Strona Główna

Konferencja Uniosceptyczna AD 2003

Konferencja eurosceptyków

Witryna Kary Śmierci

Polecane serwisy

 

 

Dużo dymu mało ognia - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 7, marca 2006 przez Krzysztof Pawlak

W związku z tym, że prace nad stworzeniem "ogólnej teorii wszystkiego" nie zakończyły się dotychczas sukcesem, dlatego też wszystkie komentarze dotyczące ostatnich wydarzeń politycznych z konieczności obarczone są pewnym błędem wynikającym z niedoinformowania i niewłaściwego rozpoznania związków przyczynowo-skutkowych. Oczywiście minister Dorn chętnie przerzuciłby całą winę na niedouczonych dziennikarzy ale - nie bagatelizując tego czynnika - można stwierdzić, że przyczyna leży także po drugiej stronie.

Nie ulega wszak wątpliwości, że nawet większość polityków PiS-u - no może poza synem premiera Marcinkiewicza - nie za bardzo kojarzy, w jakim kierunku zmierza polityka kierownictwa ich partii. Stąd też czasami w sytuacji gdy taki ważny gość-poseł nie za bardzo wie, jakie powinien mieć aktualnie w danej sprawie zdanie, daje się zauważyć budzące uczucie politowania nadrabianie miną lub wrodzonym vis comica (vide poseł Cymański).
Jak można wtedy zauważyć, najbardziej sprawdzonym sposobem zachowania własnej wiarygodności jest - tak na wszelki wypadek - negowanie tego co powie przedstawiciel strony opozycyjnej, gdyż najgorszym byłoby dać się przyłapać na chwili refleksji lub przyznaniu, że "opowiadaliśmy bzdety, obiecywaliśmy złote góry". Pamiętamy jak to redaktor Wildstein, mianowany przez Jarosława Kaczyńskiego szpicą polskiej publicystyki, z okazji kontrowersji związanych z listą jego imienia często powoływał się na ewangeliczne przesłanie, powtarzając, iż "prawda nas wyswobodzi". W tym kontekście trochę trudno zrozumieć, dlaczego politycy od dawna deklarujący swoje przywiązanie do wartości ewangelicznych, a nawet ci na nowo nawróceni w wierze, bardziej wierzą w skuteczność socjotechnicznych wybiegów niż w prawdę, nawet gdyby miała zaprzeczać ich wcześniejszym deklaracjom.

Gra w czarnego Piotrusia

Kiedy jeszcze nie było w Polsce Romów i obowiązywała kara śmierci, funkcjonowało powiedzenie, że "kowal zawinił, Cygana powiesili", które gdyby nie to, że IV RP musi stosować standardy UE, idealnie pasowałoby do obarczenia wicepremier Gilowskiej odpowiedzialnością za rozterki prezydenta Kaczyńskiego nad rozwiązaniem sejmu. Taką genezę poniedziałkowego kryzysu jako pierwszy wygłosił nieoceniony minister Dorn i koncepcja ta co najmniej kilkanaście godzin była obowiązującą, dopóki poseł Giertych nie zmienił zdania w tej materii, oświadczając, że winę za powstałe zamieszanie ponosi stronnictwo antylustracyjne skupione wokół osób dawnego ZChN-u. Oczywiście natychmiast Michał Kamiński, jako te nożyce, które odzywają się na skutek uderzenia w stół, oznajmił, że Giertych plecie bzdury, a oświadczeniu temu zawtórował sam Jarosław Kaczyński, który zdiagnozował u pozostałych triumwirów syndrom upokorzonego odwetowca, który szuka okazji na - jakby to określił senator Niesiołowski - "odwinięcie się". Jak wiadomo, gra w Czarnego Piotrusia polega na tym, by ową felerną kartę jak najszybciej wcisnąć konkurentowi, więc minister Wasserman chcąc odsunąć podejrzenia od sygnatariuszy Paktu Stabilizacyjnego, zasugerował, że doszło do "takiej małej, dziennikarskiej prowokacji Radia ZET". I już już wszystko byłoby na Monikę Olejnik, gdyby nie odezwał się minister Urbański, oświadczając, że on prowokacji "nie widział", co poniekąd potwierdził premier Marcinkieiwcz, który nie był do końca przekonany o prowokacji. Jednocześnie premier zapewnił, że o pomysłach premier Gilowskiej został wcześniej uprzedzony, a że nikt nie ośmielił się wskazać Jarosława Kaczyńskiego jako pomysłodawcę tej gry, tak też tym sposobem Czarny Piotruś gdzieś się po drodze zawieruszył i wszyscy okazali się wygrani. Nie ucierpiał za bardzo nawet prezydent, którego biuro zaniepokojone negatywnymi odczuciami narodu poczętego w próbce sondażowej, natychmiast oświadczyło, że prezydent nie wygłosił orędzia do narodu, by powiedzieć czego nie zrobi, gdyż czas antenowy na wspomniane orędzie został już zarezerwowany w piątek, czyli trzy dni przed orędziem. Niestety, biuro prezydenta nie podało, czego prezydent miał zamiar nie zrobić w piątek, a czego nie zrobił w poniedziałek, tak że nadal niektórzy trwają w przekonaniu, że prezydent tego nie wiedział, gdyż był w USA, a Jarosław Kaczyński był w Polsce.
Swoją drogą, Czwartej RP niezbyt dobrze wróży, że jej byt zawisł od jednego zdania paragrafu 4a, dlatego na wszelki wypadek należałoby jeszcze wstrzymać się z ogłaszaniem końca III RP. Sytuacja z obecną delimitacją ustrojów przypomina opisaną w anegdocie "warszawskiej", w czasach gdy po 1951 plac Bankowy przemianowano na plac Dzierżyńskiego. Jakiś czas po tym zdarzeniu jeden z pasażerów tramwaju zapytał jadącego obok sąsiada "Czy to już plac Bankowy?", na co tamten odpowiedział: "Niestety, jeszcze Dzierżyńskiego!".

