Publicystyka Antysocjalistycznego Mazowsza

Bestie (8) - Tadeusz M. Płużański Wysłane środa, 16, lipca 2008 przez Krzysztof Pawlak

W demokratycznym państwie prawa druga instancja sądowa służy do weryfikacji wcześniej wydanych wyroków. Może uznać, że zostały one wydane z naruszeniem prawa, dopatrując się w nich błędów proceduralnych. W stalinizmie było inaczej - wyrok zapadły w pierwszej instancji - wojskowym sądzie rejonowym, trafiał następnie do Najwyższego Sądu Wojskowego, który zatwierdzał go rutynowo, z automatu (co wcale nie oznacza, że sędziowie działali nieświadomie i bezrefleksyjnie). Skład NSW był zazwyczaj ten sam. Stanowili go (w kolejności alfabetycznej): Kazimierz Drohomirecki, Leo (Lew) Hochberg i Roman Kryże. O tych mordercach zza biurka niewiele się dziś pisze i mówi, właśnie dlatego, że "tylko przyklepywali" wyroki zapadłe wcześniej. Należy jednak pamiętać, że ich orzecznictwo było jednym z ważnych ogniw w długim łańcuchu stalinowskiego systemu bezprawia - od "oficera" śledczego do "prezydenta" Bieruta. Według wciąż niepełnych danych, każdy z tej trójki wydał co najmniej 30 wyroków śmierci na polskich patriotów.

Zmarły niedawno - jeden z najkrwawszych stalinowskich sędziów wojskowych - Mieczysław Widaj (ponad 100 kar śmierci) na słuszność wydawanych przez siebie wyroków lubił przywoływać fakt, że nie miał do nich zastrzeżeń Najwyższy Sąd Wojskowy. W 1956 r. mówił: "dla mnie zawsze druga instancja była gwarancją, że jeżeli ja się pomylę, to zostanie to naprawione, że ja nie jestem sędzią ostatecznym".
Na brak "ostateczności" swojego wyrokowania chętnie powoływali się też inni. I tak inny stalinista-prokurator Czesław Łapiński (zmarł w 2002 r. w trakcie swojego procesu - oskarżany przez IPN o podżeganie do mordu sądowego na czterech członkach "szpiegowskiej grupy" rotmistrza Witolda Pileckiego) do końca życia twierdził, że wysokość żądanych przez niego kar miała działać jedynie odstraszająco, bo przecież wyroki nie były ostateczne. Nie miał co prawda zbytniego zaufania do Sądu Najwyższego, gdzie - jego zdaniem - siedzieli "zatwierdzacze", ale usprawiedliwiał się jeszcze jedną instancją. Kilka lat temu, w "szczerej" rozmowie ze mną, twierdził: "Pracując w sekcji ułaskawień Departamentu Służby Sprawiedliwości MON, znałem stosunek Bieruta do kwestii ułaskawień. Jeśli oskarżeni przyznawali się do winy, pozytywnie rozpatrywał ich wnioski. A Pilecki i jego współpracownicy niczego nie ukrywali... Bierut miał piękny charakter pisma. W tym przypadku morderczo uchylił się od tego, co powinien zrobić".
Rotmistrz Pilecki został stracony.

