Strona Główna

Konferencja Uniosceptyczna AD 2003

Konferencja eurosceptyków

Witryna Kary Śmierci

Polecane serwisy

 

 

Dwie uwagi w sporze o karykatury - o. Jacek Salij Wysłane piątek, 10, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak

Mądre obstawanie przy prawdzie, choćby drugiej stronie niemiłej, buduje, wbrew pozorom, pokój, a nie wojnę.

W Europie zostaliśmy już wyćwiczeni do udawania, że w bluźnierstwie nie widzimy nic niestosownego i że profanowanie najdroższych wartości wiary chrześcijańskiej w gruncie rzeczy nam się podoba, a już na pewno jest elementarnym prawem każdego, komu się wydaje, że inaczej nie umiałby wyrazić tego, co w nim najgłębsze.

Również chrześcijan nie powinno się ranić

Ostatnia Wieczerza z nagą aktorką w miejsce Chrystusa, krucyfiks zanurzony w urynie, autentyczny obrazek Matki Bożej z modlitwą o szczęśliwą aborcję na odwrocie, Matka Boża z rogami jako wyraz czyjejś awersji do Radia Maryja - to tylko przykładowe przejawy tej atmosfery, w której wrażliwość religijna chrześcijan jest uznawana za coś godnego pogardy i niezasługującego na to, żeby się z nią liczyć.
Zgoda na profanowanie naszych własnych świętości idzie tak daleko, że zdarza się nam również lokale kościelne udostępniać dla manifestowania, iż nawet z wizerunkiem Chrystusa wolno się obchodzić bez żadnych ceregieli. Odnotowałem sobie kiedyś informację o wystawie Elisabeth Ohlson pt. "Ecce homo", przygotowanej na międzynarodowy festiwal gejów i lesbijek Gay Pride w Sztokholmie, a następnie pokazywanej w katedrze w Uppsali oraz w lokalach wielu szwedzkich parafii.
Pokazano tam następujące obrazy: "Jezus Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy w stroju transwestyty, na wysokich obcasach. Nagi Jezus czule obejmowany przez Jana Chrzciciela przyjmuje chrzest w Jordanie. Jezus chory na AIDS. Jezus w otoczeniu homoseksualistów ubranych w czarne skóry". Nie wykluczam, że cele artystki były poczciwe. Jednak nawet, jeżeli tak, to coś bardzo mocno woła w duszy, jak sądzę, niejednego chrześcijanina, a na pewno w mojej duszy: Tak z wizerunkiem Zbawiciela obchodzić się nie wolno! Chciałoby się, żeby jednym z pozytywnych owoców afery spowodowanej opublikowaniem karykatur Mahometa było przypomnienie sobie przez możliwie wszystkich organizatorów naszej przestrzeni publicznej, że chrześcijanie też są ludźmi. To nieprawda, co twierdzą niektórzy dziennikarze, że chrześcijaninowi łatwiej niż muzułmaninowi znosić profanacje i bluźnierstwa pod adresem swoich świętości. Wielu z nas czuje się ciężko zranionymi w tych, niestety, licznych sytuacjach, kiedy nasze świętości są profanowane lub wyszydzane.

Narastanie atmosfery wojennej?

