Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
Stalinowski sędzia Mieczysław Widaj żyje w Warszawie, przez nikogo nie ścigany Kat AK-owców co miesiąc dostaje ponad 9 tys. zł emerytury - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane czwartek, 23, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak |
- Pamiętam, w Ostrołęce prowadziłem z rozgłosem sprawę bandy "Lasa" (Kozłowskiego). W sprawie odpowiadało dziewięciu ludzi. Sam "Las" miał coś z dziewięćdziesiąt zarzutów, dalsi po kilkadziesiąt - około pięćdziesiątki. Od tow. Wareckiego jako szefa Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie otrzymałem wtedy rozkaz rozpocząć rozprawę 26 kwietnia, a zakończyć przed 1 maja, bo tak żądają czynniki partyjne, by ze względów politycznych procesu dłużej nie przeciągać, w szczególności poza pierwszomajową uroczystość. Było to chyba w 1949 r. Ten nakaz wykonałem, choć wymagał on niespania w ciągu czterech nocy i pisania tego wyroku po nocach, który był już udowodniony w toku toczącego się procesu.W czasach stalinowskich Mieczysław Widaj wydał ponad 100 wyroków śmierci. Wielu żołnierzy niepodległościowego podziemia skazał na wielokrotną karę śmierci, m.in., w listopadzie 1950 r., członków "bandy" słynnego majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", dowódcy Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, który wcześniej przez 2,5 roku był maltretowany w śledztwie w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Wielokrotnie "sądził" w tzw. procesach kiblowych w więzieniu (od kibla w rogu celi, na której oskarżony, z braku innego miejsca, musiał siedzieć podczas "rozprawy"). Często było tak, że prokurator Helena Wolińska wydawała nakaz tymczasowego aresztowania, Mieczysław Widaj "sądził", a sędzia Stefan Michnik albo "współsądził", albo asystował przy wykonaniu kary śmierci. Tak było w przypadku majora AK Andrzeja Czaykowskiego, cichociemnego, dowódcy batalionu "Ryś" i "Oaza-Ryś" w Powstaniu Warszawskim, odznaczonego za bohaterstwo Krzyżem Virtuti Militari, poety. 30 kwietnia 1953 r., już po śmierci Stalina, ppłk Mieczysław Widaj skazał go na KS. 10 października 1953 r. przy egzekucji AK-owca w więzieniu na Rakowieckiej asystował porucznik Stefan Michnik.
ROZPRAWY PO NOCACHW 1956 r., na fali częściowego (głównie symbolicznego) rozliczenia ze stalinizmem Widaj tłumaczył się: "Faktem jest, że tolerowane było zjawisko ogłaszania wyroków przed ich zredagowaniem. Było to jednak i powszechne i konieczne, gdyż polityka personalna utrzymywała w tym sądzie [Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie, którego był szefem - TMP] tak mały skład sędziów w stosunku do ogromu pracy, że nie sposób było nadążyć. Tow. ppłk Wizelberg [Zygmunt Wizelberg, przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie - TMP] może nam tu przypomnieć, jak często rozprawy prowadził po nocach, przekraczając północ. Dziś z perspektywy czasu i ujawnionych już wypaczeń nasuwa się tragiczne pytanie: czy to nie było celowe tyle na nas pracy nałożyć, by nam czasu nie starczyło na należyte przeanalizowanie spraw?".
Szereg spraw, którym przewodniczył i w których wymierzał najwyższy wymiar kary - wymienia dwutomowy słownik biograficzny Instytutu Pamięci Narodowej pt. "Konspiracja i opór społeczny 1944 - 1956". Na ogół wyrok brzmiał: "skazany na karę śmierci z pozbawieniem praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze oraz przepadkiem całego mienia".
PŁK MIECZYSŁAW WIDAJ DO DZIŚ ZA SWOJE "ZASŁUGI" POBIERA WYSOKĄ WOJSKOWĄ EMERYTURĘ - 9300 ZŁ MIESIĘCZNIE.
