Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Bestie (10) - Tadeusz M. Płużański Wysłane czwartek, 11, września 2008 przez Krzysztof Pawlak |
Obaj ukończyli przed wojną szkoły wojskowe - Witold Pilecki Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, Czesław Łapiński Szkołę Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. Pierwszy został podporucznikiem w 1926 r., drugi 10 lat później. Obaj brali udział w kampanii wrześniowej. Po przedostaniu się do Warszawy, wstąpili do konspiracji. Pilecki do Tajnej Armii Polskiej (która weszła potem w skład AK), Łapiński do Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej (PLAN). Walczyli w Powstaniu Warszawskim. Pilecki miał wcześniej piękna kartę dobrowolnego więźnia KL Auschwitz. Po wojnie wojskowy prokurator Łapiński oskarżał Pileckiego - żołnierza II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie - domagając się kary śmierci dla bohaterskiego rotmistrza.Czesław Łapiński tłumaczył swoją stalinowską karierę: "Bałem się o swoje życie, gdyż byłem wcześniej żołnierzem AK. Miałem rodzinę, dzieci, musiałem przystosować się". Rotmistrz Pilecki za "nie przystosowanie się" do powojennego terroru zapłacił głową. Komuniści stracili go 25 maja 1948 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Osierocił dwójkę dzieci, a żonę uczynił wdową. Inni niepodległościowcy - ofiary Łapińskiego - jeśli tylko przeżyli gorsze od hitlerowskich kazamaty - po 1956 r. z trudem wracali do normalnego życia. Morderca sądowy, ppłk Łapiński nie miał takich dylematów - bez trudu został "cenionym adwokatem". Do końca życia utrzymywał się z wysokiej wojskowej emerytury. Miejsca pogrzebania Witolda Pileckiego do dziś nie udało się odnaleźć.
Pod nadzorem bezpieki- Oskarżam ppłk. w stanie spoczynku Czesława Ł. o podżeganie sądu do bezprawnego orzeczenia kary śmierci wobec czterech członków grupy rotmistrza Witolda Pileckiego. Ł., jako człowiek wykształcony i doświadczony w pracy w ówczesnym sądownictwie wojskowym, miał pełną świadomość, że oskarżeni mogą zostać straceni. Jego celem było wyeliminowanie przeciwników politycznych - tak w 2004 r. prokuratorka Instytutu Pamięci Narodowej Małgorzata Kuźniar-Plota oskarżała tego sądowego mordercę przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie. Łapińskiemu groziło dożywocie. Za podżeganie do zabójstwa odpowiada się bowiem tak samo, jak za zabójstwo. W trwającym ponad 1,5 roku śledztwie IPN zgromadził ponad 20 tomów akt, przesłuchał kilkunastu świadków.
Prokurator przypomniała, że proces Pileckiego był pokazowy, starannie nagłośniony przez reżimową prasę. Przede wszystkim sterowała nim bezpieka (śledztwo przeciwko "płatnym szpiegom Andersa" trwało 1,5 roku w więzieniu mokotowskim w Warszawie, nadzorował je bezpośrednio pierwszy "śledź" "polskiego" stalinizmu Józef Goldberg-Różański). Łapiński - podobnie jak sąd i adwokaci - dobrze o tym wiedział. Mimo to całkowicie zignorował fakt, że podczas rozprawy oskarżeni odwoływali zeznania wymuszone w śledztwie torturami.
- Na sali było pełno ubeków, patrzyli, jak się zachowuję, co mówię - przyznawał Łapiński. Dodajmy - byli to ci sami ubecy, którzy wcześniej znęcali się fizycznie i psychicznie nad oskarżonymi. Na jakiej podstawie były prokurator śmiał twierdzić zatem, że "proces przebiegał z zachowaniem wszelkich reguł praworządności"?
Świadkowie zapamiętali, że na sali sądowej był wyjątkowo zajadły, ział nienawiścią. Po ostatniej rozprawie, na której Pilecki został skazany na KS, jego żona Maria odnalazła Łapińskiego, prosząc go o pomoc. Ten odpowiedział: "Pani mąż to wrzód, który trzeba wyciąć". Zbrodniarz w todze do tych i innych zarzutów nigdy się nie przyznał.
