Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Bestie, cz. 4 - Tadeusz M. Płużański Wysłane poniedziałek, 17, marca 2008 przez Krzysztof Pawlak |
W Białostockiem, na Suwalszczyźnie i w Augustowskiem UB nie był łagodniejszy niż w innych rejonach kraju. Często ludzie tamtejszej bezpieki współpracowali dodatkowo z sowieckimi służbami specjalnymi. Jedni zostawali potem generałami, inni literatami. Tylko nielicznych w wolnej Polsce udało się osądzić.Jako pracownik suwalskiego UB, a zarazem NKWD i sowieckiego kontrwywiadu wojskowego "Smiersz" (śmierć szpiegom), likwidował przeciwników politycznych, przebywających na terenach II RP, zajętych przez ZSRS. Polaków, którzy nie godzili się na nową, sowiecką okupację, wywożono "na białe niedźwiedzie".
W PRL-u został wziętym literatem. Kilka lat temu Sąd Rejonowy w Suwałkach skazał Aleksandra Omiljanowicza na 4,5 roku więzienia.
Prokurator białostockiego Instytutu Pamięci Narodowej Jerzy Kamiński zarzucił mu, że w latach 1946 - 1947, "działając jako urzędnik państwowy, kierownik Sekcji PUBP w Suwałkach, przekroczył swoją władzę i nie dopełnił obowiązku wobec 22 zatrzymanych żołnierzy WiN, w ten sposób, iż stosował i tolerował stosowanie przez podwładnych mu funkcjonariuszy przemocy polegającej na zadawaniu zatrzymanym w trakcie przesłuchań uderzeń pięściami i różnymi przedmiotami po całym ciele".
RATUNEK U PREZYDENTAŚwiadkowie, którzy zeznawali na procesie Omiljanowicza, pamiętali, jak zakładał im pas na szyję i ściskał go, uderzał głowami o ścianę, łamał paznokcie.
Podstawą oskarżenia ubeka był kodeks karny z 1932 r. (obowiązujący w momencie popełnienia przez Omiljanowicza przestępstwa). Spośród 22 zarzutów postawionych przez IPN sąd uznał 10 za udowodnione. Wszystkie dotyczyły nadużycia władzy, m.in. "bezprawnego zatrzymywania, bicia i znęcania się nad członkami organizacji niepodległościowych, głównie ugrupowania Wolność i Niezawisłość".
Niewiele brakowało, aby oskarżenia w ogóle się przedawniły, ale sąd uznał kwalifikację prawną prokuratora (według orzeczenia Sądu Najwyższego z 2001 r.), że czyny Omiljanowicza stanowią zbrodnię przeciwko ludzkości. Na podstawie dokumentów, które stworzył w PUBP w Suwałkach, cztery osoby skazano na karę śmierci.
W 2005 r. sąd oddalił odwołanie się Omiljanowicza od tego wyroku. Od września 2005 r. odbywał karę więzienia w Białymstoku, a po pogorszeniu stanu zdrowia w Barczewie. Ze względu na konieczność operacji onkologicznej uzyskał kilkumiesięczne zwolnienie, do więzienia wrócił w marcu 2006 r. Ubek szukał jeszcze ratunku u prezydenta RP. Domagał się kasacji wyroku i ułaskawienia. Bezskutecznie.
NOWE ZARZUTYNiecały rok po skazaniu białostocki IPN wysłał do sądu w Suwałkach kolejny akt oskarżenia przeciwko Omiljanowiczowi. Zarzucił mu, że w kwietniu 1946 r. jako funkcjonariusz PUBP w Suwałkach podczas brutalnych przesłuchań wymusił zeznania od trzech osób związanych z podziemiem niepodległościowym. Podobnie jak w przypadku poprzedniego aktu oskarżenia miał również tolerować sadystyczne zachowania swoich podwładnych.
Zarzuty zostały sformułowane na podstawie zeznań Stanisława W., który zgłosił się do IPN po tym, jak z mediów dowiedział się o sprawie toczącej się przeciwko Omiljanowiczowi. Prokuratorowi opowiedział o zdarzeniu, które miało miejsce w kwietniu 1946 r. w jego rodzinnym domu we wsi Jegliniec na Suwalszczyźnie. Według zeznań W., funkcjonariusze UB pod dowództwem Omiljanowicza przeszukiwali domostwo, aby znaleźć dowody współpracy z podziemiem niepodległościowym. Ponieważ nic nie znaleźli, dotkliwie pobili trzech jego mieszkańców - ojca, syna i pasierba. Stanisława W. i jego przyrodniego brata zabrali na dalsze przesłuchania do katowni UB w Suwałkach. Tam znęcano się nad nimi fizycznie i psychicznie. Stanisława W. wypuszczono, jego przyrodniego brata - Piotra A., który pod wpływem bicia przyznał się do posiadania broni (której nie znaleziono), zatrzymano i wytoczono proces. Sąd szczęśliwie uniewinnił oskarżonego.
