Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Zastępca pośredni - Krzysztof Mazur Wysłane środa, 31, sierpnia 2005 przez Krzysztof Pawlak |
Przez pierwszą połowę sierpnia najwybitniejsi cywiliści dyskutowali nad statusem prawnym marszałka Cimoszewicza w związku z jego krótką karierą spekulanta rynku kapitałowego, która wyszła na jaw w wyniku postępowania komisji śledczej ds. Orlenu. Przyznam, że ze wszystkich opinii jakie pojawiły się w związku z tym wątkiem sprawy, a które prominentnego polityka lewicy określały jako maklera, pożyczkobiorcę, przechowawcę, depozytariusza czy wreszcie powiernika, najbardziej spodobała mi się konstrukcja prawna prof. B. Ziemianina, który zadecydował, iż "marszałek sejmu był zastępcą pośrednim". Osobiście od dawna podejrzewałem, że nie tylko marszałek sejmu, ale wielu innych przedstawicieli tubylczej elity tak naprawdę są jedynie "zastępcami pośrednimi". Żeby nie odbiegać zbyt daleko od kontekstu stosunków cywilnoprawnych, mam podejrzenie, że sam marszałek Cimoszewicz, przyjmując na swoje konto pieniądze swojej progenitury oraz zaciągając w jej imieniu pożyczkę, zapewne nie wiedział, że w sensie prawnym wykonuje w tym momencie funkcję "zastępcy pośredniego". Zapewne również harda postawa marszałka na pierwszym spotkaniu z komisją śledczą miała na celu zyskanie czasu niezbędnego do wyjaśnienia charakteru swojej wcześniejszej działalności, czyli do wyszukania jakiegoś właściwego dla danej sytuacji odpowiednika "pomroczności jasnej", co oznacza, że opinię wybitnych prawników w tej sprawie trzecia osoba w III RP uzyskała nie wtedy, kiedy powinna, czyli przed rozpoczęciem rzeczonego familia-biznesu, ale dopiero kiedy sprawa zatoczyła tzw. szersze kręgi i mogła podkopać autorytet niegdysiejszego promotora akcji "czyste ręce". Prawnicy swoją robotę wykonali sprawnie: wszak nie od dziś wiadomo, że "do Ewangelijej pisanej musi być żywy ewangelista, który by ją opowiedział i wykładał, i od błędów i potwarzy fałszerzów bronił i oczyszczał...", co jakby potwierdzało rządowe stanowisko dotyczące utrzymania korporacyjnego
status quo w sprawie dostępu do zawodów prawniczych. Niestety, co z tego, że na zachowanie marszałka znalazł się odpowiedni paragraf, skoro natychmiast znalazła się osoba twierdząca, że była zastępcą bezpośrednim marszałka i do tego zastępcą pisemnie upoważnionym do zamiany jego oświadczenia majątkowego. W związku z istnieniem materialnego dowodu na takie upoważnienie marszałek nie miał innego wyjścia, jak udowodnić, że dokument został sfałszowany - "Podpis mój jest sfałszowany,/ Ktoś zupełnie mi nie znany/ Sobie bal wyprawił u mnie!". Wydarzenia powyższe wskazują, że marszałka Cimoszewicza prześladuje wyjątkowy pech, gdyż działając jako "zastępca pośredni", nie spisał żadnego dokumentu, aby to udowodnić, a gdy się pomylił w tym punkcie oświadczenia, w którym miał wspomnieć o fakcie owego zastępstwa pośredniego, to zaraz ktoś wyciąga dokument wskazujący, że była to pomyłka kontrolowana. Innymi słowy, jeżeli nie miał papierów - to musiał podpierać się opiniami wybitnych specjalistów, a jak się już jakiś papier znalazł - to trzeba było znowu udowadniać, że papieru tego nie było a podpis został sfabrykowany. Niezależnie od tego, że marszałek Cimoszewicz jest pewny, że wszystkie zarzuty przeciwko niemu to fałsz i "maczanie palców", kandydat lewicy na prezydenta jest także pewny, że "kampania prezydencka stała się cuchnącym bajorem", to jednakże warto pamiętać, że - jak pisała poetka - "piękna jest taka pewność/ ale niepewność jest piękniejsza".
Sprawa Cimoszewicza po raz kolejny potwierdza również to, o czym wszyscy i tak wiedzą: że główną zasadą naszego demokratycznego państwa prawa rządzącego się zasadami sprawiedliwości społecznej jest ponadustrojowe: "co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie". Było, nie było - smrodzie "równemu w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski", ale przecież nie każdy jest górnikiem, więc i podskakiwać nie ma bardzo komu, zwłaszcza że większość doskonale wyczuwa dziejowe prawa i to, że "próżno frasuje się, kto raz dane otręby chce gwałtem przestąpić".
