Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Feliks Rosenbaum - brutalny śledczy i bohater teatru - Tadeusz M. Płużański Wysłane niedziela, 22, listopada 2009 przez Krzysztof Pawlak |
Feliks Rosenbaum był szczególnie brutalny. Wręcz słynął z bestialstwa. Dzięki temu osiągał sukces w śledztwach. Budził podziw u przełożonych i podziw podwładnych. Mówiło się o nim: najskuteczniejszy ubek we Wrocławiu.Jego szczególne metody zapewniły mu błyskawiczną karierę. Nie wstydził się ich. Inni brutale ukrywali swoje czyny, a nawet nazwiska. On nazwiska nie zmienił, mimo nakazujących to instrukcji sowieckiej władzy. Dla niego zrobiono wyjątek. A mógł przecież zostać np. Różyczką, Różyckim, Różańskim. Ale w Warszawie był już jeden Różański, szef departamentu śledczego w centrali MBP, choć w rankingu na okrucieństwo Rosenbaum mógł śmiało z Goldbergiem konkurować. Tak jak jego warszawski odpowiednik przed wojną skończył prawo - Goldberg na Uniwersytecie Warszawskim, Rosenbaum - Jagiellońskim
Feliks Rosenbaum nigdy nie poniósł żadnej kary za swoje zbrodnie. W 1968 r. po prostu wyjechał. W Polsce zostawił prochy żony i córki, których hitlerowcy mieli zamordować w 1943 r.
Rosenbaum łączył ludziW spektaklu Sceny Faktu Teatru Telewizji "Golgota wrocławska" Piotra Kokocińskiego i Krzysztofa Szwagrzyka w reżyserii Jana Komasy postać Rosenbauma pojawia się tylko w 1949 r., kiedy prowadzi sprawę o sabotaż i tworzenie "związku faszystowsko-hitlerowskiego mającego na celu niedopuszczenie do wykonania Planu Trzyletniego" na Dolnym Śląsku. Tego strasznego przestępstwa mieli się dopuścić: Henryk Szwejcer, przemysłowiec, powstaniec śląski, po wojnie dyrektor Zjednoczenia Przemysłu Węglowego w Wałbrzychu; Władysław Czarnecki, członek niepodległościowej organizacji - Narodowego Zjednoczenia Wojskowego; Henryk Gerlich, goniec pochodzenia niemieckiego, który jako jedyny faktycznie miał coś na sumieniu: z kasy ZPW ukradł kilka znaczków pocztowych.
Wszyscy trzej zostali skazani na śmierć i w lipcu 1949 r. straceni. Wszyscy niewinnie. Poza wspólnym miejscem pracy nie mieli z sobą nic wspólnego.
Ich losy - na zawsze - połączył Urząd Bezpieczeństwa. Główna w tym zasługa Feliksa Rosenbauma i jego śledczych, dzięki którym cała trójka do wszystkich absurdalnych zarzutów się przyznała. Początkowo mieli opory, próbowali zwodzić swoich oprawców, ale w końcu ulegli pod siłą argumentów, a właściwie przed argumentami siły. Aby "ludowej" sprawiedliwości stało się zadość, złamani w śledztwie ludzie zostali jeszcze postawieni przed stalinowskim trybunałem oprawców w togach, który dokonał na nich sądowego mordu. Wykonanie wyroku śmierci było już tylko tragicznym dopełnieniem.
Trzech "faszystowsko-hitlerowskich" sabotażystów podzieliło los ponad tysiąca straconych we wrocławskim więzieniu przy ul. Kleczkowskiej w latach 1947 - 1956. Ilu z nich było ofiarami Feliksa Rosenbauma?
Kto jest bohaterem?W lipcu br. w "Polityce" można było przeczytać tekst Anety Kyzioł, pod charakterystycznym tytułem "Golgotyzm". Autorka pisze, że spektakle Sceny Faktu ze sztuką przez duże "S" nie mają wiele albo z goła nic wspólnego (dla niej prawdziwy teatr to tylko klasyka albo "świeże" - w przeciwieństwie do nieświeżej historii - spektakle współczesne), i sugeruje, że ich celem jest "lansowanie się pracowników IPN na koszt podatnika, tworzenie spektakli na zamówienie konkretnej opcji politycznej, propagowanie pisowskiej wizji patriotyzmu - słowem: kolejny dowód na upolitycznienie publicznej telewizji. (...) Twórcom przyświecał cel edukacyjny, realizowany poprzez powracający schemat: niezłomni i nieustraszeni polscy patrioci, kierujący się kodeksem wartości spod hasła »Bóg, honor, ojczyzna«, kontra zezwierzęceni kaci z UB i cyniczni partyjni aparatczycy, często rosyjskiego albo żydowskiego pochodzenia".
