października 22, 2003 - października 29, 2003

JOW-y przez 3 liderów opisane: pp. Sanocki, Miros, Dakowski Wysłane środa, 29, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

Szanowni woJOWnicy!

W "Rzepie" z dnia znajdujemy artykuł pt. "Ryzyko zmiany ordynacji" autorstwa p. Marka Mirosa - burmistrza (nieprzerwanie od 1990 r.) Goldapi.
Autor poddał szczegółowej analizie wyniki wyborów burmistrzów, wójtów i prezydentów pod katem wyników osób piastujących funkcje nieprzerwanie od 1990 r. Jego wnioski są jednak ogólne i godne odnotowania. Pisze m.in.:
"Można powiedzieć, że Polska samorządowa powiedziała »nie« Polsce upartyjnionej i dużo jeszcze czasu upłynie nim ukształtuje się klasa polityczna, która akceptowana będzie przez Polskę lokalną.
Być może jest to wskazówka dla tych, którzy decydować będą o ordynacji wyborczej do parlamentu. Okręgi jednomandatowe i hasło; »poseł w każdym powiecie« to szansa na przełamanie bariery miedzy społeczeństwem i parlamentem".

Bardzo trafne wnioski i cieszymy się, że nasze hasło sprzed 4 lat funkcjonuje w Polsce jako postulat samorzadowców. Jutro będzie należało do JOW!

Janusz Sanocki

Część wzmiankowanego artykułu:
"27 października 2003 roku mija pierwsza rocznica pierwszych bezpośrednich wyborów na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Zmiana sposobu wyboru poprzedzona została debatą polityczną, w której ścierały się dwa poglądy. Pierwszy - prezentowany głównie przez SLD niejako konserwował sytuację, jaka istniała przez trzy kadencje, i drugi, który zgodnie popierały inne ugrupowania polityczne oraz środowiska samorządowe.
Politycy prezentujący pierwszy pogląd kasandrycznie ostrzegali przed niebezpieczeństwem wyboru ludzi przypadkowych, co groziło ich zdaniem paraliżem i niekompetencją władzy samorządowej. Ostrzegano również przed konfliktami rada - wójt, rada - burmistrz czy prezydent. Te przewidywania w niektórych przypadkach sprawdziły się słuszne, ale na pewno nie można po roku powiedzieć, że jest to sytuacja powszechna. Tym bardziej że obawy w części wynikały z kalkulacji politycznej. Jak pokazały wyniki wyborów samorządowych były one słuszne, bo po wyborczym sukcesie parlamentarnym, w wyborach na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast SLD poniosło porażkę.
Drugi pogląd, preferujący wybory bezpośrednie, zjednoczył zarówno opozycję parlamentarną i pozaparlamentarną, jak i środowiska samorządowe. Pamiętamy, że walka o wybory bezpośrednie zakończyła się sukcesem opozycji oraz samorządowców, którzy co ciekawe wywodzą się z bardzo różnych ugrupowań, stowarzyszeń, partii, w tym również z SLD. Przykładami mogą być Związek Miast Polskich, Związek Powiatów Polskich czy inne, w zarządach których reprezentowane są wszystkie liczące się ugrupowania polityczne i społeczne. (...)”.

Informacja od p. Mirosława Dakowskiego, jednego z liderów Ruchu na rzecz JOW:
Od połowy października "wszedłem" trzy razy do Katolickiego Radia Podlasie (KRP) . O JOW, oczywiście. 16.X nagranie 10 min, ale nie "cięte", a parę dni później 20 min na żywo. Wczoraj, 27 paźdz., wieczorem miałem półtorej godziny na żywo w bardzo słuchanym programie red. Ewy Pankiewicz. Było jeszcze dwóch zwolenników JOW w studio, do zadawania
"niewygodnych" a ważnych pytań. Pytania słuchaczy też pozwoliły rozszerzyć wypowiedź . Kilkakrotnie zapowiedzieliśmy Konferencję 8 Listopada w Siedlcach To sobota. Zapraszamy szczególnie sympatyków z Podlasia. Oby wyszło. W KRP (to radio) są do nabycie książki o JOW prof. Przystawy, broszurki (stara i nowa - gratis) i znaczki JOW.

Mirosław Dakowski


Komentarz (0)

"Prawica" urządza się pod rządami PiS w miejskiej spółce taksówkarskiej Wysłane środa, 29, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

Przy okazji protestów taksówkarzy w stolicy dziennik "Życie Warszawy" w swym wydaniu z dn. 28.10.2003 r. zwraca uwagę na gminną spółkę Miejskie Przedsiębiorstwo taksówkowe, którego zostało zaszczycone w ostatnich dniach przyjęciem w szeregi swojej wewnętrznej biurokracji znanego z czasów rządów tzw. prawicy w obecnym PRL-bis Jana Parysa, a także z zasiadania przez niego we władzach Fundacji Niemiecko-Polskie Pojednanie, gdzie doszło przed kilkoma laty do opisywanych z oburzeniem medialnym wypłat niezbyt uzasadnionych nagród z funduszu dla ofiar niemieckiej polityki pracy niewolniczej w latach okupacji Polski przez III Rzeszę - dla niektórych przedstawicieli władz tejże Fundacji. MPT jest od pewnego czasu, już pod kierownictwem władz miejskich z ekipy prezydenta Kaczyńskiego z Prawa i Socjalizmu, kierowane przez również osławionego Andrzeja Gelberga, znanego m.in. z czasów kierowania "Tygodnikiem »Solidarność«", który w tym czasie przeżył potężne kłopoty finansowe. Samorządowa firma taksówkarska już od wielu lat przynosi deficyt swym właścicielom, lecz obecność nowego w niej kierownictwa nie wróży w świetle podanych przez dziennik "ŻW" informacji wiele dobrego:

"(...) Miasto powinno jak najszybciej pozbyć się Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówkowego. Według nieoficjalnych informacji, jakie udało nam się zdobyć (oficjalne nie zostały nam udostępnione przez firmę), przedsiębiorstwo przez osiem pierwszych miesięcy tego roku straciło ponad 600 tys. zł. Aby funkcjonować, musi doić warszawski samorząd (...).

Byli taksówkarze MPT, którzy musieli odejść z firmy, bo skonfliktowali się z Gelbergiem, przekonują jednak, że owa restrukturyzacja polega przede wszystkim na zwiększaniu zatrudnienia na stanowiskach kierowniczych i zwalnianiu szeregowych pracowników. O żadnych inwestycjach nie ma mowy. - Odkąd szefem MPT został Gelberg przybyło 14 dyrektorów. Wcześniej firmą rządziły trzy osoby - prezes i dwóch zastępców. Teraz wprawdzie zarząd jest dwuosobowy, ale za to stworzono biuro zarządu, w którym pracuje, a raczej pobiera pieniądze kilku znajomych prezesa. Ta firma musi zbankrutować. Chyba że przejdzie w prywatne ręce. Może wtedy uda się ją uratować - mówi taksówkarz MPT z 20-letnim stażem".

Oczywiście jest to po prostu kolejny przyczynek do jak najszybszej prywatyzacji komunalnego przedsiębiorstwa, które i tak posiada na terenie Warszawy od kilkudziesięciu lat konkurencję w postaci najpierw Zrzeszenia Transportu Prywatnego, obecnie - kilkunastu prywatnych korporacji taksówkarskich oraz olbrzymiej liczby niezrzeszonych prywatnych przewoźników.


Komentarz (1)

TV-felieton I prezesa UPR Janusza Korwin-Mikkego o przeszkadzających w pracy przedsiębiorcom biurokratach z Ministerstwa Finansów Wysłane środa, 29, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

Myśmy swoje powiedzieli, jeśli chodzi o protest taksówkarzy: jak tak dalej pójdzie, to szybko dojdziemy do rozwiązań opisanych w książce Janusza Zajdla "Limes Inferior" (bez systemu czipowego nie da się żyć), ale ważniejsze są podatki zawarte w benzynie - ok. 70% ceny benzyny to po prostu danina dla biurokratów, którzy trwonią te pieniądze. Gdyby tylko zżerali te pieniądze, to pal licho - ale oni nam przeszkadzają w pracy, w zarabianiu przez na pieniędzy - dlatego system PRL-bis, inaczej zwaną III Rzeczypospolita musi zostać zmieniony - po raz kolejny postuluje I prezes UPR Janusz Korwin-Mikke.



Nagranie jest dostępne w Sieci do 12 XI 2003 r.

Komentarz (1)

TV-felieton Stanisława Michalkiewicza o kłopotach w różnych państwach: w Polsce z taksówkarzami, w Iraku - z zamachowcami Wysłane wtorek, 28, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

Każdy kraj ma swoje zmartwienia - w Warszawie taksówkarze słusznie protestują przeciwko fiskalizmowi Ministerstwa Finansów - a w Bagdadzie zblatowani już dokumentnie żurnaliści przesyłają na użytek naszej opinii publicznej kłamliwe informacje jakoby zamachy przeciwko wojskom okupacyjnym dokonywali najemnicy-samobójcy. A jaki pożytek z pieniędzy mają najemnicy-samobójcy, wysadzający się w okolicach pana Wolfowitza, należącego do "izraelskiego kręgu okupującego USA", o czym wspominał kiedyś Pat Buchanan, który to przedstawiciel "narodu zebranego" chce walczyć o interesy Izraela do... ostatniego Polaka, Hiszpana, Amerykanina, Ukraińca - "niepotrzebnie skreślić"... Pojawili się też w stolicy Iraku uchodźcy z niej, co niewątpliwie stanowi objaw stabilizacji...



Nagranie jest dostępne w Sieci do 11 XI 2003 r.

Komentarz (0)

USA: Jak to się robi w Ameryce - czyli Rafał Ziemkiewicz o demokracji Stanów Zjednoczonych, cz. II Wysłane wtorek, 28, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

Rafał Ziemkiewicz wybrał się z góralskim wójtem Lipnicy Wielkiej Franciszkiem Adamczykiem, przy okazji realizacji serii TV-felietonów dla TVP "Kawa czy Herbata" - my dzięki Rafałowi możemy Państwu zaprezentować wprost osiągnięcia systemu politycznego Stanów Zjednoczonych.
Dzisiaj emitujemy II odcinek cyklu.



