Strona Główna

Konferencja Uniosceptyczna AD 2003

Konferencja eurosceptyków

Witryna Kary Śmierci

 

KONIEC LUSTRACYJNYCH NONSENSÓW? - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane piątek, 23, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Na ostatnie wyroki lustracyjne rzutuje kontrowersyjna decyzja Sądu Najwyższego, który sprzeciwił się lustracji osób nie pełniących funkcji publicznych. Niektóre sądy stosują tę wykładnię, inne nie. Właśnie weszło w życie jeszcze bardziej absurdalne i szkodliwe orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, zezwalające na dostęp do akt Instytutu Pamięci Narodowej byłym SB-kom i TW (mogą teraz manipulować procesami lustracyjnymi). Wcześniej Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych (w związku z wyciekiem tzw. listy Wildsteina) odebrał taką możliwość osobom spoza Instytutu. Polska lustracja zabrnęła w ślepą uliczkę. To ostatni moment, aby uporządkować ten lustracyjno-kompetencyjny bałagan. Czy dokona tego wybrany właśnie przez Sejm na prezesa IPN Janusz Kurtyka?

Jakie były te ostatnie wyroki lustracyjne? Sąd Najwyższy postanowił, że Henryk Szlajfer, niegdyś opozycjonista, a teraz dyplomata, nie ma prawa do autolustracji. Mimo, że pracował w MSZ i kandydował na stanowisko ambasadora Polski w USA, uznano, że nie jest osobą publiczną w rozumieniu ustawy lustracyjnej. Wcześniej z tego samego powodu wniosek Szlajfera odrzucił Sąd Lustracyjny. Podejrzewany o współpracę z SB i donosy na środowisko Adama Michnika w latach 70., chciał się oczyścić z zarzutów. Szlajfer powoływał się na przepis ustawy lustracyjnej o "innych szczególnie uzasadnionych przypadkach". Takiego przypadku nie dopatrzył się jednak sędzia Piotr Hoffmański, który z ramienia SN rozpatrywał sprawę niedoszłego ambasadora (Szlajfer może jeszcze złożyć skargę konstytucyjną, lub odwołać się do międzynarodowych trybunałów). Szlajfer argumentował również, że sądy wszczęły dwa procesy autolustracyjne: byłego podziemnego wydawcy Henryka Karkoszy, i obecnego szefa Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa Andrzeja Przewoźnika, którym formalnie autolustracja też nie przysługiwała. Odnosząc się do tego, sędzia Hoffmański stwierdził, że tylko Szlajfer odwołał się do SN i dlatego tylko jego dotyczy orzeczenie, a - co za tym idzie - "nie wywiera ono żadnych skutków prawnych wobec wszczętych już procesów lustracyjnych".

RÓŻNE AUTOLUSTRACJE

Praktyka orzecznictwa lustracyjnego okazała się jednak inna. Sąd Lustracyjny umorzył prowadzoną od roku, przywoływaną przez Szlajfera, autolustracyjną sprawę Henryka Karkoszy. Postanowił tak, mimo, iż jego proces, po 12 rozprawach, miał się już ku końcowi, a bronił go znany ze skutecznych wystąpień, m.in. przed komisją ds. Orlenu mecenas Jan Widacki. Ale wydawca Karkosza to nie biznesmen Kulczyk.
Zupełnie inaczej potoczyła się autolustracja Andrzeja Przewoźnika. Sąd Lustracyjny całkowicie oczyścił go z zarzutów, stwierdzając, że zebrane dowody i zeznania świadków "absolutnie wykluczają" tezę, że w latach 80. współpracował on z bezpieką. Ujawnił też, że były kapral SB Paweł Kosiba, autor notatki z 1990 r., w której wymienił nazwisko Przewoźnika jako swojego agenta, przyznał się przed sądem, że świadomie napisał nieprawdę. Sąd potwierdził natomiast, że Przewoźnik był ofiarą inwigilacji ze strony bezpieki.
Zarzut współpracy z SB wykluczył wcześniej Przewoźnika z kandydowania na stanowisko prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Kolegium Instytutu (11 członków rekomendowanych przez partie polityczne i Krajową Radę Sądownictwa) powołało się bowiem na zapis ustawy o IPN mówiący, że prezesem nie może być osoba, co do której, według materiałów archiwalnych, istnieją nawet minimalne przesłanki wskazujące na możliwość współpracy z SB. Zdaniem członka Kolegium IPN Sławomira Radonia nawet rozpisanie nowego konkursu na szefa Instytutu nie wpłynęłoby na sytuację Przewoźnika, gdyż - mimo wyroku sądu - "przesłanki do odrzucenia jego kandydatury nie ustały".
Te lustracyjne nonsensy stara się wyjaśnić inny członek Kolegium IPN Andrzej Grajewski: - Otrzymaliśmy tajne dokumenty, m.in. z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, które były przesłanką uniemożliwiającą panu Andrzejowi Przewoźnikowi kandydowanie. Notatka Kosiby nie miała żadnego wpływu na naszą decyzję.
I jeszcze jedna sprawa autolustracyjna, która tym razem dotyczy "osoby publicznej". Sąd Lustracyjny przerwał, rozpoczęty we wrześniu, proces przewodniczącego Państwowej Komisji Wyborczej Ferdynanda Rymarza, podejrzanego o współpracę najpierw z wojskowymi, a potem cywilnymi służbami specjalnymi PRL. Sprawa musi rozpocząć się od nowa ze względu na… chorobę dotychczasowego sędziego i wyznaczenie nowego.

