Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Piano, piano... - Stanisław Michalkiewicz Wysłane wtorek, 16, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak |
Niedoszły ingres JE abpa Stanisława Wielgusa 7 stycznia w warszawskiej katedrze przypominał w nastroju ślub baronessy von Essenbeck w finale filmu "Zmierzch bogów".Powiadają, że rezygnacja biskupa w dniu ingresu jest wydarzeniem bez precedensu. Być może, chociaż historia Kościoła zna podobne wstrząsy i to w dodatku na niemal identycznym tle, które dzisiaj nazwalibyśmy "lustracyjnym". Oto w początkach IV wieku biskupem Kartaginy został obrany Cecylian, wobec którego nie było żadnych zastrzeżeń. Jego nominacja została jednak zakwestionowana, ponieważ konsekrował go biskup Feliks, który był tzw. tradytorem. Chodziło o to, że w okresie prześladowania chrześcijan za cesarza Dioklecjana, rzymscy bezpieczniacy szczególnie zażarcie polowali na egzemplarze Pisma Świętego. Niektórzy duchowni załamywali się, wydawali święte księgi prześladowcom i z tego powodu zwani byli tradytorami. Taki tradytorem był właśnie Feliks, wobec czego biskupi niezłomni mianowali na biskupa Kartaginy niejakiego Majoryna, którego później zastąpił Donat i z tego powodu rozgorzał w Kościele konflikt między "donatystami" i "antydonatystami" Donatyści twierdzili m.in., że sakramenty dokonywane przez grzeszników, m.in. właśnie tradytorów, są nieważne, tzn. - nieskuteczne, podczas gdy antydonatyści, których wybitnym przedstawicielem był św. Augustyn, twierdzili, iż kondycja moralna duchownego nie ma żadnego znaczenia dla ważności sprawowanych przez niego sakramentów, chociaż oczywiście dobrze byłoby, gdyby specjalnie w grzechach się nie nurzał. Ostatecznie zwyciężyło w Kościele stanowisko antydonatystów.
Z punktu widzenia teologicznego zatem nic nie stało na przeszkodzie, by JE abp Stanisław Wielgus został metropolitą warszawskim. Wydaje się zatem, iż o decyzji Benedykta XVI przesądziła okoliczność, iż w rozmowie z nim kandydat na to stanowisko prawdopodobnie nie był do końca szczery, a to całkiem inna historia. Pokazuje ona, jakim ciężkim błędem było zaniechanie lustracji w przekonaniu, iż generał Kiszczak dotrzymał słowa i zniszczył dokumentację kompromitującą duchowieństwo. Zaufanie okazane generałowi Kiszczakowi dowodziło daleko posuniętej lekkomyślności, podobnie jak udawanie do samego końca, że nic się nie stało. Tymczasem gdyby Kościół, korzystając z okazji stworzonej uchwałą lustracyjną Sejmu z 28 maja 1992 roku przeprowadził wewnętrzną lustrację, z pewnością uniknęlibyśmy obecnej kompromitacji i narażenia papieża na ośmieszenie. Gdyby, dajmy na to, każdy duchowny złożył pod przysięgą stosowne oświadczenie, zdeponowane u właściwego biskupa, zaś biskupi - u Prymasa, nie musiałyby spotykać go żadne nieprzyjemności, chyba że zostałby przyłapany na kłamstwie. Warto przypomnieć, że podjęta z inicjatywy posła Janusza Korwin-Mikke uchwała Sejmu nie przewidywała żadnych represji wobec ujawnionych konfidentów. Chodziło tylko o ujawnienie, żeby uniknąć ryzyka szantażowania polskich polityków groźbą przypomnienia kompromitującej przeszłości. Impulsem do tej uchwały była bowiem wiadomość, że negocjujący traktat polsko niemiecki min. Krzysztof Skubiszewski był właśnie szantażowany przez stronę niemiecką i na skutek tego traktat jest niesymetryczny na niekorzyść Polski. Ta informacja nigdy przez nikogo nie została zdementowana i stąd pomysł ujawnienia konfidentów SB, by zapobiec kolejnym szantażom.
Tak jednak się nie stało i w rezultacie
razwiedka uzyskała możliwość wywierania presji na różne osoby i środowiska, na podstawie zachowanych informacji. Środowiska wrogie lustracji działają zatem w interesie
razwiedki i zagranicy, która te informacje ma. Warto uprzytomnić sobie, iż brak jakichś dokumentów w archiwach IPN może oznaczać, iż są one w posiadaniu dawnych oficerów prowadzących, którzy nadal "prowadzą". Z tego powodu ujawnienie dokumentów wskazujących na współpracę JE abpa Wielgusa z SB mogło zostać przez wielu uczciwych ludzi potraktowane jako próba opanowania przez
razwiedkę Kościoła od środka. Trzeba przyznać, iż takie podejrzenia znajdowały uzasadnienie choćby w niezrozumiale surowym potraktowaniu ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego przez krakowską kurię, a i Ekscelencja sam przyczynił się do ich pogłębienia, podlizując się "Gazecie Wyborczej" i przyznając do kolejnych zarzutów dopiero w miarę ich dokumentowania.
Z drugiej strony obrońcy abp. Wielgusa mieli też powód do posądzania jego oskarżycieli o niekoniecznie szlachetne zamiary, bo tajemnicą Poliszynela jest podział polskiego Kościoła na co najmniej dwie partie: konserwatywną i postępową, podejrzewaną o powiązania z masonerią. Abp Stanisław Wielgus, jako wybitny przedstawiciel skrzydła konserwatywnego, na stanowisku metropolity warszawskiego wywierałby znaczny wpływ na kształt katolicyzmu zarówno w Polsce, jak i w Europie, z uwagi na znaczne nasycenie tamtejszych kościołów księżmi z Polski. Ta okoliczność dobrze tłumaczy poparcie, jakie jego kandydaturze okazał Benedykt XVI, będący autorem słynnej Deklaracji "Dominus Iesus", która tak nieprzyjemnie zaskoczyła postępowców. W tej sytuacji nietrudno było uwierzyć w spisek przeciwko arcybiskupowi Wielgusowi, zwłaszcza kiedy ostentacyjną troskę o moralny pion Kościoła zaczęły okazywać również media nie bez powodu podejrzewane o powiązania z komunistyczną
razwiedką. Wprawdzie media powinny być traktowane jako rodzaj zwierciadła, w którym - jeśli czasami nasza twarz wydaje nam się brzydka - to znak, że coś złego dzieje się z nami, ale problem w tym, że znaczna część mediów w Polsce - to zwierciadła krzywe, świadome narzędzia czarnego albo białego PR. W dodatku, przy ogniu namiętności, jaki rozgorzał wokół tej sprawy, wiele osobistości i środowisk próbuje upiec swoje "półgęski polityczne"; np. "Gazeta Wyborcza" usiłuje dyskontować chwilową, mam nadzieję, niechęć do lustracji w kręgach kościelnych, co oczywiście tylko pogłębia wrażenie spisku.
Interwencja Benedykta XVI może okazać się zbawienna, jeśli przyczyni się do wygaszenia w samym Kościele i wokół niego atmosfery partyjnictwa, w której każda ze stron konfliktu będzie starała się udowodnić swoje racje nawet przy pomocy groteskowego licytowania się o różnicę łajdactwa, co już niestety się pojawiło. Daje ona szansę Episkopatowi nie tylko na kurację przeczyszczającą, ale też na likwidację rozdęcia imperialnego i bizantynizmu, jaki ostatnio nam się objawił.
Stanisław MichalkiewiczPublicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME