| Komunistyczna wierchuszka bezkarna? - TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI Wysłane środa, 2, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak |
Jak się mają dziś PRL-owscy dygnitarze z wojskowo-agenturalną przeszłością? Podrzędni ubole i "oficerowie" Informacji Wojskowej są skazywani za swoje przestępstwa (symboliczne kary), ale ich mocodawcy mogą spać spokojnie. Tak jest w przypadku trzech generałów - Jaruzelskiego, Kiszczaka i Milewskiego. Ich procesy trwają już kilkanaście lat i nic nie wskazuje na to, aby miały się szybko zakończyć.
Pod koniec września gen. Jaruzelski znów zeznawał przed katowickim sądem jako świadek (nie oskarżony!) w sprawie pacyfikacji kopalń "Wujek" i "Manifest Lipcowy" w grudniu 1981 r. Oskarżonych jest 17 funkcjonariuszy (16 byłych zomowców i były wiceszef KW MO w Katowicach). Proces toczy się już po raz trzeci, gdyż dwa pierwsze wyroki uchylał sąd apelacyjny.
Podczas ostatniego przesłuchania Jaruzelski zeznał, że o tragedii w kopalni dowiedział się post factum, od gen. Kiszczaka podczas posiedzenia tzw. dyrektoriatu (przedstawiciele rządu, KC PZPR, MSW i wojska) i wiadomość ta była dla niego szokiem. Po raz kolejny podważył ustalenia prokuratury, że do górników strzelał (bezpośrednio, żeby zabić) pluton specjalny ZOMO. Gdyby tak było, ofiar byłoby znacznie więcej, ale strzelano z pewnością w obronie własnej, w powietrze, a ofiary były przypadkowe. Jaruzelski, również po raz kolejny, wyraził żal wobec rodzin zamordowanych górników, ale rodziny, po raz kolejny, jakoś mało się żalem generała przejęły.
Przeciwko Jaruzelskiemu toczy się jeszcze jedna sprawa - o decyzję, która m.in. umożliwiła masakrę w śląskich kopalniach, czyli o wprowadzenie stanu wojennego. Postawienia przed sądem ówczesnego szefa rządu, I sekretarza PZPR i szefa Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego nie wyklucza katowicki Instytut Pamięci Narodowej. To właśnie WRON wydała Radzie Państwa polecenie podpisania dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego. Jeśli prokuratorzy udowodnią, że Jaruzelski przekroczył przysługujące mu uprawnienia, które wynikały z konstytucji PRL, będzie oznaczało to, że popełnił przestępstwo, kwalifikowane jako zbrodnia komunistyczna. Dla pięciu członków Rady Państwa akty oskarżenia są już gotowe. Dla Jaruzelskiego jeszcze nie, gdyż generał skutecznie - jak do tej pory - zasłania się zagrożeniem interwencją sowiecką. Dzieje się tak mimo, iż historycy już dawno ustalili, że generalska wersja wydarzeń jest nieprawdziwa. Czym innym jest jednak wiedza historyczna, czym innym prawniczy paragraf.
MARTWY PRECEDENS
Z kolei kolega gen. Jaruzelskiego, gen. Kiszczak odpowiada za przyczynienie się do śmierci dziewięciu górników w kopalni "Wujek" i ciężkiego zranienia 25-ciu w kopalni "Manifest Lipcowy". W marcu ub.r. Sąd Okręgowy w Warszawie wydał precedensowy wyrok (pierwszy raz w III RP komunistyczny dygnitarz został skazany) i wymierzył mu karę czterech lat więzienia (na mocy jakiejś dziwnej amnestii karę zmniejszono o połowę). Sąd uznał tym samym znaczenie tajnego szyfrogramu ZW-I-01486/81, w którym szef MSW - bez żadnej podstawy prawnej - "przekazał swoje uprawnienia w zakresie decyzji o użyciu broni palnej dowódcom oddziałów i pododdziałów MO".
Precedensowy wyrok okazał się jednak martwy. Kiszczak - oczywiście - odwołał się i sprawa wróciła do ponownego rozpatrzenia. Jaka była podstawa prawna? Sędziowie uznali, że skoro czyn zarzucany generałowi może być traktowany jako zbrodnia komunistyczna, to w myśl ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej sprawą tą powinien się zająć pion śledczy IPN. W przeciwnym razie prokuratura powinna ją umorzyć z uwagi na przedawnienie.
Katowicka prokuratura złożyła jednak zażalenie na tę decyzję do Sądu Apelacyjnego w Warszawie.
- Kiedy prokuratura prowadziła śledztwo w tej sprawie, nie było jeszcze IPN. Rozstrzygnięcie, czy jest to zbrodnia komunistyczna, czy nie, powinno zapaść przed sądem - powiedział prokurator Tomasz Tadla.