PÓŁ ROKU W PLECY

Równolegle z Sądem Lustracyjnym i Rzecznikiem Interesu Publicznego lustrację przeprowadza Instytut Pamięci Narodowej, w którym zapowiadają się właśnie duże zmiany. Choć 5-letnia kadencja prezesa Leona Kieresa formalnie minęła już w czerwcu, do tej pory nie można było wybrać jego następcy. Kolegium IPN odrzuciło po kolei kandydatury Leona Kieresa (ubiegał się o drugą kadencję) i Leszka Bullera (dawnego pracownika UOP). Janusz Kurtyka pokonał rywali dopiero w drugim, wrześniowym konkursie. Nie przyspieszyło to sprawy, gdyż zaakceptowany kandydat, aby zostać powołanym, musiał poczekać na ukonstytuowanie się nowego Sejmu.
W ten sposób prezesem IPN, tyle, że pełniącym obowiązki pozostał Kieres, a działalność Instytutu praktycznie zamarła. Kieres publicznie oświadczył zresztą, że nie będzie podejmował żadnych strategicznych decyzji i słowa dotrzymał. Skutek był taki, że nie można było ustalić nowego budżetu IPN, a zatem zaplanować nowych projektów badawczych.
Teraz pozostawało pytanie, czy Sejm wybierze Kurtykę. Pamiętając, że w poprzedniej kadencji posłowie męczyli się z tym przez kilka miesięcy (Kolegium IPN musiało kilkakrotnie wyłaniać kandydata), sprawa nie była taka prosta.
Nowy (i jedyny) kandydat na prezesa IPN musiał dostać 3/5 głosów, czyli przy stuprocentowej frekwencji - poparcie 276 posłów. Chodziło zatem o poparcie posłów z dwóch największych klubów - PO (133) i PiS (155), czyli razem 287.
Jeszcze kilka dni temu Kurtyka mógł być pewny jedynie głosów Platformy, (choć część partii upierała się przy kandydaturze Andrzeja Przewoźnika, - czyli chciała rozpisania kolejnego konkursu na prezesa IPN, w którym ponownie - po oczyszczeniu przez sąd - startowałby szef Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa; ostatecznie platformersi wprowadzili dyscyplinę głosowania na Kurtykę). PiS wahał się. Przed drugą turów wyborów Lech Kaczyński zarzucał Kurtyce, że to on wyeliminował Przewoźnika z walki o prezesurę Instytutu. Z krakowskiego oddziału IPN, którym kieruje Kurtyka, pochodziła bowiem wspomniana już notatka kaprala Kosiby.

