskazywali, jako przyczyny, złego losu - nieprzychylnego "Polsce B", Polsce poza Centralą - ale wadliwy, szkodliwy dla całej Polski, korupcjogenny mechanizm wyborczy, nazywany "ordynacją proporcjonalną do Sejmu". Mechanizm ten zamiast kraj decentralizować, umacniać lokalnie i samorządowo, oddaje go w pazerne łapy centralnych aparatów partyjnych i centralnej biurokracji rządowej. Dzieje się więc dokładnie to, przeciwko czemu wybuchł bunt "Solidarności" i co było nadzieją przemian roku 1989.

Prawie wszyscy mówcy, od profesora Antoniego Kamińskiego z Instytutu Studiów Politycznych PAN po dra Wojciecha Błasiaka z Małopolskiej Wyższej Szkoły Zawodowej przedstawiali w swoich wystąpieniach rozliczne negatywne aspekty tego systemu wyborczego i, jako drogę wyjścia, wskazywali wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) w wyborach do Sejmu. W tym miejscu warto przypomnieć, że Wojciech Błasiak to jedyny członek Zgromadzenia Narodowego, który w roku 1997, podczas debaty nad nową Konstytucją, domagał się usunięcia słowa "proporcjonalne" z art. 96. Konstytucji. Dostojne Grono zareagowało wówczas na tę propozycję tupaniem i szyderstwem, tak jakby w Polsce opowiedzenie się za systemem wyborczym, jaki od setek lat mają u siebie Amerykanie, Brytyjczycy czy Kanadyjczycy nie zasługiwało na nic więcej jak szyderstwo i śmiech!

Dr Marcin Skubiszewski z Centrum Badań Porównawczych nad Systemami Wyborczymi Uniwersytetu Paryskiego, przedstawił zebranym reformę Generała de Gaulle’a, który wbrew ówczesnej francuskiej klasie politycznej przeprowadził referendum w sprawie zmiany systemu wyborczego z systemu list partyjnych na system JOW. Dr Skubiszewski pokazał, że reforma de Gaulle’a była niekonstytucyjna, naruszała ówczesne zapisy Konstytucji IV Republiki, tym niemniej francuski odpowiednik naszego Trybunału Konstytucyjnego uznał, że SUWERENEM nie jest żadna Rada Konstytucyjna czy jakiekolwiek ciało, lecz NARÓD FRANCUSKI i skoro w referendum wyraża swoją wolę, to wszystkie gremia mają obowiązek pochylić głowę!

Ruch Obywatelski na rzecz JOW, współorganizator Konferencji, zawsze zabiega, aby na jego spotkaniach chcieli się wypowiedzieć przeciwnicy koncepcji JOW i zawsze stara się zaprosić jakichś znanych i elokwentnych adwersarzy. Niestety, to się prawie nigdy nie udaje. Obrońcy politycznego status quo chętnie wypowiadają się zza ekranu telewizyjnego i w pismach zastrzeżonych dla uprawiania oficjalnej propagandy, unikają natomiast spotkania twarzą w twarz z obywatelami domagającymi się zmiany. Teraz już coraz głośniej słyszymy zapowiedzi, że klasa polityczna zechce nas obdarować nową ordynacją wyborczą do Sejmu i że ma to być ordynacja "mieszana". Szukaliśmy więc usilnie osoby, która zechciałaby uchylić rąbka tajemnicy i podzielić się z nami bardziej szczegółową informacją na temat tego, co nam gotują w partyjnej kuchni. To się, niestety, nie specjalnie udało. Dlatego z wielkim uznaniem trzeba się wyrazić o drze Jarosławie Flisie z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który śmiało "włożył głowę w paszczę lwa" i z wielką maestrią przedstawił zebranym swój autorski projekt "ordynacji bi-personalnej", który w znacznej mierze przypominał nam ordynację obowiązującą w Niemczech. Ze wstydem przyznać trzeba, że projekt dra Flisa nie spotkał się z wielką przychylnością zebranych, chociaż wstawiła się za nim głośno znakomita i urodziwa Pani Zofia Oszacka, Wójt Gminy Lanckorony (Feministki! Patrzcie na Lanckoronę. Tam nie tylko dama jest wójtem, ale w ogóle panie tam rządzą jak chcą, bo Sekretarką Gminy jest p.Teresa Florek, a Skarbniczką p. Irena Kwaśnica - czy tam w ogóle są jeszcze jakieś chłopy?).

Propozycja dra Flisa nie spodobała się prof. Owenowi, który zapytał, czy autora nie zniechęca próba dodania jeszcze jednego wariantu ordynacji proporcjonalnej do 150 już istniejących? Prof. Owen stwierdził, że jakość i wartość ordynacji wyborczej sprawdzić można dopiero po wielu dziesięcioleciach, a może nawet i stuleciach jego stosowania w praktyce. Wszystkie dotychczasowe próby z listami partyjnymi miały raczej żywot krótki i po ich zastosowaniu zawsze się okazywało, że to pomyłka. Tego też zresztą dowodzi i eksperyment polski, gdyż w naszym kraju nieomal co wybory, to nowa ordynacja!

Myślę, że koncepcja dra Flisa nie spodobałaby się sędziemu Jerzemu Stępniowi, b. prezesowi Trybunału Konstytucyjnego, który nie mógł przybyć do Suchej, ale w nadesłanych na konferencję tekstach wyraźnie podkreślał, że jedną z głównych wad obecnego systemu wyborcze w Polsce jest fakt, że wyborcy NIE ROZUMIEJĄ tego mechanizmu wyborczego, co samo w sobie podważa sens jego stosowania. (zob. www.jow.pl i Biuletyn Informacyjny nr 32 Ruchu JOW). Jeśli wybory mają być powszechne, to muszą też być zrozumiałe. Tymczasem - ocenia b. Generalny Sekretarz Wyborczy - tajniki ordynacji proporcjonalnej zna nie więcej niż ok. 5% populacji. Efektem tego jest upadek zaufania obywateli do klasy politycznej, który Sędzia Jerzy Stępień określa w tytule artykułu jako "chorobliwy".