Nagranie jest dostępne w Sieci do 11 XI 2003 r.

Komentarz (0)

USA: Jak to się robi w Ameryce - czyli Rafał Ziemkiewicz o demokracji Stanów Zjednoczonych, cz. I Wysłane poniedziałek, 27, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

Rafał Ziemkiewicz wybrał się z góralskim wójtem Lipnicy Wielkiej Franciszkiem Adamczykiem, przy okazji realizacji serii TV-felietonów dla TVP "Kawa czy Herbata" - my dzięki Rafałowi możemy Państwu zaprezentować wprost osiągnięcia systemu politycznego Stanów Zjednoczonych.
Dzisiaj emitujemy I odcinek cyklu.



Nagranie jest dostępne w Sieci do 10 XI 2003 r.

Komentarz (0)

Pożytki z czytania lewackich pisemek Wysłane poniedziałek, 27, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

Czasami, kiedy jesienne pluchy wzbudzają w człowieku nieutuloną chandrę za minionymi słonecznymi i wesołymi dniami, warto zajrzeć na śmieszne strony lewackich środków masowego rażenia, by poprawić ponury nastrój. Tym razem doświadczony odbiorca może zostać ukontentowany tekstem z lewackiego tygodnika, którego żurnalista przywiązuje wagę do powierzchownych chwytów psychotechniki, czyli oto "Polityka" rodzimych kabaretów:

"(...) Pytani o polityków, którzy wciąż mają duży marketingowy potencjał, spece od wizerunku odpowiadają: Rokita, Oleksy, Borowski, Kaczyński, Tusk, Hübner, mimo wszystko wciąż Piskorski, może Smoleń, były urzędnik Kwaśniewskiego, teraz poseł SLD. Pada też nazwisko Stanisława Wojtery, młodego prezesa Unii Polityki Realnej, który mógłby mieć spore szanse, gdyby wyszedł z ultraliberalnej niszy, a przy okazji pozbył się zarostu. Wszyscy jednak wymagają dużej pracy, przede wszystkim jednak sami muszą odnaleźć w sobie determinację. (...)

Plastikowi figuranci

(...) Polityków, którzy siłą chcą nam wtłaczać do głowy własne idee, już wkrótce mogą zastąpić nowe modele - ci, którzy potrafią się podobać, ale nie mają nic do powiedzenia. Piotr Tymochowicz, siedząc na balkonie swojej firmy Greenpol, ideał polityka przyszłości definiuje jasno: - Nam są potrzebni figuranci, którzy będą umieli wywierać wpływ. Od tego, żeby myśleć, są zespoły eksperckie, ale nie politycy.
(...) - Przy sprzyjających wiatrach mogą dojść daleko, będą bardziej rozpoznawalni niż ludzie »Idola« i »Big Brothera«".

Prawda, że zabawne?


Komentarz (0)

Jak to jeden tygodnik usiłuje sprzedać „jesiotra drugiej świeżości”, czyli gangsterzy to gangsterzy, a komuniści to... też komuniści Wysłane poniedziałek, 27, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

Jak należy "zaskakiwać" swojego odbiorcę w obecnej dobie szczurzego wyścigu róznych przekaźników propagandowych - uczy swoich żurnalistów jeden z "mainstreamowych" tygodników, kierowany przez niegdysiejszego sekretarza KW PZPR, dość często podejmujący wątki związane z komunistycznymi SS, czyli służbami specjalnymi. Tym razem epatowanie grozą bandyckich (... nota bene... wprost właśnie) organizacji państwa komunistycznego wygląda mniej więcej tak:

"(...) Jak milicjanci i esbecy organizowali polską mafię?
To nie wolny rynek i demokracja sprawiły, że w III RP nagle pojawiła się przestępczość zorganizowana. Istniała ona i w PRL, a wysocy oficerowie milicji (obok funkcjonariuszy SB) byli jej inspiratorami. To nie przypadek, że najgroźniejszymi polskimi przestępcami zostali Jeremiasz Barański (Baranina), Andrzej Kolikowski (Pershing), Leszek Danielak (Wańka), Wiesław Niewiadomski (Wariat) czy Nikodem Skotarczak (Nikoś) - wszyscy byli współpracownikami milicji i dla swoich opiekunów prowadzili lewe interesy. - Pod koniec lat 70. korupcja w milicji stała się niemal legalna. Pamiętam, że pruszkowska komenda zaopatrywała partyjnych bonzów i urzędników w dzieła sztuki odbierane paserom. Pamiętam kapitana Komendy Stołecznej MO, który zorganizował gang złodziei samochodów. Sprzedawanie informacji było czym nagminnym, podobnie jak ukręcanie łba sprawom, wszystko w porozumieniu z prokuraturą i komitetem partyjnym - mówi Wiktor Mikusiński, komendant stołeczny policji w latach 1991-1994. Mikusiński obala mit, że w stanie wojennym ograniczono przestępczość. Przeciwnie, rosła o 30 proc. rocznie, ale potem statystyki fałszowano.
Kiedy PRL się skończyła, setki oficerów mających bliskie kontakty z przestępczym podziemiem po prostu stanęło na jego czele. To oni organizowali nielegalny handel paliwami, alkoholem, założyli firmy ochroniarskie, zaczęli działać w branży usług finansowych, w handlu zagranicznym i handlu bronią, podjęli działalność parabankową. Na początku lat 90. prawie 80 proc. prawdziwych przywódców polskiego podziemia to byli oficerowie milicji i SB.

Jak milicjanci psuli policję?
W 1990 r. byli milicjanci i esbecy mieli ogromny wpływ na to, jak będzie wyglądała policja. To oni przenieśli z milicji do policji wprowadzoną w 1988 r. instytucję sponsoringu, z czego Krzysztof Kozłowski, ówczesny szef MSWiA, nie zdawał sobie sprawy (było to zalegalizowane narzędzie korupcji w policji; formalnie przestało istnieć w 1994 r., choć faktycznie przetrwało jeszcze następne cztery lata). To oni stali za zlikwidowaniem w 1990 r. wydziałów PG - do zwalczania przestępczości gospodarczej. Przywrócono je w 1994 r., gdy przestępcy i współpracujący z nimi policjanci zalegalizowali już zdobyte z przestępstwa fortuny. (...) jeżeli nic się nie zmieni, może dojść od erozji państwa. Państwo oficjalne zostanie zastąpione państwem nieoficjalnym na wzór sycylijski".

Ten wyrywek artykułu z tygodnika „Wprost” (nr 1092, 02 listopada 2003) może być oczywiście wstrząsający - dla kogoś, kto dość powierzchownie przyglądał się życiu politykierskiemu naszego kraju, nie wnikając w jego głębsze pokłady. Takim momentem zastanowienia się powinien być końcowy fragment artykułu, który może wpisywać się w taktykę deprecjonowania - w zawoalowany sposób - istnienia państwowości polskiej, choćby z tego powodu, że tygodnik ów brał zdecydowany i efektywny udział w propagowaniu Anszlusu Rzeczypospolitej przez ZSRE (UE), dając jeden z POPiSów nierzetelności dziennikarskiej przed minionym czerwcowym unijnym referendum, kiedy jednostronnie naświetlał (podobnie niestety jak i większość mediów obecnych w naszym kraju) aspekty "akcesowania" Polski do UE. Teraz, kiedy odbiorcy podlegający środkom masowego rażenia doznają kontrolowanego szoku w wyniku ujawniania dziesiątek afer na najwyższych szczeblach aparatów partyjnych (z kolosalną przewagą przedstawicieli post(?)komunistycznego Sojuszu Lewicy Demokratycznej wynikającą z braku dekomunizacji na początku ostatniej dekady minionego wieku) - zaplanowany efekt socjotechniczny tego skoordynowanego działania ma się zapewne przetworzyć w emocjonalny wstręt do "przegniłej struktury państwowości polskiej" w ustach prominentnych przedstawicieli społeczeństwa, a co za tym idzie: napływu podwyższonego stopnia chęci demontażu własnej administracji centralnej na rzecz biurokracji unijnej, o której degeneracji etycznej i jeszcze większych problemach z na przykład "etosem urzędniczym" w mediach "głównego nurtu" informacje są dozowane wyjątkowo oszczędnie.
Podstawowa przyczyna obecnego rzeczywiście bardzo złego stanu bezpieczeństwa państwa jest znana co bardziej dociekliwym analitykom przemian społecznych od roku 1989: jest nią umowa zawarta w podwarszawskiej miejscowości Magdalenka pomiędzy tzw. opozycją koncesjonowaną, dopuszczoną przez tow. generała milicji (właśnie) Czesława Kiszczaka a aparatem komunistycznym, w której został zagwarantowany status nietykalności dla pozornie oddających władzę polityczną w PRL i obecnym PRL-bis, zachowując bardzo konkretną, rzeczywistą, nadrzędną władzę gospodarczą dla przedstawicieli kolaborantów sowieckich wojsk okupacyjnych i bandyckiego systemu, który został w naszym kraju przez "ludzi sowieckich" upowszechniony.


