Strona Główna

Konferencja Uniosceptyczna AD 2003

Konferencja eurosceptyków

Witryna Kary Śmierci

 

Kto sieje wiatr... czyli dylematy blondynki - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 7, grudnia 2005 przez Krzysztof Pawlak

Coraz częściej spotykam się z pewnym towarzysko-politycznym zjawiskiem, a mianowicie kiedy w środowisku tzw. prawicowców poddaje się krytyce jakieś zamierzenia rządu Marcinkiewicza lub działania nieformalnej koalicji parlamentarnej, praktycznie zawsze reakcją na to jest podejrzenie o sprzyjanie zamierzeniom Platformy Obywatelskiej lub jakimś konkretnym politykom tej partii. Usłyszeć wtedy zazwyczaj można: "No przyznaj się, tak naprawdę popierasz Tuska?", "Lubisz tych liberałów z Platformy, prawda...?" itp. W najlepszym wypadku na jakiś trudny to obalenia zarzut przeciwko rządzącym rozpoczyna się hamletyzowanie w stylu: "To co - wolałbyś, żeby rządzili ci aferałowie z PO?...". Być albo nie być..., tzn. być z PiS-em albo nie być z PiS-em - tak wygląda obecna polaryzacja sceny politycznej według środowiska tzw. partii protestu.

