Informacje
ASME z kraju
Niszczyciele - przewodniczący Rady Sygnatariuszów UPR Michał Marusik o sytuacji w tej partii Wysłane poniedziałek, 15, lutego 2010 przez Krzysztof Pawlak |
Trudno było pojąć zawiłości astronomii, dopóki Kopernik nie postawił hipotezy, że to ziemia i inne planety krążą wokół słońca. Stawiam więc swoją hipotezę dotyczącą zawirowań w UPR.Wspominałem na kilku kolejnych Konwentach, że UPR nikt nie będzie atakował z zewnątrz. Ta partia atakowana będzie od środka. I bywała w ten sposób atakowana wielokrotnie z całkiem poważnymi skutkami. Choroba jednak pozostawała wciąż lekceważona. Tym razem okaże się pewnie śmiertelna.
Do czasu wrocławskiego Konwentu dało się tylko zauważyć raptem dwa poważne i wymowne objawy: tworzenie partii w partii - jakiejś koterii zwolenników wspaniałego lidera, Bolesława Witczaka oraz bezczelne wyszabrowanie wszystkich funduszy - przez tegoż lidera i Jego zwolenników. Brak oceny zasadności poczynionych wydatków przez Radę Główną i odmowa oceny tej zasadności ze strony Przewodniczącego CKR, p. Ireneusza Kaszy powinna już wystarczyć do oceny stanu rzeczy. "Witczakowcy" jednak postanowili radować się liczebną przewagą na Konwencie i z bezczelnymi uśmiechami liczbą swoich głosów pokonali wszystkich zaniepokojonych dostrzeżoną katastrofą.
Czynione przed Konwentem próby zmiany Prezesa zostały zablokowane przez kwartet: Jędrzejewski, Sławski, Kasza i Przybył. Zza tej blokady rozmiarów zniszczeń jeszcze nie było widać. Zbliżał się jednak Konwent i dalsza destrukcja mogłaby zostać poskromiona; cztery osoby mogły nie wystarczyć do utrzymania prezesury Bolesława Witczaka. "Witczakowska" Rada Główna więc umorzyła zaległe składki p.p. Bagińskiemu i Paprockiemu, gwarantując, że destrukcja pozostanie nietknięta. Na Konwentyklu przedkonwentowym pojawił się p. Bagiński. Wystarczyło. Witczaka zmienić się nie dało, a wiedza o poczynaniach całego towarzystwa pozostała prawie całkowicie ukryta.
Pojawił się jednak problem: wyniszczenie partyjnych funduszy wykonane zostało w sposób zbyt łatwy do zakwestionowania, bo po prostu wprost w kieszenie towarzyskiej sitwy. Niszczyciele więc postanowili wymienić swego lidera na kogoś, kto potrafi to robić inteligentniej. Najlepiej manifestując własną ofiarność. Zmianę na kogoś kto by poczynania tego towarzystwa powstrzymał oczywiście z łatwością blokowali ilością sześciu ludzi. Była to jednak tylko teza, która wymagała weryfikacji. I weryfikacja została dokonana na listopadowym Konwentyklu: zablokowali kandydaturę Jacka Boronia, zablokowali kandydaturę Roberta Maurera, zablokowali kandydaturę Bogdana Grobelnego... Im potrzebny był po prostu jakiś lepszy parawan ochronny dla procederu niszczenia wszystkiego, co możliwe. Tak też oceniłem sytuację na zakończenie owego Konwentyklu.
Czas - niestety - dzień po dniu dowodził poprawności tej oceny. Rada Główna mająca statutowy obowiązek kontroli działań Prezesa żadnej kontroli nie podjęła. A przecież z samych operacji na bankowych kontach, których ukryć się całkiem nie dało już było widać skalę destrukcji. A do tego zaczęły spływać różne dziwne faktury i nakazy komornicze. Oczywiście dokumenty te na ogół trafiały w ręce towarzystwa niszczycieli, którzy je przeważnie skrzętnie ukrywali.
Jednocześnie okazało się, że z biura Centrali UPR "poznikały" wszelkie dokumenty finansowe (a po chwili okazało się, że inne również). Niszczyciele po prostu przyjęli, że te zniknięcia będą się nazywały "Grocki". Zniknął więc jeden z Nich - świetny Skarbnik świetnego lidera - Grzegorz Grocki. Od tego czasu przeszłość staje się czarną dziurą. Każde pytanie o dokumenty czy też jakąś rzetelną wiedzę o zobowiązaniach trafia na odpowiedź: "Grocki". Proceder niszczenia trwa więc spokojnie w najlepsze.
Nie mając jeszcze pełnej wiedzy o sytuacji Konwentykl zrobił wszystko co mógł, tzn. wszystko czego destruktorzy nie mogli zablokować: obniżył składki dla kilku grup Członków by uchronić choć trochę bieżącą ofiarność Członków przed roztrwonieniem i zobowiązał zarząd Partii do złożenia w prokuraturze zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. (Prokuratura w drugiej połowie stycznia rozpoczęła przesłuchania). Oczywiście miało to raczej charakter symboliczny, bo w międzyczasie okazało się, że długów narosło do kwoty prawie 100.000 zł. Sygnatariusze (za wyjątkiem tych paru niszczycieli, oczywiście) uznali też, że ukrywanie prowadzonego procederu jest rzeczą moralnie i pragmatycznie niedopuszczalną.