Komentarz (0)

Wierni uczniowie i uczennice towarzysza socjalisty niemieckiego Józef Goebbelsa - ogień walki ideologicznej lewicy przeciwko poczętym istotom ludzkim w USA Wysłane poniedziałek, 27, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

W swym dodatku do wydania sobotnio-niedzielnego dziennik „Rzeczpospolita” w dn. 25-26 X 2003 r. zamieścił artykuł korespondenta gazety Krzysztofa Darewicza o tytule "Wybór albo życie", w którym m.in. został szeroko dla jego czytelników ukazany proceder falsyfikowania rzeczywistości, uprawiany przez socjalistów amerykańskich (ukrywają się w tym państwie pod pojęciem "liberałów"), dokonywany na potrzeby walki z... ludźmi. Nie pierwszy to raz, kiedy można tak dobitnie stwierdzić, że nienawiść wszelkich odmian lewicy na całym świecie do rodzaju ludzkiego przejawia się również w stosowaniu metod propagandowych, trafnie zdefiniowanych przez jednego z wybitnych ich przedstawicieli i prekursora nowoczesnych technik masowego rażenia, Niemca, dr Józefa Goebbelsa, głównego agitatora narodowo-socjalistycznej III Rzeszy:

"(...) z czasem wyszły na jaw kulisy kampanii prowadzonej przez zwolenników aborcji w celu pozyskania społecznego poparcia.
Taktyka kłamstwa
Kulisy te ujawnił nie byle kto, lecz sam dr Bernard Nathanson, założyciel i były przewodniczący istniejącej od 1968 r. National Association for the Repeal of the Abortion Laws (NARAL), czyli głównej organizacji działającej na rzecz legalizacji aborcji.
- Prawdziwy sondaż opinii publicznej wykazałby wtedy, że większość Amerykanów jest przeciwna legalizacji aborcji. Jednak w ciągu pięciu lat udało się nam przekonać Sąd Najwyższy do wydania decyzji legalizującej aborcję - wspomina Nathanson. - W tym celu wytłumaczyliśmy mediom, że kwestia legalnej aborcji to świadectwo liberalnego oświecenia i nowoczesności. A ponieważ wiedzieliśmy, że posługując się wynikami prawdziwych sondaży, zostalibyśmy pokonani, zaczęliśmy posługiwać się wynikami fikcyjnymi. Zawiadomiliśmy media, że z przeprowadzonych przez nas sondaży wynika, iż 60 proc. Amerykanów opowiada się za legalizacją aborcji. To była taktyka samonakręcającego się kłamstwa, które odpowiednio często powtarzane potrafi przekonać opinię publiczną. Mało kto przecież chce zaliczać się do mniejszości. Sfabrykowaliśmy również liczbę nielegalnych aborcji przeprowadzanych co roku w USA. Naprawdę było ich około 100 tysięcy, ale my ciągle mówiliśmy o milionie. Liczba kobiet umierających z powodu nielegalnych aborcji wynosiła 200 - 250 rocznie, my nieustannie podawaliśmy liczbę 10 tysięcy. Te fałszywe dane zakorzeniły się w świadomości Amerykanów, przekonując wielu, że legalizacja aborcji jest niezbędna. Innym mitem, którym karmiliśmy opinię publiczną, było, że legalizacja aborcji oznaczać ma tylko zastąpienie nielegalnych zabiegów legalnymi. W rzeczywistości aborcja stała się w USA główną metodą kontroli urodzeń i od czasu legalizacji ich liczba wzrosła o 1500 proc.
Inną taktyką, do której stosowania przyznał się dr Nathanson, było rozgrywanie »karty katolickiej«, aby przeciwstawić »zacofaną« hierarchię kościelną »postępowym« wiernym. - Nieustannie karmiliśmy media kłamstwami w stylu: »Przecież wszyscy wiedzą, że sprzeciw wobec aborcji pochodzi od hierarchii, a nie większości katolików«, albo: »Sondaże dowodzą, że katolicy chcą reformy praw dotyczących aborcji«. Media pompowały to w społeczeństwo, wmawiając mu, że każdy, kto sprzeciwia się legalizacji aborcji, pozostaje pod wpływem kościelnej hierarchii, oraz że katolicy opowiadający się za aborcją są oświeceni i nowocześni. Jednocześnie ukrywaliśmy fakt, że inne Kościoły chrześcijańskie i religie niechrześcijańskie są zdecydowanie przeciwne aborcji. Stale też podpieraliśmy się argumentem, że zdefiniowanie początku ludzkiego życia jest absolutnie niemożliwe i że jest to kwestia teologiczna, moralna czy filozoficzna, ale z pewnością nienaukowa - opowiada dr Nathanson.
O tym, do jakiego stopnia kampania o legalizację aborcji oparta była na manipulacji i kłamstwach, świadczą również wyznania Normy McCorvey i Sandry Cano, którymi podzieliły się one kilka lat temu w wywiadach dla telewizji ABC. Okazało się więc, że bojąc się ujawnienia romansu, McCorvey okłamała adwokatki, opowiadając im, że została zgwałcona. - Liczyłam tylko na to, że wskażą mi, gdzie mogłabym usunąć ciążę. Ale one powiedziały mi, że nie wiedzą.
To też było kłamstwo, gdyż jedna z adwokatek, Sara Weddington, była już wtedy po zabiegu aborcji, do czego się później przyznała. Tak czy inaczej adwokatki nawet nie dochodziły, czy opowieść McCorvey o gwałcie jest prawdziwa. Z taką wersją była idealnym wręcz przypadkiem do przekonywania w mediach i w sądzie, że albo aborcja zostanie zalegalizowana, albo młoda zgwałcona matka dwojga dzieci zmuszona będzie poddać się nielegalnej aborcji, ryzykując zdrowie i życie.
Norma McCorvey nie zdawała sobie sprawy, że jej fałszywą opowieść adwokatki wykorzystały do przygotowania pozwu zbiorowego, czyli rozciągającego się na wszystkie analogiczne przypadki w całym stanie. - Weddington wmawiała mi, że wszystko będzie banalnie proste i jedyne, co będzie musiała zrobić, to pójść do sądu w Dallas i powiedzieć sędziemu: »Niejaka Norma McCorvey została zgwałcona i chce legalnie usunąć ciążę«, a on odpowie: »Zgoda« i będzie po sprawie.
Tak się, oczywiście, nie stało. Ostatecznie McCorvey rozmyśliła się i urodziła dziecko, a gdy dotarło do niej, że jej »małe kłamstwo« posłużyło za pretekst do zalegalizowania aborcji w całych Stanach Zjednoczonych, próbowała kilka razy popełnić samobójstwo. Ciąży nie usunęła również Sandra Cano. Także ona dopiero po jakimś czasie dowiedziała się, że i ją wmanipulowano w pozew zbiorowy i że jakoby żądała od szpitala w Atlancie przeprowadzenia aborcji. - Nikt mnie nigdy nie pytał, czy chciałabym usunąć ciążę, bo nawet nigdy o tym nie myślałam. Wręcz odwrotnie, chodziło mi tylko o takie przeprowadzenie rozwodu, żeby nie zabrano mi kolejnego dziecka do adopcji. (...)".

Cały artykuł przynosi znane już od wielu lat obserwatorom życia politycznego Stanów Zjednoczonych fakty z jednego z ważniejszych "frontów ideologicznej wojny": walki o życie ludzkie w jego pełnym wymiarze. Tak samo jak ideolodzy socjalistycznych Niemiec w czasie ich kilkunastoletnich totalitarnych rządów w I połowie minionego wieku w środkowej Europie wymierzyli swoje ostrze polityczno-społeczne w kierunku zniszczenia najpierw wybranych grup ludzkości, potem wobec niej w całości, usiłując doprowadzić do wykreowania "nowego człowieka", Übermenscha o stygmatach boskich - tak i ich mentalni spadkobiercy zarówno w USA jak i w obecnym Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, jak konserwatywni liberałowie określają Unię Europejską, dążą do stworzenia "nowych ludzi".
W Europie - Europejczyków.


Komentarz (0)

Jan Paweł II zdemaskowany - artykuł Stanisława Michalkiewicza Wysłane poniedziałek, 27, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