Jeśli nawet mamy tu do czynienia z takim czarno-białym schematem, trzeba temu przyklasnąć, bo... jest to obraz prawdziwy. Ale dalej pani Kyzioł rozwija ten wątek: "Zamiast z odkrywaniem nieznanych kart polskiej historii, mamy raczej do czynienia z produkowaniem obrazków hagiograficznych z kolejnymi polskimi świętymi, wzorami do naśladowania".
Tylko czy "odkrywanie nieznanych kart" wyklucza hagiografię i czy musi być ona czymś złym? Czy bohaterowie Sceny Faktu - Henryk Szwejcer, a szczególnie Jan Rodowicz "Anoda", sanitariuszka Danuta Siedzikówna "Inka", czy rotmistrz Witold Pilecki nie zasłużyli ma miano bohaterów? Jeśli nie, ciekawe, jakich świętych uznaje Aneta Kyzioł i kto jest dla niej "wzorem do naśladowania"? Obawiam się, że nie ci "niezłomni i nieustraszeni polscy patrioci", bo przecież "Bóg, honor, ojczyzna" uważa tylko za hasło.
Śmiać się, czy płakaćDziennikarka "Polityki" widzi jednak walory niektórych przedstawień Teatru Telewizji, bo są nie jedno-, a wielobarwne: "Ryszard Bugajski kontrapunktem dla niezłomnej postawy rotmistrza Pileckiego czyni zmagania z sumieniem prowadzącego ustawiony proces sędziego Hryckowiana, złamanego i zastraszonego przez UB byłego akowca. W »Golgocie wrocławskiej« naprzeciw Henryka Szwejcera stoi Feliks Rosenbaum...". Nieprawdę Bugajskiego, powtarzaną bezmyślnie przez Kyzioł, trzeba sprostować. Hryckowian sam wybrał sobie taką pracę - szefa Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, najkrawszego sądu wojskowego w stalinowskiej Polsce. Nikt nie zmuszał go również do wydania kilkunastu kar śmierci na polskich patriotów.
Tym samym doszliśmy do sedna rozumowania pani Kyzioł - jej zdaniem dobre jest to, co rozmywa historię, relatywizuje, z katów robi ofiary i na odwrót. Wtedy mamy szeroką gamę barw, tyle tylko, że fałszywych.
W recenzji "Golgoty" "Polityce" wtórowała "Trybuna": to obraz "zideologizowania kultury, jej upolitycznienia, absurdalnego podporządkowania środowiska artystycznego władzy, propagandowa i polityczna papka". Jej publicysta uznał, że zasiądzie w poniedziałkowy wieczór przed ekranem "z dużym kubkiem popcornu, butelką coca-coli i pudełkiem chusteczek. Te ostatnie do wycierania łez. Ze śmiechu...". Tego już nawet komentować nie warto.
Jeśli Scena Faktu będzie kontynuowana (na razie wydaje się, że wstrzymały ją przepychanki w publicznej telewizji), ciekawe, czy doczekamy się sztuk o innych bohaterach Polski i ich oprawcach (często rosyjskiego albo żydowskiego pochodzenia)? Jeśli nawet jest to pisowska historia (!?), przynajmniej ja chcę ją oglądać. A inni niech krytykują, a nawet się śmieją.
A Feliks Rosenbaum? Bezpieczny azyl znalazł w Izraelu. Czy jeszcze żyje? Jeśli tak, wymiar sprawiedliwości niepodległej Polski powinien go niezwłocznie ścigać. Powodów jest dość, choćby za sfingowaną sprawę "związku faszystowsko-hitlerowskiego" w wałbrzyskim Zjednoczenia Przemysłu Węglowego.
Tadeusz M. PłużańskiPublicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.
Komentarz (0)