Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Bestie, cz. 5 - Tadeusz M. Płużański Wysłane wtorek, 15, kwietnia 2008 przez Krzysztof Pawlak |
Za co trafiało się do więzienia w latach 40. i 50.? Na ogół za prowadzenie działalności niepodległościowej. Czasem powody były bardziej prozaiczne - rysowanie karykatur, śpiewanie "wywrotowych" piosenek, pisanie listów do radia, opowiadanie dowcipów o władzy. Wszystko mogło zostać uznane za "antysocjalistyczne". Tak było w Szczecinie pod rządami zorganizowanego w kwietniu 1945 r. aparatu bezpieczeństwa.Aleksandra G. w czasie wojny mieszkała w Gębicach w Bydgoskiem. Wśród sześciorga dzieci była najstarszą córką. Po zamordowaniu ojca przez hitlerowców, rodzina została bez środków do życia. W poszukiwaniu pracy przeniosła się na tzw. Ziemie Zachodnie, do Gryfic. Aleksandra G. ukończyła tam szkołę i zatrudniła się w Powiatowej Komendzie Milicji Obywatelskiej, jako maszynistka.
W sierpniu 1951 r. zgłosiła się na wezwanie do Działu Kadr Komendy Wojewódzkiej MO w Szczecinie. Myślała, że otrzyma awans za sumienną pracę.
Dziś opowiada:
- Pokazano mi mój służbowy kalendarz, w którym robiłam karykatury przywódców państw socjalistycznych, m.in. Stalina i Bieruta. Nie przypuszczałam, że ktoś zbiera te moje rysunki.
Aleksandra G. trafiła do aresztu przy ul. Małopolskiej. Zamknęli ją w pojedynczej celi.
- Podczas pierwszego przesłuchania pytano mnie o te karykatury i o to, czy w czasie pracy opowiadałam dowcipy o treści politycznej. Postawiono mi również zarzut, że przekazywałam tajemnice służbowe dotyczące działań komendy Powiatowej MO w Gryficach miejscowemu księdzu, co było nieprawdą.
Aleksandra G. ze strachu podpisała kilka protokołów, z których treścią nie została zapoznana. 31 maja 1952 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Szczecinie (mieścił się w willi przy al. Wojska Polskiego 76, dziś w budynku jest Liceum Katolickie), skazał ją na karę dwóch lat więzienia. Przez ponad rok po wyjściu na wolność, jako "polityczna" nie mogła znaleźć pracy. Potem przez wiele lat była pod stałą obserwacją UB.
- Dlaczego trafiłam do więzienia? - zastanawia się Aleksandra G. - Podczas pracy na komendzie dwaj funkcjonariusze MO składali mi propozycje nawiązania bliższych kontaktów. W końcu poszłam z tym do komendanta. Moje aresztowanie to była zemsta milicjantów.
ŚLEDCZY SIENKIEWICZEugenia P. do Szczecina przyjechała w 1947 r. Jej ojciec, żołnierz kampanii wrześniowej, zmarł w obozie w Policach. Podobnie, jak Aleksandra G. z Gryfic, musiała podjąć pracę zarobkową. Najpierw zatrudniła się w szwalni, potem w Urzędzie Pocztowym przy ul. Niepodległości, jako telegrafistka.
- Pod koniec 1951 r. wysłałam list do Polskiego Radia w Warszawie, programu "Fala 47". Zachęcił mnie prowadzący audycję redaktor, który prosił o nadsyłanie pytań nurtujących słuchaczy.
W liście Eugenia P. zadała dwa pytania:
- Dlaczego Rosja rządzi Polską?
- Dlaczego NRD nazywa się naszymi braćmi, skoro Niemcy napadli na Polskę w 1939 r.?
Odpowiedzi nie uzyskała.
- 16 marca 1952 r., po rannej zmianie około godziny 14.00 wychodziłam z pracy. Na ulicy zatrzymali mnie dwaj mężczyźni i oświadczyli, że pojedziemy do mojego domu. W mieszkaniu zrobili rewizję, ale niczego nie znaleźli. Potem zabrali mnie do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa i umieścili w celi razem z dwoma innymi kobietami. Funkcjonariusze UB pytali mnie, do jakiej organizacji należę, a gdy nie przyznałam się, pokazali mi list, jaki wysłałam do "Fali 47". Jeden ze śledczych przedstawiał się jako Henryk Sienkiewicz.