We wrześniu br. (podobnie, jak Jaruzelski) Kiszczak znów stanął przed sądem. Powtórzył, że nie wyraził zgody na użycie broni w czasie pacyfikacji "Wujka", a jego szyfrogram jest bez znaczenia, gdyż... nie powoływał się na niego żaden funkcjonariusz. Kiszczak twierdził, że 16 grudnia 1981 r., w dniu masakry, rozmawiał telefonicznie z komendantem wojewódzkim milicji w Katowicach, płk. Jerzym Grubą, który informował o dramatycznej sytuacji w kopalni: "Dopiero wówczas dowiedziałem się, że istnieje taka kopalnia, jak kopalnia »Wujek«, że jest pacyfikowana, że są ranni milicjanci i że proszą o zgodę na użycie broni" - mówił Kiszczak. Z kolei o rannych w kopalni "Manifest Lipcowy" dowiedział się dopiero po akcji w "Wujku".
PROWOKACJĄ W KISZCZAKA
Mimo nalegań Gruby Kiszczak stanowczo zabronił użycia broni, a do tego polecił wycofać z terenu kopalni milicję i wojsko. Grubie odmówił także wiceszef MSW, gen. Władysław Ciastoń.
Godzinę później Gruba znów zadzwonił do Kiszczaka i powiedział, że w kopalni są zabici i ranni. Już po pacyfikacji Gruba zapewniał Kiszczaka, że sam zgody na strzelanie nie wydał, ale - jak się teraz okazuje - Kiszczak mu nie uwierzył. Dziś generał przyznaje, że choć decyzja o odblokowaniu strajkujących w stanie wojennym zakładów zapadła na szczeblu centralnym, to prowadzenie konkretnych operacji należało do struktur wojewódzkich milicji. Bezpośrednio Gruby jednak nie obwinia.
A zatem, jeśli nie Gruba, kto zadecydował o strzelaniu do górników? Kiszczak nie wyklucza "prowokacji służb specjalnych państw ościennych" lub przeciwnych mu polskich towarzyszy: "Do października 1984 roku myślałem, że panuję nad wszystkimi podległymi mi służbami. Kiedy jednak doszło do porwania i zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki przez SB, zorientowałem się, że są w ten sposób m.in. przeciwko mnie podejmowane prowokacje. Nie wykluczam, że takie sytuacje miały miejsce wcześniej. Nie wykluczam, że taka sytuacja miała miejsce w kopalni »Wujek«" - powiedział Kiszczak.
A kto strzelał? Kiszczak nie wie, ale kiedyś słyszał, że mógł to zrobić Pluton Specjalny ZOMO, oczywiście w obronie własnej (taką samą wersję przedstawia Jaruzelski). A zatem, ofiary są, ale winnych cały czas brak.
ODSUNIĘTY ZA NADMIAR PRACY
Podobne kłopoty są z gen. Mirosławem Milewskim. Równo rok temu historyk prof. Andrzej Paczkowski ujawnił notatkę tow. Wiesława Górnickiego z narady w Urzędzie Rady Ministrów (25 października 1984 r.), która wskazuje na gen. Milewskiego jako na inspiratora porwania i zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki. Na tych łamach pisaliśmy już, że informacja ta nie była "trzęsieniem ziemi", jak tego chciał gen. Jaruzelski i większość "polskich" mediów, ale raczej próbą odwrócenia uwagi od prawdziwych sprawców zbrodni. Historycy IPN nie uznali notatki za dowód przeciwko Milewskiemu, ale za poszlakę, potwierdzającą tylko jedną z hipotez. Dr Jan Żaryn: - Jest bardzo prawdopodobne, że i generał Jaruzelski, i generał Kiszczak byli doskonale poinformowani o przebiegu całej operacji. Pozostaje tylko pytanie, czy zbrodnia była zaplanowana w 100 proc. i czy miała się zakończyć tak, jak się zakończyła, czyli śmiercią księdza Popiełuszki.
Dla prokuratora Andrzeja Witkowskiego notatka nie jest zaskoczeniem: - Tego rodzaju wersja była już uwzględniona i zweryfikowana w toku śledztwa prowadzonego jeszcze w 1991 r. Wówczas Witkowski chciał objąć zarzutami nie gen. Milewskiego - ale gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka i... został nagle odsunięty od sprawy. Do śledztwa wrócił po 10 latach, w 2001 r. jako prokurator lubelskiego IPN. W wywiadzie zamieszczonym w "Biuletynie IPN" (styczeń 2003 r.) ujawnił inną notatkę, znalezioną w dokumentach Urzędu ds. Wyznań z sierpnia 1984 r., w której Jaruzelski polecił "wzmóc działania wobec ks. Popiełuszki". Efekt był taki, że Witkowskiego znów odsunięto od śledztwa. Szef pionu śledczego IPN, prof. Witold Kulesza utrzymuje, że Witkowski miał po prostu za dużo pracy.
