grudnia 13, 2010 - stycznia 27, 2011

Pikieta antypodatkowa przed sejmem z udziałem Janusza Korwin-Mikkego oraz Stanisława Michalkiewicza - 25.01.2011 Wysłane czwartek, 27, stycznia 2011 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |












Pikieta antypodatkowa przed sejmem z udziałem Janusza Korwin-Mikkego oraz Stanisława Michalkiewicza - 25.01.2011 Wysłane środa, 26, stycznia 2011 przez Krzysztof Pawlak

Inne nagrania TV ASME z Januszem Korwin-Mikkem oraz Stanisławem Michalkiewiczem:

- Happening partii Wolność i Praworządność - "Ostatni dzień palenia flagi UE!" - Warszawa 30.11.2009

- "Polska wobec kryzysu gospodarczego" - wykład Stanisława Michalkiewicza w narodowym Klubie Nowogrodzka 44

- "Okrągły stół" i jego konsekwencja: III RP - dyskusja z udziałem Stanisława Michalkiewicza i historyka IPN, prof. Antoniego Dudka

- - II Debata studencka "Polska a waluta euro" - Warszawa 19.01.2009 z udziałem Stanisława Michalkiewicza

- Cykl "Cesarstwo Niemieckie i Cesarstwo Rosyjskie wracają do gry" - Stanisław Michalkiewicz o pomyśle, powstawaniu, konsekwencjach rozwoju Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli Unii Europejskiej

- Wykład "Wizja Polski" Janusza Korwin-Mikkego podczas Warsztatów Analiz Socjologicznych Instytutu Socjologicznego Uniwersytetu Warszawskiego - 01.12.2010

- "Debaty średniowieczne" - Spotkanie Drugie - Janusz Korwin-Mikke na polach Grunwaldu 15 - 17.07.2010 r. (część 2)

- "Debaty średniowieczne" - Spotkanie Drugie - Janusz Korwin-Mikke na polach Grunwaldu 15 - 17.07.2010 r. (część 1)

- Walczymy z von Fiskusem - Janusz Korwin-Mikke na polach Grunwaldu 15 - 17.07.2010 r. (pilot)

- Interwencjonizm państwowy: przyczyny i skutki - Janusz Korwin-Mikke jako ekspert w dyskusji Studenckiej Debaty Młodych

- Młody przedsiębiorca ma takie same prawa jak i inni przedsiębiorcy - zaimprowizowany wykład Janusza Korwin-Mikkego w Auli Spadochronowej Szkoły Głównej Handlowej

We wtorek 25.01.2011 r. przed gmachem sejmu RP odbyła się pikieta antypodatkowa zorganizowana przez partię Wolność i Praworządność, w której wzięli udział - jej prezes Janusz Korwin-Mikke oraz założyciel i wieloletni lider ideowy partii Unia Polityki Realnej Stanisław Michalkiewicz, także przedstawiciele partii UPR, stowarzyszenia "Koliber", jak również ruchów politycznych ONR i MW.

Przedstawiamy Państwu obszerną relację z tej pikiety.

Nagranie trwa ponad 36 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna wersja w najlepszej jakości.





Walka klasowa zaostrza się wokół katastrofy smoleńskiej, a pan notariusz Tusk prezentuje nieodmienne dobre samopoczucie z własnych decyzji - Stanisław Michalkiewicz o najważniejszych wydarzeniach na scenach teatru politycznego "polskiego regionu UE" Wysłane piątek, 21, stycznia 2011 przez Krzysztof Pawlak

Inne nagrania TV ASME ze Stanisławem Michalkiewiczem:

- Interes sitwy oraz wpływów zagranicznych, czy interes nas wszystkich i naszego państwa? - Stanisław Michalkiewicz o powodach kryzysu politycznego oraz ekonomicznego w województwie polskim UE

- Happening partii Wolność i Praworządność - "Ostatni dzień palenia flagi UE!" - Warszawa 30.11.2009

- Stanisław Michalkiewicz opuszcza Unię Polityki Realnej

- "Polska wobec kryzysu gospodarczego" - wykład Stanisława Michalkiewicza w narodowym Klubie Nowogrodzka 44

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 2)

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 1)

- "Okrągły stół" i jego konsekwencja: III RP - dyskusja z udziałem Stanisława Michalkiewicza i historyka IPN, prof. Antoniego Dudka

- - II Debata studencka "Polska a waluta euro" - Warszawa 19.01.2009 z udziałem Stanisława Michalkiewicza

- Cykl "Cesarstwo Niemieckie i Cesarstwo Rosyjskie wracają do gry" - Stanisław Michalkiewicz o pomyśle, powstawaniu, konsekwencjach rozwoju Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli Unii Europejskiej

"Proszę Państwa, nie widzieliśmy się prawie przez dwa tygodnie, a tu tyle się dzieje. »Wojna na górze« wybuchła tak, jakby się »walka klasowa zaostrzała w miarę postępów socjalizmu« zgodnie z tezą Ojca Narodów, ale charakterystyczne jest to, że ta walka klasowa ogniskuje się wokół katastrofy smoleńskiej. Wiadomo było, że MAK pod kierownictwem pani Tatiany Anodiny przygotowuje raport końcowy, do którego Polska aż 150 stron bardzo szczegółowych uwag skierowała, ale pani Anodina - nie czekając aż pan premier Tusk wypocznie w Dolomitach - ogłosiła ni z tego, ni z owego ów jego końcową wersję, najwyraźniej lekceważąc te 150 stron uwag zgłoszonych przez stronę polską, bo zgodnie z załącznikiem numer 13 do Konwencji Chicagowskiej tylko je załączyła do wersji końcowej, a sam raport nie został skorygowany w duchu życzeń strony polskiej. A na konferencji prasowej pani Anodina kilkakrotnie powtórzyła, że w zwłokach pana generała Błasika wykryto alkohol w ilości 0,6 promila. A kiedy »prasa międzynarodowa« usłyszała takie rewelacje, to już wiedziała, że »Polacy się pochlali, rozwalili samoloty i przy okazji - siebie«" - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik naszego serwisu ASME, komentuje najnowsze zdarzenia ze scen krajowego oraz międzynarodowego teatru politycznego.

Kiedy już wersja o pijanym generale Błasiku ugruntowała się w świadomości społecznej, pan Paweł Graś, "przydzielony premieru Tusku", wsiadł w powietrzny sznelcug i przekonał pana premiera, że ten powinien przerwać te dolce far niente w Dolomitach i rozżalony pan premier wystąpił na konferencji prasowej, chwaląc swoją decyzję o skorzystaniu z możliwości, jakie daje Konwencja Chicagowska i w związku z tym będzie się odwoływał od tej końcowej wersji raportu MAK. Ale najwyraźniej "premieru Tusku" ktoś naopowiadał jakiś dziwnych rzeczy o tej Konwencji Chicagowskiej, bo ona żadnych odwołań nie przewiduje! Nakłada ona na państwo, na terenie którego miała miejsce katastrofa, obowiązek ustalenia jej przyczyn, dopuszczenia obserwatorów z państwa, z którego pochodził samolot, i przedstawienia temu państwu projektu raportu końcowego, do którego to projektu te państwa ma - w terminie 60 dni - prawo zgłosić uwagi. Mogą one być podstawą korekty wersji końcowej tego raportu albo - jeśli państwo te sobie tego życzy - mogą zostać załączone do raportu ostatecznego. Państwo, na terenie którego katastrofa wystąpiła, ma obowiązek jak najszybszego opublikowania raportu i na tym procedura się kończy. Żadnych odwołań nie ma! Owszem, Konwencja Chicagowska w punktach 85. i 86. dopuszcza możliwość arbitrażu, ale dotyczy on sposobu rozumienia, interpretowania Konwencji Chicagowskiej, natomiast nie dotyczy on odwołań od raportu, który z jakichś przyczyn nie podoba się którejś ze stron. Jak widać - premier Tusk nie znał Konwencji Chicagowskiej, zresztą nie tylko jej nie znał, bo dziennikarz podczas tej konferencji prasowej zapytał, kto właściwie podjął decyzję o tym, że podstawą procedowania będzie Konwencja Chicagowska, czy istnieje jakiś dokument, że to jakiś polski urzędnik podjął taką decyzję, a pan premier nie potrafił wskazać takiego dokumentu. Okazało się, że po prostu strona polska została przez Rosjan poinformowana, że procedura będzie oparta na Konwencji Chicagowskiej, a w szczególności na jej punkcie 13. Nie dziwi mnie właściwie, bo na przykład 13 grudnia 2007 roku pan premier Tusk przyznał się, że podpisał Traktat Lizboński bez jego czytania, więc jeżeli podpisał taki traktat, to cóż wymagać, żeby wcześniej przeczytał Konwencję Chicagowską, z której jest taki dumny - uśmiecha się publicysta.
W rezultacie strona polska podjęła decyzję o ogłoszeniu "rewelacji", które bodajże już od kilku miesięcy znajdowały się w jej posiadaniu, konkretnie - pana ministra Millera, który kieruje polską komisją do spraw katastrofy smoleńskiej, a który jest trochę "sędzią we własnej sprawie", bo kieruje komisją, która ma także na celu zbadanie okoliczności przygotowań do wizyty śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu 10 kwietnia ubiegłego roku. A to właśnie panowie ministrowie Miller, Sikorski, Klich i urzędnik kancelarii premiera, pan Tomasz Arabski w tej sprawie zachowywali się "niekonwencjonalnie", by nie powiedzieć - na granicy sabotażu. Śledztwo prowadzone przez wojskową prokuraturę siłą rzeczy polegać musi na wróżeniu z fusów, bo minister Miller najprawdopodobniej podpisał dokument, na mocy którego dowody rzeczowe "aż do zakończenia postępowania sądowego" będą przebywały na terenie Rosji i pod ich kontrolą - w związku z czym bardzo istotne elementy dowodowe pozostają poza zasięgiem tej prokuratury. Natomiast polska prokuratura - niezależnie od Rosjan - może bardzo dokładnie zbadać fazę przygotowań do podróży prezydenta Kaczyńskiego do Katynia. Mam nadzieję, że jeśli zespół kierowany przez posła Macierewicza podejmuje jakieś sensowne działania - to powinien skupić się na tej właśnie kwestii, bo w niej ma możliwość uzyskania jakichś rezultatów.
Po ochłonięciu z pierwszego wrażenia premier Tusk postanowił, że trzeba przejść do kontrofensywy, zresztą nie tylko on, ale i - media. Zwłaszcza te "zaprzyjaźnione" z premierem i Platformą Obywatelską, które najpierw wyglądały, jakby nie podlegały kapitałowo nie spółce ITI, tylko spółce Telegraf. Pan premier uznał, że jak zwykle - postąpił jedynie słusznie, że urzędnicy i państwo "zdali egzamin" i tylko opozycja - swoim zwyczajem - "sypie piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów". W związku z czym podczas dyskusji sejmowej głosy wzywające do dymisji ministrów Klicha, Millera czy samego pana premiera pozostały bez odpowiedzi. Warto zwrócić uwagę na ten aspekt - dlaczego nawet gdyby chciał, pan premier Tusk nie może zdymisjonować nikogo ze swego rządu? Trzeba przypomnieć, w jaki sposób ten rząd powstał. Przed wyborami w 2007 roku Platforma Obywatelska miała sławny "gabinet cieni", który grupował polityków mających objąć w przyszłości kierowanie wyznaczonymi resortami. Tymczasem kiedy przyszło do tworzenia rządu, to resorty objęło tylko dwoje członków "gabinetu cieni": pani minister Kopacz, która jaka jest - każdy widzi, resort zdrowia, i pan minister Drzewiecki, osławiony późniejszy "Miro", objął groteskowe ministerstwo sportu. Pozostałe resorty, które przypadły PO, objęli zupełni inni ludzie, "jeźdźcy znikąd". W moim przekonaniu jest to poszlaka wskazująca na to, iż tworzenie gabinetu premier Tuska polegało na tym, że "przedstawiciel Sił Wyższych" listę tego gabinetu mu po prostu dostarczył z życzliwą radą, by niczego nie kombinował na własną rękę... Ta propozycja nie do odrzucenia została oczywiście przyjęta, w związku z czym skład gabinetu nie jest autorstwa pana Tuska i nie on może go zmieniać. Każdy z ministrów jest reprezentantem konkretnego fragmentu Dyrektoriatu agentur i tajniaków, którzy faktycznie Polską władają. Dlatego nawet jeśli sytuacja wygląda jak w przypadku ministra Grabarczyka - to dostaje on kwiaty zamiast dymisji, podobnie pan minister Klich najwyraźniej żadnej dymisji się nie obawia... Dymisje w rządzie zaczną się dopiero wtedy, kiedy równowaga w Dyrektoriacie się zachwieje albo dojdzie on do wniosku, że trzeba przeprowadzić "podmiankę", wtedy nawet dni samego premiera mogą być policzone... Na razie jest on tylko notariuszem, który żyruje owe przekładanie się władzy prawdziwej na "zewnętrzne znamiona władzy", czyli rząd Rzeczypospolitej. Dlatego "wojna na górze" przyjmuje postać takich przepychanek...
Warto zwrócić z tej okazji uwagę na to, że Rosja swoich "kandydatów na przyjaciół" najpierw "przećwicza" batem, wskazując co im wolno, jak się mają zachowywać jako "przyjaciele", na oczach całego świata. Premier Tusk przełknął łzy,bo co innego miał zrobić, ale jest pewien, że "ruscy szachiści" w najbliższym razie wymyślą mu jakąś konsolację, którą go udelektują na jakieś dwa-trzy miesiące przed wyborami, bo z ich punktu widzenia pan premier jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, więc nie będą go obarczać nadmiernie "próbami niszczącymi"... - uśmiecha się Stanisław Michalkiewicz.

Nagranie trwa prawie 18 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja w najlepszej jakości.



Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Walka klasowa zaostrza się wokół katastrofy smoleńskiej, a pan notariusz Tusk prezentuje nieodmienne dobre samopoczucie z własnych decyzji - Stanisław Michalkiewicz o najważniejszych wydarzeniach na scenach teatru politycznego"polskiego regionu UE" Wysłane piątek, 21, stycznia 2011 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |













Ruch JOW, jako model doświadczalny inżynierii społecznej - wystąpienie prof. Jerzego Przystawy, jednego z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, na VIII Konferencji "Socjolog na Rynku Pracy", KUL, 17 stycznia 2011 Wysłane wtorek, 18, stycznia 2011 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

- Nagrania JOW TV i TV ASME

- System proporcjonalny prowadzi do zaniku zarówno intelektualnego, jak i demokratycznego ducha organizacji partyjnych - rzecznik praw obywatelskich, dr Janusz Kochanowski

- W partiokracji wyborca nie ma nic do powiedzenia, system JOW tworzy relację między wyborcą a posłem - prezydent Centrum im. Adama Smitha Robert Gwiazdowski

- Obecny system polityczny i metoda wyboru do niego przedstawicieli obywateli Rzeczypospolitej jest systemem fasadowym. Potrzebne są teraz tak duże zmiany, jak te z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku - wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski

- Jednomandatowe okręgi wyborcze: ja to przerabiałem, kiedy mieszkałem w Anglii i wiem, jak to znakomicie funkcjonuje - publicysta wysoko nakładowych dzienników ogólnopolskich Maciej Rybiński

- Prezydent RP z wielkim szacunkiem podchodzi do ludzi, którzy troszczą się o nasz kraj - IV Marsz woJOWników na Warszawę w relacji JOW TV cz. II

- IV Marsz woJOWników na Warszawę - w relacji JOW TV

- W europejskich państwach, gdzie jest ordynacja proporcjonalna, partie polityczne realizują interes swoich przywódców, a przywódcy są zblatowani z establiszmentem - Rafał Ziemkiewicz, publicysta prawicowy

- W Polsce nadszedł czas, byśmy rządzili się tak, jak wymaga tego demokracja i system gospodarki rynkowej, czyli - jednomandatowe okręgi wyborcze - Prezes Zarządu Business Centre Club Marek Goliszewski

- Widzę podstawową zaletę JOW: konieczność stałej współpracy posła z wyborcą, który będzie kontrolował, czy jego reprezentant dba o najpierw państwo, potem o drogę przed domem - prezydent Poznania Ryszard Grobelny

- Mamy podstawy i uzasadnienie, żeby domagać się bezpośrednich wyborów i idących za tym uprawnień, marszałków, starostów, prezydentów miast, burmistrzów, wójtów oraz radnych wszystkich szczebli wojewódzkich - prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki

- Jednomandatowe okręgi wyborcze - tak powinien wyglądać dobór tych, którzy będą decydować w naszym imieniu o losach samorządowych bądź państwowych - prezydent Torunia Michał Zaleski

Dziękuję organizatorom dzisiejszej konferencji za umożliwienie mi zabrania głosu na sesji poświęconej inżynierii społecznej. Dziękuję tym bardziej, że każdy z jej uczestników ma prawo zapytać: "a co on tu robi?". Jestem bowiem, jak zapowiedziano w programie, profesorem fizyki teoretycznej, specjalizującym się w kwantowej teorii ciała stałego i co to ma wspólnego z tematem dzisiejszych rozważań? Ufam jednak, że organizatorzy nie całkiem się pomylili, gdyż, jak sądzę, zaprosili mnie tutaj w charakterze sui generis inżyniera społecznego, a więc obiektu doświadczalnego procesów, którymi zajmują się socjolodzy. Jestem bowiem jednym z liderów ruchu społecznego, który się nazywa Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Cała działalność tego Ruchu, od samego początku, jest przykładem inżynierii społecznej, zarówno od strony zamysłu i idei, jak i od strony praktyki, jaką przez 17 lat już stosują, świadomie lub nie zawsze świadomie, uczestnicy tego Ruchu. Czym bowiem jest inżynieria społeczna?

