Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Wywieranie wpływu na wyborców - Krzysztof Mazur Wysłane czwartek, 18, sierpnia 2005 przez Krzysztof Pawlak |
W książce Stuarta Sutherlanda pt. "Rozum na manowcach" został zamieszczony opis eksperymentu przeprowadzonego na jednym z Uniwersytetów USA, w trakcie którego poproszono wybraną osobę, by uczestniczyła w badaniu wraz z ośmioma innymi, podobno przypadkowo wybranymi osobami,
faktycznie zaś osoby te były wspólnikami eksperymentatora. Osobę przypadkowo wybraną posadzono na ostatnim z dziewięciu ustawionych w półkole (by lepiej widzieć wzajemne reakcje uczestniczących w eksperymencie) krzeseł. Następnie pokazywano badanym dwie plansze; przy czym na jednej planszy była narysowana linia o długości np. 20 cm, zaś na drugiej narysowano trzy linie, z których tylko jedna była takiej samej długości jak ta z pierwszej planszy, a dwie pozostałe wyraźnie dłuższe i krótsze np. o długości 15 i 25 cm. Dalej cytat z książki: "Eksperymentator mówi, że macie spośród trzech wybrać tę, która jest taka sama jak linia na pierwszej, pokazanej wam planszy. Prawidłowa odpowiedź wydaje się tak oczywista, że odnosisz wrażenie, iż eksperymentator musi być trochę niespełna rozumu... Po kolei odpytuje członków grupy, zaczynając od osoby siedzącej najdalej... Ku twojemu zdziwieniu nikt nie wybiera tej linii, co trzeba, wszyscy podają identyczną, nieprawidłową odpowiedź. I teraz pytanie: co zrobisz, kiedy przyjdzie twoja kolej? Okazało się w praktyce, że tylko jedna czwarta zawierzyła własnym oczom... Inni wybierali nie tę linię, którą należało... Niektórzy dokonywali błędnej oceny umyślnie, żywiąc przekonanie, że większość nie ma racji, ale nie ośmielając się sprzeciwić...".
Wprawdzie ten dość prosty eksperyment był już na tych łamach przedstawiany, ale jego wyniki dość dobrze pokazują pewien rodzaj społecznego konformizmu "...człowiek zapytany o opinię może uświadomić sobie, że nie ma na dany temat opinii, a jednocześnie uświadamia sobie, że powinien ja posiadać" - bezwzględnie wykorzystywanego we wszechobecnej reklamie handlowej i reklamie politycznej, będącej głównym elementem tzw. kampanii wyborczej.
Jednym z elementów kształtowania sceny politycznej i wyborczych preferencji w długim okresie są tzw. sondaże opinii publicznej, prowadzone przez kilka najważniejszych ośrodków zasilanych zleceniami napływającymi ze strony najbardziej zasobnych grup medialnych, które zlecone opracowania upubliczniają następnie w kontrolowanych przez siebie stacjach telewizyjnych, radiu, wydawnictwach prasowych i innych mediach elektronicznych.