Eugenia P. została skazana na cztery lata i sześć miesięcy więzienia. Na wolność wyszła 9 grudnia 1952 r. dzięki amnestii. Pracę znalazła dopiero po dwóch latach. Jeszcze w 1956 r. ubecy proponowali jej współpracę. Jako telefonistka miała podsłuchiwać wszystkie rozmowy, które przechodziły przez centralę i zdawać z nich sprawozdania. Mimo gróźb odmówiła.
NIE BĘDĘ SIĘ NAZYWAŁ KOTON, JEŻELI...Eljasz Koton - szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Szczecinie w latach 1950-55 - nie tylko nakazywał swoim podwładnym torturowanie zatrzymanych "wrogów ludu", ale sam, w wyjątkowo wyrafinowany sposób, znęcał się nad nimi.
Urodził się w 1915 r. w Wilnie. W latach 1945 - 1947 był zastępcą kierownika WUBP w Białymstoku. Z tego okresu zachowała się notatka: "Kapitan [Eljasz] Koton z wojew[ódzkiego] UBP oświadczył, że tylko czeka na ukończenie terminu ujawniania AK. W dalszym ciągu przed komisją likwidacyjną [AK] oświadczył, że posiada dokładne spisy placówek AK i nie będzie się nazywać Koton, jeżeli na tej podstawie nie osadzi reszty bandytów w więzieniu". W czerwcu 1945 r. Koton nakazał aresztować Danutę Siedzikównę ps. Inka, sanitariuszkę antykomunistycznego oddziału mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki". Wtedy "Inka" została odbita przez patrol żołnierzy V Wileńskiej Brygady (zginęła, zamordowana w piwnicy gdańskiego aresztu 28 sierpnia 1946 r.)
Następnie Koton był zastępcą szefa WUBP w Szczecinie (1947-48) i we Wrocławiu (1948 - 1950). 24 kwietnia 1953 r., już jako szef szczecińskiej bezpieki i podpułkownik, przesłał do centrali Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, przygotowane na podstawie opracowań naczelników wydziałów szczecińskiego WUBP, "Sprawozdanie z okresu choroby, a następnie śmierci tow. Stalina": "Aparat bezpieczeństwa na terenie województwa podczas tych dni zastosował represje wobec 43 osób, w tym 34 osoby zatrzymano profilaktycznie, po 48 godzinach zostały zwolnione, zaś na 9 osób sprawy skierowano do sądu. Z tego przypada 35 osób na PUBP, a 8 osób na aparat wojewódzki".
W 1956 r. Eljasz Koton przeniósł się do Gdańska na stanowisko kierownika Wojewódzkiego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego, po czym zwolniono go ze "służby". Został starszym radcą Centralnego Archiwum MSW.
UBECKI ŻYCIORYSA oto inny życiorys szczecińskiego ubeka, tym razem niższego szczebla:
Bolesław Kłoszewski, ur. 24 maja 1922 r. w Łodzi. Rodzice: chłopi spod Łodzi; ojciec Franciszek należał do PPR i KPP, zginął w Mautchausen.
Bolesław skończył sześć klas szkoły podstawowej i dwie klasy dokształcające zawodowo. Do 1939 r. był ślusarzem w łódzkiej Fabryce Wózków Dziecięcych, w czasie niemieckiej okupacji pracował w cegielni w Niemczech. Od 1935 r. należał do Polskiej Partii Komunistycznej "Czerwony Pionier" i Komunistycznego Związku Młodzieży.
W życiorysie do UB napisał: "Mając lat dziewięć jako czerwony harcerz demonstruję swoją nienawiść do burżuazji przez czynny udział w masówkach, wiecach i pochodach. Praca konspiracyjna tak zaabsorbowała moją dziecięcą duszę, że nie mogłem skończyć ostatniego oddziału szkoły powszechnej (...) Moje postanowienia są od zawsze oparte na idejach Marksizmu i Leninizmu".
