Krynica
praworządności
czyli
jak się sprawują przedstawiciele partii politycznych w
Polsce
PPR
- PZPR - SdRP - SLD/SDPl
Poczytaj Mamie o PZPR/SLD/SDPl: My z "ezelde", my z "ezelde", reakcji (prawnej) nie boim siem! ...bo jak się już podajemy do dymisji - to tylko ze względu na... nasze błendy w krzewieniu wartościów rodzinnych, np. ojcowskich - tow. specjalny Ungier M. winny zaniedbań w dozorze syna! Wysłane wtorek, 28, grudnia 2004 przez Krzysztof Pawlak |
Cytat podstawowy: "Obiektywnie socjaldemokracja jest umiarkowanym skrzydłem faszyzmu" Józef Stalin (Np.Onet.pl) |
|
Towarzysz specjalny Marek Ungier swoją skromną osobą zajmował już w pierwszych latach ostatniej dekady ubiegłego wieku łamu wielu gazet. Oczywiście chodziło o aferalne sprawy rozochoconego "młodzieżowego" towarzystwa spod znaku PZPR, kiedy to towarzysze zajęci byli uwłaszczaniem się na majątku młodzieżowych organizacji post(?)komunistycznych - w tym przypadku firmy turystycznej ZSMP "Juwentur" oraz założonego w tym czasie Banku Turystyki, który po paru latach został doprowadzony do bankructwa i przejęcia go przez inny bank.
Towarzysz Ungier poczuł na swoim karku światła reflektorów opinii medialnej przy okazji wyjaśnień przed sejmową komisją śledczą, kiedy to wyszło na jaw, że najprawdopodobniej to on przekazał towarzyszowi ministerialnemu Kaczmarkowi W. informacje o podjętych przez Służby Specjalne działaniach wobec niego, o czym już przypomnieliśmy w wiadomości pt.
"No, wreszcie! Towarzysz minister specjalny Marek Ungier na celownikach komisji też specjalnej ds. Orlenu. Początek końca?".
Na początku grudnia obecnego roku sprawą ZSMP-owskiego "Juwenturu" ponownie zajęła się gazeta "Rzeczpospolita" - a właściwie jej "żurnalistyczne śledzie", czyli dziennikarze śledczy - artykułem
"Podejrzany Marek Ungier " nazwisko prezydenckiego współpracownika powróciło tym razem już na dobre na łamy i obiektywy mediów:
"Po prawie dziesięciu latach ślamazarnego śledztwa sprawa przeciwko prezydenckiemu ministrowi może się przedawnić
Po prawie dziesięciu latach ślamazarnego śledztwa sprawa przeciw prezydenckiemu ministrowi może się przedawnić Podejrzany Marek Ungier Marek Ungier jest najbliższym współpracownikiem Aleksandra Kwaśniewskiego. Pełni funkcję szefa gabinetu prezydenta. (...)".
Od tego czasu wypadki nabrały tempa...
"Sprawa »Juventuru«, w której Prokuratura Rejonowa Warszawa-Żoliborz postanowiła o postawieniu zarzutów szefowi gabinetu prezydenta Markowi Ungierowi, najprawdopodobniej jest już przedawniona, ale nie wiadomo, czy w odniesieniu do wszystkich zarzutów - oświadczył dzisiaj w Sejmie Prokurator Krajowy Karol Napierski. Przyznał, że prokuratura dopuściła się w tej sprawie wielu uchybień.
(...) Napierski oświadczył, że w tym śledztwie doszło do »bardzo poważnych uchybień« i to zawinionych przez prokuraturę, a nie obciążających Ungiera. Według Prokuratora Krajowego, prokuratorom prowadzącym to śledztwo (było ich kilku, część z nich odeszła już z prokuratury) nie można przypisać chęci gry, polegającej na tym, by nie stawiać zarzutów jednej z najważniejszych osób w państwie.
