| Per aspera ad astra, czyli PiS in the space! Plan dla "prawicy" odzyskania należnej Rzeczypospolitej rangi nie tylko w międzynarodowym aspekcie Wysłane środa, 22, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak |
Rywalizacji militarna, co już przed kilkudziesięcioma laty trafnie przewidział Mistrz Lem Stanisław (taki lewak futurystyczny - dopisek dla dzisiejszych młotych troglodytów), przenosi się w przestrzeń kosmiczną i w żadnej mierze nie powinno w szrankach tych zabraknąć polskiej myśli astronautycznej. Mniej zorientowanym należy się przypomnienie, że Polacy osiągnęli już w czasie okupacji sowieckiej i komunistycznej próg kosmosu, czyli arbitralnie ustaloną wysokość 100 kilometrów wzwyż - za pomocą rakiet "meteorologicznych" "Meteor", takich mini-V2 "made in Poland". Efektem był szybki zakaz kontynuacji tej technologii, wydany na Kremlu, ale fakt pozostaje faktem, choć mało znanym do dziś.
Święcą tryumfy polscy uczeni w międzynarodowej rywalizacji o jak największą i jak najszybciej odkrytą liczbę planet. Oczywiście wszyscy mają jeden cel: odkryć planetę podobną do Ziemi, choć niekoniecznie zamieszkałą przez osobniki posługujące się podobną do ziemskiej myślą polityczną.
Z całą pewnością nie da się tego osiągnąć bez szczególnie potężnych środków finansowych, ofiarności społeczeństwa i dysponowania odpowiednio wykwalifikowaną kadrą - przede wszystkim "markietingiarską": by umiejętnie sprzedać pomysł i wzbudzić szeroki entuzjazm wśród mas dla Idei. Pierwsze kroki zostały już wykonane do Polskiej Organizacji Turystycznej (A jak! To przecież niedługo turystyka kosmiczna będzie główną siłą napędzającą przemysł kosmiczny!) mianowany został młody i szczery entuzjasta "markietingu" po kilkumiesięcznym kursie przysposobiającym w firmie kumpla, któremu tylko wredne pismacze zawistniki - z "Gazetą Wyborczą" na czele - wypominają wylanie z partii konserwatywno-liberalnej za "brak umiejętności". PiS zyskało jednak zaangażowanego fachowca, tak potrzebnego na przyszłościowym odcinku walki o "peace in the space".
Kolejne kroki kadrowe są już wykonywane, o czym każdego dnia można przeczytać, usłyszeć, zobaczyć w merdiach niekoniecznie sprzyjających obecnym Budowniczym Wielkiej Polski.
Na pożegnanie zrobimy przyjemnie żurnalistom ze "stajni Michnika", raz – i ostatecznie - odwołując się do odchodzącej wzorem zeszłej na uwiąd starczy Mumii od Wolności gazetki brukowej koncernu Agora SA, która dzisiaj wygarnęła, co miała przygotowanego "na PiS", a co przywołał dla swoich odbiorców krewniaczy "GW" i zbankrutowanej "Noje Tager" serwis Onet:
"Nadgorliwy minister gospodarki
»Nowy Dzień«: Kto próbuje wkraść się w łaski premiera, faworyzując na stanowiska w Kompanii Węglowej niemających pojęcia o węglu ludzi z Gorzowa? Kto spowodował, że premier się wściekł i zagroził wyciągnięciem konsekwencji wobec tej osoby?
Tą osobą jest wiceminister gospodarki Tomasz Wilczak - pisze "Nowy Dzień".
W sobotę »ND« napisał, że w radzie nadzorczej Kompanii Węglowej znaleźli się Maria Andrzejewska-Sroczyńska, Marek Rusakiewicz i Lech Marek Gorywoda. Wiceprezesem zarządu został Jan Dwojewski - wszyscy są z Gorzowa Wielkopolskiego, rodzinnego miasta premiera. (...)
