Strona Główna

Witryna uniosceptyków

Linkownia samorządów polskich

Witryna Kary Śmierci

Witryna Kary Śmierci

 

 

Moje wspomnienia jako radnego i członka UPR - Jerzy Lipka

Kiedy pod koniec 1998 roku po przegranych wyborach samorządowych postanowiłem realizować nową strategię zwaną "pracą pozytywistyczną", zagrożeń dla niej dopatrywałem się jedynie w naturalnej ludzkiej inercji i bierności, a także różnych czynnikach zewnętrznych, jak choćby braku pieniędzy. Nie przypuszczałem wówczas, że największym niebezpieczeństwem stanie się zakorzenienie wśród dużej rzeszy członków naszego oddziału idei "drogi na skróty", czyli wejścia w układ z silniejszą od nas partią polityczną rządzącego establishmentu i "wjechania" na jej grzbiecie na stołki radnych, posłów, czy stanowiska w administracji.

Oczywiście idea "pozytywistyczna" zakładała robienie kariery przez członków i sympatyków UPR, tyle, że kariera ta miała być efektem wzrostu znaczenia naszej partii, przynajmniej na danym terenie, poprzez wzrost liczebności elektoratu, a także rozbudowę struktur. Idea "drogi na skróty" - wręcz przeciwnie! Zakładała karierę w oderwaniu, a może nawet wbrew małej liczebności elektoratu, nikłości struktur, pomagając wymazać z pamięci ludzkiej obraz naszej partii jako samodzielnego bytu politycznego. W tym sensie jej ubocznym skutkiem musiał być zanik nawet tego niewielkiego elektoratu, który dotąd na nas głosował, ale o tym później.

Kiedy w marcu 2002 roku na jednym z zebrań oddziałowych przedstawiłem koncepcję samodzielnego startu w wyborach samorządowych, odezwały się głosy, że cała Warszawa nie jest jeszcze do czegoś takiego przygotowana. Było to w okresie wzrostu znaczenia w partii ludzi związanych ze stowarzyszeniem "Koliber", których nie oceniałem jednolicie. Ich przywódca, Stanisław Wojtera, wcześniej szef "Kolibra", wydawał mi się postacią dość wyrazistą, człowiekiem zdolnym, umiejącym organizować ludzi.

Na moje argumenty użyty został kontrargument, że skoro świeżo powstały PiS, partia mająca nie najgorsze notowania w sondażach za sprawą popularności Lecha Kaczyńskiego, nie posiadająca jednak odpowiednich struktur w terenie, gotów jest z nami poważnie rozmawiać, należy to wykorzystać.

Choć nie byłem do końca zadowolony perspektywą braku własnej listy, trudno było odmówić wówczas pewnej racji tym argumentom. Zwłaszcza, że o braku mobilności wśród członków PiS-u mogłem się przekonać osobiście, mając z nimi styczność na Żoliborzu. Zatem jak mi się wydawało, mógłby to być układ dwóch partnerów, może nie do końca równych, ale jednak w jakimś sensie nawzajem się potrzebujących. Były też, jak sądziłem sprawy, w których PiS mógł okazać się cennym sojusznikiem.

Należała do nich, patrząc z ówczesnej perspektywy kwestia przebiegu warszawskiego odcinka autostrady, w co zresztą byłem od dłuższego czasu mocno zaangażowany. Zapowiedzi Lecha Kaczyńskiego w kampanii przedwyborczej zdawały się potwierdzać opinię, że Warszawa będzie mieć w jego osobie może nie reformatora w stylu UPR-owskim, ale przynajmniej zdecydowanego obrońcę żywotnych swoich interesów.

Dlatego też właśnie mimo sporych zastrzeżeń zdecydowałem się wziąć udział w wyborach jako kandydat UPR na listach PiS-u. W przeciwieństwie do niektórych kolegów jednak rozesłałem do domów ulotki, gdzie obok listy PiS były emblematy UPR i informacja o mojej do tej partii przynależności.

Jak wiadomo, wybory zakończyły się zdobyciem przez UPR w skali Warszawy kilkunastu mandatów do rad dzielnicowych, z czego dwóch na Żoliborzu z ostatnich miejsc na listach. Dla mnie osobiście wybory były dużym sukcesem i ukoronowaniem dotychczasowej pracy pozytywistycznej (w okręgu padło na mnie 10% oddanych głosów ważnych przy 50% frekwencji). Poprawiła się atmosfera w domu, żona już nie twierdziła, że walę głową o mur, nie bez znaczenia było też uzyskanie dodatkowego dochodu, z którego mogłem choć częściowo pokrywać koszty wydawania gazety i innej działalności politycznej. Wiceburmistrzem na Żoliborzu został członek UPR Tomasz Grochulski.