Niewłaściwy skład- Byłemu prokuratorowi wojskowemu Czesławowi Ł. zarzucamy, że jako funkcjonariusz publiczny nie zareagował na niezgodną z prawem obsadę sądu - dwóch sędziów i jeden ławnik, podczas gdy prócz przewodniczącego powinno być dwóch sędziów, lub dwóch ławników - uzasadniała dalej akt oskarżenia prokurator Kuźniar-Plota (dzięki temu formalnemu błędowi można było w ogóle oskarżyć Łapińskiego). - Ł. wnosił również o uznanie winnymi oskarżonych, choć musiał mieć świadomość, że na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego nie można im było takich zarzutów przedstawić.
Zarzuty dotyczyły szpiegostwa (Łapiński do końca życia uważał Pileckiego za szpiega, działającego na rzecz "obcego wywiadu", czyli armii gen. Andersa) i przygotowywania zamachów na czołowe osobistości Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Mówiący o tym tzw. raport Brzeszczota, zawierający nazwiska najbardziej szkodliwych bezpieczniaków - Różańskiego, Czaplickiego, Brystygierowej - był ubecką prowokacją. W rzeczywistości celem grupy było "rozładowanie" lasu (ujawnianie się oddziałów partyzanckich) i przestawienie się na działalność polityczną. Pileckiego - AK-owca, który z patriotycznego obowiązku dał się uwięzić w Auschwitz, były AK-owiec Łapiński nie zawahał się nawet oskarżyć o współpracę w czasie wojny z Niemcami.
- Wnoszę o sprawdzenie prawidłowości obsady składu sędziowskiego - postanowił obrońca oskarżonego stalinowca Jerzy Tracz. Pytany o zasadność swoich podejrzeń odpowiedział: "Nie mam żadnych, tak jak prokurator Ł. nie miał ich poprzednio". Dlaczego złożył taki wniosek: "bo miałem takie prawo" i uczynił to w "w trosce o przyszłość pani prokurator". Łapiński i jego adwokat co chwila obrażali prokuratora IPN (że nie zna prawa, a akt oskarżenia jest nonsensowny) i reprezentowaną przez niego instytucję (że jest powszechnie krytykowana i powinno się ją zlikwidować). Cel tego i innych wniosków był jasny: odwlekać proces (choć przed kamerami Łapiński obłudnie twierdził, że zależy mu na szybkim zakończeniu sprawy), i doprowadzić do jego umorzenia.
50 lat wcześniej na sali sądowej żaden z adwokatów (a właściwie adwo-katów - kolejnych morderców w togach) nie pytał, czy sąd był właściwie obsadzony, gdyż proces był farsą, fasadą, a wyroki wydawała wcześniej bezpieka. Alicja Pintarowa np. nie kryła, że wykonuje tylko instrukcje MBP i jedynym ratunkiem dla oskarżonych jest pójście na współpracę. Kilka lat temu przyznała prokuratorowi IPN (oczywiście też nie przyznając się do winy): - Dwa pozostałe wyroki śmierci [wobec Tadeusza Płużańskiego i Marii Szelągowskiej; Bierut "złagodził" im potem kary na dożywotnie więzienie - Płużańskiemu "ze względu na młody wiek", Szelągowskiej "ze względu na płeć" - TMP] miały uzasadnić KS na Pileckiego.
Rażąco semicki wygląd- Do procesu Pileckiego zostałem wepchnięty w ostatniej chwili, przez przypadek. Nie miałem doświadczenia, nigdy wcześniej nie występowałem przed sądem - Łapiński powtarzał przed sądem znane od lat kłamstwa.
- Jak trafił pan do sądownictwa wojskowego? - dociekał prokurator IPN.
- Po wojnie znalazłem się w Łodzi. To było miasto rozbitków, outsiderów. Żeby odreagować, piliśmy wódkę. Miałem poczucie dwóch klęsk - września 1939 r. i Powstania Warszawskiego. Chciałem wziąć rewanż. Zgłosiłem się do wojska, aby służyć w artylerii, ale mimo protestów przydzielono mnie do służby sprawiedliwości.
- W ilu sprawach występował pan przed sądem jako szef prokuratury w Łodzi?