Jak piszą Jon Alexander i Joachim Schmidt w książce "Social Engineering" (wyd. A. Podgórecki, J. Alexander i R. Shields, Carleton University Press, 1996); "Social engineering means arranging and channeling environmental and social forces to create a high probability that effective social action will occur". Tak właśnie działa Ruch Obywatelski na rzecz JOW: organizuje i ukierunkowuje siły społeczne i środowiskowe, aby stworzyć wysokie prawdopodobieństwo, że nastąpi pewne skuteczne działanie społeczne. Tym skutecznym działaniem, według naszych inżynierskich zamierzeń, ma być wymuszenie na sprawujących władzę zmiany systemu wyborczego do Sejmu, polegające na wprowadzeniu brytyjskiego systemu wyborczego. W zamyśle głębszym leży zasadnicza, strukturalna reforma Państwa Polskiego, która powinna być konsekwencją realizacji tego celu inżynierskiego: odpowiedzialność na scenie publicznej, upodmiotowienie obywateli, decentralizacja państwa, mocna legitymizacja władzy, zerwanie partyjnych łańcuchów krępujących działalność gospodarczą, autentyczna samorządność Rzeczypospolitej w Europie, a może nawet i niedościgły cel marzeń dziesiątków pokoleń: Niepodległa Rzeczpospolita.

Pomysł ruchu społecznego dla zrealizowania celu tak, wydawałoby się, abstrakcyjnego, oderwanego od codziennej rzeczywistości, jak reforma ordynacji wyborczej do Sejmu, zrodził się z obserwacji wydarzeń we Włoszech na początku lat 90. To we Włoszech powstał historyczny ruch społeczny "Maggioritario", który w krótkim czasie doprowadził do referendum w sprawie ordynacji wyborczej i uzyskał niespotykane w historii poparcie oraz akceptację społeczną. We Włoszech, przed referendum roku 1993, miało miejsce 19 referendów, o najróżniejsze sprawy, takie jak czy Włosi chcą zachowania monarchii czy też mają być republiką, czy dopuszczalne mają być rozwody, czy dopuszczalna ma być aborcja i szereg innych gorących tematów społecznych. I żaden z tych tematów nie spotkał się z tak wielkim odzewem, jakim było pytanie o ordynację wyborczą! Ten fakt uznaliśmy za dowód, że nie jest prawdą, iż obywatele mogą się entuzjazmować tylko tymi tematami, które podrzucają im środki masowego przekazu, że ważna sprawa obywatelska i ustrojowa też ma szansę się przebić i uzyskać akceptację społeczną nawet wbrew całej klasie politycznej i interesom rządzących. I zainicjowaliśmy polską wersję Maggioritario.

Jeżyk włoski jest piękny i muzyczny. Słowo włoskie "maggioritario" brzmi pięknie, jego polski odpowiednik "większościowy" to zbiór skrzypiących spółgłosek i nie podrywa jak dobrze nastrojony dzwon. Naszemu ruchowi nadaliśmy nazwę "jednomandatowe okręgi wyborcze" i bez przerwy jesteśmy przekonywani, że to kiepska nazwa, że za długa, że jakaś taka banalna, że to nie chwyci, że trzeba inaczej. Zgadzamy się, częściowo, z tymi zarzutami, ale uważaliśmy, że te trzy słowa, skrócone w już dziś powszechnie używanym akronimie JOW, niosą jasną i konkretną treść, a więc pozostaliśmy przy niej.

Przyznać jednak wypada, że w tym inżynierskim zamyśle wykorzystana została, przynajmniej w pewnym stopniu, specjalistyczna wiedza fizyka.

Po pierwsze, wiedza o zjawisku rezonansu. Znany jest przykład oddziałów wojskowych maszerujących przez most. Zabrania się wtedy maszerować "w nogę", należy iść marszem wolnym, aby przez uderzanie z tą samą częstotliwością nie wywołać wymuszonych drgań rezonansowych. Otóż my postanowiliśmy wykorzystać drgania rezonansowe poprzez uderzanie zawsze i nieustannie w tę samą nutę: JOW, JOW, JOW... Nic tylko JOW. Organizujemy spotkania, konferencje, happeningi, marsze, wydajemy książki, broszury, ulotki, biuletyny - wszędzie i na okrągło "JOW". Aż krzyczą, że zrobiliśmy z JOW, jakieś panaceum na wszystkie bolączki, a przecież wiadomo, ze żadnego panaceum nie ma i być nie może! Nie. Nie panaceum. Częstość rezonansowa. Chcemy wywołać drgania społecznego mostu o takiej amplitudzie, że niechętna zmianie klasa polityczna będzie musiała ustąpić, żeby most się nie rozwalił.

Po drugie: znajomość zjawiska przejścia fazowego. Fizyka bada przejścia fazowe i zgromadziliśmy w tej dziedzinie ogromny dorobek doświadczalny i teoretyczny. Co raz więcej fizyków-teoretyków usiłuje dzisiaj wykorzystać swoją wiedzę i swoje techniki do badania procesów społecznych przemian fazowych. Konstruują modele, rozwijają metody matematyczne. Ale to jest zajęcie badawcze. My jesteśmy praktykami, którzy coś, nie coś wiedzą o mechanizmie przejścia fazowego. Wiemy, że przejście fazowe zaczyna się od procesu korelacji pomiędzy sąsiednimi atomami. Ta korelacja ma miejsce w bliskiej odległości jednych od drugich. Ale jeśli czynnik wywołujący przejście fazowe działa w sposób ciągły, to zasięg korelacji się powiększa. Przejście fazowe następuje wtedy, gdy zasięg korelacji osiągnie wartość krytyczną. Wtedy momentalnie zachodzi przejście fazowe w całym systemie, jak mówimy w fizyce, zasięg korelacji staje się nieskończony. Takie procesy opisujemy ściśle językiem matematycznym. To jest model działania naszego Ruchu: systematyczne zwiększanie zasięgu korelacji - przekazywanie wiadomości i idei JOW. Temu służą setki konferencji, jakie zorganizowaliśmy, manifestacje, marsze, wydawnictwa. Jeszcze nie osiągnęliśmy krytycznego zasięgu. Kiedy to się stanie? Nie wiadomo. Teoria jest jeszcze zbyt słaba, żeby dać nam jednoznaczną odpowiedź na to pytanie. Ale zbliżamy się!

Po trzecie: wykorzystujemy w pewnym sensie pojęcie tzw. fali nośnej. Nasz pomysł inżynieryjny, nasza koncepcja, to zmiana systemu wyborczego na taki, jakim posługują się nasi najwięksi sojusznicy, "Amerykanie i Anglicy", Kanadyjczycy i inni. Przedstawiamy społeczeństwu swego rodzaju "propozycję nie do odrzucenia": jaki polityczny przeciwnik naszego projektu odważy się wystąpić przeciwko propozycji systemu wyborczego, jaki od ponad dwustu lat praktykują u siebie Brytyjczycy, Amerykanie, Kanadyjczycy?

Więc to są te główne dźwignie, którymi chcemy poruszyć bryłę społeczną, na nich zasadza się nasz manipulatorski zabieg.

Jednakże nasze "działania inżynierskie" nie działają w wolnej przestrzeni; na przekór naszej "inżynierii" działa "kontrinżyniera" - inżynieria społeczna klasy rządzącej, dla której interesów grupowych i indywidualnych realizacja naszego zamierzenia stanowi zagrożenie i która broni się przed tym wszystkimi dostępnymi środkami. W obronie swoich interesów musi ona posłużyć się manipulacją, ponieważ otwarta, jawna walka z koncepcją wyborów parlamentarnych na wzór Wielkiej Brytanii byłaby dla niej niekorzystna. Właśnie z tego powodu, że jest to system, jaki stosują u siebie kraje, z którymi chcemy mieć pod każdym względem jak najlepsze stosunki i które w opinii publicznej uchodzą za przodujące i wzorowe kraje demokratyczne. Podjęcie otwartej, publicznej dyskusji tematu mogłoby spowodować efekt najzupełniej przeciwny do zamierzonego.

Jakie można wypunktować działania "inżynieryjne" klasy rządzącej, usiłującej postawić tamę fali JOW?

1. Manipulacja znaczeniem słów używanych w oficjalnej i półoficjalnej propagandzie.
2. Blokowanie dostępu do środków masowego przekazu, uniemożliwienie publicznej artykulacji idei JOW.
3. Technika wykluczania ludzi Ruchu z życia publicznego i odbieranie im wiarygodności.
4. Próba zredefiniowania postulatu JOW i skierowanie energii społecznej na boczne tory.
5. Oficjalne przejęcie postulatu i nadanie mu innego kierunku, a co najmniej gra na zwłokę.

Ad 1. Państwa komunistyczne (poza Związkiem Sowieckim) wszystkie określały się jako państwa "demokracji ludowej", system tu panujący przedstawiany był, w nauce, podręcznikach, akademiach i słownictwie, jako ideał demokracji, a przeprowadzane tu wybory były kwintesencją wolności. Konstytucja PRL, de facto, w bardzo niewielkim stopniu różniła się od Konstytucji III RP i z wyjątkiem nielicznych artykułów, można by ją wręcz przepisać. Tak jak Konstytucja III RP - gwarantowała ona wybory do Sejmu "wolne, powszechne, równe i tajne", a każdemu obywatelowi bierne prawo wyborcze. Istniał też Trybunał Konstytucyjny, który nigdy nawet nie zamierzał kwestionować sprzeczności prawa wyborczego z konstytucją. Ten fałsz, ta manipulacja językiem, utrwaliły się w świadomości społecznej i dlatego dzisiaj jest bardzo łatwo ten sam fałsz, te same nowotwory językowe prezentować opinii publicznej. Dlatego prawie nikt dzisiaj nie kwestionuje faktu pozbawienia obywateli biernego prawa wyborczego w wyborach do Sejmu, nie kwestionuje pogwałcenia zasady równości, a dodana do zasad wyborczych "proporcjonalność" stosowana jest zgodnie z Orwellową zasadą "mowy podwójnej". Jak pokazują statystyki, 2/3 Izby Poselskiej obsadzona jest przez osoby, które nie uzyskały więcej niż 1% głosów wyborców w swoich okręgach wyborczych, to jednak nie przeszkadza, żeby kiedykolwiek jakiś poseł ma odpierać stawiane posłom zarzuty, nie odpowiedział: "Ależ przecież to wy nas wybraliście! Miejcie pretensje do samych siebie". Tworzy się przekonanie, że posłowie, owszem, są elitą polityczną, ale ta elita polityczna to dokładnie tacy sami ludzie, jak wszyscy inni - kłamią, bo wszyscy kłamią, oszukują, bo wszyscy oszukują, kradną, bo wszyscy kradną, o co więc chodzi?! Nie ma co łamać sobie głowy nad poszukiwaniem jakiegoś cudownego systemu wyborczego, bo "z pustego i Salomon nie naleje", a więc tak, czy siak, wyjdzie zawsze na to samo.

Ad 2. Od roku 1993, a więc od czasu powstania Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW, skutecznie blokuje się uczestnikom Ruchu dostępu do środków masowego przekazu, przede wszystkim do telewizji publicznej, ale też i do wszystkich innych kanałów telewizyjnych, które powiązane są z elitą polityczną interesem grupowym. Nigdy, w ciągu tych 17 lat, przedstawiciel Ruchu nie został zaproszony do żadnej "debaty publicznej" w TVP, nigdy nie dano nam możliwości zaprezentowania naszej idei i naszego przesłania. Nawet kiedy ok. tysiąca manifestantów Ruchu maszerowało Traktem Królewskim, pod Pałacem Prezydenckim, Rządem i Sejmem - wszystkie kamery telewizyjne patrzyły w inną stronę i żadni dziennikarze nie kwapili się na przeprowadzanie wywiadów z uczestnikami tych manifestacji. Artykuły publicystyczne wysyłane przez ludzi Ruchu do głównych gazet i tygodników, nieodmiennie lądowały w koszu. Dziennikarze, zapraszani na organizowane przez nas konferencje prasowe, nie przychodzili i nie przychodzą. Nie przychodzą też na liczne, ogólnopolskie konferencje Ruchu. Nawet gdy Zgromadzenie Ogólne Związku Miast Polskich jednomyślnie podjęło uchwałę domagającą się JOW w wyborach do Sejmu - sprawa została całkowicie zignorowana przez wszelkie media.

Ta blokada ma oczywiste znaczenie manipulatorskie. Wytworzyło się bowiem takie przekonanie, że jeśli w świecie i w Polsce dzieje się coś ważnego, to telewizja o tym informuje. Jeśli jakiś temat nie istnieje w telewizji, to u milionów telewidzów wytwarza się przekonanie, że tego tematu w ogóle nie ma, a więc jest to sprawa nie warta, żeby się nią zajmować.

Ad 3. Technika wykluczania z życia publicznego. W szeroko pojętej elicie politycznej Ruch JOW jest znany i znani są jego liderzy i przedstawiciele. Jednakże przedstawicieli Ruchu nie zaprasza się do żadnych publicznych debat na tematy ustrojowe, czy nawet wprost na temat ordynacji wyborczej. Tworzy się więc wrażenie, że tworzymy jakiś niepoważny margines polityczny, nie zasługujący na udział w "poważnych" debatach.

Ad 4. Nieustannie podejmowane są wysiłki przekierowania energii działaczy Ruchu na "bezpieczne" tory. JOW? W porządku, ale dlaczego zaraz do Sejmu albo - dlaczego tylko do Sejmu? Spróbujmy najpierw wprowadzić JOW w innych obszarach, gdzie to nie wywołuje sprzeciwu klasy politycznej: w samorządach osiedlowych lub gminnych, może ewentualnie w powiatach albo do Senatu! Nie ma problemów z konstytucją, zajmijcie się czymś pożytecznym i możliwym do przeprowadzenia, a nie od razu do Sejmu! Naciski w tym kierunku trwają i trwają, rozbijają działania Ruchu, odrywają od głównej sprawy ludzi niecierpliwych. Np. wielka akcja (i nieudana), akcja zbierania podpisów pod projektem ustawy wyborczej do samorządu terytorialnego...

Ad 5. Wreszcie jesteśmy świadkami działań, które polegają na tym, że główna partia polityczna przejmuje hasło Ruchu, umieszcza je w swoim programie i przedstawia się jako główna i jedyna propagatorka idei. W marcu 2004 Ruch JOW zorganizował we Włocławku ogólnopolski zjazd, głównie samorządowców, pod egidą prezydentów głównych miast Kujaw: Włocławka, Torunia i Bydgoszczy, na którym przystąpił do organizowania komitetów referendalnych w sprawie referendum o JOW w wyborach do Sejmu. Trzy miesiące później, na Konwencji Wyborczej Platformy Obywatelskiej we Wrocławiu, to samo hasło rzuciła PO i rozpoczęła zbieranie podpisów pod wnioskiem obywatelskim, o referendum, w którym jednym z pytań było pytanie o JOW do Sejmu. Od tej pory, przy różnych enuncjacjach publicznych, politycy PO, w szczególności sam Premier, zapewniają Polaków o swojej niesłabnącej woli realizacji postulatu. Premier nawet w TVP zapewnił nas, że "nie spocznie, dopóki nie wprowadzi JOW do Sejmu".

Dlaczego z nieufnością i podejrzliwością traktujemy te enuncjacje i zapewnienia? Przede wszystkim dlatego, że w tych jakoby działaniach na rzecz JOW, politycy PO jak ognia unikają kontaktu i współpracy z Ruchem na rzecz JOW. Nigdy jeszcze nie zostaliśmy zaproszeni do jakiegokolwiek współdziałania, do jakiejś narady, jakiejś wspólnej akcji. Po czerwcowej Konwencji PO we Wrocławiu, liderzy Ruch zwrócili się wprost do Premiera (wtedy jeszcze tylko Przewodniczącego PO) z propozycją nawiązania współpracy. Pozostało to bez odzewu. Kiedy organizujemy manifestacje uliczne w tej sprawie, podchodzimy pod Sejm, nigdy jeszcze nie wyszedł do nas żaden przedstawiciel partii rządzącej. Nadal nie dopuszcza się nas do środków masowego przekazu. Prawie milion podpisów obywatelskich zebranych w sprawie referendum nie zostało w żaden sposób wykorzystanych, Sejm nie podjął żadnej debaty, podpisy te zostały zniszczone. W tej sprawie Ruch złożył skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Sztrasburgu.