Trudno jednoznacznie wskazać na przyczyny, dla których część osób tak przywiązała się do krytyki PO, że nawet w dwa miesiące po spektakularnej porażce wyborczej tej partii i jej dość skutecznym zneutralizowaniu, a właściwie samowykluczeniu, dalej za różne bolączki naszego życia politycznego skłonni są oni obwiniać partię Tuska i Rokity. W sumie daje to często dość zabawne rezultaty, podobne do sytuacji opisywanej przez dowcip z lat 80., w którym spotyka się dwóch radykałów jeden ze Związku Radzieckiego i drugi ze Stanów Zjednoczonych. Przedstawiciel Ameryki chwali się, że mimo wszystko w USA panuje wolność słowa, gdyż każdy, kiedy tego chce może wyjść, zwołać wiec i skrytykować Reagana, na co delegat ZSRR skontrował, że w Sowietach panuje jeszcze większa wolność słowa, gdyż podobnie każdy może wyjść, zwołać wiec i skrytykować Reagana, a rząd go jeszcze za to pochwali. Wraz ze zwycięstwem PiS-u i porzuceniem koncepcji koalicji z PO zapanowała - na razie niezbyt racjonalnie uzasadniona - nadzieja na zmianę sposobu uprawiania polityki, niektórzy oczekują rzeczywistej zmiany ustroju i zbudowania nowej, lepszej Rzeczpospolitej i w dużej mierze oczekiwania takie są zrozumiałe, w końcu spora część rodaków ma już zapewne szczerze dosyć efektów rządzenia, które zafundowali politycy SLD, PSL-u, AW"S" i UW. Z drugiej strony również w polityce obowiązuje zasada szczególnej ostrożności, wzmacniana doświadczeniem minionych lat i właśnie polityczny realizm każe zauważyć, że w Polsce nie było jeszcze przypadku, aby rząd przeprowadził jakieś pożądane zmiany - w przypadku gdy takie zmiany obiecywał, a tym bardziej - aby zmienił coś na lepsze w sytuacji, gdy czegoś takiego nawet nie planował.
Z różnych stron padają apele, aby dać rządowi czas, podobne do tych, które swego czasu wygłaszał Jaruzelski, apelując o "sto spokojnych dni", z tą różnicą, że obecnie nikt nie podaje, ile czasu potrzeba, by rząd zaczął rządzić i mógł być z tego rządzenia rozliczany. Wszystko dobrze, tylko wyborców mało powinno obchodzić, że formowanie rządu przedłużało się ze względu na kampanię prezydencką i rozmowy koalicyjne, że podobne koalicyjne problemy mieli Niemcy, a we Francji spłonęło kilka tysięcy samochodów... W końcu od wyborów parlamentarnych minęło ponad dwa miesiące, rząd mniejszościowy funkcjonuje od ponad miesiąca, a dotychczas (przynajmniej kiedy to piszę, na przednówku grudnia) nie zdołano nawet powołać nowych wojewodów, co wydawałoby się rzeczą najłatwiejszą w porównaniu z innymi czekającymi zadaniami. Od problemów z krótką kadrową kołdrą gorsze jest jednakże co innego: okazuje się bowiem, że ministrowie nowego rządu nie dość, że nie mają chociażby uogólnionej wizji co do kierunku, w którym mają iść zapowiadane przemiany, to na dodatek po raz kolejny istnieje realne zagrożenie, że wspomniani wybrańcy będą dopiero uczyć się swojego fachu. Tego polska gospodarka i podatnicy mogą już nie znieść tak dobrze jak poprzednich tego typu studiów przypadku.
Pierwszy z brzegu przykład to słynna 1000-złotowa ulga dla przedsiębiorców tworzących nowe miejsca pracy, której projekt mający stanowić alternatywę obniżania parapodatków podwyższających koszty pracy został już odłożony do archiwum pomysłów skreślonych. Pani Teresa Lubińska w wywiadzie dla "Gazety prawnej" przyznała, że o nieskuteczności tego typu rozwiązania dowiedziała się od pracodawców, którzy zapytani, co zrobiliby z taką zachętą finansową, zgodnie odparli, że i owszem pieniądze wzięliby - ale w zamian raczej nie zaryzykowaliby tworzenia nowych miejsc pracy, gdyż ekonomiczny sens zwiększania zatrudnienia jest zawarty w nieco innym zagadnieniu. Bardzo to pięknie, że ministerka finansów, w dodatku profesorka uniwersytecka zwykła liczyć się z głosem wyborców, powstaje jednakże pewna wątpliwość co do kwalifikacji fachowców z zespołu doktora Cezarego Mecha, którzy takie m.in. rozwiązania uczynili programowym credo zwycięskiej partii, a obecnie szykują się zapewne do objęcia ważnych posad w licznych fabrykach "kłamstwa, żelaza i papieru". Przyznam nieskromnie, że proponując jakiekolwiek rozwiązania do przedstawienia w formie felietonowej na niniejszych łamach, dość sporo czasu poświęcam na wszechstronną analizę ich skutków tylko i aż z jednego powodu - z poczucia odpowiedzialności przez Czytelnikami za propozycję, z której przyszłoby się wkrótce wycofywać lub tłumaczyć z jej niefrasobliwych założeń. A przecież felietonowa forma jest praktycznie mniej wiążąca niż program partii aspirującej do rządzenia, czy deklaracje ministrów rządu oficjalnie zatwierdzonego przez parlament?
