Publicystyka Antysocjalistycznego Mazowsza

Bestie (2) - Tadeusz M. Płużański Wysłane czwartek, 10, stycznia 2008 przez Krzysztof Pawlak

W poprzednim odcinku ("Mordercy narodu polskiego" - przyp. ASME) opisaliśmy morderców narodu polskiego z Rzeszowszczyzny. Dziś przyjrzymy się innemu rejonowi Polski - Lubelszczyźnie. Tu niepodległościowe podziemie po wojnie było szczególnie silne, i aby je zlikwidować, komuniści uruchomili cały dostępny na tym terenie aparat przemocy. Mimo podjęcia zaciętej walki żołnierze WiN i z innych oddziałów wyrosłych z ideałów II RP i kontynuujących dzieło Armii Krajowej oraz Polskiego Państwa Podziemnego nie mieli szans z okupacyjnymi szwadronami NKWD, KBW i UB.

Jednym z bardziej "zasłużonych" utrwalaczy władzy "ludowej" w Lubelskiem był Stanisław Szot. Za wydawanie żołnierzy II konspiracji w ręce Sowietów powinien być sądzony. Tymczasem w wolnej Rzeczypospolitej ten komunistyczny partyzant, po wojnie szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie, jest ekspertem od najnowszej historii Polski. Stanisław Szot jeździ po kraju, wygłaszając referaty o heroizmie Armii Ludowej i sowieckiej partyzantki. Jest oklaskiwany i przyjmowany z honorami przez lokalne władze, dostaje medale.
Z największą estymą Stanisław Szot jest traktowany właśnie na Lubelszczyźnie. W czerwcu 2004 r. wydawany przez postkomunistyczny Związek Kombatantów RP miesięcznik "Polsce Wierni" z dumą informował, że Stanisław Szot - członek prezydium ZKRP - dostał srebrny "Medal Opiekuna Miejsc Pamięci Walk i Męczeństwa". Zasłużonemu kombatantowi przyznał go ówczesny wojewoda lubelski Andrzej Kurowski, który w przemówieniu podkreślił "wysoki wkład lubelskich AL-owców w walce z okupantem hitlerowskim, a w okresie powojennym zaangażowanie dla kraju, a także dzisiejszą aktywność społeczną". O jakie zaangażowanie dla kraju może chodzić? Właśnie na Lubelszczyźnie, w najgorętszym powojennym okresie utrwalania komunistycznej władzy Stanisław Szot przygotowywał dla Sowietów listy proskrypcyjne AK-owców, którzy byli następnie wywożeni na Syberię.

Zjednoczeni z ludnością

O tym samym "wydarzeniu" rozpisywało się także pisemko dawnych "ludowych" partyzantów - "Głos Kombatanta Armii Ludowej" (czerwiec/lipiec 2004 r.), drukując "wystąpienie płk. Stanisława Szota 16 maja 2004 r. podczas uroczystej 60 rocznicy bitwy partyzanckiej pod Rąblowem". Szot mówił o "potędze" partyzantki GL-AL i partyzantki radzieckiej na Lubelszczyźnie i ich heroicznych, "trwających dzień i noc" bojach z Niemcami. O ZWZ-AK i BCh wspomniał tylko oględnie, że takie organizacje... były. Szot podsumował: "Jeżeli walki zbrojne na Lubelszczyźnie i konspiracyjna działalność Lubelskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej w tamtych czasach nabrały tak szerokiego zasięgu, że dziś, po 60 latach dostrzegamy w nich zasięg ogólnonarodowy, to było to możliwe jedynie dlatego, że ludność wsi i miast Lubelszczyzny gorącymi sercami i ofiarnie wspierała nasza walkę. Była z nami zjednoczona". A więc GL-AL, tak jak później PPR-PZPR - przewodnią siłą narodu, cieszące się ogromnym społecznym poparciem.
W kolejnym numerze "Polsce Wierni" (wrzesień 2004 r.) mogliśmy przeczytać: "W dniu 22 lipca br. [w 60. rocznicę walk partyzanckich - TMP] w Lasach Parczewskich spotkały się dwie liczne grupy kombatantów Armii Ludowej z Lublina i Warszawy. (...) Z zadowoleniem można powiedzieć, że była to wielka patriotyczna manifestacja kombatancka, wyrażająca najwyższe uznanie dla walczących wówczas żołnierzy polskich i radzieckich oraz dla miejscowej ludności, dzięki której baza partyzancka mogła powstać i od 1942 r. istnieć i rozwijać się. (...)". Wygłaszający referat o walkach partyzanckich w Lasach Parczewskich, płk Stanisław Szot powiedział w zakończeniu swego wystąpienia: "Składam hołd i wyrazy najwyższego uznania tym wszystkim mieszkańcom, którzy tak jak i my dożyli chwili radości i chwały, jak również tym, których już wśród nas nie ma". Ciekawe, czy Stanisław Szot dziękował również tym, których wysłał na białe niedźwiedzie?

