| Platforma Opozycyjna - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 3, kwietnia 2006 przez Krzysztof Pawlak |
Patrząc literalnie na rzeczywistość polityczną, można wyciągnąć wniosek, że kolejne parlamenty i partie ścigają się na absurdy. Oto jeszcze niedawno w imieniu SLD władzę sprawował premier Belka z ministrem Hauserem, którzy zdeklarowali swoje poparcie, a nawet członkostwo w pozaparlamentarnej, opozycyjnej partii. Część opozycji parlamentarnej wprost dworowała sobie z tej sytuacji, ale bardziej pamiętliwi wiedzą, że tymi, którzy w 2004 r. sprzeciwiali się przedterminowym wyborom, byli m.in. politycy Prawa i Sprawiedliwości. Tymczasem w kilka miesięcy po zwycięstwie wyborczym PiS-u, politycy tej partii żądają kolejnych wyborów, czemu sprzeciwia się z kolei PO, nieustannie krytykująca rząd i ustami swego prezesa wzywająca nawet do obywatelskiego nieposłuszeństwa.
Surrealizm sytuacji potęguje się jeszcze, gdy przypomnieć, że jednym z dotychczasowych największych "sukcesów" PiS-u jest "becikowe", będące w istocie pomysłem poczętym w kręgach LPR i naprędce zaadoptowanym przez rządzące ugrupowanie, a kolejnym pomysłem do realizacji jest podatkowy pomysł PiS-u z okresu kampanii wyborczej - przedłożony sejmowi przez PO, która jak wiadomo, opowiadała się z podatkiem liniowym. Jako więc widać, PO uważa, że rząd jest zły, ale popiera jego dalsze trwanie, PiS uważa, że rząd radzi sobie znakomicie, ale chce przerwania jego misji, LPR popiera Pakt Stabilizacyjny, nie popiera rządu, ale nie chce wyborów, a PSL nie popiera nikogo, chociaż nie wyklucza udziału w koalicji rządowej. Biorąc pod uwagę, że SLD jest opozycyjna wobec wszystkich pomysłów i sejmu, zgadzając się z PiS-em w jednej kwestii, dotyczącej właśnie rozwiązania parlamentu, to widać więc, że w parlamencie ukształtowało się coś w rodzaju celowej platformy programowej, której przewodnią ideą jest argumentacja z pozycji opozycyjnej, co nie powinno specjalnie dziwić, gdyż większość obecnych posłów ma opozycyjny rodowód i z tym związane doświadczenia i umiejętności. Mamy więc Platformę Opozycyjną, co niezbyt dobrze wróży dobremu rządzeniu i stanowieniu prawa, jak też ewentualnej możliwości przerwania parlamentarnego pata.
Mówimy, czyli myślimy
Oczywiście dla PO szybkie wybory nie są korzystne z tego względu, że nie dają żadnej gwarancji odwrócenia wyników ubiegłorocznych wyborów, a ponadto, jak się wydaje, niektórzy przywódcy tej partii dążą do zmiany przywódcy lub charakteru samego przywództwa, pewnie słusznie postrzegając Tuska jako osobę, która ma małe szanse na zjednanie sobie większej niż dotychczas liczby wyborców. Szermowanie przez PO argumentem zaoszczędzenia 200 mln złotych w wyniku połączenia wyborów parlamentarnych i samorządowych świadczy jedynie o chęci ukrycia prawdziwych motywów odwlekania "święta demokracji". To ile dziennie kosztuje nas złe rządzenie i złe prawo - jakoś w takich momentach umyka znawcom rynku i fachowcom z PO, nie zauważa tego również posłanka Gronkiewicz-Waltz, jakby nie było - przez kilka lat nasza "centralna kasjerka", a później towar eksportowy na "rynkach finansowych".
"Tutaj nie ma żadnego drugiego dna. To, co mówimy, to myślimy" - oznajmił w programie "Co z tą Polską" Michał Kamiński, czołowy strateg i propagandzista PiS-u, czym zapewne niechcący scharakteryzował sposób wnioskowania cechujący jego partyjnych kolegów. Pamiętam, jak na początku lat 90. będąc świadkiem dysputy zacnych profesorów, ze swadą spierających się czy w gospodarce rynkowej rząd powinien kontrolować wszystkie ceny, czy tylko niektóre, w pewnym momencie nieśmiało napomknąłem, że gospodarka rynkowa nie zna instytucji cen urzędowych, po czym bardzo szybko pożałowałem swojej nieroztropności. Reakcją była chwila kłopotliwego milczenia, po czym od jednego z luminarzy nauki usłyszałem wyjątkowo trudny do obalenia argument podany w formie pytania: "Czy pan rzeczywiście wierzy w to, co pan mówi?". Oj, gdybym ja wtedy miał dzisiejsze doświadczenie, to może dzisiaj mógłbym nawet podpisać się pod słynnym listem profesorów w obronie Balcerowicza, ale że jest prawdą, jak mówili przodkowie: "czemuś biedny, boś głupi", więc za jakimś diabelskim podszeptem odparowałem mistrzowi, że "ja nie wierzę w to, co mówię, tylko mówię to, w co wierzę". Sam nie wiem, skąd wtedy u mnie wziął się ten przypływ przemyślności, fakt faktem, przypomniała mi się ta historyjka, gdy Michał Kamiński wygłaszał credo polityków PiS-u, którzy "to co mówią, to myślą"... "Cogito ergo sum" - miał stwierdzić Kartezjusz, w wersji prawicowej poprawności politycznej myśl ta sprowadza się do stwierdzenia "mówię, więc myślę".