Od czerwca 1945 r. Kłoszewski pracował w Wydziale Śledczym MBP, ale mjr Różański napisał w charakterystyce: "W pracy wykazuje słabe zrozumienie dla zagadnień śledztwa i słabą orientację. Nadaje się do wykorzystania w pracy w wojewódzkich UB".
I tak Kłoszewskiego przeniesiono do szczecińskiego WUBP. W 1950 r. dochrapał się stopnia porucznika. Charakterystyka: "Uczciwy, prawdomówny, kobieciarz, lubi życie towarzyskie, skłonność do alkoholu. Po 1945 roku notatki odnośnie domniemanej choroby psychicznej, wyczerpanie na tle nerwowym, pobyt w sanatorium dla umysłowo chorych w Kościanie".
Kłoszewski dostał kilka nagan:
"7 kwietnia 1947 opuścił służbę dyżurnego w wydziale i samowolnie wyjechał do Wejherowa - ośmiodniowy areszt domowy i potrącenie 25 proc. z poborów miesięcznych.
20 czerwca 1947 roku w restauracji »Sim« będąc dobrze pijanym około 4.30 rano wszczął awanturę z byłym pracownikiem por. Szymańskim. Szantażował go grożąc bezpodstawnym aresztowaniem oraz zabrał mu wszystkie dokumenty osobiste. Za to 14 dni aresztu domowego i 25 proc. mniej poborów.
16 stycznia 1951 roku przesłuchując podejrzanego zasnął dając możliwość spania również i podejrzanemu. Nagana z wpisem do akt".
W 1954 r. po zwolnieniu z bezpieki (rozpoznanie: psychonerwica) Bolesław Kłoszewski pracował na pół etatu w Zakładach Gastronomicznych w Szczecinie. Posiadając drugą grupę inwalidzką pobierał resortową rentę.
TAJEMNICA W MIĘSIE25 maja 1953 r.
Edmund Zdrojewski, jako przewodniczący składu Wojskowego Sądu Rejonowego w Szczecinie, skazał Henryka Jastrzębskiego na 12 lat więzienia. Przesłuchiwany w wolnej Polsce przez prokuratora IPN Zdrojewski powiedział, że "częściowo przyznaje się do winy", gdyż nie potrafił samodzielnie ocenić winy oskarżonego, a wyrok wydał pod presją przełożonych. Nic dziwnego - Zdrojewski nie miał przygotowania prawniczego, przeszedł jedynie dziewięciomiesięczne przeszkolenie (z zawodu był kolejarzem). Tym bardziej był dyspozycyjny.
We wrześniu 2003 r. IPN skierował akt oskarżenia przeciwko Zdrojewskiemu do Wojskowego Sądu Garnizonowego w Szczecinie (tu oskarżony popełnił przestępstwo). Sprawę przeniesiono jednak do sądu tej samej instancji w Poznaniu (tu oskarżony mieszkał).
Byłemu stalinowskiemu sędziemu zarzucono, że skazując Jastrzębskiego, przekroczył swoje uprawnienia. Orzekał "wbrew zebranym w sprawie dowodom i dopuścił się całkowitej i oczywistej dowolności w ocenie prawnej postępowania oskarżonego", a wyrok miał charakter represji politycznej za przynależność podsądnego do Armii Krajowej.
Kim był Henryk Jastrzębski? W 1943 r. pełnił funkcję delegata rządu RP na uchodźstwie na okręg białostocki. W 1945 r. w Warszawie aresztowała go bezpieka, ale w drodze na Białostocczyznę uciekł z konwoju. Przez następne dwa lata ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem. Podczas amnestii ujawnił się i zamieszkał w Szczecinie. Na wolności pozostawał jeszcze trzy lata, kiedy przyszli po niego smutni panowie. Zarzut: naruszenie tajemnicy państwowej. Znalezione u Jastrzębskiego dokumenty miały zawierać "informacje istotne ze względu na obronę Państwa", w istocie były to papiery z okresu, kiedy był... inspektorem Rolniczej Centrali Mięsnej we Wrocławiu. Wyrok czterech lat więzienia został jednak uchylony, a sprawa trafiła do ponownego rozpoznania. Przy drugim procesowym podejściu bezpieka lepiej się przygotowała - skazała Jastrzębskiego na 12 lat za szpiegostwo.