Drugi raz w wolnej Polsce (a w sumie czwarty w swojej karierze) Omiljanowicz nie stanął już jednak przed sądem. Zmarł 6 kwietnia 2006 r. w więzieniu w Barczewie.
Omiljanowicz pewnie w ogóle nie miałby procesu, gdyby nie sprawa z kwietnia 1946 r. Wtedy suwalskie UB aresztowało kilkunastu żołnierzy niepodległościowego podziemia, wśród nich Aleksandra Rybnika, ps. Jerzy - zastępcę komendanta Okręgu Białostockiego WiN. Większość, po "badaniach" Omiljanowicza, skazano w pokazowym procesie przed białostockim sądem wojskowym (między 1945 a 1946 rokiem sąd ten skazał na śmierć 272 osoby; ponad połowę wyroków wykonano) i rozstrzelano.
To była typowa akcja Omiljanowicza. Jego sekcja III, zwalczająca "bandytyzm", jeździła w teren w tzw. grupach operacyjnych, razem z wojskiem, Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego, milicjantami. W dwudziestu, trzydziestu otaczali dom, w którym ukrywali się WiN-owcy.
Sprawą Rybnika zajął się IPN. Omiljanowicz nie przyznał się do bicia (podobnie zresztą, jak do innych zarzutów; swój proces nazywał zemstą polityczną za to, że jest osobą znaną). Prokuratorowi opowiedział, czym zajmował się w UB: "Tropienie morderstw popełnionych przez bandy, wykrywanie sprawców rabunków i napadów na posterunki MO (...). Nie stosowano kajdanek. Ludzi w grupie operacyjnej było tylu, że nikt nie próbował ucieczki".
Z WYWIADEM W TLEKiedy w 1939 r. do Suwałk weszli Sowieci, 17-letni Aleksander Omiljanowicz (ur. w tym mieście 8 maja 1923 r., pochodzenie chłopskie, dwie klasy przedwojennego gimnazjum) rozpoczął współpracę z NKWD. Potwierdzająca to notatka znajduje się w aktach osobowych suwalskiego UB.
W październiku 1939 r., kiedy w skutek korekty granicy rozbiorowej Sowieci opuścili Suwalszczyznę, a na ich miejsce przyszli Niemcy, Aleksander Omiljanowicz był łącznikiem w... Związku Walki Zbrojnej (oddział Stanisława Wyrodnika, ps. Burza). W lipcu 1941 r. za tę działalność został aresztowany. Proces toczył się w Królewcu. Kilkunastu jego kolegów Niemcy stracili, on dostał najniższy wyrok - cztery lata. Niemal do końca wojny siedział w kilku niemieckich obozach (podobno był tam traktowany na szczególnych zasadach).
W październiku 1945 r. zatrudnił się w UB w Suwałkach. W podaniu o przyjęcie do pracy pisał: "(...) Gdy ład i porządek został zaprowadzony i zyskawszy imię Pogromcy Faszystów, udałem się do ojczyzny, aby tu przyłożyć swe młode siły i rękę do gmachu potęgi naszej ojczyzny, która powoli otrząsając się ze zgliszcz i popiołów powstaje ku nowemu życiu". Aleksander Omiljanowicz już wówczas miał talent literacki. W latach 60. przyjeżdżał na Suwalszczyznę jako ceniony autor wydawnictwa MON (w sumie wydał około 30 książek). W wydanej w 1965 r. w Białymstoku książce "Walka podziemia z okupantem hitlerowskim na Suwalszczyźnie w latach 1939 - 1944, Studia i Materiały do dziejów Suwalszczyzny" przedstawił kłamliwy obraz suwalskiej konspiracji, celowo ukrywając przynależność organizacyjną opisywanych przez siebie osób. Omiljanowicz o ZWZ i AK wspominał mimochodem, zawsze w kontekście współpracy z sowieckim wywiadem. Jeśli jego bohaterowie nie prowadzili podwójnej gry, określał ich wyłącznie mianem bandytów. Taki był komendant Okręgu Białystok Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, ppłk Władysław Żwański "Błękit": "notoryczny pijak, despota, grabieżca łupów (...). Jego syn dał się poznać jako terrorysta i morderca. »Błękit« sam udziału w napadach i morderstwach nie brał. Od bandytów otrzymuje obfity haracz łupów".