Liczmani
"Optymalny kurs euro wynosiłby obecnie 4,2 zł!" - zawyrokował kilka dni temu premier Marcinkiewicz, co niestety nie spowodowało natychmiastowej dewaluacji rodzimej waluty. Brak reakcji kursu złotego na opinię najlepszego premiera jest widomym dowodem niewłaściwych powiązań politycznych kursu walutowego, a potwierdza to opinia Marka Kotlinowskiego, który w jednym z dwóch słynnych już wywiadów dla "GW", stwierdził, że nie popiera projektu specjalnej komisji bankowej, gdyż jak to określił "...nie chcę komisji śledczej, bo nie chcę np., aby euro kosztowało 6 zł. A komisja do tego doprowadzi". Trudno rozstrzygnąć, na czym wicemarszałek sejmu właściwie opiera powyższe przekonanie, chyba nie na fakcie wzrostu cen ropy akurat w momencie kulminacji prac komisji ds. Orlenu oraz spadkiem cen po zakończeniu prac tejże komisji. Z drugiej strony facet, który wie, jaki jest optymalny rynkowy kurs waluty - na stanowisku premiera rządu tylko się marnuje, mając takiego człowieka, zbędnymi stają się giełdy towarowe, pieniężne, kapitałowe, toż to jest uosobienie efektu skomplikowanych równań równowagi ogólnej, nad którymi bezowocnie swoje umysły zaprzątali np. Walras czy Marshall.
W sumie to mamy już co najmniej dwóch takich liczmanów, pierwszym był oczywiście Balcerowicz, który na początku 1990 r. ustalił kurs dolara na poziomie 9500 zł i trzymał się tej wersji aż do maja 1991 r., dopóki nie wpadł na genialny pomysł dewaluacji kroczącej. Dokładnie pamiętam, jak to niektórzy w tamtych czasach główkowali, na jakim tym razem poziomie Balcerowicz ustali "kurs równowagi". Niektórzy nawet podejrzewali, że są nawet tacy, którzy wiedzą to przed Balcerowiczem, ale ludzi zawistnych nigdy nie brakowało na tym świecie. Co ciekawe, fakt ten z jednej strony świadczył, jakim to "liberałem" był obecny prezes NBP, a z drugiej - chociaż stanowi nadal wystarczający powód zdyskredytowania "bankiera roku", to bardzo rzadko, a jeśli już, to raczej mimochodem jest podnoszony przez większość krytyków człowieka, który "musi odejść". Zamiast tego prasa cytuje ckliwe historyjki, jak to Jan Nowak Jeziorański wspólnie ze Zbigniewem Brzezińskim wozili Balcerowicza po Ameryce, żebrząc o kilkaset milionów dolarów na wspomożenie Funduszu Stabilizacyjnego. Ale ten brak krytyki jest zrozumiały, wszak większość krytyków Balcerowicza, a przy okazji analfabetów ekonomicznych, nie może za bardzo zapędzać się w krytyce regulowanych kursów walutowych, gdyż sami taką właśnie politykę chcieliby realizować. Z tą tylko różnicą, że oni znają bardziej optymalny kurs. Z kolei zwolennicy Balcerowicza muszą utrzymywać mit prezesa-liberała i wolnorynkowca, budowniczego podstaw gospodarki rynkowej, w związku z czym nie mogą nagłaśniać praktyk, które monetaryści dezawuują już na pierwszej stronie każdego podręcznika dotyczącego polityki pieniężno-kredytowej. I tak to po raz kolejny w naszej historii sprawdza się wypróbowana pozycja frontowa, w której "złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma". Przydałby się dzisiaj taki Sienkiewicz, gdyż zapotrzebowanie na literaturę "ku pokrzepieniu serc" z pewnością mniejsze nie będzie.
Krzysztof Mazur
Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME
UWAGA:
System komentatorski tylko dla zarejestrowanych użytkowników!
Chcesz
się zarejestrować? Tutaj
Komentarze
pozostają własnością ich twórców - redakcja ASME nie bierze za nie odpowiedzialności.
powrót
do strony głównej ASME