Publicystyka Antysocjalistycznego Mazowsza

Bestie (6) - Tadeusz M. Płużański Wysłane środa, 7, maja 2008 przez Krzysztof Pawlak

Zwyczajem bezpieki było, że jednego człowieka przesłuchiwało bez przerwy kilku "oficerów" śledczych - niedouczonych typków z awansu społecznego, którym władza (pozorna) uderzyła do głowy. Fakt, że byli narzędziem zbrodni w rękach kierownictwa, nie oznacza, że są mniej winni - bezpośrednio znęcali się nad osadzonymi. Kilkanaście lat temu żyło ich w samej Warszawie kilkudziesięciu. Do dziś, jeśli w ogóle stają przed sądem, to na ogół nie jako oskarżeni, tylko świadkowie.

Stalinowskie śledztwa (te szczególnej wagi) nadzorował osobiście szef Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, płk Jacek Różański (Józef Goldberg), który faktycznie wydawał wyroki. Pomagał mu zastępca, ppłk Adam Humer i dyr. Departamentu III MBP (ds. walki z bandytyzmem, czyli niepodległościowym podziemiem), inny płk Józef Czaplicki, ze względu na swoją nienawiść do AK-owców nazywany "Akowerem". Informacje o postępach w sprawie trafiały też na biurko wiceministra bezpieki gen. Romana Romkowskiego (Natan Grinszpan-Kikiel), który faktycznie rządził MBP (szef resortu gen. Stanisław Radkiewicz - polski internacjonał, był tylko figurantem).

PARSZYWA DWUNASTKA

W 1996 r., w słynnym procesie Humera 12 byłych ubeków skazano na kary więzienia. Za zbrodnie stalinowskie, które w świetle polskiego prawa - jako zbrodnie przeciwko ludzkości - nie ulegają przedawnieniu, wyroki otrzymali: Adam Humer (najwyższa kara - dziewięć lat), Eugeniusz Chimczak, Jan Dąbrowski, Markus Kac, Mieczysław Kobylec, Edmund Kwasek, Roman Laszkiewicz, Leon Midro, Jan Pugacewicz, Tadeusz Szymański, Tadeusz Tomporski i Wiesław Trutkowski. Dwa lata później, po apelacji obrońców, Sąd Wojewódzki w Warszawie zmniejszył wyroki Humerowi, Chimczakowi i Laszkiewiczowi do 7,5 roku więzienia. Zgodnie z kodeksem karnym z 1932 r., który obowiązywał również w latach 50., kiedy oskarżeni popełnili zarzucane im przestępstwa, była to największa kara, jaką mogli otrzymać. Skrócenie czasu odsiadki było jedynie formalne - "z przyczyn zdrowotnych" w ogóle nie trafili za kraty albo znaleźli się tam na krótko.
Zakończenie pierwszego procesu Humera pozwalało jednak mieć nadzieję na osądzenie innych zbrodni. Na ławie oskarżonych stanęli nawet ponownie: Humer, Kobylec, Kwasek, Midro i Pugacewicz, ale mimo pozytywnych opinii lekarskich przestali pojawiać się w sądzie (doskonale wiedzieli, że do odroczenia rozprawy wystarczy nieobecność jednego z oskarżonych) i pod koniec 1999 r. ich proces zawieszono ad calendas graecas. Trzy lata później Humer zmarł, a wedle ustaleń IPN powinien odpowiedzieć m.in. za pomocnictwo w zabójstwach Żydów podczas pogromu kieleckiego w 1946 r.