Konkluzje

Przedstawiłem tutaj dwie przeciwstawne "inżynierie społeczne" - jedną, "ubogą", nie dysponującą żadnymi środkami, której celem jest przeprowadzenie pewnego zamysłu politycznego wbrew klasie politycznej, i drugą "bogatą", która ma na celu zablokowanie tej pierwszej. Pomimo tej blokady socjotechnicznej JOW - Jednomandatowe Okręgi Wyborcze - weszły do obiegu publicznego, są już przedmiotem debaty, nikt już podejmowanie tego tematu nie uważa za akcje jakichś "oszołomów", a 5 stycznia br Sejm uchwalił ustawę, którą wprowadził JOW w wyborach do Senatu i do wszystkich gmin z wyjątkiem miast na prawach powiatu. JOW wprowadzone zostały de facto w wyborach wójtów, burmistrzów i prezydentów miast jeszcze w roku 2002. Jeszcze nadal jest daleko do wprowadzenia JOW w wyborach do Sejmu. Ale nasz eksperyment socjologiczny, czy socjotechniczny, trwa już prawie dwie dekady. Myślę, za czas się pokusić o jakiś miarodajny pomiar skuteczności tych działań inżynieryjnych. Czy i na ile Ruch JOW, w swoim zamiarze doprowadzenia do przejścia fazowego, przybliża się do "fluktuacji krytycznej", czy też to przybliżanie się jest skutecznie blokowane przez kontrdziałanie elit? Sądzę, że na to pytanie powinni odpowiedzieć fachowi socjolodzy i że temat jest wart profesjonalnego badania.

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


O człowieku, który przeżył własną śmierć - Antoni Zambrowski Wysłane poniedziałek, 10, stycznia 2011 przez Krzysztof Pawlak

W grudniu 1949 roku cały świat "postępu i socjalizmu" obchodził 70. urodziny wodza całej ludzkości - generalissimusa Józefa Stalina. Pewnego grudniowego poranka z bramy siedziby Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego na rogu Alei Stalina i ul. Koszykowej wyjechała ciężarówka produkcji sowieckiej typu GAZ okryta plandeką z brezentu. Skręciła w prawo w kierunku Służewa, ale w okolicy placu Unii Lubelskiej wjechała w ulicę Chocimską. Pod Państwowym Instytutem jadący w ciężarówce ubole wyrzucili na jezdnię zwłoki młodego chłopaka. Do trupa podeszła zakonnica w błękitnym habicie i ku swemu zdumieniu stwierdziła, że ten mocno pokiereszowany człowiek zdradza oznaki życia. Chłopca przeniesiono do pobliskiego szpitala, w którym pracowała ta zakonnica i poddano leczeniu. Po upływie tygodnia pacjent odzyskał przytomność i badającemu mu lekarzowi wyznał w zaufaniu , że jest studentem i przeszedł ciężkie tortury w bezpiece. Lekarz pocieszył go, że będzie żył i co więcej - będzie władał rękoma i nogami.

Śledztwo oznacza tortury


Ów student został zatrzymany przez UB w listopadzie 1949 roku, wkrótce po rozpoczęciu w Szkole Inżynierskiej Wawelberga. Po wstępnym przesłuchaniu na rogu Koszykowej i Stalina (tak się wówczas nazywały Aleje Ujazdowskie) trafił na rozmowę do samej towarzyszki Julii Brystygerowej, która wypytywała go szczegółowo o przebieg walk o kwaterę komendanta Armii Krajowej, gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego w fabryce Kammlera w pierwszym dniu Powstania Warszawskiego. Najbardziej ją interesowały nazwiska kolegów plutonowego "Andrzejka drugiego" z oddziału por. "Topolnickiego", który był elitarną formacją Kedywu AK. Oddział ten poniósł ciężkie straty w walkach na Starówce i Czerniakowie, ale tow. Lunę interesowali ci nieliczni, którzy Powstanie przeżyli. (może chciała im zgotować los "Anody", który aresztowany właśnie przez jej departament Ministerstwa zginął wyrzucony przez okno na bruk?). "Andrzejek" przezornie nie chciał sypać kolegów, więc tow. Luna zapytała go, czy nie szkoda mu życia. Odparł, przypominając jej znany obraz Artura Grottgera przedstawiający śmierć sunącą ponad puszczą: "Widziałem tyle śmierci, że to już nie robi wrażenia".
Trzeba przyznać, że jego koledzy z celi w piwnicy na Koszykowej jednak się śmierci się bali. Byli o kilka lat młodsi od 20-letniego "Andrzejka" i czekała ich rozprawa przed sądem wojskowym za konspiracyjne harcerstwo w duchu okupacyjnych "Szarych Szeregów". A więźniowie przerzucani na Koszykową z Więzienia Mokotowskiego na Rakowieckiej straszyli ich młodym sędzią - porucznikiem Stefanem Michnikiem, który sypie wyrokami śmierci.
Ze względu na "brak właściwej współpracy ze śledztwem" wobec aresztowanego Andrzeja Cieleckiego zastosowano swoistą perswazję. Stał w "studni" poddany torturze kapiącej na głowę wody, a że wcześniej nieopatrznie wygadał się tow. Lunie, iż umie grać na fortepianie, ubecki oprawca zdarł mu paznokcie z palców obydwu rąk. Najgorsze było jednak na końcu. Zaprowadzono go do sali, dla izolacji wyłożonej dźwiękoszczelnym korkiem. Ściany nosiły ślady krwi. Tam trzech uboli tłukło go metalowymi prętami z nasadzonymi na nie drewnianymi gałkami. Dla wygody oprawców rurki były wyposażone w skórzane uchwyty. Torturujący ubecy w wieku 25 - 30 lat robili wrażenie silnych i prymitywnych.
Gdy "Andrzejek" czekał na tortury w poczekalni, wyrzucono do niej straszliwie zmaltretowanego człowieka. Był to Marian Grzybowski - starszy już pan, doktor czy nawet profesor medycyny. Był cały połamany wskutek bicia, zaś na twarzy miał wgięcia od ubeckiej maczugi. Wstrząsały nim konwulsje, być może już konał.
Zapewne wyczekiwanie w przedsionku izby tortur oraz oglądanie ich ofiar w opłakanym stanie należało do ustalonego rytuału psychologicznego oddziaływania na niepokornego aresztanta. Ostatecznie nadeszła kolej "Andrzejka" i w trakcie bicia mógł jedynie się modlić o rychłe omdlenie, kiedy torturowany nie czuje już bólu.
Dalszy ciąg znamy. Uznany za nieżywego - trafił na stos trupów na ciężarówce i spadł na bruk na ul. Chocimskiej.

Powrót do życia

Po ponad miesięcznym pobycie w szpitalu student Andrzej Cielecki wrócił na swą uczelnię i ponownie podjął studia. Lekarz trafnie zdiagnozował przypadek, więc dotrzymał słowa: refleksy nerwowe powróciły do normy, jedynie od czasu do czasu ciężkie urazy czaszki dawały znać o sobie krótkotrwałymi drgawkami rąk.
Zaraz po powrocie na uczelnię został on ponownie wezwany do MBP na Koszykową, tym razem nie na przesłuchanie, lecz na rozmowę ostrzegawczą. O tym - co tu przeżył - nikomu ani mru-mru, bo inaczej żywy stąd nie wyjdzie.
Pan Andrzej nie szukał otwartej zwady z bezpieką. Ostatecznie nie po to wrócił do opanowanego przez komunistów kraju z brytyjskiej strefy okupacyjnej Niemiec (uciekł tam po wyzwoleniu z niemieckiej niewoli, do której trafił wraz z innymi kolegami z AK po upadku Powstania).
Wrócił do kraju mimo wiadomości o rozstrzelaniu ojca przez Rosjan zaraz po zdobyciu przez nich Warszawy w styczniu 1945 roku. Stało się w ich majątku koło podwarszawskiego Konstancina niemal na oczach ludzi. Był więc świadom, gdzie wraca.
Sprawa śmierci ojca powróciła jednak w roku 1952 roku (a więc jeszcze za życia Stalina), gdy pan Andrzej Cielecki ukończył elektronikę.

Znowu nadstawia głowę

Zgłosił się wówczas do niego oficer działających wciąż w podziemiu Narodowych Sił Zbrojnych z prośbą o skonstruowanie i wykonanie nadajnika radiowego. Zaufane pana Andrzeja zdobył tym, że wiedział zbyt wiele o jego ojcu i to takich szczegółów z jego życia, jakich nie mógł znać konfident UB. Mimo straszliwego niebezpieczeństwa pan Andrzej od obowiązku się nie uchylił, nadajnik skonstruował i na własny koszt wykonał. Do jego wypróbowania w działaniu przyciągnął jeszcze dwie zaufane koleżanki, a następnie przekazał pod właściwy adres. Wpadki na szczęście nie było, UB nie było aż tak wszechwiedzące.
Jeszcze raz inż. Cielecki zaryzykował głową, gdy z urzędowego przydziału pracy trafił do Centralnych Warsztatów Zarządu Radiostacji. Tam przemyślnym sposobem uszkadzał jeden po drugim wielkie jak szafa amerykańskie wojskowe nadajniki radiowe przysłane do Polski po wojnie w ramach dostaw UNRRA. Wbrew zamiarom ofiarodawców - zamierzano je użyć jako zagłuszarki audycji "Głosu Ameryki" oraz Radia Wolna Europa. Dzięki pomysłowi pana Andrzeja szybko przepalały się w nich lampy, do których - jak to w gospodarce planowej - nie było części zamiennych.
Później przyszła stalinowska akcja usuwania z kierowniczych stanowisk "syjonistów". Toteż na miejsce dotychczasowego kierownika żydowskiego pochodzenia przyszedł inż. Szmidt - fachowiec o właściwym, czyli aryjskim rodowodzie z własnym projektem zagłuszarki. Wykonana w warsztatach "szmidtówka" została przekazana do przebadania w laboratorium, gdzie przepaliła jej się lampa. Inż. Szmidt był jednak wystarczająco bystry, by się nie nabrać na plewy. Domyślił się, że ktoś mu celowo psuje robotę, więc powiadomił UB. Inż. Cielecki wyczuł, że najwyższy czas salwować się ucieczką. A że w czasie trwania nakazu pracy nie mógł złożyć wymówienia, znalazł ratunek poprzez spowodowanie wypadku z porażeniem prądem. Trafił do szpitala. Stamtąd łatwiej było zwolnić się z warsztatów i tak zejść z oczu bezpiece.
Podjął studia magisterskie na wydziale łączności Politechniki Warszawskiej, a po ich ukończeniu obronił pracę doktorską w Instytucie Fizyki.
Wśród prac, których się podejmował, warto wymienić stanowisko nauczyciela matematyki i fizyki w liceum ogólnokształcącym im. Narcyzy Żmichowskiej, gdzie jego uczennicą była m.in. Teresa Hedzianka, córka słynnego majora AK Antoniego Hedy. Jej koleżanka szkolna zakochała się w swym nauczycielu i wydała się za niego za mąż.
Niezależnie od zajęć zarobkowych pan Andrzej cały czas zajęty był pracą twórczą. Zaczął się więc długi okres stałych wojen podjazdowych z nieruchawą biurokracją komunistyczną, niepokojoną wciąż nowymi pomysłami konstrukcyjnymi niezmordowanego wynalazcy. Zastrzeżenia różnych komisji, które oceniały pomysły jako niemożliwe do wykonania, obalał sam konstruktor. Po prostu pokazywał im gotowe prototypy wykonane sposobem gospodarczym we własnym domu.
Ostatecznie skończyło się to procesem sądowym z Polską Akademią Nauki, wygranym w imieniu doktora inżyniera Andrzeja Cieleckiego przez mec. Macieja Bednarkiewicza.

Radio "Solidarność"

A potem przyszła "Solidarność" i stan wojenny. Jego pomysł stworzenia sieci łączności radiowej dla podziemnego Związku zmaterializował się w postaci radia "Solidarność". Nadał około pięćdziesięciu takich audycji. Wykonał dla podziemnej "S" wiele urządzeń nadawczych. Jedno takie oglądał w radiu "Eska". Pokazywano mu je z dumą, nie domyślając się, że jest konstruktorem i wykonawcą urządzenia.
Przez długi czas prezenterką prowadzonego przez niego radia Armii Krajowej "Jutrzenka" była jego koleżanka z Powstania Warszawskiego Jadwiga Latoszyńska-Augustyńska. Ale nadal czuli się radiem "Solidarność". Pan Andrzej wyjaśnia, że pomiędzy celami Armii Krajowej a programem "Solidarności" nie ma żadnych sprzeczności. W ramach jednej i drugiej organizacji walczył o to samo - o wolną Polskę.

Pierwotnie artykuł opublikowany w "Tygodniku Solidarność" nr 50 (482) w 1997 r.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Ekshumowani po latach - Tadeusz M. Płużański Wysłane sobota, 8, stycznia 2011 przez Krzysztof Pawlak

Tego autora na temat bandytów ze zbrodniczego systemu terroru sowieckiej okupacji i ich ofiar:

- Mordercy narodu polskiego - Tadeusz M. Płużański

- Po 1948 roku zamordowanych w więzieniu mokotowskim w Warszawie grzebano potajemnie na Powązkach
Wiemy, gdzie spoczywa generał Fieldorf - Tadeusz M. Płużański

- Jeden z oprawców, którzy w stalinizmie wykonywali wyroki śmierci na polskich patriotach, do dziś pobiera wysoką emeryturę
To oni strzelali w tył głowy - Tadeusz M. Płużański

- Czy wolna Polska zdobędzie się na skazanie krwawego stalinowskiego prokuratora Kazimierza Graffa? Osąd historii nie wystarczy - Tadeusz M. Płużański

- Sprawa stalinowskiego prokuratora Kazimierza Graffa Nie osądzony nawet za część swoich zbrodni

W stalinizmie skrytobójczo zamordowani i potajemnie pogrzebani. W III RP, dzięki mozolnej pracy Instytutu Pamięci Narodowej, odnaleziono ich szczątki i pochowano z honorami. Wolna Polska oddała im hołd i cześć. Przywróciła dobre imię żołnierzy niepodległości.

- Miejsca pochówku bezskutecznie szukał nasz dziadek, potem rodzice. Tak było przez 54 lata. Dopiero za życia nas, trzeciego pokolenia, udało się - mówi siostrzenica Edwarda Cieśli, Barbara Tabak-Chamiec. I wylicza pamiątki, jakie zostały po Edku. Listy z więzienia pisane kopiowym ołówkiem, już wyblakłe, trudne do odczytania. Ostatni datowany na 3 sierpnia 1952 r., sześć dni przed śmiercią. Legitymacja studencka, książeczka wojskowa, pisma rodziców do Bieruta z prośbą o łaskę. I protokół wykonania kary śmierci.
Miejsce pogrzebania Edwarda Cieśli na cmentarzu w Opolu-Półwsi zlokalizował naczelnik wrocławskiego Biura Edukacji Publicznej IPN, dr Krzysztof Szwagrzyk. Po odkryciu grobu okazało się, że są tam dwie trumny, gdyż ktoś dokonał tzw. dopochówku. Szczątki Cieśli spoczywały poniżej. Miał przestrzeloną czaszkę i podkurczone nogi - nie zmieścił się do za małej trumny. Potem była ekshumacja, drobiazgowe badania DNA i pogrzeb - 3 października 2006 r. - z pełnymi honorami wojskowymi w rodzinnym grobowcu na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

U "Draży"

Edward Cieśla ps. Zabawa urodził się 22 lutego 1923 r. w Studzianie, pow. Przeworsk na Rzeszowszczyźnie, jako syn Jana i Karoliny z domu Majcher. Brał udział w kampanii wrześniowej. Od maja 1942 r. był zastępcą szefa propagandy placówki AK Przeworsk-wieś, kolportował prasę konspiracyjną, wykonywał wyroki na konfidentach i kolaborantach. Ze względu na niebieskie oczy, rude włosy oraz dobrą znajomość języka niemieckiego często uczestniczył w akcjach dywersyjnych przebrany w niemiecki mundur. W międzyczasie zdał konspiracyjną maturę i ukończył konspiracyjną Szkołę Podchorążych.
W sierpniu 1944 r. jego oddział miał przyjść na pomoc walczącej stolicy, ale został rozbrojony przez Sowietów. Cieśla był poszukiwany przez NKWD i UB. Od jesieni należał do zgrupowania partyzanckiego Obszaru Lwowskiego AK kryptonim "Warta", rozbitego po rozmowach z tajemniczym gen. Iwanowem, czyli Iwanem Sierowem. W maju 1945 r. wstąpił do oddziału Dragana "Draży" Sotirovicia, Serba, który za udział w wyzwoleniu Lwowa dostał krzyż Virtuti Militari, a potem uciekł z sowieckiego więzienia na Rzeszowszczyznę. U "Draży" walczyło dwóch Cieślów - Edward i jego brat Tadeusz.
Starszy o cztery lata Tadeusz Cieśla, jako więzień KL Auschwitz w obozowej konspiracji działał razem z rotmistrzem Witoldem Pileckim. Uciekł w grudniu 1944 r.
Edek dowodził akcją rozbicia posterunku milicji w Markowej, Tadek brał udział w likwidacji szefa bezpieki w Przeworsku. Tadek przedostał się do Niemiec, do amerykańskiej strefy okupacyjnej. W Monachium został kierownikiem placówki informacyjno-wywiadowczej Biura Planowania 2. Korpusu Armii gen. Andersa. We wrześniu w Niemczech znalazł się też Edek i tak jak brat wstąpił do 2. Korpusu. Organizował przerzut rodzin z kraju do Włoch. UB aresztował go zaraz po przekroczeniu granicy.

