Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
65. rocznica pierwszej masowej wywózki Polaków na Sybir Ofiary sowieckiego totalitaryzmu - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego Wysłane czwartek, 24, lutego 2005 przez Krzysztof Pawlak |
10 lutego 1940 r. - to druga data - po sowieckiej agresji 17 września 1939 r., która głęboko zapadła w pamięci mieszkańców Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej. 65 lat temu, o świcie, rozpoczęła się pierwsza masowa wywózka Polaków do syberyjskich łagrów, oficjalnie nazywana "przesiedleniem". Objęła ponad 220 tys. ludzi - urzędników państwowych (m.in. sędziów, prokuratorów, policjantów), działaczy samorządowych, leśników, a także właścicieli ziemskich i osadników wojskowych z rodzinami. Wywiezieni trafili do północnych regionów ZSRS, w okolice Archangielska oraz do Irkucka, Kraju Krasnojarskiego i Komi. Ocenia się, że podczas czterech wielkich deportacji, które trwały do czerwca 1941 r., na nieludzką ziemię Sowieci zesłali łącznie od 1,5 do 2 milionów Polaków.- Sowieckie deportacje były jedną z najcięższych zbrodni dokonanych na Narodzie Polskim w latach 1939 - 1945 - mówi prof. Leon Kieres, prezes Instytutu Pamięci Narodowej.
Szkoda tylko, że do dziś (zarówno w Polsce, a tym bardziej na Zachodzie) niewiele mówi się o zbrodniach Sowietów, w przeciwieństwie do zbrodni "nazistów", czego dowodem były np. ostatnie obchody 60. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz, którym nadano międzynarodowy charakter. Ale cóż, o pamięci historycznej ciągle decyduje bieżąca polityka.
65 lat od tych tragicznych wydarzeń Rosja - prawny i moralny spadkobierca ZSRS - udaje (przy cichej aprobacie możnych tego świata), że tematu nie ma i ani myśli o wypłacie tysiącom represjonowanych należnych im odszkodowań. Ostatnio Kreml mówi co prawda, że zadośćuczyni wszystkim poszkodowanym (o kogo chodzi i w wyniku czego zostali poszkodowani, tego już oczywiście się nie dowiemy). A jak ma zapłacić wszystkim, to wiadomo, że nie zapłaci nikomu. To jedno z wielu kłamstw Moskwy, kłamstw dobrze znanych z historii. Polskie władze tradycyjnie nie interweniują, aby nie drażnić Wielkiego Brata.
SŁOWA I CZYNYZ okazji 65. rocznicy sowieckich deportacji uroczystości z udziałem żyjących uczestników tamtych tragicznych wydarzeń, władz państwowych, samorządowych, wojskowych, organizacji kombatanckich i młodzieżowych odbyły się m.in. na Jasnej Górze, w Białymstoku, Warszawie, Lublinie i Wrocławiu.
Ojciec Marian Lubelski, przeor Jasnej Góry, odprawił Mszę św. przed obrazem Matki Boskiej: - Modlimy się za zmarłych i żyjących zesłańców Sybiru i Kazachstanu, aby dobry Bóg przyjął tych, którzy ponieśli śmierć za Ojczyznę, za wiarę. I za tych, którzy żyją, i są żywymi świadkami - niech Bóg dodaje im otuchy i nadziei. Przebaczamy, ale nie zapominamy o tych zbrodniach!
Po mszy byli Sybiracy i ich rodziny złożyli kwiaty przy pomniku Ofiar Sowieckich przy Kaplicy Pamięci Narodu.
We Wrocławiu kapelan dolnośląskich Sybiraków ks. prał. Franciszek Głód, przypominając ich straszliwe przeżycia, podkreślił m.in., że jeszcze do niedawna Sybiracy nie mogli mówić, że nimi byli. Teraz mogą już to czynić, ale są starzy i schorowani.
W Lublinie przed pomnikiem Matki Sybiraczki członkowie Związku Sybiraków modlili się, odśpiewali "Hymn Sybiraka", złożyli wieniec i zapalili znicze. Wielu z zebranych nie kryło żalu, że kilkadziesiąt lat od tragedii nie usłyszeli od Rosjan przeprosin. W uroczystościach - co symptomatyczne - nie wzięli udziału przedstawiciele lokalnych władz.