Niedawno red. Piotr Zaremba główną osią polemiki z krytykami rządu Marcinkiewicza uczynił stwierdzenie, że rząd ten "...nie zrobił na razie niczego gorszącego ani karygodnego". Być może do niedawna faktycznie tak było, chociaż strategia obrona rządu polegająca na wymienianiu rzeczy, których ten rząd nie uczynił, jest dość wątpliwym pomysłem. Ale minęło kilka następnych dni i okazało się, że jednak rząd zaczyna coś robić także w sferze "bazy", potwierdził to także premier w swoim telewizyjnym orędziu do narodu, akcentując głównie zwiększone wydatki socjalne (becikowe, górnicze emerytury, dożywianie) i inne, w tym na takie szczytne cele jak przygotowanie Polski do organizacji mistrzostw świata w piłce nożnej oraz przygotowanie polskich sportowców na olimpiadę w Pekinie. Zwiększone wydatki rząd zamierza pokryć zwiększeniem wpływów budżetowych tak by nie dewastować jedynego wynalazku nowego rządu czyli tzw. kotwicy 30-miliardowego deficytu - swoją drogą ciekawe, że mafiosi taki rodzaj kotwicy nazywali betonowymi skarpetkami. Oczywiście zwiększanie dochodów podatkowych wymusza rezygnację z innych programowych założeń - tak też pani minister finansów oznajmiła, że zanim przystąpi do reformy systemu podatkowego, to "...muszę mieć pieniądze. Jak się okaże, że ich nie ma ...to trudno proponować nierealną reformę". Pani ministerka jak każda kobieta zresztą jest tak młoda, jak sięga jej pamięć, ale przecież nawet znacznie bardziej doświadczeni wiekowo od pani minister nie pamiętają, aby w Polsce były kiedykolwiek jakieś nadwyżkowe pieniądze, a nawet wprost przeciwnie: zawsze ich jakby - delikatnie ujmując - nieco brakowało. Stąd też podchodząc literalnie do wypowiedzi pani Lubińskiej można bez większego ryzyka przyjąć, że i reforma podatków została póki co odłożona ad acta, podobnie jak systemu ZUS i KRUS, a także ubezpieczeń zdrowotnych, czyli tych obszarów, przez które przechodzi najwięcej środków publicznych.
Strategia gospodarcza nowego rządu polega na przesuwaniu lub dokładaniu nowych wydatków, które mają dużą siłę propagandową, ale pogarszają relacje budżetowe i utrwalają w społeczeństwie i tak ogromne postawy roszczeniowe. I właśnie ten ostatni skutek wspomnianej polityki najbardziej dezawuuje kompetencje rządzących do prowadzenia tych rodzajów polityki, co wcale nie musi przekreślać słuszności niektórych decyzji związanych z obsadą i decyzjami np. tzw. resortów siłowych. Ale wyłączywszy nawet kwestie polityki społeczno-gospodarczej, na innych polach trudno również nie zauważyć istotnej niekonsekwencji rządzącego ugrupowania. Jego politycy popierali polską akcesję do UE, przebierali się w pomarańczowe kokardy podczas ubiegłorocznych wydarzeń na Ukrainie, dość gładko połykali argumenty dotyczące wojny w Iraku i wyekspediowania tam polskich oddziałów oraz publicznie deklarowali (Kaczyńśki) poparcie dla Kwaśniewskiego na wypadek jego starań o posadę sekretarza generalnego ONZ, tak jakby ustępujący prezydent nie miał odpowiednich kwalifikacji merytorycznych i moralnych do sprawowania urzędów kraju - ale starając się o ważny urząd w organizacji międzynarodowej nagle tych kwalifikacji nabywał i z tej racji mógł dobrze służyć wizerunkowi naszej ojczyzny.
To, że ewentualna wygrana PO nie będzie sprzyjała przyśpieszeniu rozliczeń z przeszłością, było oczywiste już wiele miesięcy przed wyborami, pewności można było nabrać także w wyniku reklamy, jakie ośrodki badań sondażowych oraz media dostarczały temu ugrupowaniu w trakcie kampanii wyborczej, ale to nie powinno w niczym rozmywać ostrości spojrzenia na poczynania nowej władzy. Prawda jest taka, że jest to władza, której większość poczynań nasuwa na myśl powiedzenie o dziecku błądzącym we mgle.