W mediach konsternacja, bo wbrew absssolutnie pewnym prognozom, że tegorocznym laureatem Pokojowej Nagrody Nobla zostanie Jan Paweł II, Komitet Pokojowej Nagrody Nobla dokonał zaskakującego wyboru pani Shirin Ebadi, adwokatki z Iranu, która walczy tam z dyskryminacją kobiet i dzieci. Taki wybór świadczy nie tylko o wierności Komitetu Nagrody Nobla zasadom politycznej poprawności, ale też wyjaśnia, dlaczego papież nie został ani laureatem tegorocznym, ani nie zostanie nim nigdy, chyba żeby, wzorując się na pani Shirin Ebadi, zaczął interpretować religię zgodnie z nieubłaganymi wymaganiami demokracji.
Pani Ebadi została nagrodzona za walkę z dyskryminacją kobiet i dzieci w Iranie. A czy Jan Paweł II zrobił cokolwiek w sprawie dyskryminacji kobiet i dzieci? Z pozoru wydawałoby się, że nawet sporo, bo np. utwierdza, a nawet rozszerza w Kościele kult Matki Boskiej, z którego wynika przecież wyraźne przesłanie, by każdy liczył się ze zdaniem kobiety. Skoro nawet sam Pan Bóg za pośrednictwem Archanioła Gabriela zapytał Marię, czy chce zostać Matką Syna Bożego i całe Niebo w napięciu oczekiwało odpowiedzi, to czyż mężczyznom wypada postępować inaczej? Jasne, że poniżej tego poziomu rewerencji nie wypada. Więc niby Jan Paweł II jest w awangardzie walki z dyskryminacją kobiet, ale co z tego, skoro nie jest to zgodne z nieubłaganymi wymaganiami demokracji? Dopóki papież nie mianuje pani Kingi Dunin, a w ostateczności pani prof. Marii Janion kardynałem, to nic mu nie pomoże, nawet gdyby ciało swe wydał na spalenie. Tak samo z dziećmi. Jan Paweł II, podobnie jak i jego poprzednicy, w osamotnieniu sprzeciwia się zabijaniu bardzo małych, tj. jeszcze nie urodzonych dzieci. Mogłoby się wydawać, że legalizowanie aborcji stanowi najokrutniejszą, najbardziej bezlitosną formę dyskryminacji dzieci. Tymczasem wcale nie, bo jeśli większość kobiet w możliwości legalnego zabijania dzieci bardzo małych upatrzy sobie kryterium oceny własnej pozycji prawnej i przeforsuje stosowne regulacje, to nieubłagane reguły demokracji nakazują nie tylko to szanować, ale nawet podziwiać. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech zapyta panią minister Izabelę Jarugę-Nowacką albo nawet samego pana Jacka Kuronia.
Widać zatem wyraźnie, że działalność Jana Pawła II z punktu widzenia nieubłaganych wymagań demokracji jest nie tylko szkodliwa, ale nawet wewnętrznie sprzeczna. Jakże bowiem pogodzić konieczność liczenia się ze zdaniem kobiety ze sprzeciwem wobec aborcji? Jan Paweł II uważa pewnie, że jest to możliwe, jeśli kobiety, podobnie zresztą jak mężczyźni, zgodzą się, iż nie należy zabijać ludzi bez względu na to, czy mają prawo głosowania, czy nie. Dlaczego jednak kobiety mają przyjmować taki punkt widzenia, skoro demokracja wyraźnie wskazuje, że liczy się tylko zdanie, a więc również interesy, ludzi dysponujących czynnym, a zwłaszcza biernym prawem wyborczym? Jan Paweł II uważa pewnie, że powinny ze względu na autorytet przykazania Boskiego. Tymczasem demokracja uznaje tylko autorytet Liczby. Im większa Liczba, tym słuszniejsza Racja. Ponieważ nawet papież przyznaje, że Bóg jest tylko jeden, no, najwyżej w Trzech Osobach, to jest rzeczą oczywistą, że w demokracji nie ma najmniejszych szans. Pana Boga bez trudu przegłosuje nawet Parlamentarna Grupa Kobiet, a cóż dopiero, gdy na scenę polityczną wejdzie partia Zieloni 2004? Skoro wiemy to wszystko nawet my, to cóż dopiero analizujący starannie wszystkie "za" i "przeciw" Komitet Pokojowej Nagrody Nobla? Chyba jasne, że Jan Paweł II nie miał najmniejszych szans, a wspomniane spekulacje mogli snuć sobie ludzie, których możliwości intelektualne nie pozwalają na ogarnięcie tych wszystkich spraw rozumem.
Religia muzułmańska jest pod tym względem podobna do chrześcijańskiej, więc kiedy zostanie skonfrontowana z demokracją zgodnie z metodą lansowaną przez panią mecenas Shirin Ebadi, to i ona wkrótce okaże się papierowym tygrysem. Już Karol Marks zauważył, że wystarczy tylko wprowadzić demokrację, a zwycięstwo socjalizmu jest pewne. To nieubłagane prawo dialektyki naprowadza nas na właściwy trop walki z dyskryminacją kobiet i dzieci. Żeby walczyć zgodnie z nieubłaganymi wymaganiami demokracji, trzeba zacząć od utworzenia odpowiedniego urzędu. I tu możemy spokojnie wykazać naszą wyższość nad takim, dajmy na to Iranem. Mamy bowiem nie tylko specjalnego ministra do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn, ale także specjalnego rzecznika praw dziecka. Dlatego też, w imię walki z dyskryminacją kobiet, pan wicepremier Hausner przedstawił program wydłużenia kobietom wieku emerytalnego do 65 lat, żeby nie czuły się gorsze od mężczyzn, którzy też muszą dożyć tego wieku, żeby otrzymać jakąś emeryturę. Że akurat zrobił to w październiku, który jeszcze za pierwszej komuny został ogłoszony miesiącem oszczędzania, to już czysty przypadek. Jeśli chodzi o dzieci - sprawa jest jasna. Wiadomo, że największym zagrożeniem są dla nich rodzice. Społeczna i polityczna presja na rozszerzenie legalizacji aborcji pokazuje, że to wcale nie są żarty. Dzieci niektórych rodziców naprawdę mają uzasadnione powody do niepokoju, więc nic dziwnego, że w ich towarzystwie czują się tak niepewnie. Co innego, gdy otoczy je opieką etatowy rzecznik. Wtedy każde dziecko od razu czuje się, jak nowo narodzone. Taki psychiczny komfort oczywiście kosztuje, więc teraz lepiej rozumiemy, dlaczego rząd pana premiera Millera ogłosił w październiku program oszczędnościowy, zapowiadając jednocześnie "rozszerzenie bazy podatkowej".

Stanisław Michalkiewicz


Komentarz (0)

Takiej komisji nie będzie (na razie?) - artykuł prof. Andrzeja Zybertowicza Wysłane poniedziałek, 27, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

Warto zwracać uwagę na te fakty, które choć ważne, umykają jednak uwadze szerszej publiczności. Jednym z takich faktów - zignorowanym przez prawie wszystkie media - jest opublikowany 12 września br. w krakowskim "Dzienniku Polskim" wywiad Ewy Łosińskiej z gen. Tadeuszem Rusakiem, który w latach 1997 - 2001 był szefem Wojskowych Służb Informacyjnych. Co zatem czytamy w tym wywiadzie?
Otóż generał, zobaczywszy, iż WSI jest w stanie "degrengolady", starał się "zmienić zastany układ, promować ludzi wartościowych i aktywnych. Niestety - mówi - po moim odejściu w skład kierownictwa tych służb weszły osoby, których tam nigdy być nie powinno. Mimo to w myśleniu wielu polityków tkwi zasadniczy błąd - to nieprawda, że służby są szczególnie upolitycznione. Część ludzi, którzy nimi dziś kierują, potrafi podpiąć się pod polityka każdej opcji, o ile odniesie korzyści. Człowiek, który kieruje Biurem Bezpieczeństwa Wewnętrznego WSI, Jan Oczkowski, był wyrzucany z pracy przez mojego poprzednika, potem przeze mnie, i znowu jest funkcjonariuszem służb. Chciałbym wiedzieć, co takiego ma w zanadrzu, że kolejni szefowie przyjmują go do pracy".
Od siebie dodam: ma wiedzę o hakach na umoczonych. Warto zastanowić się: jak wysoko w strukturach polskiego państwa umoczeni są ulokowani?
Na pytanie dziennikarki: "Zatem pomysł rozwiązania WSI nie jest zły?", generał odpowiada: "Politycy, którzy tego chcą, myślą przede wszystkim o pozbyciu się ludzi, których nie boję się nazwać kryminalistami". Zdaniem Rusaka, w WSI kryminaliści pracują nadal: "Potwierdza to fakt, iż niedawno jeden z wysokich oficerów WSI dostał wyrok za groźby karalne wobec prokuratora. Mimo to nadal pobiera pensję".
Generał mówi o jednej z największych (wśród okrytych) afer: "Sprawę handlu bronią [przez ludzi WSI] zgłosiłem przecież do prokuratury, bodajże w 1998 r., i jaki jest efekt pracy organów ścigania? Żaden. A z materiałów, jakie mi wówczas pokazano, wynikało jednoznacznie, iż popełniano przestępstwa. Prokuratura umarzając sprawy, nawet nie raczyła mnie, czyli składającego doniesienie o przestępstwie, o tym poinformować. Nie miałem zatem szans na odwoływanie się od tej decyzji. Tak samo działa prokuratura wojskowa dzisiaj.
Problem dotyczy zatem nie tylko WSI, ale i wymiaru sprawiedliwości, zwłaszcza w zielonych mundurach. Nie było tam przecież żadnej weryfikacji, nawet takiej jak w UOP. Jak można wierzyć w skuteczność pracy prokuratury, jeżeli niedawno złożyłem do niej doniesienie o przestępstwie - wymuszaniu na oficerach WSI fałszywych zeznań pod groźbą wyrzucenia z pracy, a prokuratura umorzyła sprawę, mimo że groźba została spełniona? Oficerowie zostali zwolnieni ze służby. Potwierdza takie groźby dziewięć osób, a uzasadnienie decyzji prokuratury brzmi: »brak znamion czynu przestępczego«. To ta sama prokuratura, która umarzała śledztwa dotyczące nielegalnego handlu bronią. Jak zatem można mówić o praworządności w armii?".
Zdaniem Rusaka "grupa, która w tej chwili kreuje politykę WSI, ma duży wpływ na działalność prokuratury. Ta sama z siebie pewnych rzeczy nie robi. WSI szukają możliwości wpływania na decyzje prokuratury i innych organów poprzez lokowanie tam swoich ludzi, poprzez łapanie osób pracujących w tych organach na czynach nie całkiem zgodnych z prawem, szukanie haków. Zwłaszcza ludzie dawnej WSW byli mistrzami takich działań. I nadal tak postępują. Część polityków też zresztą działa w podobny sposób".
Generał mówi jeszcze wiele innych rzeczy, z których wynika jasno, iż WSI - finansowana przez podatników instytucja naszego państwa - od lat działa na szkodę dobra publicznego. I że poza grupą posłów opozycyjnych z Sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych nikt nie próbuje się z tym uporać.
W świetle tego wszystkiego trzeba by wołać o powołanie specjalnej komisji parlamentarnej, której zadania byłyby - w jakimś zakresie - podobne do komisji badającej okoliczności słynnej oferty Lwa Rywina. Powołanie takiej komisji oznacza zastosowanie procedury w demokracji nadzwyczajnej. Po rozwiązania nadzwyczajne sięga się, gdy widzimy, iż działające stale instytucje państwa nie są w stanie z poważnymi nieprawidłowościami się uporać. Tak jest w tym przypadku. I od lat. Z braku woli, odwagi, skorumpowania lub aktualnego układu sił politycznych - niepotrzebne skreślić.

CETERUM CENSEO: W Polsce należy wprowadzić większościową ordynację wyborczą zakładającą jednomandatowe okręgi wyborcze (www.JOW.prv.pl).

Andrzej Zybertowicz

Artykuł ukazał się pierwotnie w toruńskiej edycji "Gazety Pomorskiej".

  • Prof. Andrzej Zybertowicz jest dyrektorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika.