- W jednej..., może w dwóch. Byłem pionkiem. Niedokształconym prawnikiem łatwo było manipulować. W Łodzi rządził faktycznie mój zastępca Gabriel Henner, dr praw, osiem lat starszy, który miał rażąco semicki wygląd [od dawna nieżyjący, pierwszy "kozioł ofiarny" Łapińskiego - TMP]. Ja nie miałem takiego wyglądu i nic nie mogłem. Dali mi generalski etat, ale żołd majora. Było biednie - na miesiąc dwie butelki wódki i cztery puszki sardynek, a ja przecież musiałem utrzymać rodzinę.
- Ile aktów oskarżenia, sporządzonych przez bezpiekę, zatwierdził pan?
- Robiłem to tylko czasami, pod nieobecność Hennera.
- W grudniu 1946 r., przed Wojskowym Sądem Rejonowym oskarżał pan w procesie poakowskiego Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Jej dowódca, kpt. Stanisław Sojczyński "Warszyc" i pięciu jego podkomendnych zostało skazanych na KS i rozstrzelanych 17 lutego 1947 r., na kilka dni przed wejściem w życie amnestii...
- Współoskarżałem podwładnych "Warszyca", żądając mniejszych wyroków. "Górę" oskarżał przysłany z Warszawy prokurator Kazimierz Graff.
Płk Graff też jest winny wielu zbrodni sądowych na żołnierzach AK. Dopiero w 2001 r., czyli po 12 latach wolnej Polski, prokuratura postawiła mu zarzuty, ale do dziś krwawy stalinowiec nie stanął przed sądem. Jedynym sukcesem było odebranie mu 4 tys. zł wojskowej emerytury. Jego żona, Alicja Graff, była jedną z prokuratorów, którzy doprowadzili do śmierci w 1953 r. gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Małżeństwo "zasłużonych" prokuratorów mieszka w Warszawie. Tak jak inni prześladowcy "Nila": śledczy Kazimierz Górski (autor kłamliwego aktu oskarżenia) i prokurator Witold Gatner (potem radca prawny firmy "Agros"). Z kolei brytyjski Oksford okazał się schronieniem dla "płk." Heleny Wolińskiej, która 21 listopada 1950 r. usankcjonowała aresztowanie gen. Fieldorfa (podobne - bezprawne nawet w świetle stalinowskiego prawa - wnioski wydała co najmniej wobec 15 innych osób). W ubiegłym roku Home Office ostatecznie odmówił Polsce ekstradycji ściganej od prawie 10 lat inkwizytorki.
Czerwone maki- Co to była akcja specjalna w Białymstoku? - dopytywał Łapińskiego (mimo wyraźnego niezadowolenia sądu) prokurator wolnej Polski.
- To była akcja przeciwko grasującym w terenie bandytom.
- Był pan wiceprokuratorem sekcji tajnej tamtejszego sądu...
- Do Białegostoku trafiłem na skutek incydentu - to jeden z ulubionych wybiegów Łapińskiego. - W grudniu 1945 r. zostałem zaproszony przez znanego aktora do nocnego lokalu w Łodzi. Poprosiłem, aby kapela zagrała "Czerwone maki". Na dźwięk melodii od stolików podniosło się kilka par. Byłem oburzony, że tańczą przy takiej piosence. Poprosiłem, aby przestali. Następnego dnia mój szef, mjr Włodzimierz Ostapowicz [kolejny winny zbrodniczej kariery Łapińskiego - TMP], który był ciężkim psychopatą i wiele niewinnych osób skazał na karę śmierci, oddelegował mnie karnie do Białegostoku.
- Ile osób pan oskarżał?
- Występowałem w kilku..., może kilkunastu sprawach - odpowiadał cynicznie Łapiński. - Wnosiłem jedynie o właściwy wymiar kary. Nigdy nie żądałem większego wyroku, niż 10 lat.
To kolejne kłamstwo. Białostocki sąd okręgowy w przyspieszonym trybie skazał na śmierć ok. 151 osób - członków niepodległościowego podziemia - najwięcej ze wszystkich sądów doraźnych w kraju. Praca Łapińskiego - według jego słów - została doceniona - i dochrapał się etatu w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej (oddelegowany do Departamentu Służby Sprawiedliwości MON) i stopnia podpułkownika.
Płk Mieczysław Halski, pisał o swoim podwładnym: "politycznie pozytywny".