Uczestniczyłem niedawno w dość kameralnym spotkaniu z nowo wybranym przedstawicielem narodu do izby poselskiej reprezentującym Prawo i Sprawiedliwość i muszę stwierdzić, iż pomimo że nie spodziewałem się szczególnie wiele, to i tak trudno opisać precyzyjnie stan psychiczny, w którym trwałem podczas owej pseudodebaty, do czasu wyjścia przed zakończeniem spotkania, gdyż obawiałem się, że nie wytrzymam i w końcu niegrzecznie przerwę ten bełkot - a nie chciałem wyrządzić przykrości organizatorowi owego spiczu. Jak może czuć się człowiek, który wiele lat z pewną pasją i zaangażowaniem poświęcił spory kawałek swojego życia na studiowanie określonych zagadnień, ma dość wszechstronne pojęcie o różnych zapatrywaniach na dany problem i swoje stanowisko w tym temacie, poparte doświadczeniem zawodowym, który przychodzi i słyszy, że osoba demokratycznie wybrana na posła i mająca stanowić prawo także w obszarze poruszonego problemu, swoje programowe przesłanie opiera na najbardziej naiwnych koncepcjach, wielokrotnie od momentu ich postawienia negatywnie zweryfikowanych i nie podejmuje najmniejszego wysiłku w celu wysłuchania najdelikatniejszych sugestii świadczących, iż może być w błędzie. Ta selektywna głuchota polityków PiS-u stanowiąca już rodzaj pewnej ugruntowanej strategii postępowania budzi największy niesmak, w przypadku niektórych polityków PiS-u widać gołym okiem, że pewnych uwag lub pytań wolą nie słyszeć, już to z powodu ogólnoludzkiej niechęci do burzenia dobrego samopoczucia lub z normalnego cynizmu i koniunkturalizmu, sprzeciwiającego się nadrzędnej wartości, którą jest dążenie do prawdy. Wprawdzie władza legitymizuje samą siebie, ale doprawdy - nie wiem skąd właściwie w partii rządzącej urodziło się przekonanie, że narzędzia władzy same z siebie dadzą odpowiedź na problemy gospodarki, finansów, demografii i relacji międzynarodowych. Jest w tym jakaś kontynuacja tzw. magicznego myślenia i istnieje realna podstawa, że rząd Marcinkiewicza, jak i każda następna ekipa zbudowana w tym parlamencie, strawi kolejne cztery lata na uczeniu się i dochodzeniu do doświadczeń będących udziałem każdego poprzedniego rządu. Przypomina to dylemat blondynki, która wsiadłszy do autobusu słyszy jak jeden z pasażerów pyta czy dojedzie tą linią do śródmieścia. Kiedy kierowca odpowiada, że niestety nie, blondynka, przekrzykując innych pasażerów, pyta: "A ja dojadę...?". Na rozdawnictwie publicznego grosza nie dojechali daleko ani braci Grakchowie ani współczesne rządy państw zachodnich, becikowe cesarza Augusta nie uratowało cesarstwa przed upadkiem demograficznym, a statystyki demograficzne Francji opierają się na wielodzietnych imigrantach, premier Thatcher też miała pewne problemy negocjacyjne z górnikami, ale dzisiaj jakoś nikt poważny nie twierdzi, że nie miała racji - a co do Unii i dobrodziejstw wspólnego budżetu, to najlepiej spojrzeć na statystyki gospodarcze, z których wynika, że najwolniejszy wzrost notują państwa UE a szczególnie te ze strefy euro.
Tymczasem "solidarny" i "tani" rząd, niezrażony minionymi doświadczeniami i zwykłą logiką postępowania nadal pyta "A ja dojadę?" i nie czekając na odpowiedź, rozpoczyna urzędowanie od rozdawania przywilejów i zwiększania obciążeń fiskalnych. Gdyby towarzysz Edward Gierek startował w demokratycznych wyborach, to prawdopodobnie w 1974 r. uzyskałby przedłużenie swojej kadencji, wielu polityków PiS-u nie ukrywa, że nadrzędnym celem partii jest w perspektywie krótkoterminowej wygranie wyborów samorządowych, ale przede wszystkim - przedłużenie swojego mandatu w kolejnych wyborach parlamentarnych. Sukces PiS-u w wyborach samorządowych będzie możliwy pod warunkiem ich wcześniejszego rozpisania, jednak taki zamiar partii rządzącej niekoniecznie musi spotkać zrozumienie u polityków LPR i PSL-u, którzy może i lepszego pomysłu na Polskę nie mają, ale nie są aż tak głupi, by nie widzieć swojego interesu. Tak się składa, że za rok, kiedy przypadnie ustawowy termin wyborów samorządowych, parlament będzie uchwalał również nową, już własnego autorstwa, ustawę budżetową na 2007 r. Zapewne będzie to ustawa doskonała, skoro w swoim orędziu do narodu premier stwierdził, że obecny sejm uchwalił poprawki do już uchwalonej na 2006 r. i jeszcze "niedoskonałej ustawy" autorstwa rządu Belki.
Oj, będzie się działo - jak głosi slogan jednej z telewizyjnych reklam napoju wyskokowego.

Krzysztof Mazur

Publicystyka Krzysztofa Mazura na ASME


Użytkownik:
E-mail:
Hasło:

Komentarz:

 

Komentarze pozostają własnością ich twórców - redakcja ASME nie bierze za nie odpowiedzialności.

powrót do strony głównej ASME