Sąd Najwyższy zmienił jednak kwalifikację "prawną" czynu inspektora (znów naruszenie tajemnicy państwowej) i zmniejszył mu karę do siedmiu lat. Po wyjściu na wolność ubecy wzywali go na wielogodzinne "rozmowy". Henryk Jastrzębski zmarł w 1969 r.
Edmund Zdrojewski ze Szczecina przeniósł się do Poznania. Dyspozycyjny sędzia został tzw. zwyczajnym obywatelem. Przez kilkadziesiąt lat miał spokój.
STRESUJĄCE ROZPRAWYKiedy kilka lat temu miał się rozpocząć proces przeciwko Zdrojewskiemu przed Garnizonowym Sądem Wojskowym w Poznaniu, na dzień przed rozprawą termin niespodziewanie spadł z wokandy. Miesiąc później sprawa co prawda odbyła się, ale trwała zaledwie 20 minut. Powód? Były sędzia był chory, miał "zakłóconą zdolność percepcji".
- Nie wiem, jak będzie reagował w trakcie rozprawy - argumentował obrońca.
Prokurator Dariusz Wituszko ze szczecińskiego IPN stwierdził, że zaświadczenia lekarskie dotyczą nie stanu psychofizycznego oskarżonego, ale... przebytej przez niego choroby oczu, a Edmund Z. przedstawiał je już w trakcie śledztwa: - Uznaliśmy wówczas, że w żaden sposób nie utrudnia to prowadzenia postępowania. Edmund Z. wiedział w jakiej sprawie jest przesłuchiwany, składał spójne wyjaśnienia, w sądzie też wszystko dobrze.
Sąd był jednak odporny na argumenty oskarżenia. Na wniosek obrony skierował byłego sędziego na badania psychiatryczne.
Kolejna rozprawa też trwała niespełna pół godziny. Sędziowie postanowili... zawiesić postępowanie na czas nieokreślony. Zgodnie z przewidywaniami obrony, podstawą okazały się badania lekarskie. Wykazały one, że Zdrojewski jest "otępiały", ma kłopoty z koncentracją, ciśnieniem i "niepełnym samokrytycyzmem" i nie jest w stanie kontrolować swoich emocji. Z tego powodu rozprawy mogły być dla niego zbyt stresujące. Podobnie - co charakterystyczne - traktują byłych stalinowców inne wojskowe sądy w kraju.
"JABŁONIE I GRUSZKI"Franciszek M. miał gospodarstwo rolne w miejscowości Buk pod Szczecinem. Po wojnie nie należał do żadnej organizacji konspiracyjnej.
- Ruskich nie lubiłem - przyznaje. - W wolnych chwilach układałem różne piosenki antysowieckie. Potem śpiewałem je podczas spotkań z sąsiadami.
Franciszek M. przypomina sobie fragmenty:
"Rozkwitały jabłonie i gruszki - wygnali Niemca, a wprowadził się Ruski", "Z tyłu łata, z przodu łata, precz Sowieci, to nie wasza chata".
24 września 1948 r. M. jak zwykle wyszedł w pole.
- Nagle przyjechał sołtys z trzema facetami ubranymi po cywilnemu, ale uzbrojonymi w karabiny. Bez słowa zabrali mnie na UB. Podczas przesłuchań chcieli, abym przyznał się do winy, ale nie mówili, do jakiej. Jeden z oficerów zabierał mnie do piwnicy, gdzie stała szubienica. Wskazując na nią krzyczał: "mów prawdę, bo będzie cię to czekało".
Franciszek M. pamięta również inne metody "rozmiękczania". Najgorszą było bicie taboretem po całym ciele.