Pytany o notatkę Górnickiego, Milewski odpowiadał: "Mówię uczciwie i szczerze - ja nigdy nikogo nie zabiłem, nigdy. Mimo że były nawet ciężkie sytuacje, że trzeba było strzelać".
"CIĘŻKIE SYTUACJE" GENERAŁA
Owe "ciężkie sytuacje" Mirosława Milewskiego rozpoczęły się w 1944 r., kiedy jako 16-letni chłopak (urodził się w 1928 r. w Lipsku nad Biebrzą; po drugiej stronie rzeki, nieopodal Suchowoli, przyszedł na świat ks. Jerzy Popiełuszko) rozpoczął pracę w bezpiece, najpierw w PUBP w Augustowie. Jako funkcjonariusz WUBP w Białymstoku w marcu 1947 r., w Miłkach koło Giżycka, Milewski aresztował żołnierza Armii Krajowej Czesława Burzyńskiego i wydał go NKWD. W areszcie NKWD w Mińsku Burzyński był sądzony za działalność przeciwko Związkowi Sowieckiemu, zdradę... sowieckiego państwa i... nielegalne przekroczenie granicy, co było zarzutem najbardziej absurdalnym. Burzyńskiego skazano początkowo na karę śmierci, zamienioną następnie na 20 lat "zesłania do robót katorżniczych". Po śmierci Stalina, w 1954 r. napisał skargę, informując o swoim bezpodstawnym aresztowaniu i skazaniu. Sowieci wypuścili go na wolność dopiero w 1957 r. (po 11 latach ciężkich robót w kopalni węgla w Workucie stracił zdrowie, wzrok). Rok później jego prześladowca Mirosław Milewski pracował już w centrali MSW.
Z oskarżenia Burzyńskiego, przed Sądem Rejonowym w Giżycku, toczy się proces Milewskiego. Kilka lat temu prokurator stwierdził bowiem, że Milewski, aresztując Burzyńskiego, dopuścił się czynu bezprawnego (żołnierze podziemia niepodległościowego podlegali wówczas amnestii z 22 lutego 1947 r.), związanego "ze szczególnym udręczeniem wobec wydania pokrzywdzonego władzom obcego państwa". Aresztowanego dręczono również psychicznie i fizycznie.
Po czterech latach procesu (1998 - 2001) sąd orzekł: "Oskarżony współpracował z NKWD. Dowodom trudno zaprzeczyć", ale w sprawie Burzyńskiego uniewinnił Milewskiego (tu dowody okazały się niewystarczające; sędziowie nie mogli ustalić, czy ówczesny Milewski to dzisiejszy Milewski).
Po odwołaniu prokuratora sprawa została uzupełniona, m.in. o zeznania nowych świadków. W końcu postępowanie przejął Instytut Pamięci Narodowej. W lutym 2004 r. pion śledczy IPN w Białymstoku skierował do giżyckiego sądu ponowny akt oskarżenia przeciwko generałowi. Milewskiemu grozi do dziesięciu lat więzienia. Tego kolejnego procesu swojego prześladowcy Burzyński nie dożył, zmarł dwa lata temu.
ZMIECIONY PRZEZ "ŻELAZO"
Od 1958 r. Milewski był zatrudniony w centrali MSW jako wicedyrektor, potem dyrektor departamentu. Między październikiem 1980 r. a lipcem 1981 r. w "imieniu klasy robotniczej" (z wykształcenia był inżynierem-rolnikiem) sprawował funkcję ministra spraw wewnętrznych (zastąpił go Kiszczak). Resortem faktycznie kierował już wcześniej - od początku lat 70. W książce "bohatera PRL", czczonego także w III RP - Edwarda Gierka "Przerwana Dekada" czytamy o ówczesnym szefie SW Stanisławie Kowalczyku: "Stał się on tylko malowanym ministrem, któremu się tylko wydawało, że pełni tę funkcję. Resortem zaczął rządzić Milewski, on też dawał Kowalczykowi tylko te informacje, które miały trafić na jego ręce".
Karierę polityczną Milewski zaczynał w PPR, by później - naturalną koleją rzeczy takich osobników - znaleźć się w PZPR. W latach 1980-85 był członkiem Biura Politycznego, a od lipca 1981 r. do maja 1985 r. sekretarzem KC. Odpowiadał za milicję. Generałem brygady MO został w 1971 r., a generałem dywizji w 1979 r.
