| Dyktatorzy i filantropi - Krzysztof Mazur Wysłane poniedziałek, 27, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak |
Na początku lat 60., kiedy jeszcze tow. Wiesław trzymał się mocno, powstał film pt. "Gangsterzy i filantropi", ukazujący w dopuszczalnej przez cenzurę formule absurdy naszego PRL-owskiego soc-u. Absurdy te w rzeczywistości wyglądały znacznie poważniej niż na celuloidowej taśmie, gdyż zaledwie dwa lata po tym jak widzowie bawili się perypetiami pechowego laboranta Anastazego, wybuchła jedna z największych afer gospodarczych PRL-u, czyli tzw. afera mięsna. W ferowaniu wyroków, które zapadły w tej sprawie, swój walny udział miał sędzia Roman Kryże, ojciec obecnego wiceministra sprawiedliwości.
Niestety, pomimo iż od tamtego czasu wyrosły w Polsce już następne dwa pokolenia obywateli, nie opuszczają nas polityczne absurdy, nie brakuje też gangsterów, a i filantropi czasami przypominają o swoim istnieniu. Szczególnie jeden, bardzo mocno zaangażowany w budowanie społeczeństwa otwartego, próbujący po spektakularnej porażce w Rosji okrążyć Putina, odbierając mu po kolei wszystkie dawne lenna.
W związku z tym, że filantropa w jego politycznych zamierzeniach dzielnie wspiera - trudno powiedzieć czy świadomie, czy na zasadzie użytecznego idioty - polski rząd, mamy okazję obserwować bardzo ciekawe zachowania będące dla znawców geopolityki i politycznych analityków prawdziwym kalamburem.
Oto polski sejm przyjął w piątek, 24 marca uchwałę, której sedno zostało ujęte następująco: "Sejm RP, biorąc pod uwagę relacje obserwatorów OBWE oraz przekazy dziennikarzy o sposobie przeprowadzania marcowych wyborów prezydenckich w Republice Białoruś, uznaje je za sfałszowane". W związku z tym, że sejm powyższą uchwałę przyjął przez aklamację, można powiedzieć, że była to pierwsza od kilku miesięcy sprawa, która połączyła tak bardzo dotychczas podzielony polski parlament.
Biorąc pod uwagę dotychczasowe relacje, na których opierali się również posłowie, można stwierdzić, że zapewne miały miejsce - być może nawet liczne - przypadki utrudniania opozycyjnym kandydatom możliwości publicznego zaprezentowania swojego programu (pod warunkiem, że taki mieli). Zapewne kandydaci tacy nie byli pokazywani w telewizji czy drukowani w gazetach, a reżimowe media przedstawiały ich jako sługusów UE i Ameryki.
Polski parlament, oburzony "porażającą skalą" wyborczych nadużyć, wystosował do Łukaszenki apel o powtórzenie wyborów tak, by m.in. wszyscy kandydaci "na równych prawach" zostali zaproszeni do mediów. Tymczasem jak gdyby nigdy nic trwają przygotowania do zmiany ordynacji, z takiej która dopuszcza w parlamencie sześć ugrupowań, na taką, która sześć zredukowałaby do dwóch, bo okazuje się, że najlepszy ze wszystkich podziałów politycznych jest podział dwubiegunowy. Podczas ostatnich wyborów telewizja publiczna za godnych zaszczytu wystąpienia w darmowych programach arbitralnie uznała te komitety, które zostały docenione przez firmy produkujące badania sondażowe. Z kolei największe możliwości medialnego zaistnienia dostały te partie, którym umożliwiały to ich finanse, zaś stan tych finansów zasadniczej mierze zależał od wielkości dofinansowania tych partii z kieszeni podatników, także tych, których reprezentanci nie byli uwzględniania w badaniach sondażowych. Tak więc "My pobiedli - nasze dieło prawoje" - jest zgodne ze wszystkimi standardami poprawności, jeżeli zostały zachowane pozory demokratycznego państwa prawa, jeżeli natomiast te same praktyki - ale za pomocą mniej wysublimowanych metod - stosuje kołchoźnik Łukaszenka, to jest to "porażający brak" demokracji.
Swoja droga faktycznie durak ten Łukaszenka, wszak widzi na przykładzie Balcerowicza i Leppera, jak stymulująco na karierę polityczną w demokratycznym państwie prawa działają kołchoźniane korzenie. Widzi też, kto zapewne wyraźnie, bo z ponad 10-cio punktową przewagą, wygra wybory na Ukrainie, więc nawet gdyby przyszło mu przez rok przewodniczyć jakiejś nomenklaturowej spółeczce, to za kilka-kilkanaście miesięcy znów powróciłby do władzy, a Białoruś zostałaby wcielona do demokratycznej rodziny narodów, a on sam, po odpaleniu prowizji dla filantropa, mógłby zostać nawet człowiekiem roku jakiegoś opiniotwórczego, zachodnioeuropejskiego tygodnika.
W aklamacyjnym sposobie przyjęcia omawianej sejmowej uchwały uczestniczyło oczywiście PiS, którego politycy naprzemiennie z politykami PO kilkanaście miesięcy temu latali z pomarańczowymi kokardkami i szalikami po sejmie oraz przemawiali na kijowskim placu Niepodległości. Zwycięstwo "pomarańczowej rewolucji" zostało spuentowane przez tegoroczne zwycięstwo partii Janukowycza, pomimo że tym razem nikt nie zauważył ponad 300 uchybień wyborczych. A na dowód sympatii i wdzięczności za "pomarańczową rewolucję" obecne władze Ukrainy zakazały eksportu polskiego mięsa, z powodu - jak to określono - rosnącego przemytu. Tylko czekać, jak Janukowycz, wzorując się na polskich parlamentarzystach, powoła ichniejszą komisję parlamentarną ds. wyjaśnienia, kto stał za logistyką "pomarańczowej rewolucji", chociaż może jemu zbyt drobiazgowe dopominanie się prawdy może nie będzie za bardzo na rękę.
Czy PiS za kilkanaście miesięcy czeka los partii Juszczenki - trudno orzec, gdyż polscy politycy w większości słabo przywiązują się do swoich przekonań i być może za kilkanaście miesięcy PiS ewoluuje w rodzimą odmianę Partii Regionów. Swoją drogą, ciekawe, jak nasi wybitni politolodzy wytłumaczą społeczeństwu fakt, że media o. Rydzyka (przez wielu ludzi rozumnych uważanego za rusofila, a nawet Putinowego agenta) popierają zarazem PiS, który z kolei wspiera polityczne zamierzenia filantropa? To już trochę za dużo, aby wyglądało na zaplanowaną intrygę - to jest chyba jednak użyteczna głupota.
Krzysztof Mazur
Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME
UWAGA:
System komentatorski tylko dla zarejestrowanych użytkowników!
Chcesz
się zarejestrować? Tutaj
Komentarze
pozostają własnością ich twórców - redakcja ASME nie bierze za nie odpowiedzialności.
powrót
do strony głównej ASME