Sprawa została w ostatnich dniach odebrana żoliborskiej prokuraturze i przejęta przez wyższą instancję - wydział śledczy Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Jednocześnie jest badana w instancjach nadzorczych i - jak mówił Napierski - w najbliższych dniach zostaną wyciągnięte konsekwencje personalne wobec winnych zaniedbań i nieprawidłowości, o czym opinia publiczna będzie powiadomiona.
Największych zaniedbań - jak powiedział Napierski - dopuścił się prokurator Sławomir Santorek, który sześć lat temu wydał postanowienie o przedstawieniu zarzutów Ungierowi (działanie na szkodę spółki Juventur i wyłudzenie od notariusza poświadczenia nieprawdy przy sprzedaży kompleksu hotelowego »Dwór Wazów« we Wrocławiu) i do dziś nie wezwał Ungiera na przesłuchanie. Sam potencjalny podejrzany zarzutów od prokuratora nie usłyszał, a ponadto instytucja zatrudniająca Ungiera nie została powiadomiona o wszczęciu śledztwa przeciwko niemu.
Napierski powiedział, że Santorek polecił kolejnemu prokuratorowi prowadzącemu to śledztwo wstrzymanie się z wezwaniem Ungiera i »zweryfikowanie« zarzutów, wobec pojawiających się jeszcze przed sześcioma laty rozbieżności w zamówionych przez prokuraturę opiniach biegłych. Obecnie prokuratura czeka na trzecią już opinię biegłego w tej sprawie - ma być gotowa do 17 grudnia; wtedy prokuratura postanowi, co dalej robić ze śledztwem.
Wracając do sprawy przedawnienia Napierski zauważył, że ta kwestia wymaga jeszcze analizy, bo w czasie między latami 1992-93, kiedy miało dojść do nieprawidłowości w »Juventurze«, do dziś, znowelizowano Kodeks karny i obecnie analizy wymagają zmienione przepisy, aby ocenić, które z nich należy w tej sprawie zastosować. Od tego m.in. będzie zależało, czy śledztwo się przedawni. Napierski ocenił, że »najprawdopodobniej« tak się stanie, nie wiadomo tylko, czy w odniesieniu do wszystkich zarzutów".
Szara eminencja Pałacu Namiestnikowskiego w Warszawie butnie odmówiła podania się do dymisji, o czym doniosła swoim czytelnikom gazeta
"Rzeczpospolita" z dn. 20.12.2004 r.:
"Szef gabinetu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego oświadczył, że nie zamierza ustępować z zajmowanego stanowiska i tłumaczyć się z dotyczących jego osoby publikacji prasowych, jakie pojawiły się w ostatnim czasie. - Dla mnie wszystko jest oczywiste. Nie bardzo mam się z czego tłumaczyć. Ustępowanie ze stanowiska nie jest przeze mnie rozważane - powiedział dziennikarzom. Minister był w niedzielę gościem III Kongresu SLD, gdzie odczytał listy prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego do delegatów".
...gdyż najwyraźniej tow. Ungier M. uznał, że "sprawy nie ma" - i z pewnością składał w myślach wyrazy głębokiej wdzięczności żoliborskim prokuratorom, którzy z tej okazji stracili swe stanowiska. Ale to już inna sprawa...
Niestety - niewdzięczne media nie ustawały w wysiłkach i oto po paru dniach okazało się, że nie tylko towarzysz senior Ungier mógł liczyć na tak niezrozumiałą łaskawość organów ścigania - po dziś dzień opierających się lustracji i chęci oczyszczenia swych szeregów z jednostek wyjątkowo spolegliwych dla post(?)komunistycznego establiszmętu. Syn Krzysztof U. miał również podobne szczęście do niespotykanej dobroci wymiaru sprawiedliwości - w sytuacji, gdy popełnił kilka przestępstw w ciągu kilku godzin.
"(...) Krzysztof Ungier jest dziś szybko awansującym pracownikiem Petrolotu, spółki zależnej koncernu Orlen. Zapytany o sprawę w Giżycku, wyłącza telefon.