SKAZYWAŁ NARODOWCÓW
I PIŁSUDCZYKÓW


"I w tej chwili w obliczu śmierci, której żąda dla mnie pan prokurator, jako wierzący katolik, podtrzymuje z całą mocą tę przysięgę, którą złożyłem już raz na tej sali... najświętszą dla mnie przysięgę na rany i mękę Chrystusa, i - dodam w tej chwili - na zbawienie mojej duszy, że nie byłem nigdy na służbie niemieckiej ani amerykańskiej, ani żadnej innej". Autora tych słów - Adama Doboszyńskiego - komuniści stracili 29 sierpnia 1949 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie.
Kim był Adam Doboszyński? Urodzony w 1904 r. w Krakowie, syn adwokata i posła do parlamentu austriackiego, jeden z głównych ideologów ruchu narodowego (Obozu Wielkiej Polski, Stronnictwa Narodowego), pisarz, publicysta. Po kampanii wrześniowej przedostał się do polskiego wojska na Zachodzie. Za zasługi wojenne trzykrotnie odznaczany Krzyżem Walecznych i francuskim Croix de Guerre. Za krytykę polityki premiera Władysława Sikorskiego, któremu zarzucał ugodowość wobec Rosji, został osadzony w obozie odosobnienia na wyspie Bute w Szkocji (tu więziono również innych przeciwników politycznych). Doboszyński liczył, że uda mu się połączyć środowiska prawicowe w pracy dla okupowanej przez Sowietów Polski. Aby propagować te idee, wrócił do kraju. 3 lipca 1947 r. został aresztowany. Śledztwo prowadził płk Józef Goldberg-Różański, szef Departamentu Śledczego MBP i por. Roman Laszkiewicz - jeden z najokrutniejszych śledczych bezpieki, przez więźniów nazywany "białym katem Mokotowa".
Przed Wojskowym Sądem Rejonowym (WSR) w Warszawie oskarżał płk Stanisław Zarako-Zarakowski, bronił z urzędu słynny z występowania w procesach politycznych stalinizmu Mieczysław (Mojżesz) Maślanko, a wyrok śmierci (11 lipca 1949 r.) wydał Franciszek Szeliński, przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie. Inny ober-ubek, wicedyrektor Departamentu X MBP, zbiegły następnie na Zachód Józef Fleischfarb-Światło w wypowiedziach dla Radia Wolna Europa mówił potem, że po procesie sędziowie i prokurator otrzymali "pięciokilowe paczki żywnościowe za celujące wykonanie zadania".
Do dziś nie wiadomo, gdzie Doboszyński został pogrzebany. Według relacji jednego z przekupionych przez rodzinę żołnierzy LWP, zwłoki jego oraz kilku innych rozstrzelanych AK-owców wyrzucono na bagna, na których stoi dziś stołeczny Stadion Dziesięciolecia.
Z ramienia Najwyższego Sądu Wojskowego wyrok zatwierdził: płk Kazimierz Drohomirecki, ppłk Roman Kryże i mjr Leo Hochberg. Ci sami trzej "sędziowie" utrzymali w mocy wyrok śmierci wydany przez Szelińskiego 27 grudnia 1947 r. na innego działacza narodowego - Włodzimierza Marszewskiego.
Marszewski (ur. 1891), żołnierz Armii Polskiej gen. Józefa Hallera, w czasie wojny związany z Narodową Organizacją Wojskową, a po jej zakończeniu z Narodowym Zjednoczeniem Wojskowym. Po aresztowaniu 7 stycznia 1947 r. i torturach śledztwa, w grudniu tego roku komuniści urządzili mu pokazowy proces - też przed stołecznym WSR. Tezy oskarżenia, zatwierdzone przez płk Goldberga-Różańskiego, przed sądem prezentował znów prokurator Zarakowski.
Wobec Marszewskiego Bierut (jak w przypadku Doboszyńskiego) nie skorzystał z prawa łaski i 10 marca 1948 r. został zamordowany strzałem w tył głowy w więzieniu mokotowskim w Warszawie, przez dowódcę jednoosobowego plutonu egzekucyjnego, st. sierż. Piotra Śmietańskiego. Zwłoki Marszewskiego pogrzebano potajemnie na Służewcu.
Podczas tego samego procesu sędzia Szeliński skazał na KS płk. Wacława Lipińskiego (ur. 1896), historyka, działacza piłsudczykowskiego (należał do Polskich Drużyn Strzeleckich, Legionów Polskich i Polskiej Organizacji Wojskowej, żołnierz wojny polsko-bolszewickiej). W czasie okupacji - po powrocie do Polski w 1942 r. z Węgier - współtworzył Konwent Organizacji Niepodległościowych. Konspiracyjną pracę dla Polski kontynuował po wojnie. Bezpieka przyszła po niego w styczniu 1947 r. Wyrok pierwszej instancji - znów zatwierdzony przez Drohomireckiego, Kryżego i Hochberga - zmienił, na dożywocie, dopiero Bierut. Była to jednak wątpliwa "łaskawość". Według oficjalnej wersji Lipiński popełnił samobójstwo w więzieniu we Wronkach (4 kwietnia 1949 r.), ale najpewniej został skatowany przez służbę więzienną i powieszony w celi.

WYDANY PRZEZ AGENTÓW

Innym niepodległościowcem, związanym z ruchem narodowym był ks. Rudolf Marszałek (ur. 1911 r.), harcerz, członek Sodalicji Mariańskiej. We wrześniu 1939 r. obrońca Warszawy, potem więzień wielu hitlerowskich katowni, po zwolnieniu związał się z Narodowymi Siłami Zbrojnymi na Podbeskidziu, którymi dowodził Henryk Flame "Bartek".
Aresztowany 12 grudnia 1946 r., po rozpracowaniu przez dwóch agentów UB - Henryka Wendrowskiego "Lawinę" (w czasie niemieckiej okupacji oficer Okręgu Białystok AK, był również agentem NKWD) i "Łamigłowę" (szef Okręgu Śląskiego NSZ). Po brutalnym śledztwie w katowickim UB, a potem na warszawskim Mokotowie akt oskarżenia zatwierdził wicedyrektor Departamentu Śledczego MBP Adam Humer. Księdza Rudolfa Marszałka oskarżono o szereg "zbrodni", m.in. sprawowanie funkcji kapelana w szeregach NSZ, ujawnianie tajemnic państwowych, działalność wywiadowczą. Podczas rozprawy przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie (14-17 stycznia 1948 r.) został skazany na karę śmierci. Rozprawie przewodniczył Roman Abramowicz, oskarżał podprokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej Mieczysław Dytry. Najwyższy Sąd Wojskowy zajął się sprawą 20 lutego 1948 r. Tym razem, u boku Drohomireckiego zabrakło Kryżego i Hochberga. W ich zastępstwie o śmierci księdza Rudolfa Marszałka przesądzili: Beniamin Karpiński i Bohdan Zwinklewicz. 10 marca 1948 r. Rudolf Marszałek stanął przed plutonem egzekucyjnym, czyli wspomnianym już oprawcą Piotrem Śmietańskim.
Warto zatrzymać się jeszcze przy osobie kapusia - Henryka Wendrowskiego. Agent, którego działalność doprowadziła do okrutnej śmierci ok. 200 żołnierzy kpt. "Bartka", dosłużył się stanowiska wicedyrektora Departamentu III MBP i stopnia pułkownika. Wykorzystywany do innych prowokacji, po zwolnieniu z bezpieki w 1968 r. został ambasadorem PRL w Danii. Zmarł w Warszawie w 1997 r. jako zasłużony, dobrze opłacany z naszych podatków emeryt.

W SOPOTACH...