    Komentarz (2)

    URZĘDOWE MIJANIE SIĘ Z PRAWDĄ - artykuł Antoniego Zambrowskiego Wysłane poniedziałek, 27, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Były ambasador RP w Moskwie Stanisław Ciosek zjawił się w 14 X 2003 r. w porannym programie TVP 1 "Woronicza 17", by w imię odwiecznej przyjaźni polsko-radzieckiej stwierdzić ewidentną nieprawdę o widocznej poprawie sytuacji politycznej w Czeczenii. Jak rozumiem, tę poprawę miała spowodować tragifarsa z wyborami prezydenckimi w tym kraju, odtrąbionymi przez Kreml jako sukces w drodze do stabilizacji i demokracji. Tymczasem - jak stwierdziły to międzynarodowe organizacje broniące praw człowieka - odbyły się one w warunkach wojennego terroru oraz wyborczych manipulacji Kremla, usuwającego przy pomocy różnych chwytów co groźniejszych konkurentów wyborczych Achmada Kadyrowa. Kreml ogłosił z tryumfem, że w wyborach udział wzięło ponad 80% wyborców, co trąci zwyczajną propagandowa lipą. W czasach, gdy tow. S. Ciosek był czołowym działaczem PZPR, urzędowa frekwencja wyborcza w PRL sięgała jeszcze wyżej - do 99,5% ogółu wyborców. Ale koledzy pracujący w komisji wyborczej opowiadali mi w zaufaniu, że w rzeczywistości wyniki były znacznie niższe. Wobec tego meldowali oni faktyczną frekwencję oraz wyniki wyborcze poszczególnych kandydatów przez telefon swej zwierzchności z SB i PZPR, zaś do sprawozdania wpisywali pod ich dyktando urzędową lipę o 99,5%. Podejrzewam w oparciu o doniesienia zagranicznych dziennikarzy, że podobnie było obecnie w Groznym i innych miejscowościach Czeczenii. Odpowiadają prawdzie jedynie informacje o masowym udziale w głosowaniu rosyjskich żołnierzy i oficerów. Propagandowe zaś dane o masowym udziale w wyborach Czeczenów są wzięte z sufitu. To po pierwsze.
    Po drugie, znajomość najnowszych dziejów PRL powinna była podpowiedzieć min. S. Cioskowi myśl, iż "prezydent" Achmad Kadyrow ma w obliczu samowoli rosyjskich generałów tyleż do powiedzenia w Czeczenii, co tow. Bolesław Bierut oraz tow. Władysław Gomułka w Polsce w dobie gen. Iwana Sierowa. Jak wiemy, aresztował on bez uzgodnienia z kierownictwem PPR nawet ekspremiera Wincentego Witosa. Rosyjska soldateska zatrzymuje i morduje Czeczenów, nie pytając nawet Kadyrowa o zdanie.
    Niestety, za rządów Leszka Millera mówienie głupstw godzących w interes Francji powoduje dymisję urzędnika ministerialnego, natomiast wypowiadanie takich głupstw o położeniu w Czeczenii żadnych przykrych następstw nie wywoła. A szkoda.

    Antoni Zambrowski


    Komentarz (0)

    Biuro zamiast katedry - artykuł prof. Michała Wojciechowskiego Wysłane poniedziałek, 27, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Ksiądz Janusz Pasierb napisał kiedyś esej "Katedra Europa". Patriarcha Konstantynopola Bartłomiej zarzucił Europie, że nie jest katedrą, lecz fabryką. Tymczasem Europa staje się biurem.

    W dyskusjach o Unii Europejskiej poruszamy się stale na dwóch niespójnych płaszczyznach. Istnieją bowiem dwie Europy, obie w jakiś sposób realne: wspólnota ducha i wartości oraz zbiurokratyzowana organizacja. Która zwycięży? Dlatego spory o przynależność do UE i o jej kształt są istotne - począwszy od kwestii preambuły do konstytucji europejskiej.

    Europa ducha
    Kultura europejska jest zjawiskiem wielowątkowym: składają się na nią cztery główne czynniki: religia i moralność w formie zapoczątkowanej w judaizmie i upowszechnionej przez chrześcijaństwo; intelektualny i artystyczny dorobek starożytnej Grecji; rzymski ład prawny i ekspansywność; więzi narodowe i społeczne zbudowane na osnowie tradycji ludów niegdyś barbarzyńskich. Żadnego z tych elementów nie da się wykreślić dekretem.
    Ta bogata kultura staje się dziś światową, zapewne dlatego, że jako jedyna jest tak złożona i odznacza się zdolnością do asymilacji nowych wątków z innych kultur (na przykład w dwudziestym wieku wchłonęła sztukę i muzykę Czarnej Afryki oraz elementy duchowości hinduskiej, jakkolwiek by to oceniać). Wysoko ceniąc wolność, z założenia pozwala na wewnętrzne zróżnicowanie. Przewaga materialna jest raczej skutkiem niż przyczyną europejskiego bogactwa kulturowego.
    O takiej właśnie elitarnej Europie myślą intelektualiści (nawet jeśli "polityczna poprawność" powstrzymuje ich od powiedzenia tego wprost). Na więzi religijnej, moralnej i kulturalnej bazowali też politycy, którzy w latach powojennych w jednoczeniu się Europy dostrzegli lekarstwo na straszliwe wstrząsy wynikłe z zalewu ideologii komunistycznej i hitlerowskiej, wrogich istocie tradycji europejskiej. Jedność była bowiem dla nich czymś słusznym w sferze wartości, a nie tylko praktycznym. Natomiast w sferze skutków praktycznych zapobieżenie wojnom stanowiło zadanie naczelne; niewątpliwa była też korzyść z powstania dużego wolnego rynku.
    O takiej też Europie ducha i kultury mówi rzecz jasna Kościół katolicki, pomny na jej chrześcijański fundament i wspólny - choć zaniedbany - system wartości; dla chrześcijan jednoczenie Europy jest powiązane z dążeniem do pokoju i bliskości między chrześcijanami, tak w Europie, jak na świecie. To właśnie Kościół jako pierwszy i zresztą jedyny stworzył na pewnej płaszczyźnie trwałą wspólnotę ponadnarodową i dawno już postulował zbliżenie polityczne krajów chrześcijańskich w Europie. W średniowieczu chwilami wydawało się ono bliskie.

    W okowach biurokracji
    Formą organizacyjną jednoczenia się Europy jest jednak Unia Europejska. Ma ona swój aparat władzy, swoje urzędy i pieniądze. Sama tylko Komisja Europejska liczy dwadzieścia tysięcy pracowników i dysponuje budżetem ponad stu miliardów euro (łącznie z wydatkami na rolnictwo). Do tego dochodzą inne instancje i pilnie realizujące unijne dyrektywy władze krajowe. Ważniejszy jest jednak zasięg władzy prawodawczej Unii. W pewnych dziedzinach ma ona wyłączność, w innych prawa unijne górują nad krajowymi. O stopniu unifikacji świadczy na przykład decyzja, że nakaz aresztowania przy wszystkich istotniejszych zarzutach musi być wykonany w każdym kraju członkowskim.
    Oficjalnie Unia Europejska jest oczywiście związkiem państw i nie zamierza tego zmieniać. Jak jednak będzie w przyszłości? Jak dalece państwo poddane prawodawstwu, o którym samo nie decyduje, jest faktycznie państwem? Sieć władz i urzędów unijnych niewątpliwie przejęła część kompetencji państw. W połączeniu z projektami zniesienia prawa weta państw członkowskich oraz pozbawienia części z nich głosu w Komisji Europejskiej rodzą się uzasadnione obawy co do suwerenności i samostanowienia krajów Europy, a więc i wolności ich obywateli. Mogą być poddani prawu, którego nie chcą, oraz dominacji silniejszych sąsiadów, czy to politycznej, czy gospodarczej, czy ideologicznej. Projekt konstytucji europejskiej znacznie redukuje prawa państw członkowskich, a jednocześnie pozbawia je prawa opuszczenia UE na mocy własnej decyzji.
    Dalsze zastrzeżenia są natury bardziej praktycznej. Czy rozbudowana administracja przyszłej Europy będzie wydolna? I czy umożliwi rozwój gospodarczy? Gospodarka jest w ponad trzech czwartych regulowana prawem unijnym. O ile w pewnych dziedzinach zastąpiło ono uciążliwe przepisy lokalne, o tyle w wielu innych od lat osiemdziesiątych powoduje stałe zwiększanie kosztów obrotu gospodarczego. W swoich początkach jednoczące się kraje Europy otworzyły wielki ponadnarodowy rynek - dziś tłumi go przeregulowanie przez wagony przepisów.
    Obecny system oprócz kosztów bezpośrednich w postaci utrzymywania biurokracji dużo kosztuje pośrednio, gdyż rozbudowany system ograniczeń prawnych oraz wysokie podatki nie pozwalają na wzrost gospodarczy, w krajach Unii niewielki, sporo niższy niż w USA i na Dalekim Wschodzie. Naprawianie tych szkód przez dopłaty i ulgi niewiele daje. Zauważmy, że rządy biurokracji wyzyskującej przedsiębiorców i pracowników przypomina to, co zwiemy socjalizmem realnym i ma takie same skutki: ograniczenie wolności i opóźnienie gospodarki. Towarzyszą temu obietnice socjalne, pomagające w walce wyborczej. Unia ulega zatem ideologii lewicowej.
    Taki ustrój Europy jest oczywiście konsekwencją ustroju biurokratycznego państw składowych, tu i tam rządzi faktycznie klasa urzędniczo- polityczna. Nie jest to już kapitalizm, ponieważ przedsiębiorcy są petentami w sprawach koncesji, podatków i zezwoleń na budowę. Nie jest to demokracja, gdyż "lud" może jedynie raz na cztery lata wybrać część funkcjonariuszy państwa spośród osób zaproponowanych przez szefostwo dużych partii politycznych. Tylko częściowo jest to państwo prawne, gdyż prawo wciąż się zmienia, jest zawiłe, zbyt rozrośnięte i nieraz z konieczności obchodzone.
    O duchu biurokratycznym świadczy też bieżące funkcjonowanie organów unijnych i treści przepisów. Widzą to na co dzień mieszkańcy Zachodu, ale my także, przez pryzmat procesu przyjmowania do Unii czy daremnych starań o unijne fundusze, w teorii przyznawane, w praktyce blokowane przez wymogi co do wniosków, rozliczeń etc. Bardzo zawiłe są drogi dostępu do funduszy naukowych, kulturalnych, ekologicznych i tylko naiwni intelektualiści mogą myśleć, że działania Unii w tych dziedzinach przyniosą jakieś większe korzyści.
    Przypomnę drobiazg: okazało się, że w myśl przepisów europejskich góralom nie będzie wolno robić oscypków - ale mało kto zauważył, iż ponadnarodowa organizacja nie powinna regulować pod przymusem sposobów produkcji serka. Sukces w pertraktacjach na ten temat jest niepoważny. A w rolnictwie mamy w ogóle ścisłą kontrolę, choćby przez wygórowane normy, "paszporty" dla zwierząt i kwoty mleczne, a nawet instrukcję na temat jaj kaczych.
    Przykładami tego rodzaju można wypełnić wiele stron. Prasa donosiła, że z powodu nie włączenia do umów czy ustaw polskich artykułów medycznych (innych niż leki) oraz lekarstw dla zwierząt, po wejściu do Unii nie będą one mogły być produkowane. To znaczy, że pomyłka bądź sabotaż przy negocjacjach ma uderzyć w dziesiątki tysięcy ludzi wprost, a w miliony pośrednio (wzrost cen). I w tej sprawie wolno nam było pertraktować, co ilustruje znaną zasadę, że socjalizm bohatersko rozwiązuje problemy, w innych ustrojach nieznane.
    Biurokratyczny charakter miały same negocjacje. Warunkiem decyzji było załatwienie tysięcy drobnych spraw, czego skutkiem jest podleganie prawom unijnym bez wpływu na ich kształtowanie. Normalna kolejność powinna być odwrotna: podejmuje się decyzję polityczną, a następnie dopracowuje szczegóły. W przeszłości tylko tak tworzyły się większe organizmy polityczne, nawet Unia w swej początkowej postaci. Tymczasem unijna choroba biurokratyczna spowodowała, że traktat akcesyjny liczy kilka tysięcy stron druku!
    Niektórzy powiadają, że mamy do wyboru biurokrację unijną i rodzimą, która jest gorsza, bardziej skorumpowana, mniej kompetentna, szkodliwsza dla gospodarki. Może się jednak zdarzyć, że w życie będą skuteczniej wprowadzane warunki przynależności korzystne dla UE i dla biurokratów, a mniej gorliwie te, które przynoszą ulgę obywatelom Polski.