Pracę dla NKWD i "Smiersz" udowodnił mu sąd rejonowy w Suwałkach. Do obowiązków Omiljanowicza należało rozpracowywanie niepodległościowego podziemia, donoszenie na dowódców i oficerów Wojska Polskiego. Brał za to od Sowietów pieniądze.
FAŁSZYWY "WIN"Aleksander Omiljanowicz twierdził, że do suwalskiej bezpieki wstąpił na polecenie płk. Tadeusza Świtalskiego, ps. Juhas, komendanta obwodu WiN, gdyż podziemie chciało mieć w UB swojego człowieka. Aby uwiarygodnić tę tezę, Omiljanowicz przedstawiał dokument podpisany w 1947 r. przez Świtalskiego. Jak się łatwo domyśleć, Świtalski nie żyje.
Czy tropienie i torturowanie WiN-owców było częścią tego planu? Z dokumentów wynika w sposób niezbity, że właśnie za przynależność do ZWZ, AK i WiN Omiljanowicz znęcał się nad aresztowanymi (przed sądem naiwnie twierdził, że nie wiedział, kto był partyzantem, a kto pospolitym przestępcą, wszyscy zresztą byli dla niego bandytami; do końca życia antykomunistyczne powstanie nazywał wojną domową).
Nie oszczędzał nawet swoich kolegów sprzed wojny. Tak było np. z prawdziwym WiN-owcem Fabianem Daniłowiczem, który po przesłuchaniach prowadzonych przez Omiljanowicza został skazany na 10 lat więzienia.
Daniłowicz jako jedna z nielicznych ofiar Omiljanowicza doczekał procesu swojego kata. Inną ofiarę - Mariana Piekarskiego podczas pokazowego procesu sąd w Białymstoku skazał na karę śmierci. We wrześniu 1946 r. Piekarskiego stracono.
W artykule "Od kata do literata" w "Tygodniku Solidarność" Mateusz Wyrwich cytuje słowa żony Aleksandra Kowalewskiego, "Bębna", żołnierza AK: "Podczas przesłuchania go przez śledczych (...) mąż najbardziej przeżywał, że Aleksander O. był najpierw w AK, a potem przesłuchiwał najbardziej brutalnie i mówił: »Widzisz, ty s... nu, bandyto, zdechniesz, a ja za okupacji miałem dobrze, teraz mam dobrze i jak starość przyjdzie będę miał dobrze«. Mąż nie mógł przeboleć, że swój go tak męczy. Bo jak Ruski męczy, to wiadomo - wróg, a ten...?".
Tadeusz Kalinowski, kolega Aleksandra Omiljanowicza z suwalskiego UB w "Relacji z osobistej działalności" napisał: "Do ważniejszych operacji na terenie Suwalszczyzny, w której brałem udział (...) pod dowództwem Aleksandra O., w ilości 15 osób pozorowaliśmy grupę bandycką z rzekomo innego terenu, której zadaniem było nawiązanie kontaktu z miejscowymi bandami i likwidacja ich oraz odszukiwanie osób, które mają nielegalną broń".
ZAPICI FASZYŚCI"Nikt nie znał jego przeszłości i jego nazwiska. Był rosłym, dobrze zbudowanym mężczyzną około czterdziestki, o ryżych włosach i dziobatej twarzy (...) Był to zarazem wyrafinowany i zimny morderca. On zawsze wykonywał wyroki na członkach partii, oficerach Wojska Polskiego, milicjantach. On okrutnie torturował ludzi sprzyjających nowej władzy. Był gotów każdego zabić, wszystko podpalić, ograbić. (...) Czasami po pijanemu »Tok« zaczynał przeklinać nas po niemiecku lub śpiewać hitlerowskie piosenki ["bandy" były oczywiście zapijaczone, faszystowskie - TMP]". Opisywany "bandyta", ps. Tok, to fikcyjny zastępca dowódcy "bandy", działającej w Suwalskiem, jeden z bohaterów książeczki Omiljanowicza "Tropiąc cienie".
I jeszcze trzy cytaty z ubeka-literata: "Zza wzgórz zamajaczyły dachy zabudowań Czarnuchy. Pamiętał ostrzeżenie dowódcy jednostki, żeby uważał na siebie, gdyż bandy mordują wracających do domu żołnierzy. Był ojcem siedmiorga dzieci". Omiljanowicz napisał, że do domu, po ciężkich bojach wracał żołnierz ludowego wojska Jan Szostak (postać prawdziwa). W rzeczywistości Szostak był konfidentem PUBP w Augustowie. W dokumentach podziemia, jako jedyny spośród kapusiów, został określony mianem "niebezpieczny".