Dr Wojciech Błasiak omawiając wieloletnią działalność Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW, powiedział:
"(Ruch) dokonał intelektualnego i naukowego przełomu wypracowując, m.in. na dziesiątkach konferencji, głęboką analizę stanu polskiej państwowości i formułując diagnozę tej sytuacji i istotę naprawy polskiego państwa. Ruch wypracował również pełną i twardą argumentację przeciw ordynacji proporcjonalnej, a za ordynacją większościową, wbrew stanowisku praktycznie całej akademickiej politologii, socjologii polityki i akademickiego prawa konstytucyjnego. Ruch de facto wykonał pracę naukową dużego instytutu naukowego. O ile jeszcze w latach 90. zdarzały się publiczne wystąpienia polemiczne z argumentacją Ruchu, o tyle od ponad 10 lat jedynym sposobem występowania przeciw argumentom Ruchu jest stosowanie przemilczenia".

Prezes OZZL, dr Krzysztof Bukiel, odnosząc się z wielkim uznaniem do dorobku Ruchu, stwierdził, że właściwie działalność Ruchu była działalnością edukacyjną i że ta praca została już wykonana. Pytanie, co dalej? Jak wprowadzić tę propozycję w życie, wbrew klasie politycznej?

I to pytanie dominowało myślenie i rozważania uczestników spotkania. Wojciech Kaźmierczak (Wrocław) i Remigiusz Zarzycki (Warszawa), członkowie Zarządu Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego "JOW", przedstawili szereg propozycji i koncepcji dalszych działań, w szczególności w aspekcie roku wyborczego, jakim jest rok obecny. Podzielili się z zebranymi informacją, że Zarząd Stowarzyszenia inicjuje przygotowania do jesiennego "Marszu na Warszawę", którego datę ustalono na dwa tygodnie przed ostatecznym terminem wyborów prezydenckich i zaprasza wszystkich do udziału i współpracy.

Ciekawy akcent wniosła do tych rozważań p. Jolanta Bąkowska-Gieysztorowa, przypominając, że obywatele nie mogą się czegokolwiek spodziewać od polityków, jeżeli nie są gotowi "złożyć się" na powodzenie swoich projektów obywatelskich tak, na przykład, jak składają się na potrzeby swojego Kościoła! I poszła z tacą pomiędzy uczestników Konferencji, co w kilka minut przyniosło kwotę prawie tysiąca złotych!

Za podsumowanie dwudniowych obrad służyć mogą dwa dokumenty przedyskutowane i uchwalone przez zebranych: "Apel do Kongresu XX Lat Samorządu Terytorialnego", który w poniedziałek, 8 marca, rozpoczął obrady w Poznaniu oraz "Przesłanie do Kandydatów na Urząd Prezydenta RP". Akurat na sali znajdował się jeden z kandydatów, dr Kornel Morawiecki, ale do przesłania tekstu innym upoważniono p. Starostę Suskiego.

Apel do Kongresu Samorządowego odwołuje się do Uchwały Zgromadzenia Ogólnego Związku Miast Polskich z marca 2009. Uchwała ta, podjęta prawie jednomyślnie, wzywała rządzących do otwarcia nieskrępowanej debaty obywatelskiej nad propozycjami zmiany systemu wyborczego, w szczególności nad propozycją JOW. Niestety, jak dotąd, politycy ignorują wszelkie głosy obywatelskie w tej sprawie, obojętnie skąd pochodzące i dają wyraz przekonaniu, ze sposób w jaki się ich wybiera jest ich, i tylko ich, wewnętrzną sprawą. Konferencja upoważniła Starostę Suskiego do wystąpienia na Kongresie w Poznaniu. Obecny na sali p. Janusz Marszałek, Prezydent Oświęcimia i członek Zarządu Związku Miast Polskich, uchwalony Apel natychmiast przekazał do Biura Kongresu i Zarządu.

Podczas Konferencji wielokrotnie przypominano deklaracje Premiera Donalda Tuska, który nas zapewniał przed kamerami TVP, że "nie spocznie, dopóki nie wprowadzi jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu". Gdzież, jak nie w Suchej Beskidzkiej, wypada postawić pytanie:

Panie Premierze! "A gdzie jest Nobile Verbum?"

Jerzy Przystawa


Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Stefan Michnik aresztowany - Tadeusz M. Płużański Wysłane wtorek, 9, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

Na temat bandyty komunistycznego Stefana Michnika:

- To ostatni moment, aby prócz sędziego Stefana Michnika, ścigać innych komunistycznych oprawców - nie tylko w Szwecji, ale także w Polsce Mordy katowickiej bezpieki - Tadeusz M. Płużański

- Nie będzie ekstradycji Stefana Michnika - Tadeusz M. Płużański

- OCZEKUJEMY KOLEJNYCH EKSTRADYCJI KOMUNISTYCZNYCH ZBRODNIARZY - STEFANA MICHNIKA I JÓZEFA BIKA VEL BUKARA O TYCH, KTÓRZY SCHRONILI SIĘ W SZWECJI - Tadeusz M. Płużański


Inne artykuły związane z tematem bandytów komunazistycznych:

- Jerzy Kędziora - sadysta z bezpieki - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (10) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (9) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (8) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (7) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (6) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie, cz. 5 - Tadeusz M. Płużański

- Bestie, cz. 4 - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (3) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (2) - Tadeusz M. Płużański

- Mordercy narodu polskiego - Tadeusz M. Płużański

- "Generał smród" skazany - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego

Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie wydał nakaz aresztowania brata naczelnego "Gazety Wyborczej". Umożliwi to IPN - na którego wniosek takie postanowienie zostało wydane - rozpoczęcie ekstradycji ze Szwecji tego komunistycznego zbrodniarza. Czyli po 10 latach ścigania Stefana Michnika polski wymiar sprawiedliwości tryumfuje. To niestety tylko część prawdy. Zarzuty, choć grozi za nie do 10 lat więzienia, dotyczą spraw pobocznych. Nie obejmują największych "zasług" krwawego sędziego w stalinowskim systemie bezprawia.