- Pewnego dnia do pokoju przesłuchań przyprowadzono moich sąsiadów z Buka. Z wyjątkiem jednego wszyscy zeznali, że w ich obecności śpiewałem antysowieckie piosenki. Po tej konfrontacji funkcjonariusz UB stwierdził: "udowodniono wam, że jesteście wrogiem Polski Ludowej".
Na rozprawie przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Szczecinie Franciszek M. nie przyznał się do winy. Utrzymywał, że śpiewanie piosenek nie jest przestępstwem. 28 grudnia 1948 r. skazano go na dwa lata i sześć miesięcy pozbawienia wolności. Po odbyciu całej kary, m.in. w więzieniu we Wronkach, w 1951 r. wrócił do Buka.
PRZEPOWIEDNIA WERNYHORYRozprawie przeciwko Franciszkowi M. przed szczecińskim WSR przewodniczył
Tadeusz Nizielski. IPN przedstawił mu takie same zarzuty, jak Edmundowi Zdrojewskiemu. Akt oskarżenia wpłynął w październiku 2003 r. do tego samego Wojskowego Sądu Garnizonowego w Szczecinie, który zawiesił postępowanie wobec jego kolegi. Tym razem sędziowie po prostu... odmówili rozpatrywania sprawy. Powód? Oskarżony jest wiekowy, w związku z tym musi być chory, a zatem nie może przyjeżdżać na rozprawy do Szczecina.
Z byłym sędzią prawo wolnej Polski nie obeszło się jednak całkiem po macoszemu. Wojskowy Sąd Garnizonowy - tym razem w Warszawie - okazał się bardziej "bezwzględny" od szczecińskiego i skazał Tadeusza Nizielskiego - w innej sprawie - na dwa lata więzienia. Dodajmy, że po 13 latach wolnej Polski, był to pierwszy wyrok wobec funkcjonariusza stalinowskiego systemu bezprawia.
Podstawa? W 1950 r., przed tym samym Wojskowym Sądem Rejonowym w Szczecinie Nizielski przewodniczył rozprawie przeciwko młodemu szczecinianinowi Marianowi Daraszowi i bezprawnie skazał go na sześć lat więzienia. Uzasadnienie sprzed 50 lat brzmiało: "przygotowanie do usiłowania przemocą obalenia ustroju państwa oraz rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, które mogły wyrządzić istotną szkodę interesom państwa". W jaki sposób oskarżony miał usiłować? Kolegom z pracy mówił: "w polskich gazetach piszą kłamstwa, jakoby Amerykanie rozpętali wojnę w Korei, jednak powszechnie wiadomo, iż sprowokowali ją koreańscy komuniści". Darasz nie krył również swojego stosunku do ZSRS, podważając polskość "marszałka" Rokossowskiego. Za dowód w sprawie sąd uznał znalezioną u oskarżonego... karteczkę z ręcznie przepisaną "przepowiednią Wernyhory". Ową kartkę Nizielski potraktował jako źródło fałszywych informacji, które zagrażają bezpieczeństwu państwa.
UKRZYŻOWANY W WIELKI PIĄTEK Analizując sprawę Darasza, sąd uznał Tadeusza Nizielskiego winnym "nadużycia władzy i pozbawienia wolności połączonego ze szczególnym udręczeniem".
Oskarżycielem był znów prokurator Dariusz Wituszko, który dowodził, że Wojskowe Sądy Rejonowe zostały powołane nielegalnie i były narzędziem represji w rękach funkcjonariuszy UB [ich spadkobiercą są dzisiejsze sądy wojskowe - red.].
Obrońca oskarżonego domagał się uniewinnienia swojego klienta. Powoływał się na wcześniejsze orzecznictwo sądów III RP w sprawach stalinowskich, które nie pociągały do odpowiedzialności funkcjonariuszy ówczesnego systemu bezprawia.
Sąd uznał jednak, że Nizielski stosował przepisy "mające stłamsić myślenie inne niż oficjalne, nie mające nic wspólnego z prawami człowieka". Sędziowie szczególnie potępili fakt, że złamał on życie niewinnemu człowiekowi: - Nie można więc mówić tu o błędzie, pomyłce lub wypaczeniu. Nawet jeśli należy się do grupy sprawującej władzę, należy zachowywać się przyzwoicie i zgodnie z prawem.