Płk Henryk Holder, szef DSS MON: "Opinia [o sobie - TMP] wygórowana, ale na ogół oficer dobry".
Płk Józef Turski, szef Departamentu Personalnego: "Posiada wygórowane mniemanie o swoich wartościach osobistych, chorobliwie ambitny".
Czesław Łapiński zmarł w trakcie swojego procesu. Jednak nawet, gdyby doczekał wyroku, przebieg rozpraw wskazywał na to, że do skazania nie dojdzie. Do końca życia bronił swojej niewinności (w którą chyba uwierzył) i nie skorzystał z szansy, aby publicznie powiedzieć prawdę.
Podlaski to stupajkaWcześniej prokuratorka IPN przywoływała dwa wyroki Sądu Najwyższego: z 1990 r. rehabilitujący - po odmowie jeszcze kilka miesięcy wcześniej - "siatkę szpiegowską Pileckiego" i uznanie za mord sądowy śmierci Danuty Siedzikówny "Inki" - sanitariuszki legendarnego "Łupaszki", oraz taką samą kwalifikację prawną skazania i stracenia gen. Augusta Emila Fieldorfa przez profesorów Witolda Kuleszę i Andrzej Gaberle.
A co na to Łapiński? Żądanie kary śmierci tłumaczył "presją przełożonych" - szefa Naczelnej Prokuratury Wojskowej Stanisława Zarakowskiego i jego zastępcy do spraw szczególnych Henryka Podlaskiego. To oni dali mu tezy oskarżycielskie, ale zarazem mieli obiecać, że żaden wyrok w tej sprawie nie zostanie wykonany, że Bierut skorzysta z prawa łaski.
- Uwierzył pan przełożonym...? - pytał prokurator IPN.
- Wiedziałem, że Podlaski to stupajka, ale w końcu piastował niebagatelną funkcję. Oni oszukali mnie. Bierut miał piękny charakter pisma, a w tej sprawie morderczo uchylił się od swojej powinności.
Prokurator IPN: - Nawet w ówczesnym prawie obowiązywała zasada, że co prawda prokurator wykonuje polecenia przełożonych, ale przede wszystkim jest niezależny.
Gdyby Łapiński odmówił, włos z głowy by mu nie spadł. Funkcjonariuszy stalinowskiego systemu bezprawia nie skazywano w sowieckiej Polsce na śmierć, mogli co najwyżej trafić do więzienia.
O Henryku Podlaskim, wpływowym a zarazem wyjątkowo okrutnym funkcjonariuszu systemu komunistycznego bezprawia, mało się dziś pisze i mówi. Jego zdjęć nie ma na wystawach przedstawiających stalinowskich zbrodniarzy, prokuratorów, sędziów i śledczych. Dlaczego?
W dokumentach czytamy: Podlaski Hersz, syn Mojżesza i Szpryncy Austern, ur. 7 marca 1919 r. w Suwałkach. Później zaczął używać imienia Henryk, a imiona rodziców też zmieniono - odpowiednio - na Maurycego i Stanisławę. W 1956 r., kiedy w celach propagandowych niektórych stalinowców (m.in. Goldberga-Różańskiego) aresztowano i symbolicznie osądzono, Podlaski zaczął używać imienia Bernard, po czym... ślad po nim zaginął. Przez jakiś czas, bezskutecznie, szukała go KG MO. Mówiło się, że utonął w nurtach Bugu. Miał to być akt samobójczy albo wynik nieudanej ucieczki na Wschód. W 1966 r., po 10 latach starań, żona krwawego prokuratora uzyskała potwierdzenie jego zgonu, który miał nastąpić 31 grudnia 1956 r.
Istnieją jednak relacje, że cała sprawa została sfingowana, a Podlaski... zamieszkał w swojej drugiej, po Izraelu, ojczyźnie - ZSRS, u boku swojej siostry, która wyszła za mąż za wysokiego funkcjonariusza NKWD. Niektórzy twierdzą, że Podlaski żyje do dziś. W Urzędzie Stanu Cywilnego w Suwałkach nie ma informacji o jego zgonie. Ostatni adres Podlaskiego w Warszawie to ul. Lądowa 5 m. 91. Tu była zameldowana jego córka (urodzona w 1948 r.) i syn (w 1949 r.).