Odpowiedzią ze strony destruktorów było (i jest) nasilenie propagandowej i formalnej nagonki na każdego uczciwego UPR-owca. Pozamaterialną katastrofą stała się tym samym wojna ze wszystkimi uczciwymi Członkami, bez liczenia się z jakimikolwiek zasadami przyzwoitości. Każdy pretekst stał się świetną okazją do obrzucania błotem każdego uczciwego Członka UPR.
Po usunięciu z UPR Grzegorza Grockiego rolę parawanu pełnił już tylko Bolesław Witczak. On jednak był kandydatem do tej roli najgorszym, bo tak się akurat złożyło, że to Jego właśnie bezpośrednio obciążają niektóre z tak sprawnie czynionych "wydatków". Postanowili więc ten parawan zmienić. Prób ku temu poczynili wiele, ale - póki co - nieskuteczne.
Najbardziej chyba obrzydliwą próbą był "operetkowy zamach stanu". Otóż w czasie kiedy Witczak pozostawał zawieszonym zastępowała Go p. Magdalena Kocik. Ona też zwołała posiedzenie Rady Głównej dla oceny dokonanych malwersacji finansowych. To de jure. Czyli - jak to u nich w zwyczaju - na niby. Bo de facto Witczak przywiózł gromadkę Swoich kumpli, którzy odczekali w biurze chwil kilka i przed otwartym przez Niego posiedzeniem zostali mianowani przez Niego Prezesami Okręgów z jednoczesną decyzją, że RG będzie obradowała z udziałem Prezesów Okręgów. Tak dobrane towarzystwo "zawiesiło" każdego kto mu się nie podobał. Następnie postanowili zmienić parawan na, zasłużoną już dla nich, panią Magdalenę Kocik, pasującą do tej roli całkiem nieźle, bo przecież żadnych malwersacji nie dokonała. I na tym Rada Główna - zwołana przez panią Kocik dla rozliczenia finansowych malwersacji - zakończyła swoje obrady.
W stosunku do mnie wysunięto wniosek o pozbawienie członkostwa. Wniosek nie przeszedł. Do dziś tego wniosku nie otrzymałem. Nie przeszedł zapewne głosem Henryka Stawiarskiego, bo na następne posiedzenie Straży, gdzie mieli mnie wyrzucać ponownie, przywieźli wniosek o wykluczenie też Henryka Stawiarskiego. O wniosku przeciwko p. H.S. nie zostałem nawet powiadomiony. Wniosku o wykluczenie mojej osoby też do dziś dnia nie otrzymałem. Natomiast z całkowitą bezczelnością p. Andrzej Jędrzejewski - naczelny dżentelmen tego towarzystwa - przedłożył do rozpatrzenia o wykluczenie p. H.S. wniosek, który nie miał wymaganej liczby podpisów. Tym aktem dżentelmeństwa p. Andrzej zasłużył sobie przynajmniej na obietnicę walnięcia w pysk ze strony JKM.
W pamiętną sobotę któryś z warszawskich działaczy nazwał tych ludzi sk****synami. I głos oburzenia nie milknie po dziś dzień. Kto to słyszał, żeby w porządnym towarzystwie sk****synów nazywać po imieniu!? Czynić sk****syństwo - to owszem, ale żeby je nazywać po imieniu!?
Pan Henryk Stawiarski przedstawia się w komunikatorze Skype sentencją: "Nie ten ptak kala gniazdo co je kala, lecz ten co mówić o tym nie pozwala". Przynajmniej wiadomo dlaczego chcą Go z UPRu wyrzucić. Na mnie i tak wszystkie wyroki wydali już dawno, bo nie potrafię być bezstronnym. Wiec przynajmniej nie muszę uważać, by nie powiedzieć o nich paru słów prawdy. A bezstronnym rzeczywiście być nie potrafię. Staram się stawać zawsze po stronie przyzwoitości i ludzi przyzwoitych. Mam więc u nich przechlapane do końca świata i jeden dzień dłużej.
Pominąwszy dziesiątki osobliwych wydarzeń drobniejszego kalibru moją tezę potwierdził wprost jeden z nich fatygując się w tym celu kilkaset kilometrów; najwyraźniej chciał mi to oznajmić osobiście. Acz niepotrzebnie, bo ja to akurat i bez Jego oznajmienia dokładnie to wiem. Otóż fakt, że zniszczenie UPR było i jest ich zasadniczym celem oznajmił mi w rozmowie "w szczerej, partyjnej atmosferze" choćby takim oświadczeniem (cytuję z pamięci):
"Na Konwencie zagłosowałem za udzieleniem absolutorium Witczakowi, kiedy się dowiedziałem, jakich malwersacji dokonał, bo to w zasadzie gwarantowało rozbicie UPR".
Dyskutując długo i otwarcie zdążyliśmy sobie powiedzieć jeszcze wiele ciekawych rzeczy, ale dla losów UPR to stwierdzenie miało znaczenie zasadnicze. Z przykrością wielką stwierdzam, że dokładnie potwierdzało moją tezę, którą wypowiedziałem wprost na listopadowym Konwentyklu.
Zobaczymy, co zrobią na Konwentyklu 17.02. Szkoda, że nie został on zwołany w Józefowie, bo przynajmniej p. Jędrzejewski nie musiałby długo czekać na sprawiedliwy gest z Korwinowej ręki.
Za
"blogiem" przewodniczącego Rady Sygnatariuszów Michała Marusika