Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| IPN oskarża katów - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego Wysłane wtorek, 12, października 2004 przez Krzysztof Pawlak |
Sąd Rejonowy w Suwałkach skazał byłego ubola, pracownika NKWD oraz sowieckiego wywiadu wojskowego Smiersz Aleksandra O. (potem literata Aleksandra Omiljanowicza) na 4,5 roku więzienia za przekroczenie uprawnień i nadużycia władzy. Jako kierownik referatu ds. walki z bandami PUBP w Suwałkach likwidował członków niepodległościowego podziemia, głównie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. IPN przedstawił mu 22 zarzuty.Prokurator białostockiego Instytutu Pamięci Narodowej Jerzy Kamiński zarzucił mu, że w latach 1946 - 1947, "działając jako urzędnik państwowy, kierownik Sekcji PUBP w Suwałkach, przekroczył swoją władzę i nie dopełnił obowiązku wobec 22 zatrzymanych żołnierzy WiN, w ten sposób, iż stosował i tolerował stosowanie przez podwładnych mu funkcjonariuszy przemocy polegającej na zadawaniu zatrzymanym w trakcie przesłuchań uderzeń pięściami i różnymi przedmiotami po całym ciele". Świadkowie, którzy zeznawali na procesie O. pamiętali, jak zakładał pas na szyję i ściskał go, uderzał głowami o ścianę, łamał paznokcie.
Podstawą skazania O. był kodeks karny z 1932 r. Spośród 22 zarzutów sąd udowodnił mu 10.
Oskarżony do niczego się nie przyznał. Niewiele brakowało, aby oskarżenia w ogóle się przedawniły, ale sąd uznał kwalifikację prawną prokuratora (według orzeczenia Sądu Najwyższego z 2001 r.), że czyny O. stanowią zbrodnię przeciwko ludzkości.
POZORNI BANDYCIMW październiku 1939 r., kiedy w skutek korekty granicy rozbiorowej Sowieci opuścili Suwalszczyznę, a na ich miejsce przyszli Niemcy, Aleksander O. był łącznikiem w... ZWZ (oddział Stanisława Wyrodnika, ps. Burza). Już wtedy współpracował z NKWD. W lipcu 1941 r. został aresztowany. Kilkunastu jego kolegów Niemcy stracili, on dostał najniższy wyrok - trzy lata. Niemal do końca wojny O. siedział w kilku niemieckich obozach (podobno był tam traktowany na szczególnych zasadach).
Po wojnie działał w... WiN, ale jako jeden z ubeckich szpicli, udających partyzantów. Prowokacja udała się i kilkunastu prawdziwych WiN-owców zostało aresztowanych. Tadeusz Kalinowski z suwalskiego UB w "Relacji z osobistej działalności" napisał: "Pod dowództwem Aleksandra O., w ilości 15 osób pozorowaliśmy grupę bandycką z rzekomo innego terenu, której zadaniem było nawiązanie kontaktu z miejscowymi bandami i likwidacja ich oraz odszukiwanie osób, które mają nielegalną broń".
SWÓJ CZŁOWIEKAleksander O. twierdzi, że do suwalskiej bezpieki wstąpił na polecenie Tadeusza Świtalskiego, komendanta obwodu WiN, gdyż podziemie chciało mieć w UB swojego człowieka. Tyle tylko, że właśnie za przynależność do ZWZ, AK i WiN O. znęcał się nad aresztowanymi (przed sądem naiwnie twierdził, że nie wiedział, kto był partyzantem, a kto pospolitym przestępcą, wszyscy
zresztą byli dla niego bandytami). Nie oszczędzał nawet swoich kolegów sprzed wojny. Tak było np. z prawdziwym WiN-owcem Fabianem Daniłowiczem, który po "badaniach" O. został skazany na 10 lat więzienia. Inną ofiarę O. - Mariana Piekarskiego podczas pokazowego procesu sąd w Białymstoku skazał na karę śmierci. We wrześniu 1946 r. Piekarskiego stracono.
W 1946 r. ci sami WiN-owcy, którzy mieli go skierować do ubecji, skazali go na karę śmierci. Powód był jasny. Zwalczanie podziemia. Próby likwidacji ubola nie powiodły się jednak (W 1947 r. podziemie zabiło jego brata za współpracę z NKWD - widać to rodzinna przypadłość).
Aleksander O. uciekł na inny teren - został szefem UB w Iławie, potem w Ełku. Tu dalej znęcał się nad więźniami, autochtonami z Warmii i Mazur. Nawet jego przełożeni (oczywiście ci z UB, a nie z WiN) uznali, że jest zbyt brutalny i w 1948 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Olsztynie skazał go na oseim lat. Aleksander O. odsiedział jedynie połowę wyroku. Obecny wyrok 4,5 roku więzienia nie jest jeszcze prawomocny.
67 ZBRODNIPo kilku latach do przodu ruszyła też sprawa Stanisława Supruniuka, szefa UB w Nisku i Krośnie, który katował AK-owców i wydawał ich na pewną śmierć w ręce Sowietów. Podobnie jak O. Supruniuk był współpracownikiem NKWD. W nagrodę, w PRL-u, został "dyplomatą" w Berlinie i Pradze, a w III RP prezydent Kwaśniewski odznaczył go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (ostatecznie krzyż został Supruniukowi odebrany).