80-letniemu Michnikowi zarzuca się, że nie dopełnił obowiązków przy przedłużaniu aresztu wobec więźniów UB. W praktyce oznaczało to, że sankcjonował ich bezprawne aresztowania, pozostawiając w rękach katów z bezpieki. Przypomnijmy, że dokładnie o ten sam czyn była podejrzana prokuratorka Helena Wolińska. Jaki był efekt ścigania inkwizytorki - dobrze wiemy. Stalinowska prokuratorka zmarła dwa lata temu w Oksfordzie. Najpierw polscy śledczy nie potrafili prawidłowo sformułować wniosku ekstradycyjnego, później wypięły się na nas władze Wielkiej Brytanii.
A Michnik? Jego sumienie obciążają przede wszystkim wyroki na niewinnych ludzi, których jedyną przewiną była niezgoda na nową okupację - wyroki wieloletniego więzienia, a nawet śmierci (w tym wykonane). Swego czasu policzyliśmy, że tych ostatnich było co najmniej dziewięć. Wszystkie procesy polityczne, w których orzekał Michnik, zostały sfingowane przez UB. Część z nich wolna Polska zakwalifikowała jako przestępstwa najcięższe, czyli morderstwa sądowe. O prawomocności wyroków Michnika niech świadczy fakt, że po 1956 r. wszyscy skazani zostali zrehabilitowani (w tym również pośmiertnie).
Co zatem stoi na przeszkodzie, aby pociągnąć Michnika do odpowiedzialności za jego zbrodnie? Prokurator Marek Klimczak z warszawskiego IPN tłumaczy: - Wiemy, że Stefan M. wydawał wyroki śmierci, ale brakuje nam materiału dowodowego.

MAŁE SZANSE
NA EKSTRADYCJĘ


Ale to nie jedyne kłopoty z Michnikiem. W sierpniu ub.r. 2009 r. ten sam sąd wojskowy wydał kuriozalny wyrok - stwierdził, że aby cokolwiek zarzucać Michnikowi, trzeba mu najpierw uchylić immunitet. IPN-owi udało się przekonać sędziów wyższej instancji, że taki immunitet mógł obowiązywać jedynie w latach 50. Rok temu nie mógł go nawet chronić immunitet bibliotekarski (gdyby takowy w ogóle istniał), gdyż od połowy lat 90. jest na emeryturze. Gwoli ścisłości - formalnie Michnik sędzią nigdy nie był, a jedynie asesorem sądowym, bo studiów prawniczych nie miał czasu - ze względu na natłok pracy dla "ludowej" Ojczyzny - skończyć. Zawodu przyuczył się na przyspieszonych, dwuletnich kursach w Oficerskiej Szkole Prawniczej. To wystarczyło, aby w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie prowadzić sprawy najcięższego politycznego kalibru (nawet przewodniczyć rozprawom), potem awansować do Najwyższego Sądu Wojskowego i uczyć prawa innych w Akademii Wojskowo-Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego. Ważniejsza od kwalifikacji była "chęć szczera", którą tak wyraził: "do OSP chcę wstąpić dlatego, że szkoła ta kształci tych, którzy będą realizować dyktaturę proletariatu w praktyce". Tę dyktaturę realizował dwutorowo - w krwawym orzecznictwie i donosach na kolegów jako TW Kazimierczak - informator, a następnie rezydent Informacji Wojskowej.
No dobrze - spyta ktoś - ale jakie są szanse na sprowadzenie Stefana Michnika do Polski i osądzenie go? Biorąc pod uwagę słabość obecnego zarzutu, niewielkie. Dodatkowo, w Szwecji ściganie zbrodni komunizmu jest jeszcze trudniejsze niż w Polsce (rzadko uznaje się je za zbrodnie przeciwko ludzkości, a warunkiem ekstradycji jest podobna kwalifikacja i karalność danego czynu w obu państwach); Szwecja nie wydaje swoich obywateli innym krajom (ta reguła dotyczy zresztą większości tzw. cywilizowanych państw na świecie, wyjątkiem jest solidarność w tej kwestii Skandynawów). W tej sytuacji nawet skuteczniejszy Europejski Nakaz Aresztowania może nie pomóc. Pozostaje mieć nadzieję, że IPN odnajdzie brakujące dokumenty.

OD ELEKTRYKA
DO ZBRODNIARZA


Kim jest Stefan Michnik, prócz tego, że przyrodnim, starszym o 16 lat bratem Adama? Urodził się 28 września 1929 r. w Drohobyczu. Jego miastem, jak deklaruje, do dziś pozostał Lwów - tu do 1939 r. uczęszczał do szkoły powszechnej (której zresztą też nie ukończył). Ważniejszy od Lwowa był dla niego jednak komunizm, który wyssał z mlekiem matki. Helena Michnik - aktywistka Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej "Życie" - po 1945 r. uczyła kadetów KBW i pisała zakłamane podręczniki do historii. Ojciec - też komunista, zginął w stalinowskich czystkach lat 30. Przyrodni ojciec - Ozjasz Szechter został przed wojną skazany za antypolską działalność w nielegalnej Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Po "wyzwoleniu" kierował m.in. Wydziałem Prasowym Centralnej Rady Związków Zawodowych.
Stefan Michnik też zapragnął służyć komunistycznej ojczyźnie. Nie bez znaczenia był zapewne również fakt, że razem z braćmi: Jerzym (późniejszy elektryk) i Adamem (późniejszy naczelny "GW") mieszkał przy Alei Przyjaciół 9/13, obok kierownictwa PZPR i MBP.
Karierę rozpoczął w Związku Walki Młodych, potem był Związek Młodzieży Polskiej, PPR i w końcu upragniona PZPR. To partia umożliwiła mu karierę zawodową: od elektryka (był laborantem w elektrowni warszawskiej) do zbrodniarza.

POGRZEBANY
NA ŚMIETNIKU


Stefan Michnik pracę w warszawskim sądzie wojskowym rozpoczął 27 marca 1951 r. Już dwa tygodnie później skazał na dożywocie żołnierza Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Stanisława Bronarskiego, ps. Mirek. Jego ofiarami byli również żołnierze AK, NSZ, WiN, działacze niepodległościowi. Zarzuty: szpiegostwo, próba obalenia przemocą ustroju, spisek w wojsku.
22-letni Edward Staniewski, AK-owiec, po wojnie zaangażowany w antykomunistyczne harcerstwo, w lutym 1952 r. dostał siedem lat: - Przewodniczący sądu był obwieszony medalami jak choinka, do tego dwóch bardzo młodych asesorów ze stopniami podporucznika. Potem dowiedziałem się, że jednym z nich był Stefan Michnik, mój równolatek. Staniewski na wolność wyszedł w 1954 r. Związał się z organizacją RUCH (znów aresztowany i osadzony w szpitalu psychiatrycznym), a potem ROPCIO, internowany w stanie wojennym, w 1986 r. musiał emigrować do Szwecji.
Lipiec 1951 r. Michnik skazuje Karola Sęka, przed wojną szefa kontrwywiadu RP w Wilnie i Siedlcach, żołnierza NSZ, po wojnie komendanta Okręgu Podlaskiego NZW, na karę śmierci. - Aby złamać ojca, UB aresztowało też mamę. Pisałem do Bieruta, aby wypuścił rodziców. Dostała dwa lata, ale wyszła po pół roku, na skutek amnestii - mówi Jan Sęk, który w chwili stracenia ojca miał 12 lat (jego siostra 10), a w wolnej Polsce uzyskał sądowe anulowanie komunistycznego wyroku. - Nie jestem żądny krwi, ale Michnik powinien trafić do więzienia. Ojciec nie ma nawet grobu, tylko tablicę na "Łączce". Kiedy go grzebali, był tam śmietnik.

NIE MOGŁA UWIERZYĆ
W ŚMIERĆ MĘŻA


Styczeń 1953 r. Sąd pod przewodnictwem Michnika skazuje Huberta Cieślaka, szefa poakowskiej organizacji "Kraj" w Lublinie na KS. - Rada Państwa zmieniła mężowi wyrok na dożywocie. Potem przez długie lata nie mógł znaleźć pracy - wspomina żona Cieślaka.
Stefan Michnik dostąpił nawet zaszczytu orzekania w sprawie, którą prowadziła Helena Wolińska. Tadeuszowi Jędrzejkiewiczowi (oskarżonemu o działalność kontrrewolucyjną w Szkole Morskiej w Gdyni) udało się jednak ujść z życiem - mimo dwukrotnej kary śmierci wyrok złagodzono mu do 10 lat więzienia.
Był "święcie przekonany o winie oskarżonego na podstawie przeprowadzonych na rozprawie dowodów" - tak o roli Michnika w procesie redaktora naczelnego "Przeglądu Kwatermistrzowskiego", płk. Romualda Sidorskiego mówił inny krwawy sędzia - płk Mieczysław Widaj. Michnik zignorował fakt, że Sidorski nie przyznał się do rzekomej działalności szpiegowskiej.
Listopad 1951 r. - proces mjr. Zefiryna Machali, przedwojennego oficera, żołnierza Września, wywiezionego następnie do ZSRR, potem w PSZ na Zachodzie, od 1947 r. w Sztabie Generalnym WP. Michnik znów nie chciał słyszeć, że w śledztwie bezpieka wymusiła na nim zeznania i nie dopuścił do procesu obrońcy. Wyrok: kara śmierci. Zofia Machalla długo nie mogła uwierzyć w śmierć męża. Przez następne lata walczyła o jego dobre imię i zapewnienie minimum egzystencji dwójce dzieci.