Szef WUBP w Białymstoku (mjr Szysz) pyta swojego podwładnego: "- Podobno lubicie wypić i porozrabiać?
- Bywa, towarzyszu majorze.
- Jak to bywa...? - major Szysz uniósł brwi.
- Front, przeżycia, młodo przyzwyczaiłem się do kieliszka. (...) Teraz także o kulę nietrudno. Czasem więc człowiek się zapomni...
- Już lepiej niech tego »czasami« i tego »zapomni się« nie będzie - odrzekł z naciskiem szef". Ludzki szef.
Młody ubek wychodzi z WUBP: "Szedłem wolno Targową, przedłużając chwile po raz pierwszy radosnej tęsknoty. Po drodze minąłem kwiaciarnię. No tak, że też wcześniej o tym nie pomyślałem. Po chwili trochę wstydliwie niosłem w dłoni wiązankę róż. (...) Moje pierwsze kwiaty dla niej". "Światło nocnej lampki padało z boku na Teresę. Wpatrzyłem się w drogą mi twarz, w połyskliwe oczy, w wilgotne, nieco za pełne usta..."
NIE WIEDZIAŁ, KOGO PRZESŁUCHUJEW 1946 r. ci sami WiN-owcy, którzy mieli skierować Omiljanowicza do ubecji, skazali go na karę śmierci. Powód był jasny. Zwalczanie podziemia. Próby likwidacji ubola nie powiodły się jednak (w 1947 r. podziemie zabiło jego brata za współpracę z NKWD - widać była to rodzinna przypadłość).
Omiljanowicz uciekł na inny teren - został szefem UB w Iławie, potem w Ełku. Tu dalej znęcał się nad więźniami, autochtonami z Warmii i Mazur. W jednym przypadku jednak pomylił się. Nie wiedział, że wśród przesłuchiwanych są partyjni działacze. Wybuchła afera i nawet przełożeni Omiljanowicza (oczywiście ci z UB, a nie z WiN) musieli uznać, że jest zbyt brutalny. Jego okrucieństwo napiętnował w specjalnym rozkazie szef bezpieki Stanisław Radkiewicz.
W 1948 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Olsztynie skazał Omiljanowicza na 8 lat, z czego odsiedział połowę wyroku. Jak na uboli w ówczesnym czasie to i tak długo, jednak jego ofiary były przetrzymywane w dużo gorszych warunkach o wiele dłużej albo od razu były mordowane.
Wtedy, po wyjściu z więzienia, Aleksander Omiljanowicz gładko zmienił zawód i został literatem. Jego książki wydawano w wielkich nakładach (również w "demoludach", a przede wszystkim w ZSRR). Co chwila miał spotkania autorskie, wyjeżdżał na zagraniczne stypendia. Jeszcze kilka lat temu na zebraniu literatów apelował, żeby zająć się "obławą augustowską".
Omiljanowiczowi nie chodziło rzecz jasna o historyczną prawdę. A prawda ta jest tragiczna. W lipcu 1945 r. oddziały Armii Czerwonej i NKWD przeprowadziły szeroko zakrojoną akcję pacyfikacyjną obejmującą tereny Puszczy Augustowskiej i jej okolic. Sowieci przetrząsali lasy i wsie, aresztując wszystkich podejrzewanych o kontakty z niepodległościowym podziemiem. Zatrzymano niemal 2000 osób. Część z nich, po przesłuchaniach wróciła do domu, ale ponad 600 osób zostało wywiezionych w nieznanym kierunku i wszelki ślad po nich zaginął. Jak oceniają historycy, była to największa zbrodnia dokonana przez Sowietów na obywatelach polskich po zakończeniu II wojny światowej.
Omiljanowicz pracował również jako redaktor "Głosu Koszalińskiego", "Gazety Białostockiej" i "Niwy". Jako kombatant działał w ZBoWiD. Jeszcze w w wolnej Polsce pobierał 1900 złotych emerytury.
Z BRONIĄ U NOGIInny ubek-literat to Norbert Z. Pick (rocznik 1922, pochodzenie robotnicze), pułkownik bezpieki. Zanim zaczął pisać, pracował m.in. w kartotece MBP, a potem podsłuchiwał Kościół. Pick spłodził m.in. dzieło pt. "Sztylet Burego" (wyd. 1965 r., nakład 160 tys., w serii "Żółtego tygrysa"; czy ktoś pamięta jeszcze kieszonkowe książeczki, wydrukowane na szarej bibule, nie różniącej się wiele od chropowatego papieru toaletowego? Dziś seria jest praktycznie niedostępna, chyba że na jakichś ulicznych straganach, gdyż - jak mi tłumaczyły panie bibliotekarki - została "zaczytana").