ZABURZENIA PAMIĘCI

Pierwszy proces Humera (ani żaden inny) nie objął wszystkich "zasłużonych" śledczych, m.in. trzech ze sprawy rotmistrza Witolda Pileckiego, dobrowolnego więźnia Auschwitz, żołnierza gen. Andersa (wszyscy żyją do dziś!). Informacje o nich znajdują się w kartotece personalnej, przekazanej Instytutowi Pamięci Narodowej przez UOP:
Marian Krawczyński, rocznik 1920 r., przed wojną skończył zawodówkę, w PRL-u pułkownik. Na Mokotowie pracował przez 1,5 roku, do 1948 r., w bezpiece do 1955 r.
Zbigniew Kiszel, rocznik 1923 r., major, w bezpiece do 1958 r.
Eugeniusz Chimczak, rocznik 1921 r., najpierw śledczy PUBP w Tomaszowie Lubelskim, potem pułkownik w warszawskiej centrali MBP, w bezpiece do... 15.06.1984 r.
Przesłuchiwani kilka lat temu przez prokuratora IPN przyznawali, że pracowali w MBP, ale żadnych szczegółów "nie pamiętali". Chimczakowi nie przeszkadzało to mówić: "O tym, w co był zamieszany Pilecki mogłem się zorientować z wyjaśnień, jakie mi złożył. (...) Moich zwierzchników interesowały wyjątkowo »sprawy szpiegowskie«, a sprawa Pileckiego do takich została zaliczona".
Pytani o stosowanie przymusu fizycznego i psychicznego, odpowiadali tak samo: nie było żadnego. Sami nie bili, nie słyszeli również, aby robili to inni.
Krawczyński: "aresztowani nie zgłaszali mi o tego typu sytuacjach".
Kiszel: "osoby te nie zgłaszały mi takiego faktu, aby były bite w śledztwie".
Chimczak: "nie widziałem żadnych obrażeń na ciele przesłuchiwanych i o nich nie słyszałem. (...) Owszem, zostałem przez Tadeusza Płużańskiego oskarżony o znęcanie się nad nim w czasie przesłuchań, ale to nieprawda".
"- W 1996 r. został pan skazany na osiem lat w procesie Humera...
- To kłamstwa, sprawa polityczna".
Kilka lat temu, przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie (przesłuchiwany jako świadek na procesie prokuratora Czesława Łapińskiego, oskarżonego o mord sądowy na rotmistrzu Pileckim) Krawczyński cokolwiek sobie "przypomniał": - Z Pileckim miałem dobry kontakt, rozmawialiśmy szczerze. To były normalne przesłuchania, wyjaśniałem notatki Pileckiego, adresy. Dużo mówiliśmy o jego pobycie w Oświęcimiu, ucieczce, raporcie z obozu dla Armii Krajowej. Interesowało mnie to, gdyż w czasie wojny też należałem do AK. Dlatego przesłuchania nie były dla mnie łatwe. Pilecki żalił mi się na Komendę Główną AK. Kiedyś spytałem go: "Panie Witoldzie, po cholerę przyjechał pan do Polski z rozkazami?", a on odpowiedział: "Panie poruczniku, już taki mój los jest".

CIĘŻKA PRACA ŚLEDZIA

Eugeniusz Chimczak utrzymywał, że wypełniał jedynie odgórne polecenia, nie decydował o dacie i częstotliwości przesłuchań (nie wie, kto decydował). Zawsze sporządzał protokół przesłuchania, nawet, gdy "podejrzany nie chciał wyjaśniać". Na Mokotowie miał opinię jednego z najbardziej krwawych śledczych.
Marian Krawczyński (po okazaniu mu przez prokuratora IPN dokumentów): "Odnośnie częstotliwości przesłuchań mogę powiedzieć, że czasem z własnej inicjatywy przesłuchiwałem daną osobę dzień po dniu, a czasem było to polecenie przełożonego". Z Pileckim "pracował" 1,5 - 2 miesiące.
Władysław Minkiewicz w książce "Mokotów, Wronki, Rawicz" wspominał, jak jego "główny oprawca" - Zbigniew Kiszel - bił go gumową pałką, kopał, kazał siedzieć na nodze odwróconego stołka i robić w nieskończoność przysiady: "Lubił również, kiedy byłem już zupełnie wyczerpany, dusić mnie, ściskając za gardło".
Krawczyński twierdzi, że sam nie sporządzał dokumentów (np. postanowienie o połączeniu spraw Pileckiego i pozostałych aresztowanych, zamknięciu śledztwa), a tylko "firmował" nazwiskiem gotowe materiały. Przed sądem zeznawał: - Gotowy akt oskarżenia dostałem prosto z maszyny, nawet go nie przeczytałem. Nie było po co, bo wytyczne przyszły z KC. Przyniósł mi go Serkowski [ppłk Ludwik Serkowski, naczelnik Wydziału w Departamencie Śledczym MBP, razem z Różańskim odpowiedzialny za stworzenie systemu wymuszania zeznań za pomocą fizycznego i psychicznego przymusu - TMP], który zlecił mi sprawę i nadzorował ją.
Śledczy podkreślają, że mieli "ciężką pracę". Przesłuchiwali od rana (8-9) do godzin popołudniowych (15-16), potem trzy-cztery godziny przerwy (aresztowani nie mieli takiego luksusu) i znowu, do 24. W nocy - jak twierdzą - nie przesłuchiwali, gdyż nie było takich poleceń. Przesłuchiwali sami, bez udziału osób trzecich. Krawczyński zeznał w sądzie, że Pileckiego przesłuchiwał po 4-5 godzin dziennie.
Chimczak i Krawczyński ukończyli przyspieszony kurs w Centralnej Szkole MPB w Łodzi. Dziś mieszkają w samym centrum Warszawy, przy tej samej ulicy. Mimo, iż - jak podkreślają - "nie utrzymują ze sobą żadnych kontaktów", wiedzą o sobie wszystko.
4 listopada 1947 r. Witold Pilecki przed prokuratorem, mjr. Zenonem Rychlikiem (w obecności Krawczyńskiego) potwierdził, że złożone w śledztwie zeznania były dobrowolne. Dopiero na rozprawie sądowej - mimo wypełnienia sali "śledziami" - przyznał: "protokoły podpisywałem przeważnie, nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony". Nie trzeba chyba wyjaśniać, co to znaczy.

ZGODNIE Z PRAWEM

Kazimierz Moczarski, szef Biura Informacji i Propagandy ostatniej Komendy Głównej AK, skazany najpierw na 10 lat więzienia, a potem na karę śmierci wymienił 49 metod fizycznych i psychicznych tortur (jego śledztwo na Rakowieckiej trwało od 30 listopada 1948 r. do 22 września 1952 r., zarzut: współpraca z Niemcami i rozpracowywanie lewicowców). W większości z nich brał udział Chimczak: bicie: ręką (metoda 1), drewnianą linijką okutą metalem (5), suszką i podstawą do kałamarza (8), tym samym, co w pkt. 8., tylko w czubki palców (14); wyrywanie włosów z wierzchniej części czaszki (17), ze skroni, znad uszu i z karku - tzw. podskubywanie gęsi (18), z brody i wąsów (19), z piersi (20), z krocza i z moszny (21); przypalanie rozżarzonym papierosem okolic ust i oczu (22), płomieniem - palców obu dłoni (23); miażdżenie palców stóp (wskakiwanie butami na stopy) (25); kopanie specjalnie w kości goleniowe (27); kłucie szpilką, stalówką itp. (28); szczypanie twarzy i uszu ręką przy pomocy klucza (29); siedzenie na kancie stołka (30); maltretacje moralne - wymyślne i chuligańskie obrzucanie mnie i mojej rodziny stekiem obelg, znieważeń, wymyślań (46); zadawanie mi tortur moralnych przez: (...) insynuacyjne oświadczenie kpt. Chimczaka, przystrojone w brudne epitety, na temat nieetycznego rzekomo zachowania się mojej Żony (48). Moczarskiego (który przeżył te wszystkie tortury - z więzienia wyszedł w 1956 r.) katowali również: ppłk Józef Dusza, mjr Jerzy Kaskiewicz, kpt. Adam Adamuszek, ppor. Tadeusz Szymański.
Jerzy Kaskiewicz zmarł w grudniu 1999 r. Przez nikogo nie nękany, mieszkał na ul. Spacerowej w Warszawie. W 1947 r. prowadził pierwsze przesłuchania członków grupy Pileckiego, wnosząc o zastosowanie tymczasowego aresztowania, do czego "przychylił się" zastępca Naczelnego Prokuratora Wojskowego do spraw szczególnych ppłk Henryk (Hersz) Podlaski (w 1956 r., ścigany przez MO, zapadł się pod ziemię). Ten sam Kaskiewicz wydał postanowienie o wszczęciu śledztwa, w oparciu o art. 7. dekretu z 13 czerwca 1946 r. (o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa - szpiegostwo).
Sporządzony przez "śledzi" akt oskarżenia przeciwko Pileckiemu zaakceptował 23 stycznia 1948 r. Adam Humer. 5 lutego 1948 r., z ramienia NPW, zatwierdził go Mieczysław Dytry (przedwojenny prawnik na usługach komunistów), który uznał, że oskarżenie ma oparcie w "ustaleniach" śledztwa, a przyjęta kwalifikacja "przestępstw" jest zgodna z prawem. "Dokument" podpisał Henryk Podlaski, a dwa dni później, 7 lutego 1948 r. przesłał go do Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, który skazał rotmistrza na karę śmierci. 25 maja Witold Pilecki został zamordowany w więzieniu mokotowskim.
Inni śledczy z tej sprawy już nie żyją. Stefan Alaborski zmarł w 1972 r. (12 lat wcześniej zmienił nazwisko na Malinowski), Jerzy Kroszel w 1989 r., Tadeusz Słowianek w 1993 r. - w 1965 r. został podpułkownikiem, na przebieg jego służby nie wpłynęła surowa nagana (potem zatarta), którą otrzymał w 1962 r. za upicie się.