Gorliwy wykonawca życzeń MBPW sztandarowej pozycji Tadeusza Mołdawy: "Ludzie władzy 1944 - 1991", w rozdziale "Prokuratura Generalna" Henryk Podlaski jest wymieniony jako zastępca Prokuratora Generalnego od września 1950 r. do marca 1955 r. Nie dowiemy się już, że faktycznie to on rządził tą cywilną prokuraturą. Nie dowiemy się przede wszystkim, że Podlaski trząsł wcześniej inną prokuraturą - wojskową. Podlaskiego nie ma również w raporcie komisji Mariana Mazura, zastępcy prokuratora generalnego PRL z 1957 r. wymieniającego najbardziej skompromitowanych funkcjonariuszy stalinowskiej NPW.
Zbigniew Błażyński (książka "Mówi Józef Światło. Za kulisami bezpieki i partii") o prokuratorze generalnym Jerzym Kalinowskim (w latach 1950 - 1956): "Złym duchem jest jego zastępca Podlaski, zięć Tołwińskiego, byłego prezydenta Warszawy. Z przeszłości politycznej »życiowiec«, z Komitetu Organizacyjnego Młodzieży Akademickiej. Podlaski jest zaufanym człowiekiem Zambrowskiego [Roman Zambrowski, wpływowy działacz partyjny i państwowy, w 1968 r. wykluczony z PZPR - TMP]. Wykorzystuje tę sytuację, ma obszerne pole do intryg, do wyzyskiwania różnych spraw, o których wie od Zambrowskiego".
Henryk (Hersz) Podlaski był odpowiedzialny za wydziały specjalne prokuratur, nadzorujące śledztwa prowadzone przez MBP, oraz odgrywające podobną rolę sekcje tajne, powołane przy sądach powszechnych. W wydanej przez IPN książce przedwcześnie zmarłego Grzegorza Jakubowskiego "Sądownictwo powszechne w Polsce w latach 1944 - 1950" czytamy: "Sekcja tego typu, wzorowana na radzieckich »trojkach«, rozpoczęła działalność na początku 1950 r. w Departamencie Nadzoru Sądowego Ministerstwa Sprawiedliwości. Powstała z inspiracji wiceministra bezpieczeństwa publicznego Romana Romkowskiego [Natana Grinszpan-Kikiela, który faktycznie rządził "polską" bezpieką, a nie jej szef Stanisław Radkiewicz - TMP], który poprzez Henryka Podlaskiego - dyrektora Departamentu Nadzoru Prokuratorskiego w MS [Podlaski pracował tam w latach 1948 - 1950 - TMP] zażądał od Henryka Chmielewskiego [minister sprawiedliwości, kolejny figurant wobec wszechwładnego Podlaskiego - TMP] zorganizowania szczególnego sposobu rozpoznawania karnych spraw politycznych »o wielkiej wadze dla interesów Partii i Państwa«. Sprawy te mieli rozpatrywać na niejawnych posiedzeniach sędziowie w pełni zasługujący na zaufanie partii. Zgodnie z żądaniami Romkowskiego odbywało się to często na terenie więzienia (stąd nazwa "sądy kiblowe")". Jedną z takich szczególnych spraw, rozpatrywanych w 1953 r. przez sekcję tajną przy Sądzie Wojewódzkim w Warszawie, był mord sądowy na gen. Fieldorfie.
Więcej kar śmierciO zbrodniarzu możemy natomiast przeczytać w innym, mniej znanym dokumencie z 1957 r. - "sprawozdaniu komisji powołanej dla zbadania przejawów łamania praworządności przez pracowników Generalnej Prokuratury [tam, gdzie Podlaski pracował od 1950 r. - TMP]: "O niezdrowej atmosferze przeniesionej z b. MBP do Departamentu Specjalnego świadczy bezduszny, a czasami wprost nieludzki stosunek kierownictwa i prokuratorów Departamentu Specjalnego do aresztowanych i członków ich rodzin, wyrażający się w nieudzielaniu informacji o biegu sprawy, o losach uwięzionych i nie reagowaniu na wiadomości o złym ich stanie zdrowia. Brak właściwej reakcji na te wiadomości doprowadził w kilku wypadkach do śmierci aresztowanych [to chłodny, cyniczny opis bezprawia i bestialstwa - TMP]".
