listopada 7, 2009 - listopada 22, 2009

Feliks Rosenbaum - brutalny śledczy i bohater teatru - Tadeusz M. Płużański Wysłane niedziela, 22, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Feliks Rosenbaum był szczególnie brutalny. Wręcz słynął z bestialstwa. Dzięki temu osiągał sukces w śledztwach. Budził podziw u przełożonych i podziw podwładnych. Mówiło się o nim: najskuteczniejszy ubek we Wrocławiu.

Jego szczególne metody zapewniły mu błyskawiczną karierę. Nie wstydził się ich. Inni brutale ukrywali swoje czyny, a nawet nazwiska. On nazwiska nie zmienił, mimo nakazujących to instrukcji sowieckiej władzy. Dla niego zrobiono wyjątek. A mógł przecież zostać np. Różyczką, Różyckim, Różańskim. Ale w Warszawie był już jeden Różański, szef departamentu śledczego w centrali MBP, choć w rankingu na okrucieństwo Rosenbaum mógł śmiało z Goldbergiem konkurować. Tak jak jego warszawski odpowiednik przed wojną skończył prawo - Goldberg na Uniwersytecie Warszawskim, Rosenbaum - Jagiellońskim
Feliks Rosenbaum nigdy nie poniósł żadnej kary za swoje zbrodnie. W 1968 r. po prostu wyjechał. W Polsce zostawił prochy żony i córki, których hitlerowcy mieli zamordować w 1943 r.

Rosenbaum łączył ludzi

W spektaklu Sceny Faktu Teatru Telewizji "Golgota wrocławska" Piotra Kokocińskiego i Krzysztofa Szwagrzyka w reżyserii Jana Komasy postać Rosenbauma pojawia się tylko w 1949 r., kiedy prowadzi sprawę o sabotaż i tworzenie "związku faszystowsko-hitlerowskiego mającego na celu niedopuszczenie do wykonania Planu Trzyletniego" na Dolnym Śląsku. Tego strasznego przestępstwa mieli się dopuścić: Henryk Szwejcer, przemysłowiec, powstaniec śląski, po wojnie dyrektor Zjednoczenia Przemysłu Węglowego w Wałbrzychu; Władysław Czarnecki, członek niepodległościowej organizacji - Narodowego Zjednoczenia Wojskowego; Henryk Gerlich, goniec pochodzenia niemieckiego, który jako jedyny faktycznie miał coś na sumieniu: z kasy ZPW ukradł kilka znaczków pocztowych.
Wszyscy trzej zostali skazani na śmierć i w lipcu 1949 r. straceni. Wszyscy niewinnie. Poza wspólnym miejscem pracy nie mieli z sobą nic wspólnego.
Ich losy - na zawsze - połączył Urząd Bezpieczeństwa. Główna w tym zasługa Feliksa Rosenbauma i jego śledczych, dzięki którym cała trójka do wszystkich absurdalnych zarzutów się przyznała. Początkowo mieli opory, próbowali zwodzić swoich oprawców, ale w końcu ulegli pod siłą argumentów, a właściwie przed argumentami siły. Aby "ludowej" sprawiedliwości stało się zadość, złamani w śledztwie ludzie zostali jeszcze postawieni przed stalinowskim trybunałem oprawców w togach, który dokonał na nich sądowego mordu. Wykonanie wyroku śmierci było już tylko tragicznym dopełnieniem.
Trzech "faszystowsko-hitlerowskich" sabotażystów podzieliło los ponad tysiąca straconych we wrocławskim więzieniu przy ul. Kleczkowskiej w latach 1947 - 1956. Ilu z nich było ofiarami Feliksa Rosenbauma?

Kto jest bohaterem?

W lipcu br. w "Polityce" można było przeczytać tekst Anety Kyzioł, pod charakterystycznym tytułem "Golgotyzm". Autorka pisze, że spektakle Sceny Faktu ze sztuką przez duże "S" nie mają wiele albo z goła nic wspólnego (dla niej prawdziwy teatr to tylko klasyka albo "świeże" - w przeciwieństwie do nieświeżej historii - spektakle współczesne), i sugeruje, że ich celem jest "lansowanie się pracowników IPN na koszt podatnika, tworzenie spektakli na zamówienie konkretnej opcji politycznej, propagowanie pisowskiej wizji patriotyzmu - słowem: kolejny dowód na upolitycznienie publicznej telewizji. (...) Twórcom przyświecał cel edukacyjny, realizowany poprzez powracający schemat: niezłomni i nieustraszeni polscy patrioci, kierujący się kodeksem wartości spod hasła »Bóg, honor, ojczyzna«, kontra zezwierzęceni kaci z UB i cyniczni partyjni aparatczycy, często rosyjskiego albo żydowskiego pochodzenia".
Jeśli nawet mamy tu do czynienia z takim czarno-białym schematem, trzeba temu przyklasnąć, bo... jest to obraz prawdziwy. Ale dalej pani Kyzioł rozwija ten wątek: "Zamiast z odkrywaniem nieznanych kart polskiej historii, mamy raczej do czynienia z produkowaniem obrazków hagiograficznych z kolejnymi polskimi świętymi, wzorami do naśladowania".
Tylko czy "odkrywanie nieznanych kart" wyklucza hagiografię i czy musi być ona czymś złym? Czy bohaterowie Sceny Faktu - Henryk Szwejcer, a szczególnie Jan Rodowicz "Anoda", sanitariuszka Danuta Siedzikówna "Inka", czy rotmistrz Witold Pilecki nie zasłużyli ma miano bohaterów? Jeśli nie, ciekawe, jakich świętych uznaje Aneta Kyzioł i kto jest dla niej "wzorem do naśladowania"? Obawiam się, że nie ci "niezłomni i nieustraszeni polscy patrioci", bo przecież "Bóg, honor, ojczyzna" uważa tylko za hasło.

Śmiać się, czy płakać

Dziennikarka "Polityki" widzi jednak walory niektórych przedstawień Teatru Telewizji, bo są nie jedno-, a wielobarwne: "Ryszard Bugajski kontrapunktem dla niezłomnej postawy rotmistrza Pileckiego czyni zmagania z sumieniem prowadzącego ustawiony proces sędziego Hryckowiana, złamanego i zastraszonego przez UB byłego akowca. W »Golgocie wrocławskiej« naprzeciw Henryka Szwejcera stoi Feliks Rosenbaum...". Nieprawdę Bugajskiego, powtarzaną bezmyślnie przez Kyzioł, trzeba sprostować. Hryckowian sam wybrał sobie taką pracę - szefa Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, najkrawszego sądu wojskowego w stalinowskiej Polsce. Nikt nie zmuszał go również do wydania kilkunastu kar śmierci na polskich patriotów.
Tym samym doszliśmy do sedna rozumowania pani Kyzioł - jej zdaniem dobre jest to, co rozmywa historię, relatywizuje, z katów robi ofiary i na odwrót. Wtedy mamy szeroką gamę barw, tyle tylko, że fałszywych.
W recenzji "Golgoty" "Polityce" wtórowała "Trybuna": to obraz "zideologizowania kultury, jej upolitycznienia, absurdalnego podporządkowania środowiska artystycznego władzy, propagandowa i polityczna papka". Jej publicysta uznał, że zasiądzie w poniedziałkowy wieczór przed ekranem "z dużym kubkiem popcornu, butelką coca-coli i pudełkiem chusteczek. Te ostatnie do wycierania łez. Ze śmiechu...". Tego już nawet komentować nie warto.
Jeśli Scena Faktu będzie kontynuowana (na razie wydaje się, że wstrzymały ją przepychanki w publicznej telewizji), ciekawe, czy doczekamy się sztuk o innych bohaterach Polski i ich oprawcach (często rosyjskiego albo żydowskiego pochodzenia)? Jeśli nawet jest to pisowska historia (!?), przynajmniej ja chcę ją oglądać. A inni niech krytykują, a nawet się śmieją.
A Feliks Rosenbaum? Bezpieczny azyl znalazł w Izraelu. Czy jeszcze żyje? Jeśli tak, wymiar sprawiedliwości niepodległej Polski powinien go niezwłocznie ścigać. Powodów jest dość, choćby za sfingowaną sprawę "związku faszystowsko-hitlerowskiego" w wałbrzyskim Zjednoczenia Przemysłu Węglowego.

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Zreformować savoir vivre! - prof. Jerzy Przystawa Wysłane czwartek, 19, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

- Nagrania JOW TV i TV ASME

- System proporcjonalny prowadzi do zaniku zarówno intelektualnego, jak i demokratycznego ducha organizacji partyjnych - rzecznik praw obywatelskich, dr Janusz Kochanowski

- W partiokracji wyborca nie ma nic do powiedzenia, system JOW tworzy relację między wyborcą a posłem - prezydent Centrum im. Adama Smitha Robert Gwiazdowski

- Obecny system polityczny i metoda wyboru do niego przedstawicieli obywateli Rzeczypospolitej jest systemem fasadowym. Potrzebne są teraz tak duże zmiany, jak te z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku - wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski

- Jednomandatowe okręgi wyborcze: ja to przerabiałem, kiedy mieszkałem w Anglii i wiem, jak to znakomicie funkcjonuje - publicysta wysoko nakładowych dzienników ogólnopolskich Maciej Rybiński

- Prezydent RP z wielkim szacunkiem podchodzi do ludzi, którzy troszczą się o nasz kraj - IV Marsz woJOWników na Warszawę w relacji JOW TV cz. II

- IV Marsz woJOWników na Warszawę - w relacji JOW TV

- W europejskich państwach, gdzie jest ordynacja proporcjonalna, partie polityczne realizują interes swoich przywódców, a przywódcy są zblatowani z establiszmentem - Rafał Ziemkiewicz, publicysta prawicowy

- W Polsce nadszedł czas, byśmy rządzili się tak, jak wymaga tego demokracja i system gospodarki rynkowej, czyli - jednomandatowe okręgi wyborcze - Prezes Zarządu Business Centre Club Marek Goliszewski

- Widzę podstawową zaletę JOW: konieczność stałej współpracy posła z wyborcą, który będzie kontrolował, czy jego reprezentant dba o najpierw państwo, potem o drogę przed domem - prezydent Poznania Ryszard Grobelny

- Mamy podstawy i uzasadnienie, żeby domagać się bezpośrednich wyborów i idących za tym uprawnień, marszałków, starostów, prezydentów miast, burmistrzów, wójtów oraz radnych wszystkich szczebli wojewódzkich - prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki

- Jednomandatowe okręgi wyborcze - tak powinien wyglądać dobór tych, którzy będą decydować w naszym imieniu o losach samorządowych bądź państwowych - prezydent Torunia Michał Zaleski

Wspólnota Samorządowa Województwa Mazowieckiego zorganizowała we wtorek, 17 listopada 2009, konferencję - Seminarium Samorządowe w warszawskim Pałacu Kultury i Nauki. W rozesłanej informacji napisano:
"Tematem spotkania będzie kwestia związana ze zmianą ordynacji wyborczej do Sejmu i samorządu terytorialnego. Wśród zaproszonych gości są: Pan poseł Maciej Płażyński, Pan poseł Czesław Mroczek, Pan poseł Bogusław Kowalski oraz Pan poseł Janusz Piechociński. JOW - Jednomandatowe Okręgi Wyborcze - czy jest szansa na wprowadzenie takiego rozwiązania do naszego systemu wyborczego? Czy jest miejsce na powszechne wybory radnych w okręgach jednomandatowych, odbywających się w jednej turze, bez progów wyborczych i bez przywilejów dla ogólnopolskich komitetów wyborczych oraz wprowadzenia bezpośrednich wyborów starosty powiatu i marszałka województwa".


Ozdobne, sporządzone ładną grafiką plakaty (zob.www.wswm.org.pl) przygotowywano długo, odbywały się bowiem "negocjacje" z tzw. posłami, gdyż Organizatorzy chcieli zapewnić obecność przedstawicieli Najwyższej Władzy RP. Kiedy już wszystko uzgodniono jak należy, rozesłano informację i zaproszenia po Polsce. Z plakatów dowiedzieć się można było, że p. Maciej Płażyński to "poseł niezrzeszony", a towarzyszyć mu będą posłowie PO, PiS i PSL. Zaproszenie dotarło także do Wrocławia, wobec czego zdecydowałem się na uciążliwą, całodobową wyprawę do Stolicy. Nie mam prawa narzekać, ponieważ na Sali zauważyłem samorządowców, burmistrzów i starostów z jeszcze bardziej odległych stron Polski. Spotkanie miało być krótkie, ale przeprowadzone sprawnie i treściwie, tak żeby wszystko zmieściło się w nie całych dwu godzinach.

Na stole prezydialnym Organizatorzy rozstawili tabliczki z nazwiskami JO Posłów, aby nie musieli szukać miejsca na Sali, tylko od razu kierowali się tam, gdzie ich zdaniem zawsze powinno być dla nich miejsce. Takie się utarły w Polsce zasady politycznego savoir vivre, że jeśli JO Poseł, to, oczywiście, za stołem prezydialnym, a głosu należy udzielać mu zawsze w pierwszej kolejności.

Niestety, niestety, ta elegancja w traktowaniu posłów nie na wiele się przydaje. Kiedy minęło pierwsze pół godziny oczekiwania, niektórzy z nas, którzy, z różnych względów nie charakteryzują się anielską cierpliwością, opuścili zgromadzenie. Po kolejnych 30 minutach pojawić się raczył "poseł niezrzeszony" - posłowie "zrzeszeni" pokazali nam wszystkim środkowy palec i wbrew swoim zapewnieniom i uzgodnieniom, najłaskawiej "olali" samorządowców i ich seminarium. Akurat media doniosły, że jakiś piłkarz europejski za pokazanie środkowego palca został ukarany wysoką grzywną. Tzw. posłom RP, naturalnie, żadna grzywna za nic nie grozi: mają immunitet.