NIEDOSZŁY ARTYLERZYSTAMieczysław Widaj ma 94 lata. Urodził się 12 września 1912 r. w Mościskach (woj. lwowskie), syn Jana (kancelisty) i Anieli z Żywczynów (biuralistki). W 1934 r. ukończył wydział prawa na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie (tak jak tow. ppłk Wizelberg), a rok później Szkołę Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. Do 1939 r. aplikował w Sądzie Grodzkim w Mościskach i Sądzie Okręgowym w Przemyślu. W kampanii wrześniowej dowódca plutonu artylerii. Jak większość Polaków, wychowanych w II RP, wstąpił do Armii Krajowej, gdzie przyjął pseudo "Pawłowski" i został oficerem łączności Obwodu Mościska, należącym do lwowskiego okręgu AK. Pod koniec wojny awansowany na stopień kapitana. W lutym 1950 r. skazał na 15 lat Jana Władysława Władykę, jednego z kierowników lwowskiego AK i swojego przełożonego. Sądzenie dawnych organizacyjnych kolegów stało się jego specjalnością. Był jednym z najkrwawszych funkcjonariuszy stalinowskiego systemu bezprawia
Z komunistyczną władzą nawiązał flirt 15 marca 1945 r., kiedy został zmobilizowany do LWP. Po latach - jak to w zwyczaju takich typów bywa - zarzekał się, że nie chciał iść do sądownictwa wojskowego (wolał artylerię), ale musiał. Już po miesiącu orzekał w sprawie ppłk. Edwarda Pisuli, ps. Tama - szefa Kedywu Okręgu Tarnopol, który wskutek śledztwa zmarł w więzieniu UB przy ul. 11 Listopada na Pradze w Warszawie.
"MURAT" - ZAMĘCZONY BEZ PRZYMUSUJuż w maju 1945 r. został sędzią Wojskowego Sądu Garnizonowego w Warszawie, a następnie Wojskowego Sądu Rejonowego w Łodzi.
Widaj: "Już w lecie 1946 r. miałem w Łodzi powierzoną do prowadzenia rozprawę tzw. bandy »Groźnego«, na jednej rozprawie 25 osób, każda po kilkadziesiąt zarzutów ["Groźny" - Eugeniusz Kokolski, dowódca poakowskiego oddziału na terenie łódzkiego i poznańskiego - TMP]. Przyznam się, że trochę mnie nawet bolało, że później w 1949 r. do prowadzenia sprawy "Murata" [Jan Małolepszy, komendant poakowskiego Konspiracyjnego Wojska Polskiego, następca Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca", zamordowanego przez łódzką bezpiekę Mieczysława Moczara - TMP] przyjechał kto inny, a mianowicie ppłk Polan-Haraschin [Julian Polan-Haraschin, inny przedwojenny prawnik (po Uniwersytecie Jagiellońskim), po wojnie nie mniej krwawy sędzia, m.in. zastępca szefa Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie, do tego agent UB i SB - TMP]. Ja uważałem, że doświadczenie już mam, bo prowadzić sprawę z 25 oskarżonymi to nie lada sztuka, tym bardziej, że płk Podlaski [Henryk, wł. Hersz Podlaski, zastępca Naczelnego Prokuratora Wojskowego do spraw szczególnych, wyjątkowy okrutnik - TMP] wówczas pozostawił mi akta na przygotowanie się zaledwie 5 dni przed rozprawą, która była z góry ustalona i wyznaczona beze mnie. (...) Po wydaniu wyroku z karą śmierci »Murat« został przez funkcjonariuszy urzędu bezpieczeństwa w Łodzi zamęczony. Chcieli od niego wydostać, kogo miał jako wtyczki w aparacie. Ze sprawy wynikało, że je miał, ale zachowywał w tajemnicy. To utwierdziło we mnie, że do spraw publicznie prowadzonych nie ma i nie może być przymusu". A więc, trzymając się jedynie słów Widaja, "Murat" został zamęczony bez przymusu!!!
