Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
Lista nieustannie dementowana - artykuł prof. Jerzego Przystawy Wysłane wtorek, 8, lutego 2005 przez Krzysztof Pawlak |

Już drugi tydzień trwa nieustająca, publiczna ekscytacja tzw. listą Wildsteina. Od niej praktycznie zaczyna się każdy dziennik telewizyjny czy radiowy, o niej piszą wszystkie gazety, wokół niej toczą się dyskusje, grzeją się komputery i przeglądarki. Według informatyków, zainteresowanie tą listą w Polsce wielokrotnie przekroczyło już zainteresowanie seksem, w tym sensie, że na wyszukiwarkach internetowych "lista Wildsteina" pojawia się jakieś 10 razy częściej niż słowo "seks". Mój tekst, wygłoszony w Radio Rodzina tydzień temu i zawieszony m.in. na stronie internetowej www.prawica.net pobił rekordy czytelnictwa. W ciągu kilku dni czytało go tylko tam ponad 15 tysięcy internautów, co, według Administratora tej witryny jest absolutnym rekordem. Toczą się debaty telewizyjne z udziałem autorytetów, z udziałem wymienionych na liście i nie wymienionych. Co z tej ogromnej ekscytacji wynika i co ma jeszcze wyniknąć?
Występujący wczoraj w TVP2, w programie red. Pospieszalskiego "Warto rozmawiać", pan Aleksander Smolar przypomniał starą anegdotę, jak wybitny zachodni intelektualista pojechał do Związku Sowieckiego i zorientował się, że coś w tym wszystkim jest nie tak, jak to sobie zachodni intelektualiści wyobrażali. Jego sowiecki rozmówca, w odpowiedzi na krytykę i nieprzyjemne pytania, miał odpowiedzieć: jak się chce usmażyć jajecznicę, trzeba najpierw rozbić jajka. Ripostował gość: jajka rozbite, to widać. A gdzie jajecznica? Twierdził więc Aleksander Smolar, że na tej całej historii skorzystają przede wszystkim "postkomuniści".
Wiele mnie z p. Smolarem dzieli, ale w tym wypadku skłonny jestem przyznać mu rację. Pani Jadwiga Staniszkis, która po początkowym załamaniu przeszła całkowicie na stronę red. Wildsteina i najbardziej gorąco dzisiaj trzyma jego stronę, niechcący też udowadnia, że tak właśnie jest. Powiedziała mianowicie, że w małej miejscowości, w której mieszka, ludzie, którzy do tej pory się jej kłaniali i mile pozdrawiali, od tej historii przestali się do niej uśmiechać i ją pozdrawiać. A przecież Pani Profesor jest pierwszą gwiazdą antykomunistycznej opozycji, a świadectwo moralności wystawił jej sam pan profesor Andrzej Friszke i zapewnił całą Polskę, że widział jej teczkę i gwarantuje, że jest ona niewinna jak lilia. No i jaki efekt? Okazuje się, że ludzie w tym małym miasteczku nie wierzą już ani Profesor Staniszkis, ani Profesorowi Friszke. Komu więc są skłonni uwierzyć?
Przedwczoraj, w niedzielę, obejrzałem program telewizyjny "Linia specjalna" z udziałem ministra spraw wewnętrznych, p. Andrzeja Kalisza. Kalisz jak Kalisz, słuchałem go i oglądałem wiele razy, ot jeden z czołowych komunistycznych spryciarzy. Oczywiście, minister Kalisz egzaminowany był na okoliczność listy. Co tam odkrywczego powiedział - nie ma znaczenia, niewątpliwie był bardzo zadowolony z siebie i z rozwoju sytuacji. A najbardziej był ucieszony wynikiem sondy telefonicznej wśród telewidzów: większość widzów go poparła! Wątpię, czy byłoby to możliwe bez "listy Wildsteina".
Jeden ze słuchaczy wczorajszego programu telewizyjnego zauważył, że na całej tej sprawie najbardziej ucierpi wiarygodność IPN, pomimo wszystkich starań uczonych w nim pracujących, pomimo ich fachowości i obywatelskiego zaangażowania, rozlicznych wystąpień profesorów Kieresa, Friszke, Paczkowskiego, Dudka i innych. Przeciętni bowiem Polacy, ci z małych miasteczek, jak to, w którym mieszka prof. Staniszkis, ale również i ci z tych większych małych miasteczek, jak Wrocław, uwierzyli od razu, że lista ta jest listą agentów i im bardziej uczeni temu zaprzeczają, tym bardziej utwierdzają ich w tym przekonaniu. Trzeba przecież przyznać, że uczeni i redaktorzy robią wszystko, żeby tak właśnie było. Przypomina się stare powiedzenie o oświadczeniach polityków: nie wierzymy w wiadomości nie zdementowane. Dopiero, kiedy w polityce pojawia się oficjalne dementi, wtedy wiemy na pewno, że wszystko to prawda. W przypadku "listy Wildsteina" tych dementi było już bez liku.