Książeczka "Sztylet Burego" opisuje działalność Romualda Rajsa, "Burego", żołnierza wojennej i powojennej konspiracji. Warto zacytować najciekawsze fragmenty: "Na terenie województwa białostockiego [właśnie tu działał w czasie wojny i po niej "Bury" - TMP] najszybciej i najliczniej rozwinęła się w okresie okupacji Armia Krajowa. W szeregi jej wstępowali przeważnie wszyscy ci, którzy pragnęli z całego serca walki z faszystami, gorąco miłowali ojczyznę. (...) O polityce zaś albo nie mieli pojęcia, albo ich ona w ogóle nie obchodziła. (...) Nie przychodziło im na myśl, by ich zapał i poświęcenie mogły być przez dowództwo [a więc i "Burego" - red.] zaprzepaszczone w imię jakichś niezrozumiałych dla nich celów. (...) Białostocki okręg AK (...) na trzy miesiące przed wyzwoleniem (...) dysponował świetnie wyszkoloną kadrą: 390 przedwojennych oficerów, 365 podchorążych, 7320 podoficerów. Ile pułków można było rzucić do walki z faszystowskim okupantem, dysponując taką kadrą? A tak...".
Historyk białostockiego oddziału IPN Jerzy Kułak skomentował (Biuletyn Informacyjny IPN, maj 2003 r.): "Jest to znana teza o »staniu z bronią u nogi«, zamiast walki z niemieckim okupantem, którą tak naprawdę prowadziła tylko komunistyczna Armia Ludowa".
Jeszcze raz oddajmy głos panu (przepraszam: towarzyszowi) Pickowi: "Każdy dzień przynosi fakty, które świadczą, że Polska Partia Robotnicza składa się z działaczy, którzy ponad wszystko stawiają interes narodu. Stopniowo też zmienia się świadomość akowców. Prawdziwi mściciele, patrioci (...) odchodzą do ludowego wojska, obejmują stanowiska w administracji, przemyśle, milicji. Pod szyldem (...) Armii Krajowej pozostaje już tylko dowództwo (...) przeżarte nienawiścią do wszystkiego, co nowe...". Taki jest również w książce Picka "Bury".
KSIĘGA ARESZTOWAŃJednego z ubeków z Białostocczyzny sąd wolnej Polski skazał kilka lat temu na 2,5 roku więzienia. To jeden z niewielu sukcesów Instytutu Pamięci Narodowej w ściganiu komunistycznych zbrodniarzy.
Wymierzanie sprawiedliwości Pawłowi Tarasewiczowi, byłemu szefowi Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Bielsku Podlaskim i Ełku, zajęło organom III RP czternaście lat (!), a więc mniej niż trwał okres stalinizmu w Polsce.
W czerwcu 1990 r. poprzedniczka IPN - Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, oddział w Białymstoku, wszczęła śledztwo przeciwko ubolowi. Po pięciu latach (!) wniosek o jego ściganie trafił do Prokuratury Rejonowej w Ełku. Na sporządzenie aktu oskarżenia i przekazanie go do sądu prokuratura też potrzebowała czasu. Sąd Rejonowy w Białymstoku wydał wyrok w marcu 2000 r., a więc po kolejnych pięciu latach (!). Został on jednak uchylony i papiery wróciły do prokuratury. W grudniu 2000 r. ściganie Tarasewicza przejęła Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Białymstoku (IPN), która ponownie skierowała akt oskarżenia do tego samego Sądu Rejonowego w Białymstoku.
Sąd rozpatrywał dwa akty oskarżenia przeciwko Tarasewiczowi, które połączono w jedną sprawę. W pierwszym zarzucono mu, że w październiku 1950 r. w Ełku bezprawnie uwięził, torturował, a w końcu doprowadził do śmierci Halinę Skinder, podejrzaną o konspirowanie przeciwko "ludowej" władzy. Drugi dotyczył wcześniejszego okresu jego pracy w Bielsku Podlaskim. Na przełomie 1949 i 1950 r. kilka razy aresztował kilkunastoletniego harcerza Szczepana Czarniawskiego i znęcał się nad nim, aby chłopiec przyznał się do działalności w organizacji niepodległościowej. Pierwszy akt oskarżenia wniósł do sądu IPN, drugi Czarniawski, który został oskarżycielem posiłkowym w sprawie przeciwko swojemu prześladowcy.
