Publicystyka Antysocjalistycznego Mazowsza

Wielu poszkodowanych w PRL-u czeka na finansowe zadośćuczynienie za doznane krzywdy
Mieli zabić Chruszczowa i Gomułkę - Tadeusz M. Płużański
Wysłane środa, 3, stycznia 2007 przez Krzysztof Pawlak

Od kilkunastu lat Sławomir Równicki bezskutecznie walczy o odszkodowanie za znęcanie się nad jego rodziną w czasach PRL-u. W 1959 roku SB aresztowała matkę Równickiego, oskarżając ją o próbę zamachu na I sekretarza KC KPZR Nikitę Chruszczowa. Miała podłożyć bombę na trasie przejazdu bratniej delegacji przez Zagórze - dzielnicę Sosnowca. Prawdziwy bombiarz wpadł dwa lata później, gdy w podobny sposób chciał zabić Władysława Gomułkę.

15 lipca 1959. 15-lecie władzy ludowej. "Trybuna Robotnicza" podała trasę przejazdu Chruszczowa, chyba po to, aby ludność mogła spontanicznie przywitać Wielkiego Brata. Gorączkowe przygotowania trwały od dłuższego czasu, w końcu to wizyta najwierniejszego przyjaciela Polski. Sowiecka delegacja, której towarzyszył I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka, miała przejechać m.in. ulicą Armii Czerwonej - główną arterią Zagórza. Kwietną dekorację na budynkach przygotowywał dziadek Równickiego - Stanisław Rokicki, stolarz z kopalni "Mortimer" (potem "Czerwone Zagłębie"). W kwiaty udekorowany był również posterunek MO. 15 lipca wszystko było zapięte na ostatni guzik. Nikt nie wiedział, że w nocy, tuż obok posterunku - wydawałoby się w miejscu najbardziej bezpiecznym - umieszczono bombę.

Pies Marks

Wybuch nastąpił krótko po godz. 15. Delegacja z Chruszczowem przejechała jednak obok posterunku dwie godziny później, kiedy teren był już zabezpieczony.
W aktach śledztwa czytamy: "W godzinach zbliżonych do planowanego przejazdu przy ul. Armii Czerwonej nastąpiła eksplozja zawieszonej na jednym z drzew bomby zegarowej. Ta zbieżność wskazuje w sposób nie budzący wątpliwości, że celem sprawców było dokonanie gwałtownego zamachu na członków ww. Delegacji. W wyniku eksplozji częściowemu zniszczeniu uległo drzewo, wyleciały szyby z kilku okien, a jedna osoba została lekko ranna odłamkiem".
Czy bombiarz nie wiedział, że pierwsi sekretarze pojawią się później, gdyż zabawili gdzieś w powiecie będzińskim, czy specjalnie przyspieszył wykonanie planu? Czy była to prawdziwa próba zamachu, czy tylko pozorowana akcja? Do dziś nie udało się tego ustalić.
W miejscu detonacji zebrała się grupka ludzi.
- Moja mama szła akurat chodnikiem, mieszkała zresztą 100 metrów dalej. Milicja puściła psa, nazywał się Marks - Sławomir Równicki relacjonuje wydarzenia, jakby działy się wczoraj i jakby sam brał w nich udział. Choć urodził się kilka lat później, ten dzień zaważył na życiu matki i jego. - Mama przestraszyła się wilczura i zaczęła uciekać w kierunku domu. Marks chwycił trop. Nie pobiegł dalej, tylko zatrzymał się na pierwszym piętrze, przed mieszkaniem mamy. A gdyby pobiegła w kierunku komórek?
Prawdziwy bombiarz był bezpieczny, obserwował wszystko z ukrycia.