    Jakie korzenie
    Część wypowiedzi przychylnych Unii polityków oraz oczywiście ludzi Kościoła z papieżem na czele oświetla jednoczenie się Europy od strony zasad. Podkreśla się cywilizacyjne racje jedności Europy. Nie sposób jednak twierdzić, jak niektórzy proeuropejscy kaznodzieje, że świat jest takim, jakim być powinien: że skoro Europa ma wspólne podstawy duchowe i powinna jednoczyć się na ich podstawie, to tym samym tak będzie.
    Praktyka temu przeczy, gdyż oficjalne działania unijne nie mają takiego charakteru. Władze UE nie dążą do wydobycia chrześcijańskiego i moralnego fundamentu Europy - raczej przeciwnie. Widać tendencję do nadania Unii charakteru laickiego, co wyraża się także we wrogich chrześcijańskim zasadom ustaleniach prawnych w dziedzinach takich jak aborcja czy etyka płciowa, w limitowaniu dostępu chrześcijaństwa do mediów publicznych i szkoły.
    Zamiar pominięcia wzmianki o Bogu i chrześcijaństwie w konstytucji europejskiej wskazuje, że nurt laicki chciałby uczynić z UE swoje narzędzie. Ma nadzieję uczynić zasadą apostazję Europy, o której mówił Jana Paweł II. Jego adhortacja Ecclesia in Europa i późniejsze wezwania, by nie zaprzepaścić chrześcijańskiego dziedzictwa Europy i umieścić w jej traktacie konstytucyjnym odniesienie do chrześcijaństwa, dowodzą, że popiera on jednoczenie się Europy, ale zarazem ostrzega przed niebezpieczeństwami. Można tu śmiało powtórzyć za encykliką Jana XXIII Mater et magistra, że chęć zbudowania trwałego ładu społecznego bez oparcia go na Bogu jest znamiennym dla obecnej epoki głupstwem (IV.1, łac. stultitia).
    Odwoływanie się do samych korzeni grecko- rzymskich z wyjściowego projektu konstytucji było za ubogie i dowodziło historycznej ignorancji. Primo, cywilizacja antyczna była wysoce religijna i się dobrowolnie schrystianizowała! - na usta cisną się też słowa Plutarcha, że łatwiej zbudować miasto w powietrzu niż państwo bez religii. Secundo, nasza percepcja antyku jest przefiltrowana przez etykę chrześcijańską: starożytność to także podboje, niewolnictwo, wyrzucanie na śmietnik noworodków. Dodanie ogólnikowej wzmianki o dziedzictwie religijnym też nie zadowala, gdyż dziedzictwo Europy jest konkretnie chrześcijańskie. Czemu słowa Bóg i Chrystus nie mogą przejść przez usta jej obecnych władz?
    Gdyby ustrój Europy był wolnościowy i sprawiedliwy, za jaki chce uchodzić, chrześcijanie nie mieliby się czego obawiać. W ustroju biurokratycznym, przy niesłychanie rozbudowanym aparacie państwowym, zabezpieczenie praw wierzących i przypomnienie o wyższym niż zachcianki parlamentarzystów źródle zasad jest jednak konieczne. Znamy szereg przykładów prześladowań religijnych ze strony państw laickich i rzekomo neutralnych.
    Odwołanie się do cywilizacji starożytnej też jest oczywiście uzasadnione, ale póki co pozostaje pustym słowem. W szkołach Europy coraz mniej mamy tradycji greckich i łacińskich. W Polsce szczególnie mało (tymczasem w liceum humanistycznym w Niemczech uczeń może mieć na maturze "Obronę Sokratesa" po grecku). Nawet na studiach teologicznych jest z tym marnie!
    Jeśli chodzi o dalsze korzenie Europy, to barwna tożsamość rozmaitych jej narodów przedstawiana bywa jako utrudnienie dla jedności, a patrioci jako groźni nacjonaliści. Dalej: na miejsce krótkiego i jasnego prawa rzymskiego weszły w Europie sterty przepisów. Nieustannie, i to nieraz ze szkodą, adaptujemy się właśnie do unijnych wymogów biurokratycznych. Oficjalnie idziemy zatem do katedry, a faktycznie jak petenci do biura. I to wybiórczo, gdyż pod hasłem marszu do Unii wprowadza się restrykcje - natomiast nie zawsze korzysta się z wzorów godnych naśladowania.
    Zauważmy też, że zaniedbano wiele konkretnych spraw, które sprzyjałyby zbliżeniu między krajami niezależnie od przepisów. Przykładem może być wysoka z powodu podatków cena paliw i tolerowanie zmowy linii lotniczych zawyżających ceny biletów. W Polsce także powolność działań, takich jak budowa autostrad czy demonopolizacja drogich telefonów, poczty i kolei.
    Wbrew entuzjastom i przeciwnikom Unii Europejskiej okazuje się więc, że jej ocena nie jest prosta. Z poważnym zagrożeniem ze strony ustroju biurokratycznego, laicyzacji i ograniczenia suwerenności sąsiaduje szansa na trwałą, pokojową więź z Europą ducha i ojczyzn oraz jej budowanie w sojuszu z podobnie myślącymi Europejczykami, których jest niemało.

    Pierwotnie artykuł ukazał się w dzienniku "Rzeczpospolita" z 25- 26 X 2003 r.

  • Autor jest teologiem świeckim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i Uniwersytetu Warmińsko- Mazurskiego w Olsztynie. Wydał m.in. zbiór publicystyki "Wiara - cywilizacja - polityka"; ekspert Centrum im. Adama Smitha.

    Komentarz (2)

    Polka potrafi - z pisanych naprędce notatek Wojciecha Godlewskiego Wysłane niedziela, 26, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Nie wiadomo jeszcze, czy będziemy mieli w UE komisarza od rolnictwa, czy lotnictwa, jedno, co wiadomo, to to, że najlepszym naszym kandydatem na to stanowisko jest pani profesor Hübner.

    Wojciech Godlewski


    Komentarz (0)

    CAS o podatku PIT w 2003: podatnicy zostali podzieleni na uprzywilejowanych i pozostających w "progresywnych progach" Wysłane sobota, 25, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

    W przyszłorocznym podatku PIT zmiana zaszła radykalna: podzielono podatników na dwie kategorie, jedna zostaje w starym systemie progresywnym druga będzie płaciła podatek liniowy, 19-propcentowy. Jakie będzie saldo w grze między podatnikami i skarbem państwa - to trudno powiedzieć, sprawa jest otwarta. Zyskają ci, którym uda się przemknąć do kategorii podatników uprzywilejowanych - twierdzi ekspert Centrum im. Adama Smitha Krzysztof Dzierżawski. "Nie słyszałem, żeby to inwestorzy wpadli w popłoch w wyniku przyszłorocznych zapowiedzi budżetowych, jeśli już ktoś - to raczej spekulanci. Dla spekulantów walutowych każdy powód jest dobry, by grać na zmiany rynkowe". "Show must go on - gazety muszą o czymś pisać i będą kreować wydarzenie, nawet gdyby one nie zaistniały. Wrzawa medialna niekoniecznie musi być powiązana z ostatnimi wydarzeniami politycznymi, po prostu gazety lepiej się sprzedają..." - tak komentuje ostatnie głośne medialnie wahania kursów walutowych Krzysztof Dzierżawski z CAS-u.