Prokurator żądał dla ubola cztery lat więzienia. Ostatecznie, w lutym 2003 r., sąd rejonowy skazał Tarasewicza na 2,5 roku. Ubol odwołał się do sądu okręgowego, ale ten utrzymał wyrok w mocy.
- Postępowanie było trudne, ponieważ wielu świadków zmarło. Wystarczającym dowodem do skazania oskarżonego były jednak dokumenty IPN - argumentowała sędzia.
Jakie to dokumenty? Księga kontrolna osób aresztowanych przez PUBP w Ełku w latach 1947 - 1954 oraz sprawozdania i raporty szefa UB w Ełku za 1950 r. Na obu są podpisy Tarasewicza.
PŁASZCZ OD PASKAUbol nie przyznał się do autorstwa podpisów. Twierdził, że część z nich została sfałszowana, a inne złożyli jego podwładni (oczywiście już nie żyją; ubole na ogół zrzucają winę na innych, na ogół przełożonych; w tym przypadku przełożonym był Tarasewicz...). Tylko czy ktokolwiek mógł fałszować ściśle tajne dokumenty szefa? Skąd taki pomysł? Otóż 50 lat temu sam Tarasewicz fałszował dokumenty. Tak zrobił z papierami Haliny Skinder (IPN oskarżył go również o to, że "podżegał pracowników do poświadczenia nieprawdy w dokumentach" dotyczących zatrzymania i zgonu kobiety).
Oficjalnie Halina Skinder powiesiła się w celi na płaszczu od paska, faktycznie została zamęczona na śmierć w pokoju przesłuchań. Co zrobił jej Tarasewicz i jego ludzie, dokładnie nie wiadomo.
- Tłumaczenia oskarżonego, że nie miał ze sprawą nic wspólnego, są bezsensowne, gdyż sam przed sądem przyznał, że bez jego zgody pracownicy nie mogli nic zrobić - mówił adwokat Jerzy Korsak, przedstawiciel Janiny Polonis, córki Haliny Skinder, drugiego oskarżyciela posiłkowego w sprawie.
Tarasewicz utrzymywał najpierw, że w czasie, gdy kobieta została aresztowana, nie było go w pracy, a postanowienie wydał Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Białymstoku. Potem twierdził, że o zatrzymaniu Haliny Skinder dowiedział się dopiero po jej śmierci. Polonis dokładnie pamięta jednak dzień, w którym jej matka została zatrzymana i kto tego dokonał. Zachowane dokumenty też jednoznacznie potwierdzają, że człowiekiem tym był Tarasewicz, że potem prowadził on śledztwo przeciwko Halinie Skinder, a na koniec nie dopełnił obowiązku powiadomienia rodziny kobiety o jej śmierci (tego dotyczył kolejny zarzut IPN).
POTWIERDZENIE PRAWDYSzczepan Czarniawski (rocznik 1931) ojca stracił przed wojną; w 1941 r. matkę, razem z pięciorgiem rodzeństwa Sowieci wywieźli na Wschód (w 1946 r. wszyscy wrócili do Polski, z wyjątkiem najstarszego brata, który zginął, walcząc u Andersa). Jako kurier służył w Armii Krajowej. Po wojnie ukończył szkołę powszechną w Brańsku, zdał do gimnazjum w Bielsku Podlaskim i związał się z harcerstwem, odtwarzanym dzięki pomocy księży katolickich. Szczepan szybko został komendantem hufca powiatu Bielsk Podlaski. Kiedy w 1949 r., w ramach "scalenia organizacji harcerskich", odmówił podporządkowania się komunistycznemu Związkowi Młodzieży Polskiej, zgarnęła go bezpieka, a konkretnie... Paweł Tarasewicz. Zarzuty: brak czerwonych krawatów i znaczka ZMP, rozbijanie harcerstwa.
Ratunkiem dla Czarniawskiego miała być współpraca z PUBP (głównie donoszenie na kapłanów; stryj Szczepana, ksiądz, był przyjacielem kardynała Stefana Wyszyńskiego), ale Czarniawski odmówił. Został poddany brutalnym torturom. Nad "właściwym" przebiegiem śledztwa czuwał... Paweł Tarasewicz. W końcu ubecy wypuścili niepokornego harcerza, ale obiecali mu, że nie będzie mógł kontynuować nauki. Maturę, "dzięki" wilczemu biletowi, zdał dopiero w 1956 r., potem ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim, a w Białymstoku otworzył kancelarię adwokacką.