Milewski był bez wątpienia jedną z najbardziej wpływowych osób w komunistycznym państwie. Jego nazwisko pojawia się nie tylko w kontekście zabójstwa księdza Popiełuszki, ale również Grzegorza Przemyka, wprowadzenia stanu wojennego (optował za twardą rozprawą z "Solidarnością"; w tej sprawie zeznawał w III RP w charakterze świadka przed komisją odpowiedzialności konstytucyjnej) i afery "Żelazo", ujawnionej niedługo przed śmiercią kapelana "Solidarności". Przypomnijmy, że afera ta dotyczyła zrabowania przez politycznych gangsterów (funkcjonariuszy wywiadu PRL-owskiego, kierowanego przez Milewskiego) i zawodowych gangsterów ze świata przestępczego w latach 60. i 70. dużych ilości złota i kamieni szlachetnych z "imperialistycznego" wówczas Zachodu. Towarzyszyły temu napady i morderstwa. Właśnie pod pretekstem "Żelaza", w połowie 1985 r., gen. Milewskiego usunął z partii gen. Jaruzelski (w ramach rozgrywek na szczytach władzy; do dziś panowie nie przepadają za sobą, a Jaruzelski nie waha się mówić o Milewskim w kontekście śmierci ks. Jerzego). W 1990 r. Milewskiemu i sześciu innym osobom (gangsterom z obu grup) zarzucono korupcję na wielką skalę przez przyjmowanie korzyści majątkowych. Dokumenty w tej sprawie zostały jednak zniszczone (przez pogrobowców PRL), a śledztwo - z powodu przedawnienia - umorzone (przez prokuratora III RP). Zaiste owo przedawnienie jest cudownym rozwiązaniem dla różnej maści gangsterów.
I jeszcze jeden fakt z życia Milewskiego. W 1980 r. zawiózł do Moskwy szefowi KGB Andropowowi listę osób przewidzianych do internowania po wprowadzeniu stanu wojennego.
Dlaczego Mirosław Milewski odpowiada tylko za jedną sprawę i to najbardziej odległą - sprzed pół wieku? Po pierwsze - znaleźli się świadkowie, którzy chcieli zeznawać. Po drugie - zachowały się akta. Może ktoś uznał, że nie są takie ważne, bo kto będzie sięgał 50 lat wstecz, kiedy główne funkcje Milewski pełnił w latach 80.? A może po prostu najwygodniej było oskarżyć generała MSW "tylko" o wsadzenie za kraty żołnierza AK, co w porównaniu z jego późniejszą działalnością może wydawać się błahostką.
CHOROBY LOKOMOCYJNE
I ZABURZENIA PAMIĘCI
Ponowny proces Milewskiego przed Sądem Rejonowym w Giżycku nie rozpoczął się 30 września ub.r., z powodu wielu chorób oskarżonego. Dopiero po pół roku, w marcu br. sąd doszedł do wniosku, że choroby nie są takie straszne i Milewski może przyjeżdżać z Warszawy (gdzie mieszka) i zeznawać. Proces miał ruszyć jeszcze na wiosnę (sędzia mówił, że termin ten byłby najdogodniejszy dla świadków, w większości mieszkańców okolic Augustowa, którzy są starzy i schorowani, i dotarcie na rozprawy w zimie było by dla nich dużym problemem), ale, rzecz jasna, nic z tego nie wyszło. Obrońca generała, mecenas Jakub Śmietanko, zawiadomił sąd, że nie mógł dotrzeć do sądu, gdyż... zepsuł mu się samochód.
Następny termin - wrzesień 2005 r. Tym razem do sądu zwolnienie lekarskie przesłała córka Milewskiego, która przedstawiła się jako jedyna opiekunka ojca i według jego zapewnień tylko ona mogła go dowieźć na rozprawę. Sąd uznał niestawienie się oskarżonego za usprawiedliwione i nakazał mu stawić się w giżyckim sądzie 13 października.
Radosław Ignatiew, prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (badając sprawę Jedwabnego, nie bał się przyznać, że mord inspirowali Niemcy), który jest oskarżycielem w procesie, oburzał się na odraczanie procesu z powodów wskazywanych tylko przez jedną stronę - stronę oskarżaną. Ignatiew stwierdził, że następnym razem, aby nie przedłużać procedury, "będzie odpowiednio reagował, wykorzystując w tym celu istniejące możliwości kodeksowe".
13 października. Przełom w sprawie. Prokurator Ignatiew nie musiał reagować. Milewski przyjechał na rozprawę, a do tego przyznał: - Brałem udział w aresztowaniu żołnierza AK i przekazałem go do siedziby UB w Białymstoku.
Oświadczeniem tak zaskoczył swojego adwokata, że ten stwierdził tylko, iż generał ma zaburzenia pamięci i odmówił jego dalszej obrony. Rozprawę przerwano bezterminowo, a oskarżony ma trzy tygodnie na znalezienie nowego adwokata.
TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI
Publicystyka Tadeusza M. Płużańskiego na ASME.
Komentarze
pozostają własnością ich twórców - redakcja ASME nie bierze za nie odpowiedzialności.
powrót
do strony głównej ASME