Publicystyka Antysocjalistycznego Mazowsza

Uratowany z przedsionka śmierci - Tadeusz M. Płużański Wysłane poniedziałek, 6, listopada 2006 przez Krzysztof Pawlak

W nie wydanych wspomnieniach zmarły kilka lat temu Mieczysław Welzandt zapisał: "Bóg uchronił mnie od losu oficerów w dołach śmierci i otworzył drogę ku życiu - między innymi po to, abym dawał świadectwo prawdzie". 67 lat temu, w październiku 1939 r., jako jeden z nielicznych jeńców obozu w Starobielsku, cudem uniknął losu 9 tys. polskich oficerów, skrytobójczo zamordowanych przez Sowietów w Charkowie-Piatichatkach.

W wolną Polskę Welzandt wszedł jako dziecko. Po latach wspominał: "Przełom Odrodzenia Ojczyzny zakodował we mnie mój ojciec w grudniu 1918 roku, unosząc syna trzylatka wysoko ponad głowami tłumów witających w Poznaniu, przed hotelem Bazar, Ignacego Paderewskiego, powtarzając coraz: »Mieczyk, widzisz i witasz Paderewskiego! Powstaje Polska!«. Nazajutrz, 27 grudnia, mieliśmy jedyne udane w Polsce Powstanie Wielkopolskie".
Kilka miesięcy później, ojciec-powstaniec tuląc go, powiedział: "To jest mannlicher, nasza broń. Oby w życiu nie był ci potrzebny". Po 20 latach niepodległości okazało się jednak, że broń jest potrzebna.

Piszy: plutonowy!

We wrześniu 1939, jako dowódca drugiego plutonu w piątej baterii 65. Pułku Artylerii Lekkiej, walczył z hitlerowską nawałą w okolicach Przemyśla. Z ciężkim sercem przyjął od kapitana Witolda Herdegena (kozielska lista NKWD, poz. 48, nr 035/4) rozkaz, żeby nie walczyć z Sowietami i zniszczyć sprzęt. Mieczysław Welzandt wspominał drogę ku granicy węgierskiej "22 albo 23 września dotarliśmy do Lubaczowa. Wśród innych wozów, przesuwaliśmy się ostrożnie, stępa, przez tłum zgromadzony na rynku. Dekorowali trybunę na powitanie armii czerwonej. Pamiętam ogromny transparent: »Da zdrastwujet Samostijna Ukraina«". Kilka miesięcy później omal nie został tam na zawsze.
Aresztowany przez Sowietów, trafił do niewoli. Przed strzałem w tył głowy w więzieniu przy ul. Czernyszewskiego w Charkowie i zakopaniu w bezimiennych dołach śmierci na terenie ośrodka wypoczynkowego NKWD koło osiedla Piatichatki (dzielnica Charkowa) uratował go stopień podchorążego.
Jednak jeszcze na początku października 1939 r., kiedy stawał do przymusowego spisu, nie zdawał sobie sprawy - podobnie, jak pozostali polscy jeńcy - ze śmiertelnego zagrożenia. Miał nawet żal, że nie dotarła do niego nominacja na podporucznika, a krasnoarmiejcowi, który nie rozumiał słowa podchorąży, starał się wytłumaczyć, że jest oficerem. Sytuację wyjaśniła dopiero interwencja stojącego za nim starszego rangą żołnierza: "piszy: plutonowy!". Welzandt nie wiedział wówczas, że słowa te oznaczały życie. Myślał, że został w ten sposób wykluczony ze zbiorowości oficerskiej, do której tak bardzo chciał należeć. Wkrótce wszystko zrozumiał. Podczas drugiego spisu jeńców, po wizytacji obozu przez ówczesnego pierwszego sekretarza KC KP Ukrainy Nikity Chruszczowa w połowie października 1939, wiedział już, co ma mówić.