PRZESŁUCHIWAŁ WIN-OWCÓW

Na warszawskim Bródnie żyje do dziś Jerzy Kędziora. Jako "oficer" MBP (pracę w resorcie rozpoczął w wieku 20 lat) prowadził m.in. (razem z Humerem, Serkowskim i Chimczakiem), sprawę mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory" - żołnierza Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, cichociemnego, a potem dowódcy oddziałów partyzanckich Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie.
Po nieudanej próbie przedostania się za granicę i aresztowaniu przez UB, Dekutowski przechodził ciężkie śledztwo w więzieniu przy Rakowieckiej od 19 września 1947 r. do 1 czerwca 1948 r. Podczas niejawnej rozprawy 3 listopada 1948 r. przed Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie, dostał siedmiokrotną karę śmierci. Wyrok na nim i jego podkomendnych wykonano 7 marca 1949 r. (do dziś - jak w przypadku Pileckiego - miejsce ich pogrzebania nie jest znane).
Na Mokotowie por. Jerzy Kędziora przesłuchiwał również m.in. Edwarda Bzymka-Strzałkowkiego, oficera wywiadu ZWZ-AK, a po 1945 r. Delegatury Sił Zbrojnych-WiN. W dniu aresztowania Bzymek-Strzałkowski wyskoczył z trzeciego piętra aresztu śledczego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie, łamiąc obie ręce i nogę. Po leczeniu śledztwo w jego sprawie wszczął Jacek Różański, a na "oficera" śledczego wyznaczono właśnie Kędziorę, ściągniętego specjalnie w tym celu do Krakowa z Warszawy. Skazany na trzykrotną karę śmierci we wrześniu 1947 r. w tzw. procesie krakowskim WiN i Polskiego Stronnictwa Ludowego (oskarżał zastępca naczelnego prokuratora Naczelnej Prokuratury Wojskowej, płk Stanisław Zarako-Zarakowski), po złagodzeniu wyroku z więzienia wyszedł w sierpniu 1956 r.
W tej samej sprawie Kędziora przesłuchiwał prezesa II Zarządu Głównego Zrzeszenia WiN Franciszka Niepokólczyckiego, również skazanego w "procesie krakowskim" na trzykrotny KS (na wolność - po zmianie kary na dożywocie - wypuszczono go w grudniu 1956 r.)

KRYPTONIM "SPACER"

Równie brutalny (m.in. umieszczanie w karcerze, pozbawianie snu) Kędziora był wobec Władysława Jedlińskiego, też oficera wywiadu AK, po wojnie kierownika sieci informacyjnej kolejnego, IV Zarządu Głównego WiN. Po "łaskawym" obniżeniu kary z "KS" na dożywocie, a następnie 12 lat, warunkowo zwolniony 30 grudnia 1957 r. Kędziora maltretował również w śledztwie żonę Władysława - Henrykę Jedlińską, skazaną na 15 lat więzienia, i innych członków rodziny, w tym siostrzeńca - Wacława Sikorskiego.
Ten ostatni, też AK-owiec (skazany przez bezpiekę na karę śmierci, następnie ułaskawiony przez Bieruta na dożywocie, z więzienia wyszedł w 1956 r.), dobrze zapamiętał zwyrodniałego śledczego: - Straszono mnie, że jeśli nie podpiszę dokumentu kończącego śledztwo, znów będę miał do czynienia z Kędziorą. W skutek przesłuchań Sikorski do dziś ma uszkodzone lewe ucho i przegrodę nosa.
Prócz pracy na Mokotowie Jerzy Kędziora był członkiem Grupy Specjalnej MBP - tajnej komórki, powołanej latem 1948 r. (przekształconej następnie w X Departament MBP - szefem był Anatol Fejgin), która zajmowała się "oczyszczaniem" szeregów PZPR z agentów i prowokatorów. Grupa działała w równie tajnym więzieniu (kryptonim "Spacer") w Miedzeszynie pod Warszawą, a w jej skład wchodzili również m.in.: Dusza, Laszkiewicz i Kwasek.
Edmund Kwasek znęcał się tam m.in. nad Bolesławem Kontrymem "Żmudzinem", oficerem Policji Państwowej w II RP. Celem trwającego ponad rok śledztwa (wzywanie co 15 minut na przesłuchanie, deptanie palców, wlewanie do celi kubłów wody, którą więzień musiał następnie zbierać łyżką do kibla) było m.in. obciążenie przez "Kontryma" członków organizacji "Start" (powołana przez Delegaturę Rządu na Kraj do walki z konfidentami Gestapo, jak i zwykłym bandytyzmem; bezpieka - w ramach walki z "odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym przeciwko Władysławowi Gomułce, Marianowi Spychalskiemu i innym, przypisała jej mordy na komunistach, w śledztwie "Startu" uczestniczył też Jerzy Kędziora). Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego dla m.st. Warszawy z 26 czerwca 1952 r. Bolesław Kontrym został skazany na karę śmierci, którą wykonano 2 lub 20 stycznia 1953 r. Jak inni najwięksi wrogowie "ludu", został pochowany potajemnie w nieznanym miejscu.