ZASZKODZIĆ ADAMOWI

Stefan Michnik nigdy nie przyznał się do winy, nigdy nie przeprosił swoich ofiar i ich rodzin. Dziś ma czelność twierdzić, że przeszłość jest jego prywatną sprawą. Wydawał wyroki, bo takie były rozkazy przełożonych (to ograna śpiewka większości zbrodniarzy). Szwedzkiemu dziennikowi "Dagens Nyheter" powiedział kiedyś: "Wierzyłem, że służę swojemu krajowi. Dziś widzę, że zostałem oszukany". Czy syn - jakby nie patrzeć - inteligentów - mógł być aż tak nieświadomy?
W 1956 r., podczas narady partyjnej, Michnik mówił trochę inaczej: "Nam wtedy imponowało powiedzenie o zaostrzającej się walce klasowej i nieprawdę powie ten, kto by twierdził, że wtedy z niechęcią rozpatrywał te sprawy. (...) Muszę przyznać, że kiedy dostałem pierwszy raz poważną sprawę, to nosiłem ją przy sobie i starałem się, żeby mi tej sprawy nie odebrano".
Istnieje jedna rzecz, której jest pewien - jego ściganie ma zaszkodzić naczelnemu "Wyborczej". To oczywiście przekonało szwedzkie media. I drugi "argument" - o polskim antysemityzmie - dlatego Polska przyczepiła się też do Heleny Wolińskiej i Salomona Morela.
Michnika broni oczywiście drugi Michnik. "GW" napisała: "Zaliczono go [Stefana - TMP] do sędziów, których należy ukarać jedynie służbowo (...) i nie wszczynać przeciw nim postępowania karnego". Chodzi o raport tzw. komisji Mariana Mazura, powołanej w 1956 r. do "zbadania przejawów łamania socjalistycznej praworządności". Wszystko fajnie, ale Adam zapomniał wyjaśnić, że komuniści z rzeczonej komisji nie chcieli wsadzać innych komunistów do więzień. Taka była gomułkowska "odwilż". A ponadto: raport Mazura stworzono na podstawie ubeckich papierów, a podobno Adam Michnik nigdy ich nie uznawał. Ale, gdy chodzi o brata...

OPOZYCJONISTA

W 1957 r. po przeniesieniu do rezerwy (to jedyna kara, jaką poniósł w związku z raportem komisji Mazura) Stefan Michnik na krótko zatrudnił się w adwokaturze warszawskiej. Potem płynnie przeszedł do wydawnictw MON, gdzie został redaktorem. Tak było aż do 1968 r., kiedy narodowi komuniści wyrzucili go z pracy i z PZPR.
Chciał uciec do USA (w Nowym Jorku od 1956 r. mieszkał jego brat Jerzy), ale ze względu na swoją komunistyczną przeszłość nie dostał wizy. Michnika i 2500 innych Żydów przygarnęła w latach 1969 - 1971 Szwecja. Prócz pracy bibliotekarza na uniwersytecie w Uppsali szybko zyskał uznanie polskiej emigracji: współpracował z "Wolną Europą", publikował - pod pseudonimem Karol Szwedowicz - w paryskiej "Kulturze". Tak jak Helena Wolińska popierał "Solidarność". I jak tu dziś ścigać takiego opozycjonistę, który dodatkowo jest wielbicielem książek i muzyki poważnej?

Tadeusz M. Płużanski

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.

Zapraszamy do podbijania naszego materiału na witrynie Wykop.pl:
wykop.pl


Poseł Palikot ma napisać 100 razy, że minister Sikorski jest dobrym kandydatem na prezydenta, prezydent Kaczyński urządza widowisko "w trosce o finanse państwa", a my bądźmy wdzięczni politykom za spektakle medialne - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach nie tylko z "województwa polskiego UE" Wysłane czwartek, 4, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

Inne nagrania TV ASME ze Stanisławem Michalkiewiczem:

- Interes sitwy oraz wpływów zagranicznych, czy interes nas wszystkich i naszego państwa? - Stanisław Michalkiewicz o powodach kryzysu politycznego oraz ekonomicznego w województwie polskim UE

- Happening partii Wolność i Praworządność - "Ostatni dzień palenia flagi UE!" - Warszawa 30.11.2009

- Stanisław Michalkiewicz opuszcza Unię Polityki Realnej

- "Polska wobec kryzysu gospodarczego" - wykład Stanisława Michalkiewicza w narodowym Klubie Nowogrodzka 44

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 2)

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 1)

- "Okrągły stół" i jego konsekwencja: III RP - dyskusja z udziałem Stanisława Michalkiewicza i historyka IPN, prof. Antoniego Dudka

- - II Debata studencka "Polska a waluta euro" - Warszawa 19.01.2009 z udziałem Stanisława Michalkiewicza

- Cykl "Cesarstwo Niemieckie i Cesarstwo Rosyjskie wracają do gry" - Stanisław Michalkiewicz o pomyśle, powstawaniu, konsekwencjach rozwoju Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli Unii Europejskiej

"Proszę Państwa, życie polityczne w Polsce staje się wyjątkowo monotonne, czemu zresztą się trudno dziwić, bo zajmowanie się prawdziwą polityką, a zwłaszcza polityką zagraniczną nas »dygnitarze« mają formalnie zakazane od 1 grudnia 2009 roku, ponieważ polityką zagraniczną zajmuje się »nasza złota pani Aniela«, a czasami w Jej imieniu wypowiada się Angielka - podobna do konia - pani Ashton. W związku z tym nasi »dygnitarze« skłaniają się coraz bardziej w kierunku przemysłu rozrywkowego, urządzając lepsze i gorsze widowiska. Mamy chyba cztery czy pięć sejmowych komisji śledczych - które ustalają czy była afera czy jej nie było - ale podobnie postępują »fajdanisowie«, jak określał Józef Piłsudski posłów. Piłsudski określił Polskę zresztą jako »naród idiotów«. Na tym tle zaskakuje tak surowa reakcja na wypowiedź pana Mirosława Drzewieckiego, że »Polska to dziki kraj«" - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik naszej witryny ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza, komentuje najnowsze wydarzenia ze scen teatru politykierskiego zarówno na terytorium "województwa polskiego UE", jak i z innych terytoriów Cesarstwa Europejskiego.