W Warszawie przed pomnikiem Poległym i Pomordowanym na Wschodzie przedstawiciele Związku Sybiraków, Stowarzyszenia Rodzina Katyńska oraz Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych złożyli wieńce i zapalili znicze. - Naszym świętym obowiązkiem jest przekazywać innym, przede wszystkim młodym ludziom, wiedzę o naszej tragedii na Wschodzie - powiedział prezes Oddziału Warszawskiego Związku Sybiraków, Olgierd Poważyński. Zaznaczył, że jest to szczególnie ważne, ponieważ z roku na rok Sybiraków jest coraz mniej.
Najdłużej, bo ponad tydzień, obchody rocznicy wywózek trwały w Białymstoku - rozpoczęły się w Muzeum Sybiraka, a zakończyły "sybiracką" mszą i złożeniem kwiatów przy pomniku - Grobie Nieznanego Sybiraka.
Tak wyglądały, przedstawione w dużym skrócie, tegoroczne obchody 65. rocznicy pierwszej masowej wywózki Polaków do syberyjskich łagrów. Ze smutkiem należy dodać, że tym razem, podobnie jak w ubiegłych latach, na okolicznościowych przemówieniach niestety się skończyło. Władze III RP nadal niewiele robią, aby pomóc (nie tylko w słowach, ale w konkretnych działaniach) żyjącym jeszcze ofiarom sowieckich represji i ich rodzinom. Niesłusznie nazywa się ich zresztą repatriantami. Są to przecież osoby, które przymusowo znalazły się na terytorium sowieckim, a teraz chcą wrócić do Ojczyzny. Jeśli naszym rodakom zza wschodniej granicy nie pomogą lokalne władze, na wsparcie państwa polskiego nie mają co liczyć.
BADANIA OŚRODKA KARTAW Polsce sowieckie deportacje od lat bada warszawski Ośrodek Karta, wydawca, przy znacznym wsparciu finansowym Instytutu Pamięci Narodowej, "Indeksu Represjonowanych". Gotowa jest imienna lista ponad 28 tys. obywateli polskich przymusowo wysiedlonych w głąb ZSRS. Pracownicy Karty oceniają, że deportowanych było w sumie 320 tys., z czego można zidentyfikować 170 tys. - To tylko osoby wywiezione w czterech wielkich deportacjach między lutym 1940 r. a czerwcem 1941 r. - wyjaśnia prof. Wojciech Matarski.
Z kolei łączną liczbę Polaków represjonowanych w różny sposób przez Sowietów Karta szacuje na 570 tys. osób, z czego imiennie można zweryfikować ponad 286 tys. Takie są wyniki dotychczasowych badań. Wydaje się, że liczby te, w porównaniu z danymi (szacunkowymi) mówiącymi, że samych deportowanych było 1,5-2 mln, w żaden sposób nie oddają skali problemu. Pamiętać należy jednak, że ustalenie personaliów konkretnych osób i odtworzenie ich losów wymaga drobiazgowej, mozolnej pracy.
Ponadto - badania, szczególnie tak skomplikowane, kosztują.
- Rocznie możemy przeznaczyć na to przedsięwzięcie ok. 400 tys. zł - mówi Zbigniew Gluza, szef Ośrodka Karta. Podkreśla, że co roku indeks przyrasta o kolejne 40 tys. nazwisk i danych personalnych osób represjonowanych przez ZSRS.
Podstawowym problemem jest jednak ciągły brak dostępu do rosyjskich archiwów. Tym bardziej należy docenić trud pracowników Ośrodka Karta.
Podkreślić trzeba również, że danych wielu tysięcy osób po prostu nie da się ustalić. W sowieckim systemie zniewolenia ludzi męczono i mordowano bezimiennie tak, aby nie został po nich żaden ślad. Wobec ogromnej machiny totalitarnego państwa życie ludzkie nie miało żadnego znaczenia. Przy takim, okrutnym założeniu, prowadzenie kartotek wywiezionych, więźniów i jeńców, czyli całej rzeszy ludzi represjonowanych nie było potrzebne.
ABY ZNÓW SIĘ NIE WYDARZYŁOMimo biernej postawy władz III RP, w sferze zbiorowej pamięci jednak coś drgnęło. Właśnie ukazało się polskie wydanie monumentalnego opracowania Anny Applebaum (żony byłego wiceministra spraw zagranicznych Radka Sikorskiego) pt. "Gułag" (wydawnictwo Świat Książki, styczeń 2005). Na 624 stronach autorka analizuje, jak i kiedy powstał system łagrów, opisuje ich historię. Niezorientowanemu na ogół w historii (a szczególnie w problematyce zbrodni komunizmu) czytelnikowi amerykańskiemu - bo do niego przede wszystkim książka jest adresowana, Applebaum wyjaśnia, że gułagi to obozy pracy przymusowej, w których przez 60 lat komuniści zamykali zarówno wrogów systemu, jak i zwykłych przestępców. W obozach tych, rozrzuconych po wielkim terytorium ZSRS, pracowało w sumie 30 milionów więźniów. Autorka przypomina m.in., że model późniejszego Gułagu powstał w latach 1917 - 1939 na Wyspach Sołowieckich (Sołowkach), a jednym z jego architektów był Naftali Aronowicz Frenkel. Urodzony w Palestynie ok. 1881 r., Frenkel trafił do obozu pracy na Sołowkach, ukarany prawdopodobnie za szmugiel. Jego plan "racjonalizacji" pracy więźniów tak się spodobał władzom w Moskwie, że wkrótce został kierownikiem obozu.
Applebaum najwięcej miejsca poświęca życiu i morderczej pracy w łagrach. Podkreśla, że celem Gułagu było wychowanie przez pracę, ale przede wszystkim przymusowe wykorzystanie darmowej siły roboczej na potrzeby sowieckiego państwa. Najwięcej łagierników pracowało przy wyrębie lasu, przy wydobyciu złota (Kołyma), węgla i nafty (Workuta).
Autorka korzystała z pamiętników i opracowań, głównie w języku rosyjskim i angielskim, ale w książce cytowane są też źródła polskie. Przebadała zbiory w Archiwum Hoovera, Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie i Ośrodku Karta. W Rosji pozwolono jej skorzystać z archiwów państwowych - centralnych i prowincjonalnych, zwiedziła też m.in. Wyspy Sołowieckie, Archangielsk, Petersburg, Petrozawodsk i rejon Workuty. Przeprowadziła wywiady zarówno z osobami, które przeżyły Gułag, jak i z przeciętnymi Rosjanami, których przeważająca liczba rozgrzesza stalinizm i jest przeciwna badaniu przeszłości ich kraju.
Z książki dowiadujemy się również, że większość obozów zamknięto dopiero w późnych latach 80., choć niektóre istnieją do dziś. Nie wiadomo jednak, ile ich jest i jak się tam traktuje więźniów. "Książka ta napisana została, bo prawie na pewno to wydarzy się znów" - ostrzega Anna Applebaum.
NA NAJWYŻSZYM SZCZEBLUPrzeprowadzoną 10 lutego 1940 r. akcję eksterminacyjną, której celem było wyniszczenie Polaków, przygotowano dużo wcześniej w sposób bardzo szczegółowy. Uchwałę o wysiedleniu z "zachodnich obwodów Ukraińskiej i Białoruskiej SRS" "osadników" (czyli polskich mieszkańców tych ziem II RP) Rada Komisarzy Ludowych ZSRS podjęła już 5 grudnia 1939 r. Dwa tygodnie później (22 grudnia) podobną decyzją objęto również pracowników służby leśnej.
Czym Polacy "zawinili"? Otóż Sowieci uznali, iż wiernie służyli oni rządowi "burżuazyjnej Polski" i zostali przygotowani (przez II Oddział Sztabu Głównego WP) na wypadek konfliktu z ZSRS do działania w charakterze "dywersantów", "szpiegów" i "terrorystów" (dzisiejszy władca Rosji nazywa tak Czeczenów). "Grzechem" Polaków była również (jeśli nie przede wszystkim) "aktywna walka z władzą sowiecką w 1920 r.", "wykorzystywanie pracy najemnej", "wrogie wypowiedzi pod adresem ZSRS", "rozprawianie się z prostymi chłopami, którzy rąbali pański las", "przejście na katolicką wiarę". W ten sposób - jak pisze wybitny znawca tematu, prof. Albin Głowacki w książce "Sowieci wobec Polaków na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej 1939 - 1941" - "władze bezpieczeństwa ZSRS otrzymały »prawną« podstawę do rozpoczęcia przygotowań do wywózki. Odpowiednie wskazówki w tej sprawie przekazał 19 i 25 XII 1939 r. Berii również Stalin". Decyzja zapadła zatem na najwyższym szczeblu sowieckiego państwa.