Kazimierz Drohomirecki urodził się w 1895 r. we Lwowie, jako syn Michała i Sydonii z domu Piaseckiej. Późniejszy morderca w todze zaczynał jako... nauczyciel gry na skrzypcach w Kołomyi, by po zakończeniu I wojny światowej zostać kierownikiem kołomyjskiej orkiestry kinowej. Po ukończeniu prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie (1928 r.), do wybuchu wojny pracował w sądach w Stanisławowie i Tłumaczu. Wywieziony w 1939 r. w głąb ZSRR, w 1943 r. zgłosił się na ochotnika do LWP, od razu został oficerem śledczym i sędzią Sądu Polowego. Potem piął się po szczeblach kariery w Najwyższym Sądzie Wojskowym, by ostatecznie zostać wiceprezesem i zastępcą tego sądu ds. szczególnych.
Drohomirecki, Kryże i Hochberg spotkali się ponownie 3 maja 1948 r. Podtrzymali trzy kary śmierci, orzeczone 15 marca 1948 r. przez warszawski WSR wobec Witolda Pileckiego, Tadeusza Płużańskiego i Marii Szelągowskiej. W uzasadnieniu czytamy: "Wymierzone kary są współmierne i [sąd] całkowicie podziela wnikliwe i szczegółowe motywy Sądu I Instancji, jakie miał na względzie przy ich określaniu". Wobec Pileckiego Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Pozostałej dwójce skazanych zmienił kary na dożywotnie więzienie.
Kilka miesięcy później trójka naszych antybohaterów utrzymała karę śmierci na kpt. Tadeusza Pleśniaka. W pierwszej instancji wyrok wydał 7 września 1948 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Rzeszowie, pod przewodnictwem szefa tego sądu, mjr. Wacława Pietronia (15 wyroków śmierci na żołnierzy niepodległościowego podziemia; potem adwokat w Opolu). Oba składy sędziowskie potwierdziły zarzut oskarżenia: "udział w nielegalnym związku pod nazwą Armia Krajowa, a następnie »Wolność i Niezawisłość« ("WiN"), usiłującym zmienić przemocą ustrój Państwa Polskiego". Tadeusz Pleśniak to zastępca dowódcy II rejonu Obwodu AK Jarosław, organizator tajnego nauczania, członek organizacji "Nie" ("Niepodległość") i Delegatury Sił Zbrojnych, w Okręgu "WiN" Rzeszów odpowiedzialny za propagandę i wywiad. 17 stycznia 1949 r. o godz. 20.30 - po odmowie "łaski" przez Bieruta - rozstrzelano go na terenie Zamku Lubomirskich w Rzeszowie. Miał 37 lat.
30 sierpnia 1946 r. Najwyższy Sąd Wojskowy zatwierdził wyrok śmierci wydany na Stefana Ignaszaka. Z tej okazji znów zebrali się: Kazimierz Drohomirecki i Roman Kryże. W miejsce Leo Hochberga dokooptowano ppłk. Mariana Bartonia. Stefan Ignaszak - żołnierz kampanii wrześniowej, w marcu 1943 r. zrzucony do Polski jako cichociemny, jako oficer wywiadu KG AK rozpracowywał m.in. tajną niemiecką broń V-1 i V-2), walczył w Powstaniu Warszawskim. Od marca 1945 r. w Delegaturze Sił Zbrojnych i komórce wywiadowczej "Lombard". Aresztowany 7 listopada 1945 r. 12 sierpnia 1946 r. skazany na KS przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie za "szpiegostwo". Karę śmierci na 10, a następnie 5 lat więzienia zmienił dopiero Bierut. W wolnej Polsce Stefan Ignaszak został prezesem poznańskiego Okręgu Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.
19 maja 1949 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku (pokazowy proces odbywał się w budynku Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego) skazał na KS Eugeniusza Rytelewskiego. Miesiąc później, 22 czerwca 1949 r. pułkownicy: Roman Kryże i Kazimierz Drohomirecki orzekali z innym pułkownikiem - Henrykiem Zapolskim. Jak zwykle zgodzili się z kłamliwymi tezami prokuratora (pisownia oryginalna): "W okresie czasu od maja do 14 lipca 1946 roku w Sopotach (...) działając świadomie w celu udzielenia pomocy członkowi nielegalnej organizacji bandy »Łupaszki« (...) przez upozorowanie ucieczki Augustowskiemu Zygmuntowi ps. »Kulesza« (...) umożliwił mu wyjście z aresztu wewnętrznego PUBP w Sopotach, przyjmując w zamian korzyść majątkową kwotę 80 000 zł. (...)". Najwyższy Sąd Wojskowy tym razem okazał się "łaskawy" - zmienił pierwotny wyrok na 15 lat więzienia. Eugeniusz Rytelewski wyszedł na wolność w kwietniu 1955 r.
W grudniu 1950 r. Kazimierz Drohomirecki został przeniesiony w stan spoczynku. Zmarł w maju 1953 r. w Pruszkowie - spoczywa na warszawskich Powązkach Wojskowych, obok "prezydenta" Bieruta i innych komunistycznych dygnitarzy-zbrodniarzy, ale także żołnierzy AK, WiN i NSZ, których prześladował.

"ZNAKOMITY HEBRAISTA"

W maju br. prezydent Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski żołnierza AK i ostatniego kierownika WiN w okręgu rzeszowskim, kpt. Władysława Kobę. Zamordowany został 31 stycznia 1949 r. w więzieniu na zamku w Rzeszowie strzałem w tył głowy. W 1992 r. został zrehabilitowany przez sąd, który stwierdził, że jego działalność może uchodzić za wzór patriotycznej postawy w walce o demokratyczny ustrój państwa.
Mordu sądowego w pierwszej instancji dokonali: znany nam już Wacław Pietroń, a prócz niego Tomasz Skup i Stanisław Pintera, z udziałem prokuratora Filipa Barskiego. W drugiej instancji wyrok potwierdził NSW w swoim podstawowym składzie: Kazimierz Drohomirecki, Roman Kryże, Leo Hochberg.
W akcie narodzin Leo Hochberga czytamy: "W obecności Szoela Gohberga (Gochberga) - inspektora towarzystwa ubezpieczeniowego [ojciec Leo był wydawcą prasy żydowskiej i założycielem tygodnika "Frajtag" (później "Unzer Leben") - TMP] i Gabiela Ołata (Oleła), miejscowego podrabina, urodził się (3) 15 lutego 1899 r. w Łodzi o godz. 11 w nocy z żony Rejzli z domu Wajntraub, 21 lat. Przy obrzezaniu nadano dziecku imię Lew".
Inny dokument zaświadcza o małżeństwie Hochberga: "w 1919 r. 26 sierpnia Lew Gohlberg, z ojca Saula, kawaler, lat 20, zawarł związek małżeński z panną Idas Michiel Galperin, z ojca Dawida, ślub odbył się 10 sierpnia (starego stylu) Odessa 19 listopada 1920 roku".
Leo Hochberg zmarł w 1978 r. W Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego (kwiecień-czerwiec 1978 r., nr 2 (106)) w rubryce "In memoriam" czytamy o Hochbergu, że "jako znawca problematyki i historii żydowskiej oraz znakomity hebraista" wniósł "poważny wkład do prac Instytutu". Potem jest skrócony życiorys zmarłego: po ukończeniu gimnazjum w Odessie (1917 r.) i prawa na Uniwersytecie Warszawskim (1926 r.) był radcą prawnym w Banku Dyskontowym w Warszawie.
W dalszej części życiorysu napisano, że "w okresie II wojny światowej [już od 1939 r. - TMP] przebywał w Związku Radzieckim, pracując na różnych stanowiskach w bankowości i w przemyśle poligraficznym. Pełnił także funkcję przewodniczącego Związku Patriotów Polskich w ZSRR na okręg Baszkirskiej Republiki Autonomicznej. W 1944 r. wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, pełniąc służbę w sądownictwie wojskowym [m.in. sędzia, a następnie zastępca szefa Wojskowego Sądu Garnizonowego w rodzinnej Łodzi - TMP]". Tyle Biuletyn ŻIH.
W "ludowej" Polsce kariera Hochberga rozwinęła się - w latach 1947 - 1955 był sędzią i sekretarzem Zgromadzenia Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego, a w latach 1955 - 1957 (po zwolnieniu z wojska) sędzią Sądu Najwyższego.

