Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Pierwszy taki wyrok - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego Wysłane poniedziałek, 5, kwietnia 2004 przez Krzysztof Pawlak |
Gen. Czesław Kiszczak został skazany na cztery lata więzienia (na mocy amnestii karę zmniejszono o połowę) za przyczynienie się do śmierci dziewięciu górników w kopalni "Wujek" i ciężkiego zranienia 25-ciu w kopalni "Manifest Lipcowy" w grudniu 1981 r. Warszawski sąd uznał znaczenie tajnego szyfrogramu ZW-I-01486/81, w którym szef MSW "przekazał swoje uprawnienia w zakresie decyzji o użyciu broni palnej dowódcom oddziałów i pododdziałów MO".Przypomnijmy wydarzenia sprzed 23 lat. Po wprowadzeniu stanu wojennego zastrajkowała większość zakładów na Śląsku. W Kopalni Węgla Kamiennego "Manifest Lipcowy" (dziś "Zofiówka") w Jastrzębiu strajk poparła prawie cała załoga, licząca w sumie 6 tys. osób. 15 grudnia rano kopalnię otoczyły skoty i czołgi. Najpierw zomowcy wrzucili na teren zakładu pojemniki z gazem i petardy, w wyniku czego wielu górników zostało poranionych. Przez głośniki wojsko nawoływało do przerwania strajku, zapowiadając, że nie użyje broni palnej. Po trzykrotnym ataku czołgi staranowały bramę. Na teren kopalni wkroczył pluton specjalny. Gdy górnicy, prowadzeni przez Czesława Kłoska, ruszyli do przodu, padły strzały. Kłoska postrzelono w szyję (dziś jest oskarżycielem posiłkowym w procesie zomowców).
Ranni otrzymali pomoc lekarską dopiero po trzech kwadransach. Po zakończeniu pacyfikacji załoga została wypuszczona z kopalni, ale co najmniej przez godzinę zomowcy ścigali uciekających górników. W szpitalu SB zabrała z sali operacyjnej kule wyjęte z ciał postrzelonych.
Rany postrzałowe odniosło 25 górników. Odpowiedzialni za użycie broni nie zostali wykryci. Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach umorzyła śledztwo przeciwko funkcjonariuszom MO uznając m.in., że niektóre rany postrzałowe nie pochodziły od... postrzałów. Członkowie Komitetu Strajkowego trafili pod sąd, potem większość z nich wyemigrowała.
ODPÓR MILICJIKWK "Wujek" w Katowicach. W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. SB i MO internowały przewodniczącego Komisji Zakładowej Jana Ludwiczaka. 14 grudnia rozpoczął się strajk (ok. 3 tys. górników z ok. 5 tys., przewodniczącym 20-osobowego Komitetu Strajkowego został Stanisław Płatek) i sformułowano postulaty: uwolnienie Ludwiczaka, odwołanie stanu wojennego, przywrócenie działalności Związku, realizacja porozumień jastrzębskich (trzecie porozumienie "Solidarności" z władzą, obok porozumień gdańskich i szczecińskich). Górnicy zabarykadowali bramy i powołali służby porządkowe. 15 grudnia rano dotarły informacje o pacyfikacjach strajkujących zakładów - Huty "Baildon", kopalń: "Jastrzębie", "Manifest Lipcowy" i "Staszic". Rozpoczęto przygotowania do obrony kopalni.
Stanisław Płatek: - Nie braliśmy pod uwagę, że będą strzelali, myśleliśmy, że władza wyciągnęła wnioski z tragedii 1970 roku na Wybrzeżu, zresztą generał Jaruzelski w swoim wystąpieniu mówił, żeby nie polała się ani jedna kropla polskiej krwi. Słyszeliśmy, że są ranni na "Manifeście Lipcowym", tylko nie wiedzieliśmy w wyniku czego odnieśli obrażenia.
16 grudnia rano do kopalni przyszedł płk. Piotr Gębka z innymi wojskowymi i namawiał załogę, aby się poddała. Górnicy zagłuszyli go, śpiewając "Boże coś Polskę" i oświadczyli, że nie będą się bronić, jeśli na teren kopalni wejdzie wojsko, dadzą natomiast odpór siłom MO.