We wszystkich publikowanych rankingach popularności i uznania, jakimi się cieszą w Polsce różne grupy zawodowe i społeczne - politycy i posłowie, nieodmiennie i od lat, plasują się na samym dole. Pomimo tego organizatorzy wszelkich publicznych spotkań i debat, na których spodziewana lub oczekiwana jest obecność jakiegoś "posła", zawsze starają się go/ich uhonorować, sadzać na pierwszym miejscu, udzielać głosu w pierwszej kolejność. Oni tymczasem przychodzą tylko wtedy, gdy nadaje im się jakiś nowy tytuł honorowy albo inną nagrodę. Poza tym, stale i wszędzie, pokazują nam środkowy palec.

Uważam, że po 20 latach tego savoir vivre - pora z tym skończyć. Pokażmy - my, im - gest Kozakiewicza! Zerwijmy z tą kiepską tradycją: nie tylko nie sadzajmy ich na żadnych honorowych miejscach i nie udzielajmy głosu, ale w ogóle nie zapraszajmy ich gdziekolwiek, ignorujmy i bojkotujmy! Zostawmy to towarzystwo samemu sobie. Oni nie mają nam nic do powiedzenia. A słuchać nie potrafią.

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


Hansela narada rodzinna - Alojzy B. Smutnicki Wysłane środa, 18, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

"Czcigodny Ojciec Waszej Zajęczości" - zaanonsował borsuk.

"Niechaj wejdzie mój rodziciel najdroższy" - rzekł Zając.

Szambelan *) oddalił się, a po niedługiej chwili zjawił się ponownie w towarzystwie Helmuta, wielce czcigodnego taty Hansela. Staruszek kuśtykał wspierając się na wiklinowej lasce. Ubrany był w szaty skromne, aczkolwiek dystyngowane i przede wszystkim uprane. Szeroka klata niewątpliwie wskazywała na pokrewieństwo krwi. Pomarszczony zając dowlókł się w końcu do korzenia, na którym siedział jego syn, zmarszczył groźnie brwi i rzekł - "Hanselu drogi, słyszałem, iż okrutne głupoty o konkurencji wygadujesz".

"A o co ojcu konkretnie chodzi?" - spytał Hansel.

"Podobno rozgłaszasz, że nie ma uczciwej konkurencji bez ujednolicenia prawodawstwa?" - odpowiedział pytaniem staruszek.

"Cóż, sprawa jest chyba oczywista".

"Cóż synku mój drogi, pomyśl, co by było, gdyby podatki wszyscy jednakowe płacili" - powiedział Helmut.

"No ojciec, chyba wtedy byłoby uczciwie?".

"Nie synuś, nikt nie obniżyłby podatków" - wyjaśnił ojciec Hansela.

"Ale chyba nie powiesz, że ustandaryzowanie smaku szynki przyniosłoby coś złego?" - spytał Zając Hansel retorycznie.

"Ależ skąd, owocu moich lędźwi, poza tym, że nikt nie spróbowałby już uzyskać innego smaku, nie byłoby już gorszej wędliny dla uboższych, bo nie byłoby jej wcale. Nie wspomnę już o aspekcie oceniania spełnienia tegoż warunku" - powiedział Helmut wyraźnie już poirytowany.

"Ojciec, ojciec, a co by było bez prawa definiującego szerokość ścieżek w lesie?".

"Niech zgadnę, niedźwiedzie przestałyby do nas przybywać w celach turystycznych? Wozy z miodem nie mogłyby do nas dojechać?"

"Sam tato widzi" - skonstatował Hansel.

"Co mam widzieć, że jeśli ktoś buduje drogę, to po to by miała ona jakiś sens?".

"Matołku, pomyśl o zawodach sportowych" - wypalił junior.

W tejże chwili Hanselowi pociemniało w oczach. Tato nie zdzierżył i zaczepił go w potylicę prawym sierpowym.

"Przede wszystkim, z szacunkiem do mnie, syneczku. Czasami się zastanawiam, czy my aby na pewno jesteśmy spokrewnieni" - powiedział, pocierając piekącą pięść drugą dłonią.

Helmut pokuśtykał do wyjścia z norki.

KONIEC

Alojzy B. Smutnicki


"Wypadki poznańskie" pokazują potrzebę sformalizowanego uporządkowania zwrotów i gestów w życiu publicznym! - Stanisław Michalkiewicz o poszukiwaniach przez Izraelitów "Adolfów Hitlerów" pomiędzy Polakami oraz o protestach przy przyznawaniu honorowego doktoratu Adamowi Michnikowi Wysłane środa, 18, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Inne nagrania TV ASME ze Stanisławem Michalkiewiczem:

- Stanisław Michalkiewicz opuszcza Unię Polityki Realnej

- "Polska wobec kryzysu gospodarczego" - wykład Stanisława Michalkiewicza w narodowym Klubie Nowogrodzka 44

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 2)

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 1)

- "Okrągły stół" i jego konsekwencja: III RP - dyskusja z udziałem Stanisława Michalkiewicza i historyka IPN, prof. Antoniego Dudka

- II Debata studencka "Polska a waluta euro" - Warszawa 19.01.2009 z udziałem Stanisława Michalkiewicza

- Cykl "Cesarstwo Niemieckie i Cesarstwo Rosyjskie wracają do gry" - Stanisław Michalkiewicz o pomyśle, powstawaniu, konsekwencjach rozwoju Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli Unii Europejskiej

"Proszę Państwa, grypa świńska i ludzka - atakuje! Powoduje odpryskowe kwestie polityczne: pani minister Kopacz zarzekała się jeszcze niedawno, że nie będzie kupować szczepionek od koncernów farmaceutycznych, za co w pierwszym impulsie szczerości pochwalił ją były minister zdrowia w rządzie PiS, pan Piecha, ale ktoś musiał mu przypomnieć, że jest z partii opozycyjnej i w związku z tym pan Piecha dzisiaj już pryncypialnie zaatakował pani Kopacz, czy czosnkiem i cebulą ma zamiar leczyć zagrypionych rodaków? To jest bardzo charakterystyczna wypowiedź, bo wskazuje, że być może koncerny farmaceutyczne przeborowały się jednak ze swoimi »propozycjami korupcyjnymi«, bo już słyszymy, że pani minister Kopacz kupi jakieś szczepionki, może nie tą, ale tamtą..." - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik witryny ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza, komentuje wydarzenia ze scen teatrów - prawdziwego w Poznaniu i tych politycznych, o międzynarodowych zasięgach.

Jednak chciałem zwrócić uwagę na pewne ryzyko zawarte w wypowiedzi pana ministra Piechy - o tym "czosnku i cebuli" - bo może być to bardzo niebezpieczne polityczne, na co wskazują "wypadki poznańskie"! Oto w Teatrze Wielkim w Poznaniu pracuje izraelski tancerz i pewnego dnia - nie wiadomo czego się nawąchał czy napalił poprzedniego dnia - przywidziało się mu, że za sceną stoi Adolf Hitler. Jak gromem rażony, nie mógł już dalej tańczyć i zażądał, by natychmiast stamtąd ów Adolf Hitler zniknął. Okazało się, że był to pracownik Teatru, rzeczywiście - trochę ponoć podobny do tego wybitnego przywódcy socjalistów narodowych. Pracownik został natychmiast usunięty, ale złożył skargę do pani dyrektor Anny Świderskiej-Schwerin, że "jest dyskryminowany". Dyskryminacja, jak wiadomo - nawet ze strony izraelskiego tancerza - jest zbrodnią niesłychaną i następnego dnia pani zastępczyni dyrektora do spraw artystycznych Teatru Wielkiego w Poznaniu zwróciła uwagę izraelskiemu tancerzowi, że to ona jest tutaj dyrektorką, a on jest "pieprzonym Żydem". Na to izraelski tancerz ponoć zakrzyknął: "Taaak? No to skoro ja jestem pieprzonym Żydem, to pani jest nazistką!", chociaż "Gazeta Wyborcza" nie jest do końca pewna, czy to był "pieprzony Żyd" czy "pier... Żyd". No i okazało się, że "słuszna jego racja", bo natychmiast zawiadomił Ambasadę Izraelską, ta zaś uznała, że sprawa jest bardzo poważna i pani Anna Świderska-Schwerin rzeczywiście przestała być zastępczynią dyrektora do spraw artystycznych Teatru Wielkiego w Poznaniu.
Ów "wypadek poznański" dostarcza kilku okazji do refleksji. Pierwszej - że dyscyplina u nas jest znacznie większa niż myślimy: wieloletni tresura już daje rezultaty. Po drugie: widzimy, że rozkazy wydawane przez Ambasadę Izraela (choć nie tylko - także przez izraelskich tancerzy) w Warszawie są wykonywane skwapliwie i w podskokach. No i wreszcie najważniejsza rzecz: najwyższy czas na opracowanie "dopuszczalnego słownictwa" w formie rozporządzenia albo ustawy! No bo jakby pani Anna Świderska-Schwerin powiedziała do tego tancerza "jesteś solonym Żydem" czy "jesteś wędzonym Żydem" - to czy to jeszcze byłoby dopuszczalne czy też nie - jak nie jest dopuszczalny już dziś "pieprzony Żyd"!?
Nie tylko zresztą zwroty powinny podlegać formalnemu uporządkowaniu, ale i - gesty. No bo wiadomo, że "rzymskie pozdrowienie" jest już niedopuszczalne, a czy "rzymskie pozdrowienie" z pięścią zaciśniętą na końcu, albo z "taką" pięścią na końcu (tu nasz współpracownik wykonuje inny typ zaciśnięcia pięści - przyp. ASME)? Obywatele nie mogą tu pozostawać w niepewności, bo sankcje są natychmiastowe i bardzo bolesne: być dyrektorką i przestać być dyrektorką - to nie są żarty! - poważnie kiwa głową Stanisław Michalkiewicz.
Protesty, które miały miejsce przy okazji nadania honorowego doktoratu panu Adamowi Michnikowi, spowodowały, że musiał on wchodzić do rektoratu bocznym wejściem. Coś niesłychanego! Widać, że nie tylko prawne, formalne ale i duchowe przygotowania są już czynione, by w przyszłości pan redaktor Michnik objął patronat nad Polską w charakterze "santo subito"... - snuje rozważania publicysta.

Nagranie trwa ponad ponad 9 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna wersja w najlepszej jakości bez uciążliwości reklam.



Zapraszamy do podbijania naszego materiału na witrynie Wykop.pl:
wykop.pl

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


"Wypadki poznańskie" pokazują potrzebę sformalizowanego uporządkowania zwrotów i gestów w życiu publicznym! - Stanisław Michalkiewicz o poszukiwaniach przez Izraelitów "Adolfów Hitlerów" pomiędzy Polakami Wysłane środa, 18, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |










Wypowiedź Michała Wojciechowskiego, profesora UWM w Olsztynie, na temat wyróżnienia książki "Moralna wyższość wolnej gospodarki. Etyka chrześcijańska a ekonomia" przez jury Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza, 11 XI 2009 Wysłane wtorek, 17, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Nagroda imienia Józefa Mackiewicza ma za motto jego hasło "jedynie prawda jest ciekawa". Właśnie z tego powodu przyznanie jej prawdziwym zaszczytem. Mam nadzieję, że na swe wyróżnienie zasłużyłem, gdyż istotnie starałem się w tej książce przekazać ważną i ciekawą prawdę, a przeciwstawić się popularnemu fałszowi.

Muszę jednak przyznać, że nieoczekiwana i oczywiście bardzo miła wiadomość o przyznaniu mi tego wyróżnienia, trochę mnie też rozbawiła. Nagroda jest literacką, a ja w szkole miałem z polskiego przeważnie tróje... Wiem, że formuła nagrody jest faktycznie szersza, ale pisarzem w potocznym znaczeniu nadal się nie czuję.
Wracając do koncepcji nagrody: zmierza ona do wyróżnienia dzieł, które służą prawdzie i pięknu zarazem, są po słusznej stronie. Ta koncepcja jest dziś dość wyjątkowa, gdyż w dzisiejszej mentalności te sfery uległy rozdzieleniu. Ludzie spontanicznie dopatrują się między nimi jakiegoś konfliktu, a przynajmniej traktują je jako niezależne. Zło, brud, skandal zaczęły budzić podziw estetyczny. Artysta chce mieć prawo do ustanawiania własnej rzekomej prawdy. Europa oddaliła się od klasycznego greckiego ideału jedności dobra, prawdy i piękna.
Dotychczasowe nominacje i nagrody obracały się raczej w sferze styku literatury z polityką, historią, moralnością. Ten kierunek wyznacza też twórczość Mackiewicza. Wyróżnienie książki o tematyce moralno-ekonomicznej jest czymś nowym. Myślę, że przypomnienie o gospodarce w kontekście kultury jest bardzo potrzebne. Posłuży za pewną odtrutkę na sposób myślenia pięknoduchów i przypomni o tym, że życie społeczne w dużym stopniu stanowi wyraz wyborów w dziedzinie zasad gospodarowania, które mogą być albo złe, a w skutkach wręcz zbrodnicze, albo słuszne i sprawiedliwe.
Istnieje przekonanie, że życie gospodarcze, skoro zajmuje się rzeczami materialnymi, jest moralnie neutralne i nie powinno być krępowane przez moralistów. Taki pogląd góruje współcześnie. Pewni ideolodzy lewicy, a co gorsza i pewni moraliści chrześcijańscy, uznają wręcz tę dziedzinę za moralnie podejrzaną.
Tymczasem wytwarzanie dóbr potrzebnych do życia jest z natury służbą ludziom, rzeczą moralną. Przedsiębiorca służy innym przez swe zwykłe, codzienne działania. Co więcej, gospodarka moralna, to znaczy oparta na przykazaniu "nie kradnij!", które chroni uczciwą własność, oraz na wolności, jest zarazem gospodarką efektywną. Natomiast brak zasad, korupcja, biurokratyczne przepisy i wyzysk podatkowy gospodarkę niszczą.
Przesąd o niemoralności gospodarki powoduje wielkie szkody. Dla szemranych biznesmenów i ich politycznych protektorów stanowi usprawiedliwienie - bowiem ich zdaniem, wszyscy kradną. Z kolei dla centralnej biurokracji pogląd ten stał się pretekstem dla nakładania na obywateli daleko idących i całkowicie zbędnych ograniczeń. W ten sposób ustrój biurokratyczny, oparty na wyzysku obywateli przez rządzących, wyparł w kręgu kultury europejskiej ustrój wolnościowy.
Wypada jeszcze podziękować. Najpierw bezpośrednim inspiratorom tej książki. U jej powstania stoi inicjatywa portalu Opoka, który zamawiał u mnie artykuły na tematy moralno-ekonomiczne. Do powstania formy książkowej przyczyniła się fundacja edukacji ekonomicznej PAFERE oraz oczywiście wydawnictwo Prohibita. W szerszym sensie pomogli mi wszyscy, którzy już przedtem przychylnie przyjmowali moje tezy. Tezy te, zaznaczę na koniec, są owocem dwóch czynników. Jeden to podstawowa wiedza ekonomiczna, którą miałem okazję wcześnie uzyskać dzięki ojcu, profesorowi tej dziedziny, Bronisławowi Wojciechowskiemu. Drugi czynnik to oczywiście późniejsze studia nad Pismem Świętym i tradycją chrześcijańską.