GMACH STALINIZMU

Według interpretacji ówczesnego prawa, znanej jako "Lex Hochberg" - można było zostać skazanym na wiele lat pozbawienia wolności nawet za opowiadanie, w gronie znajomych, dowcipów politycznych. To też było traktowane jako próba obalenia przemocą ustroju państwa polskiego.
Jeden ze stalinowskich sędziów stwierdził, że NSW "w latach minionych był główną i zasadniczą transmisją stalinizmu do wszystkich sądów wojskowych [co często oznaczało brutalne ingerencje w orzecznictwo sądów I instancji - TMP]. (...) Tow. Aspis [płk Feliks Aspis, przedwojenny absolwent prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego; po wojnie wysoki funkcjonariusz Naczelnej Prokuratury Wojskowej i Najwyższego Sądu Wojskowego, sądził m.in. oficerów II RP i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, oskarżonych o tzw. spisek w wojsku, czyli szpiegostwo na rzecz "imperialistów" - TMP] i Hochberg wytrwale i z gorliwością wznosili ten teoretyczny gmach stalinizmu na terenie NSW. Z tego gmachu teoretycznego stalinizmu wydobywał się gryzący czad, który zatruwał sądy w terenie i dusze sędziów". Zmarły kilka lat temu wybitny historyk Jerzy Poksiński w książce "TUN" napisał, że Hochberg "upowszechniał w sądzie »nowinki prawne« rodem z ZSRR, w tym przede wszystkim treści prac Andrieja Wyszyńskiego [prokurator generalny ZSRR, twórca teorii, że przyznanie się oskarżonego może stanowić decydujący dowód winy - TMP]".
Komisja Mariana Mazura, powołana w 1956 r. do zbadania "przejawów łamania socjalistycznej praworządności w organach sądownictwa wojskowego", uznała, że Hochberg dopuścił się wielu "nieprawidłowości". Chciała obniżyć mu stopień wojskowy z podpułkownika do kapitana i zakazać pracy w wymiarze "sprawiedliwości". Mimo dyskwalifikującej opinii Leo Hochberg pracował dalej. W latach 1957-68 był naczelnikiem wydziału w Ministerstwie Sprawiedliwości. Tyle fakty.
W dalszej części apologetycznego wspomnienia, opublikowanego przez ŻIH, czytamy o "pracy społecznej" Hochberga: od 1947 r. był członkiem PPR, potem PZPR, a także Zarządu Głównego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. "Posiadał liczne odznaczenia wojskowe i państwowe, w tym Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski". I na koniec: "Odszedł od nas wybitny erudyta, mądry doradca, uczynny i oddany współpracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce, człowiek wielkiego serca i dobroci". Ani słowa o tym, że był stalinowskim pułkownikiem, a tym bardziej o jego udziale w mordach sądowych.
Na stronie ŻIH, pod datą: październik 2007 r., w rubryce: "Obiekt miesiąca", znajdujemy wpis: "Ceramiczna lampka oliwna (z gliny wypalanej) ma kształt muszli (konchy) i pochodzi z Ziemi Świętej. Według załączonego certyfikatu autentyczności, wystawionego w 1975 przez antykwariat Momjian w Jerozolimie, (Muristan Rd. 190) pochodzi z IX wieku p.n.e. Do zbiorów ŻIH trafiła w 1978 dzięki szczodrobliwości pani Hochberg, wdowy po Leo Hochbergu".