Z partyzantki do bezpieki

Stanisław Szot, syn Mateusza, urodził się w 1917 r. w Opoce, powiat Kraśnik. Po szkole podstawowej, na której skończył swoje kształcenie, został magazynierem. W czasie okupacji niemieckiej najpierw organizował konspiracyjną Robotniczo-Chłopską Organizację Bojową, a potem PPR i GL na Lubelszczyźnie. Piotr Gontarczyk w książce "PPR. Droga do władzy 1941 - 1944" (Warszawa 2003 r.) napisał, że Lubelszczyzna była jednym z niewielu terenów w Polsce, gdzie komunistom udało się stworzyć własne siły zbrojne: "Siatka PPR-GL w rejonie Kraśnika należała do najsprawniejszych i najliczniejszych struktur komunistycznej konspiracji w kraju". Wśród czterech czołowych działaczy wymienił Stanisława Szota "Michała". Szot, jako oficer propagandowo-oświatowy, był odpowiedzialny m.in. za "edukację". Tym samym zajmował się po przekształceniu GL w AL. Przypomnijmy: zmiana ta miała przede wszystkim charakter propagandowy, słowo "armia" brzmiało bardziej swojsko, sprawiało wrażenie siły - Armia Ludowa miała być poważną przeciwwagą dla Armii Krajowej. Szot zmienił pseudonim na "Kot".
Wobec zbliżającej się "wolnej" Polski Stanisław Szot nie mógł być obojętny. Podobnie, jak wielu kolegów z "ludowej" partyzantki płynnie przeszedł do "ludowej" bezpieki. Karierę w resorcie rozpoczął od wysokiego "C", czyli stanowiska zastępcy kierownika Wydziału Personalnego Resortu Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie. Już po miesiącu (w październiku 1944 r.) został szefem lubelskiej bezpieki. Mimo, iż funkcję tę pełnił tylko do stycznia 1945 r. zdołał solidnie dać się we znaki niepodległościowemu podziemiu.
Jeden z niezłomnych żołnierzy II konspiracji, Zdzisław Broński "Uskok" w swoim pamiętniku pisał o obławie w listopadzie 1945 r.: "UB mogłoby nam wyrządzić duże szkody. Gdyby miała o nas trochę rzeczowego wywiadu, bo była ona dla nas bądź co bądź niespodzianką. Objęła teren więcej niż dwóch gmin i brało w niej udział kilkuset ludzi (UB i KBW). Obławą dowodził kierownik wojewódzkiego UB, nazwiskiem, zdaje się, Szot".