Stanisław Płatek: - Wiedzieliśmy, że wojsko jest wyposażone w broń palną nie tylko po to, aby z nią paradować. Nie spodziewaliśmy się, że zostaną wprowadzone oddziały ZOMO, tym bardziej Pluton Specjalny, o którego istnieniu w ogóle nie słyszeliśmy.
Kopalnia została okrążona przez czołgi i wozy pancerne. Płk Gębka dał strajkującym godzinę na opuszczenie kopalni.
IDĄ PANCRY NA WUJEKPoczątkowo kopalnia była ostrzeliwana środkami chemicznymi, a górnicy polewani wodą. Po godz. 10.00 na teren "Wujka", po staranowaniu muru, wjechał czołg, a za nim wkroczył oddział ZOMO. Po kilku próbach inny czołg rozbił barykadę na bramie wjazdowej. Na plac przed kotłownią weszli, uzbrojeni w tarcze i przyłbice, zomowcy. Ok. godz. 12.00 do akcji włączył się helikopter. Zomowcy obrzucili górników pociskami z gazami łzawiącymi.
Stanisław Płatek: - Początek pacyfikacji wskazywał na to, że ta wydawałoby się niewinna broń, czyli granaty łzawiące, może spowodować poważne obrażenia ciała i nawet potężnego chłopa zwalić z nóg. Na własne oczy widziałem, jak granat trafił kolegę w skroń i dopiero na punkcie sanitarnym zaczął dawać oznaki życia. Okazało się, że ma wstrząs mózgu.
Górnicy unieszkodliwili czołg, wkładając między jego koła pręty. Ok. godz. 12.30 czołgi strzelały z dział pustymi nabojami. Doszło do pojedynczych starć wręcz. Zomowcy wycofali się pod magazyn odzieży, a następnie poza teren kopalni. Wszędzie unosił się dym, gdyż górnicy cały czas byli obrzucani granatami łzawiącymi i świecami dymnymi. Gdy wydawało się, że walka jest zakończona, padły strzały. Byli zabici i ranni.
"Kilof, łańcuch ściska nasza dłoń
Wózków szereg bieg czołgów wstrzymuje
Już milicja repetuje broń
Idą, idą pancry na Wujek"("Idą pancry na Wujek", autor Maciej Bieniasz)
CZYSTE RĘCE GENERAŁARanny został również przewodniczący KS Stanisław Płatek, którego kula trafiła w prawe ramię. Mimo to udało mu się ostrzec górników, że napastnicy strzelają ostrą amunicją.
- Czy widział pan człowieka, który do pana strzelał?
- Nie, ale strzały musiały paść z odległości ok. 20 metrów. Podobnie jak inni górnicy zostałem ranny w okolicach bramy głównej, na wąskim odcinku między murem a nieistniejącym dziś budynkiem wagi drobnicowej. Cały czas strzelali ślepą amunicją. W tym huku łatwo było schować strzały z broni palnej. Wszyscy zabici zostali trafieni w górne części ciała, najczęściej w głowę - świadczy to o tym, że nie były to strzały przypadkowe.
"Płoną znicze ku zabitych chwale
Ale zgasła nadzieja na potem
Gdzie twe czyste ręce, generale?
Zawracają pancry z powrotem"Walka z napastnikami trwała dalej. Oddział MO, który wszedł na teren kopalni od strony bramy kolejowej, został odparty. Górnicy wzięli trzech zakładników. Po przeliczeniu ich amunicji okazało się, że ci milicjanci nie strzelali. Do rannych nie dopuszczono karetek pogotowia i trzeba ich było wynosić przed bramę wjazdową. Rannego Stanisława Płatka dowódca jednostki ZOMO, płk Kazimierz Wilczyński, chciał uderzyć pałką, ale obronił go wojskowy. Na rozkaz dowództwa Płatek został przewieziony sanitarką milicyjną do szpitala MSW. Rannych górników funkcjonariusze MO wywlekali z sanitarek, zrywali opatrunki. Załoga jednej z karetek pogotowia została pobita. Ogień przerwano ok. godz. 13.00.