NAJCIĘŻSZE ZBRODNIE

"Kryżuje" ludzi - mówił o nim mecenas Władysław Siła-Nowicki, inspektor WiN na Lubelszczyźnie. Inni dodawali: ma swój prywatny cmentarz na Służewcu. Roman Kryże był sędzią Najwyższego Sądu Wojskowego przez, bagatela, 10 lat - od sierpnia 1945 r. do sierpnia 1955 r.
Urodzony w 1907 r. we Lwowie, syn Tomasza i Aleksandry z domu Juźwiak. Wydział prawa na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu skończył w 1930 r. Do września 1939 r. pracował w sądach w Grudziądzu. Po wojnie obronnej, w której brał udział jako podporucznik 65. pułku piechoty, był jeńcem wielu niemieckich obozów. Po zwolnieniu wcielony do LWP, walczył m.in. o przełamanie Wału Pomorskiego. Ochotniczo zgłosił się do komunistycznego sądownictwa wojskowego. Wtedy zaczęła się jego kariera w NSW.
W książce "TUN" historyk, prof. Jerzy Poksiński cytował fragmenty oświadczenia Kryżego z 31 stycznia 1957 r., dotyczącego jego pracy w resorcie i sfingowanych procesów oficerów, oskarżonych o wspomniany już "spisek w wojsku": "Sprawy 19 oficerów skazanych na karę śmierci nie budziły wątpliwości (...). Jeśli chodzi o wymiar kary, to uważam, że przy nie nasuwających się wątpliwościach co do winy, gdy zostało stwierdzone, że oficerowie sztabowi, zajmujący wysokie stanowiska w wojsku, uprawiali działalność kontrrewolucyjną i szpiegowską, a więc dopuścili się najcięższej zbrodni, jakiej może się dopuścić żołnierz - wymiar kary był słuszny. (...) Przy tak surowej ocenie działalności szpiegowskiej zarówno przez organa wymiaru sprawiedliwości, jak przez czołowych przedstawicieli Partii i Rządu nie mogło być żadnych wątpliwości, że jedyną słuszną karą za działalność szpiegowską prowadzoną przez oficerów sztabowych jest najwyższa kara przewidziana w ustawie za tego rodzaju czyn".
Sam Kryże w sprawach wymyślonego spisku w wojsku akurat nie orzekał. Jego oświadczenie jest jednak znamienne, gdyż pokazuje, co sędzia NSW sądził o "dowodach" winy w ówczesnych czasach i na jakiej podstawie sam wyrokował.
W sierpniu 1955 r. Roman Kryże zakończył swoją pracę w Najwyższym Sądzie Wojskowym i został przeniesiony do rezerwy. Płynnie przeszedł do cywilnego Sądu Najwyższego, gdzie czekały na niego nowe zadania.

AFERA MIĘSNA
I HISTORYK "GAZETY WYBORCZEJ"