"Pracować ponad siły i uczyć się"

Podczas odprawy kierowników powiatowych urzędów bezpieczeństwa (w dniach 2-3 grudnia 1944 r.) w siedzibie Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie Stanisław Szot (już w randze podpułkownika) mówił: "Sytuację obecną można zaliczyć do bardzo poważnych. Wróg nasz odwieczny - Niemiec - jest rozbity, ale jeszcze nie dobity. Grupy reakcyjne spod znaku AK, NSZ tak samo zainteresowane są wewnętrznym naszym rozbiciem. Celem ich jest obalenie obecnego demokratycznego rządu państwa polskiego. Oni byli sprawcami niewoli chłopa i robotnika. Oni strzelali w czasie okupacji [do] patriotów polskich, walczących z nienawistnym okupantem. Reakcja stacza się na dno upadku. Dowódca AK poddaje się Niemcom, za Wisłą NSZ i AK połączone współpracą z Niemcami w mordowaniu ludzi z przeciwnych ugrupowań polit[ycznych]. [Stanisław] Mikołajczyk ustąpił miejsca, jego [miejsce zajął] ozonowiec [Jan] Kwapiński. AK stosuje terror, terror właśnie jest oznaką ich słabości. Dla takich ludzi jak panowie z Londynu miejsca w Polsce nie ma. Oni powinni być wszyscy sądzeni jako zdrajcy narodu polskiego".
Po tej analizie sytuacji Szot pouczał swoich podwładnych: "W sprawozdaniach kierowników PUBP przeważnie zauważyłem tylko stwierdzenie terroru AK, nie widać jednak zdecydowanego działania przeciwko terrorowi. Podczas okupacji nie daliśmy tak hulać reakcji, jak dzisiaj, gdy posiadamy władzę i siłę. My nie zajmujemy swych stanowisk dla dobrych posad, my nie możemy ulęknąć się terroru, my musimy stać na straży demokracji. Milicja O[bywatelska] jest organem pomocniczym U[B]. Dlatego też musimy spec[jalną] uwagę zwrócić na kadry. Kadry nasze w przeważającej ilości są niewykwalifikowane, gdyż ludzie nasi, synowie chłopa i robotników, nie mogli w okresie rządów sanacyjnych chodzić do szkół i uniwersytetów, dlatego też powinniśmy pracować ponad siły i uczyć się, by móc należycie spełniać swoje ważne zadania - zapewnienie bezpieczeństwa w odrodzonym, demokratycznym państwie polskim".

Szot wydaje rozkaz

Historyk Rafał Wnuk w książce "Lubelski Okręg AK DSZ i WiN 1944 - 1947" pisze: "W ostatnim kwartale 1944 r. na AK spadły represje o niespotykanej wcześniej skali. Organa terroru zrezygnowały z metody wyłuskiwania dowódców i rozpoczęły politykę prześladowania wszystkich ludzi związanych z podziemiem. Na początku października 1944 r. do Lublina skierowano zbiorczą dywizję NKWD liczącą 8850 ludzi. Dowódcy NKWD w celu zharmonizowania działań nawiązali kontakt z resortem Bezpieczeństwa Publicznego oraz organami kontrwywiadu WP".
Co z tymi represjami miał wspólnego Stanisław Szot? Jako kierownik lubelskiego WUBP 14 listopada 1944 r. (jeszcze jako major) wydał rozkaz: "Aresztowanych członków AK, NSZ i OUN za działalność przeciw PKWN i Armii Czerwonej, a którzy z różnych względów nie mogą być sądzeni, należy za okazaniem niniejszego rozkazu wydać przedstawicielom Armii Czerwonej. Ile i kogo konkretnie z aresztowanych wydać, należy uzgodnić na miejscu z przedstawicielem Armii Czerwonej".

Szot gwarantuje

Rafał Wnuk pisze dalej: "W krótkim czasie więzienia i obozy wypełniły się żołnierzami podziemia. Od powołania PKWN do 31 grudnia 1944 r. Powiatowe Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego województwa lubelskiego aresztowały 4954 osoby [połajanki Szota podczas ubeckiej narady przyniosły jednak efekt - TMP]. Około połowy uwięzionych zatrzymano pod zarzutem »członkostwa w AK«. Nie wiemy, czy w tej liczbie uwzględniono ludzi przekazanych Sowietom. Według danych sowieckich na zapleczu 1. Frontu Ukraińskiego, a więc przede wszystkim na Lubelszczyźnie, NKWD aresztowało, a następnie wywiozło w głąb ZSRR 3375 osób. Natomiast według Andrzeja Chmielarza w pierwszym półroczu ludowej władzy na Lubelszczyźnie aresztowano 20 tys. ludzi, z czego połowę wywieziono do ZSRR".
Stronę wcześniej Rafał Wnuk ujawnił, że mjr Stanisław Szot z ramienia WP został wydelegowany przez PKWN do rozmów z przedstawicielami AK w Krasnymstawie: "Rozmowy doprowadziły do podpisania deklaracji, według której żołnierze AK uznawali władzę PKWN i zobowiązywali się oddać broń, natomiast przedstawiciele PKWN gwarantowali członkom AK pełne bezpieczeństwo i uznanie stopni oficerskich akowcom wstępujących do WP". Po spotkaniu kpt. "Jeż" - Jan Wojtal, komendant Obwodu Krasnystaw AK, wydał rozkaz o uznaniu PKWN i zdaniu broni. Część żołnierzy podporządkowała się...

Radziecki wywiadowca

Po odejściu z WUBP w Lublinie Stanisław Szot został kierownikiem WUBP w Poznaniu i szefem grupy operacyjnej na woj. poznańskie (styczeń - kwiecień 1945 r.), a następnie zastępcą kierownika Wydziału do Walki z Bandytyzmem MBP (kwiecień lipiec 1945 r.).
Jak większość ubeków Szot należał do partii. W latach 1945 - 1948 był I sekretarzem KW PPR w Lublinie. Co działo się z nim później - w latach 50., nie wiadomo. Były ubek odnalazł się w następnej dekadzie, jako attache wojskowy przy ambasadzie PRL w Rumunii, a potem w Chinach.
I jeszcze jeden przyczynek do biografii Stanisława Szota, bez którego trudno zrozumieć jego ubecko-partyjną karierę. W czerwcu 1944 r. antykomunistyczna komórka AK "Antyk" uzyskała informacje, że został aresztowany przez Gestapo jako jeden z radzieckich wywiadowców, pracujących w Warszawie. Zwolniono go po tym, gdy okazało się, że współpracuje z niemieckim agentem Bogusławem Hrynkiewiczem (Hrynkiewicz był jednocześnie współpracującym z PPR agentem sowieckim). To kolejny dowód na kolaborację NKWD i polskich komunistów z Gestapo wymierzoną przeciwko Polskiemu Państwu Podziemnemu i jej sile zbrojnej - Armii Krajowej. Kto więc - cytując jeszcze raz słowa Stanisława Szota z narady w lubelskim WUBP w grudniu 1944 r. - "strzelał w czasie okupacji do patriotów polskich"? "Polska reakcja" czy raczej komuniści?

Mordy sądowe prokuratora Langego

Stanisławem Szotem - z niewiadomych powodów - nie zainteresował się wymiar sprawiedliwości RP. Inaczej było z lubelskim prokuratorem Wacławem Lange. Instytut Pamięci Narodowej oskarżył go o kilka mordów sądowych w czasach stalinowskich. Prokurator IPN zarzucił Langemu m. in., że "w dniu 24 grudnia w Kamieńczyku, pow. Sokołów Podlaski, woj. podlaskie, jako funkcjonariusz państwa komunistycznego, pełniąc funkcję prokuratora Wojskowej Prokuratury Rejonowej, chcąc pozbawić życia członka organizacji walczącej na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego, (...) wnosząc o wymierzenie niewspółmiernej do czynu kary, podżegał skład orzekający do wymierzenia wobec oskarżonego Aleksandra Florczuka kary śmierci, która została orzeczona z pogwałceniem elementarnego poczucia sprawiedliwości, a następnie wykonana w jego obecności przez rozstrzelanie bezpośrednio po ogłoszeniu w dniu 24 grudnia 1946 r.".
W materiałach IPN czytamy o Langem, że w latach 1945 - 1953 "pełniąc funkcję podprokuratora Wojskowych Prokuratur Rejonowych w Białymstoku, Lublinie i w Warszawie, skierował do Wojskowych Sądów Rejonowych w Warszawie, Białymstoku i Lublinie akty oskarżenia, a następnie zażądał wymierzenia niewspółmiernych do czynów kar śmierci w stosunku do 15 osób [żołnierzy AK i ludzi jej pomagających - TMP]." Cała 15-tka została stracona. Dodatkowo, wobec czterech skazanych zażądał natychmiastowego wykonania kary, uniemożliwiając im tym samym złożenie - przysługującej z mocy prawa - prośby o ułaskawienie. Zostali zastrzeleni na sali sądowej seriami z pepeszy. Jednego, który jeszcze żył, dobił strzałem z pistoletu "oficer", który wstał zza stołu sędziowskiego. Egzekucję oglądała miejscowa ludność, która została ściągnięta na "rozprawę", aby nabrać respektu dla "ludowej" władzy.
Prokurator Andrzej Witkowski z IPN w Lublinie ustalił, że procesy trwały kilkanaście minut, odbywały się bez akt i spisywania protokołów. Dokumentacja została potem nieudolnie antydatowana. Czy było to zgodne nawet z ówcześnie obowiązującym prawem?
Inne "rozprawy" z udziałem Wacława Langego odbywały się w "terenie", np. na polu, gdzie ustawiano stół i krzesła, "sędziowie" coś tam odczytywali i kazali skazanemu iść przed siebie. Padały strzały. Komuniści nazywali to "wyjazdową sesją sądu", a w praktyce były to doraźne "sądy na kółkach". Decyzja o wyeliminowaniu "wroga ludu" zapadała wcześniej, a "sąd" był tylko przykrywką dla zbrodniczych praktyk.

Ogólne bezprawie

Jak Wacław Lange (rocznik 1924) stał się stalinowskim mordercą? W bardzo prosty sposób - ten przedwojenny kancelista po "wyzwoleniu" Polski przez Sowietów zaliczył krótki kurs prokuratorski. Tyle wystarczyło (była to praktyka powszechna), aby oskarżać niewinnych ludzi tylko dlatego, że zagrażali importowaniu do Polski komunistycznej zarazy. Po zakończeniu kariery prokuratorskiej roczny kurs prawniczy na UMSC w Lublinie wystarczył Langemu do zdobycia uprawnień adwokackich. Szanowanym prawnikiem był aż do początku lat 90. Ostatni udokumentowany wyrok śmierci, do wydania którego podżegał, nosi datę 12 stycznia 1954.
W sądzie III RP, przed który trafił - jak już pisaliśmy - z oskarżenia IPN - twierdził oczywiście, że jego praca polegała wyłącznie na wypełnianiu polecenia przełożonych. Tłumaczył się również, że postępował niezgodnie ze swoim sumieniem i ubolewał nad losem niesłusznie represjonowanych. W kraju panowało przecież ogólne bezprawie - zarówno organy bezpieczeństwa, jak i sądy i prokuratura nie przestrzegały obowiązujących przepisów, stosowały je instrumentalnie "w celu pozbycia się niewygodnych osób".
Co prawda za czyny zarzucane Wacławowi Langemu groziła kara dożywocia (sąd zdecydował się nawet aresztować go na trzy miesiące; za kratami spędził jednak tylko kilka dni, gdyż postanowienie to uchylił sąd wyższej instancji), ale sędziowie... nie podjęli się rozpatrzenia sprawy i przekazali ją z powrotem prokuratorowi IPN. Powód? Wyroki wydane ponad 50 lat temu na podstawie oskarżenia Langego do dziś są prawomocne i dopóki nie zostaną uchylone - byłego prokuratora nie można sądzić. Ponadto na korzyść oskarżonego miało świadczyć to, że... nie został pouczony, iż miał prawo - mimo prowadzenia postępowania w sądzie wojskowym - domagać się udziału w składzie orzekającym ławników-cywili.

Kat Zamojszczyzny skazany

Wacławowi Langemu - jak większości stalinowców - w wolnej Polsce upiekło się. Sprawiedliwość dopadła natomiast innego funkcjonariusza komunistycznego systemu bezprawia - Mieczysława Wybrańca. Co prawda nie był prokuratorem, ale "oficerem" śledczym Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Zamościu. Mieczysław Wybraniec, nawet przez swoich kolegów-ubeków zwany katem, został skazany na sześć lat więzienia.
Oskarżyciel, prokurator IPN Andrzej Witkowski domagał się dla byłego "śledzia" wyższej kary - osiem lat pozbawienia wolności: - W postawie oskarżonego trudno doszukać się choćby cienia skruchy wobec ogromu cierpień fizycznych i psychicznych zadanych pokrzywdzonym i ich rodzinom. Zarzucane mu czyny pozostają czynami osoby fizycznej, ale zarazem funkcjonariusza państwa, które samozwańczo nazywając się odrodzonym i demokratycznym, od samego zarania przez lata wychowywało swoich funkcjonariuszy w duchu nienawiści, pohańbienia ludzkiej godności, praw człowieka, a nawet prawa pozytywnego, które samo stanowiło. Zabezpieczało im przez lata bezkarność za popełnione zbrodnie.

Syn legionisty

Mieczysław Wybraniec urodził się 82 lata temu we wsi Bzowiec w powiecie krasnostawskim. Syn handlowca, żołnierza Legionów Piłsudskiego, w czasie wojny wstąpił do Gwardii Ludowej. W 1945 r., po ucieczce z wojska złapany przez NKWD, rozpoczął pracę w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Zamościu (najpierw jako wartownik, wkrótce "oficer" śledczy). Strach wzbudzał samym wyglądem (był potężnie zbudowany). Wobec wrogów "ludu" był tak okrutny, że przełożeni zamknęli go w świetlicy (nie w celi) Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Lublinie. Powód? Jeden z więźniów Wybrańca, podejrzany o współpracę z WiN, zmarł w czasie śledztwa. Jednak już po trzech miesiącach śledczy został zwolniony, a jako oficjalną wersję śmierci jego ofiary podano zawał serca.

Pięścią i pałką

O co Wybraniec był oskarżany? Lubelski prokurator IPN przedstawił mu 27 zarzutów stosowania wyjątkowo brutalnych metod śledczych wobec członków niepodległościowego podziemia i osób podejrzanych o kontakty z nimi. Cóż takiego robił schorowany dziś i szykanowany Wybraniec (wzorem innych uboli oczywiście nie przyznał się do winy)? Śledztwo Instytutu potwierdziło tylko niektóre jego przestępstwa, popełnione w okresie od sierpnia do listopada 1946 r. Wtedy to bezprawnie aresztował i przetrzymywał w nieludzkich warunkach (zamiast dozwolonych prawem 48 godzin nawet przez pół roku, bez przedstawienia nakazu zatrzymania i zarzutów) 23 AK-owców i WiN-owców oraz osoby, które miały im pomagać.
Z akt IPN: "Mieczysław W. w trakcie wielogodzinnych przesłuchań, często prowadzonych w porze nocnej, w celu wymuszenia żądanych wyjaśnień i przyznania się do nie popełnionych przestępstw, znęcał się fizycznie i psychicznie nad pokrzywdzonymi, groził im pozbawieniem życia (między innymi przy użyciu służbowego pistoletu "TT"), bił po całym ciele rękoma, drewnianą i drucianą pałką i kopał obutymi nogami. (...) W przypadku czterech pokrzywdzonych tortury przeprowadzał z użyciem prądu elektrycznego". Śledczy uderzał ich ponadto kolbą karabinu i wyrywał paznokcie u rąk.

Zdenerwowany krętactwami

Z zeznań świadków wynikało, że Wybraniec wielokrotnie wykonywał na więźniach wyroki śmierci, ale prokuratorzy nie znaleźli na to wystarczających dowodów. W 1946 r. zabił m.in. niepełnoletniego AK-owca Leonarda Kalmusa. Wcześniej aresztował go i brutalnie przesłuchiwał. Kalmus został zamordowany mimo tego, że podczas rozprawy sądowej odwołał swoje zeznania, stwierdzając, że zostały one wymuszone biciem. Bierut nie skorzystał z prawa łaski. 50 lat później dzięki tej sprawie przestępstwa Wybrańca wyszły na jaw. Były podkomendny Kalmusa w aktach procesu rehabilitacyjnego znalazł nazwisko "śledzia".
Przełożony z zamojskiego PUBP określił Wybrańca jako wzorowego służbistę, który "posiada zdolność wyciągania prawdziwych zeznań z zatwardziałych przestępców". Wybraniec, przyznając się do pracy w UB: "zdarzyło się, że ręką uderzyłem przesłuchiwanego, kiedy zdenerwowałem się jego krętactwami". Wynikało to pewnie z przemęczenia "oficera", bo przecież w życiu nikogo nie skrzywdził, a nawet nie miał takiego zamiaru.

Spółdzielca i handlowiec

W zamojskim UB Wybraniec pracował do 1947 r., kiedy skierowano go do Szkoły Oficerskiej MBP w Łodzi, którą - po kilku miesiącach - ukończył jako chorąży (wcześniej przyjęty do bezpieki bez żadnego, nawet krótkiego przeszkolenia). Został starszym referentem UB we Włodawie; działał również w grupie operacyjnej Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Lublinie. W grudniu 1949 r. zwolniony ze służby, został "spółdzielcą", obejmując kierownicze stanowiska m.in. w Powszechnej Wielobranżowej Spółdzielni Pracy, Wojewódzkiej Spółdzielni Mleczarskiej, Powszechnej Spółdzielni Spożywców. W tym czasie ukończył studia ekonomiczne na UMCS w Lublinie. Przed przejściem na emeryturę był zastępcą dyrektora w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Handlu Wewnętrznego w Zamościu. Może tam nabawił się choroby, która do niedawna uniemożliwiała mu stanięcie przed sądem?

Chory na rozprawy

Procedura ścigania Wybrańca trwała trzy lata. Były "śledź", który utrzymywał, że "śledziem" nie był, a jedynie szeregowym funkcjonariuszem UB, robił wszystko, aby nie doprowadzić do procesu. W końcu zamojscy sędziowie zdenerwowali się i nakazali aresztować Wybrańca. Na proces w przed Sądem Rejonowym w Zamościu był dowożony karetką z Warszawy. Wynikało to z faktu, że właśnie w stolicy jest najbliższy Zakład Karny, posiadający oddział szpitalny (a tego wymagały zalecenia lekarskie).
W III RP stalinowski śledczy już raz trafił za kraty - w czerwcu 2001 r. Spędził tam tylko 21 dni (sąd pozytywnie rozpatrzył jego zażalenie, motywowane złym stanem zdrowia), ale to wystarczyło, aby prokurator IPN mógł postawić mu zarzuty.
Przez dłuższy czas proces nie mógł się jednak rozpocząć, gdyż kat Zamojszczyzny ani razu nie pojawił się na sali sądowej, przedkładając zaświadczenia lekarskie, że jest chory (objawy niedokrwienia mózgu). Co charakterystyczne - zdrowie ubeka szwankowało szczególnie w okresie, kiedy sąd wyznaczał kolejne terminy (w sumie było ich już 11). W sprawie powołano kilka komisji lekarskich (nie na wszystkie Wybraniec był łaskaw przyjść), ale żadna nie potwierdziła, aby stan zdrowia podejrzanego wykluczał prowadzenie czynności procesowych z jego udziałem. W końcu jednak udało się doprowadzić kata Zamojszczyzny przed oblicze Temidy i skazać go.
Podczas, gdy sąd III RP przez dwa lata pozwalał Wybrańcowi bawić się prawem, kilka poszkodowanych przez niego osób przestało przyjeżdżać na rozprawy (po co uczestniczyć w farsie?), kilka zmarło. Niektórzy odeszli już wcześniej, jak np. Aleksander Panas w 1978 r., którego choroba była wynikiem "badań" byłego stalinowskiego śledczego. Wyroku doczekał tylko jeden z maltretowanych przez Mieczysława Wybrańca - Zygmunt Adamczuk.