Michał Wojciechowski

Publicystyka prof. Michała Wojciechowskiego na ASME


Kaczki kontra kaczory - krwawe starcie na noże i topory - Alojzy B. Smutnicki Wysłane wtorek, 17, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Rzecz to niebywała, dwa gangi opanowały miasto Szambiarza. Oba zwalczały, tak samo, anarchię poprzez wprowadzanie coraz to nowych pozwoleń i koncesji. Oba kochały zakazy i kontrole, jednakże każdy z nich własne organa nadzorujące preferował. Dziwnym trafem, Szambiarz Gang Kaczek ślepo umiłował, Gangu Kaczorów serdecznie nienawidził.

Stał pod oknem jakiegoś domu i nasłuchiwał, kręcąc z podniecenia ryjkiem. Z głębi dobiegały dźwięki włączonego telewizora. Mówili właśnie o wielkim sukcesie służb specjalnych Kaczek. Wykryły one wielką aferę w Gangu Kaczorów - próbę blokowania kontroli nad grą w pokera. "A to ścierwa, zawsze wiedziałem, że od nich śmierdzi" - pomyślał Szambiarz. Spłoszyły go wkrótce odgłosy krzątaniny domowników. Czmychnął zatem czym prędzej i hop do ścieku zrobił.

Parę dni później przeczytał w gazecie, którą ktoś na ławce w parku zostawił, że to organizatorzy pokerowych rozgrywek lobbowali w Gangu Kaczorów. Aż zadygotał z oburzenia i para z uszu mu poszła. Tegoż wieczora ponownie udał się na podsłuch wiadomości w telewizji. Tym razem służby specjalne Kaczorów wykryły nieprawidłowości w funkcjonowaniu służb specjalnych Kaczek. Jak donoszono, ponoć jakieś dokumenty fabrykowano. Szambiarz, jako kreatura myśląca, od razu wiedział, że to oszczerstwo. Na pożegnanie jeszcze ryknął w otwarte okno - "Niech żyją Kaczki! A Kaczory to świnie!".

Po kolejnych paru dniach, w nikomu niepotrzebnej gazecie przeczytał, iż służby specjalne Kaczek donoszą o niedopełnieniu obowiązków przez służby specjalne Kaczorów. Będąc kreaturą niezwykle inteligentna, w mig poznał, że to sama święta prawda. Zatrzepotał uszami ze zgrozy i gniewu. Na odchodne wrzasnął jeszcze domownikom - "Kaczki to wybawienie! Kaczory to nie kaczki!" oraz, zanim rzucił się do panicznej ucieczki, bo mężczyzna zamachnął się na niego laczkiem, jeszcze - "A ja mam dwie listy i na tę be wpiszę zaraz gospodarza!"

W ciągu kolejnych dni miała miejsce eskalacja działań Gangów i związanych z nimi służb. Ujawniano coraz to nowe i niezbyt wygodne fakty, przy okazji odkrywając, że to co wokół jest światem totalnej inwigilacji skorumpowanych organizacji gangowych. Lider Kaczorów nawet z wielką pompą wywalił winnych, z kolei kierownik służb specjalnych Kaczek rozdarł koszulę na swej piersi, udowadniając tym samym, iż niewinny jest niczym jagnię.

W niedzielę szef Kaczorów ogłosił, wszem wobec, absolutny zakaz gry w pokera, poza miejscami, oczywiście, które dostaną koncesję. Robił przy tym minę groźną i dyszał gniewem. Mścił się na ludziach z branży pokerowej za kłopoty, w które go wpędzili. Dziwnym trafem jego postanowienie spotkało się ze zrozumieniem Gangu Kaczek, a właściwie to wszyscy wręcz z zachwytu zapiali. Szambiarz, gdy tylko o tym usłyszał, pokraśniał na ryjku, popędził w mrokiem okryte miasto, wykrzykując - "Chrzaniony Kaczor! widzieliście?! Wolność nam będzie ograniczał! Tylko zakazy i zakazy!"

Następnego ranka stwór w zachwycie obserwował policjantów prowadzących skutych kajdankami pokerzystów. Od zawsze był przeciwnikiem anarchii, a oni mówili - "przebijam sto dwadzieścia" i "street od króla" bez wymaganego pozwolenia.

KONIEC

Alojzy B. Smutnicki


SB wobec księży w czasach PRL - wykład prof. Jana Żaryna i ks. Stanisława Małkowskiego w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 2) Wysłane wtorek, 17, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Na temat komunazistowskiej represji wobec Kościoła katolickiego:

- SB wobec księży w czasach PRL - wykład prof. Jana Żaryna i ks. Stanisława Małkowskiego w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 1)

- Pomóżmy Polsce wysiąść z socjalistycznego pociągu lub go wykoleić - słowo księdza Stanisław Małkowskiego na Święto Zmartwychwstania Pańskiego AD 2008

- Czy ksiądz Sylwester Zych będzie męczennikiem nowej diecezji warszawsko-praskiej? - Ksiądz Stanisław Małkowski i redaktor Antoni Zambrowski wspominają księdza Sylwestra Zycha i Jego męczeńską śmierć z rąk "nieznanych sprawców"

- Ksiądz, który żyje Ewangelią - Antoni Zambrowski

- TRWA W POLSCE WŁADZA ZŁOCZYŃCÓW - kazanie ks. Stanisława Małkowskiego

- Świadkowie Historii Prawdziwej: Ksiądz Stanisław Małkowski i Antoni Zambrowski o działalności i życiu prawdziwym towarzysza Jacentego Kuronia, członka KSS KOR

- Relacja z wystąpienia dr. Jana Żaryna z IPN Warszawa podczas konferencji prasowej z okazji otwarcia Muzeum Księdza Jerzego Popiełuszki w dniu 15 X 2004 r.

- Ekskluzywna relacja TV ASME z otwarcia Muzeum księdza Jerzego Popiełuszki w dolnym kościele im. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu - przewodnikiem w tym wyjątkowym nagraniu jest ksiądz Malecki, proboszcz parafii księdza Jerzego, kapelana największego antykomunistycznego ruchu obywatelskiego - "Solidarności" lat okupacji komunistycznej Polski

- MĘCZEŃSTWO KSIĘDZA KOTLARZA - artykuł Antoniego Zambrowskiego

- MĘCZENNIK Z RADOMIA - Antoni Zambrowski

"Jak wygląda obecnie w IPN opracowanie inwigilacji Kościoła, a szczególnie - pielgrzymek?" - zadano pytanie z sali podczas spotkania z profesorem Janem Żarynem i księdzem Stanisławem Małkowskim

Z tego co wiem, nie ma historyka IPN-owskiego, który by się specjalnie tym zajmował, natomiast zachęcam do przeczytania mojej książki "Dzieje Kościoła katolickiego w Polsce (1944 - 1989)", choć w niej jest zawarty materiał tylko do roku 2003, który przeczytałem - teraz jestem już znacznie mądrzejszy - szczególnie z katowickiego IPN-u, i tam zajmuje się nim dwójka historyków, którzy napisali bardzo dużo cennych artykułów m.in. na temat pielgrzymek na Jasną Górę - Adam Dziurok i Łucja Marek. Są to luźne na razie artykuły, ale opisują nie tylko te wspaniałe dzieło Kościoła, ale także inwigilację wszystkich struktur SB, nie tylko na poziomie VI Wydziału czy Departamentu, kiedy to było jeszcze województwo katowickie, ale także Biuro "W" i bezpośredniej obserwacji, struktury techniki obserwacyjnej czy Wydział III, czyli ten, który interesował się opozycją w latach 70., opozycją zwaną "demokratyczną". Oni interesowali się z poziomu tych osobistości opozycji, które były zapraszane na pielgrzymki, by wygłosić tam prelekcje. Z początku byli to Bohdan Cywiński czy Andrzej Wielowiejski, potem Czumowie czy Leszek Moczulski pod koniec lat 70. No i cała gama działań tzw. grupy "D", czyli działań dezintegrujących, np. dziurawienia opon samochodów ciężarowych, by nie mogły zdążyć przewieźć plecaków na czas i by to wywoływało napięcia wśród pielgrzymów... - mówił prof. Jan Żaryn.

"Jeśli chodzi o strukturę komórki »D«, czyli Wydziału VI Departamentu IV, której naczelnikiem był przez pewnie czas, do 1983 roku Grzegorz Piotrowski, to ta struktura miała swoje terytorialne jednostki, nie była tylko strukturą centralną, więc obecność Grzegorz Piotrowskiego w różnych miejscach kraju nie jest niewytłumaczalna" - odpowiadał na kolejne pytanie z sali prof. Jan Żaryn. "Natomiast istotne jest to, że ci »nieznani sprawcy« mieli doskonałą umiejętność - za pośrednictwem innych instytucji państwowych takich jak prokuratura czy organy dochodzeniowe w PRL - tuszowania i mataczenia spraw. W tzw. Raporcie Rokity podanych jest w sumie ponad 100 przypadków z lat 80. - śmierci, które miały miejsce w niewyjaśnionych okolicznościach i są to sprawy osób, które nie tylko na pewno zostały zamordowane przez Służbę Bezpieczeństwa PRL, ale także sprawy osób, które zostały bezprawnie i z naruszeniem prawa nie dokończone w latach 80. Możliwości dotarcia do prawdy zostały w PRL mocno zawłaszczone przez komunistów w różny sposób. Już na poziomie śledztw Milicji Obywatelskiej, prokuratury, ale także na poziomie agentów, który byli lekarzami i diagnozowali np. pobicia jako "utratę czynności przez kolejne narządy wewnętrzne".
To była cała mechanika "zatupywania" możliwości dojścia do prawdy materialnej już w latach 80. ubiegłego wieku tak, żeby do dziś nie stanowiła zagrożenia dla funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Dziś pion śledczy IPN prowadzi sprawę, która jest częścią większego śledztwa, obejmującego lata 1956-89, dotyczącego instytucji zbrodniczej pod nazwą Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (PRL), ale na szczęście nie jest te śledztwo prowadzone tak, by dopiero zakończenia całości mogło skutkować jednym wspólnym aktem oskarżenia. I dlatego jest możliwe "wyciąganie" z niego rożnych wątków, np. śledztwa w sprawie morderstwa księdza Jerzego Popieluszki.
Te śledztwo w sensie formalnym jest nadal tajne, w związku z tym ja - opierając się o wiedzę tam zawartą - nie mogę teraz o nim mówić. Natomiast mogę się odnieść do niego, wspierając się opowieściami prokuratora Witkowskiego, który był nadzorcą tego śledztwa przez jakiś czas. I jego opowieści rozbijają logikę stworzoną przez proces toruński w czasach PRL (mowa o procesie, w którym za morderstwo ks. Jerzego skazano funkcjonariuszy SB Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękalę, Waldemara Chmielewskiego - przyp. ASME), ale też wcale nie można jeszcze powiedzieć, że wątki opowiedziane przez prokuratora Witkowskiego tworzą w miarę logiczną, alternatywną wersję wydarzeń związanych z morderstwem księdza Jerzego. Kiedy mecenas Jan Olszewski w latach 80. dostawał dokumenty przed procesem toruńskim, też dało się dostrzec czynności "brakowania dokumentów", bo jednego dnia dostawał teczkę z pełną zawartością, a następnego - już pewnych dokumentów w niej nie było.
W ogóle jest już ciężko ustalić prawdę obiektywną o tamtych czasach: nawet ja, jako historyk mam trudności w dotarciu do prawdy choćby w takim wydawałoby się prostym fakcie: czy ksiądz Jerzy miał w końcu jechać do Rzymu, czy nie? Jedni mówią, że tak - inni zarzekają się, że nie, a wszyscy mówią, że to oni byli tymi, którzy rozmawiali "na godzinę przed zniknięciem księdza" z Nim jako ostatni. A przecież dla nas, dla księdza Jerzego i dla samej SB - był to fakt najważniejszy! - mówił prof. Jan Żaryn.