Miesiąc po miesiącu

Tadek chciał odbić Edka z więzienia albo sądu. Gdy przekraczał granicę, też trafił w ręce bezpieki. Nie rozpoznany, na wolność wyszedł w 1946 r. na mocy amnestii i... wrócił do Monachium.
Edek miał mniej szczęścia. Wyrokami Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z 17 marca i 21 listopada 1947 r. został skazany na karę śmierci, zamienioną ostatecznie na trzy lata więzienia. Wronieckie więzienie opuścił w styczniu 1949 r. Rozpoczął studia w Wyższej Szkole Handlowej we Wrocławiu, ale myślał też o przedostaniu się na Zachód, do brata.
W grudniu 1949 r. Edek dowiedział się o aresztowaniu Tadka, który przedostał się do Polski z kolejną misją kurierską. Teraz on, z kolegami, chciał ratować brata. - Planowaliśmy odbić Tadzika w Warszawie, w sądzie albo opłacić mu adwokata - wspomina Józef Kapusta, sądzony potem razem z Edwardem Cieślą.
Wydał ich inny członek grupy - Węgier. Wyrokiem z 28 lutego1952 r. WSR w Opolu skazał Cieślę na karę śmierci. Najwyższy Sąd Wojskowy utrzymał wyrok w mocy, a Bierut nie skorzystał z prawa łaski. 9 sierpnia 1952 r. wyrok został wykonany w więzieniu w Opolu. List pożegnalny Edwarda Cieśli do rodziców skonfiskowano - nigdy nie dotarł do rąk adresatów. Tak jak zegarek i 13 złotych i 90 groszy, które przepadły na rzecz Skarbu Państwa. Prokurator wojskowy kpt. Stanisław Urbaniak odmówił wydania zwłok rodzinie. Sądy wolnej Polski unieważniły wszystkie wyroki wydane na Edwarda Cieślę.
Tadeusz Cieśla wyrokiem WSR w Warszawie z 21 grudnia 1950 r. też został skazany na karę śmierci. Stracony 9 lipca 1952 r. (dokładnie miesiąc przed Edwardem) w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Miejsce jego pogrzebania nadal pozostaje nieznane.

Kryptonim "Mordercy"

Mieczysław Bujak urodził się 2 kwietnia 1926 r. w Krakowie, jako syn Andrzeja (żołnierza Legionów, później znanego piłkarza Wisły Kraków), i Bronisławy z domu Gwardzińskiej. W latach 30. działał w ZHP.
Od 1942 r. żołnierz AK. Łącznik i kolporter podziemnej prasy. Rok później otrzymał przydział do grupy bojowo-dywersyjnej "Żywiciela". Od czerwca do sierpnia 1944 r. był dowódcą drużyny w zgrupowaniu partyzanckim AK Kampinos, z którym przedzierał się do Powstania Warszawskiego, by w końcu walczyć w szeregach Oddziałów Specjalnych "Jerzyki".
Z niemieckiego obozu jenieckiego uwolniony przez armię amerykańską, do której wstąpił i walczył na terenie Czech.
W październiku 1945 r. wrócił do Polski. Wstąpił do oddziału partyzanckiego WiN kpt. Mariana Bernaciaka "Orlika", działającego na terenie powiatu puławskiego. Po jego rozwiązaniu znalazł się w szeregach "ludowego" Wojska Polskiego. W 1948 r. ukończył Oficerską Szkołę Piechoty we Wrocławiu, po czym służył w Jeleniej Górze i Warszawie. Nadal jednak otwarcie przyznawał się do AK-owskiej przeszłości i krytycznie wypowiadał o otaczającej go rzeczywistości.
Młodym, popularnym wśród podchorążych porucznikiem szybko zainteresowała się Informacja Wojskowa. Od lutego 1949 r. do jesieni 1951 r. kilkudziesięciu oficerów IW, Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i tajnych współpracowników rozpracowywało tajną organizację, założoną i kierowaną przez ppor. Mieczysława Bujaka na terenie OSP w Jeleniej Górze - organizacji, która nigdy nie istniała. Sprawa o kryptonimie "Mordercy" (wcześniej "Pająki") skończyła się aresztowaniem dziewięciu podchorążych. Bujak wpadł 19 sierpnia 1950 r. Zarzuty: udział w nielegalnej organizacji WiN, gromadzenie broni i prowadzenie wśród podchorążych "agitacji antypaństwowej". Wszyscy przeszli brutalne śledztwo.

Zamordowany za to,
że był Polakiem


Mieczysława Bujaka przesłuchiwał m.in. Edmund Czekała, krwawy szef wydziału śledczego Zarządu Informacji Wrocławskiego Okręgu Wojskowego, który prowadził również brutalne śledztwa przeciw oficerom oskarżonym o tzw. spisek w wojsku. Należał do nielicznej grupy "śledzi", którzy ukończyli gimnazjum i liceum.
25 kwietnia 1951 r. Bujak został skazany przez Wojskowy Sąd Okręgowy nr IV na dwukrotną karę śmierci, współwięźniowie otrzymali kilkuletnie wyroki. Jak wspominała protokolantka, do końca chronił kolegów, całą winę biorąc na siebie. Jednym z morderców w todze był Stefan Piekarski, członek WKP(b), oficer Armii Czerwonej, absolwent prawa w Moskwie, w maju 1943 r. oddelegowany do sądownictwa LWP. Bierut nie skorzystał z prawa łaski.
Mieczysław Bujak został zamordowany 30 sierpnia 1951 r. o godz. 20.00 w więzieniu nr 1 przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu. Po egzekucji jego ciało pogrzebano w kwaterze 81 A na Cmentarzu Osobowickim obok kilkuset innych ofiar stalinowskiego bezprawia.
Szczątki ppor. Bujaka ekshumowano w kwietniu 2006 r. w wyniku prac prowadzonych przez wrocławskie Biuro Edukacji Publicznej IPN. W grobie odnaleziono fragmenty butów, kilka guzików wojskowych i część naramiennika munduru, oraz zakopaną (jesienią 1951 r.) przez jego matkę i siostrę butelkę z kartką: "Zamordowany za to, że był Polakiem". Uroczysty pogrzeb odbył się na Powązkach Wojskowych w Warszawie 3 kwietnia 2007 r.
Wśród wielu oprawców Mieczysława Bujaka żyje jeszcze oskarżający go prokurator Wacław Szulc, ale wymiar sprawiedliwości III RP nie chce pociągnąć go do odpowiedzialności.

Bandycka rodzina

Stefan Półrul urodził się 9 maja 1926 r. w podkonińskiej wsi Korwin, jako syn Stanisława i Stanisławy z domu Karweckiej. W kwietniu 1947 r. zmobilizowany do Wojska Polskiego. Był zachwycony morzem, mundurem i możliwością pracy po odbyciu służby wojskowej. Przeżył zawód miłosny, tym chętniej podpisał kontrakt na "nadterminowego". Niestety, nie pozwolono mu pływać - zatrudniono w Sądzie Marynarki Wojennej w Gdyni, gdzie służył jako goniec. W 1949 r. awansował - został bosmanmatem i jednocześnie starszym kancelistą.
Szybko przekonał się, że instytucja, w której pracuje, to zbrodnicza machina na usługach sowieckiego okupanta. Że pod byle pretekstem, w sfingowanych procesach skazuje marynarzy nazywając ich wrogami systemu, bandytami i szpiegami. W obecności Półrula i jego kolegów sędziowie wojskowi przechwalali się, który był bardziej surowy w sądzeniu. Ponury rekord wynosił łącznie ponad 500 lat więzienia i sześć wyroków śmierci!
Wkrótce Półrul został członkiem tajnej Polskiej Organizacji Podziemnej "Wolność". Sporządzali listy kadry dowódczej Marynarki Wojennej i Informacji Wojskowej, szczególnie oficerów sowieckich, którzy budzili największą nienawiść. Nie było mu dane działać w niej długo - IW aresztowała go 5 grudnia 1951 r. Koledzy, ani rodzina nie wiedzieli, co się z nim stało.
W rodzinnym domu marynarza przeprowadzono kilka rewizji, podrzucono ulotki i broń. Zatrzymano też jego brata. Sąsiadom Półrulów wmówiono, że to "bandycka rodzina". W wiosce i okolicy ubecy rozwiesili plakaty z informacjami o procesie "bandyty".
Krzysztof Szwagrzyk: - Odnaleźliśmy członków rodziny Stefana Półrula. Przez cały czas żyli z piętnem posiadania w rodzinie kryminalisty. Dopiero od nas dowiedzieli się, że jego sprawa miała charakter wyłącznie polityczny i że wiemy, gdzie jest pochowany.

Buteleczka i naświetlania

Śledztwo było koszmarem. Henryk Haponiuk - jedyny dziś świadek tamtych wydarzeń doskonale zapamiętał brutalność oprawców:
"Ktoś z tzw. obstawy przynosił półlitrową buteleczkę, stawiał ją mniej więcej 2 metry od biurka i kazał na niej siadać. Pierwszy raz nie usiadłem, drugi raz także nie, to za trzecim razem sami przyszli i mnie posadzili. Potem już siadałem... Każde przesłuchanie rozpoczynało się zawsze tak samo: nazwisko, imię, adres, co robicie w wojsku - tak jakby nie wiedzieli. I mówcie o swojej wrogiej działalności. Ponieważ nie było co mówić, to przesłuchujący w "odpowiedni" sposób to przypominał. Jak tylko przewróciłem się razem z tą buteleczką, zaczynało się kopanie, bicie, ciąganie po całym pomieszczeniu itp. Znajdowały się tam także trzy żarówki o mocy 500 V: czerwona, zielona i biała. Drzwi zamykali i rozpoczynało się naświetlanie. Po 30 minutach byłem dosłownie do niczego.
W ciągu trzech dni sporządzono akt oskarżenia. Na samej rozprawie obecnych było ok. 50 oficerów politycznych. Oskarżono nas z art. 14 i 15 dekretu z dnia 13 czerwca 1946 r. paragraf 1 i 2 za dywersję, sabotaż i szpiegostwo. Po orzeczeniu wyroku przewodniczący składu sędziowskiego kpt. Jankowski [Kazimierz Jankowski, nieprzypadkowo nazywany "katem narodu"; w nagrodę awansował potem na prezesa Izby Wojskowej Sądu Najwyższego - TMP] pouczył nas, że przysługuje nam prawo wniesienia skargi rewizyjnej (...). Ale nie odniosłoby to i tak żadnego skutku, ponieważ były to po prostu decyzje polityczne. Stefana Półrula widziałem po raz ostatni w momencie, kiedy nas rozkuwali. Czynili to w pewnej odległości, nie większej niż 1,5 metra. Obaj ruszyliśmy do siebie, złapaliśmy się za ręce i mocno uściskaliśmy. Stefan zdążył do mnie jeszcze powiedzieć: "Heniu, żebyś ty wiedział, ile ja się wycierpiałem". To był już wtedy szkielet człowieka. Skóra i kości. Mundur wisiał nam nim jak worek".
6 czerwca 1952 r. wyrokiem Sądu Marynarki Wojennej w Gdyni - tego samego, w którym wcześniej pracował - Stefan Półrul został skazany na karę śmierci. Matka w dramatycznym liście prosiła Bieruta o łaskę dla syna. "Prezydent" jednak odmówił. Wykonanie wyroku odłożono jednak ze względu na opinię biegłego psychiatry sądowego: "W stanie obecnym chory nie nadaje się do brania udziału w postępowaniu sądowym, ewentualnie do odbywania kary". Objawy choroby psychicznej Półrul zaczął zdradzać wkrótce po procesie, oczekując na egzekucję. Dziś trudno ustalić, czy symulował chorobę, czy rzeczywiście zachorował w skutek zastosowanych w IW metod śledczych. Z zachowanej dokumentacji wynika, że "postradał zmysły w wyniku długotrwałego silnego stresu i niepewności swego losu". Szpital więzienny w Gdańsku skierował go więc na obserwację do Szpitala Psychiatrycznego we Wrocławiu, działającego przy areszcie śledczym. Tam Półrul przebywał kolejne dwa lata. Poddano go obserwacji i leczeniu, które polegało na... elektrowstrząsach. Wszystko po to, aby móc rozstrzelać skazanego.
Krzysztof Szwagrzyk: - Decyzję o takich właśnie działaniach w stosunku do marynarza podjęły dwie osoby: komendant szpitala Jerzy Katzenelenbogen i jego asystent dr Izydor Wassermann. 18 marca 1953 r. sporządzili orzeczenie lekarsko-psychiatryczne nr 15/53 stwierdzające zdolność S. Półrula do działań prawnych. Podstawą stał się jego list, który nigdy nie trafił do adresatów: "Kochana rodzino, napiszcie mi, czy jestem jeszcze w śledztwie czy już po wyroku i za co?".

"Nigdy nie wrócisz do domu"

W ramach owych działań prawnych Stefan Półrul został stracony 9 kwietnia 1953 r. w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu - tym samym, w którym prawie dwa lata wcześniej rozstrzelano Mieczysława Bujaka. Też o godz. 20.00.
Jego szczątki zostały odnalezione przez zespół historyków z wrocławskiego oddziału IPN i ekshumowane 2 czerwca 2008 r. na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu. Oględziny czaszki nie pozostawiały wątpliwości: Półrul zginął tak samo, jak polscy oficerowie w Katyniu - od strzału w tył głowy. Stwierdzono również, że przed samym zgonem miał złamaną szczękę, co jest kolejnym dowodem, że był torturowany. Znaleziono przy nim duże fragmenty czarnego sukna munduru marynarskiego, czapkę marynarską, guziki marynarskie ze znakiem kotwicy oraz dobrze zachowane buty. I to wszystko znalazło się później w jego obecnej trumnie.
Krzysztof Szwagrzyk: - Udało nam się odnaleźć szczątki Półrula dzięki temu, że w powojennym Wrocławiu na cmentarzu grabarzami byli Niemcy, którzy w tym mieście jeszcze zostali. Gdy bezpieka mordowała ludzi i w tajemnicy zakopywała w przypadkowych miejscach, Niemcy zapisywali skrupulatnie, którego dnia i gdzie kogo pochowano.
Stefan Półrul został pochowany 9 września 2008 r. na cmentarzu w Młodojewie pod Słupcą, w rodzinnym grobie. W pogrzebie uczestniczyła honorowa kompania WP i niemal wszyscy mieszkańcy. Nie spełniły się słowa jednego z oprawców, który podczas przesłuchania krzyczał do Półrula: "Nigdy nie wrócisz do domu, bandyto!". Losy marynarza stały się kanwą wzruszającego filmu Jolanty Krysowatej. Telewizja publiczna pokazała go w środku nocy...

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


JOW do Senatu: mały krok do przodu czy zasłona dymna? - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 6, stycznia 2011 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

- Nagrania JOW TV i TV ASME

- "Poseł z każdego powiatu - propozycje i perspektywy reformy prawa wyborczego" - konferencja Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW w Suchej Beskidzkiej (część 4)

- "Poseł z każdego powiatu - propozycje i perspektywy reformy prawa wyborczego" - konferencja Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW w Suchej Beskidzkiej (część 3)

- "Poseł z każdego powiatu - propozycje i perspektywy reformy prawa wyborczego" - konferencja Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW w Suchej Beskidzkiej (część 2)

- "Poseł z każdego powiatu - propozycje i perspektywy reformy prawa wyborczego" - konferencja Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW w Suchej Beskidzkiej (część 1)

- I Debata Ustrojowa - dyskusja pod patronatem Rzecznika Praw Obywatelskich, p. Janusza Kochanowskiego o wprowadzeniu ordynacji JOW w wyborach parlamentarnych w Polsce - część III z udziałem publicystów największych tytułów prasowych Polski

- System proporcjonalny prowadzi do zaniku zarówno intelektualnego, jak i demokratycznego ducha organizacji partyjnych - rzecznik praw obywatelskich, dr Janusz Kochanowski

- W partiokracji wyborca nie ma nic do powiedzenia, system JOW tworzy relację między wyborcą a posłem - prezydent Centrum im. Adama Smitha Robert Gwiazdowski

- Obecny system polityczny i metoda wyboru do niego przedstawicieli obywateli Rzeczypospolitej jest systemem fasadowym. Potrzebne są teraz tak duże zmiany, jak te z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku - wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski

- Prezydent RP z wielkim szacunkiem podchodzi do ludzi, którzy troszczą się o nasz kraj - IV Marsz woJOWników na Warszawę w relacji JOW TV cz. II

- IV Marsz woJOWników na Warszawę - w relacji JOW TV

- W europejskich państwach, gdzie jest ordynacja proporcjonalna, partie polityczne realizują interes swoich przywódców, a przywódcy są zblatowani z establiszmentem - Rafał Ziemkiewicz, publicysta prawicowy

- W Polsce nadszedł czas, byśmy rządzili się tak, jak wymaga tego demokracja i system gospodarki rynkowej, czyli - jednomandatowe okręgi wyborcze - Prezes Zarządu Business Centre Club Marek Goliszewski

Od początku istnienia Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okregów Wyborczych (styczeń 1993) wysuwany jest argument: "nie zawracajcie nam głowy okręgami jednomandatowymi, to nic nie da. Patrzcie na wybory do Senatu, tam są prawie jednomandatowe okręgi wyborcze i co z tego? Ci sami ludzie, ta sama polityka, te same partie". Nie zliczę spotkań, nie zliczę artykułów i komentarzy, w których ten argument był podnoszony.

