Strona Główna

Konferencja Uniosceptyczna AD 2003

Konferencja eurosceptyków

Witryna Kary Śmierci

 

Korporacyjna "fala" - Krzysztof Mazur Wysłane piątek, 1, lipca 2005 przez Krzysztof Pawlak

Interwencjonizm państwowy nie ogranicza się do rynku kapitałowego i towarowego lecz ogranicza również rynek pracy i - o czym dyskutuje się ostatnio coraz częściej - ogranicza w znacznym stopniu prawo wykonywania zawodu, możliwości korzystania z określonych usług oraz jakość świadczenia tychże usług. Mimo oficjalnej propagandy obwieszczającej ciągłe postępy wolnego rynku oraz nawet wbrew niektórym tendencjom w innych krajach, nasz kraj jest nadal "polską korporacyjną", a opór wobec logicznych i racjonalnych zmian nie maleje, co widać chociażby po dyskusjach wokół zniesienia ograniczeń w dostępie do zawodów prawniczych (pretekstem było nagłośnienie propozycji PiS-u) czy zniesienia tytułu doktora habilitowanego w kontekście zmian w ustawie o szkolnictwie wyższym.
Szczególnie ten drugi przykład pokazuje, jak trudno będzie zmienić obecną filozofię, na której ufundowany został ustrój III RP, skoro tak trudno "urynkowić" naukę i dydaktykę na poziomie szkół wyższych, gdzie i tak dwie trzecie studentów ponosi pełne koszty kształcenia, a i tzw. bezpłatna państwowa edukacja kosztuje niemało rodziny studentów oraz podatników. Sprawa tzw. zniesienia habilitacji obrazuje również skalę obłudy określonych lobbies, które dla przeprowadzenia korzystnych dla siebie rozwiązań szermują koniecznością dostosowywania się do europejskich standardów lub światowych tendencji, a kiedy tendencje światowe stoją w sprzeczności z ich interesem grupowym - walczą o zachowanie wyłączności. Zwykle podstawowym argumentem strony broniącej swoich przywilejów jest straszenie upadkiem poziomu wykonywania zwodu, wizją licznych nadużyć systemu pozbawionego państwowej lub korporacyjnej kontroli albo ograniczeniem dostępu do korzystania z określonych usług. I tak wolny rynek w szkolnictwie miałby spowodować, że profesorami zostawaliby mierni plagiatorzy lub pupilkowie systemu, urynkowienie zawodów prawniczych uniemożliwiłoby powszechne zasięganie porad u adwokatów i radców prawnych, wolny rynek w lecznictwie ograniczyłby dostęp do tego typu usług i leków, skasowanie uprawnień dla biegłych rewidentów lub rzeczoznawców wyzwoliłoby kreatywną księgowość lub wyceny odbiegające od rynkowych... Zaraz, zaraz, przecież właśnie opisane przed chwilą skutki wilczego kapitalizmu to właśnie nasza miniona i obecna codzienność. Habilitowanych profesorów wprawdzie specjalnie nie przybywa, można raczej mówić o reprodukcji prostej, ale w ostatnim piętnastoleciu wypromowano w Polsce ok. 35 tysięcy doktorów (rokrocznie na "doktora" uczy się ok. 6 tysięcy doktorantów), tj. tyle ile w 1990 r. było - według resortu edukacji - wszystkich nauczycieli akademickich, jeszcze kilkanaście lat i tytułem doktora będą zaszczycani chętni, którzy posiądą wyjątkową umiejętność alfabetycznego ułożenia fiszek w bibliotecznym księgozbiorze. Studenci kierunków prawniczych zaliczają przedmioty, zdają egzaminy po to, by po ukończeniu pięcioletnich studiów stwierdzić, że faktycznie nie mogą wykonywać swojego wyuczonego zawodu, gdyż dla takiej praktyki należy jeszcze dodatkowo odbyć kolejne kilkuletnie studia zwane aplikacją, które z racji warunków brzegowych może ukończyć ułamek absolwentów prawa. Biegli rewidenci przepisują opinie zarządów spółek, które mają