Ja uważam, że tzw. lustracja w Kościele - ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski nie lubi tego słowa - powinna się dokonać! Ksiądz Tadeusz uważa jest ona nieuchronna, ale jak nie będzie prowadzona przez ludzi Kościoła - to będzie prowadzona przez innych. Różnych ludzi: życzliwych i nieżyczliwych Kościołowi. Jeśli dotknęło to hierarchów, to mogą przecież nadal być szantażowani, uzależnieni od ludzi Służby Bezpieczeństwa PRL. Symptomatyczne jest zwierzenie z końca lat 70. pewnego księdza, kurialisty, żyjącego i cały czas cieszącego się dobrą opinią: "My o księżach wszystko dobrze wiemy, bo nam informacje dostarcza Służba Bezpieczeństwa!". SB lubiła się "zaprzyjaźniać" z duchownymi, czasami przybierało to formę groteskową: kiedyś, gdzieś jakiś proboszcz na prowincji czuł niekochany, niedopieszczany przez "władzę ludową", a tu nagle przyjeżdża oficer z Warszawy, i "kawka", i "koniaczek"... pamięta o jego imieninach, o jego urodzinach i nawet (!) - kwiatki podsyła...! (Ja, słuchając tego, nawet mam przed oczami konkretne nazwisko! - wtrąca się prof. Jan Żaryn) I dlatego uważam, że ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski słusznie postępuje... - opowiadał ksiądz Stanisław Małkowski.
W KIK-u warszawskim w połowie lat 60. dominował nurt tzw. Kościoła Otwartego, jak sami jego członkowie go nazywali, w którym to nurcie istniała tendencja do poszukiwania porozumienia i ideowego, i personalnego między socjalizmem a katolicyzmem - czyli grupy "ZNAK"-u z ekipą Władysława Gomułki, a konkretnie - z Zenonem Kliszką, który był "dobrodziejem" dla tej grupy (Mazowiecki opublikował w 1972 roku książkę o tytule "Rozdroże i wartości", która byłą wielką pochwała socjalizmu - wtrącił ksiądz Stanisław Małkowski). Koło "ZNAK"-u było zainteresowane prowadzeniem gry politycznej z komunistami, która miała według nich doprowadzić jeśli nie do zawarcia konkordatu ze Stolicą Apostolską, to przynajmniej do roboczych stosunków z Watykanem, i uznali, że Ksiądz Prymas Wyszyński w tej perspektywie im przeszkadzał! Mówię to na podstawie donosów agentów, którzy byli w latach 60. w warszawskim KIK-u, a byli to inteligentni ludzie - donosili syntetycznie. Na przykład - ewidentnie antyprymasowskie (przeciw kardynałowi Wyszyńskiemu - przyp. ASME) przemówienia wygłaszane w KIK-u przez Tadeusza Mazowieckiego, bardzo niegrzeczne wobec prymasa Wyszyńskiego, albo inny donos, który trafił na stolik Władysława Gomułki - z rozmów pana profesora Konrada Górskiego z kardynałem Casarollim - gdzie pan Górski wręcz oskarża prymasa Wyszyńskiego o "bycie endekiem, bycie wstecznym kapłanem, który nie rozumie czasów i ten obrzydliwy program endecki zaszczepia w Kościele, niszcząc Kościół w Polsce" - to są cytaty! - mówił profesor Żaryn. Te działania doprowadziły do pęknięcia w warszawskim KIK-u, który był fundamentem poselskiego koła "ZNAK" - na dwa obozy: popierający Kliszkę i Gomułkę i popierający "nowych" wśród komunistów: czyli Moczara i Gierka - jako przyszłych władców PRL - wyjaśniał zawiłości i meandry lat okupacji sowieckiej i rządów ich polskich kolaborantów w latach 60. prof. Żaryn.

Nagranie trwa ponad 1 godz. 27 min. W Klubie TV ASME - jest dostępna wersja w najlepszej jakości bez uciążliwości reklam.




SB wobec księży w czasach PRL - wykład prof. Jana Żaryna i ks. Stanisława Małkowskiego w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 2) Wysłane wtorek, 17, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz | UWAGA - plik o wadze 477 MB!










Odsłaniamy historię dwóch braci - Franciszka i Józefa Jóźwiaków z prokurator Wolińską w tle
Żołnierz Andersa, brat twórcy MO - Tadeusz M. Płużański
Wysłane niedziela, 15, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Jeśli dziś wymawia się nazwisko Jóźwiak, to ze względu na Franciszka Jóźwiaka, ps. Witold, Franek, Wit, jednego z głównych twórców i utrwalaczy władzy ludowej w Polsce, człowieka komunistycznej wierchuszki i to w najgorszym, bierutowskim okresie. Ale "Witold" miał też braci - Leona, również komunistę (ale nie tak "zasłużonego") i Józefa - żołnierza armii Andersa i zdeklarowanego antykomunistę.

Franciszek Jóźwiak zajmuje zaszczytne miejsce w historiografii, oczywiście tej zakłamanej, sprzed 1989 r. W wolnej Polsce jest uznawany za jednego z odpowiedzialnych za zło stalinizmu. W pewnym sensie był postacią wybitną (półanalfabeta na szczytach komunistycznej władzy). Jego stanowiska i "zasługi" zajęłyby całą stronę. Wymieńmy te najważniejsze. Przed wojną członek WKP(b) i KPP, w czasie wojny - z ramienia Moskwy - szef sztabu komunistycznej partyzantki: Gwardii Ludowej i Armii Ludowej. Potem jeden z wpływowych działaczy PPR i PZPR (członek Biura Politycznego, przewodniczący Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej, wiceprezes Rady Ministrów, poseł na Sejm). Przez ręce "Witolda" przechodziło wiele spraw, istotnych dla kształtowania się nowego ustroju - zabójstwo pierwszego przywódcy PPR Marcelego Nowotki, współpraca z Gestapo, walka z niepodległościowym podziemiem, procesy polityczne, zwalczanie Władysława Gomułki. W historii zapisał się przede wszystkim jako twórca Milicji Obywatelskiej i wiceminister bezpieki.
O Józefie Jóźwiaku nie można przeczytać w żadnej encyklopedii. Od polityki zawsze trzymał się z daleka, zachował czyste ręce. Przed wojną pielęgniarz, po wojnie kierowca. Ale to nie wszystko. Jak wielu młodzieńców wychowanych w wolnej Polsce - miał piękną kartę wojenną. Żołnierz września, więziony przez Sowietów w Kazachstanie, po wydostaniu się z niewoli "zdążył do Andersa". Razem z II Korpusem przeszedł cały szlak bojowy w kampanii włoskiej, walczył pod Monte Cassino.

FRANCISZEK W MOSKWIE,
JÓZEF W LUBLINIE


Urodzili się we wsi Huta Baranowska, powiatu puławskiego, w biednej rodzinie chłopskiej. Franciszek (rocznik 1895) wśród ośmiorga dzieci był najstarszy. Między nim a Józefem (rocznik 1912) było aż 17 lat różnicy. Ich ojciec, Ignacy Jóźwiak, aby utrzymać liczną rodzinę, musiał imać się różnych zajęć. Ponieważ był niepiśmienny, nie mógł nawet podpisać się pod aktem chrztu synów. Franciszek nawiązał do rodzinnej tradycji - skończył jedynie szkołę powszechną. Tacy ludzie rządzili Polską po wojnie. Józef nie chciał zaszczytów, wiedział, gdzie jest jego miejsce.
Franciszek Jóźwiak działał najpierw w PPS i POW, służył w Legionach. Nie przeszkadzało mu to później zwalczać tych, których marzeniem była niepodległa Polska. Wcześnie zaczął komunizować - w 1921 r. wstąpił do KPRP (Komunistyczna Partia Robotników Polskich), a potem do KPP.
- Franek znikał na całe dnie, w domu był gościem - mówił mi kilka lat temu Józef Jóźwiak. - Chodził na jakieś spotkania, manifestacje. Mnie takie sprawy w ogóle nie interesowały.
Za działalność komunistyczną późniejszy "Witold" był więziony, m.in. w Berezie Kartuskiej. Po wojnie "ludowa" władza nazywała Berezę polskim obozem koncentracyjnym.
W 1928 r. Franciszek pojechał na przeszkolenie do Moskwy. Józef zawsze trzymał się z dala od komuny. W 1930 r., kiedy skończył 18 lat, rozpoczął pracę w szpitalu w Lublinie, jako pielęgniarz.

CZARNĄ WOŁGĄ Z "LENĄ"

We wrześniu 1939 r. Franciszek Jóźwiak ponownie wyjechał na Wschód, tym razem do Kowla. Tam, w następnym roku, wziął ślub z młodą komunistką - Fridą Szpringer. Potem, przez Kijów, przedostał się do Lublina, a następnie do Warszawy. Tak przynajmniej głosi jego oficjalny życiorys. Do dziś historycy spierają się, kiedy sowieccy mocodawcy zrzucili go do Polski. Na pewno stało się to przed kwietniem 1942 r., bo wtedy został szefem Sztabu Głównego GL. Z żoną nigdy więcej się nie zobaczył.
W tym czasie jego brat Leon tworzył w podlubelskim Lubartowie Tymczasowy Komitet Powiatowy PPR. Wkrótce został sekretarzem partii w mieście i otworzył kuźnię. Po wojnie Franciszek Jóźwiak kilka razy odwiedził Lubartów. Przez kilkanaście lat był patronem miejscowego liceum. Teraz szkoła nosi imię Pawła Karola Sanguszki, wielkiego księcia litewskiego, który w XVIII wieku miał tu rozległe włości. Jednak do dziś lubartowianie opowiadają, jak "Witold" przyjeżdżał do miasta czarną wołgą, razem z obstawą i towarzyszką życia - Heleną Wolińską (Fajgą Mindlą Danielak; niektórzy błędnie podają, że byli małżeństwem). Początkowo "Lena" była jego podwładną w sztabie GL-AL, potem zawdzięczała mu wysokie stanowiska w stalinowskim aparacie władzy - milicji i Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. Jako prokurator, w randze pułkownika, w latach 1950 - 1953, z pogwałceniem stalinowskiego prawa, współpracując z bezpieką, pozbawiła wolności 16 osób. Jedną z nich był szef "Kedywu" Armii Krajowej gen. August Emil Fieldorf "Nil", który po ciężkim śledztwie został skazany i zamordowany.
Józef Jóźwiak o roli Wolińskiej w sprawie Fieldorfa i innych AK-owców usłyszał kilka lat temu z prasy.
Żona Józefa Jóźwiaka, Wanda: - "Lena" po domu chodziła w mundurze, była butna i do wszystkich odnosiła się z wyższością. Przez całe życie zamieniłam z nią tylko kilka zdań.

ROZMOWA Z SIKORSKIM

Wróćmy jednak do chronologii. We wrześniu 1939 r. Józef Jóźwiak dostał wezwanie do Kowla, nie jako komunistyczny aparatczyk - jak Franciszek, tylko polski żołnierz:
- Gdy tam dotarłem, nikogo z mojej jednostki już nie było. Miasto zajęli czerwonoarmiści, którzy aresztowali mnie i wywieźli w głąb Rosji - opowiadał mi dalej Józef Jóźwiak. - Przez dwa lata pracowałem w Hucie Szkła w Orłowskiej Obłasti. Gdy Niemcy uderzyli na ZSRS, przedostałem się do Kujbyszewa, a potem do polskiego wojska w Kazachstanie.
Do końca życia wspominał rozmowę z Władysławem Sikorskim na jednej z ulic Kujbyszewa:
- Generał przechodził tuż obok mnie. Natychmiast zameldowałem się. Sikorski zapytał, w jaki sposób trafiłem do swojej jednostki i jak mi się tam układa. Na koniec życzył szczęścia.
Był listopad 1941 r. W lutym 1942 r. Józef Jóźwiak był już razem z armią Andersa na Bliskim Wschodzie.

JAK CHCESZ, TO STRZELAJ

- Pod Monte Cassino służyłem w grupie zwiadowców. Mieliśmy chevroleta i radiostację. Podczas jednego z wypadów zostałem ranny - wspominał Józef Jóźwiak.
Takich jak on tępił po wojnie pierwszy "obywatelski" milicjant Franciszek Jóźwiak i jego ludzie. To, że Józef nie trafił do ubeckiego więzienia, przypisuje Franciszkowi, ale nie czuje wdzięczności:
- Któregoś dnia pokłóciłem się z Frankiem. Opowiadałem mu o swoim pobycie we Włoszech, że to piękny kraj, a ludzie są tam szczęśliwi. Wtedy brat wyciągnął pistolet i przystawił mi go do skroni. Zachowałem zimną krew i odparłem: "Jak chcesz, to strzelaj". Na froncie nie zginąłem, to teraz zginę.
Dodać warto, że niektórzy komunistyczni notable (vide Stalin) nie oszczędzali nawet swojej rodziny. Józef Jóźwiak, mimo ciężkiej sytuacji materialnej, nigdy nie poprosił brata o pomoc. A przecież wystarczyło, aby szepnął słówko wpływowemu bratu. Po latach załatwił sobie pracę jako kierowca.

TY WIERZYSZ W STALINA,
A JA W BOGA


Wiosną 1944 r. Franciszek Jóźwiak i Wolińska przenieśli się do Świdrów Wielkich koło Otwocka. Czekali na "wyzwolicielską" Armię Czerwoną. Za sąsiadów mieli Władysława Gomułkę (którego potem "Witold" i "Lena" będą zwalczać). Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, razem z innymi PPR-owcami, przedostali się do zajętego przez Sowietów Lublina. Do ruin Warszawy wrócili po styczniowej ofensywie. Zamieszkali w ocalałej kamienicy przy ul. Jaworzyńskiej 7 m. 10.
W 1947 r. Józef Jóźwiak wrócił z emigracji:
- Może to zabrzmi śmiesznie, ale do Polski ściągnął mnie Franek, który odnalazł mnie przez Czerwony Krzyż.
Niebawem Józef poznał swoją przyszłą żonę Wandę. Nie mieli gdzie mieszkać i na kilka miesięcy zatrzymali się u "Witolda" i "Leny". Franciszek Jóźwiak od dwóch lat był Komendantem Głównym MO, a Helena Wolińska szefem Wydziału Ogólnoorganizacyjnego KG MO.
Józef Jóźwiak: - Kontakt między nami był minimalny, tak jak przed wojną. Często na Jaworzyńską przychodzili jacyś dziwni ludzie i pytali Franka, co tu robimy. Odpowiadał, że jesteśmy jego rodziną.
Wanda Jóźwiak: - Mieszkaliśmy razem, ale właściwie obok siebie. Wszystko nas różniło. Oni zajmowali ważne stanowiska i byli dobrze sytuowani, my nie mieliśmy nic, szukaliśmy pracy. Najbardziej dzieliły nas przekonania. Oni byli zdeklarowanymi komunistami, my z komuną nie mieliśmy nic wspólnego, jesteśmy katolikami. Franciszek często robił mi z tego powodu uwagi. Odpowiadałam mu wtedy: "Ty wierzysz w Stalina, a ja w Boga". Gdy wyprowadziliśmy się, w ogóle zerwaliśmy z nimi kontakty.

