| Żurnaliści do żuru, literaci do literatek, a merdia - do d***, czyli następna hucpa na Syjamie? Wysłane piątek, 3, lutego 2006 przez Krzysztof Pawlak |
Bywalcy budynku sejmowego mieli wczoraj okazję do podreperowania swojego poczucia humoru po męczących tygodniach parlamentarnego chocholego tańca. Odbyło się w nim podpisanie tzw. paktu stabilizacyjnego pomiędzy Samoobroną, Ligą Polskich Rodzin i posiadającym swój rząd ugrupowaniem prawicawym Prawo i Sprawiedliwość. Nie byłby to żaden wyjątkowy news, gdyby nie jedna okoliczność. Wysokie Umawiające się Strony zaprosiły do uwiecznienia parafowania tego momentu jedynie żurnalistów z kręgu mediów niezależnych od "saloniku warszowerskiego", pozostających pod przemożnym wpływem redemptorysty Ojca Dyrektora Tadeusza Rydzyka, czyli kamerzystę i dźwiękowca TV TRWAM, reportera nasłuchowego Radia Maryja oraz dziennikarza gazety "Nasz Dziennik".
No i zaczęło się. Jak podaje m.in. serwis Onet: "Szefowa SDP Krystyna Mokrosińska uważa, że uprzywilejowanie jednego nadawcy jest niezgodne z zasadami wolnej konkurencji. Jej zdaniem, złamana została ustawa o dostępie do informacji publicznej, która zobowiązuje partie do informowania o sprawach publicznych.
W ocenie publicysty Janusza Rolickiego, parafowanie umowy jedynie w obecności dziennikarzy telewizji »Trwam«, Radia Maryja i »Naszego Dziennika«, można przyjmować jako »znak złowrogiej przyszłości«. Zdaniem publicysty tygodnika »Wprost« Bronisława Wildsteina, obecność jedynie trzech mediów może oznaczać, że mają one być »gwarantem tego paktu«.
Według socjologa prof. Ireneusza Krzemińskiego, sposób zawarcia umowy, to kolejny sygnał, który świadczy o »zrastaniu się władz państwowych z mediami jednoznacznie katolickimi«".
Niechętna mediom "toruńskiego ośrodka informacji", szefowa SDP Krystyna Mokrosińska, lewacki publicysta, były "rednacz" fanzinu środowisk UB-ecko-milicyjnych "Trybuna" Janusz Rolicki i dyżurny socjolog(/żka? - kto ich tam, "kochających..." wie...) prof. Ireneusz K. - zgodnie "dali odpór" tak jak się po nich spodziewano, czyli nihil novi sub sole. Warto jednak przy tej okazji zastanowić się nad współczesną rolą tzw. merdiów, jakiego pojęcia używa i które szeroko już spopularyzował nasz redakcyjny współpracownik Stanisław Michalkiewicz.
Mamy dobę "mcluhanowskiej medialnej wioski", w której "środek przekazu sam jest przekazem". Sam twórca tego pojęcia wyjaśnia, że "jednostkowe i społeczne konsekwencje działania każdego środka przekazu (...) wynikają z nowych proporcji wprowadzonych w nasze życie przez każde z przedłużeń as samych lub też przez każdą z nowych odmian techniki". Sprowadzając ten akademicki ton do poziomu strawnego dla dzisiejszych "wyk_rz_tałconych" troglodytów - oznacza to m.in., że media mają ambicje kreowania rzeczywistości, z czego nad wyraz chętnie korzystają - pozostając w stu procentach w służbie swych właścicieli. Swoimi działaniami żurnaliści chcą wywołać u odbiorców przekazu określone reakcje, najchętniej pozostające z nimi w ścisłej korelacji. Znowu sprowadzając do prostego obrazu: jeśli dziennikarze bojkotują kogoś - tak samo powinni postępować odmóżdżeni odbiorcy ich relacji. Raz udaje się im to lepiej, raz gorzej - w zależności od poziomu warsztatu, czyli umiejętności wpływu.
Jest jednak - jak zawsze - jedno "ale".
Żurnaliści istnieją TYLKO na tyle, ile czytają/odbierają ich przekazy ich czytelnicy/odbiorcy. I nic więcej. Choćby nie wiadomo, jak się starali "zaznaczyć swoje oburzenie", po nawet stosunkowo krótkim czasie "bojkotu" odbiorcy papki medialnej po prostu uznają, że redakcje go stosujące to po prostu kiepscy rzemieślnicy słowa i przeniosą swoje zainteresowanie do miejsc, gdzie mogą pożądane przez siebie informacje uzyskać. Do KONKURENCJI (o ile takowa istnieje). W tym przypadku - do nadawców przekazu spod znaku redemptoryzmu stosowanego.
Ale ponieważ w obecnym okresie do tego jednego z najstarszych zawodów świata trafiło już młode pokolenie wyrobników słowa, które zostało wyszkolone w błędnym poczuciu wyższości z racji uprawianej publicznej, za przeproszeniem, profesji - to rozżalenie po zastosowanej wobec nich defenestracji ma oczywiście indywidualnie dość wysoki poziom. Choć dopiero po pewnym czasie niektórzy z nich zrozumieją, że była to dobra lekcja pokory, która w przyszłości może zaowocować pogłębieniem refleksji, czyli poprawie warsztatu.
Nawet gdyby przedstawiciele Wysokich Umawiających się Stron zechcieli podpisać jakiś akt dajmy na to - w oparach wygódki czy chlewika pomalowanych w skośne, biało-czerwone pasy i wytapetowanych kartami "obowiązków polskich", bo takie okoliczności przyrody według nich stanowiłyby dobrą oprawę dla rangi tego dokumentu - i w związku z tym przy tej intymnej czynności woleliby pozostawać w trójnasób sami albo w towarzystwie tylko zaufanych sprawozdawców - to jak najbardziej mają do takiego kroku prawo, o czym najoczywiściej zapomnieli szkoleni przez "wykładowców śledczych" żurnaliści nowego chowu. Liberalism über alles! - o czym też zapomnieli wyznawcy tego nowo-starego prądu estetycznego w merdiach, rzucając swoje narzędzia przed drzwi do sali, w której trwała przygotowana dla nich konferencja prasowa. Nie było oczywiście żadnego "bojkotu" redakcji telewizyjnych stacji TVN, TVP, Polsatu, radiowych publicznego Polskiego Radia, stacji prywatnych typu RMF, Radio Zet i innych, prasowych brukowców "Faktu", Gazety Wyborczej" z przyległościami, "Super Ekspressu", "Życia Warszawy" i innych - ze strony przedstawicieli tych trzech ugrupowań: zaproszenie na konferencję prasową dostali WSZYSCY, którzy chcieli.
Tak naprawdę to wydarzyło się jedno: "salonik warszowerski" dostał kolejnego prztyczka w nos i z merdialnym rykiem głosi na miarę czterech ścian, w którym jest uwięziony na własne życzenie - ból, który odczuwa po kolejnej odsłonie detronizacji.
Krzysztof Pawlak
UWAGA:
System komentatorski tylko dla zarejestrowanych użytkowników!
Chcesz
się zarejestrować? Tutaj
Komentarze
pozostają własnością ich twórców - redakcja ASME nie bierze za nie odpowiedzialności.
powrót
do strony głównej ASME