Zarzut ten jest częściowo uzasadniony. Ustrojowe usytuowanie Senatu w konstrukcji Rzeczypospolitej jest bowiem takie, że ta Izba Wyższa posiada znaczenie marginalne, drugorzędne i jej działanie i skład nie wywołuje specjalnego zainteresowania wyborców. Najlepiej świadczy o tym frekwencja w wyborach uzupełniających, gdy z przyczyn losowych zwalnia się etat senatora. Ta frekwencja wszędzie była znikoma, wahająca się pomiędzy 3 a 6 procent. Jednakże taki stosunek obywateli do Senatu nie bierze się z powietrza, jest on wynikiem negatywnej propagandy medialnej i wypowiedzi polityków wszystkich prawie partii. Kolejne partie zgłaszają postulat likwidacji Senatu, a Platforma Obywatelska nawet zobowiązała się do przeprowadzenia w tej sprawie referendum. Kształtuje się w ten sposób opinia, że fotel senatora jest niczym więcej jak wygodną synekurą, przyznawaną za takie czy inne zasługi partyjne. W tej sytuacji kogo może obchodzić sposób, w jaki partie polityczne wybierają zasłużonych partyjniaków, aby ich tą synekurą obdzielić? I ta kompromitująca frekwencja w wyborach uzupełniających dokładnie pokazuje, że obywatele mają tę sprawę w... wielkim poważaniu. Jeśli komuś zależy na poważnym potraktowaniu wyborów do Senatu, to trzeba najpierw zmienić jego konstytucyjne usytuowanie i rolę.

Inaczej przedstawia się sprawa wyborów do Sejmu, albowiem centrum władzy w Polsce jest w Sejmie i wybory do Sejmu mają rozstrzygające znaczenie. Wybory te rozstrzygają przede wszystkim o strukturze partii politycznych i o partyjnym charakterze państwa, w którym partie polityczne zagarnęły media i wszystkie instrumenty władzy. Ruch Obywatelski na rzecz JOW od początku domaga się JOW w wyborach do Sejmu i tworzy nacisk społeczny, który do takiej zmiany ma doprowadzić. Stanowi to ogromne zagrożenie dla rządzącego establishmentu partyjnego, gdyż pierwszą konsekwencją wprowadzenie JOW w wyborach do Sejmu będzie zmiana charakteru, struktury i sposobu funkcjonowania partii politycznych. Nic więc dziwnego, że establishment broni się przed tą zmianą wszelkimi sposobami. Ma jednak problem: propozycja JOW nie tylko spotyka się ze spontaniczną i szeroką akceptacją społeczną, ale posiada dobrze znane i widoczne wzory, jakimi są główne państwa demokratyczne, z USA, Kanadą Wielką Brytanią czy Francją na czele, które taki system wyborczy u siebie stosują, niektóre już od kilkuset lat i nie można tego faktu ani ukryć, ani ośmieszyć byle jakimi argumentami.

Jak więc broni się, i jak ma się bronić, establishment polityczny, przed tym zagrożeniem?

Najpierw i przede wszystkim nakłada się kaganiec na wszelkie media publiczne, które mają milczeć na temat tej propozycji ustrojowej. Tego zakazu nie łamią spektakularne wydarzenia w innych krajach, jak historyczne referendum we Włoszech, referendum o JOW w Rumunii, referenda w Kanadzie itp. Nie informuje się o zjazdach, konferencjach, manifestacjach i happeningach organizowanych przez Ruch JOW. Kiedy Marsz JOW podchodzi pod Sejm, to do manifestantów nie wychodzi nie tylko Premier - który zapewnił, że "nie spocznie, dopóki nie wprowadzi JOW" - ale ani jeden poseł czy senator tego ugrupowania, które ogłosiło postulat JOW na czele swoich programów wyborczych. Wydawnictwa i książki Ruchu nie znajdują drogi do hurtowni i księgarń.

Nacisk społeczny jednak trwa, miliony młodych Polaków wyjeżdżają za chlebem do krajów, w których wybiera się parlamenty w jednomandatowych okręgach wyborczych, ta strusia taktyka nie może się powieść na dłuższą metę. Establishment przechodzi więc na drugą linię obrony: ogłasza, że jest jak najbardziej za JOW i całym sercem, tylko... jeszcze za wcześnie. Jeszcze polska demokracja nie okrzepła, jeszcze nie dojrzała, społeczeństwo powinno się uzbroić w cierpliwość, nie od razu Kraków zbudowano, pomału, ewolucyjnie, małymi kroczkami do przodu. Bodajże pierwszy z taką argumentacją wyjechał Aleksander Kwaśniewski, który już jakichś 10 lat temu zaproponował nam JOW w wyborach do Senatu! Dlaczego nie do Sejmu? Bo "społeczeństwo jeszcze do tego nie dojrzało"!

Jak widać, nawet do Senatu było o 10 lat za wcześnie, ale taktykę zasugerowaną przez Kwaśniewskiego przejęła i twórczo rozwinęła Platforma Obywatelska. Kiedy w marcu 2005 odbył się we Włocławku Zjazd Ruchu JOW, na którym rozpoczęto akcję tworzenia komitetów referendalnych i w krótkimi czasie takie komitety powstały w różnych regionach Polski - w czerwcu hasło referendum o JOW przejęła Platforma Obywatelska i na Konwencji w czerwcu 2005 we Wrocławiu rzuciła hasło "4 razy TAK". Nota bene jednym z tych "Tak" miała być likwidacja Senatu!

Dzisiaj Platforma przeforsowała, przy sprzeciwie całej opozycji, jednomandatowe okręgi wyborcze do Senatu w brytyjskim systemie FPTP, a więc wybory większością względną w jednej turze.

Aby ten krok ocenić, trzeba się zapytać, dlaczego i po co ta zmiana została zrobiona? Platforma ma bowiem bezwzględną większość w Senacie i ten stan posiadania raczej trudno będzie powiększyć, obawiać się należy, że raczej przeciwnie. Platforma nigdy nie głosiła programu JOW do Senatu, raczej, jak wiemy, domagała się likwidacji Senatu. Czym więc kierowali się politycy tego ugrupowania, wprowadzając tak radykalną zmianę, przy zdecydowanym sprzeciwie opozycji?

No, cóż, intencje ludzkie zna tylko Pan Bóg, poza tym zawsze możliwe jest działanie mało przemyślane. Wydaje się jednak, że za tym krokiem kryje się prosta taktyka: (1) pokażemy ludziom, że bardzo nam zależy na JOW, co powinno przynieść konkretny zysk w nadchodzących szybko wyborach parlamentarnych, (2) skompromitujemy ideę JOW, bo ludzie zobaczą, że wybory w JOW niczego naprawdę nie zmieniają. Ci sami ludzie pozostają przy władzy i ten sam układ partyjny. To spowoduje zelżenie nacisku społecznego na wprowadzenie JOW do Sejmu. Oczywiście, jest pewne ryzyko, że jednak, tu i tam, dostaną się do Senatu ludzie, których byśmy w żadnym wypadku nie chcieli, ale ryzyko nie jest wielkie. Okręgi wyborcze są bardzo duże, bariera wysoka.

Te nadzieje nie są płonne, ponieważ bariera rzeczywiście jest wysoka, a społeczeństwo polskie jest obezwładnione, a pozbawione rzetelnych mediów, ma kłopoty z informacją i artykulacją. Jednak mleko się rozlało: sprawa JOW stała się tematem debaty publicznej, świadomość obywatelska wzrosła. Walka społeczeństwa z partiami politycznymi weszła w nową fazę.

Warszawa, 5 stycznia 2011 r.

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Znaki końca świata już są, ale uratują nas dwudniowy już Dzień Judaizmu oraz Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy! - Stanisław Michalkiewicz o najważniejszych wydarzeniach w nowym roku życia społeczno-religijno-politycznego "polskiego regionu UE" Wysłane środa, 5, stycznia 2011 przez Krzysztof Pawlak

Inne nagrania TV ASME ze Stanisławem Michalkiewiczem:

- Interes sitwy oraz wpływów zagranicznych, czy interes nas wszystkich i naszego państwa? - Stanisław Michalkiewicz o powodach kryzysu politycznego oraz ekonomicznego w województwie polskim UE

- Happening partii Wolność i Praworządność - "Ostatni dzień palenia flagi UE!" - Warszawa 30.11.2009

- Stanisław Michalkiewicz opuszcza Unię Polityki Realnej

- "Polska wobec kryzysu gospodarczego" - wykład Stanisława Michalkiewicza w narodowym Klubie Nowogrodzka 44

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 2)

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 1)

- "Okrągły stół" i jego konsekwencja: III RP - dyskusja z udziałem Stanisława Michalkiewicza i historyka IPN, prof. Antoniego Dudka

- - II Debata studencka "Polska a waluta euro" - Warszawa 19.01.2009 z udziałem Stanisława Michalkiewicza

- Cykl "Cesarstwo Niemieckie i Cesarstwo Rosyjskie wracają do gry" - Stanisław Michalkiewicz o pomyśle, powstawaniu, konsekwencjach rozwoju Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli Unii Europejskiej

"Proszę Państwa, po Nowym Roku zaledwie parę dni, w związku z tym te kosmiczne odniesienia jeszcze na nas oddziałują tym bardziej, że niektóre symptomy wskazują na zbliżający się koniec świata! Przypomną, że według Ewangelii symptomem końca świata będzie to, że »słońce się zaćmi, księżyc nie da światłości swojej a gwiazdy spadać będą«... No i - słońce właśnie się zaćmiło (nie było to może zaćmienie całkowite, ale - jest kryzys, nie możemy być za bardzo wymagający), księżyc - wiadomo - świeci światłem odbitym, więc jak słońce zaćmi, i jak chmury wzejdą... A co z gwiazdami? Jeszcze nie wiemy, czy gwiazdy spadać będą, dlatego że głosowanie nad wotum nieufności wobec pana ministra Cezarego Grabarczyka nie odbyło się (mówię to we wtorek). Chyba jednak te gwiazdy nie spadną, bo - po pierwsze, pan minister Grabarczyk żadną tam gwiazdą nie jest, a po drugie - koalicyjne Polskie Stronnictwo Ludowe pewnie będzie głosowało przeciwko temu wotum nieufności w ramach koalicyjnej polityki »róbmy sobie na rękę«" - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik naszego serwisu ASME, opisuje najnowsze zdarzenia ze scen teatru politycznego, krajowego oraz międzynarodowego w pierwszych dniach nowego roku.

Pocieszające więc jest to, że jeżeli koniec świata będzie, to jednak nie teraz... Chociaż jednak z gwiazd, tym razem – telewizyjnych - chodzi oczywiście o pana Tomasza Lisa, znanego z "żarliwego obiektywizmu", zaczęła poruszać się w odwrotnym niż do tej pory kierunku! Do tej pory pan redaktor Lis nie mógł się nachwalić rządu pana premiera Tuska, a tu - patrzcie Państwo - skrytykował rząd pana Tuska. Jest to znak, że Moce Niebieskie zostały jednak poruszone i że Siły Wyższe przygotowują się do podmianki na polskiej scenie politycznej. Bardzo możliwe, że właśnie dlatego powstała "Polska Najważniejsza", która przypomina Prawo i Sprawiedliwość w taki sposób, w jaki orzeł wypchany przypomina orła prawdziwego, żywego. Obydwie panie (ja je z czułością nazywam "kwoczkami") stojące na czele "Polski Najważniejszej" prochu co prawda nie wymyślą, ale będą stanowiły podmiankę "PiS-u w łagodnej formie". No i w tym momencie możemy mówić już może nie o końcu świata, ale raczej o końcu pewnego etapu... - uśmiecha się publicysta.
Zanim to jednak nastąpi - będziemy przeżywali niezwykłe wydarzenia! Otóż jak Państwo już wiecie - 15 i 16 stycznia będziemy obchodzili kolejny Dzień Judaizmu. Co prawdą będą to już dwa dni Judaizmu, ale wiemy, że Judaizmu nigdy za wiele! Poprzez naszych przywódców duchowych będziemy popularyzować wtedy żydowski przemysł rozrywkowy - nawet koncerty klezmerów są przewidziane... Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że nastąpił pewien brak koordynacji i są pewne niedociągnięcia, bo w programie tegorocznych obchodów Dnia Judaizmu brakuje "Krótkiego kursu Plucia Pod Wiatr". Oto bowiem w niecały miesiąc później wydawnictwo "Znak" wypuści w świat kolejną książkę "światowej sławy historyka" Jana Tomasza Grossa pt. "Złote żniwa". Autor objawi nam w niej mizerię metod, jakie tubylczy i mniej wartościowy naród polski stosował w stosunku do pozostałości po zholokaustowanych przez "złych nazistów" Żydach. Rzeczywiście - te metody naprawdę były mizerne i anachroniczne w porównaniu do metod "nowoczesnych" i "przemysłowych", stosowanych przez przedsiębiorstwa Przemysłu Holokaustu! Te wydobywają ze zholokaustowanych Żydów tyle złota, że budzi to podziw i zazdrość całego świata! Na tle tych metod chałupnicze metody tubylczego i mniej wartościowego narodu polskiego wyglądają szalenie prymitywnie i w tym sensie "światowej sławy historyk" słusznie nam to wytyka. Drugą sprawą, na którą chcę zwrócić Państwa uwagę, jest nieubłaganie zbliżający się termin Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Znowu pan Jurek "Siema!" Owsiak, na wzór średniowiecznych szczurołapów, wodzić będzie melodyjkami za noc całe rzesze biednych Młodych Wykształconych z Wielkich Miast, którzy znowu będą zaczepiali ludzi na ulicach i "zbierali im" pieniądze "na biedne dzieci"... - mówi Stanisław Michalkiewicz.

Nagranie trwa ponad 9 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja w najlepszej jakości.



Zapraszamy do podbijania naszego materiału na witrynie Wykop.pl:
wykop.pl

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Znaki końca świata już są, ale uratują nas dwudniowy już Dzień Judaizmu oraz Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy! - Stanisław Michalkiewicz o najważniejszych wydarzeniach w nowym roku życia społeczno-religijno-politycznego "polskiego regionu UE" Wysłane środa, 5, stycznia 2011 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |













Porządek lizboński zastąpił porządek jałtański - Stanisław Michalkiewicz podsumowuje odchodzący rok AD 2010 Wysłane sobota, 1, stycznia 2011 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |













Porządek lizboński zastąpił porządek jałtański - Stanisław Michalkiewicz podsumowuje odchodzący rok AD 2010 Wysłane piątek, 31, grudnia 2010 przez Krzysztof Pawlak

Inne nagrania TV ASME ze Stanisławem Michalkiewiczem:

- Interes sitwy oraz wpływów zagranicznych, czy interes nas wszystkich i naszego państwa? - Stanisław Michalkiewicz o powodach kryzysu politycznego oraz ekonomicznego w województwie polskim UE

- Happening partii Wolność i Praworządność - "Ostatni dzień palenia flagi UE!" - Warszawa 30.11.2009

- Stanisław Michalkiewicz opuszcza Unię Polityki Realnej

- "Polska wobec kryzysu gospodarczego" - wykład Stanisława Michalkiewicza w narodowym Klubie Nowogrodzka 44

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 2)

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 1)

- "Okrągły stół" i jego konsekwencja: III RP - dyskusja z udziałem Stanisława Michalkiewicza i historyka IPN, prof. Antoniego Dudka

- - II Debata studencka "Polska a waluta euro" - Warszawa 19.01.2009 z udziałem Stanisława Michalkiewicza

- Cykl "Cesarstwo Niemieckie i Cesarstwo Rosyjskie wracają do gry" - Stanisław Michalkiewicz o pomyśle, powstawaniu, konsekwencjach rozwoju Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli Unii Europejskiej

"Proszę Państwa, ostatni dzień Starego Roku, czyli roku 2010 skłania do podsumowania wydarzeń. Wszyscy to robią, więc ja tak samo - jak wszyscy - to i ja. Dzielę te wydarzenia z punktu politycznego na dwie grupy: wydarzenia wewnątrzkrajowe i wydarzenia międzynarodowe, określające pozycję Polski na arenie światowej. Najważniejszym wydarzeniem krajowym była niewątpliwie katastrofa z 10 kwietnia, w której zginął prezydent państwa, wielu parlamentarzystów, wszyscy dowódcy sił zbrojnych, co stworzyło nową sytuację polityczną, w wyniku której obowiązki prezydenta przejął marszałek Bronisław Komorowski, który później został wybrany prezydentem państwa, co spowodowało, że wszystkie »oficjalne« ośrodki władzy państwowej, bo oczywiście o »siłach wyższych« nie mówię, te w katastrofie nie zginęły.... Tak więc ciągłość władzy została zachowana - zostały przejęte przez jedną opcję polityczną, związaną z Platformą Obywatelską. A to zapoczątkowało ostry kurs w kierunku pożądanym przez »strategicznych partnerów«" - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik naszego serwisu ASME, komentuje wydarzenia na scenach "krajowej" oraz międzynarodowej - teatru politykierskiego w minionym roku.

Drugim, "krajowym" wydarzeniem były wybory prezydenckie, w wyniku których prezydentem został Bronisław Komorowski, posądzany - być może niebezpodstawnie - o ścisłe związki z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi, a trzecim - wybory samorządowe, które pokazały postępujący proces oligarchizacji sceny politycznej.
W wydarzeniach międzynarodowych trzeba odnotować dwie rzeczy: mianowicie szczyt w Deauville z udziałem prezydentów Rosji Miedwiediewa, Niemiec "naszej złotej pani Anieli" Merkel oraz Francji Mikołaja Sarkozy'ego, gdzie właściwie nie zostały podjęte żadne decyzje, ale które to spotkanie potwierdziło wycofanie się Amerykanów ze współtworzenia polityki w Europie. Efektem tego spotkania na szczycie stał się szczyt NATO w Lizbonie, który ogłosił "strategiczne partnerstwo NATO - Rosja". To pokazuje, że porządek jałtański zakończył się definitywnie, a nastąpił "porządek lizboński"... - mówi Stanisław Michalkiewicz.