Czarniawski rozpoznał swojego prześladowcę na archiwalnym zdjęciu. Po latach spotkał go w urzędzie wojewódzkim, gdzie Tarasewicz pracował jako portier (tak skończyło się wiele karier uboli; młodsi SB-ecy pracują do dziś w firmach ochroniarskich).
Czy moralne jest, aby byłych pracowników UB, w końcu ludzi starych i zapewne schorowanych, stawiać przed sądem? Może lepiej ich nie ruszać, aby spokojnie dokonali żywota w jakiejś szatni, czy toalecie? Na takie
dictum adwokat Janiny Polonis, córki zamordowanej Haliny Skinder odpowiadał: - Nie jest winą społeczeństwa, że dopiero teraz sądzi się sprawców komunistycznych zbrodni.
- Kara musi być sprawiedliwa i proporcjonalna do dokonanych przestępstw. A to, że minęło od tamtych wydarzeń pół wieku, nie ma tu żadnego znaczenia. Zresztą czas działał na korzyść oskarżonego, bo nie żyje już wielu ze świadków jego czynów, którzy mogliby świadczyć przeciwko niemu - stwierdził sędzia. Przeciwko ubolowi świadczyła też jego buta i brak skruchy wobec pokrzywdzonych (czasem warto się jednak na pokaz pokajać, żeby zyskać przychylność sądu). Poszkodowany harcerz Szczepan Czarniawski i córka zamordowanej Haliny Skinder Janina Polonis uznali wyrok na byłego ubola Tarasewicza za satysfakcjonujący. Chcieli nie wysokiej kary, ale potwierdzenia prawdy.
PRZYPADEK GENERAŁA MILEWSKIEGOMirosław Milewski karierę w bezpiece rozpoczął jako 16-letni chłopak, w 1944 r. Prócz tego (a może przede wszystkim) współpracował - tak jak Aleksander Omiljanowicz - z sowieckim kontrwywiadem "Smiersz". UB w Augustowie, w którym pracował, był związany ze wspomnianą już "obławą augustowską".
Mimo, iż Milewski był stalinowskim funkcjonariuszem, po "odwilży" nie dość, że pozostał w strukturach, ale nawet awansował. W 1958 r. trafił do centrali MSW. Między październikiem 1980 r. a lipcem 1981 r. w "imieniu klasy robotniczej" (z wykształcenia był inżynierem rolnikiem) sprawował funkcję ministra spraw wewnętrznych.
Karierę polityczną Milewski zaczynał w PPR, by później - naturalną koleją losu tego typu ludzi - znaleźć się w PZPR. Od początku 1980 r. do 1985 r. był najpierw członkiem Komitetu Centralnego, potem sekretarzem KC i członkiem Biura Politycznego (już od 1971 r. był zastępcą członka KC). Generałem brygady MO został w 1971 r., a generałem dywizji w 1979 r.
Milewski był bez wątpienia jedną z najbardziej wpływowych osób na szczytach komunistycznej władzy. Jego nazwisko pojawia się w kontekście spraw związanych z zabójstwem księdza Jerzego Popiełuszki, Grzegorza Przemyka, wprowadzenia stanu wojennego (w tej sprawie zeznawał w III RP w charakterze świadka przed komisją odpowiedzialności konstytucyjnej) i afery "Żelazo". Przypomnijmy, że afera ta dotyczyła zrabowania przez politycznych gangsterów (funkcjonariuszy MSW) i zawodowych gangsterów ze świata przestępczego dużych ilości złota i kamieni szlachetnych z "imperialistycznego" wówczas Zachodu. W 1985 r. Milewski został za to usunięty z partii, a w 1990 r. trafił na krótko do aresztu. Generałowi i sześciu innym osobom (gangsterom z obu grup) zarzucono korupcję na wielką skalę przez przyjmowanie korzyści majątkowych. Dokumenty w tej sprawie zostały jednak zniszczone (przez pogrobowców PRL), a śledztwo - z powodu przedawnienia - umorzone (przez prokuratora III RP). Zaiste owo przedawnienie jest cudownym rozwiązaniem dla różnej maści gangsterów.
"WAŻNA FIGURA"W III RP Milewskiemu wytoczono proces za aresztowanie i osadzenie w białostockim UB, w 1947 r., AK-owca Czesława Burzyńskiego, który następnie został przekazany w ręce NKWD. Prokurator stwierdził, że był to czyn bezprawny (żołnierze Armii Krajowej podlegali wówczas amnestii) i wiązało się "ze szczególnym udręczeniem wobec wydania pokrzywdzonego władzom obcego państwa".