Najpierw dementi złożył sam redaktor Wildstein, oświadczając, że lista, która krąży po internecie i wywołuje takie sensacje - nie jest bynajmniej jego listą, tą wyniesioną z IPN.
Następne dementi Wildsteina było takie, że ta lista, która nie jest jego listą i którą on wyniósł, w żadnym wypadku nie jest listą agentów i tajnych współpracowników. Podobno wyniósł ją tylko po to, żeby ułatwić pracę dziennikarzom. Jest to mało zrozumiałe, bo skoro był to tylko podręczny katalog, do którego każdy dziennikarz miał otwarty dostęp, to trudno zrozumieć, po co trzeba było go wynosić?
Dalsze podejrzenia, że lista może być listą agentów zdementował Profesor Kieres, twierdząc, że IPN celowo, ze względów po prostu moralnych, pomieszał agentów z nieagentami, żeby funkcjonowało "domniemanie niewinności", a więc, żeby każdy, kto się na tej liście zobaczy, mógł już stuprocentowo uważać się za niewinnego.
Kolejne dementi Profesora Kieresa, dotyczyło podejrzeń, że mogą na niej być ludzie z całej Polski. Na pytanie dziennikarzy oświadczył, że absolutnie nie, bez względu na to, co na tej liście widzimy, jest to po prostu lista - kogo? czego? - z terenu województwa mazowieckiego. Kiedy więc czytam na niej nazwiska moich kolegów i znajomych z Wrocławia, Gdańska czy Krakowa, wiem, że po prostu jestem w błędzie, bo nic takiego nie ma i być nie może. We wczorajszej audycji Pospieszalskiego, p. Jadwiga Staniszkis mówiła o dobroczynnym działaniu listy w... Słupsku, gdzie obywatele sami organizują się do swego rodzaju słupskolustracji, bo na tej podstawie rozpoznają znajomych i będą się jakoś oczyszczać. To poważny błąd i Pani Profesor głęboko się myli, i mylą się mieszkańcy Słupska, bo "lista Wildsteina" jest listą mazowiecką, a Słupska ani Wrocławia jeszcze na Mazowsze nie przeniesiono.
"Trybuna" wyskoczyła z oskarżeniem Wildsteina o zdradę narodową, gdyż, według jej naczelnego, są na niej nazwiska autentycznych oficerów obecnego wywiadu wojskowego. Natychmiast zdementował to szef tegoż wywiadu, generał Marek Dukaczewski, który zapewnił, że jedynym oficerem wywiadu na tej liście jest on sam i żadnych innych nie ma, i być nie może, nasi szpiedzy mogą więc spać spokojnie.
To dementi Generała Dukaczewskiego samo w sobie dementuje inne dementi, że na liście nie ma agentów z okresu po roku 1990, bo tylko do tego okresu IPN gromadzi dane. Nie wiadomo, jak w takim razie traktować generała Dukaczewskiego, czy należy on już całkowicie do przeszłości, i to z przed roku 1990, czy też jest obecnie cywilem, który mundur generalski nosi tylko od parady.
Z ogromnym niepokojem, a może nawet ze zgrozą przyglądam się temu niesamowitemu poruszeniu polskich inteligentów, albowiem wydaje mi się, że jajecznicy z tego nie będzie, a przynajmniej nie na to śniadanie. Ta lista to gra na naszych emocjach, jak widać niesłychanie skuteczna. Mam ogromny żal do Pana Boga, że kazał mi być synem narodu, który jest tak dalece emocjonalny, którego emocje tak łatwo pobudzić i uruchomić. Wolałbym trochę więcej chłodnego myślenia, zimnego kojarzenia faktów, wyciągania prawidłowych wniosków. Jeśli nawet 250 tysięcy Polaków wystąpi teraz do IPN o świadectwa moralności (a profesor Kieres już nam obiecał - wielokrotnie dłuższe "listy Wildsteina"), nie oczyści to sceny politycznej i nie odsunie agentury od władzy. Przykład Józefa Oleksego, lustrowanego bez końca, powinien nam to uzmysłowić.
Powtarzam i będę powtarzał: jeśli chcemy autentycznego oczyszczenia sceny politycznej i przecięcia pępowiny łączącej nas z PRL, dajmy sobie spokój z naradami autorytetów, śledczych dziennikarzy i bystrych ekspertów, z dementowaniem wiadomości zdementowanych i niezdementowanych, dajmy obywatelom szansę na uczciwe wybory, domagajmy się jednomandatowych okręgów wyborczych, zbuntujmy się przeciwko dyktaturze spadku po PRL. Tylko tą drogą możemy się wyrwać z zaklętego kręgu kłamstw i manipulacji.
Jerzy Przystawa(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 8 lutego 2005, godz. 9.00 i 21.30)
Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1990 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
Obecnie jest jednym z liderów Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW.
Witryna Jednomandatowych Okręgów Wyborczych
Komentarz (0)