Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Melodyję zmącam - Stanisław Michalkiewicz Wysłane środa, 2, listopada 2005 przez Krzysztof Pawlak |

No, to już "po harapie". Kolejnym prezydentem Polski został Lech Kaczyński, wygrywając z Donaldem Tuskiem przewagą prawie 10 procent głosów. Trzeba to podkreślić w sytuacji, gdy wszystkie sondażownie jeszcze na tydzień przed wyborami przewidywały zwycięstwo Donalda Tuska, a co bardziej gorliwe - nawet z 10-procentową przewagą nad Lechem Kaczyńskim. Mamy zatem dwie możliwości: albo w tych sondażowniach siedzą matoły, albo skorumpowani konfidenci
razwiedki. Braku profesjonalizmu oczywiście z góry wykluczyć nie można; na przykład podczas wieczoru wyborczego w TVN pani socjolog nie zauważyła słonia w menażerii, w postaci różnicy między województwem opolskim i podkarpackim. W woj. opolskim wysoko wygrał Donald Tusk, a w podkarpackim - Lech Kaczyński. Wśród różnych przyczyn pani profesor nie odważyła się wskazać na okoliczność, iż w Opolskiem jest najliczniejsza i najlepiej zorganizowana mniejszość niemiecka. Mimo to jednak wolę uprzejmie przypuścić, że chodzi raczej o agenturę i łajdactwo. Przypominam, że u schyłku PRL, na rozkaz gen. Jaruzelskiego "badaniem opinii publicznej" zajmował się płk Stanisław Kwiatkowski, który zorganizował te sondażownie pod kątem potrzeb
razwiedki. W tegorocznych wyborach wyszło szydło z worka i najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby rozpędzenie tego skorumpowanego towarzystwa, bo lepiej nie mieć żadnych informacji niż zafałszowane. Ja w każdym razie nie zleciłbym im żadnych badań, nawet za złotówkę i apeluję do wszystkich podatników, żeby oprotestowywali każdą próbę wyrzucania publicznych pieniędzy na tę agenturę.
Wiadomość o wygranej Lecha Kaczyńskiego została przyjęta z wyraźnym rozczarowaniem i ledwie ukrywaną irytacją przez prawie wszystkie media, co było ukoronowaniem ich łajdackiej stronniczości, jaką wykazały się w tegorocznych wyborach. Potwierdza to podejrzenia, że - podobnie jak sondażownie - również media, zwłaszcza te bardziej wpływowe, naszpikowane są agenturą, niczym sztufada słoniną. Charakterystyczne jest również to, że - chyba po raz pierwszy od 1968 roku - opinia Salonu jest identyczna z opinią
razwiedki. Wygląda na to, że dla potrzeb tych wyborów, w których stawką było przetrwanie układu "okrągłego stołu", nastąpiła pełna mobilizacja agentury również w Salonie. Rozczarowanie i irytację widać także w komentarzach prasy niemieckiej, która zarzuca nowemu prezydentowi "nacjonalizm". Widać, że nie tylko w Związku Sowieckim obowiązywał "internacjonał"; w UE też. Ten jednobrzmiący ton pudeł rezonansowych pokazuje, że nasza
razwiedka dostroiła się już do niemieckiej. W tyle nie pozostaje również "Gazeta Wyborcza", piórem red. Pacewicza wyrażając oczekiwanie, że Lech Kaczyński będzie realizował... program Platformy Obywatelskiej. Najwyraźniej
lobby żydowskie też dostraja się do oczekiwań niemieckich, co zresztą widać było już wcześniej po posunięciach pana min. Adama Rotfelda.
Wspominam o tych spontanicznych reakcjach, bo "z obfitości serca usta mówią" i pokazują one, co naprawdę myślą ci wszyscy, którzy związali swoje nadzieje ze zwycięstwem Donalda Tuska. Oczywiście będą oni teraz udawali kurtuazję, a nawet można będzie odnieść wrażenie, iż podlizują się nowemu prezydentowi, ale to tylko pozory. Kto raz był królem, zawsze zachowa majestat - mówią Francuzi i stalinowca ani konfidenta nic nie zmieni, chyba że śmierć lub cud. Dlatego i Salon, i media, i
razwiedka wykorzystają każde potknięcie prezydenta, zwłaszcza gdy sam dostarczy im okazji, np. składając bratu meldunki o "wykonaniu zadania". W ogóle wydaje się, że braciom Kaczyńskim łatwiej było wygrać wybory niż będzie skonsumować to zwycięstwo. Można bowiem powiedzieć, że drzwi do IV Rzeczypospolitej pomogło im otworzyć dwóch ludzi: ojciec Tadeusz Rydzyk i Andrzej Lepper. Bez poparcia pierwszego PiS w żadnym wypadku nie wygrałby wyborów parlamentarnych, podobnie jak bez poparcia obydwu - Lech Kaczyński nie wygrałby wyborów prezydenckich. Problemem jest to, że PiS uważa, iż nie może ryzykować innej koalicji niż z Platformą Obywatelską, z dwóch powodów: że taka koalicja oznacza otwartą wojnę z Salonem, mediami i
razwiedką, a po drugie - że byłaby kłopotliwa sama przez się, z uwagi na - powiedzmy - egzotykę Samoobrony. Uzależnienie Prawa i Sprawiedliwości od partii, w której funkcyjnymi są wyrokowcy, byłoby osobliwością nawet w Polsce, gdzie do wielu rzeczy zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Ale, skoro my to wiemy, to tym bardziej wie to Platforma Obywatelska, która już przyjmuje w związku z tym strategię balansowania na granicy wyjścia z koalicji, próbując w ten sposób spychać PiS do defensywy. Wprawdzie Platforma nie będzie mogła w ten sposób narzucić realizacji własnego programu, ale liczy na zablokowanie obalenia układu "okrągłego stołu", bo tak naprawdę - tylko to jest ważne, a nie żadne tam "liberalizmy" czy "społeczeństwa solidarne", bo na takie manewry nie ma miejsca w warunkach
Anschlussu, gdzie prawa ustanawiane są w Brukseli. Oczywiście bracia Kaczyńscy nie są dziećmi, a zwłaszcza Jarosław ma wybitny dryg do politycznej intrygi, ale obiektywną granicę możliwości wyznacza tu interes obydwu partii. Platforma nie może dopuścić do obalenia układu "okrągłego stołu", bo wtedy traci rację bytu. Jeśli zatem nie będzie mogła inaczej, to pójdzie na zerwanie koalicji, obalenie rządu i rozpisanie nowych wyborów, w czym będzie miała poparcie i Salonu, i mediów, i
razwiedki, i Żydów, i Niemców. Ryzykuje niewiele - bo tylko zmianą szyldu, który - jestem o tym głęboko przekonany -
razwiedka już przygotowuje. Takie są, niestety, konsekwencje zgody na
Anschluss, którą Prawo i Sprawiedliwość w swoim czasie wyraziło.
Stanisław MichalkiewiczPublicystyka Stanisława Michalkiewicza na ASME i nagrania TV ASME
Komentarz (2)