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Wyszukiwarka ASME


Pole wyszukania:


Wiadomości z kraju

Polacy wypowiadają się przez "policyjnych przedstawicieli" - mówi minister Boni w sprawie ACTA - piątek, 3, lutego 2012

Bestie w Markach - piątek, 20, stycznia 2012

Publicystyka

Sąd skazał krwawego ubeka Jerzego Kędziorę na 4 lata więzienia - Tadeusz M. Płużański - poniedziałek, 6, lutego 2012

Mazowsze

TV-felietony

Demokraci na barykadach internetu - Piotr "Vagla" Waglowski, Jarosław Lipszyc, Mirosław Wróblewski i Katarzyna Szymielewicz - paneliści Improwizowanego Kongresu Wolnego Internetu, Warszawa 04.02.2012 - poniedziałek, 6, lutego 2012

Demokraci na barykadach internetu - impresja na temat Improwizowanego Kongresu Wolnego Internetu, Warszawa 04.02.2012 - poniedziałek, 6, lutego 2012

"...syny" mordują ojców: wersja o katastrofie smoleńskiej coraz mniej prawdziwa - Stanisław Michalkiewicz o wydarzeniach w kuluarach i w świetle rampy "polskiego regionu UE" - wtorek, 31, stycznia 2012

NIE dla ACTA! Demonstracja w dniu otwarcia Stadionu Narodowego - niedziela, 29, stycznia 2012

Fałszywi obrońcy internautów: Kaczyński, Ziobro, Palikot - głosowali za ACTA! - Stanisław Michalkiewicz o najważniejszych ostatnich wydarzeniach na deskach teatrów krajowego i zagranicznego - piątek, 27, stycznia 2012

Ogłaszamy bojkot towarów amerykańskich jeśli USA będą forsowały układ ACTA! - konferencja Kongresu Nowej Prawicy - piątek, 27, stycznia 2012

NIE dla ACTA! Demonstracja protestacyjna internautów w Warszawie 24.01.2012 - wtorek, 24, stycznia 2012

W sprawie układu ACTA występuję jako człowiek środka, ale rządy w ochronie praw autorskich i patentowych poszły za daleko! - prezes UPR/KNP Janusz Korwin-Mikke o układzie Anti-counterfeiting trade agreement - poniedziałek, 23, stycznia 2012

Wybieram Europę Ojczyzn, suwerennych krajów w Unii Europejskiej - poseł Artur Górski z klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości - środa, 18, stycznia 2012

Unią Europejską, czyli Związkiem Socjalistycznym Republik Europejskich rządzą już nie bandyci, jak to było w Związku Sowieckim, ale "tylko" złodzieje! - prezes UPR/KNP Janusz Korwin-Mikke podczas studenckiej "Debaty sejmowej 2012" - środa, 18, stycznia 2012

Zagranica

Notki wydawnicze / Recenzje

Ciekawostki o lewicy

PZPR ->SLD/SDPl


UP


Samoobrona


AW"S" -> PO - PiS

Wiadomości z UPR

ARCHIWUM

Stare ARCHIWUM


Najlepszy kandydat Niemiec na "prezia" - Donald Tusk

Witryna Kary Śmierci

 

 


Polecane serwisy

 

strona główna | kontakt | © Krzysztof Pawlak 1998 - 2008