zrewidować, notariusze notują, lekarze leczą - dopóki pacjent sam nie wyzdrowieje, komornicy ściągają swoje koszty, rzeczoznawcy szacują tak, jak życzy sobie zamawiający operat szacunkowy, rady aptekarskie stwierdzają, kto jest farmaceutą i opiniują zamiar prowadzenia apteki itd. Jeśli do tego dodać, że swoją normę wyrabia dodatkowo kilkaset tysięcy urzędników oraz pracowników różnych agencji i inspekcji jak: inspekcja nasienna, pracy, dozoru technicznego, weterynaryjna, sanitarna, drogowa, budowlana i wiele wiele innych, to mamy prawdziwy obraz Polaka osaczonego setkami różnych przepisów, których nie jest w stanie przestrzegać i kontrolerów, o których dla swojego zdrowia psychicznego stara się zbyt często nie myśleć.
Z jednej strony szafuje się strategiami lizbońskimi, większą konkurencyjnością usług i swobodą przepływu pracowników, z drugiej zaś mamy m.in. strategię paryską i bolońską, które chcą unifikować, zlewać, standaryzować, chociaż już dawno zauważono, że np. siła amerykańskiej nauki bierze się nie tyle z wysokiego średniego poziomu, ale z różnorodności.
W Polsce funkcjonuje 17 samorządów zawodowych, wiele innych środowisk walczy o stworzenie systemu korporacyjnego i jak szacują znawcy problemu - dostęp do wykonywania ok. 130 zawodów wymaga spełnienia określonych szczególnych warunków. Oczywiście te wszystkie cuda dobry rząd we współpracy z branżowymi grupami nacisku stworzył dla naszego dobra, gdyż bez władzy korporacji i państwowego nadzoru usługi adwokata wykształconego przez sędziego bez habilitacji zdrożałyby skokowo, jak nie przymierzając - olej opałowy, a błąd w sztuce lekarskiej poganiałby nadużycia wrednych farmaceutów-trucicieli mszczących się w ten sposób za nierzetelną opinię księgowego zwindykowanego przez bezdusznego komornika działającego przez 40-letniego emerytowanego policjanta. Oczywiście uwolniona ze swoich obowiązków kilkusetosobowa armia urzędników zasiliłaby szeregi żebrzących na ulicach, bezrobocie skoczyłoby do 40 proc., a wyroby przemysłu pozbawione czujnego oka urzędników dozoru technicznego lawinowo powiększałyby armię rencistów.
Biorąc niedawno udział w dyskusji poświęconej kwestii ograniczenia roli korporacji prawniczych zauważyłem, iż osoby broniące obecnego status quo z góry zakładają, że wolny rynek nie może rozwiązać problemów scedowanych na instytucje państwowe lub współczesne cechy, chociaż już Adam Smith w "Bogactwie narodów" pisał o dobroczynnych skutkach konkurencji w sądownictwie, a dyskusja w Polsce koncentruje się na razie jedynie wokół tzw. zawodów komercyjnych, czyli adwokatów, notariuszy i radców. Wspomniana dyskusja miała jednakże pewien walor edukacyjny, otóż w którymś momencie zwolennik utrzymania zawodowych przywilejów, zapytany o argumenty przemawiające za takim rozwiązaniem, odpowiedział, że przecież jest to "prawda oczywista", co udało mi się speuntować nawiązując do opinii ks. abp. Tokarczuka, który miał podobno klasyfikować "prawdę", "półprawdę" i ćwierć prawdę", klasyfikację ową nieco uprościł śp. ks. Tischner, twierdząc, że istnieje "prawda’, "tyz prawda" i "gó.no prawda" - podczas gdy współczesna dyskusja publiczna opiera się już wyłącznie na argumencie "prawdy oczywistej", która jest oczywiście zawsze po tej właściwej stronie.

Krzysztof Mazur



Użytkownik:
E-mail:
Hasło:

Komentarz:

 

Komentarze pozostają własnością ich twórców - redakcja ASME nie bierze za nie odpowiedzialności.

powrót do strony głównej ASME