CUKRZYCA I PRZYMUS

Na koniec stalinizmu w Polsce, w trakcie "odwilżowego" śledztwa komunistyczna wierchuszka zrzucała z siebie odpowiedzialność za "nieprawidłowości", których dopuścił się aparat represji. Winni mieli być wyłącznie pracownicy niższego szczebla. Wtedy wyciągnięto Kędziorze, że podczas przesłuchań ciężko pobił Wacława Dobrzyńskiego (w czasie niemieckiej okupacji oficera Sztabu Głównego Armii Ludowej, przed aresztowaniem naczelnika wydziału w IV Departamencie MBP), w wyniku czego Dobrzyński zmarł.
I tak Jakub Berman, który z ramienia partii nadzorował bezpiekę, zeznawał: "Zostało przedstawione zaświadczenie lekarskie, z którego wynikało, iż wskutek jakiegoś okaleczenia [!!! - TMP] i w związku z chorobą cukrzycy nastąpił zgon Dobrzyńskiego".
Oskarżony Różański też udawał niewiniątko: "Kędziora wziął wieczorem Dobrzyńskiego na przesłuchanie, podczas nieobecności mojej, Romkowskiego i Fejgina i w czasie przesłuchania zaczął go bić. Oficerowie śledczy, którzy byli w sąsiednim pokoju, wywołali Kedziorę i zwracali mu uwagę na to, co on robi. W kilka dni po tym pobiciu Dobrzyński zmarł".
Z kolei oskarżony Romkowski tłumaczył się: "Kędziora został na moje polecenie aresztowany i osadzony w Zarządzie Głównym Informacji dlatego, że chcieliśmy, żeby był izolowany. Jednocześnie przeprowadzono sekcję zwłok i była ocena lekarza, że Dobrzyński umarł na cukrzycę, że cukrzyca była powodem jego śmierci. Nie wiem, w jakiej mierze cukrzyca, a jakiej mierze przymus, ale mam wrażenie, że jedno było przyczyną drugiego. Kędziora siedział 21 dni w areszcie, nie mogłem dać więcej".
Anatol Fejgin przywoływał słowa Bieruta i Bermana, którzy mieli przede wszystkim domagać się wyjaśnienia, "czy śmierć Dobrzyńskiego nie została umyślnie spowodowana przez oficera śledczego Kędziorę, z uwagi na powiązania w czasie okupacji jego rodziny [Kędziory - TMP] z osobą czy środowiskiem Spychalskiego".

BILI ROMKOWSKI I RÓŻAŃSKI

Kędziora nie czuł się winnym, odpowiedzialnością obarczając przełożonych: "Kiedy zostałem skierowany do Miedzeszyna, miałem 23 lata. Podczas przesłuchań używano takich metod jak: klęczenie na stołku, karcer czy wkładanie ołówka między palce. Pierwszy wypadek z ołówkiem zastosował Światło [Józef Światło, właściwie Izaak Fleischfarb, zastępca Fejgina w X Departamencie MBP, pracownik sowieckich służb specjalnych - TMP]. Różański był z początku uważany przez nas za wzór komunisty i człowieka oddanego Partii. Mieliśmy pełne zaufanie do Różańskiego. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że bicie więźniów było zabronione prawem. (...) W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. W tym okresie, kiedy stosowaliśmy bicie, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to jest nieludzkie. Wydawało nam się, że stosowanie tego przymusu jest koniecznością. Słyszeliśmy w tym czasie opowiadania na temat metod stosowanych w »dwójce« i dlatego wydawało się nam, że nasze postępowanie było łagodne. (...) W początkowym okresie nie było gum, a któryś z oficerów śledczych, nie pamiętam nazwiska, bił podejrzanego kijem. Ponieważ bicie kijem było niewygodne, wartownicy znaleźli kawałek kabla grubości wiecznego pióra, ogumionego, z cienkim drutem wewnątrz. Tą gumą posługiwało się kilku oficerów, a później każdy zaopatrzył się w kawałek kabla. Te gumy nazywano »małymi konstytucjami« (faszystowskimi) w odróżnieniu od »dużej konstytucji«, którą zrobił oficer śledczy Laszkiewicz przy pomocy wartowników. Była ona zrobiona z kilku drutów izolowanych. (...) Po 1949 roku byłem szykanowany przez Różańskiego do tego stopnia, że po usunięciu mnie z Departamentu Śledczego dostałem rozstroju nerwowego i choroby psychicznej. Do 1954 roku chodziło za mną to, że jestem wrogiem".
Sprawę przeciwko Jerzemu Kędziorze ostatecznie zatuszowano. Sadysta z Mokotowa i Miedzeszyna został jednak zwolniony z bezpieki. Dopiero kilka lat temu Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych pozbawił go uprawnień, będących przecież uhonorowaniem szczególnych zasług dla Polski. Z dawnymi kolegami z resortu spotyka się nadal w siedzibie Związku Kombatantów RP (dawny ZBoWiD) w Alejach Ujazdowskich.