Nagranie trwa prawie 11 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja w najlepszej jakości.




Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


Pominięta rocznica - Antoni Zambrowski Wysłane środa, 29, grudnia 2010 przez Krzysztof Pawlak

Zajrzyj także:

- I część wspomnień o latach okupacji sowieckiej w PRL: "Syn czerwonego księcia" - spotkanie autorskie Antoniego Zambrowskiego w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 1)

- I część wspomnień o latach okupacji sowieckiej w PRL: "Syn czerwonego księcia" - spotkanie autorskie Antoniego Zambrowskiego w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 2)

- Dlaczego nie zostałem ojcem chrzestnym Maćka Kuronia - Antoni Zambrowski

- Kto uczył Jacka Kuronia patriotyzmu? - Antoni Zambrowski

- LUSTRACJA WEDŁUG JACKA KURONIA - Antoni Zambrowski

 

We wtorek 23 listopada minęła bez echa kolejna rocznica śmierci śp. Grażyny z Boruckich Kuroniowej, pierwszej żony znanego opozycjonisty Jacka Kuronia, oraz matki słynnego w Polsce kucharza Macieja Kuronia. Szukałem w "Gazecie Wyborczej" okolicznościowych wspomnień o Gajce - jak nazywał Grażynę mąż oraz jego środowisko - ale poza wzmianką o mszy świętej za spokój jej duszy niczego nie znalazłem. Nawet w "Wysokich Obcasach". Jako wieloletni przyjaciel Kuroniów chciałbym przypomnieć sylwetkę tej zasłużonej dla Polski działaczki opozycyjnej.

Grażyna Kuroniowa urodziła się w dramatycznych dla Polski czasach wkrótce po klęsce wrześniowej 2 stycznia 1940 roku. Jak wiele młodych ludzi w PRL należała do komunistycznej formy harcerstwa i dzięki temu na obozie poznała swego przyszłego męża. Jacek był starszy od niej o sześć lat i należał do kadry kierowniczej obozu. Było to w lecie 1955 roku.
Następny rok 1956 przyniósł rewolucyjne zmiany w Polsce. Po Październiku został odtworzony w tradycyjnym - bogoojczyźnianym kształcie - Związek Harcerstwa Polskiego z poprzednią, niekomunistyczną kadrą kierowniczą. Jacek Kuroń, który brał czynny udział w wydarzeniach październikowych na Uniwersytecie Warszawskim, w znak sprzeciwu wobec tradycyjnego ZHP stworzył "czerwone harcerstwo" w kształcie Hufca im. gen. Waltera, czyli polsko-sowieckiego generała Karola Świerczewskiego. Do tego harcerstwa chętnie posyłali swe dzieci ideowi komuniści, często żydowskiego pochodzenia, co później wykorzystała przeciwko wychowankom Kuronia propaganda komunistyczna spod znaku generałów Jaruzelskiego i Moczara. W 1959 roku Gajka i Jacek pobrali się, zaś w następnym roku Grażyna urodziła Maćka. Wszystkie lata ich pożycia małżeńskiego Gajka była wzorową żoną i matką, a zarazem wierną współpracownicą swego męża, który wkrótce został organizatorem różnorakich działań opozycyjnych. Wychowana w zwyczajnej polskiej rodzinie - katolickiej i patriotycznej, pod wpływem męża odeszła od kościoła i podzielała jego lewicowe poglądy odrzucające patriotyzm (Mnie w prywatnej dyskusji Jacek oświadczył, że naród polski - to hipostaza, czyli byt nierealny. Zaskoczony takim stwierdzeniem, nie zapytałem, czy realnym bytem jest przynajmniej polska mowa). Ukończyła studia psychologiczne, ponoć za namową męża, prawdopodobnie ze względu na dziedziczną dyslekcję swego syna.
Grażynę poznałem w uniwersyteckim klubie dyskusyjnym, zasłuchaną w przemówienie swego męża, zaiste mówcy z Bożej łaski. Została aresztowana przez SB podczas policyjnej akcji w związku z przyjęciem w mieszkaniu Joanny i Stanisława Gomułków na Kole, kiedy znaleziono napisany przez Jacka we współpracy z Karolem Modzelewskim Manifest Rewolucyjny. Było to w końcu listopada 1964 roku.
Następnie Karol Modzelewski napisał w porozumieniu z Jackiem List otwarty do PZPR, za który zostali oni skazani odpowiednio na 3,5 oraz 3 lata więzienia. Zbieraliśmy pieniądze na pomoc dla obydwu rodzin uwięzionych. W 1967 roku Gajka zwróciła się do mnie z prośbą, bym został ojcem chrzestnym Maćka, który właśnie miał iść do szkoły. Wyraziłem zgodę, ale Maciek się uparł i nie dał się ochrzcić. Gdy siedziałem z nim w jednej celi podczas stanu wojennego w Białołęce, opowiadał mi z humorem, jak tegoż lata 1967 roku babcia Borucka, czyli mama Gajki usiłowała go ochrzcić w miejscowym kościele w Tuliszkowie, ale on salwował się ucieczką w krzaki.
W czasie uwięzienia Jacka Gajka pracowała jako psycholog w poradni pod własnym nazwiskiem panieńskim. Gdy do niej dzwoniłem do pracy, musiałem pamiętać, że muszę prosić telefonistkę o połączenie z panią Borucką. Po zwolnieniu Jacka z więzienia w Sztumie miałem kilkakrotnie z nim spięcia, w których Gajka - za młodu jego wychowanica w harcerstwie - zwracała mu uwagę na niestosowność jego zachowania. Miała na niego wielki wpływ. Wystarczyło jej powiedzieć: "Jacku, nie wygłupiaj się!", by gryzł się w język mimo zacietrzewienia.
Dzieliła z mężem wszystkie uroki życia opozycjonisty. Podczas jednego z posiedzeń Uniwersytetu Latającego w mieszkaniu Kuroniów została dotkliwie pobita przez bojówkę ZMS. W stanie wojennym cała trójka trafiła do obozów internowania. Siedząc z Maćkiem - tym razem działaczem NZS - w jednej celi namawiałem go, by skorzystał z bogactwa życia religijnego w więzieniu w Białołęce i przyjął chrzest, zapraszając mnie na ojca chrzestnego. Mówiłem mu żartem: "Maćku, twoja mama po śmierci będzie wyniesiona na ołtarze, ale advoctus diaboli wypomni, że nie ochrzciła swego syna". Maciek niestety nie posłuchał mojej rady.
Nie zdawaliśmy sprawy, że jej śmierć nastąpi tak prędko. Chorowała na grzybicę płuc, ale konowały z więziennej służby zdrowia leczyli ja na jakieś dolegliwości kobiece. Dopiero dr Marek Edelman poznał się na rzeczy i ustalił właściwą diagnozę. Było jednak za późno. "Człowiek honoru", gen. Kiszczak nie dał jej umrzeć w obecności męża, którego po ostatnim widzeniu zabrano ze szpitala do więzienia. Zmarła 23 listopada 1982 roku. Miała tłumny pogrzeb na katolickich Powązkach. Na stypie Jacek przekonywał mnie, że Gajka była świadomą ateistką, ale ja wiem swoje. Widziałem ją na pogrzebie jej teścia, pana Henryka Kuronia wkrótce po zwolnieniu jej z obozu internowania szczerze i żarliwie modlącą się u jego grobu. A siedząca z nią w jednej celi Teresa Kłosówna ze Szczecinka opowiadała mi wkrótce po jej śmierci, że bardzo przeżywała uwięzienie męża i syna, płakała czytając ich listy i często się modliła.
Grażyna Kuroniowa była wielką postacią polskiej opozycji, niestety w wydanym przez Ośrodek "Karta" Słowniku biograficznym Opozycja w PRL nie ma jej biogramu, zaś w obszernym biogramie jej męża nie ma o niej najmniejszej nawet wzmianki. A szkoda.

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


Sadysta z Mokotowa i Miedzeszyna mieszka na warszawskim Bródnie i kpi sobie z prawa
Przedawniony Kędziora? - Tadeusz M. Płużański
Wysłane sobota, 25, grudnia 2010 przez Krzysztof Pawlak

Inne artykuły związane z tematem bandytów komunazistycznych:

- Jerzy Kędziora - sadysta z bezpieki - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (10) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (9) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (8) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (7) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (6) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie, (5) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie, (4) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (3) - Tadeusz M. Płużański

- Bestie (2) - Tadeusz M. Płużański

- Mordercy narodu polskiego - Tadeusz M. Płużański

- "Generał smród" skazany - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego

Kilka lat temu proces ubeka Jerzego Kędziory został zawieszony, ze względu na śmierć wszystkich jego ofiar. Tak, jakby nie wystarczyły dokumenty i pisemne zeznania świadków. Takie wadliwe prawo mamy dziś w Polsce. Ale zaprotestował Wacław Sikorski: ja przecież jeszcze żyję. Tylko dzięki byłemu AK-owcowi sprawa jest dziś kontynuowana. Kędziora w śledztwie tak znęcał się nad Sikorskim, że do dziś nie słyszy na jedno ucho i ma rozbitą przegrodę nosa.

W międzyczasie doszło do kuriozalnej sytuacji. Prowadzący proces Kędziory Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa (ul. Ogrodowa 51 A) uznał, że sprawa wymaga wiedzy historycznej i nie jest kompetentny, aby ją właściwie ocenić. Dlatego chciał, aby rozpatrywał ją sąd wyższej instancji (okręgowy). Ten jednak odmówił, twierdząc, że... oskarżony nie jest osobą znaną i nie budzi zainteresowania opinii publicznej. A pojedyncze artykuły w specjalistycznej prasie nie są w stanie tego zmienić. Cóż, gdyby Kędziora był celebrytą, warto byłoby się nim zająć, bo część splendoru takiej "gwiazdy" mogłaby spłynąć na sędziów i nazwisko pojawiłoby się w czołowych mediach.
Kędziora wniósł o umorzenie sprawy, ze względu na przedawnienie. Powołał się na dwa wyroki Sądu Najwyższego: w sprawie zbrodni komunistycznych z 25 maja 2010 r., i w sprawie Ireneusza Kościuka, milicjanta, który katował studenta Grzegorza Przemyka z 28 lipca 2010 r. Zarzuty wobec Kędziory - według Kędziory - miały się przedawnić 1 stycznia 1990 r.
Adwokatka Wacława Sikorskiego powołała się na IPN-owski akt oskarżenia, który czyny popełnione przez Kędziorę uznał za zbrodnię komunistyczną, będąca jednocześnie zbrodnią przeciwko ludzkości, nie ulegającą przedawnieniu.
Rozprawa była wyznaczona na 23 listopada. Sąd przełożył ją jednak, gdyż Kędziora przysłał list, że jest chory. Z zaświadczenia, wystawionego przez Szpital Kliniczny Dzieciątka Jezus wynika, że ma liszaja płaskiego, nadciśnienie tętnicze, przerost gruczołu krokowego i zaćmę początkową. Lekarz stwierdził, że Kędziora będzie mógł stawić się w sądzie po 5 grudnia. Kolejny termin wyznaczono na 20 stycznia.

"Wyrok to ja tutaj piszę"

Sprawa Kędziory została wyłączona z większego śledztwa IPN dotyczącego znęcania się przez funkcjonariuszy MBP nad Oktawianem Lechem Lipińskim i Władysławem Jedlińskim. Ustalono jednak, że pozostali "oficerowie" śledczy zmarli. Zostało po nich 15 opasłych tomów akt.
Władysława Jedlińskiego, oficera wywiadu AK, a po wojnie kierownika sieci informacyjnej IV Zarządu Głównego WiN Kędziora nie oszczędzał. Szczególnie brutalny był pierwszy, pięciomiesięczny etap śledztwa. Jedliński był nieludzko torturowany, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, umieszczano go w karcerze, pozbawiano snu.
Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie 15 lipca 1955 r. skazał Władysława Jedlińskiego na dożywocie. 8 września 1955 r. Najwyższy Sąd Wojskowy pod przewodnictwem płk Mieczysława Widaja (jednego z najbardziej krwawych sędziów) utrzymał wyrok w mocy. Z więzienia mokotowskiego został warunkowo zwolniony w grudniu 1957 r.
Kędziora maltretował również w śledztwie żonę Jelińskiego - Henrykę, skazaną na 15 lat więzienia, i innych członków rodziny, w tym siostrzeńca - Wacława Sikorskiego, który na rozprawę przeciw Jedlińskiemu został przetransportowany z Rawicza.
Ten ostatni, też AK-owiec, dobrze zapamiętał Kędziorę: "Straszono mnie, że jeśli nie podpiszę dokumentu kończącego śledztwo, znów będę miał z nim do czynienia". Od innego "śledzia" usłyszał: "Ty jesteś ch..., a nie oficer. Wyrok to ja tutaj piszę, dostaniesz KS".
I faktycznie, w 1948 r. w kiblowym procesie (w celi, bez prokuratora i obrońcy) Sikorski został skazany na karę śmierci, ale Bierut ostatecznie zamienił ją na dożywocie. Gdy próbował złożyć skargę, usłyszał, że "szkaluje władze bezpieczeństwa". W celi przebywał razem z mjr. "Zaporą".

Chcieli uciec z więzienia

Sprawę "Zapory" - mjr. Hieronima Dekutowskiego, żołnierza Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, cichociemnego, dowódcy oddziałów partyzanckich Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych i Zrzeszenia WiN na Lubelszczyźnie też prowadził Kędziora, razem z Eugeniuszem Chimczakiem, innym, żyjącym do dziś ubeckim sadystą. Podczas niejawnej rozprawy 3 listopada 1948 r. przed Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie Dekutowski, wraz z podkomendnymi, dostał KS. Do dziś nie znamy miejsca ich pogrzebania.
Wcześniej "Zaporczycy" próbowali uciec. Z celi dla "kaesowców", gdzie siedziało ponad sto osób, wywiercili dziurę w suficie. Przez strych chcieli dostać się na dach jednopiętrowych zabudowań gospodarczych, a stamtąd zjechać na powiązanych prześcieradłach i zeskoczyć na chodnik ulicy Rakowieckiej. Niemal w przededniu ucieczki wsypał ich więzień kryminalny, licząc na złagodzenie wyroku.
3 grudnia 1955 r. z innego więzienia - w Sieradzu - chciał uciec Marian Gołębiewski, ale próbę udaremnili funkcjonariusze KBW. Gołębiewski - inspektor WiN (wcześniej AK i DSZ) na Zamojszczyźnie - to kolejna ofiara Kędziory. Zanim trafił na Rakowiecką, miał plan, żeby odbić stąd więźniów. 3 lutego 1947 r., w procesie I Zarządu WiN sąd wymierzył mu karę śmierci, złagodzoną następnie przez Bieruta na dożywocie. Po wyjściu na wolność w czerwcu 1956 r. miał kłopoty ze znalezieniem pracy, działał w opozycyjnej organizacji "Ruch".
Jerzy Kędziora przesłuchiwał też wielu innych WiN-owców, np. Edwarda Bzymka-Strzałkowkiego, oficera wywiadu i kontrwywiadu Okręgu Kraków ZWZ-AK, po 1945 r. szefa Brygad Wywiadowczych DSZ-WiN (opracowywał i przekazywał Rządowi RP na Uchodźstwie miesięczne sprawozdania o sytuacji w kraju). Skazanemu na trzykrotną karę śmierci we wrześniu 1947 r. w tzw. procesie krakowskim WiN i Polskiego Stronnictwa Ludowego, złagodzono następnie wyrok do 15 lat. Z więzienia wyszedł w sierpniu 1956 r.
W tej samej sprawie Kędziora przesłuchiwał prezesa II Zarządu WiN Franciszka Niepokólczyckiego, skazanego na trzykrotny KS. Po zmianie kary na dożywocie, na wolność wypuszczono go w grudniu 1956 r.