Dowody jak drut

Matka Równickiego, wówczas nosząca panieńskie nazwisko Rokicka, była krawcową. Ponieważ nie mogła znaleźć pracy w wyuczonym zawodzie, zatrudniła się w administracji jednej ze śląskich kopalń. Halina Rokicka zjeżdżającym na dół górnikom przydzielała identyfikatory. Tak było do dnia wybuchu.
- Ulica Armii Czerwonej została otoczona. Dawno nie było tu tylu esbeków, kilkunastu weszło do mieszkania mamy - mówi dalej Równicki. - Zrobili rewizję, wszystko przewrócili do góry nogami - niszczyli meble, zrywali podłogę. W końcu znaleźli narzędzie niedoszłego mordu. Był to... (Równicki bierze głębszy oddech) drut, służący do rozwieszania prania. Esbecy uznali, że użyto go do zainstalowania bomby. Najpierw zabrali dziadka (tego, który przygotował dekorację na trasie przejazdu delegacji) i wujka - Zbyszka Szymczyka, a drugiego dnia mamę. Był 16 lipca 1959.
Już sama przeszłość rodziny Szymczyka świadczyła przeciwko aresztowanym. We wrześniu 1939 roku jego ojciec wydostał się na Zachód przez Rumunię (żona została w kraju i zginęła w Oświęcimiu). Po 1945 roku do Polski nie wrócił, bo jako żołnierz Polskich Siłach Zbrojnych wiedział, co go tu czeka. W 1952 roku ludowej władzy podpadł Zbigniew Szymczyk - za udział w nielegalnej organizacji młodzieżowej wojskowy sąd w Olsztynie skazał go na 12 lat więzienia. Wyszedł na mocy amnestii.
- Rodzina miała jednoznaczne poglądy, ale w żadnym zamachu nie brali udziału - podkreśla Równicki. - Mamę wzięli najpierw do aresztu w Będzinie, a potem do Katowic. Zaczęły się ciężkie przesłuchania. Polewali ją wodą, znęcali się psychicznie. Zarzut - próba obalenia siłą ustroju, za co groziła kara śmierci. Jedynym dowodem był drut do prania. Mama urządziła w więzieniu głodówkę.

22 tomy akt

Całą trójkę wypuszczono po trzech tygodniach. Do niczego się nie przyznali.
Sławomir Równicki: - Za mamą wstawił się adwokat Buczek. Do dziś jestem mu wdzięczny, bo bardzo się narażał, bronił przecież wroga ludu.
Mimo wyjścia na wolność praktycznie nadal pozostawali w areszcie - tym razem domowym. Cały czas byli śledzeni, musieli zgłaszać się na milicję. Śledztwo umorzono dopiero w czerwcu 1960 roku.
Akta dotyczące zamachu Równicki dostał w 1996 roku, dzięki zaprzyjaźnionemu senatorowi AW"S". 22 tomy - po kilkadziesiąt stron każdy. Dwa tomy dotyczące jego matki były rozproszone.
- Co jest w aktach? Przez dwie godziny esbecy pytali np. o drut. Są zeznania kilkunastu osób, w tym sąsiadów. Wszyscy mówili, że nie znają mamy, chociaż utrzymywali bliskie kontakty. Akta pochodziły z Sądu Wojewódzkiego w Katowicach. Tylko w jaki sposób się tam znalazły? Przecież śledztwo zostało umorzone. Może liczono na to, że któryś z aresztowanych, np. mama, w ciężkim śledztwie przyzna się do autorstwa zamachu.
Prawdziwy bombiarz - Stanisław Jaros był wcześniej karany za kradzież materiałów wybuchowych. Mimo to bezpieka nie zainteresowała się nim.