Ponieważ pan Drzewiecki powiedział to głośno - żaden z "ałtorytetów politycznych" nie spierał się merytorycznie z tą wypowiedzią - ale wszyscy jak jeden mąż uznali, że to "koniec politycznej kariery pana Drzewieckiego". Takich rzeczy nie wolno mówić głośno! Bo jeszcze się "elektorat" obrazi i odmówi brania udziału w tych widowiskach, wyborczych i telewizyjnych. Na przykład - w "demokratycznych wyborach" Prezydenta RP, "fajdanisów" czy radnych, burmistrzów i prezydentów miast... A to sprowadziłoby na naszą młodą demokrację śmiertelne niebezpieczeństwo - BRAKU REPREZENTATYWNOŚCI! Dlatego Pan Prezydent poczuł się, by wziąć udział w tej telewizyjnym widowisku i rozpoczął sztukę pod tytułem "Pan Prezydent troszczy się o stan Państwa, a zwłaszcza o stan finansów publicznych". Zwołał Narodową Radę Rozwoju, z mnogością utytułowanych osobistości, gdzie poprosił również ministra finansowego Rostowskiego, by ten Mu przedstawił pal uzdrowienie finansów polskich. Wygląda na to, że państwo polskie zaczyna wycofywać się szybką ścieżką z zobowiązań wobec własnych obywateli, co już wcześniej zapowiadałem przy okazji sprawy UB-eckich emerytur. Minister Rostowski zapowiedział redukcję zobowiązań emerytalnych wobec służb mundurowych - mówi Stanisław Michalkiewicz.
Widać więc, że premier Tusk "położył lachę" na wojsku i policji, co w świetle kolejnego oświadczenia ministra finansowego Rostowskiego, że "wydatki na wojsko straciły sztywny charakter" poświadcza, że państwo polskie jest systematycznie rozbrajane. A pan Prezydent może przecież sporządzić projekt naprawy finansów publicznych - w końcu ma w swej Kancelarii ponad 300 urzędników i ma inicjatywę ustawodawczą. Jeśli nie robi tego, to mamy dwie możliwości: albo nie chce, albo nie potrafi. Ponieważ druga możliwość byłaby nieuprzejma wobec p. Prezydenta, wypada nam się zgodzić z pierwszą, a to pokazuje, że ostatnie wydarzenia są z dziedziny tylko widowiskowej - uśmiecha się publicysta.
Za to w Platformie Obywatelskiej mają się oto odbyć prawybory przed wyłonieniem kandydata na kandydata na prezydenta. Pan Prezydent RP wskazuje na swojego faworyta - pana marszałka Bronisława Komorowskiego, co do którego nabąkuje się tu i ówdzie, że ma "poparcie" Wojskowych Służb Informacyjnych, skoro poparcie Mu udzielił były Prezydent naszego państwa Lecha Wałęsa, jak i "ałtorytet" Władysław Bartoszewski, przez którego przemawia przecież "nasza złota pani Aniela"! Z tego powodu "rozdarł japę" pan poseł Palikot. W oczach pan posła Palikota pan minister zagraniczny Sikorski jest "kandydatem "PO-PiS-owskim" i zarzuca Mu, że dobrze się czuł w rządzie PiS! Na takie dictum obraził się zwolennik pan Sikorskiego w PO - pan minister Grzegorz Schetyna, który natychmiast przypomniał "panu posłu Palikotu", że śledztwo w sprawie finansowania kampanii wyborczej pana posła Palikota nie zostało jeszcze zamknięte i będzie trwać przynajmniej do kwietnia tego roku, kiedy odbędą się "prawybory w PO". Wpłynęło to trzeźwiąco na posła Palikota, bo dziś oświadczył, że "się wstydzi i jest gotów poddać się karze" - przypomina porządek dziobania w PO nasz komentator.

Nagranie trwa ponad 15 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna wersja w najlepszej jakości bez uciążliwości reklam.



Zapraszamy do podbijania naszego materiału na witrynie Wykop.pl:
wykop.pl

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Poseł Palikot ma napisać 100 razy, że minister Sikorski jest dobrym kandydatem na prezydenta, prezydent Kaczyński urządza widowisko "w trosce o finanse państwa", a my bądźmy wdzięczni politykom za spektakle medialne - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach nie tylko z "województwa polskiego UE" Wysłane czwartek, 4, marca 2010 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |












Prawica, czyli prawa strona lewicy - Przewodniczący Rady Sygnatariuszów UPR Michał Marusik Wysłane niedziela, 28, lutego 2010 przez Krzysztof Pawlak

Inne artykuły związane z Konwentyklem UPR z dn. 09.01.2010:

- Nieprawdziwe oświadczenie tzw. Biura Prasowego UPR w sprawie zmiany Prezesa UPR

- Próba operetkowego puczu w Unii Polityki Realnej

Inne nagrania TV ASME z imprez UPR:

- Próba operetkowego puczu w Unii Polityki Realnej

- Ostatni Konwent UPR we Wrocławiu: w wyniku jego postanowień Stanisław Michalkiewicz oraz Janusz Korwin-Mikke opuszczają założoną przez siebie partię! - ostatnie nagranie TVASME dla WOLNA.TV (cz. 1)

- Konwent UPR we Wrocławiu: Janusz Korwin-Mikke opuszcza założoną przez siebie partię! - pilot TV-relacji

- Stanisław Michalkiewicz opuszcza Unię Polityki Realnej

- Dzieci są NASZE, nie PAŃSTWOWE! - demonstracje UPR w wielu miastach!

- "Niesiemy Europie wolność" - relacja z konwencji wyborczej Unii Polityki Realnej w wyborach do parlamentu unijnego

- Dzień bez samochodu - samorządowcy do autobusów! - pikieta UPR podczas Europejskiego Dnia Bez Samochodu

- Pikieta Sekcji Młodzieżowej Unii Polityki Realnej przed Pałacem Prezydenckim w dzień po referendum w Irlandii nad Traktatem Lizbońskim

Duet Chojecki - Lisiecki wygłasza spod sztandarów Unii Polityki Realnej Swoje potępienie dla Janusza Korwin-Mikke przy każdej w zasadzie okazji, a ostatnią taką okazją jest orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego podtrzymujące wysokości emerytur dla Wojciecha Jaruzelskiego i jego towarzyszy z WRON.

Rozumowanie tego duetu jest emanacją zasady pozwalającej władzy ingerować w zawarte kontrakty emerytalne. Niby nic... Osoba gen Jaruzelskiego jest - zwyczajem wszystkich komunistów - użyta dla uzyskania poparcia zsocjalizowanej publiki dla komunistycznej "zasady" poszanowania tylko tych praw, na których poszanowanie władza raczy się zgodzić. Z zawartych umów można się nie wywiązać, bo... "są ku temu bardzo ważne powody". Zawarte kontrakty mogą więc być uznane za obowiązujące tylko wtedy, kiedy władza nie wnosi żadnych zastrzeżeń. Gdybym na ten przykład został uznany za jakiegoś zaplutego karła reakcji to zobowiązania wobec mnie mogłyby utracić swą moc. I emerytury mogę nie otrzymać...
Państwo prawa jest programowym postulatem Unii Polityki Realnej, więc nigdy dotychczas spod tego znaku nie było wychwalane państwo lewa. Że państwo lewa obejmuje nas swymi parszywymi mackami zewsząd - to fakt. Nikt nie jest pewien dnia ani godziny dopóki obraduje gromada przedstawicieli ludu. Nigdy jednak dotychczas nikt się nie posunął do gloryfikacji komunizmu spod sztandarów bractwa rycerskiego Świętego Jerzego. Nikt dotychczas, kojarzony z UPR, nie próbował nawet stawiać ludowych sympatii czy antypatii ponad prawem. Nie sposób też przyjąć, że głos ten jest wynikiem jakiejś pomyłki, wszak zionie nienawiścią do najbardziej chyba oczywistego zwolennika państwa prawa jakim zawsze był Janusz Korwin-Mikke. Potępienie Korwina za publiczne wyrażenie obrzydzenia i pogardy dla narodowego socjalizmu tłumaczono jakąś pomyłką. Wygląda na to, że pomyłką to jednak nie było.
Szukając jakiegoś uzasadnienia dla takiego szokującego wystąpienia na myśl przychodzi mi rzecz tylko jedna. Otóż rządzące Polską gangi socjalistów nabrały takiego rozmachu w szabrowaniu wszystkiego co się w publicznych budżetach pojawi, że postanowiły przedziurawić kolejne dno. Przeputali już dorobek kilku pokoleń minionych oraz dorobek paru pokoleń, które dopiero muszą się narodzić, a rozpędu w tym procederze nabrali takiego, że nawet dno nie jest w stanie ich powstrzymać. Postanowili więc, że ZUS będzie instytucją, do której pieniądze tylko wpływają, ale wypływ zostanie - pod tą przemożną presją ważniejszych, bo własnych, potrzeb - zwyczajnie wstrzymany. Postanowili, że na wypłaty emerytur i rent pieniędzy po prostu zabraknie. Oczywiście szabrownicy przewidują możliwość jakiejś poważniejszej awantury ze strony milionów ludzi żądających realizacji nabytych praw. Wiec uświadomić trzeba tym niebezpiecznym warchołom, że TO Z ICH WOLI I ZA ICH ZGODĄ!!! prawa nabyte wcale realizowane być nie muszą. Oczywiście - jeżeli przemawiają za tym jakieś "bardzo ważne powody". A ludzi domagających się powrotu z komunistycznego barbarzyństwa do cywilizowanych zasad rządów prawa - jak chociażby Janusza Korwin-Mikke - trzeba publicznie napiętnować i odciąć się od nich najostrzejszą gilotyną. Kto to słyszał, żeby kontrakty zawarte przez potępionych miały być wykonywane?!
Przystępując do UPR nie wyobrażałem sobie, że stanie się ona kiedyś prawą stroną komunizmu. A tę formułę "prawicowości" zaprezentowali już Delegaci na Konwencie we Wrocławiu uznając, że liberalizm oznacza: wolno kraść.
Paradoksalnie ci UPR-owscy komuniści mogą jeszcze zostać poskromieni przez warszawski sąd rejonowy, który przecież może uznać, że oni UPR nie reprezentują. Znając jednak zasługi sądów dla umacniania "demokratycznego państwa prawa (czytaj: lewa)" nadzieja jest niewielka. Skoro w UPR prawo może znaczenie miewać tylko czasami to czegóż się spodziewać po sądzie III PR.
Widać w czerwonym kraju nawet prawica musi być czerwona. Gardzić publicznie znakami nazizmu nie wolno, popierać rządów prawa nie wolno, jeżeli niepodległość to ze stolicą w Brukseli...
A poza tym - co słyszę niezmiennie od czasów towarzysza "Wiesława" - nareszcie mamy Wolność i Niepodległość.
Chyba pastor Chojecki zostanie wybrany kapelanem UPR.
Jak łatwo zejść na PiSy...

Michał Marusik
Przewodniczący Rady Sygnatariuszów UPR


Za "blogiem" Przewodniczącego Rady Sygnatariuszów Michała Marusika.


Nasza "złota pani Aniela" wraz z Helsińską Fundacją Prawa Człowieka już zdecydowały, kto zostanie tubylczym prezydentem - tygodniowy komentarz Stanisława Michalkiewicza z "województwa polskiego UE" Wysłane środa, 24, lutego 2010 przez Krzysztof Pawlak

Inne nagrania TV ASME ze Stanisławem Michalkiewiczem:

- Interes sitwy oraz wpływów zagranicznych, czy interes nas wszystkich i naszego państwa? - Stanisław Michalkiewicz o powodach kryzysu politycznego oraz ekonomicznego w województwie polskim UE

- Happening partii Wolność i Praworządność - "Ostatni dzień palenia flagi UE!" - Warszawa 30.11.2009

- Stanisław Michalkiewicz opuszcza Unię Polityki Realnej

- "Polska wobec kryzysu gospodarczego" - wykład Stanisława Michalkiewicza w narodowym Klubie Nowogrodzka 44

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 2)

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 1)

- "Okrągły stół" i jego konsekwencja: III RP - dyskusja z udziałem Stanisława Michalkiewicza i historyka IPN, prof. Antoniego Dudka

- - II Debata studencka "Polska a waluta euro" - Warszawa 19.01.2009 z udziałem Stanisława Michalkiewicza

- Cykl "Cesarstwo Niemieckie i Cesarstwo Rosyjskie wracają do gry" - Stanisław Michalkiewicz o pomyśle, powstawaniu, konsekwencjach rozwoju Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli Unii Europejskiej

"Proszę Państwa, kampania wyborcza o tym, kto ma być kandydatem na kandydatów, zaczyna wchodzić w decydującą fazę, a nieomylnym tego znakiem jest odkrycie, jakiego dokonała Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Helsińska Fundacja na co dzień kolaboruje z wiedeńską Agencją Praw Podstawowych, takim europejskim gestapo monitorującym narody europejskie, czy przypadkiem nie ulegają ksenofobii, homofobii, antysemityzmowi i tak dalej. Helsińska Fundacja wpadła na trop, dostając po prostu dokumentu z Państwowej Agencji Żeglugi Powietrznej, z których wynikało, że co najmniej sześć samolotów CIA odbyło loty do Polski ze złowrogimi talibami na pokładach. A gdzież nie przetrzymywać złowrogich talibów, jak nie w "areszcie wydobywczym" (wynalazku pana Ziobry) ośrodku wywiadu w Starych Kiejkutach? Natychmiast przodująca w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym pani redaktor Monika Olejnik wezwała na przesłuchanie generała Marka Dukaczewskiego, ostatniego Szefa WSI. Oczywiście pan generał powiedział, że nic o tym nie wiedział, bo WSI się tym tematem w ogóle nie interesowała! Oczywiście też nie wiedzieli o tym pan prezydent, pan premier ani były minister obronny Jerzy Szmajdziński, który teraz kandyduje na prezydenta RP" - Stanisłąw Michalkiewicz, stały współpracownik naszej witryny Antysocjalistycznego Mazowsza, komentuje wydarzenia ze scen teatru politycznego naszego kraju i zagranicy.

Tym samym Helsińska Fundacja Praw Człowieka potwierdziła "fałszywe pogłoski", rozsiewane w swoim czasie przez pana Leppera o tym, że talibowie lądowali w Klewkach. Nikt mu wtedy oczywiście nie uwierzył poza jedną panią redaktor Marią Wiernikowską, która prześledziła z ekipą Telewizji Polskiej opowieści pana Leppera. Te fantastyczne pogłoski okazało się, że miały potwierdzenie, pani Wiernikowskiej odebrano ekipę telewizyjną, a ona sama napisała po wszystkim książkę pod znamiennym tytułem "Zwiariowałam!", nad którą zapadła głucha cisza. A pan Lepper został skazany przez niezawisły sąd za "starcie puszka niewinności" z pani Anety Krawczykowej, która w samą porę przypomniała sobie o swej utraconej niewinności. Widać wiec, co grozi tym, którzy bez rozkazu ujawniają tajemnice państwowe, a nawet - NATO-wskie... - uśmiecha się Stanisław Michalkiewicz.
Jak widać - służby i w Ameryce i w Polsce - rządzą i nie ma żadnego powodu, by informować o czymkolwiek prezydenta czy mężyków stanu, bo i tak nie mają nic do gadania i są po to tylko, by było ładniej. To odkrycie Fundacji Helsińskiej pokazuje, że nasza złota pani Aniela włączyła się do wyłaniania kandydata na kandydata i oczyszcza pole dla jej faworyta. Kto nim jest? Raczej nie tow. Szmajdziński. Czy będzie nim pan marszałek Komorowski, czy minister zagraniczny Sikorski? Wiele wskazuje na to, że raczej pan Komorowski, w czym utwierdza nas opinia też przodującego w pracy operacyjnej i w wyszkoleniu bojowym oraz politycznym redaktora Jacka Żakowskiego, który oświadczył, że pan Sikorski "jest za młody", a także opowiedzenie się za marszałkiem Komorowskim przez byłego prezydenta RP Lecha Wałęsy. Ważne jest też wygłoszone publicznie zdanie pana Władysława Bartoszewskiego, który powtórzył prawie że dosłownie opinię pana redaktora Żakowskiego. Wydaje się, że wynik "prawyborów" w Platformie Obywatelskiej jest już prawie pewny tym bardziej, że właśnie wczoraj Parlament Europejski nie ustanowił żadnych sankcji dla Białorusi, o co zabiegała dyplomacja "polskiego województwa UE" - przypomina publicysta.

Nagranie trwa ponad 13 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna wersja w najlepszej jakości bez uciążliwości reklam.



Zapraszamy do podbijania naszego materiału na witrynie Wykop.pl:
wykop.pl

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Nasza "złota pani Aniela" wraz z Helsińską Fundacją Prawa Człowieka już zdecydowały, kto zostanie tubylczym prezydentem - tygodniowy komentarz Stanisława Michalkiewicza z "województwa polskiego UE" Wysłane wtorek, 23, lutego 2010 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |