Strona Główna

Konferencja Uniosceptyczna AD 2003

Konferencja eurosceptyków

Witryna Kary Śmierci

Polecane serwisy

 

 

Geszeft dla wolności? - Stanisław Michalkiewicz Wysłane poniedziałek, 27, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

Z inicjatywy Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka zorganizowany został w Lublinie festiwal "Prawa człowieka w filmie". Organizatorzy zaplanowali pokazanie różnych agitek filmowych, a to o kurdyjskich partyzantkach, a to o sądach w Kamerunie i Ameryce, a to o straszliwej krzywdzie, jaka spotkała żydowskiego miliardera Michała Chodorkowskiego, którego Putin wpakował do kryminału, o pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, oczywiście - o Holokauście, no i różne reportaże. Najwyraźniej program festiwalu ułożony został według recepty, że liść trzeba ukryć w lesie, a jak lasu nie ma, to go w tym celu zasadzić. Wygląda na to, że festiwal jest pretekstem do pokazania rzewnego obrazu o Chodorkowskim.
Ale nie tylko program na to wskazuje. Jeszcze bardziej - lista sponsorów Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Dostaje ona pieniądze od Instytutu Społeczeństwa Otwartego w Budapeszcie (600 tys. dolarów rocznie), z Fundacji Forda (ok. 200 tys. dolarów rocznie) i z Fundacji Batorego (ok. 400 tys. zł. rocznie), nie licząc dotacji celowych, np. na organizowanie ruchów na rzecz praw człowieka w państwach WNP (750 tys. dolarów) oraz darczyńców drobniejszego płazu. Widać wyraźnie, że głównym sponsorem (Budapeszt i Batory) naszych obrońców ludzkich praw jest "filantrop", czyli Jerzy Sörös, słynny, jak to mówiono przed wojną, "grandziarz" giełdowy, którego w Rosji Putin wysadził w powietrze (jednym z powierników Sörösa był właśnie Chodorkowski), więc teraz nasi helsiniacy organizują mu klangor. Pikanterii dodaje okoliczność, że w Radzie Fundacji zasiadają m.in. pani Halina Bortnowska (teolog i w ogóle matka Kościoła krakowskiego) oraz pan senator Piotr Łukasz Andrzejewski.
A dodaje dlatego, że w ramach lubelskiego festiwalu Fundacja dla Wolności postanowiła zarobić parę złotych na tandecie. Fundacja dla Wolności, której sponsorem jest z kolei fundacja Bolla w Berlina, finansująca edukowanie polskich Irokezów w obywatelskich cnotach i Fundacja Schumana, tresująca nas do Eurosojuza, od pewnego czasu handluje tandetą, tj. czarnymi koszulkami, opatrzonymi w "prowokujące" napisy, wskazujące, że nosiciel koszulki np. ma AIDS, albo, że "jest gejem", albo że się "masturbuje", albo że - strach pomyśleć! - jest "Żydem", a jeśli koszulkę wkłada panienka - że "usunęła ciążę". Sporo młodocianych gojów płci obojga te "szmates" kupuje i nosi, bo myślą, że jak włożą koszulkę, albo, dla odmiany, ściągną majtki, to jednym susem znajdą się w pierwszym szeregu szermierzy wolności. Warto dodać, że partnerem Fundacji dla Wolności jest "Gazeta Wyborcza", odwiecznym zwyczajem handełesów patronująca wszelkiej tandecie.
Tym razem prowokacja polegała nie tylko na treści napisów koszulkowych, ale przede wszystkim na tym, że ten handełe zorganizowano pod nosem JE abpa Józefa Źycińskiego. W obliczu takiego figla ze strony przyjaciół lubelski Arcypasterz nie miał innego wyjścia, jak poczuć się sprowokowanym ("czuj się sprowokowany") i szalenie pryncypialnie handełesów skrytykował. Prasa obszernie o tym "konflikcie" się rozpisała, słowem - reklama i dla koszulek i dla festiwalu znakomita! W ogóle "ludzie Kościoła" coraz częściej angażują się do reklamowania jak nie żydowskiego przemysłu rozrywkowego, to przemysłu Holokaustu. Znakomitą ilustrację tej nowej aktywności w kompradorskiej gospodarce rynkowej mieliśmy podczas tegorocznego Dnia Judaizmu.
Sprzedawcy "koszulek dla wolności" wystąpili nawet w telewizyjnym programie redaktora Pospieszalskiego "Warto rozmawiać", gdzie twierdzili, że napisy zwracają uwagę na konieczność chronienia "praw mniejszości". Ponieważ od pewnego czasu program "Warto rozmawiać", przy pozorach ostentacyjnej szczerości, starannie omija strefy zakazane przez Salon, nikt z uczestników nie ośmielił się naprawdę przetestować młodych szabesgojów na determinację w obronie wolności. Jeśli naprawdę uważają, że prawa "mniejszości" muszą być bezwzględnie chronione, to tak się akurat składa, że w Polsce i w ogóle - w Europie, tacy, dajmy na to, hitlerowcy są w absolutnej mniejszości. Są w jeszcze większej mniejszości niż świstaki, które, jak wiadomo, ze względu na swój mniejszościowy charakter podlegają ścisłej ochronie. Jeśli zatem młodym ludziom rzeczywiście zależałoby na obronie wolności, to nie powinni mieć oporów przez umieszczeniem na swoich koszulkach napisu: "Jestem hitlerowcem". Taki napis też byłby prowokujący, może nawet jeszcze bardziej niż inskrypcja o AIDS, papieżu, czy usuniętej ciąży. Niestety, nikt nie ośmielił się zaproponować takiego testu, ani pan poseł Paweł Śpiewak, ani pan senator Ryszard Legutko, ani wreszcie pan red. Jan Pospieszalski, chociaż z punktu widzenia metodologicznego niczego tej propozycji zarzucić przecież nie można. Więc jakże będzie z tą wolnością dla mniejszości i prawem do prowokacji? Czy młodzi ludzie naprawdę gotowi są walczyć o wolność, czy tylko wykrzykując hasełka - chcą podłączyć się do "filantropowego" kurka z forsą?

Stanisław Michalkiewicz

Publicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME


UWAGA: System komentatorski tylko dla zarejestrowanych użytkowników!

Chcesz się zarejestrować? Tutaj

Użytkownik:
E-mail:
Hasło:

Komentarz:

 

Komentarze pozostają własnością ich twórców - redakcja ASME nie bierze za nie odpowiedzialności.

powrót do strony głównej ASME