16 czerwca 2001 roku prowadzony przez niego ford escort wylądował na drzewie w Pszczółkach, niedaleko Mikołajek. Badanie wykazało, że Krzysztof Ungier miał 0,7 promila alkoholu we krwi. W kolizji nikt nie ucierpiał, dlatego kierowca nie odpowiadał za spowodowanie wypadku, a jedynie za prowadzenie samochodu po pijanemu. Z akt procesu wynika, że policja miała problem z przesłuchaniem Ungiera. W końcu sprawa trafiła do Sądu Grodzkiego w Giżycku, który w 2003 roku przekazał ją do Wydziału Karnego miejscowego Sądu Rejonowego, który warunkowo ją umorzył. Jan Wądołowski z giżyckiej prokuratury wyjaśnia, dlaczego prokuratura nie wniosła apelacji: - Nieznaczny stopień nietrzeźwości oskarżonego, uprzednia niekaralność, dobra opinia legły u podstaw oceny wyroku.
Pijany wraca do akcjiPodczas gdy w Giżycku sprawa była w toku, Krzysztof Ungier, któremu nie odebrano prawa jazdy, ponownie usiadł za kierownicą w stanie nietrzeźwym. Tym razem policyjny patrol zatrzymał go na ulicy Pańskiej w Warszawie. Jechał pod prąd. Był październik 2003 roku. Kiedy policjanci wieźli syna ministra na komendę, w radiowozie zaproponował im łapówkę. "Ungier próbował nas przekupić, proponując, abyśmy podjechali do bankomatu, tam nam zapłaci, ile chcemy" - czytamy w policyjnej notatce. Kiedy dowódca patrolu powiedział Ungierowi, że jego propozycja jest przestępstwem, ten wpadł w szał.
"Wtedy zaczął krzyczeć, że jego ojciec jest ministrem w Kancelarii Prezydenta i że już nie pracujemy, ojciec was, sk..., pozwalnia" - zapisano w notatce. "Oznajmił, że nie będzie z nami rozmawiał, bo ojciec powiedział, żeby z policjantami, sk..., nie dyskutował. Krzyczał do nas, że nie wiecie, z kim zaczęliście, mój ojciec, minister, was, ch..., urządzi, że się nie pozbieracie". Mimo gróźb, policja i prokuratura zatrzymały jego prawo jazdy. Syn ministra został oskarżony o jazdę po pijanemu, próbę przekupienia policjantów i znieważanie ich. 28 stycznia 2004 roku warszawski sąd skazał Ungiera na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata i odebrał mu prawo jazdy na rok. Wyrok uprawomocnił się tydzień później.
- Dziesiątego lutego informacja o skazaniu trafiła do Krajowego Rejestru Karnego - mówi Monika Brzozowska z warszawskiego Sądu Okręgowego.
(...) Sąd w Giżycku przed umorzeniem sprawy Ungiera w ponad trzy miesiące później, nie sprawdził, czy oskarżony był karany. Co prawda w aktach procesu zachowała się informacja o karaloności, ale wystawiona 13 miesięcy wcześniej. Tymczasem regulamin wewnętrznego urzędowania sądów powszechnych nakłada obowiązek zwrócenia się przez sąd do rejestru karnego o aktualne dane. Nie podejmując tego działania, złamano procedury sądowe.
Tomasz Zieliński, szef Wydziału Karnego Sądu Rejonowego w Giżycku, tłumaczy, że sąd zaufał oświadczeniu Krzysztofa Ungiera, że nie był karany.
- Obowiązkiem sędziego jest sprawdzenie karalności. Ale jeśli tak się stało, to ja na to nic nie poradzę - stwierdza Zieliński. - Wyrok się uprawomocnił.
Przyznaje jednak, że naruszono prawo. - W rażący sposób. Istniała bowiem przesłanka, która powodowała, że nie można było sprawy warunkowo umorzyć. (...)
Dopiero wymierzony medialny cios w syna prezydenckiego czynownika powoduje reakcję:
Szef Gabinetu Prezydenta RP Marek Ungier złożył rezygnację z pełnienia funkcji Sekretarza Stanu w Kancelarii Prezydenta, o czym poinformował w oświadczeniu.Marek Ungier wystosował specjalne oświadczenie, w którym ustosunkowuje się do publikacji. Pisze, że nigdy nie interweniował w sposób rozstrzygania sprawy przez sąd.
Zaprzecza też, jakoby jego syn był "szybko awansującym pracownikiem Petrolotu". Wskazuje, że jest on zaledwie referentem, a jeszcze niedawno mył w firmie samochody.
Szefem gabinetu prezydenta będzie do końca roku. (...)".
Towarzysz Ungier M. publicznie złożył samokrytykę, o czym doniosła swoim czytelnikom gazeta
"Super Express" z dn. 28.12.2004 r.:
"W opublikowanym wczoraj oświadczeniu Marek Ungier napisał m.in.: »Chcę publicznie przeprosić Krzysztofa, że nie poświęciłem dostatecznie dużo czasu i wysiłku, by przygotować go do życia«" - widać więc, jakie były motywy rezygnacji z eksponowanej funkcji państwowej - były nimi... wartości rodzinne, tak często kwestionowane przez partyjnych kolegów, a zwłaszcza koleżanki byłego już szefa gabinetu prezydenta. Cóż za przewrotność losu!
"Dymisja prezydenckiego ministra Marka Ungiera jest dużą stratą dla urzędu głowy państwa - powiedziała w radiowej »Trójce« Jolanta Szymanek-Deresz, szefowa kancelarii prezydenta. Minister Szymanek-Deresz powiedziała, że prezydent nie odwołał wcześniej Marka Ungiera, między innymi, ze względu na to, że stawiane mu wcześniej zarzuty dotyczyły spraw sprzed ponad 10 lat. Według niej, część zarzutów wysuniętych przez prasę nie jest prawdziwa.
Jolanta Szymanek-Deresz uważa, że dawne przewinienia Ungiera nie powinny rzutować na ocenę jego obecnej, dobrej - według niej - pracy w gabinecie prezydenta. (...)".
Post(?)komuniści nie przywiązują żadnej wagi do ujawnianych przez media afer z czasów "pierwotnej akumulacji kapitału" obecnych władców PRL-bis. Nie mają prawa - według nich - być brane bezskutecznie dotąd przywoływane pod uwagę opinii publicznej kolosalne afery z końca lat 80. i początku lat 90. ub. wieku - w porównaniu z domniemanymi pozytywami "pracy" na rzecz polskiego społeczeństwa, którymi nielicznymi choć wciąż odmienianymi przez wszystkie przypadki przykładami szermują przedstawiciele lewej strony współczesnej kasty politycznej. Dla większości z nich tkwiące w szafie trupy i nieczystości nie stanowią żadnego dylematu etycznego - przechodzą nad nimi do porządku dziennego, sprawiając wrażenie, jakby smród wydobywający się zza przymkniętych drzwi po prostu... nie istniał.
Nie można się też nie zgodzić w pewnym sensie z towarzyszką Szymanek-Deresz - strata dla kompanii tow. prezydenta Olka "Disko" Kwaśniewskiego i niego samego to zaiste spora. Któż teraz będzie prowadził towarzysza prezydenta przez meandry politykierstwa krajowego i zagranicznego, kiedy zabrakło tak wysoce utalentowanego oficera w najbliższym otoczeniu? W najbliższych dniach może okazać się, że brak ochrony roztaczanej przez byłego etatowego pracownika Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, sekretarza Zarządu Głównego ZSMP, byłego dyrektora departamentu w Komitecie Młodzieży i Kultury Fizycznej z lat 1987 - 1991 nad wyjątkowo słabą głową "prezydenta wszystkich... post(?)komunistów" odbije się fatalnie na wizerunku "Pierwszego Prezia"...
Komentarz (0)
Jeśli mają Państwo ochotę, by na tych stronach zostały
zamieszczone też Państwa informacje - proszę przesłac list
pod ten adres: 