    Nagranie jest dostępne w Sieci do 8 XI 2003 r.

    Komentarz (0)

    Jest wreszcie sukces post(?)komunistów - zjednoczenie polskiego społeczeństwa wokół opinii o ich rządach! Wysłane piątek, 24, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Zapoznając się z tymi danymi, proszę pamiętać cały czas, że sukces ten został okupiony wieloletnią, wytężoną pracą KOLEKTYWNĄ, jak to jest w zwyczaju u tych miłośników ruchów totalitarnych, więc tym razem nie będziemy nikogo z kamraterii "socjaldemokratycznej" szczególnie wyróżniać, nawet jeśli do chwili obecnej rej jej szeregami wodzi towarzysz "stahlkanzelor" Mueller L. (pisownia europejska nazwiska), a do skoku na stanowisko I genseka szykuje się "miękki eurofederasta" "homokanzelor" Oleksy J. Znany także z minimalistycznych poglądów na rolę polskiego społeczeństwa w rozkwitłej "unijnym szczęściem" Zjednoczonej Europie.
    Otóż według sondażowni TNS OBOP, która przygotowuje podobnie jak i inne grupki fascynatów nowożytnimi gusłami - strawę duchową dla mniejszych i większych bukmacherów obstawiających wyniki kabaretów politykierskich naszych scen aż 87% Polaków ma dość rządów post(?)komunistów w obecnej PRL-bis - i jest to wielki ich sukces, gdyż "tak złych notowań jeszcze gabinet SLD-UP nie miał. Podobnie wygląda ocena premiera Leszka Millera - 78% dezaprobaty, najwięcej od początku kadencji", o czym możemy przekonać się, zapoznając się z relacją z wróżb fusianych za pomocą np. serwisu Wirtualnej Polski z dn. 23.10.2003 r.
    Jakby ktoś miał wątpliwości co do jakości odczynionych czarów-marów statystycznych, od razu sondażownia śpieszy z zapewnieniem, że konkurencja post(?)komunistyczna ma się całkiem dobrze, czyli obóz władzy "prounijnej" z tow. Olkiem "Disco" Kwaśniewskim na czele - ma coraz większe poparcie Wielkiego Manitou.
    14% badanych twierdzi, że Leszek Miller dobrze wypełnia obowiązki premiera (w tym 1%, że "zdecydowanie dobrze"). Przed miesiącem ten wskaźnik wynosił 16%, a przed rokiem - 35%. Samego towarzysza I biurokratę PRL-bis nie lubie już – wg zapewnień szamanów z TNS OBOP: "78% ankietowanych - o 3% więcej niż we wrześniu i o 28% więcej niż w październiku ub.r".

    Brawo, towarzysze!


    Komentarz (0)

    Najazd Hunów - artykuł prof. Jerzego Przystawy Wysłane czwartek, 23, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

    14 października, w dniu jaki odziedziczyliśmy po PRL-u, obecnie nazywanym Dniem Edukacji Narodowej, w porannej audycji telewizyjnej "Gość dnia" w TVP3, wystąpił niezwykle elegancki i kulturalny światowiec, który z niejednego pieca chleb jadł, do niedawna minister kultury, p. Andrzej Celiński. Młodym ludziom, niezorientowanym w panteonie politycznym III RP, przypomnieć wypada, że tak, jak kiedyś - kiedyś, p. Andrzej Celiński był sekretarzem Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność" i sekretarzem Lecha Wałęsy, a zatem niejako drugą osobą w "Solidarności", tak dzisiaj jest wiceprzewodniczącym SLD, a więc też niejako drugą osobą tylko, że po Leszku Millerze. Mam wrażenie, że są to rekomendacje nie byle jakie, a w każdym razie wystarczające, żebyśmy jego opinie na temat rozwoju sytuacji politycznej potraktowali z uwagą i należnym respektem, nie tak jakby pochodziły od pierwszego z brzegu oszołoma, nie pojmującego sensu moralnego przełomu, jaki dokonał się przy tzw. okrągłym stole, a którego Andrzej Celiński jest personifikacją.
    Pan Celiński nie mówił nic i nie był przepytywany na temat edukacji i nauczycieli - czego można by się w tym dniu spodziewać ﷓ wypowiadał się o sprawach bardziej zajmujących dziennikarzy i tworzoną przez nich tzw. opinię publiczną, na temat afery Rywina, kłopotów z policją i tzw. aferą starachowicką. Jednakże to, co mówił, stanowić powinno przedmiot refleksji i zadumy każdego nauczyciela i edukatora w Polsce. W powodzi błyskotliwych wypowiedzi tego wybitnego polityka wynotowałem trzy złote myśli, zasługujące na szczególną uwagę.
    Pierwsza, to uwaga o szczęśliwym położeniu geopolitycznym Polski, której obecnie nikt nie zagraża. W przeciwnym bowiem wypadku, gdyby jakieś niebezpieczeństwo zewnętrzne nam groziło, to państwo polskie byłoby niezwykle łatwym łupem, albowiem struktury państwa są dzisiaj w rozkładzie i nie zdolne do obrony przed jakąkolwiek agresją zewnętrzną.
    Druga, to myśl o politykach polskich, którzy znajdują się między młotem oczekiwań i dyspozycji partyjnych, a kowadłem opinii publicznej i społeczeństwa, oczekującego od nich zupełnie czegoś innego niż partie polityczne, do których należą. Nic więc dziwnego, że zgodnie z zasadą, iż "bliższa koszula ciału", nasi politycy nieodmiennie przedkładają interesy partyjne nad interes Polski.
    Ukoronowaniem tych głębokich przemyśleń była malarska wręcz wizja Polski jako kraju najechanego przez Hunów, których jedynym celem jest grabież i łup. Grabią więc i łupią bez miłosierdzia. Kim są ci Hunowie, którzy najechali nasz kraj? Z wypowiedzi Andrzeja Celińskiego wynikało jednoznacznie, że są to miłościwie nam panujące partie polityczne, jak wolno się domyślać, nie wyłączając partii rządzącej, Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Gdzie, na tym malowniczym tle, znajduje się wiceprzewodniczący tej partii Andrzej Celiński, na jakim koniu jeździ i gdzie grasuje - możemy się tylko domyślać, bo tego, przez skromność, nam nie powiedział.
    Te złote myśli pierwszoplanowego polityka III RP pragnę dedykować wszystkim polskim nauczycielom w dniu ich urzędowego święta, kiedy uczniowie mają labę, a wychowawcy czas na kontemplację radości z wykonywanego zawodu. Historia ludzkości nie zna bowiem takiego przykładu, żeby najeżdżający jakiś kraj Hunowie budowali w podbitym kraju oświatę i wychowanie, rozwijali naukę i kulturę. Wiemy np., jak I Rzeczpospolita została najechana przez Szwedów, ale mało kto wie i pamięta, że ofiarą najazdu padło szkolnictwo. Okazuje się, że w owych ciemnych wiekach szlachetczyzny w Polsce rozwinięte było na niespotykaną gdzie indziej skalę szkolnictwo, które bez wielkiej przesady można by nazwać powszechnym: była to ogarniająca cały kraj sieć szkół parafialnych. Ta sieć została zniszczona, szkoły splądrowane i popalone, nauczyciele wybici. Tej sieci już nigdy potem nie udało się odtworzyć. II Rzeczpospolita, którą tworzyli nie jacyś partyjni Hunowie, ale Polacy z krwi i kości, którzy ze wszystkich rzeczy najbardziej pragnęli mieć swoje suwerenne państwo, postawili edukację na pierwszym miejscu. Ustawa z 9 października 1923 roku (Dz. U.R.P. nr 116 z r. 1923, poz. 924, str. 1389) - właśnie minęła niezauważona przez nikogo 80. rocznica jej uchwalenia - przyznała nauczycielom i wychowawcom pierwsze miejsce w państwie. Czyniła to nie w sposób deklaratywny, drogą nadawania tytułów i odznaczeń bez pokrycia, ale poprzez regulacje dotyczące ich statusu materialnego i uposażenia: zrównywała uposażenie profesorów zwyczajnych z zarobkami wojewodów, ministerialnych dyrektorów departamentów czy Komendanta Głównego Policji; a nauczyciele szkół średnich mogli awansować do pensji pułkownika w wojsku czy nadinspektora w Policji Państwowej. Tak honorowana kadra wychowawców i nauczycieli wykształciła pokolenie ludzi pracujących dla kraju, a gdy trzeba było - potrafiących rzucić swoje życie "jak kamienie na szaniec" i przeciwstawić się Hunom, a nie podlizywać się im i wkupywać w ich łaski.
    Koniec tamtego pokolenia jest końcem II Rzeczypospolitej. Hunowie, ci z Zachodu i ci ze Wschodu, wiedzieli, że aby ujarzmić Polskę trzeba zniszczyć pokolenie jej wychowawców i nauczycieli i tym się, w pierwszym rzędzie, zajmowali po najeździe i przez długie lata okupacji.
    Każdy, komu nie obca była historia Polaków i polskiej inteligencji, miał prawo się spodziewać, że kiedy tylko pojawi się szansa na budowanie III Rzeczypospolitej, to zadaniem najwyższej rangi i wagi stanie się edukacja młodego pokolenia, pokolenia zdolnego sprostać wyzwaniom współczesności. Niestety, tak się nie stało. Nauczyciel, wychowawca, jak za komunizmu, pozostał pariasem bez przyszłości, a na reformę odziedziczonego po PRL-u systemu edukacyjnego czekać trzeba było równe 10 lat. Kto wie zresztą, czy nawet do takiej reformy by doszło, gdyby nie warunki stawiane przez Unię Europejską. Zapoczątkowano więc reformę edukacji. Dzisiaj, po kolejnych czterech latach, możemy śmiało powiedzieć, za Stefanem Kisielewskim, że "dyktatura ciemniaków" zaowocowała edukacyjną "reformą ciemniaków", szkoła jest, może w jeszcze większym stopniu niż poprzednio, areną walki uczniów z nauczycielami, a nauczyciele stanowią dziś najbardziej sfrustrowaną grupę zawodową. Zamiast poprawy warunków egzystencji nałożono na nich dodatkowe obowiązki, konieczność uzupełniania wykształcenia, dostosowania się do nowych wymagań programowych i wszystko to pod groźbą utraty pracy i zasilenia szeregów bezrobotnych.
    Hunowie nie kształcą, Hunowie grabią i łupią. Od czasów Attylli zmieniły się techniki i metody grabieży. Dzisiaj nie pali się wiosek i miast, nie gwałci kobiet i nie wiesza na przydrożnych drzewach. Opisując pierwsze lata tego najazdu, książce napisanej w oparciu o materiały zgromadzone przez inspektora Najwyższej Izby Kontroli Michała Falzmanna, daliśmy tytuł "Via bank i FOZZ". Jednostkę rabunku nazwaliśmy tam „bagsikiem”, jeden bagsik to pół miliarda dolarów amerykańskich, bo tyle mniej więcej złupili z nas niezrzeszeni rabusie, Bagsik z Gąsiorowskim, i wywieźli do Izraela. Na tyle samo ocenia się dziś innego "woluntariusza", byłego szefa PZU, Wieczerzaka. Ale Bagsik, Gąsiorowski, Wieczerzak to, w gruncie rzeczy grabieżczy margines, zbójcy zaczajeni w ciemnej ulicy. Główne oddziały Hunów są gdzie indziej i to nie ich miał na myśli Andrzej Celiński. To już prędzej rabunek systemowy, zorganizowany na najwyższym szczeblu, taki jak FOZZ i pochodne FOZZ-u. Jeden bagsik to zaledwie pensja ok. pięciu milionów profesorów uniwersyteckich, to nie mniej niż pensje dziesięciu milionów nauczycieli. Dwa bagsiki, czyli cały miliard dolarów to tyle samo - co spalić całe miasto średniej wielkości. Za 100 tysięcy dolarów można bez kłopotu wybudować dom, więc za miliard zbuduje się 10 tysięcy, a więc całe miasto z kilkudziesięcioma tysiącami mieszkańców.
    Hunowie dzisiaj nie palą i nie mordują, czasem tylko padnie gdzieś, na ulicy, przypadkowa ofiara. Jakiś generał policji, który nie w porę zorientował się kogo należy śledzić, jakiś prezes Najwyższej Izby Kontroli, który wepchnął nos gdzie nie trzeba, jakiś minister, który zabłądził i poszedł, gdzie nie powinien. Poza tym spokój, umiar i łagodność. Policja udaje, że łapie, prokuratorzy udają, że oskarżają, sędziowie udają, że sądzą. Dla rozrywki ogólnej mamy jeszcze nadzwyczajną sejmową komisję śledczą.
    Czy jest sposób na Hunów, czy jest jakaś możliwość wyrwania się z ich łap? Jest na to bardzo prosty sposób: nazywa się ordynacja wyborcza z jednomandatowymi okręgami wyborczymi. Warto, żeby o tym przez chwilę pomyśleli nauczyciele w dniu ich oficjalnego święta. Warto, żeby informacje na ten temat przekazali uczniom i wychowankom. Jeśli dzisiaj nauczycielom samym brak odwagi cywilnej i obywatelskiej, żeby się o to upomnieć, to może młode pokolenie uczniów pójdzie w jakimś momencie po rozum do głowy i zażąda tego, czego nie potrafili wprowadzić ich rodzice i wychowawcy? Miejmy nadzieję, że stanie się to zanim będzie za późno.