Odwet za
bitwę warszawską


Welzandt zanotował: "Przyjechaliśmy na niepozorną stację Starobielsk i najkrótsza droga powrotu prowadziła przez Charków. Bieg pociągu od tego miasta był najlepszym sprawdzianem kierunku. Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy nasz eszelon ruszył stamtąd na zachód. Z taką samą nadzieją musieli wyjeżdżać, zapakowani do więźniarek skazańcy, nieświadomi zbliżającego się gwałtownego kresu życia - lecz ich tam wysadzono, przewieziono do miejsca kaźni w więzieniu i zwalono do dołów w Piatichatkach. (...) Przed śmiercią musieli przeżyć i przeżyli bardzo ciężką, potwornie mroźną zimę 1939/1940. Wiosny już nie przeżyli. Była ostatnią w ich życiu".
Dla Welzandta droga przez Charków wiodła za Bug, do niemieckiej strefy okupacyjnej, gdzie został odesłany na podstawie porozumienia o wymianie jeńców wojennych i Uchwały Rady Komisarzy Ludowych nr 1691 z 14 października 1939. "Z przedsionka śmierci w Sowietach, po czyśćcu w Starobielsku (...) wróciłem wzbogacony o poczucie więzi, przyjaźni i braterstwa z tymi, z którymi przeżywałem i dzieliłem przez kilka tygodni cierpienia, tęsknoty i nadzieje, w upodleniu na nieludzkiej ziemi, w otoczce zniewalającej nienawiści. To ONI - wyrozumiali dla moich romantyczno-mesjanistycznych argumentów - otworzyli mi oczy na odwieczną postawę Rosji wobec Polski, polegającą na skłócaniu Polaków, na deprawowaniu ich i niedopuszczaniu do ładu i zgody wewnętrznej, ponieważ, uporządkowani społecznie, stają się niebezpieczni. To był kanon nienawiści przejęty przez bolszewików i teraz biorą odwet za połamanie zębów w bitwie warszawskiej. (…) Zbrodnia, zadysponowana na najwyższym szczeblu, musiała być doskonała".
Winni - władze ZSRR i podrzędni wykonawcy, nigdy nie zostali i nie będą osądzeni. Ostatni ze zbrodniarzy - Łazar Kaganowicz - zmarł w 1991 r. Mimo tego, prawdy nie udało się pogrzebać.

Wstrząs, który zaćmił wszystko

Podobnie, jak jego rówieśnicy, dla których drogowskazem były wartości: Bóg - Honor - Ojczyzna, i wynikające z nich zobowiązanie nauki i pracy dla Polski, edukację zdobywał dzięki rodzinie, szkole (Gimnazjum Matematyczno-Przyrodnicze im. Bergera przy ul. Szerokiej w Poznaniu), drużynie harcerskiej "Czarnej Trzynastce" i księdzu Kozłowskiemu. Welzandt zapamiętał katechetę: "prowadził nas życzliwie", ale "wbijał zasady dobrego zachowania do zakutych łepetyn najkrótszą i dobrze odczuwalną drogą przez gołe pośladki".
Śmierć Marszałka 12 maja 1935 r. "to był ogromny wstrząs, który zaćmił wszystko. (...) Opuściliśmy gimnazjum w czasie powszechnej narodowej żałoby, po wzruszającym przemówienia dyrektora Mieczysława Koniecznego i po wysłuchaniu marsza żałobnego Chopina, w wykonaniu Ryszarda Rella z takim ładunkiem emocji i patosu, że wydawało się - co wrażliwszym - iż duch kompozytora unosi się nad nami w auli i roni łzy, tak jak my!".
Z kolegami z klasy spotkał się w Szkole Podchorążych Rezerwy Artylerii im. Marcina Kątowskiego we Włodzimierzu Wołyńskim (rocznik 1935-36). Zapamiętał, jak wykładowca, kapitan Eugeniusz Sławikowski (kozielska lista NKWD, poz. 43, nr 035/4) na narzekania rekrutów odpowiadał: "Nie brzydźcie się, bo to jest święta ziemia wołyńska, którą bronimy od wieków. Wystarczy wziąć ją w garść i mocno ścisnąć, a wypłynie krew polska, za nią przelewana"). Większość oficerów z Włodzimierza Wołyńskiego podzieliła los kpt. Sławikowskiego - zginęła w Katyniu.

"Mieczyk - wróć"

Mieczysławowi Welzandtowi marzyła się kariera naukowa. Miał zostać asystentem w katedrze geografii gospodarczej na Uniwersytecie w Poznaniu, ale nie zdążył. Zbliżała się wojna. "Chcieliśmy być, jak nasi przywódcy, w nimbie twórców niepodległości i w glorii zwycięskiego polskiego munduru. Tacy sami, jak Oni w powstaniach i w 1920 roku. Lecz klimat nie był taki sam. Przez żar patriotyzmu przebijał chłodny powiew przeczucia samospalenia, samozatracenia - już bardzo wyraźnie pięć lat później, kiedy poszliśmy w bój, do Powstania na ulicach Warszawy. (...) Moje pokolenie wchodziło w okres największych przełomów w dziejach, zdeterminowane i gotowe do największej ofiary - lecz ze ściśniętym sercem".
Spotkanie studentów z przedstawicielem angielskiego sojusznika - Williamem Edmundem Ironside w auli Collegium Medicum na ul. Freta nie pozostawiało większych złudzeń: "Z wyważonych i cedzonych z typową angielską flegmą zdań, przebijała nuta ostrożnej, chamberlainowskiej dyplomacji i uniki przed konkretami, przed wyrażeniem gotowości do zbrojnej konfrontacji z Hitlerem. (...) Z tego spotkania wyszliśmy przygnębieni i pełni niedobrych przeczuć. W takim nastroju żegnałem się z ojcem i z bratem, nad świeżą mogiłą mamy. Na ojca proszące: »Mieczyk, wróć« - odpowiedziałem buńczucznie: »Jesteśmy artylerzystami i tato i ja! Jeżeli Ojciec powrócił po latach spod Verdun, to i syn powróci zdrowy z tej cholernej wojny«". W Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej Mieczysław Welzandt miał pseudonim "Mieczyk".

