Strona Główna

Konferencja Uniosceptyczna AD 2003

Konferencja eurosceptyków

Witryna Kary Śmierci

Polecane serwisy

 

 

Liberałowie przechodzą na etaty(zm) - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 27, stycznia 2006 przez Krzysztof Pawlak

Jak wszystkim wiadomo, p. prof. Lubińska, która była "dobrym" ministrem finansów, została zdymisjonowana do kancelarii premiera, aby ustąpić miejsca "najlepszej" kandydatce na to stanowisko, czyli p. prof. Gilowskiej. W związku z tym, że parytety płci, stanowisk i tytułów naukowych zostały zachowane, nie byłoby o czym pisać, gdyby nie fakt, że p. prof. Gilowska jest podobno "liberałką", a rząd premiera Marcinkiewicza powstał jako opozycja do "rozwiązania liberalnego". Wprawdzie p. Janusz Korwin-Mikke pisząc: "oczywiście ortodoksi Wolnego Rynku zaraz będą narzekali, że nie wprowadzi Ona podatku ryczałtowego osobistego, a nawet i liniowego, ani nie zniesie obowiązku płacenia na ZUS...", uprzedził ewentualną krytykę ostatnich politycznych mezaliansów, ale nie zmienia to faktu, że ministerialna nominacja p. Gilowskiej w dodatku przypisywana prawie oficjalnie Jarosławowi Kaczyńskiemu, osłabiła z jednej strony pozycję premiera, a z drugiej - wprowadziła nieco zamieszania i zarazem zmieszania w środowisku nie tylko liberałów skupionych w klubie PO, ale i prawdziwych zwolenników przemian wolnorynkowych.

Bez fałszywej skromności (wystarczy mi prawdziwa) chciałbym zauważyć, że należałem do tych, którzy dużo wcześniej zanim - wtedy jeszcze pani poseł - zerwała z PO, podważali liberalizm obecnej minister ds. finansów, wskazując z jednej strony na przywiązanie do konstrukcji deficytu budżetowego (słynne sformułowanie o "sprawiedliwości międzypokoleniowej") oraz dość infantylną interpretację przemian będących skutkiem kontraktu "okrągłego stołu".
W wydanej niedawno staraniem wydawnictwa Arwil "Przyszłości konserwatyzmu" Russel Kirk wymienia sześć głównych "celów egzystencji" i "celów życia, które poprowadziłyby je ku prawości". Powody te zostały zapewne nieprzypadkowo uszeregowane, przy czym o ile jako pierwszy z tych celów wymieniona została "wiara religijna", tak na wysokiej - bo drugiej - pozycji autor umieścił: "współzawodnictwo o aprobatę ze strony ludzi, którzy nadają ton społeczeństwu".
Tak rozumiana samorealizacja nakierowana na uzyskanie "aprobaty ze strony ludzi, którzy nadają ton społeczeństwu" nie musi być z oczywistych powodów sprzeczna z interesem państwa, ba!, wpływowa część liberałów uważa nawet, że tym co przyczynia się do dobra wspólnego, jest właśnie ten rodzaj egoizmu, który składa się na konstrukcję homo oeconomicus. Jednakże pani minister Gilowska wkrótce po zaprzysiężeniu na ministerialną funkcję swoje poglądy określiła mianem liberalizmu chrześcijańskiego, który idąc tropem krytyków sprawiedliwości społecznej, należałoby również rozumieć jako coś innego niż liberalizm bezprzymiotnikowy albo raczej - bezwyznaniowy.

Solidarni konwertyci na rzecz konwergencji

Obecna minister finansów nie tylko zmieniła sposób artykułowania swoich poglądów, ale błyskawicznie przyswoiła sobie sposób argumentacji dość charakterystyczny dla większości liderów PiS-u, który można określić rodzajem polish political corectness. Tak więc wydatki socjalne są wprawdzie nadal za duże, ale becikowe to nie wydatek socjalny, lecz element polityki demograficznej, podatek liniowy jest dobry... ale obecnie nie ma możliwości jego wprowadzenia, system finansowy jest zły i niewydolny..., ale współtwórca tego systemu, czyli Leszek Balcerowicz jest najbardziej zasłużoną postacią przełomu III i IV RP, itp. Najbardziej zagadkową wypowiedzią było jednakże stwierdzenie, że "gra się tak, jak przeciwnik pozwala", które padło w kontekście zapytania o sposób pogodzenia własnych liberalnych przekonań z doktryną obecnego rządu - po którym osobiście dłuższą chwilę próbowałem zrozumieć, kto w rozumieniu pani minister ma być owym przeciwnikiem: społeczeństwo, które nie chce liberalizmu, opozycja, której większa część z PO chce liberalizmu czy PiS, który tworzy rząd i nie chce liberalizmu? Kontekst wypowiedzi i jej rozbiór logiczny wskazuje, że chodziło najpewniej o trzecią wymienioną możliwość, ale w takim razie mamy cokolwiek groteskową sytuację, gdy pani minister finansów i wicepremier odpowiedzialna za najważniejsze resorty gospodarcze traktuje swój własny rząd i ugrupowanie, które ten rząd popiera jako "przeciwnika".
Oczywiście wspomniana powyżej wypowiedź była swoistym bon motem, który niekoniecznie precyzyjnie mógł oddawać sposób myślenia autorki, jednakże przywołanie przez minister Gilowską analizy p. prof. Staniszkis, traktującej o postępującej konwergencji partii politycznych, jako uzasadnienia przejścia na rządową posadę - z pewnością nie było jedynie przypadkowym impulsem, ale przemyślanym i zobowiązującym wyartykułowaniem prawdziwych poglądów nie tylko minister Gilowskiej, ale zapewne dużej części "postępowych liberałów", skupionych tak w opozycji parlamentarnej, jak i spotykanych poza ulicą Wiejską. Takie też jest uzasadnienie analizy zachowania do niedawna "ryczącej liberałki", obecnie "liberałki chrześcijańskiej" - a jak wynika z oficjalnych wypowiedzi - to naprawdę kolejnego "państwowca", tylko w spódnicy.
Rzeczona analiza, która miała skłonić p. Zytę Gilowską do przejścia na stronę ludzi, "którzy (obecnie) nadają ton społeczeństwu", była jedną z wielu opinii, które w ostatnim okresie wskazywały, iż ugrupowania oficjalnie deklarujące się jako konkurencyjne - zaczynają nie tylko praktycznie, ale także formalnie tworzyć koalicje, tłumacząc to dobrem państwa i koniecznością prowadzenia perspektywicznej polityki. Asumptem do takich rozważań stała się wielka koalicja w Niemczech, gdzie różnica wyborczych rezultatów pomiędzy pierwszym a drugim ugrupowaniem była jeszcze mniejsza niż pomiędzy PiS i PO. O tym, że tak w Europie Zachodniej, jak i w Polsce różnice pomiędzy partiami określającymi się jako prawicowe i lewicowe są bardziej deklaratywne niż rzeczywiste, np. tygodnik "Najwyższy CZAS!" pisał już od dawna, obecna zmiana jakościowa polega na tym, że uznani politolodzy jak p. Staniszkis, a za nimi inni wpływowi cmokierzy sceny politycznej i publicystycznej, zaczynają to upodabnianie się traktować jako publiczną wartość. Oczywiście możliwym byłoby sprowadzenie powyższego postulatu do absurdu, pokazując, że idealnym systemem byłby taki, w którym kandydat republikanów miałby nie tylko prawo, ale nawet obowiązek mianować wiceprezydentem kandydata demokratów i na odwrót, ba!, jaka to byłaby oszczędność czasu i intelektualnego wysiłku wyborców, gdyby obaj kandydaci wspólnie objeżdżali Amerykę tłumacząc wyborcom, że jeśli na prezydenta wybiorą pannę Rice, to wice zostanie pani Clintonowa i vice versa! W Polsce poniekąd już tak uczyniono, gdyż ile to w ostatnim okresie mogliśmy poczytać i wysłuchać opinii, że naród czuje się zawiedziony, gdyż głosując na PiS, myślał, że partia ta będzie rządzić z PO - a głosując na PO, wierzył święcie, że resorty siłowe weźmie PiS. Już widzę te bilbordy wyborczej przyszłości, na których obok prezydenta Kaczyńskiego zostanie umieszczony wielki napis "nasz prezydent IV RP, wasz premier z Krakowa" albo "prezydent z zasadami, premier z radami" (nadzorczymi oczywiście).

Prowizorium liberalne

Niestety, powyższe hasła wsparte naukowymi analizami i filozoficznymi przemyśleniami doskonale wpisują się w postępujące trendy cechujące naszą umierającą cywilizację, czyli narastającą inwigilację, standaryzację i uniformizację, fiskalizację, stagnację i dekadencję - a obecnie również konwergencję. Z jednej strony polski rząd zwiększa wydatki na wspieranie "pomarańczowych rewolucji" i tworzenie mediów zwalczających białoruską monopartię, z drugiej zaś marzy o powrocie do takiej monopartyjności w swoim kraju, tak jakbyśmy systemu "trzy w jednym" już nie przerabiali.
W ostatnich dniach wystąpiło szereg zastanawiających zbiegów okoliczności - jeżeli takowe w ogóle istnieją - najpierw nominacja Zyty Gilowskiej, wskazująca, że finanse publiczne będą trzymane mocno w ryzach, następnie sondaże pokazujące, że w przyspieszonych wyborach PiS bierze większość ław poselskich, następnie sejmowa dyktatura marszałka Marka Jurka, później negocjacje zakończone przełożeniem debaty budżetowej. Konstytucyjny zapis umożliwiający prezydentowi skrócenie kadencji sejmu na wypadek braku poparcia dla ustawy budżetowej stanowi dość wyraźną zachętę dla obecnej mniejszościowej koalicji do wykorzystania tego instrumentu w celu "zmiękczania" swoich chimerycznych parlamentarnych sprzymierzeńców, dlatego też trudno dziwić się, że rządzące ugrupowanie nie chciałoby tanio pozbywać się wspomnianego atutu. Rząd mniejszościowy może z kolei rządzić zarówno w oparciu o ustawę budżetową, jak i na podstawie prowizorium budżetowego, które jest niczym innym niż planem wydatków i tak już przygotowanym pod projekt wspomnianej ustawy. Taki rząd mniejszościowy z silnym ministrem finansów, wspomagany korzystnymi sondażami i działający pod ochronnym parasolem prezydenta uzbrojonego w straszak wcześniejszych wyborów, może być znacznie sprawniejszy i bardziej niezależny niż rząd mniejszościowy, uzależniony od humorów liderów LPR czy Samoobrony. Inną sprawą jest natomiast, czy takie rozwiązanie będzie służyło naszej steranej gospodarce i tym samym pomyślności obywateli, gdyż taka polityka zasadza się na nieustannym stosowaniu socjotechnicznych metod w celu utrzymania sondażowej przewagi, co jak wiadomo - wyklucza jakiekolwiek konieczne, acz niepopularne działania. Z tego też względu gdyby za pomocą obecnego dumpingu politycznego nie udało się szybko przeprowadzić silnej grupy parlamentarzystów z klubu Podo PiS-u, to prawdopodobnie ujrzymy jeszcze utęsknione oblicze POPiS-u, zwłaszcza, że przedsięwzięciu ma sprzyjać hierarchia "kościoła łagiewnickiego".

Nadmiar socjalliberałów

Pomimo buńczucznych prognoz Jana Rokity, iż to nowo mianowana minister finansów zdominuje rząd i PiS, a nie odwrotnie, już wstępne wywiady z prof. Gilowską wskazują, że zwolennicy państwa solidarnego nie mają dużych powodów do obaw, a jeśli minister powiada, że resort "pluł krwią" w poszukiwaniu dodatkowych pieniędzy na zwiększone wydatki, to trzeba pamiętać, że resort pluł na papier, a krwią to rzeczywiście będą pluć podatnicy, mający sfinansować owe wydatki. Minister Zyta Gilowska nie tylko nie wprowadzi podatku osobistego lub liniowego, nie tylko nie zniesie przymusu ubezpieczeń, ale także nie zmieni sytemu finansowania ochrony zdrowia, polityki pieniężnej, polityki fiskalnej, polityki majątkowej w tym prywatyzacyjnej i szeregu innych pomniejszych spraw istotnych dla pomyślnego prowadzenia spraw naszego kraju. Jeśli już, to prędzej będziemy świadkiem narodzin socjalliberalizmu chrześcijańskiego w przeciwieństwie do świeckiego nurtu tego wyznania, reprezentowanego przez posła Andrzeja Lepepra. Nieszczęśliwym paradoksem może być natomiast to, że po raz kolejny osoby kojarzone z liberalizmem będą prowadzić etatystyczną politykę nowej ekipy, która zamiast likwidować przyczyny politycznych i ekonomicznych patologii, tworzy superurzędy mające zwalczać skutki. Jarosław Kaczyński miał rację, że Polaków należy bardziej rozruszać, niestety, liderowi PiS-u wydaje się, że to rozruszanie powinno polegać na zabraniu ludziom ich pieniędzy, by rząd za te pieniądze miał tychże obywateli aktywizować. Państwo może rozruszać swoich obywateli, zostawiając ich samym sobie w dziedzinie zarabiania, wydawania, kształcenia i wychowywania dzieci - zapewniając im jedynie bezpieczeństwo życia i obrotu materialnego. Ale żeby tak się stało, to schemat rządzenia nie może opierać się na fakcie, że jedna pani profesor coś napisze w gazecie, druga to przeczyta i zechce zostać ministrem finansów, a trzecia - dla dobra Polski - ustąpi jej miejsca w tym fotelu, by przejść na z góry upatrzone pozycje do kancelarii premiera. I jeszcze jedno: ojczyźnie dobrze zrobiłoby, gdyby premier i jego ministrowie pracowali jak inni od 8 do 16, osiem godzin dziennie - to wystarczająca ilość czasu, aby załatwić dzienną normę papierkowej roboty. Osobiście mam już dość nieustannego epatowanie mnie informacjami, jak to taki czy inny prominent poświęcał się dla mojego dobra do 10, 11 12 w nocy lub 4, 5 czy 6 rano, "pluł krwią", omdlewał, głosił orędzia lub je odwoływał, zamykał czy okupował mównicę itp. Nam wystarczy liberalno-etatystyczny rząd na prowizorium budżetowym i solidarna gospodarka rynkowa.

Krzysztof Mazur


UWAGA: System komentatorski tylko dla zarejestrowanych użytkowników!

Chcesz się zarejestrować? Tutaj

Użytkownik:
E-mail:
Hasło:

Komentarz:

 

Komentarze pozostają własnością ich twórców - redakcja ASME nie bierze za nie odpowiedzialności.

powrót do strony głównej ASME