O tym, że rzeczone sondaże mają bardziej kształtować niż opisywać preferencje wyborcze, świadczą wielorakie przykłady z poprzednich kampanii wyborczych, dla przykładu w pewnym okresie poprzedniej kampanii prezydenckiej obecnemu prezydentowi przepowiadano nawet blisko 70% poparcia, zaś prawie nigdy notowania nie schodziły poniżej 60%. W wieczór powyborczy, kiedy oczekiwano poparcia rzędu 57%, okazało się, że po przeliczeniu faktycznych wyników skurczyło się ono do niewiele ponad 53%. Pytanie co wydarzyłoby się wtedy w I turze wyborów, gdyby sondaże przez kilka miesięcy dawały Kwaśniewskiemu poparcie rzędu np. 50% zamiast 62-68%, jest aktualne także obecnie, kiedy media zachłystują się informacjami o wspaniałych sondażowych osiągach maklera Cimoszewicza, który opcję "na prezydenta" musiał kupić zapewne znacznie wcześniej niż ogłosił swoje odosobnienie w białowieskim "sulejówku". Jak niektórzy zdążyli już zauważyć, najwyższe poparcie Cimoszewicza zostało ogłoszone po sondażu, w którym pytano respondentów nie o swój wybór, ale o opinię na temat preferencji wyborczych elektoratu, a czym innym jest pytanie "na kogo oddałbyś swój głoś?" od zagadnięcia przypadkowego rozmówcy "kto twoim zdaniem ma największe szanse na wybór?". Zresztą nawet proste i wydawałoby się jednoznaczne pytanie o preferencje zagadniętego osobnika wcale nie oznacza, że udzielona odpowiedź byłaby tożsama z rzeczywistym wyborem. Jak pisał angielski statystyk W. J. Reichmann, "w badaniach dotyczących popularności różnych kolorów torebek damskich około 75 proc. kobiet twierdziło, że najbardziej lubi kolor czerwony... Odkryto jednak, że przy faktycznym zakupie zdecydowana większość kobiet wybierała torebki czarne", skoro zaś nawet między deklaracjami a faktycznym wyborem tych samych osób istnieją tak duże różnice, to tym bardziej wspomniane wróżby tracą na wartości, jeśli wziąć pod uwagę, że różne osoby, w różnym czasie, które praktycznie nie mogą stanowić próby reprezentatywnej, odpowiadają nie tyle na proste pytania, ile na pytania zmuszające do subiektywnych spekulacji. Reichmann negował również poznawczą wartość trendów konstruowanych w oparciu o tak zbierany materiał statystyczny, argumentując, że "w przypadku jednak, gdy używa się różnych próbek, nie wolno uzyskanych z nich wartości nanosić na wykres w ten sam sposób. Takie sporządzanie wykresu byłoby tym samym, co na przykład wykres zmian temperatur w kolejnych dniach, z których pierwsza odczytywana jest w Londynie, druga w Paryżu, trzecia w Nowym Jorku, czwarta w kotłowni, a piąta w lodówce". Tymczasem media prześcigają się w zestawieniach i uśrednianiu wyników, z których wynika, że na wszystkie partie i partyjki lewicy łącznie z najmocniej popieraną Samoobroną jest gotowych zagłosować maksymalnie 40 proc. elektoratu, podczas gdy sam Cimoszewicz i Lepper zbierają łącznie blisko 50 proc. poparcie. Nie trzeba przy tym dodawać, że odwrotnie jest na prawicy. Kaczyński ma znacznie mniejsze poparcie niż PiS, Giertych niż LPR, nie wspominając o Tusku, bo akurat wyborcy PO są skłonni zagłosować na każdego "postępowego" kandydata.
Specjaliści zajmujący się problemami socjotechniki wyróżniają trzy zasadnicze stopnie oddziaływania na ludzi za pomocą wspomnianych metod tj.: perswazję, manipulację i intensyfikację lęków, przy czym daje się zauważyć, że im plan oddziaływania jest bardziej uniwersalny i zakrojony na szerszą skalę, tym szerszy jest zakres i paleta metod oddziaływania na społeczeństwo. Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by zauważyć, że jak to ostatnio określano - "antyterrorystyczny terror" oraz związany z nim przekaz medialny i nastroje społeczne sytuują współczesne zachodnie społeczeństwa na trzecim ze wspomnianych wcześniej stopni socjotechniki. Eskalacja lęków i podgrzewanie atmosfery zagrożenia pozwala bardzo skutecznie uzyskać społeczne przyzwolenie na trudno akceptowalne w innych warunkach ograniczenia indywidualnych wolności, tak że w końcu - cytując C. S. Lewisa - tacy reprezentatywni przedstawiciele społeczeństwa stają się w ślad za występującą w tej grupie dominantą cech "uległymi niewolnikami dobroczynnego państwa", które jest dobroczynne jedynie w propagandzie uprawianej przez jego instytucje.