Koniec republiki

Praktyczne przejęcie władzy przez triumwirów stabilizacyjnych oraz już widoczne niesnaski pomiędzy nimi wyraźnie wskazują, że kończy się okres republiki i powoli wkraczamy w epokę cesarstwa, nazywanego obecnie dla niepoznaki demokracją prezydencką. Oczywiście na takiej zamianie możemy skorzystać, podobnie jak mieszkańcy starożytnego Rzymu bez żalu zrezygnowali z republikańskich praw i instytucji, nad społeczne niepokoje, gwałty i rozboje wyżej ceniąc sobie bezpieczeństwo i ład umożliwiający w miarę spokojne prowadzenie swoich codziennych spraw. Trudno powiedzieć, ile złośliwej plotki kryło się w stwierdzeniu, że prezydent przesunął orędzie o godzinę, gdyż w tym samym czasie TVP2 nadawał "M jak Marcinkie...", tzn. oczywiście "M jak Miłość", ale faktem jest, że coraz więcej debat poświęcanych jest omawianiu wzajemnych relacji pomiędzy występującymi w nich politykami niż dyskusjom nad rzeczywiście ważnymi dla kraju sprawami. Trudno się zresztą takiej sytuacji dziwić, gdyż jak pokazuje długotrwała obserwacja różnych debat publicznych przekazywanych za pośrednictwem ogólnopolskich mediów - w dyskusji na najważniejsze tematy dotyczące przyszłości naszego kraju dyskutuje na okrągło kilkanaście, góra dwadzieścia do trzydziestu osób.
Masową już obecnie partię jaką jest PiS, mającą stukilkudziesięcioosobowy klub parlamentarny, ustawicznie reprezentuje dyżurny poseł Cymański, który nie mając nic do powiedzenia, parodiuje samego siebie, sejmowy Quasimodo - Gosiewski, Dorn, który w odróżnieniu od nas, goim, pochodzi od samego Adama, więc nie musi już niczego udowadniać, no jeszcze Ziobro, Wasserman i oczywiście Marcinkiewicz oraz Kaczyński. Platforma poza Rokitą, który próbując ośmieszyć styl premiera, sam zaczyna być karykaturą owego stylu (jak cień to cień), pokaże czasami Tuska, Komorowskiego rzadziej Hannę Waltz, LPR to Giertych, Samoobrona - Lepper, jeszcze po jednej góra dwie persony z pozostałych trzech partii powyżej trzyprocentowego progu i... tyle. Co do komentatorów: jak Lis odejdzie z Jedynki przez TVN do Polsatu, a Olejnikówna z Jedynki przez TVN z powrotem do Jedynki, to za chwilę Durczok odejdzie z Jedynki do TVN, a Rymanowski przejdzie do Jedynki. Obieg zamknięty. W repolonizowanej, na pół rządowej "Rzeczpospolitej" prawie na stały etat przyjął się Janusz Rolicki, któremu merytoryczny poziom dyskusji wyznacza Janusz Majcherek. I tak tych kilkunastu polityków i kilkunastu dziennikarzy wyznacza trendy, polityczne mody, decyduje, jakie tematy warto omawiać, a jakie na to nie zasługują, jakie postulaty są obecnie cywilizowane, a jakie podpadają pod moralny prymitywizm, jakie tezy świadczą o programowej dojrzałości, a jakie powinny być zakwalifikowane do epoki kamienia łupanego lub co najwyżej "dzikiego kapitalizmu".
Na takim właśnie "trzymaniu standardów" polega misja mediów publicznych i niezależność mediów prywatnych. Nie chodzi o to czy ma się rację, czy się jej nie ma, algorytm wygląda tak, że najpierw należałoby "opowiadać bzdety i obiecywać złote góry", po to by oszukać co najmniej 3 proc. podążających do urn wyborczych, by następnie na tej podstawie dostać legitymację upoważniającą do wstępu na wyżej opisany salon, gdzie już czekające gwiazdy mediów mogłyby z wrodzoną sobie przenikliwością demaskować owe bzdety i obiecanki. To już lepiej zróbmy jak najszybciej to cesarstwo, bo to wstyd, żeby prezydent przyrodzone sobie prerogatywy wykonywał poprzez Polską Agencję Prasową.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


UWAGA: System komentatorski tylko dla zarejestrowanych użytkowników!

Chcesz się zarejestrować? Tutaj

Użytkownik:
E-mail:
Hasło:

Komentarz:

 

Komentarze pozostają własnością ich twórców - redakcja ASME nie bierze za nie odpowiedzialności.

powrót do strony głównej ASME