ZBRODNICZY PLANW terenie ruszyła akcja tzw. rejestracji polskich rodzin. Nie chodziło oczywiście o żaden spis ludności, ale o uzyskanie niezbędnych danych do wywózki, pozyskanie niewolniczej siły roboczej i przejęcie pozostawionego majątku.
29 grudnia 1939 r. RKL ZSRS zatwierdziła przygotowany przez NKWD plan "przesiedlenia". Zwraca uwagę tempo podejmowania decyzji - od formalnej uchwały o wysiedleniu (5 grudnia) minęły zaledwie trzy tygodnie. Podkreślić należy również, że akcję zaplanowano na ten sam dzień - 10 lutego i objęła ona ogromne połacie polskich Kresów Wschodnich, zdradziecko zajętych przez Stalina i przydzielonych do dwóch republik - sowieckiej Ukrainy i Białorusi. Co więcej - wyznaczonego dnia akcja rzeczywiście się rozpoczęła. Świadczy to o niebywałej skuteczności Sowietów w realizacji zbrodniczego planu zbiorowej eksterminacji ludności polskiej. Odpowiednio wcześniej zadecydowano również, dokąd Polacy zostaną wywiezieni - tu nie było żadnego przypadku.
Okupanci szybko zorientowali się, że skala wywózek może być niewystarczająca. W związku z tym 14 I 1940 r. BP KC WKP(b) i rząd sowiecki podjęły wspólną uchwałę "O dodatkowym rozmieszczeniu specprzesiedleńców-osadników", która przewidywała zwiększenie liczby wysiedlanych o 5 tys.
DO OJCA, DO LASUWywózka była pełnym zaskoczeniem. Nikt nie wiedział, dlaczego i dokąd jest wywożony. Dla jednych oznaczało to szybką śmierć, dla innych wieloletnie (często dożywotnie) pozostanie na nieludzkiej ziemi.
Głowacki: "Mróz dochodził nawet do minus 42 stopni C. Do otoczonych domów (mieszkań) osób przewidzianych do zsyłki załomotali uzbrojeni funkcjonariusze NKWD. Nierzadko asystowali im cywile - przedstawiciele lokalnych władz. Wtargnąwszy do wewnątrz, spędzali wyrwanych ze snu domowników w jedno miejsce, pozwalali im ubrać się, ustalali ich personalia i rozpoczynali szczegółową rewizję domu i obejścia, rzekomo w poszukiwaniu broni i ewentualnie ukrywających się ludzi (przy okazji zdarzało się im ukraść co cenniejsze przedmioty, zabrać dokumenty, fotografie itp.). Mężczyzn unieruchamiali pod uzbrojoną strażą, by nie mogli czynnie przeciwstawić się bezprawiu. Następnie (bądź od razu) odczytywali (komunikowali) decyzję o przesiedleniu, od której nie było odwołania. Na pytanie dokąd - odpowiadali ogólnikowo, wymijająco lub kłamali, że będzie to np. miejsce urodzenia rodziców, inne gospodarstwo, inny rejon czy obwód. Niekiedy mówili, że chodzi o wysiedlenie ze strefy wojennej (?), że rodzinę przewozi się do ojca (aresztowanego!). Sporadycznie informowali jednak, że zesłańcy nigdy już tu nie powrócą, że jadą do pracy w lesie. Zdarzały się też uspokajające »wyjaśnienia«: oto władza sowiecka przesiedla ich, ponieważ grozi im »niebezpieczeństwo ze strony miejscowej ludności«, zawinione przez rząd polski, który »nieudolnie współpracował z ludnością ukraińską«, że wyjazd jest konieczny, gdyż mieszkają zbyt blisko od granicy itp. Na spakowanie się i przygotowanie do wyjazdu pozostawiono przeważnie niewiele czasu".
"DOBYTEK DOŚLEMY"Według przygotowanych odgórnie wytycznych wywożeni mogli zabrać ze sobą trochę odzieży i przedmiotów codziennego użytku (np. naczynia kuchenne), żywność (miesięczny zapas na rodzinę), pieniądze (bez ograniczeń) i kosztowności, przy jednym wszak zastrzeżeniu - waga wszystkiego nie mogła przekraczać 500 kg na rodzinę. Głowacki: "Bywało, że [enkawudziści - red.] nie pozwolili zabrać żadnego dobytku, ani żywności, lecz tylko kilka osobistych rzeczy. Twierdzili, że wszystko, co potrzebne, wysiedleńcy jakoby otrzymają po przybyciu na nowe miejsce bądź, że dośle się tam ich dobytek (
sic!)".