Optymizm mój jednak stopniowo zaczął topnieć pod wpływem kolejnych wydarzeń. Już w kilka tygodni po wyborach miałem okazję być na zlocie nowych radnych, którzy swój mandat zdobyli z listy PiS. Mowa tam była o przyszłych koalicjach w mieście, w związku z czym zabierając głos, wypowiedziałem się przeciwko koalicji z PO, jako częścią skompromitowanego "układu warszawskiego", z którym walkę zapowiadał przecież Lech Kaczyński! Wypowiedź moja spotkała się z gwałtowną reakcją posła Ludwika Dorna, który nie przebierając w słowach, zbeształ mnie za to, że ośmielam się udzielać jakichkolwiek rad ugrupowaniu, z którego listy zdobyłem mandat, tak jakbym zawdzięczał to wyłącznie protekcji PiS! Sądziłem zresztą, że tamten incydent otworzy oczy i pozostałym kolegom radnym z UPR, ale jak wykazało najbliższe zebranie oddziału, myliłem się!

Już wówczas mogłem się przekonać, że o jakimkolwiek partnerstwie, choćby ograniczonym nie może tu być mowy. Dlatego podjąłem decyzję, że następne wybory samorządowe to albo start samodzielny naszej partii, albo w najgorszym wypadku mój własny komitet wyborczy. Swój dalszy stosunek do PiS-u uzależniłem od rozwoju wydarzeń, które po zawiązaniu koalicji PO - PiS zaczęły przybierać niezbyt ciekawy obrót.

Na początku jednak Lech Kaczyński nie mógł całkowicie zmienić frontu. Czynił więc pewne ruchy, które mocno nie podobały się radnym PO. Wkrótce doszło do konfliktu na tle spraw, które Kaczyński kierował do prokuratury, obciążając najbliższe otoczenie Piskorskiego. Doszło do rozpadu koalicji i zmiany partnera na Ligę Polskich Rodzin. Wtedy to właśnie drugim wiceburmistrzem w naszej dzielnicy został przedstawiciel Ligi z Dolnego Śląska, wywołując wściekłe ataki radnych PO.

Przez pierwszy rok działalności w radzie uczęszczałem jeszcze na posiedzenia klubu PiS, a stosunki z radnymi tego klubu układały się poprawnie. Dyscyplina w głosowaniu dotyczyła bowiem kwestii mało istotnych z punktu widzenia społeczności Żoliborza, a tym bardziej Warszawy. Pierwszy drobny rozdźwięk miał miejsce, kiedy odwoływany był burmistrz Rzewuski, którego sam PiS na wniosek Kaczyńskiego odwoływał. Na wyraźne żądanie Grochulskiego razem z drugim radnym UPR - Jabłońskim poparliśmy wówczas burmistrza, choć uważam, że gra nie była warta świeczki. Tyle, że w jakiś sposób zamanifestowaliśmy swoją niezależność i odrębność, bo sama obrona z punktu widzenia moralnego była dyskusyjna.

Stosunki z wiceburmistrzem Grochulskim układały się poprawnie, spieraliśmy się wprawdzie o przyszłość UPR, ale współpracowaliśmy ściśle na forum rady. Poprzez Grochulskiego udało mi się zresztą pozałatwiać różne sprawy dla poszczególnych mieszkańców, zgłaszane na dyżurach. Rozumiałem zresztą, że jego pole manewru jako urzędnika (musiał zrezygnować z mandatu) w stosunku do PiS było dużo mniejsze.

W siedzibie UPR odbywały się regularne spotkania z udziałem ówczesnego prezesa oddziału M. Bonickiego oraz radnych UPR z Warszawy. Często pojawiał się tam i Wojtera.

Każdy z radnych składał sprawozdania, co się dzieje w jego dzielnicy i jak się układają stosunki z PIiS. Mowa też była o drobnych osiągnięciach, typu ścieżki rowerowe. W tym okresie zresztą jeszcze nie odczuwałem takiego niepokoju, kiedy dowiadywałem się, że budżet miasta pod kierownictwem wiceprezydenta Skrzypka jest wyraźnie lepszy niż za rządów poprzedniej koalicji SLD - PO, a deficyt wyraźnie mniejszy, choć oczywiście dążności do prywatyzacji nie było. Pewien niepokój budził brak statutu miasta i nadmierna centralizacja władzy w rękach Kaczyńskiego, przekraczająca nawet zakres ustawy warszawskiej, ale wtedy tłumaczyłem to sobie okresem przejściowym, walką z korupcją, koniecznością rozprawienia się ze starym układem.