(PRAWIE) NIC NIE SŁYSZAŁ

Tadeusz Szymański, skazany w procesie Humera na cztery lata (jako wyjątkowego okrutnika wymienia go Kazimierz Moczarski), odsiedział połowę kary. Na Rakowieckiej, gdzie po latach trafił jako więzień - był traktowany na specjalnych zasadach, a niektórzy starsi "klawisze" zwracali się do niego według dawnej nomenklatury służbowej - per "oddziałowy". Również kolejny akt oskarżenia przeciwko Szymańskiemu przez długi czas nie wchodził na wokandę. W końcu, po trwającym kolejne trzy lata procesie, sąd ogłosił wyrok: pięć lat więzienia.
Po "wyzwoleniu" Tadeusz Szymański odgruzowywał Warszawę. W 1946 r., w podaniu o pracę w UB w Grodzisku Mazowieckim, napisał: "Uprzejmie proszę o przyjęcie mnie do bezpieczeństwa, gdyż mam zamiłowanie w tym pracować". W wolnej Polsce nie potrafił wytłumaczyć tego "zamiłowania", uważając siebie za ofiarę totalitaryzmu, który "szczęśliwie się skończył" (czy dlatego, że w polskiej demokracji sprawy w sądach ciągną się latami, a winni w praktyce pozostają bezkarni?)
Wtedy, 23-letni ubek, aresztował rolników (w tym swoich sąsiadów), którzy sprzeciwiali się kolektywizacji wsi (jego ojciec zakładał w Osinach koło Grodziska rolniczą spółdzielnię produkcyjną).
W więzieniu na Rakowieckiej rozpoczynał jako strażnik. Ambicje miał jednak większe, pracował po godzinach. W 1950 r. udało się - został oficerem inspekcyjnym X pawilonu, który podlegał bezpośrednio Departamentowi Śledczemu MBP, a konkretnie jego szefowi - Jackowi Różańskiemu. Specjalizował się w werbowaniu agentów wśród więźniów.
Podczas obu swoich procesów Szymański utrzymywał, że w ogóle nie chodził na "Dziesiątkę". Nie prowadził również śledztw ("nawet palcem nie tknąłem więźniów"), a jedynie prace administracyjne - wydawał książki do czytania i korespondencję, gdyż był... magazynierem. Nie wiedział nawet o torturach i zabijaniu ludzi na Mokotowie ("nic nie widziałem, nic nie słyszałem"). Raz wymknęło mu się, że coś jednak słyszał: "To były głośne rozmowy, a nawet krzyki. Gdy zapytałem kierownika, co się dzieje, ten powiedział, bym nie wtrącał się do nie swoich spraw. Za każde słowo można było trafić do więzienia. Takie były czasy, nie było takiej wolności jak teraz".