NAJGORSZY DZIEŃ W ŻYCIU

W 1956 r. Franciszek Jóźwiak został wyrzucony z partii i odsunięty od stanowisk (karierę kończył jako prezes Najwyższej Izby Kontroli). Wcześniej Wolińska zostawiła go dla swojego męża - Włodzimierza Brusa (właściwie Beniamina Zylberberga), z którym ślub wzięła jeszcze w 1940 r., ale potem rozdzieliła ich wojna (razem z Brusem - najpierw oficerem polityczno-wychowawczym LWP, potem profesorem marksistowskiej ekonomii, a w końcu rewizjonistą - wyjechała po 1968 r. do Oksfordu, gdzie Brus wykładał na kilku uczelniach).
"Witold", który według zgodnych relacji, był pod pantoflem "Leny" (potrafiła wyzywać go od najgorszych, a on przyjmował to z pokorą i nazywał ją "laleczką"), ciężko przeżył "kosza". Kiedy w 1953 r. Wolińska aresztowała AK-owca Juliusza Sobolewskiego, którego bezpieka skazała na śmierć, jego żona Krystyna uzyskała audiencję u "pani prokurator": - Pytałam, jak to możliwe, że bohater, patriota ginie niewinnie. Wolińskiej nie wzruszyły moje słowa, nawet nie raczyła na mnie spojrzeć. Wyrzuciła mnie z gabinetu, twierdząc, że to najgorszy dzień w jej życiu, bo umarł Stalin.
Sobolewska poszła następnie do szefa NIK Franciszka Jóźwiaka: - Nic go nie obchodziło, dopóki przypadkiem nie powiedziałam, że oskarżająca męża prokurator Lena Wolińska to nie kobieta, lecz potwór w mundurze pułkownika.
Jóźwiak spowodował złagodzenie wyroku i Juliusz Sobolewski, po dwóch latach więzienia, odzyskał wolność.
Janusz Kozłowski, podkomendny Sobolewskiego, tak to skomentował: - Nie była to łaskawość czy obudzenie się sumienia generała. Po prostu chciał zrobić na złość kobiecie, która zrobiła dzięki niemu karierę, a w końcu go zostawiła.
Wkrótce Juliusz Sobolewski zmarł. Rentgenowskie prześwietlenia płuc, jakim go poddano na Rakowieckiej, były w praktyce wielokrotnymi naświetleniami.

GROBY KOLEGÓW
POD MONTE CASSINO


Już w wolnej Polsce, kiedy organa sprawiedliwości zaczęły ścigać Wolińską - wydały nakaz jej tymczasowego aresztowania, a do władz Wielkiej Brytanii skierowały wniosek o jej ekstradycję, Krystyna Sobolewska powiedziała mi: - Nie życzę Wolińskiej więzienia, kary śmierci, szubienicy. Marzę tylko, żeby została uznana za inkwizytorkę, człowieka podłego i przestała żyć w chwale żony profesora Oksfordu.
Helena Wolińska zmarła rok temu - nie osądzona (Brytyjczycy odmówili Polsce jej wydania), ale napiętnowana. Swojego męża - Włodzimierza Brusa przeżyła o rok, a wcześniejszego partnera o prawie pół wieku. Franciszek Jóźwiak zmarł w 1966 r.
Józef Jóźwiak, mimo upływu lat, nie zmienił zdania o bracie. Razem z żoną Wandą mieszkał na warszawskim Żoliborzu. Oboje zmarli kilka lat temu. Kiedy było już można, chodzili na spotkania andersowców. Mimo zaawansowanego wieku pojechali też pod Monte Cassino, tam, gdzie Józef został ranny. Na cmentarzu odnalazł groby kolegów.

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


"Nie ma przypadków, są tylko znaki!": rocznice "obalenia muru berlińskiego i "odzyskania oraz oddania niepodległości" - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach na deskach światowego i polskiego teatrach politycznych Wysłane sobota, 14, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Inne nagrania TV ASME ze Stanisławem Michalkiewiczem:

- Stanisław Michalkiewicz opuszcza Unię Polityki Realnej

- "Polska wobec kryzysu gospodarczego" - wykład Stanisława Michalkiewicza w narodowym Klubie Nowogrodzka 44

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 2)

- Prawica po eurowyborach - debata w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 1)

- "Okrągły stół" i jego konsekwencja: III RP - dyskusja z udziałem Stanisława Michalkiewicza i historyka IPN, prof. Antoniego Dudka

- II Debata studencka "Polska a waluta euro" - Warszawa 19.01.2009 z udziałem Stanisława Michalkiewicza

- Cykl "Cesarstwo Niemieckie i Cesarstwo Rosyjskie wracają do gry" - Stanisław Michalkiewicz o pomyśle, powstawaniu, konsekwencjach rozwoju Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, czyli Unii Europejskiej

"Proszę Państwa, już kiedyś mówiłem te motto, ale je powtórzę, bo znowu pasuje jak ulał do sytuacji: śp. ks. Bronisław Bozowski, kaznodzieja kościoła ss. wizytek przy warszawskim Krakowskim Przedmieściu, zwykł mawiać, że »nie ma przypadków, są tylko znaki«. Takim znakiem był »bunt« pióra pana prezydenta przeciw podpisywaniu Traktatu Lizbońskiego, a 9 listopada znowu była wielka rocznica, tym razem już wpleciona w całą »politykę historyczną« Republiki Federalnej Niemiec, rocznica »obalenia muru berlińskiego«. Tak naprawdę to tego dnia nikt muru berlińskiego nie obalał, tylko o godzinie 19.00 wieczorem sekretarz KC SED Gunter Schabowsky pomylił się na konferencji prasowej, odpowiadając na pytanie »zaprzyjaźnionego« dziennikarza włoskiej gazety »Czy granica między RFN a NRD jest otwarta?«. Kiedy dziennikarz zapytał »Od kiedy?«, odparł »Od teraz!«. Było to transmitowane przez telewizję, ludzie ruszyli więc na przejścia, no i okazało się, że «nie ma rozkazu, by zatrzymywać«. Z okazji 20. rocznicy tego »obalenia muru berlińskiego« Niemcom udało się w odróżnieniu od nas skoncentrować uwagę opinii światowej na tym wydarzeniu, jako centralnym tamtejszej »Jesieni Ludów« - ale umyka tej opinii światowej fakt, że do tego »obalenia muru berlińskiego« doszło na skutek porozumienia sowiecko-amerykańskiego" - Stanisław Michalkiewicz, stały współpracownik witryny ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza, komentuje najnowsze wydarzenia ze scen światowego i polskiego teatru politycznego.

O tym wszystkim wspominam mimochodem, bo całe te obchody miały swój punkt kulminacyjny, a było nim "obalenie" bardzo dużej liczby kostek domina ze styropianu na ulicach Berlina. Pamiętam jeszcze z czasów swojego dzieciństwa taka amerykańską "teorię domina", powstrzymywania komunizmu, autorstwa pana sekretarza stanu USA Johna Fostera Dullesa, polegającą na wspieraniu antykomunistycznych rządów w rożnych państwach świata, by nie zostały obalane przez jaczejki komunistyczne i by państwa jak kostki domina właśnie - nie popadały w niewolę komunistyczną. Szczególnym przypadkiem tej teorii był "eksperyment polski", bo po "zwycięstwie »Solidarności«" w Polsce lat 90. zaczęły upadać inne reżimy komunistyczne w państwach Układu Warszawskiego. Bardzo ciekawy jest pewien wywiad tzw. generała LWP Wojciecha Jaruzelskiego, w którym zeznaje on, że "udało się mu przekonać sowieckich generałów, że ta transformacja jest dobra dla świata". Ja za nic nie wierzę tzw. generałowi LWP Jaruzelskiemu, że coś takiego powiedział sowieckim "marszałom i gienierałom", bo ci mogli by na takie słowa co najwyżej parsknąć śmiechem, ale domyślam się, a może raczej - mam takie przekonanie, że mógł on powiedzieć im coś innego: że ta "transformacja" jest "całkowicie bezpieczna pod warunkiem wyhodowania sobie całkowicie bezpiecznej, spolegliwej opozycji demokratycznej", czego mieliśmy w Polsce przykład w postaci tzw. okrągłego stołu i późniejszego rozwoju wypadków. "Marszałowie i gienierałowie" wyciągnęli z tego wniosek i na przykład w Bułgarii wynaleźli "dysydenta śniadaniowego", pana profesora Żeliu Żelewa, który został później nawet prezydentem tego państwa! Nie wszędzie tak się udało. W takiej Rumunii nie było można nawet i tego dokonać, więc rolę opozycji musiały przyjąć na siebie tajna służba Securitate i wojsko, która przy okazji uwiarygodniła się, rozstrzeliwując małżeństwo partyjnych genseków Causesçu, a ci - też przy okazji - zabrali parę tajemnic ze sobą do grobu. Taki był "efekt domina" w tym naszym byłym obozie socjalistycznym. Przywilej "obalenia" pierwszej kostki styropianowego domina w Berlinie przypadł byłemu prezydentowi naszego państwa, panu Lechowi Wałęsie. Widać, że pan Lech Wałęsa coraz lepiej wdraża się do pełnienia funkcji pracownika przemysłu rozrywkowego - na poziomie europejskim. Ale mieliśmy znowu do czynienia ze "znakiem", złowróżebnym dla samego pana byłego prezydenta: oto jakiś energiczny dziennikarz niemiecki tak nieszczęśliwie go potrącił, że skarży się do dzisiaj, że "boli go głowa i noga". To bardzo zły znak, że ktoś się musi leczyć jednocześnie "na głowę" i "na nogi" - uśmiecha się Stanisław Michalkiewicz.
Jak rocznice - to rocznice: dwa dni później obchodziliśmy 91. rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. No i znowu były znaki! Pierwszym z nich było przemówienie pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego na placu Piłsudskiego, przed Grobem Nieznanego Żołnierza, gdzie pan prezydent proklamował potrzebę "patriotyzmu nowego typu". Poczułem się, jakby ubyło mi nawet z pięćdziesiąt lat, bo z dzieciństwa pamiętam, jak nie tylko patriotyzm, ale nawet moralność potrzebna była "nowego typu", kiedy byliśmy "jedną, silną, nierozerwalną rodziną państw Układu Warszawskiego". Patriotyzm nowego typu w odróżnieniu od patriotyzmu starego typu, który przyniósł nam niepodległość przez 91 laty, pewnie będzie polegał na wymyślaniu coraz to bardziej karkołomnych uzasadnień wyzbywania się resztek niepodległości.
W którym kierunku zmierza Unia Europejska, tak zachwalana przez pana prezydenta Kaczyńskiego, zobaczymy 19 listopada, kiedy to - przez 1 grudnia, czyli datą wejścia w życie Traktatu Lizbońskiego - będą obsadzane stanowiska ministra spraw zagranicznych UE oraz tzw. prezydenta UE, czyli figuranta przewodniczącego obradom dwa razy do roku tzw. Rady Europejskiej, która jest tylko spotkaniem szefów państw europejskich, za plecami których "starsi i mądrzejsi" i tak swoje ustalają. Negocjujący zapisy Traktatu Lizbońskiego pan prezydent Kaczyński najwyraźniej zapomniał, że interpretacja zapisów wszelkich traktatów i umów została przekazana w TL poprzebieranym w togi i peruki panom zasiadającym w tzw. Europejskim Trybunale Sprawiedliwości i to od nich już teraz zależy skala naszej niepodległości.
Kolejnym "znakiem" związanym z 91. rocznicą odzyskania niepodległości przez Polskę była manifestacja przeprowadzona przez członków Obozu Narodowo-Radykalnego w Warszawie, manifestacja najzupełniej legalna, której przeprowadzenia starali się nie dopuścić "anarchiści" i z transparentami "Faszyzm nie przejdzie!" starli się z policjantami. Charakterystyczną puentą do tego było wyrażone współczucie przez pana redaktora Seweryna Blumsztaja w "Gazecie Wyborczej", który zgorszył się prawie, że jedyną zaporą przed "faszyzmem" były "zmoknięte dziewczęta i chłopcy". Widać, że "starsi i mądrzejsi" coś kombinują, by na "polskim terytorium etnicznym" utworzyć coś lepszego niż "zmoknięte "dziewczęta i chłopcy", by zapanować nad mniej wartościowym narodem tubylczym - snuje refleksję Stanisław Michalkiewicz.

Nagranie trwa ponad ponad 19 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna wersja w najlepszej jakości bez uciążliwości reklam.



Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


"Nie ma przypadków, są tylko znaki!" - rocznice "obalenia muru berlińskiego i "odzyskania oraz oddania niepodległości" - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach na deskach światowego i polskiego teatrach politycznych Wysłane piątek, 13, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |










Między interfejsem a oligarchą - prof. Jerzy Przystawa Wysłane piątek, 13, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Na ten temat:

- Nagrania JOW TV i TV ASME

- System proporcjonalny prowadzi do zaniku zarówno intelektualnego, jak i demokratycznego ducha organizacji partyjnych - rzecznik praw obywatelskich, dr Janusz Kochanowski

- W partiokracji wyborca nie ma nic do powiedzenia, system JOW tworzy relację między wyborcą a posłem - prezydent Centrum im. Adama Smitha Robert Gwiazdowski

- Obecny system polityczny i metoda wyboru do niego przedstawicieli obywateli Rzeczypospolitej jest systemem fasadowym. Potrzebne są teraz tak duże zmiany, jak te z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku - wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski

- Jednomandatowe okręgi wyborcze: ja to przerabiałem, kiedy mieszkałem w Anglii i wiem, jak to znakomicie funkcjonuje - publicysta wysoko nakładowych dzienników ogólnopolskich Maciej Rybiński

- Prezydent RP z wielkim szacunkiem podchodzi do ludzi, którzy troszczą się o nasz kraj - IV Marsz woJOWników na Warszawę w relacji JOW TV cz. II

- IV Marsz woJOWników na Warszawę - w relacji JOW TV

- W europejskich państwach, gdzie jest ordynacja proporcjonalna, partie polityczne realizują interes swoich przywódców, a przywódcy są zblatowani z establiszmentem - Rafał Ziemkiewicz, publicysta prawicowy

- W Polsce nadszedł czas, byśmy rządzili się tak, jak wymaga tego demokracja i system gospodarki rynkowej, czyli - jednomandatowe okręgi wyborcze - Prezes Zarządu Business Centre Club Marek Goliszewski

- Widzę podstawową zaletę JOW: konieczność stałej współpracy posła z wyborcą, który będzie kontrolował, czy jego reprezentant dba o najpierw państwo, potem o drogę przed domem - prezydent Poznania Ryszard Grobelny

- Mamy podstawy i uzasadnienie, żeby domagać się bezpośrednich wyborów i idących za tym uprawnień, marszałków, starostów, prezydentów miast, burmistrzów, wójtów oraz radnych wszystkich szczebli wojewódzkich - prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki

- Jednomandatowe okręgi wyborcze - tak powinien wyglądać dobór tych, którzy będą decydować w naszym imieniu o losach samorządowych bądź państwowych - prezydent Torunia Michał Zaleski

Poseł Mirosław Sekuła, przewodniczący nowej komisji śledczej, to zaprawiony w partyjnych bojach prominentny działacz polityczny, który nieprzerwanie, od roku 1990, pełni wysokie funkcje publiczne, najpierw jako wiceprezydent Zabrza, potem poseł, potem Prezes Najwyższej Izby Kontroli, potem znowu poseł. Jako poseł nieustannie wybierany jest na najróżniejsze poważne funkcje, przewodniczy lub współ-przewodniczy wielu komisjom sejmowym, a lista jest długa: Komisja Finansów Publicznych, Komisja Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, Komisja ds. Kontroli Państwowej, Komisja Nadzwyczajna "Przyjazne Państwo" Wynika z tego, że cieszy się on zaufaniem władz kolejnych partii politycznych i kto jak kto, ale Mirosław Sekuła powinien mieć wyjątkowo mało powodów, żeby uważać posłów na Sejm RP za marionetki. Tymczasem to w jego usta włożyła publicystka "Rzeczpospolitej" ("Rz." z 3.11.2009) dowcipną wypowiedź: "Kim jest poseł? Interfejsem między ściągą klubową (instruującą jak głosować) a przyciskiem".

Można by tę wypowiedź tak wybitnego parlamentarzysty potraktować jako żart, ale dziennikarka "Rzepy" zaraz cytuje innego polityka tej samej partii: "Jestem jedną z szabel, które liczy szef klubu. Dostaję klubową ściągę, z esesmesów dowiaduję się, co mówić na dany temat. To wszystko jest bardzo frustrujące".
Prezydent Gliwic, Zygmunt Frankiewicz, uzupełnia ten opis losu posła Rzeczypospolitej następującymi uwagami: "Wielu posłów jest sfrustrowanych, bo przestaje cokolwiek znaczyć. Dochodzi do takich patologii, że sekretarka znaczy czasem więcej niż poseł, bo to ona decyduje, z kim jej szef się spotka…Zdolność do samodzielnego myślenia nie jest pożądana. Szefom partii zależy na karnych członkach. Udaje im się utrzymać dyscyplinę dzięki systemowi, jaki sobie zafundowaliśmy. Ordynacja wyborcza pozwala szefowi partii jednym pociągnięciem pióra decydować o kształcie list partyjnych".
Ani dziennikarka "Rzeczpospolitej", ani jej rozmówcy nie odważają się nazwać po imieniu przyczyny, w której tkwi to "zinterfejsowanie posłów", które zamienia demokrację i demokratyczne wybory w fikcję i farsę. Nikt nie ośmiela się powiedzieć, że to ordynacja wyborcza jest tym instrumentem, który z posłów czyni to, co nazwał w swoim słynnym tekście "O demokracji" Karl Popper: "maszynkę do głosowania, a nie myślącego i czującego człowieka" ("The Economist", kwiecień 1988). Ponad 20 lat temu filozof brytyjski widział to wszystko, zanim jeszcze powstała III Rzeczpospolita i weszli na scenę polityczną Sekuła, Brudziński, Kaczyński i wszyscy inni. Nie uważał, że to odarcie posłów z odpowiedzialności, ich zamiana "w interfejsy" jest cechą jakichś podludzi, jakichś niedorosłych do demokracji polskich barbarzyńców, tylko, że jest to specyfika mechanizmu, przed którym każda szanująca się społeczność demokratyczna powinna się strzec i uciekać jak najdalej.
Posłowie nam tego nie mówią, bo wiedzą, jakie jest zdanie partyjnych oligarchów, którzy ich ubezwłasnowolnili i dla których partyjna ordynacja i głosowanie na listy partyjne stanowi fundament egzystencji i politycznego istnienia. Posłowie zamierzają więc kandydować na stanowiska prezydentów miast, bo wiedzą, że wybrani w jednomandatowych okręgach wyborczych prezydenci, burmistrzowie i wójtowie gmin posiadają mandaty "społeczne i obywatelskie", a więc pozapartyjne i niezależne od widzimisię partyjnych wodzów. W pierwszych bezpośrednich wyborach roku 2002 aż 75% wójtów, burmistrzów i prezydentów miast zostało wybranych poza partiami politycznymi, a w roku 2006 liczba ta wzrosła do 82%! Nie jest więc wójt, burmistrz czy prezydent wydmuszką, kukiełką poruszaną partyjnymi sznurkami, nie jest pseudoobywatelem, zdegradowanym do roli maszynki do głosowania i tego im zazdroszczą Sekuła, Brudziński, Wikiński, Girzyński e tutti quanti. Bo wprawdzie to miło i przyjemnie, kiedy się dostaje pieniądze za samo pozowanie w roli polityka, ale upokarzające dla ludzi, którzy mają ambicję i honor być czymś więcej..
Perspektywa wprowadzenia ordynacji wyborczej, w której posłowie nie byliby "interfejsami", lecz prawdziwymi reprezentantami swoich wyborców, jak koszmar senny trapi partyjnych oligarchów i każe im poszukiwać gróźb, przy pomocy których da się utrzymać w ryzach obywateli i zniechęcić ich do domagania się przynależnych im praw: straszą nas inwazją sejmową jakichś innych, jeszcze gorszych oligarchów!

Na internetowym Salonie24 wypowiada się Jarosław Kaczyński: "Powiem krótko. W takich warunkach, jakie dzisiaj są w Polsce jednomandatowe okręgi wyborcze oznaczają, że wpływy Rychów i Zdzichów byłyby jeszcze dużo większe niż są. Taki jest po prostu mechanizm. W tych wyborach ogromną rolę odgrywałyby pieniądze. Dzisiaj przecież każdy wie, że w trakcie kampanii wyborczej znaczna część pieniędzy idzie bokiem tzn. indywidualnie kandydaci na posłów, ze względu na te krzyżyki przy nazwiskach, sobie załatwiają. A w okręgach jednomandatowych w ogóle nie byłoby żadnej możliwości zbadania tego (...). I różnego rodzaju miejscowe establishmenty chciałyby mieć swojego posła. I bardzo często by go miały. Tak jak niestety bardzo często mają władzę samorządową mocno zintegrowaną z innymi tworami władzy. I tworzą taki system, w którym normalny obywatel w gruncie rzeczy jest całkowicie bezradny. Ja jestem przekonany, że taki byłby tego efekt".
Krótko mówiąc, wódz PiS-u rzuca w twarz wójtom, burmistrzom i prezydentom miast, którzy uzyskali w bezpośrednich wyborach mandaty większością głosów, że ta przeszło pięć razy większa od Sejmu społeczność gospodarzy gmin (gmin mamy ok. 2,5 tysiąca, a posłów tylko 460!), to nic innego jak zbieranina "Rychów i Zdzichów", którzy za jakieś wielkie pieniądze, w powiązaniu z jakimiś "miejscowymi establishmentami", pozdobywali stanowiska i teraz rządzą polską samorządową. Że jedyny nasz ratunek przed tymi niedobrymi zjawiskami leży w kontroli partyjnej, kierowanej przez światłych przywódców.
Jarosław Kaczyński nie jest w tym stanowisku odosobniony. To samo opowiada Waldemar Pawlak, to samo od wieków opowiadają byli partyjniacy spod znaku "lewicy", to samo, na tym samym Salonie24, opowiada Jarosław Gowin. Ten ostatni, przypadkowo, jest eksponentem partii, która w swoim programie zapisała jednomandatowe okręgi wyborcze, ale od tej pory czyni wszystko, co tylko jest możliwe, aby do takiej zmiany nie dopuścić.

Jeszcze bardziej kawa na ławę wyłożyła to Julia Timoszenko - uroczy ukraiński archetyp oligarchini partyjnej. "Cóż to jest system większościowy? To znaczy, że oligarchowie rozstawią swoich ludzi po okręgach wyborczych, zapłacą za każdy okręg po dwa miliony dolarów, po prostu zainwestują jak w biznes, a potem dostaną w ręce cały kraj, jak łup".
Dodać tu wypada, że Julia Timoszenko nie broni swoich rodaków przed brytyjskim systemem wyborczym! Ona broni Ukrainy przed system "otwartych list wyborczych", na których głosujący mogliby znaleźć nazwiska kandydatów na posłów, jak to ma miejsce w Polsce! U Timoszenko nawet taki system, to już jest "większościowy", bo na Ukrainie postęp, w krótszym czasie poszedł znacznie dalej i tam są "zakryte spiski", na których nie ma nazwisk i to jest dopiero demokracja!
Taką oto "prawdę" o systemie wyborczym, który od ponad 200 lat działa w Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i w dziesiątkach innych krajów, przedstawiają swoim wyborcom "nasze paniska i pańcie"!

Przysłowie powiada: "Po czym poznać, że polityk kłamie? Trzeba patrzeć, czy porusza ustami!". Czasem w tym mijaniu się z prawdą polityk bierze zbyt ostry wiraż i wpada do rowu. Taka przygoda przytrafiła się Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdy w gronie blogerów Salonu24 skręcił za bardzo i w swoich opowieściach o szkodliwości brytyjskiego systemu wyborczego powołał się na słowa, jakoby z nim zaprzyjaźnionego, członka Brytyjskiej Izby Gmin Daniela Kawczyńskiego. Daniel Kawczyński jest młodym parlamentarzystą z okręgu Shrewsbury & Atcham, mandat swój sprawuje dopiero od roku 2005, ale jak możemy się dowiedzieć, zaglądając na jego stronę internetową (http://www.daniel4shrewsbury.co.uk/committees.php), jest w szczególny sposób zaangażowany w promocję brytyjskiego systemu wyborczego i sprawuje w Izbie Gmin funkcję przewodniczącego APPG - All Party Parliamentary Group "First Past the Post", "której celem jest budowanie forum dyskusji i promocji stabilności i uczciwości wyborczej w ramach brytyjskiego systemu wyborczego"! Daniel Kawczyński, zapytany wprost przez jednego z blogerów S24 o tę wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, stanowczo zaprzeczył.
Kiedy takie "mijanki z prawdą" uprawiają partyjne tuzy, których codziennie pełno we wszystkich telewizjach, radiach i gazetach, to dojść do prawdy nie jest rzeczą prostą. Oni podobno toczą między sobą jakąś walkę polityczną i przypinają sobie nawzajem różne łatki. Jakoś nie słyszeliśmy, żeby przeciwnicy polityczni Jarosława Kaczyńskiego mieli mu za złe to "mijanie się" i żeby ktoś z tzw. poważnych dziennikarzy miał do niego o to pretensję! Podobnie zresztą jak z Donaldem Tuskiem, który nas zapewnił, że "nie spocznie, dopóki nie wprowadzi JOW w wyborach parlamentarnych", nawet postulat taki wpisał do programu swojej partii, zebrał prawie milion podpisów pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, podpisy wsadził do kosza i jakoś nie słyszymy, żeby jego przeciwnicy polityczni mieli mu to za złe!

Wszyscy mamy okazję się przekonać, czy dwukrotnie już wybierani w JOW wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast to "armia oligarchów", którzy przekupili ciemny motłoch wyborczy i kupili sobie w ten sposób stanowiska? To spora armia: dwa i pół tysiąca ludzi! Nic nie słyszymy, żeby CBA, CBŚ i im podobne, miały wśród nich jakieś nadzwyczajne używanie? Raczej co raz słyszymy o takich dochodzeniach w prześwietnym Sejmie! No, a teraz szereg posłów deklaruje zamiar przejścia na gospodarowanie gminą! Wprost w łapy prokuratora i antykorupcyjnych śledczych? Z "interfejsu" pod klucz (więzienny)?

Jerzy Przystawa

Publicystyka prof. Jerzego Przystawy na ASME.