Z KOSIBĄ W TLE

A propos Kosiby - faktycznie krakowski IPN udostępnił jego notatkę (jako jeden z wielu dokumentów) szefowi krakowskiej Platformy Obywatelskiej Zbigniewowi Fijakowi na potrzeby badań naukowych. A propos nieczystej gry Kurtyki - jeśli nawet sprawa Kosiby miała wpływ na decyzję Kolegium Instytutu, to bardziej mogła ona zaszkodzić niż pomóc Kurtyce, za sprawą sugestii (lansowanej uporczywie m.in. przez "Gazetę Wyborczą"), że oto szef krakowskiego IPN idzie do władzy po trupach.
A propos krytyki Kurtyki, zorientowani komentowali, że kandydat na prezydenta tak naprawdę nic nie miał do kandydata na szefa Instytutu, a była to jedynie propagandowa zagrywka, aby pozyskać bardziej umiarkowany elektorat. Zresztą drugi Kaczyński - Jarosław odciął się wówczas, - co rzadko się zdarza - od słów brata. Bardziej wiarygodna wersja brzmiała, że część PiS nie była zbyt przychylna Kurtyce, gdyż postrzegała go jako człowieka lidera PO Jana Rokity.
Kurtyka jakoś jednak przekonał do siebie partię Kaczyńskich. Może z prozaicznego powodu, że - jak przyznał marszałek Sejmu Marek Jurek z PiS - jego pryncypałowie nie mieli konkurencyjnego kandydata. Poza tym rządzący mogli się obawiać, że jeśli teraz nie wybierze się prezesa IPN, w przyszłości może to być tylko trudniejsze.

SOJUSZ SOJUSZU Z SAMOOBRONĄ

Kandydaturę Janusza Kurtyki odrzucił SLD, z ogólnie znanych przyczyn w ogóle przeciwny istnieniu IPN, a szczególnie jego pionu śledczego. W sejmowej dyskusji szczególnie napastliwi byli posłowie Gadzinowski i trochę mniej ostatnio piskliwa (po częściowym remoncie głosu) Senyszyn. Zarzucili Kurtyce to, co Lech Kaczyński, (choć używając dużo bardziej dosadnej retoryki) - wyeliminowanie z walki Przewoźnika za pomocą ubeckich papierów. Postkomuniści upierali się, że tylko wyłoniony w ponownym konkursie kandydat (czytaj: Przewoźnik) będzie miał "moralny, a nie tylko polityczny mandat, by ubiegać się o to stanowisko". Ciekawe zresztą, czy lansowanie Przewoźnika było tylko grą SLD na opóźnienie wyboru prezesa IPN?
Ostatecznie Sejm wybrał Kurtykę znaczną większością 332 głosów PiS, PO, LPR i PSL (choć ludowcy zgłaszali wcześniej zastrzeżenia). Przeciw był SLD i Samoobrona (podzieliła "argumenty" kolegów z Sojuszu). Znów zaistniała wypróbowana w poprzedniej kadencji koalicja postkomunistów z ich populistyczną przybudówką (w tym kontekście ataki na PiS za konszachty z partią Leppera są groteskowe).
Janusz Kurtyka jedną nogą jest już zatem prezesem IPN. Zatwierdzenie go przez zdominowany przez PiS Senat wydaje się zwykłą formalnością. Po wyborze przez Sejm ten prawie prezes Instytutu zapowiedział zreformowanie jego struktury i usprawnienie działań, których priorytetem będzie "ostatni okres funkcjonowania reżimu komunistycznego", czyli lata 70. i 80., co szczególnie musi drażnić lewicę. Drażni zapewne i wcześniejsza zapowiedź Kurtyki o powszechnym dostępie do akt IPN dla naukowców i dziennikarzy, (co zablokowano za prezesury Kieresa), ale z wyłączeniem obyczajowych brudów.

"CASUS PRZEWOŹNIKA" DO WALKI Z ROZLICZENIAMI

Podobnie rozłożą się zapewne polityczne głosy podczas debaty i głosowania nad projektem zmian w ustawie o IPN. Odpowiedni projekt PiS zakłada, że to właśnie Instytut przejmie całość procedur lustracyjnych, przy jednoczesnej likwidacji instytucji Rzecznika Interesu Publicznego i Sądu Lustracyjnego. Powodem - w największym skrócie - jest wspomniany wyrok Trybunału Konstytucyjnego, przyznający prawo dostępu do tajnych akt służb PRL ich funkcjonariuszom i agentom, oraz uzasadniona nieufność do nowego, związanego z lewicą RIP Włodzimierza Olszewskiego.
A co o lustracji tylko w IPN myśli Janusz Kurtyka? - Jeśli Sejm uchwali odpowiednie ustawy, to na pewno będziemy je realizować - zapowiedział. Wydaje się zatem, że nowy prezes będzie sojusznikiem braci Kaczyńskich, bo bez jego poparcia trudno by im było zmieniać, zapowiadane od dawna, zasady lustracji.
Ustawa o IPN musi zostać znowelizowana także dlatego, żeby przeciwnicy lustracji nie wykorzystywali "casusu Przewoźnika" do walki z rozliczeniami. Przede wszystkim należy mieć nadzieję, że pod rządami Kurtyki ustalone zostaną, zaniedbane przez Kieresa, priorytety badania i rozliczania polskiej historii (symbolicznie rzecz ujmując, w wyścigu o narodową pamięć Katyń wygra rywalizację z Jedwabnem), i nie będzie więcej wpadek a la ojciec Hejmo. Konieczne są również jasne standardy dostępu do teczek. Kolejną priorytetową kwestią jest rozstrzygnięcie, kto powinien podlegać lustracji (czy np. dziennikarze i którzy - tylko mediów publicznych, czy także prywatnych).
Czekamy także na ostateczne wyjaśnienie takich spraw, jak masakra robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. i w kopalni Wujek w grudniu 1981 r., czy przeszłości architektów dawnego systemu, w tym gen. Wojciecha Jaruzelskiego, agenta Informacji Wojskowej, ps. "Wolski" (ostatnio generał, nie chcąc komentować odnalezionych w IPN dokumentów na swój temat - bo poczuł się bardziej chory - zapowiedział dołączenie doń sprostowania, co jest możliwe właśnie dzięki "ubeckiemu" orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego i co może mieć wpływ na sądowe wyroki na generała). A propos Jaruzelskiego i jego wyroków, katowicki oddział IPN, który prowadzi śledztwo w sprawie stanu wojennego, wystąpił ostatnio do MON o odtajnienie akt dotyczących wydarzeń z 13 grudnia 1981 r. Prokuratorzy mają nadzieję znaleźć w nich potwierdzenie, że zagrożenia sowiecką interwencją wówczas nie było, co pomogłoby postawić generała przed sądem.

O NOWY SYSTEM LUSTRACYJNY

Problem UB, SB, czy WSI w III (IV?) RP polega także na tym, że ludzie PRL-owskich służb specjalnych mają nadal ogromny wpływ na politykę i gospodarkę. Dlatego - jak postuluje Zbigniew Romaszewski, senator PiS - Polsce potrzebny jest spójny system ustawy lustracyjnej, ustawy o IPN, ustawy o ochronie tajemnicy państwowej i ustawy o ochronie danych osobowych.
Tak więc, wyglądamy również zapowiadanej przez PiS likwidacji wywodzących się jeszcze ze stalinizmu Wojskowych Służb Informacyjnych - chyba jedynej instytucji w Polsce, która pozostała odporna na wszelkiego rodzaju rozliczenia.
Wracając do IPN, trzeba wierzyć, że skończą się również jego kłopoty finansowe. W poprzedniej kadencji postkomunistyczni posłowie, pod różnym pretekstem, regularnie obcinali budżet Instytutu. Oczywiście po to, aby najpierw storpedować jego działania, a następnie w ogóle skasować ten dziwny twór, sprzeczny z okrągłostołową ideą i praktyką ogólnonarodowego pojednania. Teraz już to nie przejdzie. To, póki co, jedyny pewnik "w temacie" Instytutu Pamięci Narodowej.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI

Janusz Kurtyka
urodził się w 1960 r. w Krakowie. Ukończył Wydział Historyczno-Filozoficzny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest doktorem nauk historycznych - specjalizuje się w historii Polski średniowiecznej i wczesnonowożytnej oraz historii konspiracji niepodległościowej w Polsce po 1944 r. Od 1979 r. działał w krakowskiej opozycji. Współtworzył Niezależne Zrzeszenie Studentów w Instytucie Historii UJ. Wykładał w Chrześcijańskim Uniwersytecie Podziemnym. Od 1985 r. pracuje w Instytucie Historii PAN. W 1989 r. został przewodniczącym koła NSZZ "Solidarność" krakowskich placówek Instytutu Historii PAN. Jest wykładowcą Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Przemyślu. Od roku 2000 r. kieruje krakowskim oddziałem IPN, którego był współtwórcą.

Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.


Użytkownik:
E-mail:
Hasło:

Komentarz:

 

Komentarze pozostają własnością ich twórców - redakcja ASME nie bierze za nie odpowiedzialności.

powrót do strony głównej ASME