Burzyński, wywieziony do Związku Sowieckiego (w ramach praktyki "Smierszu") i tam sądzony, do Polski wrócił po 11 latach ciężkich robót w kopalni węgla w Workucie. Został inwalidą pierwszej grupy. Po zbrodniczych naświetlaniach w UB prawie stracił wzrok.
Milewski od lat twierdzi, że Burzyńskiego nie zna i nie pamięta. Burzyński zaś zapamiętał go bardzo dobrze. "Poznał go" już w październiku 1945 r., kiedy pracował w urzędzie gminy w Lipsku nad Biebrzą (tu w 1928 r. urodził się Milewski). Późniejszy generał, a już wówczas - według słów Burzyńskiego - "ważna figura", przyszedł do jego biura i nakazał, aby je udostępnić. Potem prowadził tam przesłuchania. Jak wspomina Burzyński, zostawały po nich na ścianach ślady krwi. Drugi raz Milewski przyszedł do Burzyńskiego, który wówczas posługiwał się fałszywym nazwiskiem Korczyński, aby go aresztować. Burzyński wiedział, że jest amnestia i chciał się ujawnić. Potwierdził, że był żołnierzem Armii Krajowej. Milewski wsadził go do aresztu w UB w Białymstoku. Jeszcze w marcu 1947 r. powiedział Burzyńskiemu, żeby się pakował, bo wychodzi na wolność. A więc jednak amnestia nie była lipą. Nic bardziej błędnego. Milewski wsadził go do samochodu wypełnionego sowieckimi żołnierzami, którzy wywieźli go na Wschód. Uwięziony w areszcie NKWD w Mińsku był tam sądzony za działalność przeciwko Związkowi Sowieckiemu, zdradę sowieckiego państwa, dokonanie aktu terrorystycznego i... nielegalne przekroczenie granicy, co było zarzutem najbardziej absurdalnym. Burzyńskiego skazano początkowo na karę śmierci, zamienioną następnie na 20 lat "zesłania do robót katorżniczych". Po śmierci Stalina, w 1954 r. napisał skargę, informując o swoim bezpodstawnym aresztowaniu i skazaniu. Sowieci wypuścili go na wolność dopiero w 1957 r. Rok później jego prześladowca Mirosław Milewski był już w centrali MSW.
Burzyński śledził błyskotliwą karierę Milewskiego, aż w końcu (po odzyskaniu niepodległości w 1989 r.) poszedł ze swoją sprawą do prokuratury.
CHORA SPRAWADlaczego Milewskiemu wytoczono proces tylko za sprawę najbardziej odległą - sprzed pół wieku? Akta tej sprawy - w przeciwieństwie do późniejszych - zachowały się. Znaleźli się świadkowie, którzy chcieli zeznawać. Może tych dokumentów nie zdążono zniszczyć? Może uznano, że nie są takie ważne, bo kto będzie sięgał 50 lat wstecz, kiedy główne funkcje Milewski pełnił w latach 80.? A może po prostu najwygodniej było sądzić Milewskiego za wsadzenie za kraty żołnierza AK, niż za późniejszą działalność generała MSW?
Mimo to sprawa między byłym bezpieczniakiem Milewskim a byłym AK-owcem Burzyńskim w III RP ciągnie się już kilkanaście lat. Z czego to wynika? Między innymi z tego, że oskarżony nie przychodził na rozprawy. Jego adwokat tłumaczył to chorobą wieńcową swojego klienta. Czasem nie pojawiał się również adwokat, też tłumacząc to chorobą. Chorował również ławnik. Kilka lat temu proces Milewskiego był już bliski zakończenia, ale musiał rozpocząć się od nowa. Sąd uznał argumentację obrońcy generała, że między rozprawami była zbyt długa przerwa. W takich sytuacjach na ogół jednak prokurator i obrońcy dogadują się, i sprawy są kontynuowane.
Czy tak samo przebiegałyby inne sprawy, w które był zamieszany Milewski? Z pewnością tak. Może ciągnęłyby się jeszcze dłużej albo w ogóle nie rozpoczęłyby się? Ze względu na przedawnienie, zły stan zdrowia, polityczną nagonkę. Powody można mnożyć. Wobec zniszczenia większości akt z okresu późniejszej działalności generała Mirosława Milewskiego, wątpliwe jest, abyśmy dowiedzieli się, jaką faktycznie rolę pełnił on w kierowniczym aparacie MSW i w jakich sprawach uczestniczył.
TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKIPublicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.