GENERAŁ SMRÓD

Wolna Polska nie do końca jednak służyła Szymańskiemu - uskarżał się na nadciśnienie (biegli orzekli, że może brać udział w rozprawach). Cały czas twierdził, że oskarżono go przez pomyłkę, gdyż na Mokotowie było kilku Szymańskich. Prokurator dementował: - W X pawilonie był jeszcze jeden strażnik o nazwisku Szymański, ale dużo starszy i zupełnie inaczej wyglądał. Więźniowie dobrze zapamiętali Szymańskiego-oprawcę. Hannę Radzyńską oblewał lodowatą wodą i deptał po nogach. Stanisława Mazurkiewicza zmuszał do leżenia na betonie, zbierania kawałków rozsypanej słomy z siennika i do oglądania, jak depcze fotografie jego najbliższych. Marianowi Gołębiewskiemu kazał stać z podniesionymi do góry rękami, zimą wrzucał do celi bez okna. Stanisława Rybkę bił po całym ciele i znieważał. Tadeusz Welkier był kopany w podbrzusze i bity w tył głowy. Innych zmuszał do wielogodzinnego klęczenia na grochu, kłuł szpilką, uderzał głową o ścianę.
Katowany w śledztwie, as polskiego lotnictwa Stanisław Skalski, zapamiętał: "Wszedł z różnego kalibru gumami major Szymański. Midro, Szymański, Serkowski i Humer znęcali się nade mną. Bity od pięt do głowy straciłem poczucie czasu. Nagi znalazłem się w odchodach karceru". Szymański był również szefem grupy, która przesłuchiwała kobiety.
Przed sądem utrzymywał, że nie wiedział nawet, kto był osadzony na Rakowieckiej. Pamięć przywracał mu Stefan Batory, który na "Dziesiątkę" trafił pod koniec 1948 r. pod zarzutem przygotowywania zamachu na Bieruta (miał się tego dopuścić, psując w mieszkaniu prezydenta łazienkowy piecyk, kiedy jako elektryk robił tam remont): - Całe społeczeństwo wiedziało, kogo tam trzymacie - i wymieniał: przedwojenny wojewoda poleski, piłsudczyk płk Wacław Kostek-Biernacki, członkowie IV Komendy WiN, skazany na śmierć major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka". Kiedyś Szymański przyłapał mnie, jak próbowałem się uczyć - rozwiązywałem w celi zadanie z matematyki. Kazał mi uklęknąć i przez wiele godzin trzymać nad głową miednicę z wodą. Przez naszą celę, która była przeznaczona na osiem osób, a siedziało nas 35-ciu, przechodziły rury z gorącą parą i temperatura przekraczała 30 stopni. To było krematorium.
- Szymański, razem z innymi funkcjonariuszami, skatował mnie pałkami - mówił inny świadek Kazimierz Augustowski, w czasie wojny oficer Okręgu Wileńskiego AK, w 1949 r. aresztowany i sądzony pod zarzutem szpiegostwa i współpracy z Niemcami. - Nazywaliśmy go "generał Smród", bo otwierał cele i krzyczał: "Ale smród u was".
Inaczej przezwisko to zapamiętał Stanisław Krupa (książka "X Pawilon. Wspomnienia AK-owca ze śledztwa na Rakowieckiej"): "Wiadomo było, że jeśli dyżur ma "generał Smród" (zgrywał ogromnego ważniaka, a śmierdziało mu z ust), "Francuz" (repatriant z Francji) czy np. "Poniatoszczak" (nosił baczki a la książę Józef) - to trzeba cholernie uważać, bo to wyjątkowe dranie".

FAŁSZYWE POJEDNANIE

W toku śledztwa okazało się, że Szymański nie tylko znęcał się nad więźniami, ale również osobiście wykonywał wyroki śmierci. Rozstrzelanym kazał rozbijać głowy. Dla zabawy i zastraszenia aranżował też pozorne egzekucje.
Nawet strażnicy więzienni mówili o swoim przełożonym, że odznaczał się wyjątkowym sadyzmem. Jeden z nich, Jan Sadowski, na procesie Józefa Goldberga-Różańskiego w 1957 r. zeznawał: - Szymański ubliżał więźniom, samowolnie przedłużał ich pobyt w karcerze, zalewał cele wodą. Przechwalał się swoim okrucieństwem i tłumaczył mi, że więźniowie to wrogowie, których trzeba zniszczyć. Różański, sam znany z wyjątkowego sadyzmu, miał kiedyś zwrócić uwagę Szymańskiemu, że jest zbyt okrutny.
Na przedstawiane mu przez prokuratora zarzuty reagował histerycznie - płakał, jęczał, trząsł się, kładł się na stole. Powoływał się również na słowa Ojca Świętego:
- Polski papież apeluje o pojednanie i przebaczenie. Takie pojednanie dokonało się między Polakami i Niemcami. Najwyższy czas po 60 latach podać sobie ręce i żyć jak Polak z Polakiem.
- Trudno mówić o pojednaniu, jeśli oskarżony nie przyznał się do winy, nie okazał skruchy ani współczucia pokrzywdzonym - skomentował sędzia.
"Gazeta Wyborcza" skwitowała wyrok na kacie X pawilonu: "Tuż po wyroku Szymański, zgarbiony, wychudzony staruszek rzucił do dziennikarzy: »Czuję się niewinny« i pokuśtykał do windy". Po raz kolejny okazało się, że dziennikarze "Wyborczej" piszą (a więc chyba również myślą) obrazkowo i bezrefleksyjnie, z wyjątkiem wydarzeń, w których brał udział ich pryncypał.
Jerzy Woźniak (po wojnie oficer WiN, maltretowany w śledztwie przez Szymańskiego, wiceminister Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych w rządzie AW"S"), był jednym ze świadków oskarżenia na procesie Humera:
- Moim celem nie było uzyskanie kary dla ludzi, którzy są dziś w podeszłym wieku, tylko udowodnienie winy. Działalność całego aparatu bezpieczeństwa była wroga, na służbie obcego państwa, czyli ZSRR. Koledzy, którzy byli represjonowani w czasie okupacji hitlerowskiej, twierdzili, że łatwiej było wytrzymać śledztwo Gestapo, niż Urzędu Bezpieczeństwa.
W 1956 r., po odejściu z pracy w więzieniu na Rakowieckiej, Tadeusz Szymański przeniósł się do służby kryminalnej w stołecznej milicji, gdzie służył do 1989 r.