Wnioski komisji: Henryk Podlaski "przy uwzględnieniu nadto, iż niewątpliwie przewyższał wiedzą fachową, wykształceniem, ogólną inteligencją i śmiałością decyzji ówczesnego Prokuratora Generalnego Stefana Kalinowskiego był twórcą systemu pracy, który doprowadził do łamania praworządności przez Departament Specjalny. Podlaski bowiem nie tylko zajął stanowisko wysoce bezkrytyczne wobec b. MBP, lecz był nadto gorliwym wykonawcą życzeń b. MBP, przekazując je w postaci poleceń i zarządzeń podległym mu prokuratorom. (...) W tych warunkach Podlaski jako Zastępca Prokuratora Generalnego PRL ponosi odpowiedzialność za stwierdzone przejawy łamania praworządności w prokuraturze".
W 1957 r. jeden z najkrwawszych sędziów Mieczysław Widaj (przedwojenny absolwent prawa Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie, AK-owiec, po wojnie m.in. szef Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie; zmarł w tym roku, nie osądzony za swoje zbrodnie) żalił się: "Przyznam się, że trochę mnie nawet bolało, że w 1949 r. do prowadzenia sprawy »Murata« [Jan Małolepszy, ostatni dowódca Konspiracyjnego Wojska Polskiego - TMP] przyjechał kto inny, a mianowicie ppłk Polan-Haraschin [Julian Polan-Haraschin, inny przedwojenny prawnik po Uniwersytecie Jagiellońskim, po 1945 r. krwawy sędzia, a zarazem tajny agent bezpieki, rozpracowujący m.in. za duże pieniądze kardynała Stefana Wyszyńskiego - TMP]. (...) Myślałem, że to może dlatego, że sprzeciwiłem się wówczas mieszaniu się w orzekanie przez płka Podlaskiego, który więcej kar śmierci wyznaczał i co do poszczególnych osób nawet przeoczał, że liczą 17 lat".
Komisja badająca "przejawy łamania praworządności" podsumowała: "Jeżeli chodzi o osoby nie pracujące już w Prokuraturze PRL tj. Stefana Kalinowskiego, Henryka Podlaskiego i Władysława Dymanta [szef opisywanego wyżej Departamentu Specjalnego Generalnej Prokuratury - TMP] Komisja uznaje za całkowicie słuszne i uzasadnione decyzje o zwolnieniu ich z zajmowanych stanowisk w Prokuraturze PRL [Podlaski został zwolniony w marcu 1955 r. - TMP]".
Kiedy Komisja formułowała swoje wnioski, Podlaski był już nieuchwytny. Rzecz jasna, nie odnalazł się również wówczas, gdy chciano go aresztować. Co naprawdę się z nim stało - popełnił samobójstwo, zginął podczas ucieczki, czy jednak udało mu się wyjechać do ZSRS, a może został w Polsce i przez wiele lat ukrywał się? Te pytania do dziś pozostają bez odpowiedzi.
W aktach sprawy nie ma protokołu z wykonania kary śmierci na Janie Małolepszym. Według oficjalnej wersji, zmarł w więzieniu 14 marca 1949 r. (zaledwie 10 dni po wyroku). Tego dnia szef łódzkiego WSR, ppłk Bronisław Ochnio (wcześniej skazał na śmierć m.in. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca", poprzedniego dowódcę KWP) zawiadomił tamtejszy USC o zgonie więźnia. Wiadomo jednak, że "Murata" zamordowali śledczy, podczas wznowionych już po wyroku przesłuchań. Istnieją poszlaki, że jego zwłoki posłużyły do badań medycznych.
Nad mężem musimy się zastanowićJana Małolepszego 4 marca 1949 r. oskarżał prokurator Henryk Ligięza. To też przedwojenny prawnik - w 1936 r. ukończył Uniwersytet Warszawski, po czym pracował w Ministerstwie Skarbu i Urzędzie Skarbowym w Warszawie. W Powstaniu Warszawskim, jako żołnierz AK, walczył w Obwodzie Żywiciel, trafił do stalagu. Wstąpił do PPR, a następnie PZPR. Powołany do wojska w grudniu 1946 r., do 1950 r. pełnił szereg funkcji prokuratorskich w Krakowie, Białymstoku i Katowicach, potem awansował do Naczelnej Prokuratury Wojskowej, gdzie zajmował się - tak jak Podlaski - sprawami szczególnej wagi, czyli głównie "nadzorem" nad śledztwami MBP. W NPW dochrapał się stopnia podpułkownika.