Przed referendum unijnym oficjalna propaganda straszyła polskie społeczeństwo naprędce wymyśloną dychotomią "jak nie Unia, to Białoruś", następnie jak nie Juszczenko, to car Putin, obecnie jak nie Andżelika Borys, to... właściwie to nawet nie bardzo wiadomo co - no bo chyba nie wojna? Metoda kontrastu polegająca na budowaniu wizerunku wroga, chociażby byłby to wróg urojony, pozwala zintegrować przynajmniej część społeczeństwa pod sztandarami, które w innych okolicznościach mogłyby nie spotkać się z większym entuzjazmem. Tym też można wytłumaczyć podejmowane przed paroma miesiącami próby pojednania narodowego i stworzenia coś na kształt nowego frontu jedności narodowej. Wałęsa pojednał się z Kwaśniewskim, Belka z Frasyniukiem i Mazowieckim i pewnie gdyby Borowskiemu nagle nie uwidziało się, że sondaże to rzeczywistość, to właśnie jego osoba byłaby obecnie główną kandydaturą połączonych sił SLD, SDPL i PD, mogącą przeciwdziałać "katastrofie narodowej czekającej nas po wyborczej wygranej prawicy".
Metoda kontrastu poprzez kreowanie wroga została dobrze przedstawiona w kultowej powieści Orwella "Rok 1984", w Polsce mieliśmy do czynienia z "zaplutym karłem reakcji" i "amerykańskim imperializmem", później z "elementami antysocjalistycznymi i wywrotowym", hitem lat 90. był "ciemnogród", a obecny wróg to koniecznie prorosyjska i antyeuropejska nacjonalistyczna prawica dysponująca przekaźnikami radiowymi zainstalowanymi na Kaukazie. Oczywiście w budowanie takiego obrazu sytuacji angażowane są wszelkie wypróbowane metody optymalizujące efekt manipulacji, dlatego też obok różnego rodzaju sondaży mamy powoływanie się na badania naukowe i prezentacje statystyczne, wypowiedzi tzw. autorytetów, znanych osobistości, gwiazdeczek ekranu i bieżni sportowych oraz publikacje na łamach tzw. opiniotwórczej prasy. Szczególnie w wypowiedziach, komentarzach i publikacjach mamy do czynienia z całym arsenałem chwytów socjotechnicznych, których autorzy powołują się na powszechność sądu (kto nie słyszał argumentu w stylu "przecież wszystkie kraje Unii europejskiej..." albo "powszechnie wiadomo, że..."), odwołują do negatywnych wartościowań ("psychole od Rydzyka", "oszołomy" czy "skrajna prawica" jako określenie nazistowskiej lewicy), pozornie retorycznych pytań ("Czy powstaniec warszawski mógłby okazać się donosicielem...?") lub tendencyjnych zestawień (np. "Rzeczpospolita" pisząc o wynikach postępowania lustracyjnego kandydatów na prezydenta o Relidze - działaczu PRON-owskim i afirmatorze Jaruzelskiego i komunistycznym
czynowniku Borowskim napisała, że są "czyści jak łza", podczas gdy Giertych wypełnił dwie z pięciu przesłanek współpracy, z kolei artykuł o kandydaturze Rokity na premiera został obdarzony tytułem "Rokita naszych marzeń"). Komentarze zamiast uzasadniać hipotezy lub pokazywać związki przyczynowo-skutkowe, składają się najczęściej z tzw. równoważników zdań lub wypowiedzi sprowadzających każdy przedstawiany pogląd do "prawdy oczywistej" nie wymagającej żadnego pogłębionego wywodu. Publikacje pełne są konstrukcji lingwistycznych zwanych fachowo presupozycjami, zawierającymi tzw. temat i remat, przy czym sedno manipulacji polega w tym przypadku na zasadzie, że negowaniu lub dyskusji poddaje się jedynie remat, podczas gdy temat będący najczęściej jedną częścią zdania złożonego jest traktowany jako swego rodzaju niekwestionowalny dogmat. Dla przykładu niedawno na łamach "Rz" zamieszczono polemikę pomiędzy Ryszardem Bugajem, reprezentującym narodową lewicę i Janem Lityńskim - lewicowcem kosmopolitycznym, przy czym Bugaj pisze m.in., że "Frasyniuk, atakując lustrację, przeciwstawia »bohaterów >Solidarności<« posłowi Giertychowi, którego kandydat na prezydenta ma niegodną przeszłość i wspierał aparat ucisku... Biografia Macieja Giertycha - najdelikatniej mówiąc - na afirmację nie zasługuje. Ale czy zasługują na nią choćby biografie Marka Belki i Henryki Bochniarz?". Jak łatwo zauważyć, do dyskusji nadaje się jedynie ocena moralnej przeszłości Belki i Bochniarz, natomiast to, że przeszłość Giertycha jest "niegodna" lub, że wspierał on komunistyczny aparat ucisku - nie może budzić niczyich wątpliwości. Czasami trudno odróżnić, czy w takich filipikach rzeczywiście chodzi o wzbudzenie wątpliwości co do moralnego mandatu komunistów, czy o ponowne dokopanie znienawidzonej przez "salon" prawicy. W każdym bądź razie Lityński polemizując z Bugajem, doskonale wyczuł kierunek polemiki, pisząc: "Bugaj zrównuje Belkę z Giertychem. TO oczywiste nadużycie. W przeciwieństwie do Belki Maciej Giertych aktywnie zwalczał opozycję demokratyczną, przyczyniał się do ukazywania paszkwili na jej członków. Natomiast i Marek Belka, i Henryka Bochniarz wraz z upadkiem PRL prezentują postawę demokratyczną...". Jak więc widać, Bugaj poddając pod dyskusję przeszłość Belki i Bochniarz, doprowadził do odpowiedzi Lityńskiego, w której działacz Unii Wolności, a obecnie Partii Demokratycznej mógł wprost napisać, że na przeszłość tych indywiduów należy patrzeć przez pryzmat ich obecnej demokratycznej postawy, wszak z cytowanego dwugłosu jedyną rzeczą nie podlegającą dyskusji jawi się ciemna przeszłość Macieja Giertycha, współpracownika reżimu i paszkwilanta "aktywnie zwalczającego opozycję demokratyczną". Nie trzeba chyba specjalnie dowodzić, że dla mniej zorientowanych i politycznie wyrobionych czytelników cytowana wymian zdań mogłaby stanowić dostateczny powód do stwierdzenia, że Belka z Bochniarzową jeśli aktywnie nie walczyli o wolną Polskę - to przynajmniej o niej dniami i nocami śnili przymusem oddelegowani do roboty w PZPR-owskiej egzekutywie, podczas gdy Giertych dowodził w tym czasie oddziałem ZOMO dzielnie rozpraszającym patriotyczne manifestacje.
Niestety, jak pokazała przeszłość i jak coraz wyraźniej widać obecnie, na ile narzędziem systemów totalitarnych jest propaganda ze wszechobecnymi eufemizmami zamieniającymi strajki na chwilowe przerwy w pracy, a niedostatek - na przejściowe trudności, tak narzędziem demokracji przechodzącej w ochlokrację jest manipulacja, gdzie eufemizmy zostały zastąpione terminami politycznej poprawności, w której słowniku podanie o zasiłek zastąpiono aplikacją na dotację, zabicie nienarodzonego dziecka - aborcją płodu, a wolność poświęcono na ołtarzu złudnego bezpieczeństwa.
Krzysztof MazurPublicystyka Krzysztofa Mazura na ASME
Komentarz (0)