Majątek "przesiedlonych" miał przejść na własność kołchozów, szkół i szpitali, w rzeczywistości wszystko przejęło państwo, czyli sowiecki aparat. W ten sposób rzekomo "wyzwolony lud pracujący ukraińskich i białoruskich miast, i wsi" nie uzyskał z akcji żadnych profitów. Do opustoszałych polskich miast i wiosek sprowadzano m.in. Rosjan ze Wschodu i Łemków z okolic Sanoka.
Przejazd na stację kolejową, na zarekwirowanych saniach lub furmankach, pod eskortą NKWD, trwał często cały dzień. Potem ładowano ludzi do bydlęcych wagonów (po 35-50 osób w jednym). Zmarłych grzebano lub po prostu pozostawiano na najbliższym postoju. Po dwóch-czterech tygodniach pociągi docierały do rozrzuconych w tajdze lub stepie specjalnych osiedli (
specposiołków, czyli łagrów, gułagów), zarządzanych przez NKWD. Oddalone od innych siedzib ludzkich zazwyczaj składały się z kilku-kilkunastu bliźniaczo podobnych baraków.
ZGŁADZIĆ NARÓDWedług danych NKWD podczas pierwszej wywózki wysiedlono w sumie prawie 140 tys. osadników i leśników wraz z rodzinami, których umieszczono w 115
specposiołkach, rozrzuconych w 21 krajach i obwodach ZSRS. Większość pracowała w przedsiębiorstwach Ludowego Komisariatu Przemysłu Leśnego - 17 077 rodzin (85.779 osób, czyli 61,5% ogółu zesłańców), COL-esu - Ludowego Komisariatu Komunikacji - 4573 rodziny (23.026 osób, 16,5%) i Ludowego Komisariatu Hutnictwa Metali Kolorowych - 3951 rodzin (19.455 osób, 13,9%). Pozostałych 1867 rodzin (11.336 osób, 8,1%) przekazano do Ludowych Komisariatów: Przemysłu Miejscowego, Hutnictwa Żelaza i Stali, Budownictwa, Uzbrojenia, Materiałów Budowlanych oraz do leśnych obozów NKWD.
Pod tymi suchymi, acz znamiennymi liczbami, kryją się tragiczne losy łagierników. Pracowali często po pas w śniegu lub w zatęchłych szybach kopalnianych, w potwornych warunkach sanitarnych, higienicznych i klimatycznych (zimą wielkie mrozy, latem upały z wszechobecnymi meszkami i komarami), bez choćby minimalnych zabezpieczeń i opieki zdrowotnej. Umierali albo tracili zdrowie z wycieńczenia, zimna i głodu. Polacy byli przy tym traktowani jak ludzie niższej kategorii - pozbawieni wszelkich praw "wrogowie ludu" i "burżuje". NKWD-ziści na każdym kroku powtarzali: "Polski już nigdy nie będzie".
Wkrótce przyszły następne masowe wywózki. Zaledwie dwa miesiące później, 13 kwietnia 1940 r., deportowano kolejnych Polaków (ok. 61 tys. osób) - przede wszystkim rodziny osób poprzednio "przesiedlonych", w większości kobiety i dzieci. Transporty kierowano tym razem nie na północ, jak podczas pierwszej wywózki, tylko na południe azjatyckiej części ZSRR, do Kazachstanu.
Wkrótce - 29 czerwca 1940 r. Sowieci wywieźli ok. 78 tys. Polaków - nie tylko mieszkańców Kresów, ale także tych, którzy dotarli tam, uciekając przed Niemcami. Czwarta wywózka - w nocy z 21 na 22 maja 1941 r. objęła ponad 12 tys. osób z terenów "Zachodniej Ukrainy". Kolejne deportacje powstrzymali Niemcy, uderzając na Związek Sowiecki.
Elitę II RP wymordowano m.in. w Katyniu. Wszystko zgodnie z sowieckim planem zagłady narodu polskiego.
Tadeusz M. Płużański
Komentarz (1)