Pierwszą poważniejszą sprawą programową, która podzieliła mnie z PiS, była kwestia ogromnego deficytu basenu gminnego na ul. Potockiej, sięgającego wówczas 370 tys. zł rocznie. Dzielnica choć miała go w załączniku, nie posiadała żadnego wpływu na jego działanie. Owszem, ówczesny dyrektor (z PO) uczęszczał na komisje rady, ale zwierzchnikiem jego były władze miasta. Cały czas odnosiłem wrażenie, że PiS-owi chodzi wyłącznie o zastąpienie wpływów PO na basenie wpływami własnymi, bez ruszania czegokolwiek innego. Moje wnioski w sprawie prywatyzacji basenu napotykały i napotykają ostry sprzeciw nie tylko PO, ale i całego PiS. Sojusznikiem w tym względzie była Liga Polskich Rodzin. Wiceburmistrz Grochulski cały czas starał się mnie tonować, że obecnie nie ma szans na prywatyzację basenu, a Wojtera na posiedzeniach na Nowym Świecie tłumaczył, że sprawę trzeba rozwiązać kompleksowo w skali całego miasta. Nie zgłaszał jednak żadnej inicjatywy na ten temat w Radzie Miasta, a koszty budowy wciąż nowych basenów w Warszawie sięgały już 400 mln złotych.

Pierwotne budżety były tu znacznie przekraczane, a każdy nowo wybudowany basen pogłębiał straty poprzednich, odbierając im klientów. Jednym słowem: czarna dziura bez dna!

Tym niemniej sprawą, która ostatecznie poróżniła mnie z władzami PiS i spowodowała w efekcie moje wystąpienie z tego klubu, była kwestia autostrady, a konkretnie jej przebiegu na warszawskim odcinku.

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad pod kierownictwem W. Dąbrowskiego lansowała od początku projekt doprowadzenia autostrady A2 do Konotopy i przepuszczenia całego ruchu z niej dwoma drogami ekspresowymi przez gęsto zabudowane tereny północnej i południowej części Warszawy. W tej sprawie prowadziłem walkę od wielu lat, zbierając podpisy pod listem do Kaczyńskiego (łącznie 2500), aby nie zgadzał się na proponowany wariant, zakładający m.in. przerobienie Trasy AK z typowej drogi miejskiej, choć o dużym natężeniu ruchu, w drogę ekspresową o charakterze tranzytowym, do czego ta arteria kompletnie się nie nadaje. Byłoby to zresztą sprzeczne z interesami mieszkańców m.in. Żoliborza, których winienem reprezentować najlepiej, jak potrafię. Musieliby oni bowiem ponieść koszty tego rozwiązania, zarówno ekologiczne, jak organizacyjne czy ekonomiczne.

Podobna sytuacja zaistniała i na południu Warszawy, z tym, że arteria tam miała być budowana od początku, częściowo zresztą w bardzo drogim tunelu.

Dość powiedzieć, że proponowane rozwiązania sprzeczne były i są z całą moją wiedzą, nabytą na Politechnice Warszawskiej, na wydziale transportu, także ze zdrowym rozsądkiem.

Aby wzmocnić siły protestu opowiadające się za autostradowym obejściem Warszawy, wariantem alternatywnym wobec GDDKiA, na jesieni 2003 roku nawiązałem współpracę z organizacjami podobnymi do założonego przeze mnie "Stowarzyszenia na rzecz obwodnicy", głównie z ursynowską Ekostradą, skupiającą kilkanaście stowarzyszeń. Na jej czele stoi charyzmatyczna pani Danuta Cesarska, która dostarczyła mi szereg dokumentów i ekspertyz. Wyłaniał się z nich cały dramat Warszawy, w przypadku realizacji rządowych zamysłów.

Sprawą niezwykłej wagi było stanowisko władz miasta. W przypadku braku zgody Kaczyńskiego na proponowany wariant, GDDKiA musiałaby szukać alternatywy, czyli przepuszczenia autostrady poza granicami miasta, bo do zapewnienia odpowiedniej przepustowości korytarza transportowego zmuszały ją umowy z UE.

Po demonstracjach pod Min. Infrastruktury i Sejmem, przy pasywnej postawie władz Oddziału Stołecznego UPR (prezesem już wówczas był D. Dereńko) organizowaliśmy razem z p. Cesarską i kilkoma jeszcze osobami spęd ludzi na posiedzenia Rady Miasta, gdzie zgłoszone miały być uchwały opowiadające się przeciw projektom GDDKiA. Jedne były autorstwa Ligi Polskich Rodzin, inne D. Cesarskiej, zgłoszone miały być przez S. Wojterę, na usilne nasze nalegania.