- Ukrzyżowaliście mnie w ten Wielki Piątek - stwierdził Nizielski po usłyszeniu wyroku.
"Ukrzyżowany" - emerytowany pułkownik w stanie spoczynku nie był, tak jak Edmund Zdrojewski - "tępym narzędziem" w rękach władz. Przed wojną ukończył prawo na uniwersytecie w Poznaniu. Sędzią wojskowym został w 1946 r., najpierw w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Szczecinie, potem w Sądzie Wojsk Lotniczych w Poznaniu (przez pewien czas był jego szefem, miał władzę porównywalną z wpływami płk. Józefa Goldberga-Różańskiego w Warszawie). Za wybitne zasługi awansował na sędziego Sądu Najwyższego w Izbie Wojskowej.
Wkrótce okazało się jednak, że owo "ukrzyżowanie" miało charakter symboliczny, gdyż wyższa instancja - Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie umorzył sprawę, twierdząc, że Tadeusza Nizielskiego chroni... immunitet sędziowski.
KAPUŚ OD MAKARENKISpraw podobnych do procesu Mariana Darasza Nizielski ma na swoim koncie więcej. W jednej z nich sądził innego nastolatka - 16-letniego Józka Obacza, ucznia II klasy Liceum Pedagogicznego w Myśliborzu.
W lutym 1951 r. do szczecińskiego UB trafił donos na chłopca. Zakapował go dyrektor szkoły Kazimierz Wojciechowski, który - w ramach awansu - wyjechał następnie do Warszawy, gdzie został redaktorem naczelnym ogólnopolskiego "Przeglądu Pedagogicznego". Towarzysz Wojciechowski, wychowujący podopiecznych w duchu sowieckiego pedagoga Antona Makarenki (w 1950 r. Myślibórz odwiedził minister oświaty Stanisław Skrzeszewski, żeby nagrodzić Wojciechowskiego za wyniki w "wychowaniu nowego człowieka"), przekazał bezpiece dwa listy Józka Obacza do starszego o dwa lata, 18-letniego Alka Mikołajczaka (Mikołajczak uczył się w gimnazjum w Szczecinie, obaj pochodzili z miejscowości Ławy, powiat Myślibórz). Ubecy ustalili, że chłopcy chcieli założyć nielegalną organizację pod nazwą Związek Młodych Patriotów. Dowodem miała być nie tylko korespondencja, ale również to, że spotykali się podczas szkolnych wakacji. Mimo, iż uczniowie rzeczywiście konspirowali (m.in. drukowali "wrogie" ulotki; szefem grupy był Mikołajczak), ubole nic więcej na nich nie mieli, dlatego po zatrzymaniu i wstępnym przesłuchaniu puścili ich wolno. "Namawiali" jednak kolegów, aby donosili na siebie. To tylko zachęciło młodych antykomunistów do rozwinięcia podziemnej działalności.
Józek Obacz został aresztowany nad ranem 31 sierpnia 1952 r., ostatniego dnia wakacji, kiedy był u swoich stryjów w Ławach. Wcześniej był przez dłuższy czas obserwowany. Komendant MO w Myśliborzu Kapciński donosił np., że chłopak wychowuje się w złym środowisku. Stryjostwo to ludzie "przychylnie ustosunkowani do kleru, udzielają się aktywnie jako działacze klerykalni, często przebywa u nich ksiądz z Myśliborza".
Tego samego dnia tajniacy zatrzymali kolegów Józka, w tym Alka Mikołajczaka, a także nauczycieli, którzy mieli współpracować ze Związkiem Młodych Patriotów.