Witryna ASME Antysocjalistycznego Mazowsza jest najstarszym serwisem w Sieci - oprócz witryny tematycznej JOW - propagującym ideę JOW


SB wobec księży w czasach PRL - wykład prof. Jana Żaryna i ks. Stanisława Małkowskiego w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (cz. 1) Wysłane czwartek, 12, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Na temat komunazistowskiej represji wobec Kościoła katolickiego:

- Pomóżmy Polsce wysiąść z socjalistycznego pociągu lub go wykoleić - słowo księdza Stanisław Małkowskiego na Święto Zmartwychwstania Pańskiego AD 2008

- Czy ksiądz Sylwester Zych będzie męczennikiem nowej diecezji warszawsko-praskiej? - Ksiądz Stanisław Małkowski i redaktor Antoni Zambrowski wspominają księdza Sylwestra Zycha i Jego męczeńską śmierć z rąk "nieznanych sprawców"

- Ksiądz, który żyje Ewangelią - Antoni Zambrowski

- TRWA W POLSCE WŁADZA ZŁOCZYŃCÓW - kazanie ks. Stanisława Małkowskiego

- Świadkowie Historii Prawdziwej: Ksiądz Stanisław Małkowski i Antoni Zambrowski o działalności i życiu prawdziwym towarzysza Jacentego Kuronia, członka KSS KOR

- Relacja z wystąpienia dr. Jana Żaryna z IPN Warszawa podczas konferencji prasowej z okazji otwarcia Muzeum Księdza Jerzego Popiełuszki w dniu 15 X 2004 r.

- Ekskluzywna relacja TV ASME z otwarcia Muzeum księdza Jerzego Popiełuszki w dolnym kościele im. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu - przewodnikiem w tym wyjątkowym nagraniu jest ksiądz Malecki, proboszcz parafii księdza Jerzego, kapelana największego antykomunistycznego ruchu obywatelskiego - "Solidarności" lat okupacji komunistycznej Polski

- MĘCZEŃSTWO KSIĘDZA KOTLARZA - artykuł Antoniego Zambrowskiego

- MĘCZENNIK Z RADOMIA - Antoni Zambrowski

"Proszono mnie, bym opowiedział o kapłanach polskich, represjonowanych w dobie komunizmu... To jest temat tak rozległy, że w zasadzie możemy się rozstać jutro rano, a ja - jak nie zemdleję - będę cały czas opowiadał. Można też dokonać pewnego wyboru i takiego wyboru chciałbym dokonać, jednocześnie sygnalizując pewne dane syntetyczne, które mogą Państwu przybliżyć cały ten niewątpliwie ciekawy temat. Jeśli zaś chodzi o księdza Jerzego i ten konkretny przypadek, to chcę go pozostawić do konkretnych pytań, bo ostatnio tak wiele o Nim opowiadałem, że chciałbym powiedzieć coś nowego - przynajmniej dla mnie" - rozpoczął swój wywód prof. Jan Żaryn, były dyrektor Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej.

Kończąc swoją opowieść o funkcjonariuszach wydziału DI i późniejszych działaniach Wydziału VI MSW, chciałbym podać kilka przypadków - jeden z nich to jest sprawa księdza Romana Kotlarza, kapłana niewątpliwie wyjątkowego. W filmie dokumentalnym o Nim widać, jak bardzo emocjonalne były kazania księdza Kotlarza, wykrzykiwał wręcz swoje kazania, ale zachwycona taką homilią ludność tej parafii chciała bliżej rozpoznać tego księdza, chcieli pójść do jego mieszkania, zastanowić się, co razem mogli zrobić, weszli więc parafianie do mieszkania i zobaczyli, że rzeczy księdza były cały czas spakowane w takich paczkach, zaoferowali się więc z pomocą rozpakowania tych paczek. Wtedy ksiądz Kotlarz powiedział: "A, nie... Ja tu długo nie pobędę". To był kapłan, który ze względu na swoją dynamikę i pewnego rodzaju "nieprzystosowanie" do komunizmu - bo jego kazania były często oparte na porównywaniach tego zjawiska do diabolicznych działań szatana - ta zbitka często komunistom się nie podobała, choć jest to dziwne, bo przecież byli niewierzącymi... - był z miejsca na miejsce "wyrzucany". A to "papa nie dojechała" na remont dachu kościoła i ksiądz proboszcz przestawał być zainteresowany w księdzu wikarym, a to inny powód się znajdował, by księdza Kotlarza pożegnać. W czerwcu 1976 pobłogosławił z kościoła w centrum Radomia robotników idących pod gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR (Służba Bezpieczeństwa oczywiście zauważyła te gesty i uznała je za "antypaństwowe"), w związku z tym rozpoczęło sie bardzo krótkie, ale i bardzo ostre Jego represjonowanie, które polegało na dwóch, natężających się przez dwa miesiące zdarzeniach: telefonach z pogróżkami i nocnych wizytach "nieznanych sprawców" z bardzo dotkliwym pobiciem włącznie. Po dwóch miesiącach był już wycieńczony psychicznie oraz fizycznie i trafił do tego samego szpitala psychiatrycznego, gdzie był kapelanem. Tam zmarł, a oczywiście żadne dochodzenie prokuratorskie nie wykazało rzeczywistych źródeł śmierci księdza Romana Kotlarza.

Wszedłem w krąg opozycji antykomunistycznej czy też w ten odłam tzw. opozycji demokratycznej poprzez kontakty osobiste z Wojciechem Ziembińskim, później Jackiem Kuroniem, później Adamem Michnikiem i to był początek lat 70. Kontakty z Wojciechem Ziembińskim wyniknęły z tego, że współpracowałem z KIK-iem warszawskim, a On tam wtedy pracował w redakcji "Więzi" jako sekretarz techniczny czy jakoś podobnie. Byłem wtedy jeszcze klerykiem, na początku lat 70., ale Ziembiński powoli mnie włączał do organizowanych przez siebie modlitw z okazji rocznic patriotycznych. W tym czasie - co było konsekwencją moich studiów socjologicznych i magisterium z socjologii - pisałem artykuły na temat "drugiego życia" w zakładach wychowawczych i poprawczych, i z tymi artykułami zgłosiłem się do ówczesnego redaktora naczelnego "Więzi" Krzysztofa Śliwińskiego i redaktora "Znaku" Bohdana Cywińskiego i obaj - chyba niezależnie od siebie - skierowali mnie do Jacka Kuronia, jako "eksperta" od drugie życia w zakładach, "doświadczonego więźnia", który dopiero co zakład karny opuścił po kilku latach uwięzienia. Rozmowy z jackiem Kuroniem szybko wykroczyły poza ten temat i za Jego pomocą skontaktowałem się z szeregiem osób z tzw. opozycji demokratycznej - mówił ks. Stanisław Małowski.

Nagranie trwa ponad 1 godz. 40 min. W Klubie TV ASME - jest dostępna wersja w najlepszej jakości bez uciążliwości reklam.




Zagadka światowego bestsellera - Antoni Zambrowski Wysłane czwartek, 12, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Ta opowieść powstała niczym przysłowiowa zupa na gwoździu. Oczywiście znacie państwo historię sprytnego Cygana, który poprosił gospodynię o umożliwienie mu ugotowania zupy na gwoździu. Zaintrygowana gospodyni wyraziła zgodę, a później dodawała do zupy szczyptę soli, odrobinę kaszy, kapusty, ziemniaków itp. Nieoczekiwanie dla niej wyszedł cały gar pożywnej strawy. Podobnie było i tu.

Dziennikarza interesował Yeti


Do mieszkającego w Wielkiej Brytanii od czasów II wojny światowej polskiego oficera przybył angielski dziennikarz, który zbierał dane o himalajskim "człowieku śniegu" Yeti. Z tego powstała długa autobiograficzna opowieść o polskim oficerze ułanów, który brał udział w polskiej kampanii wrześniowej na terenie Mazowsza, ale w połowie września z na wpół zagojoną raną nogi uciekł w rodzinne strony na Kresach Wschodnich. Tam dopadło go NKWD pod zarzutem szpiegostwa przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Porucznik ułanów Sławomir Rawicz był oficerem liniowym i nie miał nic wspólnego z wywiadem. Wystarczyło jednak, że jego rodzina mieszkała w Pińsku, a więc w pobliżu sowieckiej granicy. Na domiar złego miał matkę Rosjankę, która nauczyła go swobodnie mówić po rosyjsku. Czyż trzeba więcej dowodów szpiegostwa? W dodatku oficerowie śledczy domagali się, by Rawicz bez czytania podpisywał protokoły przesłuchania i w ten sposób przyznał się do winy. Ponieważ odmawiał, był torturowany kolejno w kilku więzieniach, aż sąd na Łubiance w Moskwie skazał go na 25 lat więzienia

Po kilku dniach załadowano go do pociągu towarowego złożonego z bydlęcych wagonów. W każdym wagonie jechało kilkadziesiąt polskich więźniów, upchanych jak śledzie w beczce. Po długiej podróży w Irkucku nad Bajkałem z transportu uformowano kolumnę marszową, pilnowaną przez żołnierzy jadących na ciężarówkach na czele i na końcu kolumny. Do tych ciężarówek przywiązano stalowe łańcuchy, do których parami przypięto więźniów. W warunkach syberyjskiej śnieżnej zawiei kolumna przemaszerowała przez około 50 dni półtora tysiąca kilometrów, kierując się na północ. Ostatecznym ich celem był łagier (obóz) nr 303 nad brzegiem rzeki Leny, położony kilkaset kilometrów na zachód od Jakucka.

Ucieczka straceńców

Z tego obozu w kwietniu 1941 roku uciekła grupa straceńców, zmontowana przez Rawicza. Liczyła ona siedmiu więźniów, w tym trzech polskich oficerów. Pozostali to byli Łotysz, Litwin, Jugosłowianin oraz Amerykanin. Obrali oni południowy kierunek ucieczki, gdyż ucieczka w kierunku Kamczatki wydała im się zbyt ryzykowna. Początkowo maszerowali dla bezpieczeństwa w nocy, pokonując za jednym zamachem po 50 km dziennie. Po przekroczeniu skutej lodem rzeki Leny szli przez tajgę za dnia po dziesięć godzin, wciąż w tempie 50 km na dobę.
Nad jeziorem Bajkał napotkali 17-letnią Polkę Krystynę Polańską, która uciekła z pobliskiego kołchozu. Trafiła tam po wkroczeniu Armii Czerwonej na Kresy, gdy ukraińska bojówka komunistyczna zamordowała na Wołyniu jej rodziców. Na wpół przytomna dziewczyna wybiegła z domu i została aresztowana przez NKWD, gdyż zabrnęła do strefy przygranicznej. Skazano ją na pracę przymusową w syberyjskim kołchozie, z którego uciekła, gdy przewodniczący chciał ją zgwałcić. Z radością dołączyła do rodaków mimo znacznie większego zagrożenia w razie ich schwytania. Wraz z nimi dzieliła trudy marszu najpierw na terenie Rosji, a następnie Republiki Mongolskiej. Na jej terenie uciekinierzy udawali pielgrzymów do świętego miasta buddystów Lhassy w Tybecie.
Podczas długiego marszu przez pustynię Gobi pozbawiona wody i żywności grupa poniosła pierwsze nieodwracalne straty. Najpierw umarła z głodu i wyczerpania Krystyna, po kilku dniach po niej - 37-letni Zygmunt Makowski, kapitan Korpusu Ochrony Pogranicza. Ich śmierć głodowa zmusiła pozostałych do skorzystania z rady Amerykanina Smitha, by zwyczajem Indian upolować i zjeść trafiające się co rusz w pustyni węże. Upieczone na ogniu węże oraz znaleziona cudem woda uratowała pozostałym "pielgrzymom" życie, więc podjęli z kolei marsz poprzez Himalaje. Podczas wędrówki przez Tybet zmarł nieoczekiwanie 30-letni Litwin Zachariasz Marcinkovas, architekt z zawodu. Wraz z pozostałymi kolegami położył się spać w napotkanej po drodze jaskini i rano już nie obudził się ze snu.
W Himalajach podróżnicy napotkali parę istot olbrzymich rozmiarów poruszających się w postawie wyprostowanej na dwóch nogach. Ciała miały pokryte brązowym owłosieniem, zaś na głowie długie szare włosy. Ponieważ te istoty nie okazywały strachu na widok grupy ludzi, podróżnicy musieli zboczyć ze swej trasy, aby ich ominąć. Podczas schodzenia z góry spadł nieoczekiwanie w przepaść i zginął wachmistrz Antoni Paluchowicz - najstarszy z Polaków, ustępujący wiekiem jedynie Smithowi. Po upływie kolejnych ośmiu dni marszu "o suchym pysku", po kompletnym wyczerpaniu zapasów jedzenia czterej uciekinierzy natrafili na patrol żołnierzy hinduskich. Ich piesza "odyseja" została szczęśliwie zakończona. Wszyscy trafili do brytyjskiego szpitala wojskowego w Kalkucie. Po powrocie do zdrowia Sławomir Rawicz musiał opuścić kolegów, gdyż zgłosił się na ochotnika do Polskich Sił Zbrojnych na Bliskim Wschodzie. Po wojnie nie miał gdzie wracać, więc osiadł w Anglii, gdzie się ożenił z Angielką.

Książka stała się światowym bestsellerem

W 1955 roku odnalazł go dziennikarz londyńskiego "Daily Mail" Ronald Downing, który szukał relacji o himalajskim człowieku śniegu Yeti. Tak powstała opowieść Sławomira Rawicza "The Long Walk" spisana przez Ronalda Downinga i wydana w 1956 roku. Stała się ona głośnym bestsellerem na całym świecie, oczywiście poza obozem socjalizmu ze Związkiem Rad na czele.
Sam czytałem ją po angielsku z wypiekami na twarzy, wypożyczoną w zaufaniu przez z kolegę z konspiracyjnego kółka dyskusyjnego Aleksandra hr. Pruszyńskiego, późniejszego świadka obrony na mym procesie "marcowym" w styczniu 1969 roku. Przeżywałem wraz z Rawiczem opisane przez niego przygody, wzruszałem się losem biednej Krystyny Polańskiej. Najmniej obchodziło mnie spotkanie z parą Yetich, choć środki przekazu pełne wtedy były opisów człowieka śniegu. Po upadku komuny ukazały się w wolnej Polsce już trzy wydania tej książki po polsku. W tym roku mój młodszy syn Jarek przywiózł mi w upominku z Londynu egzemplarz polskojęzycznego pisma "Polish Express" z 19 - 25 czerwca 2009 r. Na okładce pisma dziennikarze anonsują: "Wielka ucieczka, większa mistyfikacja". I uzasadniają swój zarzut: "Autor głośnego »Długiego marszu« Sławomir Rawicz, opisując swoją brawurową ucieczkę z syberyjskiego łagru nie mógł brać w niej udziału. Właśnie odnalazł się jej prawdziwy uczestnik".
Kto był prawdziwym uczestnikiem "długiego marszu"?