RANNI I ZABICIPrzy pacyfikacji kopalni brało udział: 6 kompanii ZOMO, 4 kompanie ROMO, 1 kompania NOMO, 1 kompania KW MO, 6 kompanii piechoty, 6 plutonów czołgów, 17 członków Plutonu Specjalnego ZOMO; 7 armatek wodnych, helikopter, 55 wozów BWP.
Podczas pacyfikacji od kul poległo 9 górników: Józef Czekalski - lat 48, Krzysztof Giza - lat 24, Ryszard Gzik - lat 35, Bogusław Kopczak - lat 28, Andrzej Pełka - lat 19, Zbigniew Wilk - lat 30, Zenon Zając - lat 22, Joachim Gnida - lat 28, zmarł 2 stycznia 1981 nie odzyskawszy przytomności, Jan Stawisiński - lat 21, zmarł 24 stycznia 1982 r. w szpitali w Katowicach-Ochojcu nie odzyskawszy przytomności.
21 górników odniosło rany postrzałowe, 22 innego rodzaju obrażenia wymagające hospitalizacji: zatrucie gazem, uszkodzenie gałek ocznych.
Podczas operacji funkcjonariusze SB skonfiskowali pociski wyjęte z ciał rannych. W styczniu 1982 r. Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach umorzyła śledztwo w sprawie użycia broni. Zdaniem prokuratora porucznika Janusza Brola broń została użyta w obronie własnej (tak twierdzą do dziś napastnicy i Kiszczak).
9 lutego 1982 r. przywódcy strajku zostali skazani na kary kilkuletniego więzienia, innych internowano. Zbigniew Szafraniec - jeden z górników, postrzelonych podczas pacyfikacji, składał zeznania w procesie członków Plutonu Specjalnego w czerwcu 1994 r. Wkrótce potem zginął w niewyjaśnionych okolicznościach (według oficjalnej wersji: samobójstwo). Wielu górników, biorących udział w strajku, zwolniono z pracy. Do końca PRL władze zakazały oddawania czci zabitym. Członków Plutonu Specjalnego ZOMO do dziś nie udało się osądzić. Może wyrok na Kiszczaka przyniesie przełom w sprawie?
CZŁOWIEK HONORU W liście wysłanym 12 grudnia 1983 r. z aresztu śledczego na Rakowieckiej Adam Michnik napisał do Czesława Kiszczaka: "Sobie zaś życzę, abym (...) umiał być na miejscu w samą porę, gdy będzie Pan zagrożony i zdołał także Panu dopomóc. Abym umiał raz jeszcze być po stronie ofiar, a nie wśród oprawców". Michnik słowa dotrzymał. W słynnym wywiadzie z lutego 2001 r. naczelny "Wyborczej" uznał Kiszczaka za ofiarę III RP (z tego wynika obecne twierdzenie "GW" o politycznym charakterze procesu i wyroku na generała), a wcześniej za ofiarę komunizmu. Dlaczego? Kiszczak opowiadał Michnikowi o mordercach ks. Jerzego Popiełuszki: "Pietruszka mnie potraktował po chamsku. Piotrowski niepoważnie". Głównym celem zabójstwa nie było pozbycie się kapelana "Solidarności", ale obalenie Kiszczaka. Michnik zachwycał się Kiszczakiem: "Grał swoją rolę najuczciwiej, jak to było możliwe. Ja nie znam drugiego takiego szefa bezpieki". W końcu stwierdził autorytatywnie, że Kiszczak jest człowiekiem honoru (tak samo jak Jaruzelski) i będzie go bronił "do końca życia", a na dodatek "jak niepodległości". W tej kwestii "Wyborcza" wykazuje żelazną konsekwencję. Wydaje się, że inaczej jest z Powstaniem Warszawskim. Pamiętny tekst-paszkwil Adama Michnika i Michała Cichego (w 50. rocznicę Powstania) miał dowieść, że celem powstańców było mordowanie Żydów. Dziś "Gazeta" patronuje budowie Muzeum Powstania Warszawskiego (ulotki z logo "GW" można znaleźć w warszawskich autobusach). Ale w końcu powstańcom, tak jak Kiszczakowi, też można wybaczyć. |
Komentarz (0)