Dużo własnej inicjatywy

Jerzy Kędziora urodził się 5 kwietnia 1925 r. w Ostrowcu Kieleckim. Jego matka, Lucyna Gajewska, była krawcową. Ojciec, Daniel, z zawodu szewc, w II Rzeczpospolitej został skazany za działalność w KPP, w czasie wojny w Związku Patriotów Polskich w Gruzji, po 1945 r. w PPR, zajmował się gospodarstwem domowym. Matka awansowała na pracownicę Wydziału ds. Kultury i Oświaty MBP. Bezpieka, sprawdzając rodzinę swojego pracownika, nie znalazła żadnych haków, prócz tego, że ojciec lubił alkohol.
W powojennej ankiecie Jerzego Kędziory czytamy, że po wrześniu 1939 r. przebywał we Lwowie, gdzie skończył trzy klasy gimnazjum, miał obywatelstwo sowieckie. W rubryce języki wpisał: rosyjski, niemiecki (dobrze), francuski (słabo). A więc erudyta.
Jak trafił do bezpieczeństwa? Służył w GL (od czerwca 1943 r., ps. Stefan) i AL (do stycznia 1945 r., ps. Francuz, ale, jak wynika z opinii świadków, zeznających dla wewnętrznych potrzeb resortu - był mało aktywny).
Współpracownikiem MBP został w lutym 1945 r., a pracownikiem w maju tego roku. Do grudnia 1947 r. "brał udział w walce z bandami i reakcyjnym podziemiem". A tak o Kędziorze pisali przełożeni: "pochodzenia rzemieślniczego, przynależności społecznej inteligencji pracującej (...) z zawodu pracownik umysłowy [sic!!! - TMP]". Aby jeszcze bardziej podnieść swoje "umysłowe" kwalifikacje, skończył dwuletnią Szkołę Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego. W styczniu 1951 r. zdał egzamin MBP z zajęć politycznych z wynikiem bardzo dobrym: "materiał opanowany, lotność umysłu".
W MBP dochrapał się stanowiska kierownika sekcji śledczej i pozytywnych opinii szefa wszystkich "śledzi" Jacka Różańskiego (Józefa Goldberga), który 4 kwietnia 1953 r. pisał o Kędziorze: "jest pracownikiem samodzielnym i posiada dużo własnej inicjatywy". Ale ober-ubek miał też uwagi: "mocno zarozumiały, posiada manię wyższości, wobec podwładnych niewyrozumiały - co ujemnie odbija się na wychowaniu podległych mu oficerów".
W opinii z 9 września 1953 r. Różański był bardziej zadowolony ze swojego "pracownika umysłowego": "Prowadząc śledztwo w szeregu sprawach o znaczeniu ogólnopaństwowym osiągnął poważne wyniki operacyjne i polityczne (...) wykazuje wielki wysiłek w walce ze swoimi wadami. Ostatnio wykazuje szereg pozytywnych cech, jak wzmożenie opieki nad podwładnymi, naukę własną, itd.". Ale prócz pochwał były też kary, np. trzydniowy areszt domowy.

Nie miał właściwej
drogi życiowej


Prócz pracy na Mokotowie Jerzy Kędziora należał do Grupy Specjalnej MBP - tajnej komórki, powołanej latem 1948 r., przekształconej następnie w X Departament, który zajmował się sprawami szczególnymi - "oczyszczaniem" szeregów PZPR z agentów i prowokatorów. Grupa działała w równie tajnym więzieniu bezpieki (kryptonim "Spacer") w Miedzeszynie pod Warszawą.
Kędziora mówił: "Kiedy zostałem skierowany do Miedzeszyna, miałem 23 lata. Podczas przesłuchań używano takich metod jak: klęczenie na stołku, karcer czy wkładanie ołówka między palce. Pierwszy wypadek z ołówkiem zastosował Światło [Józef Światło, właściwie Izaak Fleischfarb, zastępca Anatola Fejgina, dyrektora X Departamentu - TMP]. (...) Słyszeliśmy w tym czasie opowiadania na temat metod stosowanych w "dwójce" i dlatego wydawało się nam, że nasze postępowanie było łagodne".
Wkrótce jednak sielanka życia "oficera" bezpieki skończyła się. W 1955 r., na fali rozpoczynającej się "odwilży", przełożeni wyciągnęli mu, że podczas przesłuchań ciężko pobił Wacława Dobrzyńskiego (w czasie niemieckiej okupacji oficera Sztabu Głównego AL, przed aresztowaniem naczelnika wydziału w IV Departamencie MBP), w wyniku czego Dobrzyński zmarł.
Kędziora nie czuł się winny: "Odpowiedzialnym za wprowadzenie terroru jest Romkowski [Roman Romkowski, właściwie Natan Kikiel, wiceszef bezpieki - TMP]. Zostałem zdjęty z pracy na skutek pobicia Dobrzyńskiego, który poprzednio był bity przez Romkowskiego i Różańskiego. Po 1949 roku byłem szykanowany przez Różańskiego do tego stopnia, że po usunięciu mnie z Departamentu Śledczego dostałem rozstroju nerwowego i choroby psychicznej. Do 1954 roku chodziło za mną to, że jestem wrogiem".
Na wniosek Różańskiego, swojego wcześniejszego protektora, Kędziora został przeniesiony do Departamentu Szkolenia MBP. Pretekstem było to, że zataił przynależność do PZP [Polski Związek Powstańczy: kryptonim Armii Krajowej - TMP]. Kędziora kajał się, że nie była to przynależność, a jedynie kontakty z ludźmi PZP.
Wyrokiem z 2 stycznia 1956 r. Sąd Wojewódzki dla m. st. Warszawy skazał go na trzy lata więzienia. Popełnienie przestępstwa potwierdzono, ale "jako okoliczność łagodzącą sąd miał na uwadze, że osk. Kędziora nie miał dotychczas właściwej drogi życiowej, gdyż rozwój jego od 19 roku życia nie zawsze miał prawidłowy przebieg [czyli praca w bezpiece!!! - TMP], a ponadto (...) osk. Kędziora zrozumiał swoje błędy i śmierć Dobrzyńskiego przeżył i przeżywa jako ogromne zło, którego nie da się odwrócić". W areszcie spędził tylko kilka miesięcy. Sprawę ostatecznie zatuszowano, ale 13 lipca 1955 r. zwolniono go z MBP.
Jerzy Kędziora, sadysta z Mokotowa i Miedzeszyna, do dziś mieszka na warszawskim Bródnie, pobierając wysoką, "resortową" emeryturę. Z dawnymi kolegami z bezpieki, których w samej stolicy żyje jeszcze co najmniej kilku, spotyka się systematycznie w siedzibie Związku Kombatantów RP (dawny ZBoWiD) w Alejach Ujazdowskich. Kilka lat temu Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych pozbawił go uprawnień, będących przecież uhonorowaniem szczególnych zasług dla Polski.
W 2004 r. Kędziora został przesłuchany przez prokuratora IPN. Żadnych śledztw ani nazwisk nie pamiętał, "przypominał sobie" dopiero po okazaniu mu dokumentów. Akt oskarżenia powstał 28 września 2009 r. Teraz czekamy na wyrok sądu wolnej Polski.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


O podmiotowość obywateli i samorządów - prof. Jerzy Przystawa Wysłane poniedziałek, 20, grudnia 2010 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

- Nagrania JOW TV i TV ASME

- "Poseł z każdego powiatu - propozycje i perspektywy reformy prawa wyborczego" - konferencja Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW w Suchej Beskidzkiej (część 4)

- "Poseł z każdego powiatu - propozycje i perspektywy reformy prawa wyborczego" - konferencja Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW w Suchej Beskidzkiej (część 3)

- "Poseł z każdego powiatu - propozycje i perspektywy reformy prawa wyborczego" - konferencja Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW w Suchej Beskidzkiej (część 2)

- "Poseł z każdego powiatu - propozycje i perspektywy reformy prawa wyborczego" - konferencja Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW w Suchej Beskidzkiej (część 1)

- I Debata Ustrojowa - dyskusja pod patronatem Rzecznika Praw Obywatelskich, p. Janusza Kochanowskiego o wprowadzeniu ordynacji JOW w wyborach parlamentarnych w Polsce - część III z udziałem publicystów największych tytułów prasowych Polski

- System proporcjonalny prowadzi do zaniku zarówno intelektualnego, jak i demokratycznego ducha organizacji partyjnych - rzecznik praw obywatelskich, dr Janusz Kochanowski

- W partiokracji wyborca nie ma nic do powiedzenia, system JOW tworzy relację między wyborcą a posłem - prezydent Centrum im. Adama Smitha Robert Gwiazdowski

- Obecny system polityczny i metoda wyboru do niego przedstawicieli obywateli Rzeczypospolitej jest systemem fasadowym. Potrzebne są teraz tak duże zmiany, jak te z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku - wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski

- Prezydent RP z wielkim szacunkiem podchodzi do ludzi, którzy troszczą się o nasz kraj - IV Marsz woJOWników na Warszawę w relacji JOW TV cz. II

- IV Marsz woJOWników na Warszawę - w relacji JOW TV

- W europejskich państwach, gdzie jest ordynacja proporcjonalna, partie polityczne realizują interes swoich przywódców, a przywódcy są zblatowani z establiszmentem - Rafał Ziemkiewicz, publicysta prawicowy

- W Polsce nadszedł czas, byśmy rządzili się tak, jak wymaga tego demokracja i system gospodarki rynkowej, czyli - jednomandatowe okręgi wyborcze - Prezes Zarządu Business Centre Club Marek Goliszewski

Jedną z zasadniczych cech Rzeczypospolitej powstałej po upadku PRL jest myślenie centralistyczne i tendencja do maksymalnego ograniczenia podmiotowości obywatela na rzecz centralnej biurokracji i centralnych aparatów partyjnych. Ofiarą tej mentalności jest nie tylko pojedynczy obywatel, ale i wszelkie tzw. organizacje pozarządowe (NGO), a przede wszystkim samorząd terytorialny, jego ustrój i struktury. Na świecie, w głównych krajach demokratycznych, samorządy terytorialne, zwłaszcza gminy, same regulują takie sprawy, jak kształt i struktura samorządowej władzy oraz sposób jej wyłaniania, nie są do tego potrzebne jednolite regulacje ustawowe. Dlatego, na przykład, Chicago wybiera sobie 50 radnych, a znacznie większe Los Angeles ma tych radnych tylko 15, czyli mniej więcej tyle samo ile ponad sześciokrotnie mniejsze Denver. Ustawy powinny regulować tylko kompetencje poszczególnych organów państwa i samorządów, gwarantować zapewnienie respektowania podstawowych praw obywatelskich, a nie ingerować w struktury i procedury gminne.

Podstawowym mankamentem samorządności w Polsce jest zasadnicze ograniczenie biernego prawa wyborczego obywateli do wszystkich szczebli samorządowej władzy. Najbardziej jaskrawym przykładem jest tu procedura wyboru najważniejszego elementu władzy samorządowej, jakim jest mandat wójta, burmistrza czy prezydenta miasta (WBPiM). Żaden mieszkaniec gminy nie posiada tego podmiotowego prawa, jakim jest prawo kandydowania na urząd WBPiM. Tylko ciała zbiorowe - komitety wyborcze - mają prawo wysunięcia kandydata na WBPiM, a i to pod warunkiem, że NAJPIERW wysuną i zarejestrują kandydatów na radnych w ponad połowie okręgów wyborczych! W ten sposób, od samego początku, przyszły wójt, burmistrz czy prezydent miasta staje się zakładnikiem jakiejś grupy osób czy partii, która niekoniecznie cieszy się uznaniem gminnej społeczności. Dobrą ilustracją jest tu przykład byłego prezydenta Bydgoszczy, Konstantego Dombrowicza, który wygrywał kolejne wybory, podczas gdy ani jeden z kandydatów do rady miejskiej, wysuniętych przez ten sam komitet wyborczy, nie zdobył mandatu. Jak z tego wynika, mieszkańcy Bydgoszczy, owszem, chętnie widzieli jako swego gospodarza p. Dombrowicza, ale już nie koniecznie ludzi z nim związanych i wzajemnie się popierających. Być może ten fakt stanowi też wyjaśnienie jego porażki w wyborach samorządowych 2010 roku. Często w dyskusjach o samorządzie gminnym podnosi się sprawę "układów gminnych", koterii, a nawet mafii, a zapomina, że sama ordynacja wyborcza skłania do powstawania i tworzenia takich nieformalnych powiązań i układów. Eliminuje to jednocześnie z udziału w konkursie na stanowisko wójta, burmistrza czy prezydenta miasta ludzi, którzy nie chcą wchodzić w takie układy i uzależniać swego mandatu od tych, którzy nie zawsze zasługują na zaufanie i nie zawsze motywowani są rzeczywistym interesem społeczności gminnej, tylko swoim własnym.

Innym elementem szkodliwym dla prawidłowego demokratycznego procesu wyborczego jest dwuturowość wyborów WBPiM. Do czego naprawdę jest potrzebna ta druga tura i jaki jest pożytek z pieniędzy wydawanych na jej przeprowadzanie? Argumentem najczęściej wysuwanym jest opinia, że to dopiero mandat zdobyty w II turze jest mandatem naprawdę większościowym, bo dopiero tam widać, czy kandydat ma poparcie bezwzględnej większości. Jest to wniosek nieuprawniony: w II turze frekwencja wyborcza jest na ogół niższa niż w pierwszej. Przypuśćmy, że zwycięzca w I turze otrzymał 40% głosów poparcia przy frekwencji 50%, natomiast w II turze jego konkurent dostał 50% głosów przy frekwencji 30%: czy w ten sposób reprezentuje on już większość wyborców? Nie, ponieważ 0,4 razy 0,5 (w I turze) to jest 0,2, podczas gdy 0,5 razy 0,3 w II turze to tylko 0,15!

Najczęściej, wybory w II turze, służą konfliktowaniu społeczności gminnej, rozwojowi partyjnej agitacji, zwalczaniu konkurentów per fas et ne fas, dobitnie o tym świadczy skandal, jaki wybuchł przy okazji ostatnich wyborów prezydenckich w Wałbrzychu. Na dodatek te szkodliwe i nieparlamentarne działania są najczęściej nieskuteczne, bo i tak w większości przypadków wygrywają wybory ci, którzy byli najlepsi w I turze.

Jest wiele małych gmin, w których od lat trudno jest znaleźć chętnych do sprawowania mandatu wójta i gdzie zgłasza się tylko jeden kandydat. Amerykanie, Anglicy, Kanadyjczycy, w takiej sytuacji, gdy kandydat się zarejestrował, a informacja o tym została powszechnie ogłoszona i nie ma konkurenta - w ogóle głosowania nie przeprowadzają i oddają urząd temu, który chce go sprawować! Po co w takim przypadku przeprowadzać wybory, domagać się ponad 50% frekwencji? Jest kandydat, nikt nie zgłasza sprzeciwu, nie ma nikogo, kto chciałby z nim konkurować, po co są potrzebne te kłopotliwe zabiegi wyborcze? Urząd wójta, wbrew opiniom ludzi niezorientowanych, nie jest żadną intratną synekurą, lecz odpowiedzialnością moralną i prawną za mienie gminne, za każdą dziurę w jezdni, za każdy krzywy dom, nieodśnieżone ulice i nieusunięte śmieci itd., itp. Mało kto jest gotów tej odpowiedzialności się podjąć i jej podołać.

Kolejnym przykładem ograniczenia podmiotowości obywateli jest ograniczenie biernego prawa wyborczego w wyborach na radnych gmin. Ordynacja wyborcza także i tutaj wymaga tworzenia komitetów wyborczych, które mają prawo zgłaszania kandydatów, ale znowu prawo to posiada charakter kolektywny, to znaczy, że komitet musi zgłosić całą listę, a nie konkretnego kandydata. Powstaje więc znowu układ związany, obywatel ma bierne prawo wyborcze dopiero w powiązaniu z innymi! Tylko w gminach małych, w których nowa ustawa wprowadza okręgi jednomandatowe, to ograniczenie biernego prawa wyborczego zostaje usunięte. Dlaczego mieszkaniec Wrocławia, Warszawy, Torunia czy Krosna nie ma prawa zgłoszenia swojej kandydatury na radnego, tylko musi się wiązać w jakieś "listy", natomiast już mieszkańcy małego miasta, jak Grodzisk Mazowiecki czy Oława, takie prawo będą posiadali? Jest to nie tylko ograniczenie biernego prawa wyborczego mieszkańców Krakowa, Poznania itd., ale naruszenie fundamentalnej zasady równości praw wyborczych.

Oczywiście, głównym problemem samorządu terytorialnego jest karykaturalne wręcz upartyjnienie państwa, które wynika z obowiązku głosowania na listy partyjne w wyborach do Sejmu. Wybory z list partyjnych powodują, że partie polityczne traktują obecnie gminy i samorząd terytorialny jako łup partyjny i na terenie samorządowym działają jak grupy kolonizatorów, które przechwytują dla swoich wszystkie ważniejsze i intratniejsze stanowiska. Tak jak to jest w demokracjach zachodnich - partie polityczne nie powinny mieć prawa udziału w wyborach samorządowych i ingerencji w funkcjonowanie samorządu terytorialnego.

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Jeden z oprawców, którzy w stalinizmie wykonywali wyroki śmierci na polskich patriotach, do dziś pobiera wysoką emeryturę
To oni strzelali w tył głowy - Tadeusz M. Płużański
Wysłane piątek, 17, grudnia 2010 przez Krzysztof Pawlak

W latach 1944 - 1956 w więzieniu przy ul. Rakowieckiej stracono ponad tysiąc osób. Wiele z nich było ofiarami Piotra Śmietańskiego i Aleksandra Dreja. Ustaliliśmy, że obaj już nie żyją. Innemu seryjnemu zabójcy z więzienia w Kielcach i Radomiu, płk. Wacławowi Ziółkowi, III RP płaci co miesiąc cztery tys. złotych.

W latach 1945-50 Piotr Śmietański był na Mokotowie dowódcą plutonu egzekucyjnego. Sądząc z podpisów na protokołach wykonania wyroków śmierci - ledwo piśmienny. W praktyce żadnego plutonu nie było. Zabijał tylko on.
Miał jedną, wypróbowaną metodę - zabijał strzałem w tył głowy, metodą sowiecką. W ten sposób zostali zamordowani polscy oficerowie w Katyniu.
Zabijał żołnierzy AK, NSZ, WiN, działaczy niepodległościowych - wszystkich, którzy nie podobali się "ludowej" władzy.
Wśród najbardziej znanych więźniów, od kuli Śmietańskiego zginęli:
Witold Pilecki - 25 maja 1948 r.,
Hieronim Dekutowski, "Zapora" - 7 marca 1949 r.,
Adam Doboszyński - 29 sierpnia 1949 r.,
Ich nazwiska można dziś znaleźć na pamiątkowej tablicy umieszczonej na więziennym murze. Zostali pogrzebani prawdopodobnie na "Łączce" - dzisiejszej kwaterze "Ł" cmentarza wojskowego na Powązkach.