Autor artykułu red. Janusz Młynarski informuje, że Sławomir Rawicz zmarł w Anglii w roku 2004. W 50-lecie pierwszego wydania jego wspomnień dziennikarze BBC4 znaleźli w Instytucie gen. Sikorskiego w Londynie papiery Rawicza, z których wynikało, iż do polskiej armii gen. Władysława Andersa wstąpił nie w Indiach, lecz w Rosji po uwolnieniu z sowieckiego łagru na podstawie amnestii dla Polaków. Powstało podejrzenie, że S. Rawicz wszystko to zmyślił, co było wielkim ciosem dla jego fanów, zwłaszcza dla Francuza Cyryla Delafosse-Guiramanda, który cały tzw. szlak Rawicza przeszedł na piechotę, by uczcić pamięć ofiar GUŁAG-u. W 2006 roku reporterzy radia BBC4 dotarli jednak do oficera brytyjskiego wywiadu Ruperta Mayne'a, który w 1942 roku przesłuchiwał w Kalkucie trzech uciekinierów z sowieckiego łagru. Oświadczył on dziennikarzom, że treść ówczesnych zeznań pokrywa się z relacją S. Rawicza w "Długim marszu". Nie pamiętał jedynie nazwisk owych mężczyzn.
Poszukiwania trwały i dały wynik. Polakiem przesłuchiwanym w Kalkucie przez Ruperta Mayne'a okazał się żyjący szczęśliwie w Anglii 87-letni Witold Gliński. Pochodzi on z Wileńszczyzny i jako 17-letni chłopak został skazany podczas procesu na Łubiance na 25 lat łagru. W obozie pracował jako drwal na wyrębie lasu. Uciekł z obozu w składzie grupy złożonej z amerykańskiego inżyniera, Serba, Ukraińca oraz trzech polskich żołnierzy. Dotarli do Indii, ale poza Glińskim żaden z Polaków nie przeżył marszu.
Z Indii Witold Gliński trafił do Szkocji i wstąpił do I Korpusu PSZ, brał udział w lądowaniu w Normandii, był ranny. Po wojnie osiadł w Anglii i ożenił się. Oczywiście czytał książkę S. Rawicza, ale nie reagował na fakt, że Rawicz wcielił się w jego rolę. Dopiero red. John Dyson z magazynu "Readers Digest", który do niego dotarł, namówił go do ujawnienia się w roli prawdziwego bohatera "długiego marszu".

Antoni Zambrowski

Zostań donatorem naszych publicystów:
Jeśli satysfakcjonuje Cię publicystyka Antoniego Zambrowskiego - możesz wesprzeć Naszego Autora datkiem.
Konto:
61 1240 1040 1111 0010 0042 5486
Bank PeKaO SA III O. w Warszawie
SWIFT/BIC - PKOPPLPW



Publicystyka Antoniego Zambrowskiego na ASME


SB wobec księży w czasach PRL - wykład prof. Jana Żaryna i ks. Stanisława Małkowskiego w SWS (cz. 1) Wysłane czwartek, 12, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz |










UPR: wyrok Sądu Naczelnego UPR: panowie Witczak i Grocki złamali Statut UPR Wysłane wtorek, 10, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Na posiedzeniu 7.11.2009 Sąd Naczelny Unii Polityki Realnej stwierdził, że panowie: Bolesław Witczak - Prezes UPR oraz Grzegorz Grocki - Skarbnik UPR dopuścili się naruszenia punktu 58 Statutu UPR.

Sąd Naczelny UPR obradujący w składzie: Jacek Szymona - Prezes SN, Jacek Urbaniak - I sędzia nadzwyczajny, Szymon Kotnis - II sędzia nadzwyczajny rozpatrywał wniosek z dnia 23 X 2009 roku prezesa Okręgu Mazowieckiego UPR Tomasza Daleckiego o stwierdzenie złamania Statutu UPR przez p. Bolesława Witczaka - prezesa partii i Grzegorza Grockiego, skarbnika UPR. Podczas obrad Sądu Naczelnego wyjaśnienia osobiście składali ww. oskarżeni. Po zapoznaniu się z ich zeznaniami i ponad dwugodzinnej naradzie Sąd Naczelny orzekł, iż Prezes UPR Bolesław Witczak wraz ze skarbnikiem UPR Grzegorzem Grockim winni są złamania Statutu UPR w pkt. 58 w kwestii wypłacania sobie pieniędzy z kasy partii. Punkt 58 Statutu stwierdza, iż Rada Główna UPR kontroluje działalność Prezesa partii i decyduje o sprawach finansowych. Wyrok jest prawomocny i nie podlega odwołaniu. Swym wyrokiem Sąd Naczelny UPR potwierdził bezprawność działań Bolesława Witczaka i Grzegorza Grodzkiego co powinno skutkować wnioskami do Straży UPR o wyrzucenie skazanych z partii.

W związku z apelami Okręgu Mazowieckiego do Prezesa UPR o rezygnację, oraz w związku z faktem, że to na wniosek prezesa Okręgu Tomasza Daleckiego Sąd Naczelny UPR stwierdził naruszenie Statutu UPR przez panów Bolesława Witczaka i Grzegorza Grockiego, pan Prezes UPR postanowił dokonać zmiany na stanowisku prezesa Okręgu. Nowym prezesem Okręgu został mianowany pan Wojciech Domagała.
Nowy prezs Okręgu jest zarazem szefem oddziału częstochowskiego UPR i nie jest związany z Mazowszem.

(za podwitryną Oddziału Stołecznego UPR)


Czy brak wymiaru sprawiedliwości hamuje rozwój Polski? - cz. 2 relacji TVASME z konferencji Centrum im. Adama Smitha nt. potrzeby ponownego zbudowania systemu wymiaru sprawiedliwości Wysłane niedziela, 8, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Nagrania TV ASME z CAS:

- Czy brak wymiaru sprawiedliwości hamuje rozwój Polski? - cz. 1 relacji TVASME z konferencji Centrum im. Adama Smitha nt. potrzeby ponownego zbudowania systemu wymiaru sprawiedliwości

- Po raz pierwszy od 20 lat jesteśmy zmuszeni zmienić naszą misję! - Centrum im. Adama Smitha o zagrożeniu wolności słowa w Polsce

- Wprowadźmy system emerytur typu kanadyjskiego! - propozycja Centrum im. Adama Smitha

- Ceny leków: Czy rząd koalicji PO-PSL jest po stronie pacjentów, czy korporacji? (cz. 2) - konferencja Centrum im. Adama Smitha nt. nowelizacji ustawy Prawo farmaceutyczne

- Dlaczego w Polsce będzie trudniej budować domy? Projekt Ministerstwa Infrastruktury pogarsza dotychczasowe złe prawo budowlane - konferencja prasowa Centrum im. Adama Smitha cz. 5, ostatnia

- W ogóle nie mówi się u nas o usłudze medycznej, a mówi się o pensjach lekarzy! Jest to konsekwencja zatrudniania przez "państwo" lekarzy. "Umiesz liczyć - licz na siebie". Na ZUS proszę już nie liczyć! - Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha oraz prezes RN ZUS o przyszłości systemu ubezpieczeń społecznych, emerytalnych w "polskim regionie UE"

"Czy brak wymiaru sprawiedliwości hamuje rozwój Polski?" - pod takim tytułem 04.11.2009 r. odbyła się konferencja Centrum im. Adama Smitha. Wzięli w niej udział: dr Janusz Kochanowski - Rzecznik Praw Obywatelskich, prof. Michał Kulesza z Uniwersytetu Warszawskiego, adwokat Antoni Łepkowski - były członek Naczelnej Rady Adwokackiej, prof. Krzysztof Rybiński reprezentujący Szkołę Główną Handlową. Moderatorem spotkania był dr Robert Gwiazdowski - prezydent Centrum im. Adama Smitha.

Centrum im. Adama Smitha zgłasza propozycję fundamentalnej zmiany podejścia do wymiaru sprawiedliwości. Postuluje wprowadzenie rozwiązań istniejących w prawie anglosaskim, które ułatwiają prowadzenie spraw i zwiększają stopień zaufania obywateli do wyroków sądowych, jak: wybieralność niektórych sędziów i prokuratorów oraz radykalną zmianę sposobu finansowania i funkcjonowania sądownictwa. CAS uważa, że rządy w naszym kraju nie realizują jednego ze swoich najważniejszych zadań: funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, Głównymi objawami tego stanu rzeczy są: masowo produkowane prawo powielaczowe, którego nie sposób przestrzegać, omnipotencja władz ustawodawczych, które chcą w najdrobniejszych szczegółach regulować wszystko i wszędzie, a przede wszystkim - ciągnące się latami procesy, które pozbawiają obywateli jednego z podstawowych praw - prawa do szybkiego procesu i rozstrzygnięcia sporu.

"Jesteśmy przekonani, że sytuacja zabrnęła już tak daleko, że żadne reformy nie są możliwe. Kosmetyczne reformy będą tylko pogarszać istniejący stan rzeczy, jeszcze bardziej go komplikując i wydłużając procedury. Jesteśmy przekonani, że zauważalną dla obywateli poprawę można osiągnąć, tworząc system wymiaru sprawiedliwości od początku. Skoro "Usprawnianie" istniejącego systemu od 20 lat nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, należy przestać "usprawniać" ten system, lecz go zmienić - brzmi oświadczenie Centrum im. Adama Smitha.


Nagranie 2. części relacji TVASME z konferencji CAS trwa 43 minuty. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja o najlepszej jakości i bez uciążliwości reklam.




Czy brak wymiaru sprawiedliwości hamuje rozwój Polski? - cz. 2 relacji TVASME z konferencji Centrum im. Adama Smitha nt. potrzeby ponownego zbudowania systemu wymiaru sprawiedliwości Wysłane niedziela, 8, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

| Pobierz | UWAGA! Plik o ciężarze 631 MB!










Czy brak wymiaru sprawiedliwości hamuje rozwój Polski? - cz. 1 relacji TVASME z konferencji Centrum im. Adama Smitha nt. potrzeby ponownego zbudowania systemu wymiaru sprawiedliwości Wysłane sobota, 7, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak

Nagrania TV ASME z CAS:

- Po raz pierwszy od 20 lat jesteśmy zmuszeni zmienić naszą misję! - Centrum im. Adama Smitha o zagrożeniu wolności słowa w Polsce

- Wprowadźmy system emerytur typu kanadyjskiego! - propozycja Centrum im. Adama Smitha

- Ceny leków: Czy rząd koalicji PO-PSL jest po stronie pacjentów, czy korporacji? (cz. 2) - konferencja Centrum im. Adama Smitha nt. nowelizacji ustawy Prawo farmaceutyczne

- Dlaczego w Polsce będzie trudniej budować domy? Projekt Ministerstwa Infrastruktury pogarsza dotychczasowe złe prawo budowlane - konferencja prasowa Centrum im. Adama Smitha cz. 5, ostatnia

"Czy brak wymiaru sprawiedliwości hamuje rozwój Polski?" - pod takim tytułem w dniu dzisiejszym odbyła się konferencja Centrum im. Adama Smitha. Wzięli w niej udział: dr Janusz Kochanowski - Rzecznik Praw Obywatelskich, prof. Michał Kulesza z Uniwersytetu Warszawskiego, adwokat Antoni Łepkowski - były członek Naczelnej Rady Adwokackiej, prof. Krzysztof Rybiński reprezentujący Szkołę Główną Handlową. Moderatorem spotkania był dr Robert Gwiazdowski - prezydent Centrum im. Adama Smitha.

Centrum im. Adama Smitha zgłasza propozycję fundamentalnej zmiany podejścia do wymiaru sprawiedliwości. Postuluje wprowadzenie rozwiązań istniejących w prawie anglosaskim, które ułatwiają prowadzenie spraw i zwiększają stopień zaufania obywateli do wyroków sądowych, jak: wybieralność niektórych sędziów i prokuratorów oraz radykalną zmianę sposobu finansowania i funkcjonowania sądownictwa. CAS uważa, że rządy w naszym kraju nie realizują jednego ze swoich najważniejszych zadań: funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, Głównymi objawami tego stanu rzeczy są: masowo produkowane prawo powielaczowe, którego nie sposób przestrzegać, omnipotencja władz ustawodawczych, które chcą w najdrobniejszych szczegółach regulować wszystko i wszędzie, a przede wszystkim - ciągnące się latami procesy, które pozbawiają obywateli jednego z podstawowych praw - prawa do szybkiego procesu i rozstrzygnięcia sporu.

"Jesteśmy przekonani, że sytuacja zabrnęła już tak daleko, że żadne reformy nie są możliwe. Kosmetyczne reformy będą tylko pogarszać istniejący stan rzeczy, jeszcze bardziej go komplikując i wydłużając procedury. Jesteśmy przekonani, że zauważalną dla obywateli poprawę można osiągnąć, tworząc system wymiaru sprawiedliwości od początku. Skoro "Usprawnianie" istniejącego systemu od 20 lat nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, należy przestać "usprawniać" ten system, lecz go zmienić - brzmi oświadczenie Centrum im. Adama Smitha.



Nagranie 1. części relacji TVASME z konferencji CAS trwa ponad 40 minut. W Klubie TV ASME - jest dostępna pełna wersja o najlepszej jakości i bez uciążliwości reklam.