Na liście Wildsteina

Grudzień 1961. Drugi zamach, również w Zagórzu. Tym razem ofiarą miał być Władysław Gomułka. Towarzyszył mu I sekretarz KW PZPR w Katowicach Edward Gierek. Jemu szczególnie zależało na odpowiedniej oprawie wizyty - pochodził z tych stron. Mimo ostrzeżeń o grożącym niebezpieczeństwie, zdecydował się na przejazd ulicami Zagórza.
Wybuch był na tyle silny, że z okien okolicznych domów znów wyleciały szyby. Jednak i tym razem przywódców partii nie udało się dosięgnąć - w momencie eksplozji kolumna z Gomułką była już kilkadziesiąt metrów dalej. Ciężko ranny został mieszkaniec Zagórza - jeden z tłumu gapiów. Okolica ponownie zaroiła się od funkcjonariuszy SB. Sprowadzono nawet specjalistę z Moskwy.
Równicki: - Nikt z rodziny nie został wówczas aresztowany. Nie było takiej potrzeby, cały czas byli obserwowani.
W porównaniu z zamachem sprzed dwóch lat była jedna różnica. Za kraty trafił Stanisław Jaros. Władza zdawała sobie sprawę, że tym razem musi znaleźć sprawcę. Po procesie Jaros został skazany na karę śmierci i 5 stycznia 1963 roku powieszony. Do dziś trwają spekulacje, kim naprawdę był - radykalnym antykomunistą, młodym, porywczym piromanem (rocznik 1932), agentem bezpieki? Na liście Wildsteina Stanisław Jaros figuruje jako pracownik SB. Ale czy to na pewno ta sama osoba?
Trzeba pamiętać, że oba zamachy miały miejsce po 1956 roku, kiedy wpływy aparatu bezpieczeństwa w państwie zostały ograniczone. Może bezpieka chciała pokazać partii, że nadal jest silna i nie da się tak łatwo zmarginalizować? A może Jaros w ogóle nie miał z tym nic wspólnego (wpadł na skutek donosu, przesłuchania trwały po kilkanaście godzin dziennie). Niewykluczone, że chciał po prostu odegrać się na milicji za to, że wcześniej wykryła u niego skradzione materiały wybuchowe. Podobno teczka Jarosa została zniszczona w 1989 roku, a może jeszcze się odnajdzie?

Najmłodszy strajkujący

Dla Stanisława Równickiego to, kim był Jaros, nie ma większego znaczenia. W więzieniu jego matka straciła zdrowie. O swoich przeżyciach na UB opowiadała tylko w gronie najbliższych. Zmarła w lipcu 1995 roku.
- Wyjaśnienie sprawy jest moim obowiązkiem - mówi Równicki.
W Sierpniu 1980 pracował w Zakładzie Silników Elektrycznych Małej Mocy Sigma. Specjalizacja - ślusarz narzędziowy. Miał 17 lat, był najmłodszym strajkującym. Jego młodzieżowa organizacja podlegała hucie "Katowice". Na mieście rozwieszał ulotki z napisem: "Solidarność Gdańsk", kolportował "Wolnego Związkowca". Do stanu wojennego działał w NSZZ "Solidarność". Potem, ze względu na sprawę mamy i swoją działalność był szykanowany w pracy.
- Wyrzucili mnie w 1989 roku, już za rządów Tadeusza Mazowieckiego, ale zwolnienie było przygotowane wcześniej.
Sławomir Równicki zamieszkał w domu pomocy społecznej w Sosnowcu, utrzymuje się z renty. Gdy miał dziewięć lat, zmarł jego ojciec - mąż Haliny Rokickiej. Od kilkunastu lat bezskutecznie walczy o odszkodowanie za znęcanie się nad matką. Równicki liczy również na ukaranie winnych. Śledczy jego matki mogą jeszcze żyć.

Tadeusz M. Płużański

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska".

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Wyszukiwarka ASME


Pole wyszukania:


Wiadomości z kraju

Publicystyka

Mazowsze

TV-felietony

Zagranica

Notki wydawnicze / Recenzje

Ciekawostki o lewicy

PZPR ->SLD/SDPl


UP


Samoobrona


AW"S" -> PO - PiS

Wiadomości z UPR

ARCHIWUM

Stare ARCHIWUM


Najlepszy kandydat Niemiec na "prezia" - Donald Tusk

Witryna Kary Śmierci

 

 


Polecane serwisy

 

strona główna | kontakt | © Krzysztof Pawlak 1998 - 2008