Połowa lat 60., kilka lat po szczęśliwym końcu stalinizmu w Polsce. Kiedy 2 lutego 1965 r. - po trwającym od półtora miesiąca procesie - wypożyczony z Sądu Najwyższego Roman Krzyże wydaje wyrok w tzw. aferze mięsnej, wielu pamięta jeszcze jego krwawy plon w okresie "błędów i wypaczeń". Teraz głównego oskarżonego, Stanisława Wawrzeckiego, dyrektora w Miejskim Handlu Mięsem też nie mógł (nie chciał) oszczędzić i zgodnie ze swoją praktyką postanowił "ukryżować". Powód? Można powtórzyć jego własne słowa: skoro tak chcieli "przedstawiciele Partii i Rządu", a Wawrzecki "dopuścił się najcięższej zbrodni, jakiej mógł się dopuścić"... handlowiec.
Wszyscy podsądni (prócz Wawrzeckiego czterech dyrektorów handlu mięsem, czterech kierowników sklepów i właściciel prywatnej masarni) mieli być odpowiedzialni za braki w zaopatrzeniu w mięso na rynku (kradzież, podmienianie towaru, fałszowanie faktur), a prawdziwy winny - komunistyczna władza, która ten stan rzeczy spowodowała i na te bezprawne praktyki przyzwalała - chciała pokazać, że zdecydowanie z tym walczy. Pokazowy proces toczył się w trybie doraźnym, w oparciu o dekret PKWN z 1945 r. W wolnej Polsce, w 2004 r., Sąd Najwyższy uznał, że wykorzystanie tych przepisów było bezprawiem i - na skutek kasacji wniesionej przez rzecznika praw obywatelskich - uchylił wyrok.
Historyk "Gazety Wyborczej" (to zupełnie inna kategoria niż dwie pozostałe: historyk i "nierzetelny" historyk IPN), tak pisał o tej sprawie (10 czerwca 1999 r., artykuł "Mięso, a w środku rzeźnik"): "Kiedy do orzekania w aferze mięsnej wyznaczono skład sędziowski, adwokaci oględnie zaprotestowali: »Obrońcy mają głęboki szacunek oraz zaufanie do wyznaczonych sędziów i przypisują wyłącznie trudnościom technicznym fakt, że w składzie Sądu nie zasiadł ani jeden z sędziów IV wydziału karnego, właściwego normalnie do rozpoznania tej sprawy«. Do składu skierowano sędziów wojewódzkich: Faustyna Wołka i Kazimierza Gerczaka. Dziś już nie żyje żaden z sędziów. Nie żyją też oskarżający prokuratorzy - Eugeniusz Wojnar i Alfred Policha". Tyle artykuł historyka "GW".
Tymczasem w kwietniu br. prokuratorzy IPN, którzy po latach wrócili do sprawy "afery mięsnej" badając, czy była to zbrodnia komunistyczna, przesłuchali... 84-letniego Eugeniusza Wojnara. Prokuratorzy IPN zidentyfikowali go, oglądając Polską Kronikę Filmową.
Eugeniusz Wojnar, który w procesie w 1965 r. - jako wiceprokurator stołecznej prokuratury wojewódzkiej - wnioskował o trzy kary śmierci za przywłaszczenie mienia publicznego, cztery lata temu wydał książkę "Nie przeminęło z czasem" (Warszawa, Arcana, 2004). W jednym z opisów książki czytamy: "Zbiór wspomnień z dzieciństwa spędzonego w syberyjskiej tajdze i na stepach Kazachstanu podczas sześcioletniego zesłania. To niezwykle barwna, pełna dramatyzmu i nie pozbawiona humoru opowieść, zaskakująca ilością szczegółów". Z kart wspomnień można się również dowiedzieć, że po nieudanej próbie dostania się do Armii gen. Andersa Wojnarowie osiedlili się najpierw w Kazachstanie, a po dwóch latach wyjechali na Ukrainę. Do Polski repatriowali się w 1946 r. Eugeniusz został instruktorem propagandy w Komitecie Powiatowym PPR w Nowym Targu. Po latach pisał, że "w ciągu 1946 roku w powiecie tym nie ostał się ani jeden posterunek MO z wyjątkiem Zakopanego i Szczawnicy. Pozostałe były wielokrotnie rozbrajane, akta i urządzenia niszczone, broń i umundurowanie zabierane, a co aktywniejsi funkcjonariusze bici lub zabijani. Można stwierdzić, że »Ogień« [Józef Kuraś, ówczesny, antykomunistyczny "król" Podhala; określany gdzie indziej przez Wojnara mianem bandyty, a jego oddziały "bandami" - TMP] wówczas panował w terenie, stanowił siłę, miał swoje oddziały w każdym niemal zakątku".
Rok po zakończeniu procesu "afery mięsnej" Eugeniusz Wojnar odszedł z prokuratury i rozpoczął pracę w Ministerstwie Sprawiedliwości. W zarządzie więziennictwa resortu pracował do emerytury. Teraz temu byłemu prokuratorowi, pochowanemu za życia przez historyka "Gazety Wyborczej" grozi do trzech lat więzienia. We wspomnieniach Wojnara nie ma oczywiście słowa o karach śmierci, jakich domagał się w "aferze mięsnej".

ZMIENIĆ WYROK

85-letni Edwin Taglewski mieszka dziś pod Kolonią. Na jego wniosek polskie Ministerstwo Sprawiedliwości rozpatruje skargę kasacyjną do wyroku, jaki zapadł na niego w PRL w 1975 r. Taglewski był wówczas plantatorem, który wszedł w spór ze spółdzielnią produkcyjną. Po aresztowaniu w styczniu 1974 r. Sąd Wojewódzki w Toruniu skazał go na dziewięć lat więzienia. W uzasadnieniu wyroku sędzia pisał: "Gdyby stanowisko sądu nie zostało podzielone przez instancję rewizyjną, dokumenty mogą okazać się wystarczające do ewentualnej zmiany wyroku". To tak, jakby sędzia liczył, że ten krzywdzący wyrok nie utrzyma się w II instancji.
Apelację rozpatrywał Sąd Najwyższy... utrzymując wyrok w mocy. Składowi sędziowskiemu przewodniczył Roman Kryże. Co ciekawe, kiedy Taglewski siedział w więzieniu, sąd cywilny przyznał mu w sporze ze spółdzielnią rację i symboliczne odszkodowanie. Edwin Taglewski wyszedł z więzienia w 1980 r. jako schorowany bankrut. W 1986 r. dostał paszport w jedną stronę.
Roman Kryże w Sądzie Najwyższym przepracował 22 lata. Po ostatecznym odejściu z sądownictwa w 1977 r., zmarł w 1983 r. w Warszawie.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Wyszukiwarka ASME


Pole wyszukania:


Wiadomości z kraju

Polacy wypowiadają się przez "policyjnych przedstawicieli" - mówi minister Boni w sprawie ACTA - piątek, 3, lutego 2012

Bestie w Markach - piątek, 20, stycznia 2012

Publicystyka

Sąd skazał krwawego ubeka Jerzego Kędziorę na 4 lata więzienia - Tadeusz M. Płużański - poniedziałek, 6, lutego 2012

Mazowsze

TV-felietony

Demokraci na barykadach internetu - Piotr "Vagla" Waglowski, Jarosław Lipszyc, Mirosław Wróblewski i Katarzyna Szymielewicz - paneliści Improwizowanego Kongresu Wolnego Internetu, Warszawa 04.02.2012 - poniedziałek, 6, lutego 2012

Demokraci na barykadach internetu - impresja na temat Improwizowanego Kongresu Wolnego Internetu, Warszawa 04.02.2012 - poniedziałek, 6, lutego 2012

"...syny" mordują ojców: wersja o katastrofie smoleńskiej coraz mniej prawdziwa - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach w kuluarach i w świetle rampy "polskiego regionu UE" - wtorek, 31, stycznia 2012

NIE dla ACTA! Demonstracja w dniu otwarcia Stadionu Narodowego - niedziela, 29, stycznia 2012

Fałszywi obrońcy internautów: Kaczyński, Ziobro, Palikot - głosowali za ACTA! - Stanisław Michalkiewicz o najważniejszych ostatnich wydarzeniach na deskach teatrów krajowego i zagranicznego - piątek, 27, stycznia 2012

Ogłaszamy bojkot towarów amerykańskich jeśli USA będą forsowały układ ACTA! - konferencja Kongresu Nowej Prawicy - piątek, 27, stycznia 2012

NIE dla ACTA! Demonstracja protestacyjna internautów w Warszawie 24.01.2012 - wtorek, 24, stycznia 2012

W sprawie układu ACTA występuję jako człowiek środka, ale rządy w ochronie praw autorskich i patentowych poszły za daleko! - prezes UPR/KNP Janusz Korwin-Mikke o układzie Anti-counterfeiting trade agreement - poniedziałek, 23, stycznia 2012

Wybieram Europę Ojczyzn, suwerennych krajów w Unii Europejskiej - poseł Artur Górski z klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości - środa, 18, stycznia 2012

Unią Europejską, czyli Związkiem Socjalistycznym Republik Europejskich rządzą już nie bandyci, jak to było w Związku Sowieckim, ale "tylko" złodzieje! - prezes UPR/KNP Janusz Korwin-Mikke podczas studenckiej "Debaty sejmowej 2012" - środa, 18, stycznia 2012

Zagranica

Notki wydawnicze / Recenzje

Ciekawostki o lewicy

PZPR ->SLD/SDPl


UP


Samoobrona


AW"S" -> PO - PiS

Wiadomości z UPR

ARCHIWUM

Stare ARCHIWUM


Najlepszy kandydat Niemiec na "prezia" - Donald Tusk

Witryna Kary Śmierci

 

 


Polecane serwisy

 

strona główna | kontakt | © Krzysztof Pawlak 1998 - 2008