To, co się obecnie dzieje na ulicach miast muzułmańskich, przypomina tańce rytualne wojowników przygotowujących się do wojny. Wojenne zaś tańce to już nie żarty, bo nie służą one usuwaniu nagromadzonych nieprzyjaznych energii, tylko jej powiększaniu.
Niestety, taniec wojenny zaczęła Europa. Duńczycy mogli sobie z tego nie zdawać sprawy. Prawo do szydzenia z chrześcijańskich świętości uznaje się przecież w zlaicyzowanej Europie za nieusuwalną część praw wolnościowych każdego artysty i dziennikarza. Jednak podjęta później przez kolejne dzienniki europejskie akcja solidarności z duńską gazetą to było już świadome wykonywanie wojennych tańców. Owszem, w imię po europejsku pojętej wolności słowa i bez zamiaru obrażania muzułmanów. Jednak, obiektywnie, są to tańce wojenne. Przecież wykrzykiwanie, że "nie będzie Arab pluł nam w twarz ni gazet nam układał", nie służy uspokojeniu wzburzonej atmosfery, tylko - niepotrzebnie - ją podgrzewa.
Dwie dobre rzeczy stały się dzięki temu sporowi. Z jednej strony, Europa usłyszała - ufajmy, że na trwałe - iż powinna więcej liczyć się z wrażliwością religijną muzułmanów. Z drugiej strony, w ich kierunku zostały nadane zdecydowane sygnały, że nie mamy i nigdy mieć nie będziemy zrozumienia dla zachowań jednoznacznie barbarzyńskich.
To bardzo dobrze, że norweski minister spraw zagranicznych powiedział stanowczo swojemu syryjskiemu odpowiednikowi: "To wy odpowiadacie za bezpieczeństwo naszych obywateli w Syrii!". Wolno też mieć nadzieję, że wzrosła liczba muzułmanów, którzy sobie uprzytomnili, iż skandowanie na ulicach hasła "Śmierć Duńczykom!" czy wypisywanie wezwań, żeby zabić każdego, kto znieważa Mahometa, jest - nie tylko w oczach Europejczyków, ale obiektywnie - aktem skrajnego barbarzyństwa.
Słowem, obie strony jasno określiły granice, na których przekraczanie przez drugą stronę nigdy się nie zgodzą. Teraz ludzi dobrej woli po obu stronach czeka cierpliwa praca nad usuwaniem tych nieprzyjaznych energii, jakie między nami się nagromadziły i wciąż narastają.
My, Europejczycy, moglibyśmy czasem pomyśleć o tym, czy dezynfekowanie naszego życia publicznego z wymiaru religijnego (tak jakby religia była jakąś zarazą albo trucizną) nie pogłębia, może niepotrzebnie, przepaści, jaka nas dzieli od świata islamu. Może warto by też zastanowić się czasem nad tym, czy ostra krytyka, jaką formułują muzułmanie pod adresem Europy jako siedliska bezbożności i moralnej zgnilizny, jest całkiem bezzasadna. Może powinniśmy przynajmniej trochę więcej wiedzieć, co o nas myśli się i mówi w krajach muzułmańskich - i może w całości tej krytyki nie odrzucajmy.
Może europejskie środowiska opiniotwórcze powinny wreszcie przełamać swoją antychrześcijańską alergię i zacząć rzetelniej i z większą stanowczością, zarazem starannie unikając retoryki wojennej, informować o dyskryminacji (a nieraz i prześladowaniach) chrześcijan w krajach muzułmańskich. Mądre obstawanie przy prawdzie, choćby drugiej stronie niemiłej, buduje, wbrew pozorom, pokój, a nie wojnę.
Bo przecież to nie jest w porządku, że w niektórych krajach muzułmańskich nietolerancja religijna stała się normą, zaś zlaicyzowana Europa przyzwyczaiła się traktować ją jako coś rzeczywiście normalnego.
Jak się wydaje, potrzeba dialogu i gotowość otwarcia na krytykę przychodzącą od drugiego jest po obu stronach duża. Zwłaszcza wśród ludzi młodych. W swoim czasie młodzi muzułmanie, podczas spotkania w Casablance, gorącymi oklaskami nagrodzili następującą wypowiedź Jana Pawła II: "Mam pewność, że wy, młodzi, jesteście zdolni do dialogu. Nie chcecie się poddawać uwarunkowaniu przesądami.
Jesteście gotowi do budowania cywilizacji opartej na miłości. Chcecie pracować nad usunięciem barier, których powodem czasem jest pycha, a częściej słabość i ludzki lęk. Pragniecie kochać innych bez względu na to, do jakiego należą narodu, jakiej są rasy, czy jaką wyznają religię".

  • O. Jacek Salij, dominikanin, profesor teologii, wykładowca Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Artykuł pierwotnie ukazał się w dzienniku "Rzeczpospolita" 08.02.2006 r., przedruk za zgodą Autora.

    UWAGA: System komentatorski tylko dla zarejestrowanych użytkowników!

    Chcesz się zarejestrować? Tutaj

    Użytkownik:
    E-mail:
    Hasło:

    Komentarz:

     

    Komentarze pozostają własnością ich twórców - redakcja ASME nie bierze za nie odpowiedzialności.

    powrót do strony głównej ASME