PIELUSZKI NA SALI ROZPRAWZ Łodzi Widaj trafił do Warszawy, gdzie wkrótce miał zostać szefem Wojskowego Sądu Rejonowego, jednego z najkrwawszych wojskowych sądów ówczesnej Polski. Zanim przyszedł awans, nie było mu łatwo. W 1956 r. wyjaśniał, że do stołecznego WSR (podobnie, jak do sądownictwa wojskowego w ogóle) "był przeniesiony wbrew swojej woli": "w Łodzi dopiero w styczniu 1949 r. dostałem mieszkanie, męcząc się od 1946 r. po hotelach i cudzych kątach. I właśnie już w maju byłem w Warszawie, by znów zacząć od braku mieszkania, od kwaterowania na sali sądowej, tuż obok celi, do której wprowadzano więźniów aresztantów. A rozprawy odbywały się i po nocach. (...) Mnie i żonę będącą w ciąży budził gwar i tupot dochodzący z zadymionego korytarza, na który prowadziły mieszkalne drzwi. To były warunki pracy i warunki życia, jakie były mi postawione do dyspozycji. (…) mieszkałem w tak ciężkich warunkach w budynku, w którym szczury wyprawiały harce pod podłogą i po podłodze, gdy groziło, że po przyjściu na świat dziecka pieluszki będą musiały być suszone na sali rozpraw. (…) Gdy inni »po praktyce« w Wojskowym Sądzie Rejonowym odchodzili na szefów innych sądów, ja pozostawałem na czarnej robocie, nie byłem przesuwany do klasy menedżerów. (...) Mnie - a zresztą w ogóle nami - przesuwano jak pionkami po szachownicy, nie pytając nas o zdanie". W 1948 r. Widaj - jak twierdził - prosił o zwolnienie z wojska, ale jego wniosek odrzucono. Zamiast tego, w tym samym roku - został... zastępcą szefa WSR w Warszawie, a w 1952 r. szefem tegoż sądu. Na słuszność wydawanych przez siebie wyroków lubił przywoływać fakt, że były one zatwierdzane przez sąd II instancji, czyli Najwyższy Sąd Wojskowy. W 1956 r. mówił: "dla mnie zawsze druga instancja była gwarancją, że jeżeli ja się pomylę, to zostanie to naprawione, że ja nie jestem sędzią ostatecznym".
W 1954 r. Widaj sam trafił do Najwyższego Sądu Wojskowego, awansując na zastępcę szefa.
Od 1948 r. należał do partii. W 1955 r. został pułkownikiem. Rok później został zwolniony z zawodowej służby wojskowej i przeniesiony do rezerwy. Komisja Mazura, badająca "przejawy łamania praworządności" przez stalinowskich funkcjonariuszy, nie pociągnęła go do odpowiedzialności. Stwierdziła jedynie ogólnikowo, że jego "działalność powinna być przedmiotem śledztwa", którego - rzecz jasna - nie było.
Został radcą prawnym Centralnego Laboratorium Chemicznego w Warszawie, potem Centralnego Zarządu "Konsumów" i w końcu (od 1964 r.) Komendy Garnizonu m.st. Warszawy.
472 NAZWISKAW wydanej w 2000 r. książce "Zbrodnie w majestacie prawa 1944 - 1955" na końcu biogramu Widaja Krzysztof Szwagrzyk napisał: "dalsze losy nieznane". Tymczasem jeden z najbardziej krwawych stalinowskich sędziów mieszka sobie spokojnie w Warszawie. Instytut Pamięci Narodowej chciał go nawet postawić przed sądem, ale okazało się, że Widaj jest chory. Teraz dobrało się do niego Ministerstwo Obrony Narodowej, które chce mu zmniejszyć resortową emeryturę.
- Mieczysław Widaj przepracował w MON 19 lat, z tego jako wojskowy sędzia - 11 lat. Chcemy mu odebrać całą wojskową emeryturę, czyli 4 tys. zł, ale nadal będzie miał prawo do 5300 zł "cywilnej" emerytury - mówi Aleksander Szczygło, wiceszef MON. - Ustawa o wojskowych emeryturach mówi, że emerytowi, który w latach 1944 - 1956 służył w wojskowej informacji, sądownictwie i prokuraturze - a stosował represje - nie zalicza się tego okresu do służby.
Na liście MON są 472 nazwiska wojskowych oprawców pobierających do dziś - jak sędzia Widaj - wysokie świadczenia. Jest tam np. gen. Czesław Kiszczak, zabrakło natomiast gen. Wojciecha Jaruzelskiego.
ZŁOŚLIWE SZKODZENIE
WŁADZOM PRLJako szef Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie Mieczysław Widaj odrzucał wnioski lekarzy o zwolnienie więźniów. Tak było w sprawie członków V Komendy WiN. Przedłużał również tymczasowy areszt, na wniosek Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Tak było w maju 1949 r. w przypadku generała Aleksandra Krzyżanowskiego "Wilka". Wnioskodawca, mjr Mieczysław Dytry z NPW, argumentował: "Obecny stan więźnia nie pozwala na jego stawiennictwo na sprawę sądową. Wyżej wymieniony przebywa na oddziale gruźliczym Centralnego Szpitala Więziennego od dnia 9 października 1948 r. Stan chorego bardzo ciężki, rokowania złe". O zwolnieniu umierającego człowieka oczywiście mowy nie było. W lutym 1951 r. Widaj zatrzymał również w więzieniu gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Wnioskowała Helena Wolińska.
