Strona Główna

Konferencja Uniosceptyczna AD 2003

Konferencja eurosceptyków

Witryna Kary Śmierci

Polecane serwisy

 

 

Ślizgamy się na budżecie - Krzysztof Mazur Wysłane wtorek, 31, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

"Chociażbyś miał zginąć,/ Musisz z prądem płynąć" - radził współczesnym Aleksander hr. Fredro, co obecnie przybrało formułę "paktu stabilizacyjnego", w którym również chodzi, mniej więcej, by płynąć z prądem tylko już z dwóch względów: a mianowicie tak ze względu, że "chociażbyś miał zginąć", jak i ze względu "jeżeli nie chcesz zginąć".

Obecny kryzys parlamentarny obnażył całkowicie słabość obowiązujących od kilkunastu lat rozwiązań ustrojowych, pokazał zarazem, że pomimo wyraźnych przesłanek co do konieczności przeformułowania zadań naczelnych organów władzy państwowej, jak i sposobów wyłaniania reprezentacji parlamentarnej, nic w ostatnich latach nie zmieniono w celu zażegnania takim patowym sytuacjom jak te, które występują w obecnym sejmie V kadencji. Okazuje się także, że w obecnym parlamencie nie ma większości zdolnej do przeprowadzenia ustaw zmieniających ten stan rzeczy, tzn. głównie zmiany konstytucji, ale i również szeregu najważniejszych ustaw, np. ordynacji wyborczej, o finansach publicznych, ordynacji podatkowej. Nowe wybory jawią się jako potrzebne głównie dlatego, aby większość w sejmie zdobyły siły polityczne optujące za takimi ustrojowymi zmianami. Tymczasem wszystkie partie, łącznie z PiS-em oskarżanym przez opozycję o dążenie do rozwiązania parlamentu, oficjalnie uważają wcześniejsze wybory za złe rozwiązanie, różniąc się jedynie co do wskazywania tych, którzy są zainteresowani w sianiu zamętu.

Ile kosztują wybory

Niejako w komentarzu do tych sporów jak i w odniesieniu do "groźby" wcześniejszych wyborów ukazało się kilka artykułów wyliczających, ile to nowe wybory mogą kosztować społeczeństwo, co w domyśle miało stanowić rodzaj apelu o sejmowe pojednanie, mające uchronić nas przed 88-milionowym kosztem ponownego udania się do urn wyborczych. W związku z powyższym dowiedzieliśmy się, że zamiast ponownych wyborów rząd mógłby wybudować całe 5 (słownie: pięć) kilometrów autostrad lub wypłacić becikowe dla 88 tys. matek, a i pewnie uszczęśliwić nas jeszcze na wiele innych sposobów, zamiast zmuszać do kolejnego zarywania niedzielnego wypoczynku w supermarkecie. Przy okazji przypomniały się czasy propagandy sukcesu, kiedy to stawiano cegła na cegle, sznurek za sznurkiem tak, by pokazać, ile to razy taką produkcją opasalibyśmy kulę ziemską lub dotarli do Księżyca, a pewnie nawet na Marsa. Jak z tego wynika, nikt nie chce wcześniejszych wyborów, parlamentarzyści chcą oczywiście nam oszczędzić bólu ponownego głosowania - broń Panie Boże, aby bali się o swoje ciepłe sejmowe fotele, oni myślą głównie o nas - my z kolei zamiast głosować chcemy budować autostrady i mieszkania, tzn. nie my chcemy budować, tylko chcemy, żeby rząd budował - a Maciej Łętowski pisze nawet w "Rz", że przyszłe wybory z pewnością "ktoś wygra, przegramy je wszyscy". Oczywiście gdyby red. Łętowski przewidywał, że wygra PO, to ręką zadrżałaby mu przy tak kategorycznym stwierdzeniu, że "przegramy wszyscy", ale widocznie skoro mu nie zadrżała, to przewiduje, że jednak wygra Nie-PO. Od czasu ukonstytuowania się nowego parlamentu coraz częściej skłaniam się do określania PIS mianem Nie-PO, a PO mianem Nie-PiS, oczywiście Samoobrona już od dawna jest Nie-PSL-em, a LPR przez sam fakt negowania samej siebie Nie-LPR. Taki praktyczny podział znacznie ułatwia obserwacje tzw. debat publicznych, których schemat wygląda zwykle tak, że jak powie coś prezes Kaczyński, to za 15 minut prezes Tusk zaprzeczy temu, co powiedział Kaczyński, tłumacząc, że jest zupełnie na odwrót. Oczywiście gdyby przypadkiem najpierw coś oświadczył prezes Tusk - to za 15 minut zaprzeczy temu prezes Kaczyński żałujący, że na rozmowę z Tuskiem nie przyniósł magnetofonu itd. (nb. Michnik nie zapomniał włączyć magnetofonu i jedyne co mu teraz pozostało, to analizy literatury...).

Ile kosztuje zły ustrój

Ale wracając do kosztów wyborów i utraty za ich sprawą pięciu kilometrów autostrady lub kilku zasiłków zwanych teraz "senioralnym", warto zauważyć, że tym co nas kosztuje najwięcej - to złe prawo, niekompetentni posłowie i nieudolny rząd. Władza rządowa i samorządowa wydaje w Polsce dziennie średnio 1,013 mln zł i jest to realny koszt trwania obecnego układu. Jeżeli układ ten mógłby zostać obalony za cenę 88 mln zł, tj. za niespełna 9 proc. jego dziennego haraczu, to powyższa cena warta byłaby obecnego zamieszania, zwłaszcza że wszyscy doskonale wiedzą, iż żadnemu z polityków nie zależy naprawdę na zaoszczędzeniu nam kolejnych wydatków, a jedynie na jak najdłuższym trwaniu na poselskiej posadzie. Zresztą 99,9 proc obecnych parlamentarzystów ich doradców i klakierów są świadomymi lub nieświadomymi wyznawcami ekonomicznej doktryny Keynesa, która sprowadza się do twierdzenia, że nawet zakopywanie butelek z forsą, a następnie ich odkopywanie i uwłaszczanie się odkopujących, napędza koniunkturę. Jeżeli tak, to przecież te 88 mln złotych zostanie wypłacone potrzebującym członkom komisji wyborczych, drukarniom i powielarniom produkującym setki tysięcy podobizn osób gotowych poświęcić się dla ojczyzny, kapelom przygrywającym komitetom wyborczym, no i wreszcie telewizji, która przez to może wyemituje mniej reklamówek zachęcających do opłacania podatku od telewizora. Dlaczego niby "becikowe" czy "senioralne" są dobre, a "wyborcze" czy "referendalne" ma być złe? W końcu w komisjach wyborczych "dorabiają" głownie młodzi ludzie bez stałych dochodów lub bezrobotni, którzy nie łapią się często ani na "becikowe" ani na "senioralne". Oczywiście nie ma żadnej fiskalnej różnicy między "becikowym" a "wyborczym", poza drobną różnicą praktyczną polegającą na tym, że "becikowe" może przysporzyć kilkunastu dodatkowych głosów - a nowe wybory mogą uszczuplić comiesięczne dochody nawet o kilkanaście tysięcy złotych. A że bliższa koszula ciału, dlatego też posłowie zamiast odważnie zastanowić się, jak wykorzystać obecny parlamentarny kryzys dla przeprowadzenia koniecznych zmian ustrojowych, oddają się gierkom gabinetowym, których kluczowym rekwizytem jak się okazało jest ustawa budżetowa.

Budżet fundamentem ustroju

Przy okazji niektórym rozjaśniło się, jak dużą rolę państwowotwórczą pełni ustawa budżetowa, która poza samorozwiązaniem sejmu jest praktycznie jedynym pretekstem pozwalającym skrócić żywot tego ciała ustawodawczego przez inny organ władzy niż sam parlament - a konkretnie przez prezydenta. Wprawdzie niby było to wiadomo od dawna, ale tak się jakoś dotychczas udawało owe ustawy budżetowe przepychać. Problem powstał paradoksalnie dopiero teraz, gdy zarówno prezydent, jak i rząd pochodzą z tej samej opcji politycznej, a żeby było śmieszniej: na uchwaleniu budżetu przedłożonego przez rząd najbardziej zależy opozycji. Świadczy to oczywiście, że ustawa budżetowa stała się narzędziem ustawienia polityki wewnętrznej na okres nieco dłuższy niż okres roku budżetowego i być może byłoby to nawet niezłe wyjście, gdyby faktycznie wśród obecnych decydentów istniała wola zmiany ustroju.
Rzeczywiście istnieje duże prawdopodobieństwo, że nowe wybory nie zmieniłyby składu parlamentu na tyle, by jedna partia w tym wypadku PiS mogła uzyskać większość potrzebną do przeprowadzenia najistotniejszych zmian ustrojowych, a przede wszystkim do zmiany konstytucji i zaprowadzenia prezydenckiego modelu sprawowania władzy wykonawczej. Właściwie istnieją dwa możliwe wyniki tzw. nowego rozdania, pierwszy, najmniej prawdopodobny, to ten dający zdecydowaną większość jednemu ugrupowaniu lub koalicji ugrupowań oraz drugi, w dużym stopniu kopiujący obecną sytuację z pewnymi, nawet czasami dużymi korektami dla konkretnych partii, ale korektami, które wcale nie ułatwią zwycięzcy budowania stabilnej większości - w tym z pewnością większości mogącej zmienić konstytucję. Skoro zaś ani w jednym, ani w drugim wariancie uzyskanie większości mogącej zmienić konstytucję - a tym samy kompetencje poszczególnych organów władzy - jest bardzo mało prawdopodobne, zaś z drugiej strony wszystko wskazuje, że taka zmiana byłaby bardzo potrzebna, jedynym demokratycznym wyjściem z impasu jest odwołanie się do instrumentu referendum, instrumentu rzadko wykorzystywanego, a czyż charakter ustroju wewnętrznego nie jest mniej ważną sprawą od akcesji do UE? Obecnie jest to nawet sprawa najważniejsza, gdyż skoro już w tej Unii jesteśmy, to nasz głos i nasze zdanie będzie wprost proporcjonalne do siły naszego kraju, tak więc czy wchodząc do UE, czy mając w planie z niej wychodzić - na wszelki wypadek lepiej być silniejszym.
Powiązanie wyborów z referendum, które dotyczyłoby zmiany konstytucji w zakresie wprowadzenia modelu prezydenckiego, zmiany sposobu wyłaniania reprezentacji parlamentarnej oraz zrównoważonego budżetu z konstytucyjnym zakazem deficytu budżetowego, wiązałoby - w wypadku pozytywnego wyniku głosowania - nawet rozproszony parlament do przeprowadzenia takich zmian. Wynika to wprost z art. 125.3. konstytucji, który mówi, że po spełnieniu formalnej przesłanki udziału ponad połowy uprawnionych, wynik referendum jest wiążący. Przy okazji powiązanie wyborów z takimi konkretnymi referendalnymi tematami sprowadziłoby przedwyborczą dyskusję na konkretne problemy ustrojowe, a nie na chwytliwe, ale nic znaczące obiecanki, kto, komu i ile kilometrów drogi wybuduje czy "becikowego", "uczniowskiego", "menopauzowego" lub "senioralnego" rozda.
Czas najwyższy, aby połowa roku parlamentarnego nie upływała na wałkowaniu tematu 1001 poprawki do ustawy budżetowej, ministrowie nie zmieniali się co kilka tygodni, a co miesiąc sejm debatował nad wotum zaufania do premiera. Niech rządzi gabinet prezydencki i niech ten gabinet na drodze własnego rozporządzenia ogłasza plan dochodów i wydatków budżetowych, który byłby aktem wykonawczym do ustawy o finansach publicznych. W końcu przecież przy konstytucyjnym zakazie deficytu, wszystkie wydatki budżetowe musiałby mieć pokrycie w dochodach, a o dochodach i tak decyduje parlament poprzez ustawy podatkowe.
Ale czy pomysłodawcom "paktu stabilizacyjnego" rzeczywiście chodzi o zmianę ustrojową, czy tylko o "zatopienie Platformy", a raczej kierownika tej Platformy, który heroicznie zapewnia z kolei, że "nie chce pchać narodu do kolejnych wyborów"? Nie chce pchać również prezydent Kaczyński, który z niespotykaną dla siebie werwą przystąpił do godzenia niedoszłych koalicjantów i pewnie o to chodziło, aby pokazać, że PiS chciał, ale opozycja bruździła, PiS chciał do koalicji wszystkich, ale przecież nie można ludzi z wyrokami brać do rządu itd. W końcu i tak prezydent Kaczyński wszystkich pogodzi, więc będzie, co być miało, a że prezydent jest podobny do swojego brata, to i część splendoru na takiego drugiego też przejdzie. A w razie wyborów może się to przydać.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


UWAGA: System komentatorski tylko dla zarejestrowanych użytkowników!

Chcesz się zarejestrować? Tutaj

Użytkownik:
E-mail:
Hasło:

Komentarz:

 

Komentarze pozostają własnością ich twórców - redakcja ASME nie bierze za nie odpowiedzialności.

powrót do strony głównej ASME