- To był nieduży człowieczek, jasny blondyn, okulary miał takie grube, że jego oczy wyglądały jak szpilki - mówiła mi przed laty Hanna Mickiewicz, łączniczka szefa wywiadu AK Mariana Drobika, której męża - Adama Mickiewicza, kierownika wywiadu przemysłowego AK (rozpracowywał m.in. niemiecką tajną broń - zdalnie sterowane rakiety V1 i V2) bezpieka aresztowała w ich domu w Milanówku 30 listopada 1950 r. - Ligięzie powiedziałam, że śledztwo w sprawie męża prowadzi Helena Wolińska, a on na to: - Zwykłych bandytów rozstrzeliwujemy po sześciu tygodniach, a nad pani mężem musimy się dłużej zastanowić.
Po sześciu miesiącach szkolenia w Moskwie wróciła Wolińska - opowiadała dalej Hanna Mickiewicz. - To była mała, krępa Żydówka, przyjaciółka Franciszka Jóźwiaka [w czasie wojny radziecki partyzant, po "wyzwoleniu" twórca Milicji Obywatelskiej, wiceminister bezpieki, działacz komunistyczny - TMP]. W Naczelnej Prokuraturze Wojskowej na Koszykowej zawsze przyjmowała w mundurze, który jej pękał. Bufory miała takie, że tacę z sześcioma kawami można było postawić. Siedziała na krześle, nigdy nie wstawała. Słuchała, ale nie wykazywała większego zainteresowania tym, co mówię. Chodziłam do niej przez dwa i pół roku, co dwa tygodnie. Zawsze, jak automat, powtarzała te same słowa - sprawa w śledztwie. W końcu zaprzyjaźniony adwokat poradził mi, żebym spróbowała się dostać do Zarakowskiego, który urzędował na ul. Nowowiejskiej. To był Rosjanin, oczywiście NKWD-zista. Wysoki, raczej przystojny, kulturalny. Powiedziałam mu, że śledztwo trwa już ponad dwa lata i prowadzi je Wolińska: - Jeżeli mój mąż jest przestępcą, jak twierdzicie, to skażcie go, a jeżeli nie, wypuśćcie. Zarakowski wezwał przy mnie Wolińską, obsobaczył ją, że tyle czasu marnuje na śledztwo. Krzyczał na nią: - Pani sobie kpiny urządza z prawa. Jak mnie zobaczyła, to zrobiła się zielono-blada, że aż tak wysoko dotarłam, bo Zarakowski to była figura. Mąż miał bardzo ciężkie śledztwo. Trzech śledzi zmieniało się, kiedy zachciało im się spać. Zrujnowali mu zdrowie, ale w końcu zwolnili.
W raporcie wspomnianej Komisji Mazura, która przedstawiła Ligięzie szereg zarzutów nadużycia władzy (np. oskarżanie w sprawach spreparowanych przez bezpiekę, tolerowanie i stosowanie okrutnych metod śledczych), czytamy: "Sylwetka Ligięzy jako prokuratora jest szczególnie ponura. (...) Swoistą wymowę ma jego kariera życiowa: członek ONR, a następnie OZH przed wojną, w czasie okupacji ZWZ-AK o funkcjach kontrwywiadu, a jednocześnie poborca podatków w getcie warszawskim. Mimo to po wyzwoleniu w r. 1946 wślizgnął się do władz partyjnych (sekr. Komitetu Dzielnicowego) i organów bezpieczeństwa w Krakowie (WUBP), a następnie na stanowisko prokuratora wojskowego. Oszukiwał Partię co do przeszłości do kwietnia 1955 r., gdy został zdemaskowany przez Główny Zarząd Polityczny Wojska Polskiego. Należał do prokuratorów, którzy najgorzej zapisali się w minionym okresie".
Po wyrzuceniu z wojska i partii Henryk Ligięza pracował na kierowniczych stanowiskach w Biurze Zbytu Łożysk Tocznych i Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Warszawie. Zmarł w 1973 r. w Warszawie.
TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKIPublicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.