|
Praca w konspiracji (relacja własna Kazimiery Lewańskiej - Szyc) Z Ruchem Oporu zetknęłam się poprzez mego męża Włodzimierza Szyca, który z ramienia ZWZ pełnił funkcję kuriera miedzy Polską a Delegaturą Rządu na Kraj, która mieściła się w Budapeszcie. Dzięki tym kontaktom na wiosnę 1942 r. zostałam zaprzysiężona jako żołnierz AK. Odbyło się to w mieszkaniu jednej z członkiń AK, która była żoną b. oficera WP, mieszkająca podobnie jak i ja w tym czasie w kolonii oficerskiej w Rembertowuie. Obok mnie mieszkał płk Karol Ziemski "Wachnowski". Przybrałam pseudonim "Biegaczowa". Pierwszym zadaniem, jakie otrzymałam od inż. Ludomira Hegera pseud. Andrzej (było to na wiosnę 1943 r.), było zorganizowanie produkcji jednego z najsilniejszych materiałów wybuchowych, mianowicie tetrylu w skali ćwierćtechnicznej. Zamaskowane laboratorium mieściło się przy ulicy Polnej w oficynie stojącej na terenie obecnej redakcji "Życia Warszawy". Produkcja tetrylu jednak nie została uruchomiona ze względu na "wsypę" zakonspirowanego miejsca produkcji innego materiału wybuchowego w Tarczynie (o której zresztą wtedy nie wiedziałam). Właściwą pracę w pionie techniczno-uzbrojeniowym Szefostwa Uzbrojenia KG AK, szefem którego był płk Szypowski pseud. "Leśnik", zaczęłam z chwilą przystąpienia do produkcji innego materiału wybuchowego, mianowicie piorunianu rtęci. Jest to inicjujący materiał wybuchowy, charakteryzujący się bardzo dużą wrażliwością na wszelkie bodźce mechaniczne i cieplne. W związku z tym produkcja była bardzo niebezpieczna, tym bardziej że odbywała się w prymitywnych warunkach. Wyrób piorunianu rtęci prowadziłam w mieszkaniu (kawalerka) fikcyjnej "volksdeutschki" pseud. "Zosia", które znajdowało się na I-szym piętrze budynku fabrycznego nad bramą wejściową (strzeżoną przez wartownika niemieckiego). Była to fabryk polska zarekwirowana przez Niemców dla potrzeb wojska. Mieściła się ona przy ul. Obozowej 15. Budynek ten dziś nie istnieje, gdyż został rozebrany z tytułu regulacji ul. Obozowej, prowadzącej na Koło. W ramach innej komórki Szefostwa Uzbrojenia KG AK, w tym samym budynku, tylko na III-cim piętrze, produkowano zapalniki i granaty ręczne - szefem tej produkcji był kpt. inż. Stefan Orlewicz, pseud. "Podoski", który obecnie nie żyje, ale po wojnie w latach 1948 - 1951 pracował ze mną w Instytucie Mechaniki Precyzyjnej na ul. Duchnickiej 3. Otrzymywanie (produkcję) piorunianu rtęci prowadziłam sama. Wyjściowe surowce, tzn. kwas azotowy, rtęć metaliczną i alkohol etylowy dostarczano mi przez łączniczkę przed rozpoczęciem przeze mnie pracy. Z łącznikiem nie kontaktowała się. W podobny sposób usuwano wyprodukowany przeze mnie produkt, często przewożąc w wózku dziecinnym dla zamaskowania. Dalej piorunian rtęci był wykorzystywany do elaboracji (napełniania) spłonek karabinowych, pistoletowych, do zapalników i spłonek detonujących. Warunki produkcji piorunianu rtęci były bardzo ciężkie ze względu na prymitywne warunki pracy, między innymi brak podstawowego urządzenia koniecznego do usuwania obfitych i trujących tlenków azotu, par rtęci, które jak wiadomo, wpływają szkodliwie na górne drogi oddechowe i przewód pokarmowy. Tym koniecznym urządzeniem był wentylator. W związku z tym w pomieszczeniu gdzie pracowałam, było brązowo od dymów i dlatego (brązowe dymy zdradziłyby stanowisko pracy) zmuszona byłam do wynoszenia dymiących kolb reakcyjnych aż na III-cie piętro, gdzie na skutek nie wykończenia budynku fabrycznego było brak okien, a więc było bardzo przewiewnie. Nim jedna porcja wydymiła na górze, przygotowałam następną, którą wynosiłam na górę, a gotową z wytrąconym piorunianem kolbę (ok. 10 l) zanosiłam do pokoju, gdzie dokonywałam dalszych czynności. Odkwaszony, czysty piorunian rtęci pozostawiałam w butelkach z wodą (dla obniżenia wrażliwości produktu). W ten sposób pracowała 3 razy w tygodniu. Pewnego razu spoglądając przez okno, zobaczyłam, że ul. Obozowa obstawiona jest przez żandarmów niemieckich, stojących co 10 m po obu stronach ulicy. Byłam pewna, że to chodzi o mnie. W wielkim zdenerwowaniu zniszczyłam wszystkie porcje wytworzonego piorunianu. Okazało się jednak (dowiedziała si potem), że moje podejrzenia były niesłuszne, a powodem obstawieni ulicy żandarmerią było to, że Niemcy zostali powiadomieni o