7 grudnia 1953 r., Widaj, w ramach sprawy tzw. kierownictwa konspiracji cywilnej, skazał na karę dożywotniego więzienia płk. Jana Mazurkiewicza "Radosława". Przed sądem oskarżony mówił: "...Jestem szczęśliwy, że wreszcie moja pięcioletnia mordownia kończy się i stanąłem przed sprawiedliwym sądem Rzeczypospolitej Ludowej. (...) Zeznania moje z pierwszych dwóch lat śledztwa zostały na mnie wymuszone albo sfałszowane. Bito mnie i wydzierano włosy. Najwyraźniej o śledztwie z tego okresu mówi trzykrotna moja głodówka i wybicie zębów". Okrutne śledztwo prowadziło Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i Informacja Wojskowa.
W kwietniu 1950 r. Widaj skazał na 15 lat więzienia Tadeusza Bagniewskiego, byłego więźnia hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Na rozprawie oskarżony Bagniewski pokazywał przewodniczącemu Widajowi gołe szczęki, gdyż wszystkie zęby wybili mu podczas śledztwa na UB. Reakcją Widaja było... zaostrzenie kary, co tłumaczył prowokacyjnym zachowaniem oskarżonego i oczernianiem władz bezpieczeństwa. W 1956 r. inny stalinowski sędzia, ppłk Józef Waszkiewicz w podobnym duchu bronił Widaja za wyrok na Bagniewskim: "Oskarżony w obronie swej przeczył swym własnym wyjaśnieniom ze śledztwa (...), według których przyznał się on do czynów zgodnie z zeznaniami świadków. Oskarżony, przyznając autentyczność swych podpisów pod tymi protokołami, próbował szkalować władze przesłuchujące go w śledztwie rzekomym przymusem i podstępem. (...) obrona oskarżonego stanowi po jego stronie złośliwą chęć szkodzenia dobremu imieniu władz Polski Ludowej".
ZUPA JESZCZE CIEPŁAWANad Stanisławem Skalskim, asem polskiego lotnictwa (w czasie II wojny światowej strącił 22 niemieckie samoloty) znęcało się wielu oprawców: Humer, Kobylec, Midro, Serkowski, Szymański. Zmarły w ub. roku Skalski wspominał: "I rzeczywiście przekonywali mnie... Pięścią, kopniakami, drutem po nogach, stójkami, karcerem. Na zmianę, przez kilka miesięcy, z przerwami na odzyskanie sił. Ciągle jedno i to samo: mówcie o swojej działalności szpiegowskiej, kto z oficerów dostarczał wam informacje, komu je przekazywaliście... Już nie miałem siły zaprzeczać". Po dwóch latach takich "badań" podpisał akt samooskarżenia. 7 kwietnia 1950 r. w więzieniu na Mokotowie odbył się proces kiblowy. "...Pamiętam, był akurat Wielki Piątek. Jak mnie wywoływali z celi, akurat oddziałowy wydawał obiad. Zdążyłem go wziąć, ale nie zdążyłem zjeść. »Prędzej, prędzej«, ponaglał strażnik. Nawet nie wiedziałem, że idę na swój proces. Wróciłem, to jeszcze zupa była ciepława. Dokończyłem jeść. Ile więc mógł trwać cały proces - pół godziny maksimum. Sądził mnie mjr Widaj. Do niczego w śledztwie, jak i na rozprawie się nie przyznałem. Jedyny świadek, jakiego wezwano - Władysław Śliwiński - też zaprzeczył, abym przekazywał mu jakieś wiadomości lub orientował się w jego szpiegowskiej działalności...".
Mimo to Widaj zawyrokował: "Sąd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej uznaje Stanisława Skalskiego, byłego majora WP, za winnego działalności szpiegowskiej na rzecz Anglii i St. Zjednoczonych i za to skazuje go na - karę śmierci...". Skalski - w przeciwieństwie do wielu innych więźniów stalinowskich - miał szczęście: został "ułaskawiony" przez Bieruta, ale nikt nie raczył go o tym poinformować i sześć lat czekał na wykonanie wyroku. Na wolność wyszedł w kwietniu 1956 r. i został całkowicie zrehabilitowany.
SKUĆ MORDYOrdynariusz kielecki Czesław Kaczmarek był poddawany konwejerowi - przesłuchania przeprowadzane dzień i noc przez zmieniających się śledczych. W przypadku księdza trwały one non stop przez 30-40 godzin. Biskup kielecki był notorycznie pozbawiany snu i jedzenia. Odmówiono mu prawa do widzeń, listów i paczek. Ubecy podawali mu środki odurzające. "Przekonywali go", że jest zdrajcą i jako takiego wszyscy się go wyrzekli. Śledztwo, z przerwami, trwało przez dwa lata i osiem miesięcy. W rezultacie bp. Kaczmarek został doprowadzony do stanu przedagonalnego.