Jak jednak dowiedział się »ND« z wiarygodnych źródeł, o nominacjach zdecydował wiceminister gospodarki Tomasz Wilczak. Dlaczego chciał, by we władzach największej spółki wydobywczej w Europie zasiadły właśnie te osoby? Jakimi kryteriami się kierował?
- Ministerstwo Gospodarki stara się, aby podlegające mu spółki skarbu państwa były kierowane przez osoby, które nie są uwikłane w żadne partykularne interesy, a posiadają umiejętności menedżerskie. (...)
Pani Andrzejewska-Sroczyńska, lekarz, nigdy nie miała do czynienia z biznesem. Była działaczka gorzowskiego ZChN (podobnie jak premier) została pełnomocnikiem ds. osób niepełnosprawnych w rządzie Hanny Suchockiej, gdy wiceministrem oświaty był Kazimierz Marcinkiewicz. Obecnie jest prezesem Fundacji Ochrony Zdrowia Inwalidów. (...)
Agencja Rozwoju Regionalnego w Gorzowie, której prezesował Marek Rusakiewicz (Gorywoda zasiadał w jej radzie nadzorczej), była spółką, w której udziały na początku lat 90. miały samorządy i Skarb Państwa. Przez wiele lat przynosiła straty i ostatecznie stała się prywatną firmą deweloperską.
Kariery menedżerskie Lecha M. Gorywody i Jan Dwojewskiego zaczęły się w 1992 r. Pierwszy został wtedy prezydentem, a drugi wiceprezydentem Gorzowa. Gorywoda w 1994 r. zostawił miasto z pustą kasą, niezapłaconym podatkiem VAT i niewyjaśnioną do końca aferą nietrafionej inwestycji w budowę kompostowni miejskiej. (...) Za te "osiągnięcia" z okresu prezydentury gorzowscy radni odwołali go Gorywodę z funkcji wiceprzewodniczącego rady miejskiej - pisze "ND".
Jan Dwojewski wyjechał z Gorzowa do Zielonej Góry, gdzie został dyrektorem miejscowego PKS. Odszedł z firmy w 2003 r. Pozostawił przedsiębiorstwo z długami i zakupionymi za jego kierownictwa starymi i bardzo drogimi w eksploatacji autobusami, z którymi nie wiadomo, co teraz zrobić".
Kadry decydują o wszystkim - ta głęboka myśl znana jest także i propagatorom sanacji Rzeczypospolitej spod prawicawego znaku Populizmu i Socjalizmu (tak wyczekiwanego niestety przez większą część polskiego społeczeństwa po kilkudziesięciu latach indoktrynacji komunistycznej, a wcześniej hodowanemu na "żeromszczyźnie" i siłaczych doktorach Judymach). Z tego powodu zapewne doszło do "minimalnych różnic" pomiędzy ministrami w rządzie premiera Marcinkiewicza, Wassermannem i Sikorskim o to, co zrobić z "kadrami" "wiejskich specjalistów". Nie chodzi oczywiście o trwającą już od kilku tygodni kampanię rozczłonkowywania struktur partii "chłopów z Grzybowskiej", lecz o sztandarowy postulat kampanii przedwyborczej Braci Kaczyńskich i ich zaplecza: likwidację ostańców "władzy ludowej", czyli instytucjonalnych spadkobierców Informacji Wojskowej - WSI. Wyjaśnił to sam Szef rozgrymaszonych urzędników, Brat Jarosław, dzieląc się z narodem opisem sytuacji, co zacytował znowu serwis Onet:
"(...) Według doniesień mediów, rządowe prace nad pakietem ustaw utrudniał spór między koordynatorem ds. służb specjalnych Zbigniewem Wassermannem a ministrem obrony narodowej Radosławem Sikorskim. Jak informowano, szef resortu obrony chciał, by nowe służby były jednostką wojskową, a koordynator, by były organami centralnymi, podległymi MON. Różnica zdań miała dotyczyć też tego, kto miałby powoływać szefów tych służb - minister obrony czy premier na jego wniosek.