PYRZYCKI HUMEROpinię o Józku Obaczu napisał sam Eljasz Koton: "Przez okres okupacji przebywał w Wołczkowie pow. Stanisławów, będąc na utrzymaniu swojej babci (...). Rodzice jego zmarli w młodości. W 1945 r. przybył ze swoją babcią na Ziemie Odzyskane (...). Stosunek jego do obecnej rzeczywistości, a w szczególności do socjalistycznej przebudowy wsi, był wrogi". Koton osobiście przesłuchiwał Obacza. Do znęcania się nad niepodległościową młodzieżą miał zresztą zamiłowanie - to jeszcze jeden przyczynek do sylwetki szefa szczecińskich ubeków.
Koton zatwierdził również akt oskarżenia. 21 listopada 1952 r., po trwającym prawie dwa miesiące procesie, Wojskowy Sąd Rejonowy w Szczecinie pod przewodnictwem Tadeusza Nizielskiego skazał: Jana Matijuka na sześć lat więzienia, Józefa Obacza na pięć i pół roku i Józefa Golińskiego na trzy lata (inżynier Goliński, jedyny "dorosły" z tej sprawy, wpajał młodzieży patriotyczne zasady). Najwyższy wyrok - siedmiu lat więzienia - dostał Alojzy Mikołajczak.
Ten ostatni ze śledztwa zapamiętał jeszcze innego oprawcę - Aleksandra Merzę: - Spotkaliśmy się ponownie po 1956 r. Merza prowadził sklep metalowy przy ul. Krzywoustego. Któregoś dnia wszedłem tam i powiedziałem, że chcę kupić kombinerki: "Mają być takie, żeby ściskały palce nie gorzej, niż drzwi". Merza poznał mnie i uciekł na zaplecze.
Aleksander Merza - naczelnik wydziału śledczego w szczecińskim WUBP, był synem rzeźnika i gospodyni domowej. W czasie wojny jego rodzinę zesłano na Wschód. Merza najpierw pracował w kołchozie, potem w szpitalu powiatowym, jako buchalter. W ankiecie personalnej na pytanie, czy był za granicą, odpowiedział: "ZSRR, Płn. Kazachstan, ewakuowany przez władze radzieckie". Prośbę o przyjęcie do UB złożył we wrześniu 1946 r.
W 1954 r. Merzie zarzucono "naruszenie zasad praworządności w ten sposób, że wobec zatrzymanych stosował przymus fizyczny w czasie przesłuchania zmuszając ich tym samym do złożenia niezgodnych z prawdą zeznań, które następnie podejrzani odwoływali na rozprawie". Po tej "miażdżącej" opinii Merza został zwolniony ze "służby". W 1987 r. dochrapał się stopnia podpułkownika MO.
Alojzego Mikołajczaka bił również inny śledczy,
Stanisław Raginia. Żona Mikołajczaka opowiada: - Był rok 1957. Na ulicy podszedł do mnie jakiś pan i prosił o przekazanie pozdrowień dla męża. Nie chciał powiedzieć, skąd się znają. Potem dzwonił do nas, że chce się spotkać przy wódce i przeprosić. Mąż odmówił.
O Stanisławie Ragini mówiono: "Pyrzycki Humer". W Pyrzycach pod Szczecinem być może żyje do dziś.
ŁAGIER JAWORZNOCo się działo dalej z Józkiem Obaczem? Przez więzienia w Nowogardzie i Sosnowcu trafił do "więzienia reedukacyjnego" w Jaworznie, w którym polscy stalinowcy starali się realizować w praktyce zasady wspomnianego już Makarenki. Tu "ludowa" władza przetrzymywała po wojnie wielu młodocianych więźniów politycznych. Tu Józek spotkał kolegów z Liceum Pedagogicznego w Myśliborzu.
Po uwolnieniu w styczniu 1955 r. nie mógł znaleźć pracy, był inwigilowany. Po roku powołano do wojska, do korpusu górniczego. W kopalni "Słupiec" pod Nową Rudą maszyna wyrwała mu lewą rękę z barkiem. Został akwarelistą i rysownikiem.
9 grudnia 1991 r. Sąd Wojewódzki w Szczecinie uznał, że "analiza uzasadnienia orzeczenia, połączona z treścią materiału dowodowego, zgromadzonego w aktach sprawy, pozwala na stwierdzenie, że uznana za przestępczą działalność Józefa Obacza była wymierzona nie tylko w ustrój polityczny i społeczny ówczesnego państwa, ale również działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego, którego ówczesny ustrój był wynikiem zależności od Związku Radzieckiego". Czasy się zmieniły, ale prawniczy język nie.