Teraz, po wielu nieudanych próbach ścigania ubola przez prokuraturę powszechną, rzeszowski Instytut Pamięci Narodowej skierował akt oskarżenia przeciwko Stanisławowi S. do Sądu Rejonowego dla Miasta Stołecznego Warszawy. Oskarżonemu zarzuca się popełnienie 67 zbrodni komunistycznych. Wszystkie dotyczą znęcania się nad aresztowanymi członkami niepodległościowego podziemia. Za popełnione przestępstwa ubolowi grozi do 10 lat więzienia.
Swój krwawy plon Supruniuk rozpoczął już we wrześniu 1944 r., kiedy razem z innymi NKWD-owcami aresztował kilkudziesięciu żołnierzy AK z oddziału Franciszka Przysiężniaka (ze względu na swój ojcowski stosunek do miejscowej ludności nazywanego "Ojcem Janem"). Wielu z nich zostało następnie wywiezionych w głąb ZSRS.
NA BIAŁE NIEDŹWIEDZIEMNa sumieniu Supruniuk ma również wielu innych "bandytów". Na jego rozkaz aresztowano i zamordowano żonę Przysiężniaka (była w siódmym miesiącu ciąży). 29 października 1944 r. aresztował, skatował i też przekazał Sowietom Tadeusza Sochę, uczestnika akcji "Burza", szefa Kedywu Armii Krajowej obwodu Nisko-Stalowa Wola. Sochę skazano następnie na osiem lat więzienia, ale dość niski (jak na ówczesne warunki) wyrok i tak nic nie znaczył, gdyż AK-owiec został zamordowany strzałem w tył głowy (razem z nim zginęło czterech członków komendy obwodu AK).
- Supruniuk nienawidził Polaków i Armii Krajowej. To bestia, szatan w ludzkiej skórze. Humer przy nim był aniołem - wspomina pułkownik Skarbmir Socha, brat Tadeusza Sochy, żołnierz AK, który po "badaniach" Supruniuka dostał pourazowej padaczki, w III RP oskarżyciel posiłkowy w procesie swojego oprawcy.
Tak więc Supruniuk "nie tylko" wydawał Sowietom ludzi walczących o wolną Polskę, ale przedtem "przygotowywał" ich osobiście do wyjazdu na białe niedźwiedzie. Jego ofiary pamiętają, że na przesłuchania potrafił wzywać... 50 razy dziennie. Bił pałkami, rzemieniami lub kolbą karabinu. Wzorem i za przyzwoleniem szefa to samo robili jego podwładni.
Na tym nie koniec. Supruniuk "nie tylko" katował złapanych przez siebie "bandytów", ale naciskał na Sąd Garnizonowy w Przemyślu, żeby wydawał surowsze wyroki (na tych, których nie udało mu się wysłać do Sowietów). Władzę posiadał niemal absolutną, był faktycznym panem życia i śmierci na Rzeszowszczyźnie. Nie byłoby to możliwe bez sowieckich "pleców".
W listopadzie 1944 r. Supruniuk podjął kolejną dużą akcję przeciw "bandom" - jego ludzie przeprowadzili pacyfikację Ulanowa i Prędzela, aresztując 171 AK-owców i sympatyków rządu RP w Londynie, którzy następnie zostali wywiezieni na Syberię.
NIEUDANE ZAMACHYNiepodległościowe podziemie w Nisku i Krośnie (niezależnie od siebie) wydało na Supruniuka wyrok śmierci. Tak jak w przypadku Aleksandra O. podjęte próby zamachów nie powiodły się jednak (w jednym z nich ubol został ranny w rękę).
Na początku 1947 r. biuro personalne Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, w trosce o bezpieczeństwo Supruniuka, przeniosło go do Gdyni, na stanowisko zastępcy, a potem szefa miejscowej bezpieki. Tam dalej utrwalał władzę ludową, likwidując niepodległościowe organizacje m. in. Ruch Oporu Armii Krajowej i Polską Armię Podziemną.
W latach 50., w uznaniu zasług, został skierowany do Centralnej Szkoły Partyjnej im. Marchlewskiego, którą ukończył w 1954 r. Otworzyło mu to drogę do dalszej kariery. Inaczej niż Aleksander O., który został literatem, Supruniuk trafił do komunistycznej dyplomacji. Po rocznej pracy w MSZ wyjechał na zagraniczne placówki. W latach 1955-58 i 1973-75 był kierownikiem wydziału konsularnego ambasady PRL w Berlinie, a w latach 1965-70 na tym samym, strategicznym stanowisku "spółdzielni ucho" w Pradze. W drugiej połowie lat 70. wrócił do Berlina, by zostać tam pierwszym sekretarzem Misji Wojskowej PRL. Awansował do stopnia pułkownika. Czy teraz dosięgnie go ręka sprawiedliwości?
Tadeusz M. Płużański
Komentarz (0)