Jarosław Kaczyński zapewnił, że »minister Sikorski niczego nie blokował, miał inne zdanie niż minister Wassermann, to jest najnormalniejsza sytuacja w rządzie, nic w tym nadzwyczajnego nie ma«. Szef PiS pytany, czy w reformie WSI przeszkadzają np. nasi sojusznicy, odparł: »proszę mnie o to nie pytać«.
W ocenie Kaczyńskiego, przejęcie inicjatywy ustawodawczej w sprawie likwidacji WSI przez prezydenta nie oznacza »żadnego przenoszenia ośrodka władzy«. Według niego, »prezydent na pewno będzie bardziej śmiały niż poprzednik - to znaczy nie będzie tak bardzo liczył się z sondażami i będzie, kiedy trzeba, interweniował« (...)".
Przywrócenie nie tylko przemysłu zbrojeniowego polskiemu ośrodkowi decyzyjnemu jest jednym z najważniejszych rzeczywiście zadań stojących przed sanatorami z PiS. Jak przemysł zbrojeniowy, to i oczywiście – kosmiczny, oba są nierozerwalnie związane od początków zeszłowiecznego, a nawet XIX-wiecznego zainteresowania człowieka podbojem Wszechświata. A skoro było o WSI - to przecież są to też fachowcy niejako związani z przemysłem kosmicznym, rakietowym - swego czasu umiejętnie sprzedali na Bliski Wschód stare, bo stare - ale wciąż jare silniki rakietowe do pocisków ziemia-powietrze. Jako złom, bo mieli takie poczucie humoru. Widać, że jednak mają kontakty w przemyśle astronautycznym, więc znaczący problem "zagospodarowania" strych sił specjalnych tak, by najmniej szkodziły IV RP - będzie rozwiązany. Ale o tym jeszcze dalej.
Wróćmy do sukcesów astronomicznych Polaków za granicą oraz w kraju. Na niepoślednią gwiazdę o znaczącej wielkości wyrasta nasz ulubiony mister (a więc - sługa społeczna) od rolnictwa, które jak wszystkim uczciwym partyjniakom wiadomo - nigdy by sobie nie poradziło, i inne działy gospodarki również, bez pomocy państwa i kilkudziesięciu tysięcy użytkowników zarękawków, biurek, komputerów, faksów, lapto-ków, czarnych w połysku bmw i lanć (tyko tow. "Waldek" "Panie Waldku, pan się nie boi, cały kraj za Panem stoi!" Pawlak... niestety, miał odwagę lansować wytwory polskiej myśli auto-mobilizacyjnej w rodzaju polonezów szosowo-terenowo-gruntowych, ale to jest pół-chłop, pół-informatyk, taka hybryda, nieznana wcześniej w polskim zaścianku). Minister Jurgiel, znany z wyjątkowego uwielbienia dla Ojca Prowadzącego z toruńskiej radiostacji, by dotrzymać kroku swym znamienitym poprzednikom, jako jedne z pierwszych zarządzeń wydał edykt o przyspieszonej realizacji planu czteroletniego w dziedzinie odznaczeń resortowych, skracając go najwyraźniej do roku jednego. Pisze o tym dzisiejsze wydanie może nie najpiękniejszej (bo ten laur zabiera ze sobą do... "Rzeczpospolita", którą brytyjscy męscy esteci wycenili najwyżej wraz z centro-lewicowym "The Guardian"), ale z sentymentu i lokalnego patriotyzmu dobrze poczytnego "Życia Warszawy"
Za zasługi na polu
Szef resortu rolnictwa rozdaje medale i odznaki
Ministerstwo Rolnictwa zleciło wykonanie trzech tysięcy medali. To jeden z pierwszych przetargów ogłoszonych w tym resorcie pod kierownictwem Krzysztofa Jurgiela.
Polityk PiS był znany z zamiłowania do wręczania odznaczeń jeszcze zanim został ministrem w rządzie Marcinkiewicza. W czasie, gdy zasiadał w parlamencie, w rodzinnym Białymstoku przyznawał Medale św. Izydora Oracza – patrona pracy na roli. (...)