BISKUP KACZMAREK
I ANDRÉ ROBINEAUPrócz Tadeusza Nizielskiego nastolatków z Myśliborza - Obacza i Mikołajczaka sądzili: znany nam już Edmund Zdrojewski, a także ppłk
Kazimierz Stojanowski. Ten ostatni to też przedwojenny prawnik, tym razem po Uniwersytecie Jagiellońskim. Do LWP wstąpił w grudniu 1944 r., najpierw był wiceszefem, a po 1948 r. szefem szczecińskiego WSR. W charakterystyce z 1951 r. czytamy: "Procesy o charakterze politycznym przeprowadza bez zastrzeżeń. Utrzymuje kontakty z organami bezpieczeństwa".
Tadeusz Nizielski i Kazimierz Stojanowski ponownie spotkali się na sali sądowej (przewodniczącym składu był zmarły niedawno w Warszawie mjr Mieczysław Widaj - w sumie skazał na śmierć 106 osób) w dniach 14-21 września 1953 r. Tym razem - przed największym wojskowym sądem stalinowskiej Polski - WSR w Warszawie - sądzili ordynariusza kieleckiego, bp. Czesława Kaczmarka i jego "współpracowników" (nawet w PRL-u sądzenie duchownego przed wojskowym trybunałem było rzadkością). Zgodnie z aktem oskarżenia (oskarżał naczelny prokurator wojskowy Stanisław Zarako-Zarakowski) Widaj, Nizielski i Stojanowski skazali bp. Kaczmarka - za "działalność w antypaństwowym ośrodku" w interesie "imperializmu amerykańskiego i Watykanu" w celu "obalenia władzy robotniczo-chłopskiej" drogą "działalności dywersyjnej i szpiegowskiej" - na 12 lat więzienia.
I jeszcze jedna sprawa z udziałem Nizielskiego. W dniach 6-14 lutego 1950 r. przed szczecińskim WSR- razem z Alfredem Janowskim (przewodniczącym) i Stanisławem Wróblewskim - sądził André Robineau, pochodzącego z polsko-francuskiej rodziny pracownika Instytutu Francuskiego w Polsce i członków jego "siatki szpiegowskiej". Młody, 26-letni Francuz, określony w akcie oskarżenia jako faszysta, oenerowiec i członek partii gaullistowskiej, został skazany na 12 lat więzienia. W procesie zapadła również jedna kara śmierci - na Bronisława Sokół-Klimczaka, która została następnie wykonana. Jednym z nadzorujących śledztwo w sprawie Robineau był... Eljasz Koton.
INNI WINNINa koniec wymieńmy jeszcze innych oprawców w togach - sędziów Wojskowego Sądu Rejonowego w Szczecinie:
Filip Feld, do 1948 r. szef WSR (zastąpił go Kazimierz Stojanowski), dr praw, przedwojenny absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, w całej swojej krwawej karierze wydał - według różnych szacunków - od 69 do 91 wyroków śmierci;
Józef Streich - inny przedwojenny prawnik;
Stanisław Longschamps de Berie (bratanek znanego przedwojennego lwowskiego prawnika);
Janusz Surwiłło (podobnie jak Zdrojewski przeszedł jedynie krótki kurs prawniczy); mjr
Tadeusz Juśkiewicz (w 1960 r. zmienił nazwisko na Marian Kwietniewski).
Według danych Instytutu Pamięci Narodowej, po wojnie (w latach 1945-55) w szczecińskim WSR skazano na śmierć 96 osób. Około połowa z nich została rozstrzelana. Podstawą był głównie dekret o "przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa" (tzw. mały kodeks karny) z 13 czerwca 1946 r. Wyroki faktycznie wydawała bezpieka, w której na Pomorzu Zachodnim w okresie stalinizmu pracowało ok. 1200 funkcjonariuszy.
TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKIPublicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.