Obecność ludzi (ponad 500 osób w sierpniu i wrześniu 2004 roku) miała wywrzeć presję na wahających się radnych. Przez cały czas miałem obawy, czy aby zbyt pasywna postawa Wojtery przy jednoczesnej dużej aktywności A. Guta z LPR nie sprawi, że cały splendor walki o obwodnicę pozamiejską spadnie właśnie na LPR, która obejmie przywództwo w ogólnowarszawskim ruchu z tym związanym. Rola UPR zostałaby tym samym marginalizowana, a mój wysiłek zmarnowany. Taki rozwój wydarzeń był tym bardziej realny, że Wojtera unikał zdecydowanych, ostrych wystąpień, na jakie pozwalał sobie Gut, kiedy radni PiS i Platformy przekładali temat z sesji na sesję, rozdrażniając zgromadzonych ludzi. W związku z tym zdecydowałem się samemu w miarę możliwości zabierać głos na Sesji, ale Wojtera nalegał, żeby to on sam jedynie występował na Sesji jako przedstawiciel UPR, moją rolę sprowadzając jedynie do reprezentowania lokalnego stowarzyszenia.

Postawę Wojtery interpretowałem wówczas nazbyt optymistycznie jako osobiste ambicje odegrania pierwszoplanowej roli w nadchodzących wydarzeniach i maksymalnego zdyskontowania sprawy przebiegu autostrady na rzecz własnej osoby, a przy okazji również UPR. Sprawy miały się jednak inaczej, o czym przekonałem się na ostatniej, decydującej sesji 16 grudnia 2004.

Wcześniej zarówno ja, jak też Cesarska rozmawialiśmy z Wojterą na temat zgłoszenia przez niego projektu uchwały, opowiadającej się za autostradową obwodnicą Warszawy i obligującą Prezydenta do zajęcia takiego właśnie stanowiska w rozmowach z GDDKiA. Na sesji prezentowane były szczegółowe rozwiązania dotyczące drogi ekspresowej przez południe Warszawy, przemawiali radni, a potem zaproszeni goście. Sam Wojtera choć zgłosił projekt, nie występował aktywnie na mównicy. Gdy przyszło do głosowania, bronił swojego stanowiska do momentu aż stało się jasne, że klub PiS będzie głosować przeciwko niemu. Najpierw radni uwalili projekty LPR, a tuż po zakomunikowaniu przez przewodniczącego komisji infrastruktury z PiS-u o negatywnym zaopiniowaniu także uchwały Wojtery, zgłosił poprawkę pozbawiającą swoją uchwałę najważniejszej rzeczy. Nie było już mowy o pozamiejskiej autostradzie, a jedynie o zbadaniu własności gruntów pod przyszłymi drogami ekspresowymi. Tak okrojoną uchwałę zaakceptował PiS, a LPR zarzucił tchórzostwo i niezdecydowanie Wojterze. Bo w istocie, choć nie było szans na pozytywne przegłosowanie wniosków, to obrona swojego stanowiska do końca przyniosła by UPR i samemu Wolterze dużo więcej splendoru, i korzyści niż przepchnięcie uchwały całkowicie pozbawionej ostrza. Wtedy było już jasne, że nie chodzi o osobiste ambicje Wojtery odegrania czołowej roli w ruchu na rzecz obwodnicy, nie o wykorzystanie sprzeczności między działaniami PiS, Platformy i SLD z odczuciami społecznymi na korzyść partii lub choćby budowy własnego wizerunku, ale o to, by za bardzo nie narazić się PiS-owi, aby nie zamykać sobie drogi do startu z ich list wyborczych.

W świetle tego nie dziwi późniejsze zachowanie całej "frakcji" reprezentowanej przez Wojterę, ani na konwentach oddziału stołecznego, partii, ani później. Grunt pod rozwiązanie mające dać miejsca na listach dla kilku czołowych działaczy UPR, czy to z Platformy, czy z PiS, przygotowywany był znacznie wcześniej. Choć więc Wojtera wziął jeszcze udział w późniejszych wydarzeniach związanych z autostradą, jak manifestacja pod Min. Infrastruktury czy sesja na Bemowie, nie zmieniło to już jednak postaci rzeczy. Decyzje, co dalej z UPR, zapadły wcześniej.

Drogi nasze rozeszły się definitywnie na konwencie oddziału stołecznego 5 lutego, a wcześniej wystąpiłem również z klubu radnych PiS, na znak protestu przeciw łamaniu przez Kaczyńskiego obietnicy dotyczącej przebiegu autostrady. Doświadczenia tamte nauczyły mnie trzymać się z daleka od dużych partii.

Jerzy Lipka

 

powrót do strony głównej Antysocjalistycznego Mazowsza

Wiadomości z kraju


Publicystyka

Konieczne jest nowe otwarcie - prof. Jerzy Przystawa - czwartek, 26, sierpnia 2010

Dwie komisje. Pojednanie na rosyjskich warunkach - Antoni Zambrowski - wtorek, 17, sierpnia 2010

A jednak szambo - Krzysztof Mazur - piątek, 13, sierpnia 2010


Mazowsze


TV-felietony

[an error occurred while processing this directive]


ZAGRANICA



Wiadomości z UPR


ARCHIWUM


Stare ARCHIWUM