przewozie broni w kierunku Koła. W 1943 r. (dokładnej daty nie pamiętam) polecono mi usunięcie kompromitujących dokumentów ze "spalonego" miejsca, mianowicie z mieszkania mieszczącego się na IV-tym piętrze domu przy ul. Grażyny. Dokumenty te, jak się okazało, znajdowały się w stole zamkniętym, należało więc wziąć cały stół i wywieźć na dół. Po zapakowaniu do dorożki przewiozłam na ul. Mokotowską (adresu nie pamiętam) do zakonspirowanego mieszkania. W czasie przejazdu w tym czasie na ul. Puławskiej Niemcy urządzili "łapankę". Mnie udało się przejechać bez żadnego zatrzymywania przez Niemców. W Powstaniu Warszawskim udziału nie brałam, ale produkowałam dalej materiały wybuchowe. Będą przejazdem w Krakowie (9 stycznia 1945 r.) zostałam aresztowana przez Gestapo w czasie rewizji tramwaju (kontrola dokumentów). Jak się okazało, powodem aresztowania była moja Kennkarta warszawska. Najpierw byłam trzymana w areszcie w Gestapo w izolatce o powierzchni mniej niż 1 m2. Następnego dnia zostałam przetransportowana w asyście 4-ch żandarmów do obozu na Prądniku Czerwonym, znajdującego się pod Krakowem. W czasie transportu w dn. 18.02.1945 r. na dworzec w celu wywiezienia do Niemiec, uciekłam i tego samego dnia ruszyłam na wschód drogą warszawską, przedzierając się przez front niemiecko-sowiecki pod Michałowicami (ok. 45 km od Krakowa) pod ciągłym ogniem z obydwu stron. (...) Jak wcześniej zaznaczyłam, mąż mój Włodzimierz Szyc brał czynny udział w ZWZ jako kurier Delegatury na Kraj. Mąż był oficerem służby czynnej WP. Awans na porucznika łącznie z odznaczeniem Krzyżem Walecznych dostał po bitwie pod Kockiem, gdzie walczył w armii gen. Franciszka Kleeberga. Do pracy w konspiracji został zwerbowany, będąc już w obozie przejściowym dla wojskowych n terenie Węgier. Mąż miał pseudonim "Biegacz II". Następny pseudonim przybrał po brawurowej ucieczce z Gestapo w Zakopanem, które mieściło się w willi "Palace" przy ul. Chałubińskiego. Uciekł, mając kajdanki na rękach, wyskakując oknem z II-go piętra tej willi, uprzednio zastrzeliwszy jednego gestapowca, a drugiego raniąc. Uciekał przez góry w kierunku Murzasichla, gdzie został rozkuty przez znajomych górali, a kajdanki wrzucono do studni. PO wojnie kajdanki zostały wydobyte i obecnie znajdują się w Muzeum Martyrologii Ludu Tatrzańskiego (1974 r.). Niemcy od tego przypadku z moim mężem zakładali aresztowanym Polakom kajdanki z tyłu. Działalność mego męża w konspiracji oraz Jego śmierć opisana jest przez A. Filara i M. Lejko w książce "Palace - Katownia Podhala" (str. 57-62), a także w ksiązce Kazimierza Leskiego "Życie niewłaściwie urozmaicone". Mąż mój został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Virtuti Militari kl. V. Na jesieni 1940 r. towarzyszyłam mężowi w jednej z Jego wypraw do Budapesztu. Oprócz mnie towarzyszyli nam dwaj mężczyźni, z których jeden był oficerem, drugi jakąś ważną osobistością. Trasa prowadziła z Zakopanego przez Witów - gdzie przebiegała granica polsko-czeska, pilnowana przez patrole z psami, aż do Trsteny już na terenie Czechosłowacji. Trzeba było odległość ponad 40 km pokonać w ciągu jednej nocy. W Trstenie mąż miał "melinę", gdzie się zatrzymał w celu odpoczynku i organizowania dalszej drogi przez teren Czechosłowacji. Zazwyczaj był umówiony taksówkarz, który zawoził do miasta Rużomberek, skąd pociągiem przejeżdżało się w kierunku granicy węgierskiej. I tym razem wysiedliśmy z pociągu dwie stacje wcześniej, w Kysaku i stąd ruszyliśmy pieszo przez granicę do Koszyc, miasta granicznego już po stronie węgierskiej. Tam po odpoczynku w "melinie" pojechaliśmy taksówką do Sateraliaujhelli, skąd pociągiem dojechaliśmy do Budapesztu. Podróż, jakby się wydawało z tej relacji, nie była ani łatwa, ani bezpieczna. Samo pokonanie w ciągu dwóch kolejnych nocy dużych odległości 40 i 25 km było trudne, nie mówiąc o ciągle czyhającym niebezpieczeństwie natknięcia się na częste patrole uzbrojonych celników niemieckich, czeskich i słowackich tak w pasie, jak i na całej trasie. Mimo śmierci mego męża oraz mimo tego, że dzieci były bardzo małe (miały zaledwie 5 tygodni, kiedy mąż został zabity [24.05.1941 r.]), bez wahania przystąpiłam do pracy konspiracyjnej. Inne relacje o pracy Kazimiery Lewańskiej: Franciszek Jan Pogonowski "Podziemna zbrojownia"
|
||