POST SCRIPTUM

W dzienniku "Polska" (9.03.2008) można było przeczytać wywiad z Włodzimierzem Kacem (tekst o marcu 1968 r.): "Ojciec był spod Rzeszowa, ze Świlczy; uszedł przed Niemcami do Lwowa, a potem, za uwagę niezbyt pochlebną o propagandowym sowieckim filmie wywieziony został do Kazachstanu. »Zwiedzał« łagry. (...) Ojciec zachorował na komunizm. Wrócił do Polski z II Armią".
Czego nie dowiemy się z tekstu? Ojciec - Markus Kac (ur. 1918 r. w Świlczy) to jeden z "humerowskiej" parszywej dwunastki, skazanej w 1996 r. za zbrodnie przeciwko ludzkości. W latach 50. Kac-senior kierował Wydziałem Śledczym UB w Gdańsku, a następnie Stalinogrodzie (Katowice). Dziś jego syn - Włodzimierz Kac - jest przewodniczącym Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Katowicach. A dziennikarzowi "Polski" pogratulować wiedzy.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Wyszukiwarka ASME


Pole wyszukania:


Wiadomości z kraju

Polacy wypowiadają się przez "policyjnych przedstawicieli" - mówi minister Boni w sprawie ACTA - piątek, 3, lutego 2012

Bestie w Markach - piątek, 20, stycznia 2012

Publicystyka

Sąd skazał krwawego ubeka Jerzego Kędziorę na 4 lata więzienia - Tadeusz M. Płużański - poniedziałek, 6, lutego 2012

Mazowsze

TV-felietony

Demokraci na barykadach internetu - Piotr "Vagla" Waglowski, Jarosław Lipszyc, Mirosław Wróblewski i Katarzyna Szymielewicz - paneliści Improwizowanego Kongresu Wolnego Internetu, Warszawa 04.02.2012 - poniedziałek, 6, lutego 2012

Demokraci na barykadach internetu - impresja na temat Improwizowanego Kongresu Wolnego Internetu, Warszawa 04.02.2012 - poniedziałek, 6, lutego 2012

"...syny" mordują ojców: wersja o katastrofie smoleńskiej coraz mniej prawdziwa - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach w kuluarach i w świetle rampy "polskiego regionu UE" - wtorek, 31, stycznia 2012

NIE dla ACTA! Demonstracja w dniu otwarcia Stadionu Narodowego - niedziela, 29, stycznia 2012

Fałszywi obrońcy internautów: Kaczyński, Ziobro, Palikot - głosowali za ACTA! - Stanisław Michalkiewicz o najważniejszych ostatnich wydarzeniach na deskach teatrów krajowego i zagranicznego - piątek, 27, stycznia 2012

Ogłaszamy bojkot towarów amerykańskich jeśli USA będą forsowały układ ACTA! - konferencja Kongresu Nowej Prawicy - piątek, 27, stycznia 2012

NIE dla ACTA! Demonstracja protestacyjna internautów w Warszawie 24.01.2012 - wtorek, 24, stycznia 2012

W sprawie układu ACTA występuję jako człowiek środka, ale rządy w ochronie praw autorskich i patentowych poszły za daleko! - prezes UPR/KNP Janusz Korwin-Mikke o układzie Anti-counterfeiting trade agreement - poniedziałek, 23, stycznia 2012

Wybieram Europę Ojczyzn, suwerennych krajów w Unii Europejskiej - poseł Artur Górski z klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości - środa, 18, stycznia 2012

Unią Europejską, czyli Związkiem Socjalistycznym Republik Europejskich rządzą już nie bandyci, jak to było w Związku Sowieckim, ale "tylko" złodzieje! - prezes UPR/KNP Janusz Korwin-Mikke podczas studenckiej "Debaty sejmowej 2012" - środa, 18, stycznia 2012

Zagranica

Notki wydawnicze / Recenzje

Ciekawostki o lewicy

PZPR ->SLD/SDPl


UP


Samoobrona


AW"S" -> PO - PiS

Wiadomości z UPR

ARCHIWUM

Stare ARCHIWUM


Najlepszy kandydat Niemiec na "prezia" - Donald Tusk

Witryna Kary Śmierci

 

 


Polecane serwisy

 

strona główna | kontakt | © Krzysztof Pawlak 1998 - 2008