Jako szef resortu, Jurgiel uzyskał prawo nadawania odznaczeń państwowych. Na początku lutego jego ministerstwo ogłosiło przetarg na wykonanie trzech tysięcy sztuk odznak honorowych Zasłużony dla Rolnictwa oraz takiej samej liczby legitymacji i ozdobnych pudełek. Mimo że odznaczenia zostaną wykonane z tombaku, to zamówienie będzie kosztowało resort w sumie ponad 100 tys. zł.
(...). Oficjalny wzór odznaczenia istnieje od 2001 r. Od tego czasu resort prowadzi ewidencję uhonorowanych osób. (...)
- Jestem przeciwny masowemu wręczaniu odznaczeń, jak to robił były prezydent Aleksander Kwaśniewski. Jednak rolnikom jakieś wyróżnienie za ich ciężką pracę się należy. Na przykład z okazji dożynek - mówi Wojciech Mojzesowicz, poseł PiS i szef Sejmowej Komisji Rolnictwa. (...)"
Ponieważ od dawna wśród obserwatorów życia politycznego wiadomo było, że ugrupowanie miejskie, jakim jest PiS, musi dokonać zajazdu polskiego zaścianka wraz z ich politycznymi przedstawicielstwami, by osiągnąć wymarzoną homogenizację "polskiej prawicy", spekulacje odnosiły się tylko do sposobu, w jaki zostanie to uczynione. Teraz już wiadomo: chłopi będą mieli okazję poczuć chwilę szczęścia i patriotyzmu, przygniecieni stosem medali z tombaku.
Gwiazda, choć z roli, a nie z soli i bólu egzystencjalnego - ale jednak już jest. Chłop polski - to silny producent substratów potrzebnych do produkcji jednego z najważniejszych składników paliwa rakietowego, wracamy więc w okolice kosmosu, gdzie będą zatrudnieni "fachowcy" - też "wiejscy". Wszystko pasuje do siebie wręcz idealnie!
Pozostaje tylko w ramach odrodzenia przedwrześniowego, sanacyjnego programu budowy mocarstwowości Rzeczypospolitej, przenieść akcenty z pól aktywności morskiego i lotniczego - na bardziej dalekosiężny i po prostu uwspółcześniony, a więc: powołać PAŃSTWOWĄ (oczywiście) Agencję Kosmiczną i korzystając z tej PAK-i, rozpocząć przygotowania do "eksportu" wszystkich Czerwonych na Ma..., no nie..., szkoda ślicznej wyspy... - na MARSA, który jest przecież idealnym wręcz i z dawien dawna anegdotycznym celem składowania wszystkich entuzjastów "eksportu czerwonej rewolucji".
Wiejskich fachowców, po wykorzystaniu ich niezwykłych kontaktów operacyjnych (teraz wreszcie stało się jasne, dlaczego PiS tak bardzo angażowało się w tzw. pomarańczową rewolucję na Ukrainie: zakłady rakietowe Rezuny mają gotowe i od niedawna mało intensywnie wykorzystywane!), pośle się w przedostatnim pocisku - ostatni powinien lecieć z materiałami wybuchowymi: wzory z Smiersza dla "wsi"znowu idealnie pasują! No i nie trzeba będzie sprzątać po serii zwyczajowych wypadków drogowych...
A kolejną pieczenią do konsumpcji przy tej okazji będzie potwierdzenie rangi mocarstwowej Polski - już w całym Układzie, tym razem Słonecznym.
No i - te wymarzone kolonie! Wreszcie!
Zaraz jednak pot mi spłynął zimną strużką: ale kto zostanie prezesem Ligi Planetarnej i Kolonialnej? Ministrowie Meller, Geremek i Dorn - to chyba już nie, bo co na to powiedzieliby koalicjanci posilający się myślą Dmowskiego, też Romana? Może inny znany Tadeusz - ale Syryjczyk?
Krzysztof Pawlak
UWAGA:
System komentatorski tylko dla zarejestrowanych użytkowników!
Chcesz
się zarejestrować? Tutaj
Komentarze
pozostają własnością ich twórców - redakcja ASME nie bierze za nie odpowiedzialności.
powrót
do strony głównej ASME