Proces bp. Kaczmarka i jego "współpracowników" odbywał się w dniach 14-21 września 1953 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie (nawet w PRL-u sądzenie duchownego przed wojskowym trybunałem było ewenementem). Sądził Mieczysław Widaj. Akt oskarżenia - jak czytamy w stenogramie - dotyczył: "działalności w antypaństwowym ośrodku" w interesie "imperializmu amerykańskiego i Watykanu" w celu "obalenia władzy robotniczo-chłopskiej" drogą "działalności dywersyjnej i szpiegowskiej".
Wyroki:
- bp. Czesław Kaczmarek 12 lat więzienia,
- ks. Jan Danielewicz (skarbnik kurii kieleckiej) 10 lat,
- ks. Józef Dąbrowski (kapelan biskupa) 9 lat,
- ks. Władysław Widłak (prokurator Seminarium Duchownego w Kielcach) 6 lat,
- siostra Waleria Niklewska (Zgromadzenie Sióstr Służebniczek) 5 lat.
Na sali sądowej przewodniczący Widaj "nie zauważył", że w pewnym momencie ów pokazowy proces został przerwany. Cóż takiego się stało? Otóż bp. Kaczmarek przestał czytać przygotowany mu przez "oficerów" śledczych maszynopis. Uwadze Widaja umknęło również, jak czerwony (
sic!) ze wściekłości dyrektor departamentu śledczego MBP Jacek Różański (Józef Goldberg) wyszedł nagle z salki obok i upominał Kaczmarka: "Ja już skułem mordy obrońcom [biskupa bronił słynny adwokat Mieczysław Maślanko, który pełnił
de facto rolę jednego z oskarżycieli - TMP] i przestrzegam księdza biskupa, aby nie poważył się więcej na podobne postępowanie". Cóż, to właśnie Różański wydał wcześniej wyrok na biskupa, podobnie jak czynił to w przypadku wielu innych "wrogów ludu".
"CIĘŁO SIĘ NOŻYCAMI"Widaj: "W sprawie Kaczmarka była decyzja przekazana przez tow. płk. Karlinera [Oskar Karliner, szef Zarządu Sądownictwa Wojskowego - TMP], żeby Niklewskiej zawiesić wykonanie kary. Nie było na to pokrycia w ustawie, gdyż chodziło o szpiegostwo, ale efekt polityczny miał być ogromny. Rzeczywiście tak jak ja i obecny tu tow. ppłk Radwański [kolejny stalinowski sędzia - TMP] poszliśmy na tę koncepcję. A muszę zaznaczyć, że przecież Zgromadzenie Sędziów NSW poprzednio już poszło na koncepcję kary dożywotniego więzienia dla generałów ze spraw Tatara [oskarżonych o tzw. spisek w wojsku i szpiegostwo na rzecz kapitalistycznych imperializmów - TMP] z art. 86. par. 2 k.k. WP, który takiej kary nie przewidywał. (...) Pisaliśmy wtedy wyrok we czterech: ja, tow. ppłk Radwański, ppłk Stojanowski i tow. płk Karliner. Każdy opracowywał swój dział, potem się to składało, rozkładało, cięło nożycami, rozdzielało, łączyło itd., aż wyszła całość".
Nawet po wyroku władze PRL-u nie dały spokoju biskupowi Kaczmarkowi - w celi śmierci spędził kolejne osiem lat. Wyszedł z więzienia w maju 1956 r. Ubeckie metody sprawiły, że zmarł w sierpniu 1963 r.
Proces bp Czesława Kaczmarka to nie jedyny kontakt Widaja z duchownymi. W styczniu 1953 r. przewodniczył procesowi księży kurii krakowskiej - kolejnych "wrogów ludu w sutannach", na który sprowadzono go specjalnie z Warszawy (oskarżał Naczelny Prokurator Wojskowy Stanisław Zarako-Zarakowski). W innych procesach Widaj skazał jeszcze przynajmniej dwóch księży, kapelanów AK.