    Jerzy Przystawa

    (komentarz na Dzień Edukacji Narodowej, wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina, Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 23 października 2003, o godz. 10.00)

  • Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
    Obecnie jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.


    Witryna Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

    Komentarz (0)

    TV-felieton Stanisława Michalkiewicza o poziomie antysemityzmu w środowisku znanej bulwarówki "Gazety Wyborczej" Wysłane czwartek, 23, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Świadek Adam Michnik wymówił straszne słowa, komentując swoje zachowanie temporum criminis, powiedział o sobie "zachowałem się jak idiota", co do czego zgadza się Stanisław Michalkiewicz, że to nie pierwszy i nie zapewne ostatni raz w historii życia tego osławionego "redaktora naczelnego".
    Z historii łapówkarskiej afery "Michnik - Rywin - Miller" wyłaniającej się z zeznań przed sejmową Komisją Śledczą wyłania się obraz oburzenia redaktora naczelnego, który ten stan emocjonalny powziął dopiero w grudniu 2002 roku, kiedy zorientował się, że "okazja raz stracona została stracona na zawsze" i dlatego dopiero wtedy uruchomił swoje "dziennikarstwo śledcze". Nie tylko SM do takiego wniosku doszedł, ale identyczną tezę przedstawił Bronisław Wildstein, publicysta dziennika "Rzeczpospolita", który o antysemityzm nie może zostać posądzony, ale który został natychmiast posądzony przez bulwarówkę "Gazetę Wyborczą" kierowaną przez "redaktora naczelnego" o "mówienie tego samego, co mówi dziennik »Trybuna«", co zadziwia Stanisława Michalkiewicza swoim poziomem argumentacji.



    Nagranie jest dostępne w Sieci do 6 XI 2003 r.

    Plik mp3 377 kB

    Komentarz (2)

    Co, abonamencik się nie podoba? Panu ustrój się nie podoba? Wysłane środa, 22, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Ponownie mają wzrosnąć "opłaty abonamentowe", czyli mówiąc treściwie: podatek na elektroniczne partyjne media starego typu (Sieć nie jest jeszcze wprost obłożona daniną na np. utrzymywanie "publicznych witryn", płacimy na nie w ramach ogólnych obciążeń fiskalnych). Rzeczniczka osławionej KRRiTV, p. Dorota Jasłowska przyznała wprost, że podwyżka ma podłoże wynikające z biernego oporu społeczeństwa: "jest to związane z inflacją i poniekąd kłopotami ze ściągalnością abonamentu", co z sumiennością podał np. serwis Onet.pl z dn. 22.10.2003 r. Dalej się dowiadujemy, iż "miesięczna opłata za używanie odbiornika radiofonicznego wynosi obecnie 4,80 zł. Wzrośnie o 15 groszy. Roczna opłata podrożeje o 1.80 zł i wyniesie w 2004 r. 55,90 zł.
    Za używanie zarówno odbiornika radiofonicznego jak i telewizyjnego miesięczna opłata wynosi obecnie 14,90 zł, a roczna 167,90 zł. Od nowego roku miesięczny abonament wyniesie 15,40 zł (50 groszy więcej niż obecnie), a roczny 173,90 zł (6 zł więcej).
    W pierwszym półroczu tego roku wpływy z abonamentu radiowo- telewizyjnego były niższe o blisko 18 mln zł (o 2 proc.) w porównaniu z analogicznym okresem 2002 r. (...)".
    Jak widać - nie są to sumy ani małe, ani specjalnie wielkie - ot, w sam raz, by zwolennicy ich istnienia mogli używać argumentacji "przecież to w skali roku...", co ma dość istotne znaczenie (wartościując je pozytywnie w intencji zwolenników) w sporze o uczciwe postawienie sprawy i przyznanie, że jest to podatek wyjątkowo obłudny - bo umożliwiający propagandę polityczną kolejnych ekip socjalistów pobożnych i bezbożnych wzajemnie się wspierających co kilka lat w nieustannej karuzeli stanowisk, lecz równie nieustannie finansowanych z pieniędzy podatników. Skandaliczne zachowanie się towarzysza ministra gospodarczego Hausnera w obecnym rządzie tow. Muellera L. (pisownia europejska nazwiska) podczas prezentacji swojego pomysłu "planu naprawy finansów państwa" zakładającego zlikwidowanie 65 (pisemnie: sześćdziesięciu pięciu) etatów biurokratycznych nie pozostawia (jakby ktokolwiek kiedykolwiek miał) żadnych wątpliwości co do zachowawczego albo raczej - postępowego charakteru kolejnej gry o rozbudowę i tak już olbrzymich rozmiarów kasty urzędniczej PRL-bis. Przy zanikającej skali poparcia w tzw. elektoracie dla post(?)komunistów oraz socjalistów z tzw. prawicy powiększenie liczby żyjących na koszt podatników darmozjadów biurowych jest jedynym ratunkiem na przyszłość dla "zeuropeizowanej socjaldemokracji". I jest zgodne z "tryndami" rodem ze Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, jak konserwatywni liberałowie określają Unię Europejską.

    A do wpojenia społeczeństwu przekonania, że "innej drogi nie ma" - potrzebny jest środek masowego rażenia. No i ktoś go musi finansowo utrzymywać.

    Krzysztof Pawlak


    Komentarz (0)

    Stanisław Michalkiewicz w Małopolsce - 8 i 9 XI 2003 r. Wysłane środa, 22, października 2003 przez Krzysztof Pawlak

    Informujemy z przyjemnością, że w początku listopada mieszkańcy Brzeska, Bochni, Dąbrowy Tarnowskiej oraz Tuchowa będą mogli poobcować fizycznie z najlepszym współczesnym polskim publicystą politycznym - także m.in. felietonistą witryny ASME, p. Stanisławem Michalkiewiczem. Spotkania będą odbywały się przy okazji promocji książki "Targowica urządza się przy Napoleonie".

    Sobota 8 listopada 2003

    15.00 - Brzesko, Dom Kultury - spotkanie z mieszkańcami

    17.00 - Bochnia, Dom Kultury (MDK) - spotkanie z mieszkańcami


    Niedziela 9 listopada 2003

    14.00 - Dąbrowa Tarnowska, Dom Kultury - spotkanie z mieszkańcami

    16.00 - Tuchów, Dom Kultury - spotkanie z mieszkańcami

    18.00 - Tarnów, Aula I Liceum Ogólnokształcącego w Tarnowie - spotkanie z mieszkańcami


    Komentarz (1)