Teraz przynajmniej z każdym dniem coraz lepiej rozumiemy, co miało oznaczać konstytucyjne zapewnienie, że "nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny", wszak skoro "Nikt" nie może być dyskryminowany - to tym bardziej marszałek Cimoszewicz, a skoro z jakiejkolwiek przyczyny - to tym bardziej z powodu "zastępstwa pośredniego". Szkoda jedynie, że swój sprzeciw co do zatańczenia i zaśpiewania podtrzymuje nadal prezydent Kwaśniewski, gdyż moglibyśmy dowiedzieć się w jakim charakterze (komisanta?) lub na podstawie jakich tytułów (czyżby umowa agencyjna?) mogła - w nie tylko przecież w sprawie Orlenu - występować pierwsza osoba w państwie, wszelako przepisy prawa cywilnego dają bardzo szerokie pole do popisu.
W tym też kontekście warto zauważyć, że właśnie Naczelny Sąd Administracyjny uznał, iż Kancelaria Prezesa Rady Ministrów zlecając Polkomtelowi wysyłanie abonentom esemesów zachęcających do udziału w referendum unijnym, nie naruszyła prawa o ochronie danych osobowych - co od początku było oczywiste: np. dla p. Kuleszy rzecz jasna taki wyrok był do przewidzenia, gdyż każdy wie, że ustawę o ochronie danych osobowych naruszają jedynie osoby ujawniające donosicieli komunistycznych służb specjalnych, a nie funkcjonariusze publiczni wysyłający do podatników esemesy na ich koszt i operatorzy telekomunikacyjni, których archiwum nagrań jest z pewnością bardziej cenne niż cały zasób IPN-u. Wszystko jeszcze przed nami, gdyż NSA orzekł, że powyższa sprawa powinna zostać rozpatrzona na gruncie prawa cywilnego, wybitni cywiliści będą zapewne mieli znowu pełne ręce roboty. Osobiście przewiduję, że w tym przypadku kancelaria premiera podpada pod "prowadzenie cudzych spraw bez zlecenia", oczywiście w najlepszym interesie "spraw cudzych".
Formalna strona działań przywódców RP nie byłaby może tak dwuznaczna, gdyby nie to, że właśnie oni ustanowili prawa, których sami nie potrafią, nie mogą lub nie chcą przestrzegać, a stanowili te prawa oczywiście z myślą o szeregowym obywatelu naszego nieszczęsnego kraju, takim co to średnią krajową widzi jedynie w kwartalnych sprawozdaniach GUS-u i który od urodzenia posiada niestety wrodzoną odporność na takie przypadłości jak dla przykładu "pomroczność jasna". Polityczni decydenci gardłują o państwowotwórczej roli budżetu państwa i podatków, a sami uciekają od opodatkowania w ulgi, odliczenia i w wszystko to co wymyślą w imię stymulowania popytu. Wprowadzają nas do Unii Europejskiej i kadzą o lepszej przyszłości pod własnym przywództwem, podczas gdy swoje dzieci wysyłają do Ameryki, ubolewają nad naszym bezrobociem i obiecują nowe miejsca pracy, podczas gdy dobrze wiedzą, że "Wariat, kto tyra, bo fakt znany światu,/ Że takich pakują do domu wariatów".
Właśnie gdy to piszę, agencje doniosły o kolejnym rekordzie cen ropy, której baryłka kosztuje w Azji już 65 dolarów. Liczę więc, że jedna baryłka to 159 litrów, czyli, że litr ropy kosztuje niecałe 41 centów, a skoro jeden dolar kosztuje 3,2717 złotego, to jeden litr ropy kosztuje nas na tzw. rynkach światowych ok. 1,34 złotego - faktycznie horrrrrrrendum. Jedna tona benzyny bezołowiowej 95 okt. kosztuje w holenderskim porcie 650 dolarów, a jedna tona to podobno ok. 1316 litrów, stąd jeden litr tej benzyny wart jest 49 centów, tj. 1,61 złotego - czyż nie strrrrrrraszni są ci szejkowie-krwiopijcy?
"Rz" na pierwszej stronie swojego dodatku "Ekonomia i Rynek" (nr 187/7176) donosi o "kruchej równowadze w cukrze", pisząc, że "obecne wysokie ceny cukru (324 dolarów za tonę w Londynie)..." itd. - czyli 324 dolary za tonę, tj. niecałe 33 centy za kilogram tj. 1,06 zł... - rzeczywiście okropnie wysokie są te ceny cukru, chyba z tego właśnie powodu europejscy producenci cukru protestowali niedawno w Brukseli.
Á propos cukru, rozmawiałem niedawno z ludźmi z branży, którzy opowiadali ze zgrozą, że trzcina cukrowa co najmniej tak samo, a może i bardziej wydajna jak buraki cukrowe - jest tak wrednym chwastem, że nie dość, iż pozwala się zbierać dwa razy do roku, to podobno jeszcze przez ok. 12 lat z rzędu odrasta sama z siebie bez wyraźnego uszczerbku dla wspomnianej cukrowej wydajności, a burak nie dość, że kaprysi na pogodę i wymaga kosztochłonnej pielęgnacji, to bez posadzenia nie odrasta. Ech... Polska to bogaty kraj, ale czy można się temu dziwić, skoro rządzą nami tak wybitni spekulanci tzn.
pardon - zastępcy pośredni?
Krzysztof MazurPublicystyka Krzysztofa Mazura na ASME
Komentarz (0)