Widaj: "Poza tym w pewnym momencie tow. płk Karliner rozpoczął pomaganie mi w redakcji wyroków, uczestnicząc w przerabianiu. Mozolna to była praca. Przerabialiśmy wielokrotnie, wspólnie inicjując ulepszenia. (...) Potem tow. płk Karliner wyrok zabierał według mego przekonania do towarzyszy z Biura Politycznego partii i przynosił z pewnymi poprawkami czy wstawkami. (...) U mnie nie było tak, bym nie był przekonany o słuszności poprawek, gdy mi coś było niejasne, dlaczego ma być takie słowo, a nie inne, zapytywałem tow. płka Karlinera i ten udzielał odpowiedzi, która mnie przekonywała".
SHERLOK HOLMES
I SAMOLOTY "LANGEUDOC"Widaj był również wyznaczony do sądzenia "ludowego generała" Mariana Spychalskiego, oskarżanego o "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne". Jego sprawę chciano połączyć ze wspomnianym już procesem gen. Tatara i innych, rzekomych szpiegów w wojsku. I sędziemu Widajowi i oskarżycielowi Zarakowskiemu pytania przygotowali (jak to miało miejsce w procesach tatarowskich) Bierut i Berman, konsultując się z prowadzącymi śledztwo szefami bezpieki i wybranymi, wpływowymi członkami Biura Politycznego. Proces Spychalskiego jednak nie doszedł do skutku i przez pięć lat (1950-55) siedział on w więzieniu bez wyroku. Rola Widaja skończyła się na tym, że jako przewodniczący składu Najwyższego Sądu Wojskowego usankcjonował - na wniosek wiceprokuratora Prokuratury Generalnej PRL Macieja Majstera - bezprawne aresztowanie Spychalskiego, "uwzględniając, że z powodu szczególnych okoliczności sprawy śledztwa nie można było dotychczas ukończyć".
Były też drobniejsze sprawy, ale wyroki - niewspółmiernie do win - wysokie. W lutym 1950 r. Halina Dunin-Karwicka została skazana na 6 lat więzienia m.in. za "kontynuację więzi grupowej resztek ujawnionych żołnierzy batalionu »Parasol« poprzez organizację i udział w pracach ekshumacyjnych", co Widaj zakwalifikował jako usiłowanie obalenia przemocą ustroju Państwa Polskiego. Cztery lata później - w lutym 1954 r. - por. Tadeusz Buczyński, został skazany na taką samą karę za łapówkę.
W sprawie oskarżonej Orłowskiej uzasadnienie Widaja do skazującego wyroku brzmiało: "Ponieważ oskarżona jest osobą inteligentną i czytała (Sherloka) Holmesa, więc orientowała się, że rozmawiała ze szpiegiem".
I jeszcze jedna sprawa. Mieczysław Widaj skazał Wojciecha Zielińskiego za rzekomy sabotaż w firmie PLL "LOT", której oskarżony był dyrektorem. Wyrok: kara śmierci. W uzasadnieniu napisał, że samoloty typu "Langeudoc", jako wyprodukowane w kapitalistycznej Francji, nie mogą nadawać się do eksploatacji.
SPRAWY Z DOWODAMI,
BEZ NACISKÓWW 1956 r. w ramach wspomnianej już próby rozliczania stalinowskich błędów i wypaczeń, Mieczysław Widaj mówił: "taka w tym czasie obowiązywała ocena dowodów, jaka była zastosowana przeze mnie czy przez innych sędziów. Do skazania, jak wiemy, nie wystarczy przekonanie sędziowskie, potrzebna jest odpowiednia ocena dowodów.
TO NIE BYŁY SPRAWY BEZ DOWODÓW - TO BYŁY SPRAWY Z DOWODAMI, KTÓRE NALEŻAŁO TYLKO WŁAŚCIWIE OCENIĆ".
I dalej: "tow. płk Warecki wspominał mi raz o ludziach niesłusznie skazanych, »bo tak było trzeba« albo też »bo tak partia kazała«, że ja jednakże na te sprawy jakoś nie natrafiłem" (...) Z poprzednich okresów miałem nawet nieprzyjemności z powodu niektórych wyroków uniewinniających" (...) Tak to było, że gdy byłem przekonany o winie, wydawany był wyrok skazujący, gdy byłem przekonany o niewinności lub innej kwalifikacji, był wyrok uniewinniający lub z inną kwalifikacją prawną, chyba że zostałem przegłosowany (...) to wtedy czasem sporządzałem zdanie odrębne. (...)
NIE MOŻNA ZATEM NAWET PRZYPUSZCZAĆ, BYM ULEGAŁ NACISKOM".
TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKIPublicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.
Komentarz (0)