Kłamstwa morderców

W kwietniu 1943 r., kiedy Niemcy obwieścili światu o odkryciu masowych grobów polskich oficerów w lasach koło miejscowości Katyń, a Moskwa wszystkiemu zaprzeczyła, zrzucając winę na "niemiecko-faszystowskich szubrawców", Welzandt służył w oddziale ochronnym komórki wywiadu Armii Krajowej "Lombard". Żołnierze, którzy składali przed nim konspiracyjną przysięgę w kościele na warszawskim Targówku, spytali go: »Panie poruczniku, co pan myśli o tym s...syństwie katyńskim?«". On potwierdził: "Byłem w Starobielsku i nie mam żadnych wątpliwości". A oni na to: »Ma pan rację. Mordowały s...syny razem, a teraz jeden drugiego sypie. Przyjdzie na nich kara boska. Obyśmy tylko dożyli!«".
W Powstaniu Warszawskim wziął udział jako ochotnik, ale za zgodą prezesa "Lombardu" Edwarda Jettera. Kiedy front wschodni podchodził do Radzymina i Otwocka, słyszał huk armat: "Wsłuchiwaliśmy się w te odgłosy z ciężkim sercem i mieszanymi uczuciami. Narzucała się analogia do bitwy warszawskiej z 1920 roku. Wtedy zwyciężyła w obronie wolności zdeterminowana i zwarta Polska Niepodległa. Teraz było inaczej".
Po kapitulacji, w kolejce przed bramą do obozu w Pruszkowie zobaczył leżącą na noszach Marię Rodziewiczównę. Z obozu został zwolniony dzięki Januszowi Regulskiemu z Rady Głównej Opiekuńczej, z którym dzielił potem koszmar na UB.
Mroczne lata stalinowskie wspominał niechętnie: "W moich więziennych czterech latach (1952-56) troską bliskich była obawa przed wyjściem na jaw pobytu w Starobielsku. Stałbym się niebezpiecznym nośnikiem prawdy o tym mało wówczas znanym obozie i nie ujawnionym losie jeńców".

Stanowcze "NIE"

Szef "Lombardu" Edward Jetter, który nie ujawnił się i działał w lidze do walki z alkoholizmem, doradzał mu wcześniej wyjazd na Zachód, tłumacząc: "w tym systemie, środowisko AK-owskie długo nie otrząśnie się z poczucia zagrożenia i niepewności jutra". Welzandt rady nie posłuchał: "Było rzeczą jasną, że polska inteligencja nie może wyemigrować..."
Człowiek, który doświadczył obu totalitaryzmów, napisał o procesie w Norymberdze: "Szczytny i nadrzędny (zdawałoby się) cel został zrealizowany tylko w odniesieniu do zbrodniczego totalitaryzmu hitlerowskiego. Nie tknięto sojuszniczego z nim w pierwszych latach wojny totalitaryzmu stalinowskiego, ponieważ nie było aktu oskarżenia. Dla opinii światowej oznaczało to bezkarność".
Katyń został jednak odkłamany, co - jak podkreślał Mieczysław Welzandt - było możliwe dzięki "stanowczemu »NIE« »Solidarności« przeciw panowaniu homo sowieticus w Polsce".

Tadeusz M. Płużański

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Wyszukiwarka ASME


Pole wyszukania:


Wiadomości z kraju

Publicystyka

Mazowsze

TV-felietony

Zagranica

Notki wydawnicze / Recenzje

Ciekawostki o lewicy

PZPR ->SLD/SDPl


UP


Samoobrona


AW"S" -> PO - PiS

Wiadomości z UPR

ARCHIWUM

Stare ARCHIWUM


Najlepszy kandydat Niemiec na "prezia" - Donald Tusk

Witryna Kary Śmierci

 

 


Polecane serwisy

 

strona główna | kontakt | © Krzysztof Pawlak 1998 - 2008