DO IZRAELA?

Śmietański zaczynał w bezpiece (Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie) na początku 1945 r. jako wywiadowca. Funkcja kata kryje się pod terminami: "do dyspozycji szefa" i "oficer do zleceń". Był też "agentem zaopatrzenia", chyba po to, aby bardziej urozmaicić sobie monotonną pracę.
Do niedawna nie wiedzieliśmy, jak ten etatowy morderca wygląda. Po raz pierwszy zdjęcie starszego sierżanta Piotra Śmietańskiego opublikowano w albumie Jacka Pawłowicza "Rotmistrz Witold Pilecki 1901 - 1948" (Wydawnictwo Instytutu Pamięci Narodowej). Namówiłem historyka IPN, aby prócz materiałów ikonograficznych przedstawiających rotmistrza, jego rodzinę i współpracowników, pokazać także twarze morderców - od przywódców komunistycznej partii i państwa, szefostwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, po "oficerów" śledczych bezpieki, sędziów, prokuratorów, w końcu Śmietańskiego. Jacek Pawłowicz najdłużej szukał właśnie jego fotografii. Ale jest, udało się.

Po opublikowaniu albumu rozdzwoniły się telefony - wreszcie, po latach mogliśmy zobaczyć twarz (w bardziej dosadnych słowach: mordę) tego oprawcy. Ale zaraz pojawiło się pytanie: Co się z nim dzieje? Nikt nigdy go nie odszukał. Ze skąpych relacji wiemy jedynie, że więźniowie Mokotowa nazywali go "Lodziarz" lub "Poniatowski", ze względu na długie bokobrody. Potem pojawiła się informacja, że wyjechał do Izraela.

JEDEN STRZAŁ

W egzekucji rotmistrza, prócz Śmietańskiego, brał udział m. in. zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego Ryszard Mońko (dwa zawody: technik rolniczy i mechanik, do 1962 r. był m.in. naczelnikiem więzienia w Częstochowie). Pięć lat temu, podczas procesu Czesława Łapińskiego oskarżonego przez IPN o udział w mordzie sądowym na Witoldzie Pileckim, zeznawał (jako świadek!!!): - 25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów, dwóch w mundurach wojskowych, dwóch po cywilnemu. Byli z bezpieki. Na polecenie prokuratora [Stanisława Cypryszewskiego - TMP] rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X Pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu. Widziałem, jak prowadzili Pileckiego pod ręce, a on poprosił ich, żeby go puścili, bo chce iść sam. Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Lekarz w wojskowym mundurze wszedł do budynku i stwierdził zgon".
Mońko pamiętał też Śmietańskiego, ale nie wiedział, co teraz robi. Informacji o kacie z Rakowieckiej nie ma w polskiej ewidencji: Wydziale Kadr Centralnego Zarządu Służby Więziennej, Centralnym Departamencie Kadr MON, Archiwum Wojsk Lądowych i jego trzech filiach, Biurze Ewidencji i Archiwum UOP. Śmietański nie figuruje również w rejestrze PESEL. W związku z brakiem jakichkolwiek danych o mordercy śledztwo przeciwko niemu zostało w 2004 r. umorzone. Ostatecznie okazało się, że Piotr Śmietański... zmarł jeszcze w 1950 r. na gruźlicę.

MEDALIK Z MATKĄ BOSKĄ

Po Śmietańskim strzałem w tył głowy na Mokotowie zabijał inny starszy sierżant Aleksander Drej. Podobno był wyjątkowo zachłanny, wykłócał się o każdą nagrodę za egzekucję. W końcu doczekał się - zarządzeniem nr 19 MBP za ofiarną pracę w zwalczaniu wrogiego podziemia otrzymał premię w wysokości 30 tys. zł.
W wojewódzkim UBP w Warszawie pojawił się prawie równo ze Śmietańskim - w lutym 1945 r., też w roli młodszego wywiadowcy (skończył w 1954 r. jako młodszy referent, czyli służbowej kariery nie zrobił). Tak jak Śmietański był "do dyspozycji szefa" i "do zleceń". Lubił chwalić się, że tak bohatersko walczył w czasie wojny w szeregach Armii Ludowej, że został dwukrotnie ranny. Jego akta nic o tym jednak nie mówią.
Drej zamordował wielu, którzy naprawdę poświęcali życie dla wolnej Polski, m.in. Zygmunta Szendzielarza, dowódcę V Brygady Wileńskiej. Był 8 luty 1951 r. Z celi major "Łupaszko" został wyprowadzony wczesnym wieczorem. Prokurator odczytał wyrok śmierci w imieniu Rzeczpospolitej. Potem oprawcy zmusili Szendzielarza, aby pochylił się do przodu. Chcieli, aby zobaczył leżące na schodach martwe ciała trzech swoich kolegów, zabitych przed chwilą. Kula dosięgła "Łupaszkę" o godz. 20.15. Tak przynajmniej wynika z protokołu egzekucji. Drej jest podpisany jako dowódca plutonu egzekucyjnego. Jednak strzelał w tył głowy tylko on sam. Mimo upływu lat zwyczaje na Rakowieckiej nie zmieniły się.
Niecały miesiąc później, 1 marca 1951 r. - w piwnicach domku gospodarczego na Mokotowie - wykonał wyrok na siedmiu członkach IV Zarządu Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Komendant, ppłk Łukasz Ciepliński, wiedział, że nie będzie miał pogrzebu, tylko zostanie wrzucony pod osłoną nocy do jakiegoś bezimiennego dołu. Dlatego tuż przed śmiercią połknął medalik z Matką Boską. Mimo to jego ciała, jak i podkomendnych do dziś nie udało się odnaleźć. Drej zabijał w dziesięciominutowych odstępach, co oznacza, że egzekucja całego IV Zarządu WiN trwała 70 minut. Gdyby miał pomocników, gdyby naprawdę istniał zapisany w ubeckich papierach pluton egzekucyjny, sprawa mogła pójść znacznie sprawniej...

"POCHOWANI" W GNOJÓWCE

Drej spełniał się w roli kata już za czasów Śmietańskiego. 19 lutego 1947 r. późnym wieczorem pojawił się w Płońsku. W tamtejszym więzieniu mówiło się, że przyjechał funkcjonariusz UB z centrali, czyli z Rakowieckiej. Dlaczego Drej zawitał do Płońska? Miał zastrzelić trzech mężczyzn - żołnierzy Ruchu Oporu Armii Krajowej. Bronisław Urbański ps. Andrzej, "Ślepy", Zygmunt Ciarka "Sowa" i Marceli Gajewski "Mściciel" 9 grudnia 1946 r. zostali skazani na KS przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie. Mieli jednak nadzieję, że unikną śmierci - za trzy dni wchodziła w życie amnestia, która miała ich objąć. Nawet więzienni strażnicy powtarzali im, że mogą spać spokojnie.
Jednak Aleksander Drej na darmo by nie przyjeżdżał. Minęło kilka godzin i w towarzystwie innych funkcjonariuszy więziennych wyprowadził trzech żołnierzy Niepodległej na zaplecze płońskiego aresztu. Było kilka minut przed trzecią w nocy. Konwój zatrzymał się przy należącej do zakładu karnego chlewni. Tu Drej otworzył do niewinnych ogień. Najpierw posłał do nich serię z karabinu, potem wyciągnął pistolet i dobijał każdego strzałem z pistoletu w głowę. Teraz trzeba było zabitych "pochować". Nie namyślając się wiele wrzucił ich ciała do dołu, wyżłobionego przez strumień gnoju i błota, wylewających się z chlewni. Aby żaden ślad nie pozostał, przykrył trupy ROAK-owców jeszcze jedną warstwą gnojówki. Plan faktycznie powiódłby się, gdyby nie świadek, przyjaciel jednego z zamordowanych, który widział całe zdarzenie z okna celi.
Po odejściu z bezpieki Aleksander Drej przez rok pracował w milicji. Został jednak zwolniony wobec braku "przygotowania do służby w MO", gdyż "przez okres służby w BP st. sierż. Drej wykonywał zlecenia specjalne". Krwawy kat zmarł kilka lat temu w Warszawie. Do końca pobierał resortową emeryturę dla szczególnie zasłużonych.

MAJOR PLAMA

Jeszcze jeden oprawca, który miał już nie żyć, ale okazało się, że była to celowa dezinformacja. To Wacław Ziółek - kat z Kielc, ur. w 1927 r., znany w ubecji jako "major Plama". Typ ten nie tylko był naczelnikiem kieleckiego więzienia, ale osobiście wykonywał wyroki śmierci na członkach antykomunistycznego podziemia. To on również torturował słynnego "Szarego" - Antoniego Hedę. Katem był również w więzieniu w Radomiu.

Stefan Bembiński "Harnaś" (który 9 września 1945 r. wraz ze swoim oddziałem przeprowadził brawurową akcję zajęcia Radomia, zdobycia tamtejszego więzienia i uwolnienia aresztowanych) w wydanych w 1996 r. wspomnieniach "Te pokolenia z bohaterstwa znane" pisał, że w radomskim areszcie "wczesnym rankiem wykonywano codziennie wyroki śmierci. (...) Kat, Wacław Ziółek, występujący przy wykonywaniu tej czynności w polskim mundurze porucznika, zjawiał się w więzieniu po południu. (...) Kazał oddziałowemu otwierać cele ze skazańcami i z korytarza przyglądał się im. Taksował każdego. Był dobrym rzemieślnikiem. Za każdy wyczyn otrzymywał 600 do 700 ówczesnych zł. Potem wychodził na zewnętrzne podwórko, sprawdzał, czy na drodze przemarszu ze skazanym nie ma zanieczyszczeń, kamieni, kawałków żelaza czy drewna. Z kolei kierował się do garażu. Sprawdzał, czy pętla dobrze się zaciska, czy urządzenie uruchamiające zapadnię działa cicho i sprawnie. Potem wychodził z więzienia i zjawiał się rano".
Prócz uśmiercania niewinnych Wacław Ziółek ma na koncie jeszcze inne "sukcesy" - w 1946 r. z ramienia resortu uczestniczył (m.in. razem z Adamem Humerem) w prowokacji, którą PRL-owska historiografia nazwała "pogromem kieleckim". Dziesięć lat później Ziółek przeszedł do Milicji Obywatelskiej, a w latach 90. na emeryturę (w stopniu pułkownika). O niemałych pieniądzach, które dostaje, pisaliśmy na wstępie.

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Historia przyznała rację konfidentowi Informacji Wojskowej, agentowi Związku Sowieckiego - Stanisław Michalkiewicz o grudniowych rocznicach masakry na Wybrzeżu w 1970 roku i wprowadzenia stanu wojennego Wysłane czwartek, 16, grudnia 2010 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |













Historia przyznała rację konfidentowi Informacji Wojskowej, agentowi Związku Sowieckiego - Stanisław Michalkiewicz o grudniowych rocznicach masakry na Wybrzeżu w 1970 roku i wprowadzenia stanu wojennego Wysłane czwartek, 16, grudnia 2010 przez Krzysztof Pawlak

Na temat "wojny krzyżowej":

- "Noc polityki krzyżowej" - pilot filmu TVASME o nocy konfrontacji "obrońców pomnika śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego" ze zwolennikami przeniesienia "krzyża smoleńskiego" do kościoła pw. św. Anny w Warszawie

- Polityczna awantura wokół "krzyża smoleńskiego" przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie - dzień drugi konfliktu


Inne nagrania TV ASME ze Stanisławem Michalkiewiczem:

- Interes sitwy oraz wpływów zagranicznych, czy interes nas wszystkich i naszego państwa? - Stanisław Michalkiewicz o powodach kryzysu politycznego oraz ekonomicznego w województwie polskim UE

- Happening partii Wolność i Praworządność - "Ostatni dzień palenia flagi UE!" - Warszawa 30.11.2009

- Stanisław Michalkiewicz opuszcza Unię Polityki Realnej

- "Polska wobec kryzysu gospodarczego" - wykład Stanisława Michalkiewicza w narodowym Klubie Nowogrodzka 44

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 2)

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 1)

- "Okrągły stół" i jego konsekwencja: III RP - dyskusja z udziałem Stanisława Michalkiewicza i historyka IPN, prof. Antoniego Dudka

- - II Debata studencka "Polska a waluta euro" - Warszawa 19.01.2009 z udziałem Stanisława Michalkiewicza

- Cykl "Cesarstwo Niemieckie i Cesarstwo Rosyjskie wracają do gry" - Stanisław Michalkiewicz o pomyśle, powstawaniu, konsekwencjach rozwoju Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli Unii Europejskiej

"Proszę Państwa, przed Świętami jak zwykle - rocznice, w tym jedna, okrągła: 40. rocznica tak zwanych wydarzeń grudniowych, czyli masakry na Wybrzeżu, przede wszystkim w Gdańsku i Gdyni, chociaż w Szczecinie też, ale w Gdyni była największa... Słynne "Janek Wiśniewski padł...". No i rocznica stanu wojennego, jeszcze nie okrągła, bo 29. Z tej okazji - dyskusja nad rolą Wojciecha Jaruzelskiego, zwłaszcza że ostatnio został odkurzony, wydobyty z lamusa przez pana prezydenta w charakterze konsyliarza doskonałego. Te rocznice skłaniają do postawienia pytania: komu właściwie Historia przyznała rację? Tym bardziej skłania do stawienie tego pytania, że towarzysz generał w swoim pamiętnym przemówieniu telewizyjnym, które każdy swego czasu musiał wysłuchać, wyrażał nadzieję, że Historia osądzi go sprawiedliwie. Komu więc Historia przyznała rację?" - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik naszego serwisu ASME, komentuje ostatnie wydarzenia ze scen "polskiego regionu UE".

Warto zwrócić uwagę, że każdy woli by to właśnie Historia go osądzała, a nie "niezawisłe sądy", ponieważ nawet jeśli to Historia go sądzi - to jednak nie pakuje do kryminału. Inna sprawa, że w przypadku towarzysza "gienierała" "niezawisłe sądy" jak ognia unikają wydania wyroku, zarówno w sprawie masakry 1970 roku, jak i w sprawie stanu wojennego. Trudno zresztą się im dziwić, bo jak "niezawisłe sądy" widzą, jak prezydent, od którego zależą nominacje sędziowskie, tak hołubi "gienierała" Jaruzelskiego, no to przecież nie będą go w tym momencie skazywać na jakieś wyroki... Dlatego jakkolwiek by to zabrzmiało nieprzyjemnie, to trzeba powiedzieć, że Historia przyznała rację "gienierałowi" Jaruzelskiemu! Towarzysz Jaruzelski spędził całe swoje życie na podporządkowywaniu władcom Kremla narodu polskiego i jak pokazują wydarzenia z ostatnich tygodni - uwieńczył swoje życie nawet nie tryumfem stuprocentowym, ale wręcz dwustuprocentowym... - stwierdza sucho Stanisław Michalkiewicz.

Nagranie trwa 7 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja w najlepszej jakości.



Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


"Drukowała Polska cała..." - wernisaż wystawy Stowarzyszenia Wolnego Słowa oraz Muzeum Drukarstwa w Muzeum Woli w Warszawie Wysłane poniedziałek, 13, grudnia 2010 przez Krzysztof Pawlak

Inne nagrania związane z IPN:

- Grupy Oporu "Solidarni" - konferencja naukowa IPN oraz Muzeum Historii Polski w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa - cz. 1

- Recital Jana Pietrzaka w lokalu Stowarzyszenia Wolnego Słowa z okazji Dni Wolnego Słowa 13-14.06.2009 r.

- Czy potrzebny jest IPN? Czy wizerunek Lecha Wałęsy powinien być pod szczególną ochroną? - dyskusja w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa z udziałem Janusza Kurtyki, prezesa IPN i prof. Andrzeja Paczkowskiego, przewodniczącego Kolegium IPN

- Materiały IPN jako źródło historii Polski? - dyskusja w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa z udziałem posła Andrzeja Czumy

Ludzie Roku "Niezależnej Gazety Polskiej" oraz "Gazety Polskiej" - ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski oraz Janusz Kurtyka, prezes IPN

Stowarzyszenie Wolnego Słowa wraz z Muzeum Woli - oddziałem Muzeum Historycznego m.st. Warszawy oraz Muzeum Drukarstwa - oddziałem Muzeum Historycznego m. st. Warszawy z okazji XXX lecia Muzeum Drukarstwa przygotowały 30 listopada 2010 r. w siedzibie Muzeum Woli wernisaż jubileuszowej wystawy "Drukowała Polska cała - nielegalne drukarnie 1976 - 1989".

Zapraszamy do zapoznania się z relacją TV ASME z tego wydarzenia.

Nagranie trwa 19 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja bez uciążliwości reklam.




"Drukowała Polska cała..." - wernisaż wystawy Stowarzyszenia Wolnego Słowa oraz Muzeum Drukarstwa w Muzeum Woli w Warszawie Wysłane poniedziałek, 13, grudnia 2010 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |